Ach, ten romansz!

Autorka (gościnnie): Karolina Duszka, absolwentka filologii szwedzkiej w Poznaniu, kolekcjonerka literatury dla dzieci. Prowadzi bloga https://writingsoul.pl/. Od 2015 roku mieszka w Zurychu.

fullsizeoutput_1348

Napisy w języku retoromańskim na ścianach engadyńskich domów. Fot. Karolina Duszka

Pamiętam lato minionego roku, kiedy udało mi się dotrzeć do Guardy – małej, liczącej ponad sto mieszkańców wioski, położonej w Dolnej Engadynie, w Gryzonii. Siedziałam nieopodal przystanku autobusowego i obserwowałam miejscowych, nie mając żadnych wątpliwości, że doświadczam czegoś niecodziennego. To właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałam „na własne uszy” język retoromański.

Gryzonia to największy i najbardziej dziki kanton Szwajcarii, graniczący z Włochami, Austrią i Liechtensteinem. Jak w całym kraju, tak i tu wielojęzyczność nikogo nie dziwi: przeciętny mieszkaniec kantonu zna język niemiecki oraz dialekt szwajcarski, do tego jeszcze z pewnością włoski i angielski, być może nawet francuski. Część mieszkańców komunikuje się również w języku retoromańskim, zwanym potocznie językiem romansz. 

W 1938 roku, w wyniku referendum, romansz stał się czwartym oficjalnym językiem Helwetów. Ponieważ na przestrzeni wieków dominował on wśród ludności zamieszkującej południowo-wschodnią część Szwajcarii, uznano możliwość komunikacji w tym języku na poziomie federalnym. Szwajcarzy, wprowadzając romansz jako czwarty język urzędowy kraju, pokazali również siłę jednoczenia się wobec nacjonalistycznych wpływów z Niemiec i Włoch u progu drugiej wojny światowej. 

Romansz zalicza się do grupy języków romańskich i najprawdopodobniej jest pozostałością mowy, którą posługiwali się Retowie – ludy zasiedlające przez kilka stuleci przed naszą erą tereny dzisiejszej Gryzonii. Ze względu na spore odległości, które dzieliły od siebie wioski, w dolinach kantonu wykształciło się pięć odmian tego języka, zwanych idiomami: sursilvan, sutsilvan, surmiran, puter i vallader. Każdy z nich na przestrzeni wieków wykształcił również swój własny język pisany. Dodatkowo w pojedynczych wioskach można doszukać się charakterystycznych dialektów.

Ze względu na silnie zróżnicowaną sytuację językową w Gryzonii, w 1982 roku szwajcarski językoznawca Heinrich Schmid stworzył sztuczny język, tak zwany Romansch Grischun, bazujący na trzech najpopularniejszych idiomach: sursilvan, surmiran i vallader. Język ten jest dziś szczególnie widoczny w mediach. Dialekty zachowały się przede wszystkim w literaturze i w kościelnych nabożeństwach. Romansch Grischun został również wprowadzony do szkół jako język nauczania, jednak fakt ten przez wiele lat wzbudzał wiele kontrowersji. W ostateczności część gmin zdecydowało się zachować możliwość udzielania lekcji w jednym z rodzimych idiomów.

Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że romansz jest językiem pełnym paradoksów. Jako czwarty oficjalny język Szwajcarii, w liczbie ludności posługującej się nim plasuje się daleko za językami imigrantów: serbskim, albańskim, hiszpańskim, czy portugalskim. Według danych z 2010 roku jedynie 36 tysięcy ludności podało romansz za swój pierwszy język. Mimo, że jest on jednym z trzech urzędowych języków Gryzonii (obok niemieckiego i włoskiego), to jednak ze świecą można szukać mieszkańca tego kantonu, który komunikowałby się wyłącznie w romansz. A jakby tego było mało, mamy jeszcze przecież Romansch Grischun – sztuczną wersję języka, coś à la gryzońskie esperanto, które mieszkańcy lokalnych wiosek i tak mają w nosie, mówiąc między sobą w rodzimych dialektach.

Choć posługuje się nim jedynie niewielki odsetek ludności, nic nie wskazuje na to, żeby romansz miał zostać zepchnięty z piedestału języka urzędowego Szwajcarii. Wręcz przeciwnie, Helweci poprzez edukację, media i różne organizacje starają się pielęgnować zagrożony wymarciem język. Jedną z głównych instytucji promujących romansz jest Lia Rumantscha, która oferuje kursy językowe w ramach każdego z pięciu idiomów.  

