Ach, ten romansz!

Autorka (gościnnie): Karolina Duszka, absolwentka filologii szwedzkiej w Poznaniu, kolekcjonerka literatury dla dzieci. Prowadzi bloga https://writingsoul.pl/. Od 2015 roku mieszka w Zurychu.

fullsizeoutput_1348

Napisy w języku retoromańskim na ścianach engadyńskich domów. Fot. Karolina Duszka

Pamiętam lato minionego roku, kiedy udało mi się dotrzeć do Guardy – małej, liczącej ponad sto mieszkańców wioski, położonej w Dolnej Engadynie, w Gryzonii. Siedziałam nieopodal przystanku autobusowego i obserwowałam miejscowych, nie mając żadnych wątpliwości, że doświadczam czegoś niecodziennego. To właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałam „na własne uszy” język retoromański.

Gryzonia to największy i najbardziej dziki kanton Szwajcarii, graniczący z Włochami, Austrią i Liechtensteinem. Jak w całym kraju, tak i tu wielojęzyczność nikogo nie dziwi: przeciętny mieszkaniec kantonu zna język niemiecki oraz dialekt szwajcarski, do tego jeszcze z pewnością włoski i angielski, być może nawet francuski. Część mieszkańców komunikuje się również w języku retoromańskim, zwanym potocznie językiem romansz. 

W 1938 roku, w wyniku referendum, romansz stał się czwartym oficjalnym językiem Helwetów. Ponieważ na przestrzeni wieków dominował on wśród ludności zamieszkującej południowo-wschodnią część Szwajcarii, uznano możliwość komunikacji w tym języku na poziomie federalnym. Szwajcarzy, wprowadzając romansz jako czwarty język urzędowy kraju, pokazali również siłę jednoczenia się wobec nacjonalistycznych wpływów z Niemiec i Włoch u progu drugiej wojny światowej. 

Romansz zalicza się do grupy języków romańskich i najprawdopodobniej jest pozostałością mowy, którą posługiwali się Retowie – ludy zasiedlające przez kilka stuleci przed naszą erą tereny dzisiejszej Gryzonii. Ze względu na spore odległości, które dzieliły od siebie wioski, w dolinach kantonu wykształciło się pięć odmian tego języka, zwanych idiomami: sursilvan, sutsilvan, surmiran, puter i vallader. Każdy z nich na przestrzeni wieków wykształcił również swój własny język pisany. Dodatkowo w pojedynczych wioskach można doszukać się charakterystycznych dialektów.

Ze względu na silnie zróżnicowaną sytuację językową w Gryzonii, w 1982 roku szwajcarski językoznawca Heinrich Schmid stworzył sztuczny język, tak zwany Romansch Grischun, bazujący na trzech najpopularniejszych idiomach: sursilvan, surmiran i vallader. Język ten jest dziś szczególnie widoczny w mediach. Dialekty zachowały się przede wszystkim w literaturze i w kościelnych nabożeństwach. Romansch Grischun został również wprowadzony do szkół jako język nauczania, jednak fakt ten przez wiele lat wzbudzał wiele kontrowersji. W ostateczności część gmin zdecydowało się zachować możliwość udzielania lekcji w jednym z rodzimych idiomów.

Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że romansz jest językiem pełnym paradoksów. Jako czwarty oficjalny język Szwajcarii, w liczbie ludności posługującej się nim plasuje się daleko za językami imigrantów: serbskim, albańskim, hiszpańskim, czy portugalskim. Według danych z 2010 roku jedynie 36 tysięcy ludności podało romansz za swój pierwszy język. Mimo, że jest on jednym z trzech urzędowych języków Gryzonii (obok niemieckiego i włoskiego), to jednak ze świecą można szukać mieszkańca tego kantonu, który komunikowałby się wyłącznie w romansz. A jakby tego było mało, mamy jeszcze przecież Romansch Grischun – sztuczną wersję języka, coś à la gryzońskie esperanto, które mieszkańcy lokalnych wiosek i tak mają w nosie, mówiąc między sobą w rodzimych dialektach.

