Królowa z alpejskim rogiem

eliana-burki-bg-2-l-1024x627

Sesja zdjęciowa do najnowszej płyty „Arcadia” Fot. Eva Müller/eliana-burki.com

Rozwiany blond włos, kolczyk w nosie, mini spódnica i kowbojki, do tego przyciągająca wzrok biżuteria. Ta dziewczyna wygląda jak gwiazda rocka. Tylko, że zamiast gitary przez ramię przewieszony ma alphorn, róg alpejski.

Tradycyjny instrument szwajcarskich górali, który niegdyś służył do zaganiania stada i komunikacji pomiędzy pasterzami, kojarzy się dzisiaj ze szwajcarskim folklorem i atrakcją dla turystów. Żaden świąteczny jarmark, festiwal jodłowania czy wiejskie wesele nie obędą się bez dmuchania w wielką tubę. Wydobywane z niej monotonne dźwięki na stałe wpisały się w alpejski krajobraz i kiedy wydawałoby się, że jeśli chodzi o walory muzyczne, to alphorn niczym już nie może nas zaskoczyć, pojawiła się ona.

Eliana Burki pochodzi z Feldbrunnen w kantonie Solura i zaczynała w wieku sześciu lat, na początku tak jak wszyscy, od grania na festynach ludowych. Ale kurczowe trzymanie się tradycji raczej nie było jej pisane. Już jako nastolatka odkryła blues i jazz, jednak z alpejskim rogiem wcale nie chciała się rozstawać. Nie każdemu się to podobało. Na kolejnych festiwalach jodłowania, w których brała udział, łamała wszystkie zasady, a jurorzy nie zawsze byli wyrozumiali dla jej niecodziennego stylu gry. Muzyczni fundamentaliści pisali skargi do jej rodziców, że alphorniska z duszą rewolucjonistki profanuje narodowy instrument Szwajcarii. Na szczęście więcej było tych, którym podobały się improwizacje w stylu Milesa Davisa na starym dobrym rogu.

Eliana-Burki-Solis-String-Quartet-3-1024x683

Z kwartetem Solis String z Neapolu. Fot. Francesco Truono/eliana-burki.com

Burki zaczęła muzyczną karierę. Najpierw występowała na koncertach w kraju, podczas których na pianinie akompaniowała jej mama. Potem zaczęły się podróże po Europie. W międzyczasie studiowała jazz w Bazylei i nie rozstawała się z alpejskim rogiem.

Z czasem jej muzyczny styl zaczęto nazywać „funky swiss alphorn”, bo łączy muzykę ludową z popem, jazzem, klasyką, a nawet motywami orientalnymi i latynoamerykańskimi. W kraju uchodzi za buntowniczkę. Zamiast ludowego trachtu nosi krótkie spodenki, a jej instrumenty, które sama nazywa „Burki-horn”, są zrobione z karbonu (aby były lżejsze), a nie z drewna, jak nakazywałaby tradycja. Róg alpejski nie jest najłatwiejszy w obsłudze. Dźwięki wydobywa się z niego wyłącznie przy pomocy wdmuchiwanego powietrza i aby wycisnąć z alphornu więcej niż górale, Burki modyfikuje tradycyjną tubę tak, aby bardziej przypominała inne instrumenty dęte. A do tego jeszcze śpiewa.

Najbardziej znana szwajcarska alphornistka dzieli życie między Zurych a Los Angeles. To na amerykańskim rynku jej kariera muzyczna nabrała rozpędu i to tam dziewczyna z Solury jest dzisiaj znana jak żadna inna helwecka gwiazda. Współpracowała m.in. z wytwórnią, która wydaje płyty Norah Jones i z producentem zespołu Queen. Ze swoim zespołem I Alpinisti Burki koncertuje na całym świecie. Występowała jako solistka z orkiestrami z Armenii, Stuttgartu i Zurychu. Prezentowała róg alpejski przed milionową publicznością w Chinach. Była też raz w Polsce, w 2005 roku grała na targach książki w Warszawie.