A ja? Mimo, że w międzyczasie zafascynowana językiem, odwiedziłam redakcję lokalnej gazety w miejscowości Scuol i przeprowadziłam ciekawą rozmowę z jedną z dziennikarek piszących w romansz, to jednak nigdy nie zapomnę tego „pierwszego razu” – tam wysoko w Guardzie, małej engandyńskiej wiosce, kiedy po raz pierwszy, zupełnie przypadkowo usłyszałam ten zachomikowany w górzystych wioskach język, w jego czystej, ludzkiej postaci. 

Słowniczek romansz (idiom sursilvan)

Allegra – Dzień dobry
Adia – Do widzenia
Buna notg, dorma bein – Dobranoc, śpij dobrze
Co vai? – So słychać?
Dai a mi! – Daj mi!
Engraziel – Dziękuję
Has capiu mei? – Zrozumiałeś mnie?
Jeu carezel tei – Kocham cię
Tschetschapuorla – Odkurzacz
Tschuntschientschuncontatschun tschancs tschufs – 555 brudnych baranów 

Szwajcarski dwugłos #2 Pralka w domu czy w piwnicy?

DIGI5x7templateHORIZ

„Szwajcarski dwugłos” to seria pytań i odpowiedzi, w której autorzy blogów I’m Not Swiss – Agnieszka Kamińska i Swiss Tales – Lambert Król wypowiadają się na różne tematy związane ze szwajcarską rzeczywistością.

Poniżej przeczytacie moje odpowiedzi na pytania, a jeśli jesteście ciekawi, co myśli Lambert, zapraszam na jego bloga (link na końcu tekstu).

Szwajcarski transport – komunikacja publiczna czy auto?

Właśnie mija rok odkąd nie mamy auta. Podsumowując – same plusy. Nie dość, że udaje nam się oszczędzić kilkaset franków miesięcznie, to jeszcze jesteśmy bardziej fit (mąż dojeżdża rowerem do pracy) i nie zanieczyszczamy środowiska. Samochód to niewątpliwie wygoda, ale komunikacja publiczna w Szwajcarii jest na tak wysokim poziomie, że mieszkając w mieście można z powodzeniem żyć bez samochodu. Powiecie, że ceny biletów powalają. Ponieważ sporo jeżdżę pociągami (ostatnio m.in. do Bazylei), mam sposoby, aby po kraju poruszać się za nie więcej niż 30-40 CHF. Wyszukuję bilety o obniżonej cenie albo korzystam z oferty dziennych biletów w mojej gminie. Poza tym mam też Halbtax, który uprawnia do korzystania z transportu publicznego w całej Szwajcarii ze zniżką. Jedyne, co mnie martwi, to coraz częstsze opóźnienia pociągów. 

Pralka – w domu czy w piwnicy?

Wizja dzielonej z sąsiadami pralki przeraża mnie niczym większość Szwajcarów akcesja do Unii Europejskiej. Lista kolejkowa, wyznaczony na pranie jeden dzień w tygodniu, wojna podjazdowa z sąsiadami, łącznie z wyrzucaniem prania na podłogę i kłótnie o higienę w pralni. Ponieważ nic nie jest mi droższe niż swoboda, nawet jeśli chodzi o swobodę prania, podczas poszukiwań mieszkania głównym kryterium była dla mnie pralka w łazience lub chociaż miejsce na jej podłączenie. Z punktu widzenia Polaka – rzecz niewiarygodna. Czasami myślę sobie, że Szwajcarzy wymyślili te wspólne pralnie jako formę integracji sąsiadów. Z zasłyszanych historii o konfliktach wnioskuję jednak, że ta koncepcja się nie do końca sprawdza. 

Przerwa w kinie – strata czasu czy „super, idę na lody”?