Choć posługuje się nim jedynie niewielki odsetek ludności, nic nie wskazuje na to, żeby romansz miał zostać zepchnięty z piedestału języka urzędowego Szwajcarii. Wręcz przeciwnie, Helweci poprzez edukację, media i różne organizacje starają się pielęgnować zagrożony wymarciem język. Jedną z głównych instytucji promujących romansz jest Lia Rumantscha, która oferuje kursy językowe w ramach każdego z pięciu idiomów.  

A ja? Mimo, że w międzyczasie zafascynowana językiem, odwiedziłam redakcję lokalnej gazety w miejscowości Scuol i przeprowadziłam ciekawą rozmowę z jedną z dziennikarek piszących w romansz, to jednak nigdy nie zapomnę tego „pierwszego razu” – tam wysoko w Guardzie, małej engandyńskiej wiosce, kiedy po raz pierwszy, zupełnie przypadkowo usłyszałam ten zachomikowany w górzystych wioskach język, w jego czystej, ludzkiej postaci. 

Słowniczek romansz (idiom sursilvan)

Allegra – Dzień dobry
Adia – Do widzenia
Buna notg, dorma bein – Dobranoc, śpij dobrze
Co vai? – So słychać?
Dai a mi! – Daj mi!
Engraziel – Dziękuję
Has capiu mei? – Zrozumiałeś mnie?
Jeu carezel tei – Kocham cię
Tschetschapuorla – Odkurzacz
Tschuntschientschuncontatschun tschancs tschufs – 555 brudnych baranów 

Szwajcarski dwugłos #3: Czy Szwajcaria jest kobietą?

DIGI5x7templateHORIZ

Dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Kobiet. Z tej okazji postanowiłam wejść w rolę adwokatki diabła i odpowiedzieć twierdząco na postawione w tytule pytanie. Szybko przekonałam się, że wyszukanie argumentów na potwierdzenie tezy, że Szwajcaria jest kobietą to zadanie karkołomne, a im głębiej wchodzę w ten społeczny las, tym więcej widzę drzew, wyrastających na glebie helweckiego patriarchatu (ja to napisałam?). Jednak dwugłos musi być, więc biorę tego byka (czemu nie tę krowę?) za rogi i udowodnię Wam (oraz sobie), że Szwajcaria – wbrew wszelkim moim doświadczeniom i obserwacjom – jednak JEST kobietą.

Zacznijmy od podstaw. Die Schweiz, la Suisse, la Svizzera, la Svizra. W każdym z czterech oficjalnych języków kraju Szwajcaria jest kobietą. Nawet po polsku i po rosyjsku. Po czesku nie. Švýcarsko.

Na koniec 2017 roku Szwajcarię zamieszkiwało 4 miliony 277 tysięcy 696 kobiet. To dokładnie o 71 tysięcy 262 więcej niż mężczyzn. Patrząc na rzecz statystycznie, Szwajcaria jest kobietą. Wśród najbardziej sfeminizowanych kantonów znajdują się Berno, Vaud, Genewa i włoskie Ticino. Przewaga liczebna wynika między innymi z tego, że kobiety częściej dożywają późnej starości. Przewidywana długość ich życia to ponad 85 lat w porównaniu z 81 lat w przypadku mężczyzn. Kobiety w Szwajcarii są też z reguły lepiej wykształcone niż mężczyźni, przynajmniej jeśli chodzi o szkolnictwo średniego stopnia. Szwajcaria jest kobietą – starą bernenką bez magistra.

Więcej statystycznych przewag kobiet nad mężczyznami w Szwajcarii nie znalazłam. Właściwie na tym ten wpis mógłby się zakończyć. Ale ja wciąż, desperacko chcę Wam udowodnić, że Szwajcaria jest kobietą! Od teraz pełna powaga.

Szwajcaria jest kobietą..