Angażuje się w ciekawe projekty, zwłaszcza jeśli jej talent może dodatkowo przysłużyć się czemuś dobremu. W 2005 roku zagrała z młodymi pasjonatami alpejskiego rogu w rosyjskiej Republice Baszkorostanu, a wydarzenie odbyło się przy wsparciu Szwajcarskiej Organizacji Współpracy i Rozwoju. Zawsze znajdzie też czas na to, aby w szpitalu dziecięcym w szwajcarskim Davos poprowadzić muzykoterapię dla dzieci chorych na mukowiscydozę.

W czasie wolnym od pracy i pomagania Elena Burki także realizuje się artystycznie, tym razem jako aktorka. Skończyła prestiżową akademię dramatu w Los Angeles i zagrała w filmie we Francji. Sama szyje swoje sceniczne kreacje. Praktykuje też jogę i organizuje wyjazdy medytacyjne. Mówi o sobie, że jest obywatelką świata i nomadką. Gdyby nie poświęciła się muzyce, być może zostałaby weterynarką, bo kocha zwierzęta. Ma dwa psy, Milesa i Lulu.

„Królowa alphornu” w pełni sobie na ten tytuł zasłużyła, ponieważ jak nikt inny wypromowała ten nieco przykurzony instrument w świecie. Pokazała, że można być ambasadorką tradycji, jednocześnie kompletnie się z niej wyłamując. Dzięki niej gra na rogu alpejskim, a przy okazji i Szwajcaria, stały się sexy. Bo przecież hymn narodowy można zagrać i tak..

Więcej informacji o Elianie Burki znajdziecie na jest stronie internetowej http://eliana-burki.com. Fragmenty koncertów i teledyski są dostępne na Youtube.

 

Stoliczku nakryj się – zero waste po szwajcarsku

Food_Waste_Karotten_595

Unikatowe marchewki można tylko kochać. Fot. nachhaltigleben.ch

Niedawno pisałam o tym, co Szwajcarzy robią z odpadami atomowymi. Teraz też będzie o śmieciach, ale tych nam bliższych, bo codziennych.

Zajrzyjcie do swoich lodówek. Ile ze zgromadzonego tam jedzenia trafi za kilka dni na śmietnik? Przeciętny mieszkaniec Szwajcarii wyrzuca co roku ok. 120 kilogramów żywności, a te statystyki stają się jeszcze bardziej smutne, jeśli wiemy, że połowa produktów spożywczych pochodzi tutaj z importu. Marnujemy więc nie tylko to, co sami wytworzymy, ale też to, co jest efektem pracy ludzi z innych, często uboższych krajów.

Wiadomo, że świat nie jest idealny i zazwyczaj nie zjadamy wszystkiego, co kupujemy. Co się dzieje z resztkami? W szwajcarskich kuchniach warzywa i owoce, a także chleb, jajka, mięso i inne pozostałości organiczne lądują w kompostownikach (listę tego, co wolno tam wrzucić znajdziecie tutaj), a następnie fermentują w specjalnych zielonych kontenerach pod domem, skąd trafiają do stacji przerabiających je na biogaz. Rocznie w samych tylko gospodarstwach domowych kompostuje się 300 tysięcy ton odpadów, a Szwajcarzy chcą, aby do 2030 roku z tego odnawialnego źródła pochodziło 30 procent energii cieplnej wytwarzanej w kraju.

Odpady organiczne to tylko czubek góry lodowej, a w tym przypadku wielkiej góry śmieci. W Szwajcarii rocznie wyrzuca się 2,3 miliony ton żywności. Wydawałoby się, że to głównie wina supermarketów, przecież to tam marnuje się najwięcej jedzenia. I tu zaskoczenie. Połowa z tych ponad dwóch milionów ton to nasz chleb powszedni, czyli żywność, którą wyrzucamy w domach. To oznacza, że w koszach na śmieci ląduje jedna piąta jedzeniowych zakupów każdego z nas. Na drugim miejscu w niechlubnym rankingu jest przetwórstwo żywności, a na trzecim rolnictwo. Natomiast owiany złą sławą handel detaliczny odpowiada tylko za kilka procent odpadów (podobnie jak gastronomia). Z tego wniosek, że największymi szkodnikami jesteśmy my sami, w zaciszu swoich kuchni i jadalni.