Pamiętam moje pierwsze wyjście do kina w Szwajcarii. Mniej więcej po godzinie seansu ekran gaśnie i włączają się światła. – Coś się zepsuło? – pytam męża. – Nie, no przerwa jest. Chcesz loda? Przerwa w kinie – jedna ze szwajcarskich fanaberii, która na początku mnie śmieszyła, a teraz nawet ją doceniam. Można skoczyć do toalety czy kupić coś do picia. Co robią Szwajcarzy? Zazwyczaj jedzą wtedy lody, bez względu na porę roku. O wiele bardziej niż przerwa w kinie mierzi mnie dubbingowanie filmów. Ponieważ do kina chodzę dość często, zawsze muszę szukać wersji oryginalnej i zdarza się, że specjalnie jadę do odległego miejsca w Zurychu tylko po to, aby posłuchać aktorów, a nie niemieckich podkładaczy. Wyobrażacie sobie, że sporo Szwajcarów nigdy w życiu nie słyszało głosu Jacka Nicholsona? Z kolei mój mąż ilekroć jesteśmy w Polsce nie może się nadziwić, że jeden człowiek czyta dialogi wszystkich aktorów. Ot, różnice kulturowe. 

Coop czy Migros, a może u rolnika?

Szwajcarzy dzielą się na tzw. dzieci Coopa (Coopkind) i dzieci Migrosa (Migrokind). Te dwie największe sieci marketów w kraju, mające też swoje banki, biura podróży, szkoły językowe czy pola golfowe są gigantami, które rządzą handlem detalicznym w Szwajcarii. Możecie być pewni, że tam, gdzie jest Migros, w odległości góra kilkuset metrów stoi i Coop, a jeśli Coop robi akurat promocję na coca colę, to Migros przecenia rivellę. Ja jestem dzieckiem Coopa. Dlaczego? Bo mam go najbliżej domu i przyzwyczaiłam się już do kupowanych tam produktów. Poza tym w Coopie można kupić wino (Migros nie sprzedaje alkoholu). Oprócz zakupów w marketach, chodzimy też do pobliskiego rolnika, gdzie w sklepiku między krowią oborą a kurzymi grzędami można kupić wołowinę, sezonowe warzywa, olej czy jajka. Takie miejsca działają na zasadzie „honesty shopping”, czyli nie mają sprzedawcy. Wchodzimy, wybieramy co chcemy, a następnie wrzucamy pieniądze do puszki. To miłe, że niektóre działania w szwajcarskim społeczeństwie wciąż opierają się na zaufaniu do drugiego człowieka. 

Picie po szwajcarsku – wino, piwo, Rivella?

Choć Szwajcaria nie kojarzy się z winiarską potęgą, to produkuje się tutaj sporo tego trunku, a jeszcze więcej konsumuje. Przeciętny Szwajcar wypija rocznie 33 litry wina, co oznacza jakieś trzy butelki w miesiącu. Szwajcarskie wino ustępuje jakością wytworom sąsiadów, ale czasem trafiają się perełki. Problemem jest cena. Za średniej jakości helweckiego fendanta czy pinotnoira zazwyczaj zapłacimy więcej niż za porządne włoskie primitivo czy przyzwoitego niemieckiego rieslinga. Ja z chęcią próbuję szwajcarskich win, które dobrze współgrają zwłaszcza z tradycyjnymi potrawami, jak fondue czy raclette. Latem piję też piwo z lokalnych browarów, które ma niską zawartość alkoholu i jest serwowane w małych butelkach. Takie w sam raz na raz. Rivella, czyli słynny napój z serwatki, z kolei idealnie gasi pragnienie podczas górskich wędrówek. 

Odpowiedzi Lamberta przeczytacie tutaj: http://swisstales.pl/szwajcarski-dwuglos-2-pralka-w-domu-czy-w-piwnicy

Szwajcarskie sposoby na świąteczny stres

Grudniowe święta kojarzą się Wam z nerwową atmosferą, pogonią za prezentami, myciem okien i godzinami spędzonymi w kuchni? Przeczytajcie, jak to robią Szwajcarzy.

web_zurich_weihnachten_weihnachtsmaerkte_1600x900

Fot. Zürich Tourismus

Grzaniec dobry na wszystko

Zamiast snuć się po centrach handlowych, lepiej postać na świeżym zimowym powietrzu, rozgrzewając się grzańcem i roztopionym serem z ziemniakami. Początek adwentu to w Szwajcarii start sezonu na świąteczne jarmarki (większość otwiera się już pod koniec listopada). W całym kraju jest ich ponad czterysta, właściwie każde miasto i miasteczko ma swoją bożonarodzeniową wioskę, a do najpiękniejszych i najliczniej odwiedzanych zalicza się m.in. jarmarki w Einsiedeln (trwa tylko tydzień), Montreux, St. Gallen czy w Zurychu na placu pod operą (na zdjęciu powyżej).

