Polki zmieniają Szwajcarię: Anna Stando i praca, która daje sens

Zostawiła ciekawe stanowisko w korporacji, aby zająć się tym, co sprawia jej najwięcej radości. Pomaganiem innym. Mistrzyni wszechstronności. Pracuje w trzech organizacjach, jest mamą, a od niedawna prowadzi też własny biznes. Mieszkała w Holandii, Danii, Tajlandii, Meksyku i Gwatemali, ale dopiero w Szwajcarii odkryła, że jej zawodową misją jest stwarzanie ludziom warunków do rozwoju, bez względu na to, kim są i skąd pochodzą. Poznajcie Annę Stando, specjalistkę od promocji kobiet w biznesie w Advance, członkinię zarządu dwóch organizacji non-profit: Capacity Zurich i Lean In Switzerland oraz właścicielkę firmy BabyMiles. 

Zacznijmy od trudnego pytania. Kim jesteś? 

Jestem osobą, która lubi być zaangażowana w wiele różnych tematów. Szczególnie bliskie mojemu sercu są dwa obszary: wsparcie kobiet w biznesie oraz pomoc migrantom i uchodźcom, którzy chcą ruszyć z własną inicjatywą w Szwajcarii. Przede wszystkim jednak jestem kobietą, która głęboko wierzy w siłę solidarności z innymi kobietami. Uświadomiłam to sobie, kiedy przeprowadziłam się do Zurychu i zaczęłam przychodzić na spotkania kółka Lean In. To było jakieś sześć lat temu. 

Wyjaśnijmy: Lean In to nazwa organizacji, która zmieniła życie kobiet na całym świecie, ale i fraza oznaczająca podejmowanie wyzwań i aktywne korzystanie z możliwości, aby osiągnąć zawodowe cele.

Tak, dokładnie. Lean In to światowa organizacja non-profit, wywodząca się ze Stanów Zjednoczonych, która – mówiąc najogólniej – zrzesza kobiety, zainteresowane rozwojem osobistym i karierą zawodową. Główym celem jest wzajemne wspieranie się, motywowanie się i uczenie się od siebie nawzajem nowych umiejętności. Lean In założyła Sheryl Sandberg, obecna szefowa operacyjna Facebooka i jedna z najbardziej wpływowaych kobiet w Stanach, której TEDTalk „Why we have too few women leaders” obejrzały miliony kobiet na świecie. W swojej książce „Lean In. Women, Work and The Will to Lead” dzieli się poradami, jak osiągnąć pozycję w biznesie, która byłaby zgodna z naszymi ambicjami i potencjałem. Ta książka bardzo dobrze się przyjęła, także dlatego, że Sheryl dała nam słownictwo pozwalające wyrazić własne odczucia i doświadczenia. Jednym z takich określeń jest właśnie lean in. Innym, które dobrze oddaje to, co czuje wiele kobiet aktywnych zawodowo to impostor syndrom, co jest tłumaczone na język polski jako syndrom oszusta. 

Wiem o czym mówisz. Pracuję w branży, w której jest to bardzo częste. Za chwilę ukaże się moja książka i już słyszę jak wewnętrzna oszustka zaczyna swój monolog… 