(Krótka przerwa na samobiczowanie)

Wróćmy do marketów, które w Szwajcarii robią wszystko, aby unikać wyrzucania dużej ilości jedzenia (utylizacja odpadów kosztuje). Przede wszystkim starają się jak najwięcej opchnąć nam. Jednym ze sposobów jest przecena świeżych produktów – gotowych kanapek, sałatek, ciast – pod koniec dnia. Innym, obniżanie cen żywności, której zbliża się końcowy termin sprzedaży (oznaczany literką A), ale ma jeszcze kilka dni przydatności do spożycia (data B). Moim hitem jest natomiast sprzedawanie taniej brzydkich warzyw i owoców. W Coopie natknęłam się ostatnio na „unikatowe” marchewki po 0,95 CHF za kilogram. Super sprawa, a w dodatku ubawiły mnie ich kształty. Podsumowując, markety sprzedają nam żywność za pół ceny, po to, żebyśmy to my, a nie one ją potem wyrzucili. Zagranie, co by nie mówić, sprytne i opłacalne.

20688871261_3907121720_z

Wielkanocne zajączki można zjeść i po świętach albo oddać innym. Na zdjęciu sortownia szwajcarskiej organizacji pomocowej Stoliczku nakryj się. Fot. www.tischlein.ch

Co się dzieje z jedzeniem, którego nie uda się wcisnąć konsumentom? Weźmy np. wczorajsze pieczywo, przecież jeszcze zjadliwe, ale już nie do wystawienia obok pachnących, świeżych, nadmuchanych bułeczek. Szwajcarskie piekarnie przekazują je do tzw. äss-barów, które następnie sprzedają chleb, bułki i słodkie wypieki za symboliczną cenę (od 0,50 CHF) tym, którym na świeżości aż tak bardzo nie zależy. W 2016 roku (ostatnie dostępne dane) äss-bary „uratowały” w ten sposób ok. 300 ton żywności, karmiąc wczorajszym chlebem pół miliona ludzi w całym kraju. Secondhandowe piekarnie działają w całej Szwajcarii, a ich listę można znaleźć tutaj.

Sklepy i restauracje przekazują to, czego nie sprzedały także organizacjom pomocowym. Takie umowy mają z handlem i gastronomią m.in. Caritas, Schweizer Tafel (Szwajcarski stół) czy Tischlein, deck dich (Stoliczku nakryj się). Działające non-profit stowarzyszenia rozdzielają otrzymaną żywność między potrzebujących: biednych, bezdomnych, chorych, przebywających w ośrodkach pomocy społecznej. Ludzie ze Schweizer Tafel rozdają dziennie 16 ton żywności w 12 regionach kraju, pracownicy Tischlein, deck dich tylko w 2017 roku rozdysponowali 4,2 tysiące ton jedzenia. Również mniejsze sklepy mogą przekazać swoje nadwyżki, co częściej jest też dla nich tańszym rozwiązaniem niż wywóz odpadów. Aby dystrybucję uczynić jeszcze bardziej skuteczną, w 2016 roku zaczął działać w Szwajcarii pierwszy bank żywności online – Food Bridge, który włącza w cały proces ratowania jedzenia również producentów oraz przetwórców, gdzie pozostałości są problemem znacznie większym niż w sprzedaży detalicznej.

To działania systemowe, a schodząc na niższy poziom, ciekawą lokalną inicjatywą jest organizowane przez stowarzyszenie foodwaste.ch wspólne miejskie gotowanie pod hasłem „Twoje miasto podaje do stołu”. Wolontariusze przygotowują posiłki ze wspomnianych już brzydkich warzyw i żywności, która się nie sprzedała, a następnie karmią wszystkich, którzy przyjdą z talerzem. Takie zero waste’owe kulinarne uczty odbyły się już w Bernie, Bazylei, Zurychu, Aarau i Chur. Informacje o kolejnych wydarzeniach znajdziecie tutaj. 