Co można robić na jarmarku? Pić grzane wino albo ciepły poncz, jeść chleb czosnkowy, raclette lub ciasto z jabłkami, kupić mniej lub bardziej przaśne rękodzieło, a przede wszystkim spotkać się ze znajomymi i wdychać (dosłownie, zważywszy na różnorodność zapachów) atmosferę świąt. Przyznam, że jeszcze do niedawna jarmarki uwielbiałam, ale ostatnio jakoś mi zbrzydły. Wino za słodkie, ludzi za dużo, dekoracje nieznośnie kiczowate.. Tak, w tym roku jestem wyjątkowym Grinchem.

Znacznie bardziej podobają mi się za to Fonduestube, czyli budowane specjalnie na okoliczność świąt drewniane chatki w stylu alpejskim, gdzie można usiąść i w cieple zjeść fondue i inne zimowe kulinarne specjały. Jeśli ktoś lubi rustykalne klimaty rodem z krainy Heidi, grzanie pupy na owczych kożuchach przy nakrytych obrusem w kratkę stołach, a przede wszystkim zapach sera z kirschem, szwajcarskie Fonduestube to idealne miejsce na zrelaksowanie się przed świętami. Zwłaszcza te w miastach są oblegane, więc miejsce warto zarezerwować wcześniej.

Czekoladki i gotówka 

Rzecz dzieje się cztery lata temu. To moja pierwsza zima w Szwajcarii i świąteczne spotkanie z rodziną męża. Polskim zwyczajem nerwowo buszuję w poszukiwaniu idealnych prezentów, żeby zrobić jak najlepsze wrażenie na przyszłej teściowej. Mąż kompletnie nie rozumie mojego przejęcia. – Co dla mamy? Czekoladki, jak co roku.

Takie podejście do prezentów potwierdzają ogólnokrajowe statystyki. Trzy czwarte Szwajcarów obdarowuje swoich bliskich słodyczami lub innymi produktami spożywczymi. Czekoladki i wino to żelazny zestaw prezentowy, który – w co mocno wierzą Szwajcarzy – ma uszczęśliwić każdego. Kolejne miejsca na szwajcarskiej liście życzeń zajmują książki, a także bony podarunkowe oraz – pragmatycznie do bólu – gotówka.

W Szwajcarii nie ma zwyczaju dawania drogich prezentów. Przeciętny Szwajcar wydaje na podarunki mniej niż 300 franków, a zakupy wciąż lubi robić tradycyjnie – raczej w sklepach i centrach handlowych niż przez internet.

slide-4

Fot. santaclaus.ch

Potęga przytulności

Nie wiem jak Wy, ale ja nie widzę w Szwajcarii przed świętami masowego mycia okien. O wiele ważniejsze niż sterylna czystość wydaje się być odpowiednie udekorowanie mieszkania. Szwajcarzy są w tym mistrzami świata. Zaczynają na początku grudnia od stroików adwentowych, a ledwo się człowiek obejrzy, już upstrzone światełkami są okna, balkony i ogródki. Sklepy wnętrzarskie właściwie od listopada przeżywają oblężenie, a katalogi co roku lansują nowe mody – a to czarno-biały minimalizm, a to wręcz odwrotnie – kolory i wzory jak w amazońskiej dżungli, nawet na choinkowych bombkach.

Szwajcarzy lubią urządzać swoje domy przez cały rok, ale święta dają im wyjątkowo duże pole do popisu. Najważniejsza zasada – ma być „gemütlich”, czyli przytulnie i jak najbliższej natury, stąd nawet drewniany kołek z wyciętymi gwiazdkami i miejscem na świeczkę może stać się pożądaną ozdobą świątecznego stołu.

Ponieważ rok w rok święta spędzam w Polsce, nie biorę udziału w szwajcarskim wyścigu zdobień, ale z zaciekawieniem go obserwuję. Nie udało mi się znaleźć informacji, ile Szwajcarzy wydają rocznie na dekoracje świąteczne, ale wiem, że jest opcja wypożyczenia nie tylko choinki, ale i choinkowych ozdób. Tanie używane błyskotki można też kupić w Brockenstube, czyli tutejszych secondhandach ze wszystkim.