Ogromne gratulacje i już nie mogę się doczekać, żeby ją przeczytać! A z negatywnym wewnętrzym monologiem zmaga się wiele kobiet, ze mną włącznie. Nawet jeśli udało nam się osiągnąć jakiś sukces, np. zająć wysoką pozycję w firmie, to w tyle głowy wciąż tkwi myśl: dlaczego wybrali akurat mnie, a co, jeśli odkryją, że jednak nie jestem taka dobra, że się nie nadaję? Teraz wiemy już, jak to działa – potrafimy to uczucie nazwać i próbować je przezwyciężyć. Popularność książki Sheryl Sandberg sprawiła, że kobiety w Stanach Zjednoczonych zaczęły się spotykać w małych grupach, tzw. kółkach (Lean In Circles) w celu omawiania treści książki. Kilka lat temu ta koncepcja pojawiła się także w Europie. Kiedy przyjechałam do Szwajcarii, zaczęłam chodzić właśnie na takie kółko, organizowane w Zurychu. Gdy nasza liderka zrezygnowała z działalności, razem z kilkoma innymi kobietami postanowiłyśmy przejąć jej rolę. Z czasem grupa kobiet, zainteresowanych Lean In zaczęła się powiększać, aż w końcu z kółka powstała cała sieć, łącząca setki kobiet, które dołączają na różne nasze eventy. W 2018 zostałyśmy uznane przez globalną fundację Lean In jako oficjalne liderki regionalne w Szwajcarii i wzięłyśmy udział w spotkaniu w Palo Alto w Kalifornii, na które zaproszono liderki lokalnych ogranizacji z całego świata. Poznałam wtedy niesamowite kobiety, które przenoszą góry, ale też samą Sheryl Sandberg, co było dla mnie emocjonującym, ważnym wydarzeniem, które ciepło wspominam do dzisiaj. 

Czy Lean In jest wyłącznie dla kobiet chcących osiągać zawodowe szczyty?

Niekoniecznie. Każde kółko, czyli mała grupa wsparcia działa nieco inaczej, a niektóre grupy koncentrują się na konkretnym obszarze: skupiają np. kobiety w branży IT, pracujące matki, przedsiębiorczynie. Spotkania odbywają się najczęściej co miesiąc, a liderka kółka za każdym razem przygotowuje temat do dyskusji. Ważnym elementem tych spotkań jest wsparcie w konkretnych sytuacjach, w jakich się znalazłyśmy albo znajdziemy. Przykład: masz dobry pomysł, ale na zebraniu w firmie nikt cię nie słucha. Dwie minuty później Twój pomysł pada z ust mężczyzny i nagle okazuje się, że to strzał w dziesiątkę. Kolega zbiera laury, sukces jest jego. Brzmi znajomo? W Lean In przepracowujemy podobne sytuacje i uczymy się, jak można się w nich zachować. To dotyczy też przygotowań do rozmowy o pracę albo o awans. Przeglądamy wzajemnie swoje dokumenty, zastanawiamy się, jak odpowiadać na trudne pytania. Najważniejsze w kółku jest to, żeby kobiety czuły się bezpiecznie i mogły sobie zaufać. Oprócz tego organizujemy też większe wydarzenia. W zeszłym roku odbyła się konferencja Lean In Switzerland dla 250 osób, głównie kobiet. Atmosfera była wspaniała. Do tej pory jak o tym pomyślę, mam gęsią skórkę. 

Pierwsza konferencja Lean In Switzerland w 2019 roku.

Mówi się, że w Szwajcarii szklany sufit jest dla kobiet wyjątkowo trudny do przebicia.

Można powiedzieć, że przebijaniem tego sufitu zajmuję się zawodowo. Jestem specjalistką od równości genderowej w Advance, organizacji, która stara się zwiększyć liczbę kobiet na menedżerskich stanowiskach w Szwajcarii. To, co różni nas od wielu innych organizacji, zajmujących się równouprawnieniem kobiet w biznesie, jest praca z firmami, nie z indywidualnymi osobami. Wychodzimy z założenia, że przedsiębiorstwa mogą działać szybciej niż dzieje się to na szczeblu państwa, prawa, przepisów i norm społecznych. Naszymi członkami są korporacje, m.in. Credit Suisse, ABB, IKEA, Biogen, , Swiss Re, Axa, ale i szwajcarska poczta czy koleje. Zapraszamy do rozmów np. osoby odpowiedzialne za rekrutację i dyskutujemy na temat dobrych praktyk związanych z promocją kobiet w biznesie czy też w jaki sposób wyelminować nieświadome uprzedzenia. Bardzo nam zależy również na włączeniu do procesów zwiększania świadomości menedżerów najwyższego szczebla, dlatego organizujemy np. śniadania dla dyrektorów generalnych naszych firm członkowskich czy różne kampanie marketingowe. Wierzymy w to, że jeśli kobiety mają wsparcie z góry, to o wiele łatwiej będzie wprowadzić zmiany na wszystkich poziomach zatrudnienia. Oferujemy też program mentoringowy i wszelkiego rodzaju treningi, które pomagają kobietom nabyć umiejętności pomagające we wspinaniu się po szczeblach kariery.