Co możemy na co dzień zrobić my, pozornie trybiki w machinie, a w rzeczywistości przecież aktorzy grający na planecie Ziemia główną rolę (szkodników)? Jedna z opcji to nocne nurkowanie w kontenerach z żywnością, którą wyrzucają markety. W Szwajcarii, w odróżnieniu choćby od Niemiec, nie jest to uznawane za kradzież, więc droga wolna. Jeśli ktoś woli mniej radykalne rozwiązania, może np. ściągnąć sobie na telefon aplikację Too Good to Go i za jej pomocą wyszukać miejsca – sklepy, piekarnie, kawiarnie, restauracje – które pod koniec dnia oddają za kilka franków świeże produkty spożywcze i dania, które się nie sprzedały. W ten sposób można sobie zarezerwować rogaliki na śniadanie albo zestaw sushi na kolację, w zależności od tego, jakie miejsca w naszej okolicy biorą udział w akcji. W Szwajcarii „uratowano” już dzięki temu ponad 230 tysięcy posiłków. Jak to działa? Obejrzyjcie wideo.

Kiedy natomiast zdarzy nam się kupić za dużo albo po wiosennym grillowaniu zostanie kilka paczek całkiem smacznych kiełbasek (oczywiście wegańskich), których już nie sposób przejeść, nasze jedzenie także możemy przekazać dalej. Na rarytasy czekają na przykład tzw. restessbary, czyli miejsca w większych i mniejszych szwajcarskich miastach (pierwsze powstało w 2012 roku w centrum Winterthuru), gdzie można zostawić wciąż nadającą się do spożycia żywność, której nie potrzebujemy. Dla zainteresowanych więcej informacji pod linkiem.

W Szwajcarii robi się wiele, aby nie dopuszczać do wyrzucania jedzenia. Alternatyw dla śmietnika jest sporo, wystarczy tylko chcieć i zadać sobie minimum trudu. Najlepsze rozwiązanie dla nas, konsumentów wydaje się być proste – kupować mniej, maksymalnie wykorzystywać resztki i starać się nie robić zapasów świeżych produktów, które i tak kończą potem w koszu na śmieci. Jeśli ktoś nie potrafi, są już na rynku inteligentne lodówki, które planują optymalną ilość jedzenia, uwzględniając potrzeby całej rodziny. Wszystkie chwyty dozwolone. Byleby nie marnować. Żywności ani pieniędzy.

Kim jest Gottfried Stutz, czyli jak przeklinać po szwajcarsku

1782550656060035

Fot. watson.ch

Gopferdeckel, Gopfertammi, Gopferdelli, Gopfertoori – rzuci mięsem Hansruedi, kiedy ucieknie mu pociąg albo wbijając gwóźdź w ścianę stuknie się młotkiem w palec. To kilka wariacji na temat ulubionego przekleństwa niemieckojęzycznej Szwajcarii.

Spróbujcie wymówić je głośno – zamieniając G na twarde H, z akcentem na przedostatnią sylabę. Prawda, że słodkie? Brzmienie tych słów to dowód na to, że w szwajcarskich dialektach nawet bluźnierstwa są zbyt zabawne, aby wyrazić nimi prawdziwą złość.

Gopferdeckel i jemu pokrewne to łagodna wersja „Gott verdamme mich”, powszechnego w krajach niemieckojęzycznych przekleństwa, które można przetłumaczyć jako „do diabła”, „niech mnie szlag”, „do cholery” (choć w języku niemieckim brzmi to o wiele bardziej dobitnie, bo oznacza dosłownie, że przeklął nas sam Bóg). Ponieważ Szwajcarzy są ludźmi delikatnymi, cichymi i nieśmiałymi, to stworzyli sobie własną, eufemistyczną wersję i na jej potrzeby powołali do życia niejakiego Gottfrieda Stutza. 