 

resized_480x280_orig_fondue_chinoise_1

Fot. Zug Tourismus

Nieważne co, ważne, że z mięsem

Podczas gdy polskiej tradycji przyświeca zasada „zastaw się, a postaw się”, zwłaszcza jeśli chodzi o to, co na stole, Szwajcarzy podchodzą do sprawy znacznie mniej ambicjonalnie. Żadnego wystawania godzinami w kuchni, przygotowywania wymyślnych potraw, zapełniania lodówek i szerzenia terroru pod hasłem „no zjedz jeszcze kawałek”.

Szwajcar po prostu stawia na stole gar gotującego się bulionu i deskę mięsa, które następnie wszyscy w owym garze maczają i zajadają. Nazywa się to fondue chinoise i jest popularną potrawą świąteczną od St. Gallen po Genewę. Do tego wino w dużych ilościach, a na koniec obowiązkowy deser w postaci Weihnachtsguetzli, czyli ciasteczek najlepiej domowego wypieku. Chyba, że jesteśmy we włoskiej części kraju. Tam tradycyjnym zimowym ciastem jest Panettone, czyli babka z rodzynkami i kandyzowanymi owocami.

Tak to wygląda w dużym uproszczeniu, bo oczywiście w święta w Szwajcarii je się też inne potrawy, w zależności od regionu i rodzinnych tradycji. Na przykład w kantonie Aargau na stołach często goszczą paszteciki wypełnione wołowym gulaszem z dodatkiem marchewki i groszku. Do świątecznych klasyków należy też pieczeń z ziemniakami i brązowym sosem. Ogólnie szwajcarskie potrawy – w tym te uroczyste – to nie jest kuchnia najwyższych lotów, a jej podstawą jest mięso. Bez niego świąt nie wyobraża sobie aż ponad 60 procent Szwajcarów.

Święta pod palmami 

Na narty albo do ciepłych krajów. Co piąty Szwajcar, chcąc uniknąć stresu i niepewnej pogody, w czasie świąt po prostu wyjeżdża. W tym roku najpopularniejszym kierunkiem jest Tajlandia, bo tanio, można wylegiwać się na plaży i smacznie zjeść. Wśród innych często wybieranych na zimowe wyjazdy miejsc znajdują się też duże miasta, m.in. Nowy Jork, Londyn czy Wiedeń.

Ci, którzy święta chcą spędzić aktywnie, robią w tym czasie wypady na narciarskie stoki w szwajcarskich albo austriackich Alpach, choć deficyt śniegu w ostatnich latach krzyżuje pewnie plany wielu fanom białego szaleństwa.

Na koniec chyba najważniejsze. Zdecydowana większość Szwajcarów, pytanych o to, co robią w święta, odpowiada, że po prostu cieszy się spokojem. I tego właśnie sobie i Wam w najbliższych dniach gorąco życzę.

karibisches-Weihnachten

Życie po szwajcarsku. Poradnik integracji

101732-BCFS7xYDT8Mz0uK8_qRa2Q

Fot. Colourbox.de

Co to znaczy być Szwajcarem? Jeść ser i popijać fendantem, jednocześnie jodłując? Mieć co najmniej 50 tys. CHF oszczędności, jeździć porsche i nigdy się nie spóźniać? Uśmiechać się, pomagać bliźnim, a w wolnym czasie chodzić po Alpach? Dla siebie i dla Was spisałam kilka zasad, których warto przestrzegać, by zwiększyć swoją szansę na szwajcarski paszport.

Uwaga: wszystkie poniższe zasady dotyczą niemieckojęzycznej Szwajcarii i mogą różnić się od obowiązujących w pozostałych częściach kraju.

MÓW (a przynajmniej próbuj mówić) lokalnym dialektem – zapomnij o językowych łamańcach dla turystów typu CHUCHICHÄSCHTLI. Naucz się kilku przydatnych codziennych zwrotów (Hoi zäme. Wie gaat? Widerluege! En guete! Merci vilmal). Słuchaj i powtarzaj. Podczas rozmowy, często wtrącaj „Äbä” oraz „Gäll?”. Wzbudzisz zaufanie lokalsów. A zupełnie poważnie – jeśli rozumiesz, co do ciebie mówią, jesteś zwycięzcą.