Jak prezentuje się Szwajcaria jeśli chodzi o liczbę kobiet-menedżerek? 

Wciąż jest tu sporo do zrobienia. Razem z Uniwersytetem w Sankt Gallen przeprowadzamy regularnie badanie „Gender Intelligence Report”, w którym biorą udział szwajcarskie firmy. Tegoroczne wyniki pokazały, że w 75 firmach, które przeanalizowaliśmy, prawie połowa pracowników na stanowiskach niezarządzających to kobiety. To dobra reprezentacja. Ale im wyżej idziemy, jeśli chodzi o pozycję zawodową, tym bardziej kobiet ubywa. Jeśli weźmiemy pod uwagę wyłącznie top management, kobiety stanowią już tylko 18 procent wszystkich pracowników. Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem, określanym w amerykańskiej literaturze jako broken rung, złamany szczebel drabiny kariery. Kobietom jest bardzo trudno otrzymać przede wszystkim pierwsze stanowisko kierownicze, co jest związane z uprzedzeniami, ale i z tym, że przeważająca liczba awansów dokonuje się między 30. a 40. rokiem życia. A kobiety w tym wieku zazwyczaj próbują godzić pracę i życie rodzinne. W Szwajcarii wiele kobiet ogranicza wymiar etatu, a badania pokazują, że full time is still a king – najszybciej awansuje się pracując na 100 procent. Jeśli spojrzymy na indeks SMI, czyli 50 największych szwajcarskich firm, notowanych na giełdzie, widzimy, że tylko jedna z nich ma kobietę jako CEO, dyrektor generalną.

Niska reprezentacja kobiet na najwyższych szczeblach w biznesie to chyba nie jest wyłącznie problem Szwajcarii..

To prawda, ale tutaj jest on większy niż w innych krajach w Europie. Spójrzmy choćby na wymiar urlopu macierzyńskiego. W Szwajcarii trwa on tylko 14 tygodni. Tak, jakbyśmy się nie spodziewali, że kobiety po urodzeniu dziecka będą chciały wrócić do pracy. I rzeczywiście często nie wracają. Mam wrażenie, że w Szwajcarii nie sprzyja się matkom w dokonaniu wyboru, aby być aktywną zawodowo. A przecież to wybór jest najważniejszy. Jeśli kobieta chce zostać w domu i zająć się dziećmi, ponieważ właśnie to daje jej największą satysfakcję, to mam nadzieję, że sytuacja rodzinna jej na to pozwoli, a ona sama nie będzie oceniana przez innych negatywnie. Jeżeli jednak kobieta chce wrócić do pracy, jest to również jej prawo. Dobrze byłoby akceptować taki wybór i stworzyć system wsparcia dla kobiet, które chcą się realizować w swojej profesji. Jeśli spojrzymy na to, kto kończy studia, jest to tyle samo kobiet, co i mężczyzn, z delikatną przewagą tych pierwszych. Wypadałoby, żebyśmy jako społeczeństwo zaczęli z tego potencjału korzystać. 

Czy jako specjalistka od promowania kobiet w biznesie widzisz na tym polu zmiany w dobrym kierunku?