Gottfried (wymawiany Gopfried) to imię, które brzmieniem przypomina wspomniane „Gott verdamme”. Stutz ma natomiast po niemiecku wiele znaczeń, ale chodzi głównie o twarde brzmienie tego słowa, które dodaje Gottfriedowi nieco pikanterii. Całość przypomina imię i nazwisko człowieka, który nigdy nie istniał, ale zapisał się na stałe w językowym krajobrazie Szwajcarii. 

Jako pierwsi określenia Gottfried Stutz jako przekleństwa użyli prawdopodobnie studenci z Bazylei na początku dwudziestego stulecia. Rozpropagował je natomiast słynny szwajcarski śpiewak Polo Hofer w piosence „Kiosk”. Poniżej cover utworu w wykonaniu zespołu Rumpelstilz. 

Modę na Gopferdeckel wznowił niedawno szwajcarski sprinter Alex Wilson. Wywiad, jakiego udzielił po zdobyciu brązowego medalu podczas Lekkoatletycznych Mistrzostw Świata w Londynie, stał się internetowym hitem.

Choć brzmią niewinnie, pamiętajcie, że wszelkie odmiany Gottfrieda to wciąż przekleństwa, więc raczej nie radzę używać ich w sytuacjach oficjalnych jak rozmowa o pracę czy niedzielny obiad z teściową. Ale jak następnym razem ucieknie Wam autobus, spróbujcie zamiast siarczystych polskich, rzucić Gopferdecklem. Uznanie w oczach Szwajcarów gwarantowane. 

Jeśli mieszkacie w Szwajcarii i przysłuchujecie się czasem lokalnym konwersacjom, słyszeliście pewnie wtrącane na potęgę do codziennego języka (głównie przez młodzież) i używane w różnych konfiguracjach słówko „huere”. Huere guet! Huere schön! Huere Glück! Huere kalt! Tutaj trzeba wyjątkowo uważać, ponieważ huere jest stosowane jako wzmocnienie (uhuere – od niemieckiego ungeheuer – niezwykle), podkreślające coś pozytywnego lub negatywnego, ale ma podobną genezę jak nasze polskie przekleństwo na K.

Podobnie jest z powszechnie używanym w Szwajcarii słowem geil, które przyjęło się używać wymiennie z mega na określenie czegoś ekstra, odlotowego, wyjątkowego. Geil natomiast ma też drugie znaczenie – napalony, lubieżny.

Szwajcarskie dialekty są niezwykle bogate w fantazyjne niekiedy określenia powszechnie uznawane za obraźliwe. Oto krótki słowniczek wybranych obelg, które warto znać, choćby po to, aby wiedzieć, czy ktoś na przypadkiem nie obraża (nie uczcie tego swoich dzieci!):

Chotzbrocke – od słowa kotzen – rzygać -> osoba wstrętna, obrzydliwa, arogancka, nieprzychylna innym

Glünggi -> łajdak, drań

Gorilla blau Arsch – to określenie popularne w latach 90. dzisiaj jest już mocno vintage (dosłownie – goryl z niebieskim tyłkiem)  -> głupia małpa

Gumslä/Tschäddärä/dumme Zwetschge -> niezbyt lotna kobieta (Zwetschge oznacza dosłownie śliwkę)

Lappi -> niezdara, ciamajda

Rätschbäsä – pochodzi od czasownika rätschen (dialekt berneński), czyli skarżyć i rzeczownika Besen – miotła -> donosiciel, skarżypyta

Seifesüder -> zbyt powolny kierowca

Schofseckel/Schoofseggel – dosłownie organ rozrodczy barana -> idiota, kretyn

Truubehüeter – dosłownie uprawiający winorośl -> osoba leniwa, nieprzydatna

Tschumpel/Totsch, ale też Tschooli, Löli, Lappi, Duubel -> głupek, dureń, naiwniak

Tüpflischiiser -> osoba przesadnie dokładna, nadgorliwa, czepiająca się szczegółów

Ach, ten romansz!