WYMIENIAJ pozdrowienia z obcymi na ulicy – „Grüezi” wypowiedziane z obowiązkowym uśmiechem (może być sztuczny, nie szkodzi) czyni cuda.

WITAJ znajomych całusami w policzek – obowiązkowo trzy razy i tak, jak przy przechodzeniu przez ulicę: prawa, lewa, prawa.

KORZYSTAJ z transportu publicznego – choć każdy Szwajcar ma auto (oby jedno) i lubi się nim wozić, zapunktujesz, jeśli do pracy przynajmniej raz w tygodniu przejedziesz się pociągiem czy autobusem. Jesteś eko, nachhaltig, bewusst.. no i wspierasz swoimi pieniędzmi szwajcarską gospodarkę (w postaci SBB, ZVV i reszty), a wspieranie jest bardzo szwajcarskie.

PYTAJ, czy wolne miejsce w pociągu czy autobusie, obok którego ktoś siedzi, na pewno jest wolne – i nie zdziw się, jeśli zajmuje je akurat bardzo zmęczona torba.

BĄDŹ punktualny – lepiej przyjść 5 min za wcześnie (tylko błagam, nie wchodź, poczekaj przed drzwiami), niż spóźnić się 2 min.

JEDZ pięć posiłków dziennie – śniadanie (Zmorge, o 7), drugie śniadanie (Znüni, o 9), lunch (Zmittag o 12-13), podwieczorek (Zvieri, o16) i kolację (Znacht, o 18).

SEGREGUJ śmieci – papier i karton, butelki PET, szkło z podziałem na kolory, metalowe puszki, odpady organiczne – na wszystko znajdziesz osobne pojemniki. Nigdy, przenigdy nie wystawiaj papieru przed dom, zanim nie upewnisz się, że to dzień zbiórki!

UPRAWIAJ sport – bieganie, wędrówki górskie, rower, pływanie, skok o tyczce – Szwajcarzy są aktywni. Kup sobie buty (najlepiej firmy Lowa) i kurtkę (nie schodź poniżej poziomu Jack Wolfskin czy The North Face). Zimą – koniecznie jedź ze znajomymi na narty lub snowboard! Nieważne, że nie umiesz, przynajmniej napijesz się wina na apres ski.

ZAPISZ się do Verein, czyli stowarzyszenia, działającego w Twoim miejscu zamieszkania – towarzystwo przyjaciół owczarka berneńskiego, klub miłośników sera gruyer, ochotnicza straż pożarna – obojętnie – szanujący się Szwajcar część swojego wolnego czasu przeznacza na rozwój hobby lub pracę charytatywną.

ZAPAMIĘTUJ nazwiska – Grüezi Frau.. yyy – to niedopuszczalne. Zauważyliście, że nawet przez telefon rozmówca w ciągu minuty powtórzy wasze nazwisko co najmniej pięć razy? Prawdziwy Szwajcar ma doskonałą pamięć.

ROZMAWIAJ cicho i dystretnie – żadnego gadania przez telefon w autobusie, śmiechów z koleżanką w pociągu, pokrzykiwań na ulicy – Szwajcarzy szanują ciszę i spokój. Po 18 i w weekendy odpuść sobie remont w domu czy koszenie trawnika w ogrodzie. Po 22 podaj deser i kawę – dla Szwajcara oznacza to koniec imprezy.

ZAPRZYJAŹNIJ SIĘ z sąsiadami, panią sprzątającą klatkę schodową, monterem liczników, lokalnym rolnikiem – im więcej ludzi cię zna, tym lepiej. Nigdy nie wiadomo, kogo wypytają o ciebie ci od paszportów. Ku przestrodze przypomnij sobie historię amerykańskiego profesora, któremu podczas rozmowy o paszport wymsknęło się, że przez 40 lat mieszkania w wiosce koło Einsiedeln nie udało mu się zapoznać przyjaciół. Przegrał paszport.

INTERESUJ SIĘ lokalnymi sprawami, szwajcarską polityką (naucz się na pamięć nazwisk członków Bundesratu – spokojnie, jest ich tylko siedmioro), wykuj nazwy kilku wiosek w okolicy, rzek, jezior w pobliżu. Przyda się podczas testu na obywatelstwo. I tak, jak wyżej, pamiętaj.. profesor, taki niby mądry, a nie wiedział.. Bądź lepszy od profesora!