… ponieważ pozwala kobietom decydować o własnym ciele, nie mówi, ile i czy w ogóle mają mieć dzieci, nie próbuje przekupić prorozrodczymi programami, ładnie nazwanymi polityką prorodzinną. Szwajcarskie prawo aborcyjne jest jednym z najbardziej liberalnych na świecie. Kobieta ma prawo na żądanie przerwać ciążę do 12 tygodnia, a koszty zabiegu co do zasady pokrywa podstawowe obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne. Pigułki „dzień po” są legalne i można je dostać w aptece bez recepty. Środki antykoncepcyjne również są łatwo dostępne i w porównaniu do zarobków tanie (15-30 CHF/mies.). Dziewczynki uczą się o seksualności w szkołach, a w zachodniej Szwajcarii elementy edukacji seksualnej wprowadzane są już w przedszkolach. Z bezdzietności nie robi się wielkiego halo. W Szwajcarii mniej więcej co piąta kobieta pod koniec swojego wieku reprodukcyjnego, z różnych powodów, nie ma potomstwa. Pomaga się kobietom, które dzieci mieć nie mogą, ale ich chcą, a te, które mogą, a nie chcą, po prostu zostawia się w spokoju.

Szwajcaria jest kobietą..

… ponieważ pozwala kobietom sypiać z kim chcą. Od 2007 roku związki partnerskie osób jednej płci są w Szwajcarii właściwie zrównane w prawach z małżeństwami. Różnice dotyczą możliwości adopcji dziecka i korzystania z zabiegów in vitro. Ostatnio szwajcarski parlament dał zielone światło do zmiany przepisów regulujących również te kwestie. Być może całkiem niedługo Szwajcaria, podobnie jak wcześniej Niemcy, Austria i wiele innych krajów w Europie, pozwoli na zawieranie małżeństw osobom tej samej płci. Ankieta społeczna z 2016 roku pokazała, że 7 na 10 mieszkańców Szwajcarii jest za takim rozwiązaniem.

Szwajcaria jest kobietą..

… ponieważ nie piętnuje matek, które chcą zostać z dziećmi w domu. Możemy narzekać na to, że kobiety w Szwajcarii nie mogą mieć wszystkiego. Że jak pojawia się dziecko, to są wypychane z rynku pracy i na siłę zamykane w złotych klatkach domowych obowiązków. Że praca na 20 czy 40 procent nie starcza nawet na żłobek. Że zostaje im status Hausfrau w papierach, robienie zakupów o godz.10 w Coopie i popołudniowe kawki z podobnymi sobie ofiarami helweckiego patriarchatu. To wszystko prawda. Bycie matką na pełen etat to nie jest zadanie dla każdego, ale są kobiety, które po prostu tego chcą. Są też takie, którym praca dwa razy w tygodniu zupełnie do szczęścia wystarczy. One chcą być przede wszystkim matkami. Gdzie będzie im lepiej niż w Szwajcarii?

Na koniec, aby uleciały z głowy ostatnie wątpliwości, co do tego, że Szwajcaria jednak jest kobietą, argument wagi ciężkiej. 

Szwajcaria jest kobietą..

… ponieważ stała się domem dla nas – migrantek. Polek, Włoszek, Niemek, Brazylijek. Pielęgniarek, lekarek, właścicielek firm, artystek, menedżerek banków, naukowczyń, prawniczek. Matek, niematek, studentek, gospodyń domowych, babć. To my zmieniamy Szwajcarię. Tak, żeby każdego dnia stawała się coraz bardziej.. kobietą.

Wszystkiego dobrego Dziewczyny!

CHCECIE WIEDZIEĆ, JAK ODPOWIEDZIAŁ LAMBERT KRÓL Z BLOGA SWISS TALES? Czytajcie tutaj http://swisstales.pl/dwuglos-3-czy-szwajcaria-jest-kobieta/

Najbardziej znienawidzona kobieta w Szwajcarii

web-ren_3512.jpg

Urodziła się w Bernie, ale dzieciństwo spędziła na Sardynii. Fot. Schweizer Illustrierte

Aktywistka, która nigdy nie ma czasu. Feministka od stóp do głów. Socjalistka z krwi i kości. Dumna idealistka. Antynacjonalistka z przekonania, antykapitalistka z rozsądku. Prawdziwa lewaczka i utopistka z pociągiem do polityki. Tamara Funiciello – głos szwajcarskich Młodych Socjalistów (Juso), naczelna feministka kraju, zmora „prawdziwych Szwajcarów” z SVP, tych, którzy wierzą, że chciwość jest dobra oraz każdego, komu zajdzie za skórę. A w tym akurat jest niezła.