Autorka (gościnnie): Karolina Duszka, absolwentka filologii szwedzkiej w Poznaniu, kolekcjonerka literatury dla dzieci. Prowadzi bloga https://writingsoul.pl/. Od 2015 roku mieszka w Zurychu.

fullsizeoutput_1348

Napisy w języku retoromańskim na ścianach engadyńskich domów. Fot. Karolina Duszka

Pamiętam lato minionego roku, kiedy udało mi się dotrzeć do Guardy – małej, liczącej ponad sto mieszkańców wioski, położonej w Dolnej Engadynie, w Gryzonii. Siedziałam nieopodal przystanku autobusowego i obserwowałam miejscowych, nie mając żadnych wątpliwości, że doświadczam czegoś niecodziennego. To właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałam „na własne uszy” język retoromański.

Gryzonia to największy i najbardziej dziki kanton Szwajcarii, graniczący z Włochami, Austrią i Liechtensteinem. Jak w całym kraju, tak i tu wielojęzyczność nikogo nie dziwi: przeciętny mieszkaniec kantonu zna język niemiecki oraz dialekt szwajcarski, do tego jeszcze z pewnością włoski i angielski, być może nawet francuski. Część mieszkańców komunikuje się również w języku retoromańskim, zwanym potocznie językiem romansz. 

W 1938 roku, w wyniku referendum, romansz stał się czwartym oficjalnym językiem Helwetów. Ponieważ na przestrzeni wieków dominował on wśród ludności zamieszkującej południowo-wschodnią część Szwajcarii, uznano możliwość komunikacji w tym języku na poziomie federalnym. Szwajcarzy, wprowadzając romansz jako czwarty język urzędowy kraju, pokazali również siłę jednoczenia się wobec nacjonalistycznych wpływów z Niemiec i Włoch u progu drugiej wojny światowej. 

Romansz zalicza się do grupy języków romańskich i najprawdopodobniej jest pozostałością mowy, którą posługiwali się Retowie – ludy zasiedlające przez kilka stuleci przed naszą erą tereny dzisiejszej Gryzonii. Ze względu na spore odległości, które dzieliły od siebie wioski, w dolinach kantonu wykształciło się pięć odmian tego języka, zwanych idiomami: sursilvan, sutsilvan, surmiran, puter i vallader. Każdy z nich na przestrzeni wieków wykształcił również swój własny język pisany. Dodatkowo w pojedynczych wioskach można doszukać się charakterystycznych dialektów.

Ze względu na silnie zróżnicowaną sytuację językową w Gryzonii, w 1982 roku szwajcarski językoznawca Heinrich Schmid stworzył sztuczny język, tak zwany Romansch Grischun, bazujący na trzech najpopularniejszych idiomach: sursilvan, surmiran i vallader. Język ten jest dziś szczególnie widoczny w mediach. Dialekty zachowały się przede wszystkim w literaturze i w kościelnych nabożeństwach. Romansch Grischun został również wprowadzony do szkół jako język nauczania, jednak fakt ten przez wiele lat wzbudzał wiele kontrowersji. W ostateczności część gmin zdecydowało się zachować możliwość udzielania lekcji w jednym z rodzimych idiomów.

Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że romansz jest językiem pełnym paradoksów. Jako czwarty oficjalny język Szwajcarii, w liczbie ludności posługującej się nim plasuje się daleko za językami imigrantów: serbskim, albańskim, hiszpańskim, czy portugalskim. Według danych z 2010 roku jedynie 36 tysięcy ludności podało romansz za swój pierwszy język. Mimo, że jest on jednym z trzech urzędowych języków Gryzonii (obok niemieckiego i włoskiego), to jednak ze świecą można szukać mieszkańca tego kantonu, który komunikowałby się wyłącznie w romansz. A jakby tego było mało, mamy jeszcze przecież Romansch Grischun – sztuczną wersję języka, coś à la gryzońskie esperanto, które mieszkańcy lokalnych wiosek i tak mają w nosie, mówiąc między sobą w rodzimych dialektach.