Przed nami długa droga, a każda firma zaczyna w innym miejscu. W Advance pracujemy z wieloma otwartymi, zaangażowanymi i świadomymi  ludźmi, którzy chętnie się uczą i chcą zmieniać swoje firmy na lepsze. To jest jeden promyk nadziei. Drugim jest to, że pokolenie baby boomu będzie wkrótce przechodzić na emeryturę. Obecnie jedna trzecia pracujących mężczyzn jest powyżej 50. roku życia, a tylko jedna piąta kobiet. W najbliższych latach więcej mężczyzn niż kobiet będzie odchodziło z pracy i to może być szansa na awansowanie kobiet. Żeby tak się stało, firmy muszą pracować nad uczciwymi praktykami, tak, aby procent promocji był bliższy procentowi zatrudnionych kobiet. 

Jak to się stało, że zawodowo zajęłaś się wspieraniem kobiet? 

Musimy się cofnąć do czasu, kiedy skończyłam 18 lat i wyprowadziłam się z Polski. Miałam jechać do Angli, a wylądowałam w Holandii. Tam pracowałam jako au pair i skończyłam studia, komunikację międzykulturową. Podczas studiów pracowałam też jako wolontariuszka w Gwatemali i byłam na wymianie w Meksyku. Później zaczęłam pracować dla ECCO, firmy produkującej buty. To był ekscytujący czas, bardzo dużo podróżowałam. W Danii, gdzie znajduje się główna siedziba firmy, pracowałam przez siedem miesięcy, a potem przez kolejne cztery w fabryce w Tajlandii. To właśnie praca w ECCO przywiodła mnie do Szwajcarii. Plan był taki, że zostaję tu pół roku, a potem przenoszę się do Stanów Zjednoczonych, ale w Szwajcarii bardzo mi się spodobało. Dostałam propozycję pracy na stanowisku sales managerki, najpierw na rynki EMEA, a potem na Azję i Stany Zjednoczone. To, co robiłam było bardzo ciekawe, ale po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że szukam czegoś więcej. Tylko jeszcze nie wiedziałam, co to dokładnie miałoby być. Zmieniłam nawet firmę, licząc na to, że ta zmiana da mi nową energię, ale szybko się okazało, że nie o to chodziło. Był to też czas, kiedy zaczęłam angażować się w działalność Lean In w Zurychu i ilekroć wychodziłam z tych spotkań, czułam, że robię coś, co ma sens. Chciałam w mojej pracy mieć takie poczucie na co dzień. Zaczęłam pracować z coachem, panią z Polski, ale mieszkającą w Holandii i to ona pomogła mi uświadomić sobie, co jest dla mnie jedną z najważniejszych wartości w życiu i w pracy. Wyszło na to, że jest to uczciwość i sprawiedliwość. Wtedy stało się dla mnie jasne, że potrzebuję pracy, która ma sens. Znajoma powiedziała mi o Advance, gdzie pomagałam najpierw jako wolontariuszka, a po miesiącu otrzymałam propozycję pracy. W tym czasie dołączyłam też do zespołu Capacity, organizacji, która zajmuje się pomocą migrantom i uchodźcom w usamodzielnieniu się w Szwajcarii. 

Wychodzi na to, że Twoją zawodową misją jest pomaganie innym. 

To wynika z moich osobistych doświadczeń, z tego, że sama w życiu otrzymałam wiele wsparcia od innych. Pochodzę ze Śląska, a moi rodzice są oboje niestety uzależnieni od alkoholu, więc nie zawsze mogli mnie wspierać kiedy tego potrzebowałam. Miałam dość trudne dzieciństwo, musiałam ciężko pracować nad sobą i swoimi możliwościami i dużo zawdzięczam ludziom, którzy pojawili się na mojej drodze. Przede wszystkim najbliższej rodzinie, babci, ciociom i wujkom, ale też obcym ludziom, na przykład rodzinie, u której pracowałam w Holandii i która dała mi przestrzeń do rozwoju i wspierała moje plany. Potem pojawili się też inni wspierający ludzie i oni wszyscy pokazali mi, że my naprawdę możemy zrobić wiele dla innych. Teraz sama staram się pomagać, angażując się w organizacje dające innym możliwości rozwoju, a czasem nawet pozwalają poczuć się jak w domu. Tak jak w Capacity, gdzie ludzie przychodzą z otwartą głową i otwartym sercem, i gdzie spotykają innych ludzi, którzy ich rozumieją. Czasem wystarczy trafić na kogoś, kto uwierzy, że masz w sobie więcej potencjału niż mówi metka, którą ktoś inny ci przypiął. 