Rocznik 1990. Urodzona w Bernie, dzieciństwo spędza na Sardynii, wychowywana przez mamę sklepową i ojca pracownika fabryki. Wie, co to ciężka praca i trudy emigracji. Kiedy rodzina wraca do Szwajcarii, ojczyzny matki, Tamara musi się nauczyć berneńskiego dialektu i przystosować do helweckiej mentalności. Z włoskim temperamentem nie zawsze jest to łatwe.

Nie jest grzeczną dziewczynką. W szkole bywa pyskata, zwraca uwagę nauczycielom, kiedy traktują sprawy stereotypowo i jednostronnie. Waleczność ma we krwi. Mówi, że to matka nauczyła ją, jak się sprzeciwiać i dążyć do celu. Przykład. Trenuje hokej na trawie. Chce być bramkarką, ale mówią jej, że jest za niska. Niemożliwe? Nie dla Tamary. Zdobywa złoty medal w mistrzostwach kraju. Na bramce.

Choć pochodzi z rodziny robotniczej, wybiera drogę akademicką. Studiuje historię i nauki społeczne, jednocześnie dorabiając w call center. Potem wiąże się zawodowo z Unią – organizacją zrzeszającą szwajcarskie związki zawodowe. Bliska jest jej walka o prawa pracowników, kobiet, migrantów. To dlatego angażuje się w politykę. Młodzieżówka szwajcarskich socjaldemokratów jest naturalnym wyborem.

1495277_450603275041424_1532517187_o

Moje ciało, mój wybór. Prowokacja to środek do politycznych celów. Fot. tamarafuniciello.ch

W swoim programie politycznym, który prowokacyjnie nazwała WTF, czyli Wähle Tamara Funiciello (wybierz Tamarę Funiciello), wzywa do zmiany tego, co ją wkurza. „Chcę mówić głośno, że to nie ludzie z innym kolorem paszportu są winni niskich płac i wysokich czynszów, ale pracodawcy i właściciele nieruchomości. Chcę żyć w społeczeństwie, gdzie rasizm, seksizm i homofobia są potępiane. Chcę świata, w którym każdy ma równe szanse, niezależnie od pochodzenia, płci czy rodziny, z jakiej pochodzi. I chcę tego teraz”. Nierealne? Nie dla Tamary. W 2016 zostaje przewodniczącą Juso. Oprócz tego zasiada w radzie miasta Berno oraz jest wiceprzewodniczącą Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii.

W konserwatywnej Szwajcarii każde jej działanie uznawane jest za prowokację. Bez stanika zachęca do udziału w marszu kobiet i występuje na na plakatach kampanii społecznej „Moje ciało, mój wybór”. Nagość jest dla niej środkiem w walce o polityczne cele, a ponieważ nie ma figury modelki, nie wszystkim się to podoba. Polityk prawicowej, antyimigranckiej partii SVP (Szwajcarska Partia Ludowa) publicznie wyśmiewa jej wygląd, porównując ją do Bibendum – ludzika reklamującego opony Michelin.

Tamara ma to gdzieś. Ma 1,52 m wzrostu i niewyparzony język. Choć kocha pandy, to lepiej z nią nie zadzierać. Kiedy w zeszłym roku przeciwnicy aborcji organizują pod parlamentem w Bernie marsz życia, Funiciello występuje z wnioskiem o kontrdemonstrację zwolenników wolnego wyboru. Policja jednak nie wyraża na to zgody. „To bezczelność. Totalne pogwałcenie praw człowieka. Jeśli tym ludziom się wydaje, że mogą decydować o naszych ciałach, to chyba wciąż żyją w średniowieczu” – komentowała wówczas szefowa Juso. Kto nie jest z nią, ten jest przeciwko niej.