BĄDŹ patriotą – jak ziemniaki, to tylko ze szwajcarskiej wsi (najlepiej bio), wołowina – od szczęśliwych szwajcarskich krówek, a mleku, serze i winie już nawet nie wspominam. Zakupy rób w Coopie lub Migrosie. Aldi i Lidl są dla imigrantów, a ty przecież chcesz być Szwajcarem. A te auta na zuryskich blachach w każdą sobotę pod niemiecką Edeką? Ciiii, o tym w towarzystwie się nie wspomina.

KUP sobie Adiletten (za 30 CHF w Dosenbachu). Jeśli kiedykolwiek byłeś w szwajcarskim domu, na basenie czy na plaży w Chorwacji, wiesz o czym mówię.

A na koniec najważniejsze – nie daj się zwariować i BĄDŹ SOBĄ! Nie, no co ty, żartowałam.

Wschodni zapaszek a Zurych odrealniony

8f1beca330b82530ffff8049ffffffe7

Heini Andermatt „Girls in der Bahnhofstrasse” heiniandermatt.ch

Fragment opowiadania Stefana Chwina „Szwajcaria” ze zbioru ”Dieser Mont Blanc verdeckt doch die ganze Aussicht!” : Der literarische Blick auf Alpen, Tatra und Kaukasus. („Ten Mont Blanc zasłania cały widok!”: Literackie spojrzenie na Alpy, Tatry i Kaukaz”). Redakcja: Gianna Frölicher, Małgorzata Gerber, Sylvia Sasse, Nina Seiler. Edition Schublade. Zürich 2016.

Na publikację trafiłam przypadkiem, buszując w książkach w jednym z zuryskich second handów. Nie wiem, kiedy Chwin był w Zurychu i napisał te słowa, ale urzekła mnie trafność jego spostrzeżeń. Fragment nieco przydługi, ale myślę, że warto.

„Ulice Zurychu były pełne ludzi, a wyglądały na zupełnie puste. Ludzie szli zamknięci w szklanych kulach swoich spraw, na dnie oczu spokój, rezygnacja i bezwzględny błysk stanowczości, żadnych głośniejszych rozmów. Jakież to wszystko było niepodobne do polskich ulic i patrząc na twarze, sklepy i światła, nie wiedzieliśmy, czy to dobrze, czy źle, że ta różnica stała się tak jawna. Tu wszyscy szli tak, jakby nie chcieli zadrasnąć nikogo swoją obecnością, toczyli się ulicami jak kule sprawnie toczące się po zielonym suknie bilardowego pola, zręcznie wymijając przechodniów, żeby nikogo nie potrącić, nie dotknąć, nie popchnąć, szybkie spokojne kroki, prawie nikt nie szedł, wszyscy gdzieś dążyli, a każdy osobno, w swoją stronę. Przy stolikach w kawiarnianych ogródkach siedziały eleganckie damy trzymające na wodzy każdy swój gest, rozmawiające o swoich domowych i romansowych sprawach tak, jak się mówi o sprawach handlowych, nie widziałem nigdzie żywszej gestykulacji, uniesionych rąk, uniesionych brwi, nie słyszałem wybuchów śmiechu, ta elegancja wszystko pokrywała leciutkim, srebrnym nalotem, uciszając głosy i wygładzając skórę na policzkach i dłoniach.

A u nas, w Polsce? Na naszych ulicach unosił się zapaszek z lekka łobuzerski, ruch był bardziej chaotyczny, na przystanku czy chodniku pojawiały się niespodziewane zawirowania, ludzie nie wytrzymywali czekania na zmianę świateł z czerwonych na zielone, wchodzili przed samochodami na jezdnię, psychicznie mocując się z kierowcami, kto kogo, dziewczyny wstrząsały włosami, szły z lekka bezczelnie, młodzi mężczyźni w dresach, w kurtkach z kapturem, w luźnych portkach, szli po chodniku rozkołysani, z tatuażami na rękach, z mocno wygolonym karkiem, odgrywając rolę króla ulicy, nie ustępowali nikomu z drogi, kto kogo, ludzie się sobie przyglądali, każdy miał zdanie o każdym, które mogło w każdej chwili wybuchnąć ordynarnym bluzgiem. Na ulicy w Zurychu nikt z idących nie przyglądał się nikomu, nikt nie interesował się tym, kto jak jest ubrany, uczesany, umalowany. U nas nad ulicą unosiła się atmosfera zaczepki, nieprzyzwoitego gestu, każdy oceniał każdego, każdy wyrażał obojętność, która wcale nie była obojętnością, na twarzach malowała się aprobata i dezaprobata.