Choć posługuje się nim jedynie niewielki odsetek ludności, nic nie wskazuje na to, żeby romansz miał zostać zepchnięty z piedestału języka urzędowego Szwajcarii. Wręcz przeciwnie, Helweci poprzez edukację, media i różne organizacje starają się pielęgnować zagrożony wymarciem język. Jedną z głównych instytucji promujących romansz jest Lia Rumantscha, która oferuje kursy językowe w ramach każdego z pięciu idiomów.  

A ja? Mimo, że w międzyczasie zafascynowana językiem, odwiedziłam redakcję lokalnej gazety w miejscowości Scuol i przeprowadziłam ciekawą rozmowę z jedną z dziennikarek piszących w romansz, to jednak nigdy nie zapomnę tego „pierwszego razu” – tam wysoko w Guardzie, małej engandyńskiej wiosce, kiedy po raz pierwszy, zupełnie przypadkowo usłyszałam ten zachomikowany w górzystych wioskach język, w jego czystej, ludzkiej postaci. 

Słowniczek romansz (idiom sursilvan)

Allegra – Dzień dobry
Adia – Do widzenia
Buna notg, dorma bein – Dobranoc, śpij dobrze
Co vai? – So słychać?
Dai a mi! – Daj mi!
Engraziel – Dziękuję
Has capiu mei? – Zrozumiałeś mnie?
Jeu carezel tei – Kocham cię
Tschetschapuorla – Odkurzacz
Tschuntschientschuncontatschun tschancs tschufs – 555 brudnych baranów 

Szwajcarski dwugłos #2 Pralka w domu czy w piwnicy?

DIGI5x7templateHORIZ

„Szwajcarski dwugłos” to seria pytań i odpowiedzi, w której autorzy blogów I’m Not Swiss – Agnieszka Kamińska i Swiss Tales – Lambert Król wypowiadają się na różne tematy związane ze szwajcarską rzeczywistością.

Poniżej przeczytacie moje odpowiedzi na pytania, a jeśli jesteście ciekawi, co myśli Lambert, zapraszam na jego bloga (link na końcu tekstu).

Szwajcarski transport – komunikacja publiczna czy auto?

Właśnie mija rok odkąd nie mamy auta. Podsumowując – same plusy. Nie dość, że udaje nam się oszczędzić kilkaset franków miesięcznie, to jeszcze jesteśmy bardziej fit (mąż dojeżdża rowerem do pracy) i nie zanieczyszczamy środowiska. Samochód to niewątpliwie wygoda, ale komunikacja publiczna w Szwajcarii jest na tak wysokim poziomie, że mieszkając w mieście można z powodzeniem żyć bez samochodu. Powiecie, że ceny biletów powalają. Ponieważ sporo jeżdżę pociągami (ostatnio m.in. do Bazylei), mam sposoby, aby po kraju poruszać się za nie więcej niż 30-40 CHF. Wyszukuję bilety o obniżonej cenie albo korzystam z oferty dziennych biletów w mojej gminie. Poza tym mam też Halbtax, który uprawnia do korzystania z transportu publicznego w całej Szwajcarii ze zniżką. Jedyne, co mnie martwi, to coraz częstsze opóźnienia pociągów. 

Pralka – w domu czy w piwnicy?

Wizja dzielonej z sąsiadami pralki przeraża mnie niczym większość Szwajcarów akcesja do Unii Europejskiej. Lista kolejkowa, wyznaczony na pranie jeden dzień w tygodniu, wojna podjazdowa z sąsiadami, łącznie z wyrzucaniem prania na podłogę i kłótnie o higienę w pralni. Ponieważ nic nie jest mi droższe niż swoboda, nawet jeśli chodzi o swobodę prania, podczas poszukiwań mieszkania głównym kryterium była dla mnie pralka w łazience lub chociaż miejsce na jej podłączenie. Z punktu widzenia Polaka – rzecz niewiarygodna. Czasami myślę sobie, że Szwajcarzy wymyślili te wspólne pralnie jako formę integracji sąsiadów. Z zasłyszanych historii o konfliktach wnioskuję jednak, że ta koncepcja się nie do końca sprawdza. 