35_funiciello-980x632

Uwaga, ona ma broń. Fot. tageswoche.ch

Ostatni skandal z jej udziałem wylał się nawet poza Szwajcarię, a Tamara została okrzyknięta najbardziej znienawidzoną kobietą w kraju. Poszło o piosenkę, letni hit berneńskiego zespołu Lo&Leduc pod niewinnie brzmiącym tytułem „079”. W banalnym tekście, w którym chłopak stara się wyciągnąć od dziewczyny jej numer telefonu, Funiciello doszukała się źródeł ważnego problemu, jakim jest przemoc wobec kobiet. Nie znaczy nie, nawet jeśli chodzi o pozornie niegroźne nagabywanie na imprezie.

Wyjaśnienia, że nie chodzi o krytykę muzyków, lecz zwrócenie uwagę na pewne zjawisko społeczne nic nie dają. Hejt na Tamarę uderza przez wszystkie możliwe kanały. Seksistowskie żarty, wyzwiska, a nawet grożenie śmiercią. Jej numer telefonu krąży w sieci. W mediach społecznościowych wrze, a w gazecie „Schaffhauser Nachrichten” ukazuje się karykatura wściekłej Funiciello, wymachującej stanikiem nad chłopcami z zespołu i pytającej, dlaczego właściwie nie zadzwonili do niej. Wyjątkowo niesmaczny żart.

„W tym kraju można dyskutować na każdy nawet najbardziej absurdalny temat, dopóki nie krytykuje się mężczyzn i tego, co robią kobietom” – mówi Tamara i zapewnia, że nie zamierza – ja sugeruje jej wielu – stulić pyska. W patriarchalnym społeczeństwie walczy z seksizmem. W kraju bankierów dąży do opodatkowania zysków kapitałowych. Wbrew antyimigranckim nastrojom, broni praw cudzoziemców i chce dać im głos. Kobieta, migrantka, lewaczka, która mówi, to, co myśli. W Szwajcarii to mieszanka wybuchowa. Polityczni przeciwnicy nazywają ją populistką, histeryczką i egoistką, która przed oczami ma tylko jeden cel: stołek w parlamencie.

Funiciello nie ukrywa, że chciałaby do Rady Narodu. Gdyby udało jej się to już po wyborach w tym roku, byłaby jedną z niewielu kobiet przed 30-tką na tak wysokim politycznym szczeblu w Szwajcarii. Niemożliwe? Nie dla Tamary.

O szwajcarskim pięknie

topelement-10

Szwajcaria nie zawsze jest piękna. Na zdjęciu Zurych Lochergut. Źródło: Keystone.

Szwajcaria jest piękna. To opinia wyrażana tak powszechnie, że stała się faktem. Spróbujcie powiedzieć, że jest inaczej. Ponieważ mam wrodzoną skłonność do przekory i szukania dziury w całym, wpisałam sobie ostatnio w wyszukiwarkę „najbrzydsze miejsca w Szwajcarii”. Oto, co mi wyskoczyło.

5 najbrzydszych szwajcarskich dworców – na drugim miejscu.. moje Winterthur.

17 najbrzydszych budynków w Szwajcarii – na szóstym miejscu Zentrum Töss w.. Winterthur.

27 dowodów na to, że najbrzydszym miastem w Szwajcarii jest.. zgadliście! Winterthur. Wejdźcie w link, a przekonacie się, że to prowokacja.

Nawet jeśli trafiłam do najbardziej paskudnej lokalizacji w najpiękniejszym kraju na świecie, to nie powiem, że ta ironia losu mi nie pasuje. Czy Winterthur naprawdę jest takie brzydkie? Kwestia gustu. Jak zrobi się cieplej, wezmę aparat i postaram się Wam przybliżyć uroki mojego miasta. Teraz jednak mowa ma być o pięknie.

Szwajcarzy są mistrzami upiększania. Rozpadająca się fabryka? Odnowimy, pomalujemy na ceglasto i sprzedamy jako lofty za miliony franków. Stare kontenery? Postawimy jeden na drugim, zrobimy na kolorowo, wystawimy starą wannę i będzie najmodniejsza knajpa w mieście. 20 franków za drinka poproszę. Marny skrawek zieleni wśród betonowych bloków? Zbijemy parę desek, będzie piaskownica – drewniana, ekologiczna i osiedle od razu bardziej przyjazne rodzinie.