Kiedy gdańską ulicą szła ze mną K. w jednym ze swoich zwariowanych kapeluszy, choćby w tym toczku kremowym z jasną kokardą na czubku, czuliśmy, że jesteśmy widziani, że zaczepiają nas cudze spojrzenia, że komuś zależy na tym, żebyśmy nie wyglądali tak, jak wyglądamy, albo żebyśmy wyglądali, tak jak wyglądamy. A tu, na ulicy w Zurychu, nikt nie zwracał uwagi na fantazyjny kapelusz K., szliśmy ulicą, której było zupełnie obojętne, czy wyglądamy tak, czy siak, żadnego odzewu, piłka rzucona i nieodbita, zresztą mijały nas postacie równie fantazyjne, jacyś mężczyźni z włosami ufarbowanymi na różowo, na których nikt nie zwracał żadnej uwagi, jakieś kobiety z szyjami wytatuowanymi na  oletowo, z nosami przebi- tymi srebrnym gwoździem, na które nikt nawet nie rzucił okiem. Cały ten uliczny teatr rozmaitości grał do pustej widowni, chociaż ulica była pełna, był wyzwaniem rzuconym w powietrze, gestem nie trafiającym na żaden opór, powietrze rozrzedzone, nad jezdnią chmurka świateł, a w niej płynące złote rybki w metropolitalnym akwarium Zurychu, geje w rurkowatych spodniach, lesbijki w kolorowych ciuszkach z Orientu. Każdy grał tu przedstawienie nawet nie dla samego siebie, tylko dla drzew i domów.

Szliśmy ulicą Zurychu wyczyszczeni z istnienia, higieniczni, odrealnieni i brakowało, och, jak brakło nam tego łobuzerskiego, wschodniego zapaszku, w którym się wychowaliśmy, tych spojrzeń ironiczno-karcących w autobusie, w tramwaju, na przystanku, na dworcu, tej atmosfery zaczepki, wyzwania, chociaż chwilami marzyliśmy o zupełnie obojętnym tłumie, w którym można by zatonąć, o gnieździe świętego spokoju, o zupełnej niewidzialności, ale teraz brakowało nam tych spojrzeń, tych drobnych nakłuć naskórka twarzy taksującymi spojrzeniami, tych drobnych oparzeń na skórze, które nas tak drażniły i cieszyły, gdyśmy wychodzili na ulice Gdańska – K. w swoich fantazyjnych kapeluszach, w papieskich narzutkach, z torebkami z pchlego targu, jakich nikt nie nosił, ja – w czarnym kapeluszu, w czarnym płaszczu z białą brodą, a wiadomo, kto chodzi w czarnym kapeluszu, w czarnym płaszczu, z białą brodą.

Istoty wędrujące ulicami Zurychu przepływały obok nas równym rytmem, a my nie zostawialiśmy nawet śladu w ich spokojnych źrenicach, zajętych czym innym niż obserwacja wyglądu przechodniów. A tam, w Gdańsku, o żadnej niewidzialności nie mogliśmy nawet marzyć. Tak, odstawaliśmy od reszty, która była wyczulona na każdą odmienność, na każde drgnienie obcości, więc wychodząc na ulicę czuliśmy lekki dreszczyk, że jesteśmy wystawieni na cios, ale było się od czego odbić, uliczny teatr był gorący, kto wystawiał się na widok, mógł oberwać, ulica mówiła: nie lubimy obcych, ale lubimy drażnić się z obcymi, czuła ich jak drzazgę pod paznokciem. Tu, w Zurychu, płynęliśmy metropolitalną ulicą w jasnym nurcie wieczornego powietrza, pośród mnogich dziwadeł, elegantów, korporacyjnych bubków z roleksem na przegubie, pań o siwych włosach uczesanych w falę nad czołem, śniadych Arabów w białych koszulach, Murzynów w skórzanych kurtkach i jaskrawych swetrach.”