Przerwa w kinie – strata czasu czy „super, idę na lody”?

Pamiętam moje pierwsze wyjście do kina w Szwajcarii. Mniej więcej po godzinie seansu ekran gaśnie i włączają się światła. – Coś się zepsuło? – pytam męża. – Nie, no przerwa jest. Chcesz loda? Przerwa w kinie – jedna ze szwajcarskich fanaberii, która na początku mnie śmieszyła, a teraz nawet ją doceniam. Można skoczyć do toalety czy kupić coś do picia. Co robią Szwajcarzy? Zazwyczaj jedzą wtedy lody, bez względu na porę roku. O wiele bardziej niż przerwa w kinie mierzi mnie dubbingowanie filmów. Ponieważ do kina chodzę dość często, zawsze muszę szukać wersji oryginalnej i zdarza się, że specjalnie jadę do odległego miejsca w Zurychu tylko po to, aby posłuchać aktorów, a nie niemieckich podkładaczy. Wyobrażacie sobie, że sporo Szwajcarów nigdy w życiu nie słyszało głosu Jacka Nicholsona? Z kolei mój mąż ilekroć jesteśmy w Polsce nie może się nadziwić, że jeden człowiek czyta dialogi wszystkich aktorów. Ot, różnice kulturowe. 

Coop czy Migros, a może u rolnika?

Szwajcarzy dzielą się na tzw. dzieci Coopa (Coopkind) i dzieci Migrosa (Migrokind). Te dwie największe sieci marketów w kraju, mające też swoje banki, biura podróży, szkoły językowe czy pola golfowe są gigantami, które rządzą handlem detalicznym w Szwajcarii. Możecie być pewni, że tam, gdzie jest Migros, w odległości góra kilkuset metrów stoi i Coop, a jeśli Coop robi akurat promocję na coca colę, to Migros przecenia rivellę. Ja jestem dzieckiem Coopa. Dlaczego? Bo mam go najbliżej domu i przyzwyczaiłam się już do kupowanych tam produktów. Poza tym w Coopie można kupić wino (Migros nie sprzedaje alkoholu). Oprócz zakupów w marketach, chodzimy też do pobliskiego rolnika, gdzie w sklepiku między krowią oborą a kurzymi grzędami można kupić wołowinę, sezonowe warzywa, olej czy jajka. Takie miejsca działają na zasadzie „honesty shopping”, czyli nie mają sprzedawcy. Wchodzimy, wybieramy co chcemy, a następnie wrzucamy pieniądze do puszki. To miłe, że niektóre działania w szwajcarskim społeczeństwie wciąż opierają się na zaufaniu do drugiego człowieka. 

Picie po szwajcarsku – wino, piwo, Rivella?

Choć Szwajcaria nie kojarzy się z winiarską potęgą, to produkuje się tutaj sporo tego trunku, a jeszcze więcej konsumuje. Przeciętny Szwajcar wypija rocznie 33 litry wina, co oznacza jakieś trzy butelki w miesiącu. Szwajcarskie wino ustępuje jakością wytworom sąsiadów, ale czasem trafiają się perełki. Problemem jest cena. Za średniej jakości helweckiego fendanta czy pinotnoira zazwyczaj zapłacimy więcej niż za porządne włoskie primitivo czy przyzwoitego niemieckiego rieslinga. Ja z chęcią próbuję szwajcarskich win, które dobrze współgrają zwłaszcza z tradycyjnymi potrawami, jak fondue czy raclette. Latem piję też piwo z lokalnych browarów, które ma niską zawartość alkoholu i jest serwowane w małych butelkach. Takie w sam raz na raz. Rivella, czyli słynny napój z serwatki, z kolei idealnie gasi pragnienie podczas górskich wędrówek. 

Odpowiedzi Lamberta przeczytacie tutaj: http://swisstales.pl/szwajcarski-dwuglos-2-pralka-w-domu-czy-w-piwnicy