Szwajcarzy lubią, jak jest ładnie. Sprzyja im geografia – pocztówkowe krajobrazy są na wyciągnięcie Instagrama. Do tego rustykalna drewniana architektura (obowiązkowe okiennice i geranie w oknach!), parę zadbanych krówek (koniecznie z dzwonkami!) i krystalicznie czyste górskie jeziorko. Jeszcze tylko wetknąć czerwoną flagę z białym krzyżem i mamy powielany przez turystów w milionach kopii idealny obrazek kraju bez problemów.

W Szwajcarii brzydotę albo się ignoruje albo ujarzmia. Nie chodzi tylko o estetykę. W kwestii niewygodnych tematów obowiązuje ogólna zasada „mamy wszystko pod kontrolą”. Bezdomni w miastach? Sami tego chcą, nawet ich nie liczymy. Narkotyki? Jest problem, ale sobie z nim radzimy. Samobójstwa? Mamy od tego specjalne instytucje. Uchodźcy? Przybywa ich już coraz mniej, fantastyczna wiadomość. Dyskryminacja płci? O co chodzi, przecież równouprawnienie jest zapisane w konstytucji. Grunt to dobry PR.

Szwajcaria broni pozytywnego wizerunku tak zażarcie, jak demokracji bezpośredniej i neutralności. W Federalnym Departamencie Spraw Zagranicznych istnieje wyspecjalizowana agencja Presence Switzerland, odpowiedzialna za budowanie dobrego obraz kraju w świecie. Jednym z jej zadań jest monitorowanie wszystkiego, co na temat Szwajcarii pojawia się w sieci.

I tak np. analiza Twittera z 2018 roku wykazała, że hasztagu Switzerland internauci używali najczęściej do dzielenia się, niespodzianka, malowniczymi górskimi krajobrazami. Gorącymi tematami były m.in. Światowe Forum Ekonomiczne w Davos (dobrze), odwołanie udziału w niniejszym amerykańskiego prezydenta (niedobrze), doniesienia o rosyjskich szpiegach w państwowym laboratorium w Spiez (niedobrze) i zwycięstwa Rogera Federera (dobrze). Sieć obiegło też zdjęcie prezydenta Szwajcarii siedzącego na chodniku przed siedzibą Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku i studiującego notatki (świetnie) oraz gest podwójnego orła, który pokazali szwajcarscy zawodnicy w meczu przeciwko Serbii (bardzo, bardzo niedobrze).

Ciągłe trzymanie ręki na pulsie to ciężka praca i koszty. Presence Switzerland na działania związane z promocją helweckiego wizerunku dostaje prawie 9 mln franków rocznie + dodatkowe kieszonkowe na udział w wydarzeniach sportowych i expo. O dodatkowe miliony z państwowej kasy starają się też filmowcy, którzy powołali ostatnio Film Commission Switzerland, organizację, która ma tak upiększyć Szwajcarię w oczach potencjalnych producentów, żeby ściągnąć tu wielkie kinowe dzieła, jak niegdyś filmy o Bondzie czy klasyki Bollywoodu. Wyobraźcie sobie Ryana Goslinga i Emmę Stonę tańczących żwawo u podnóży Matterhornu. Switzer-lala-land.

Rozmawiałam niedawno z pewną liberalną polityczką, ponad 60-letnią Szwajcarką. Opowiadała o tym, jak kraj zmienił się pod wpływem imigrantów. Ku mojemu zdziwieniu pojawił się też temat piękna. – Wie Pani, my nigdy nie byliśmy zbytnio urodziwym narodem, ale odkąd zaczęliśmy się mieszać, zrobiliśmy się jacyś tacy ładniejsi.

Jak widać, Szwajcarzy znaleźli sposób nawet na to, jak upiększyć samych siebie.

Gov nie taki easy, czyli zakładam firmę w Szwajcarii

sz_icon_08_online_gruenden_web

Fot. startzentrum.ch

To proste, mówili. Szwajcaria to kraj przyjazny przedsiębiorcom, mówili. Dzisiaj masz pomysł, jutro masz firmę, mówili.

Jest początek grudnia 2018. Dostaję zlecenie na regularne tłumaczenia i w końcu postanawiam założyć własną działalność. Słyszę, że najłatwiej zrobić to przez internet. Wchodzę na stronę easygov.swiss. Ma być łatwo.

Na razie rzeczywiście idzie gładko. Tworzę konto, wypełniam dane osobowe, a następnie wybieram formę prawną, cel działalności i branżę. Teraz najważniejsze – nazwa firmy (tu poszaleć się nie da – musi być nazwisko i to, czym się zajmujemy), data rozpoczęcia działalności i przewidywane obroty. Jeśli to poniżej 100 tysięcy CHF rocznie, formalności dodatkowo się upraszczają – nie muszę rejestrować działalności w rejestrze handlowym ani rozliczać podatku VAT.

Jeszcze tylko dane i zarobki męża (po co im to?), kwota zainwestowanego kapitału, dotychczas wystawione rachunki i opłacone składki na ubezpieczenie społeczne (jak to, przecież dopiero rejestruję firmę?). Sprawy trochę się komplikują, ale nie myślę o tym, mam, jest! Nie mija godzina, a ja zostaję właścicielką Sprachbüro Kaminska. Czuję się jak CEO.

Program mówi mi, że jedyne, co muszę teraz zrobić, to wysłać podpisany formularz do szwajcarskiego ZUS-u, czekać na potwierdzenie i nadanie numeru mojej działalności (taki polski NIP). Drukuję, podpisuję, wysyłam. I czekam. Czekam tydzień, czekam dwa. Myślę sobie, że idą święta i pewnie już wszyscy są na urlopach, dlatego trwa to trochę dłużej niż zwykle.

Święta minęły, a wraz z nimi miesiąc odkąd zarejestrowałam działalność. Pracuję, wystawiam rachunki (bez numeru), niby nic się nie dzieje. Kiedy klient w Bazylei zaczyna mnie ścigać, chcąc potwierdzenia, że jestem samozatrudniona, moja cierpliwość się kończy. Dzwonię. Przeuprzejmy pan tłumaczy, że easygov wcale nie jest taki easy, bo przez internet to nie wystarczy, trzeba jeszcze dosłać kilka dokumentów. Proszę czekać na list (poczta znowu rządzi!).

Czekam (ileż ja się w tej Szwajcarii naczekam), mija kolejny tydzień, a listu brak. Czuję się jak szwajcarski emeryt, wypatrując przez okno listonosza. Po dziesięciu dniach bez wieści – usycham przy skrzynce na listy- dzwonię. Tym razem inny, już jakby mniej sympatyczny pan przekonuje mnie, że skoro data rozpoczęcia działalności to 1 stycznia, a jest ponad dwa tygodnie później, to mamy jeszcze czas i dlaczego ja się w ogóle gorączkuję. Obiecuje, że przyspieszy sprawę. Chyba pomaga, bo trzy dni później w skrzynce leży pismo.

Pismo, a w nim cała lista rzeczy, które mam dosłać: oferty, wystawione rachunki, wpłaty od klientów, potwierdzenie wynajmu biura i zainwestowanego kapitału, materiały reklamowe, umowy z klientami oraz opis tego, gdzie i w jaki sposób pracuję.

To takie łatwe, mówili.. Idź i rób biznesy, mówili..

Może mam pecha do urzędów. Może urzędnicy robią mi na złość. Może czegoś tu nie rozumiem. Ale jak wytłumaczyć to, że do potwierdzenia działalności potrzebuję rachunków, których nie mogę wystawić bez potwierdzenia działalności? Typowe biurokratyczne błędne koło, które przerabiałam już kilka lat temu starając się o pozwolenie na pobyt.

Szwajcaria ma opinię kraju, gdzie łatwo i bez zbędnych formalności robi się interesy. Tymczasem regulacje dotyczące firm i obywateli kosztują Szwajcarów rocznie ok. 60 miliardów franków, czyli jedną dziesiątą produktu krajowego brutto. Jednak ten gov nie taki easy.

Pamiętam, jak w 2011 roku otwierałam działalność gospodarczą w Polsce. Jedno okienko i po sprawie. Nie myślałam, że kiedykolwiek będę tęsknić za polską biurokracją. Pani Halinko wiecznie pijąca kawę – wróć!

Ciąg dalszy nastąpi.