Czym zajmuje się Capacity? 

Jest to organizacja, która narodziła się z myślą o budowaniu społeczeństwa otwartego i wspierającego wszystkich, niezależnie od ich pochodzenia. W centrum tego co robimy znajdują się uchodźcy i migranci w Szwajcarii, którzy budują tutaj na nowo swoje życie. Z jednej strony, dajemy im wiedzę na temat przedsiębiorczości i narzędzia do tego jak otworzyć swój biznes lub organizację non-profit. Z drugiej, tworzymy środowisko, gdzie każdy może czuć się sobą, zdobyć nowych przyjaciół, odbudować wiarę w siebie i znaleźć nadzieję na lepsze jutro. Każda osoba w Capacity otrzymuje mentora, który jest albo Szwajcarem albo mieszka tu od dłuższego czasu i zna tutejsze realia. W związku z tym, że nie każdy uchodźca ma pozwolenie na pracę, w programie Capacity mamy też osoby, którym nie wolno prowadzić działalności biznesowej, ale które mają ciekawe pomysły nienakierowane na zysk. Są to głównie inicjatywy skupiające się na pomaganiu innym, mimo, że sami pomysłodawcy często znajdują się w trudnej sytuacji. To są osoby, które są wdzięczne za nowe szanse, chcą być aktywne i przyczyniać się do rozwoju społeczeństwa, a umiejętności, których się uczą, przydadzą im się, gdziekolwiek się ostatecznie znajdą. 

Możesz podać kilka przykładów najciekawszych inicjatyw?

Trudny wybór! Jest u nas Natalia, która studiowała sztukę w Kolumbii i która teraz robi tutaj magistra. Natalia organizuje wycieczki po Zurychu, np. Zurich Street Art Tour, pokazując sztukę w przestrzeni miejskiej, a dzięki jej spojrzeniu i my możemy poznać to miasto w nieco inny sposób. Natalia i jej rodzina przez cztery lata żyli w zawieszeniu, dopiero niedawno otrzymali status uchodźców i pewność tego, że mogą zostać w Szwajcarii. Inna kobieta – Emilce, zajmuje się upcyklingiem kanap skórzanych. Zbiera z ulicy wyrzucone meble, zdziera z nich skórę i robi z nich przepiękne torby, portfele, etui na długopisy. Każdy produkt jest inny, tak jak każda sofa ma inną historię. Kolejny z naszych projektów łączy Szwajcarię i Nepal. Małżeństwo, Carmen i Tashi, założyli firmę, która nazywa się „Thank God It’s Fair Wear”. Szyją wysokiej jakości ubrania w Nepalu i sprzedają je w Szwajcarii. To zrównoważona, ręcznie wykonana moda, która bardzo dobrze się tu przyjęła. Wśród absolwentów naszego programu jest też Sunita, która odniosła sukces w Indiach, sprzedając niesłodzoną herbatę. Kiedy przeniosła się do Szwajcarii, potrzebowała wsparcia, aby kontynuować tutaj swój biznes. Między innymi dzięki programowi Capacity otworzyła swój online sklep i pierwszy stacjonarny sklep w Bazylei. Pracować z tymi ludźmi to sama przyjemność i ogromna inspiracja! 

Jak można wesprzeć Waszą działalność?

Capacity jest organizacją non-profit, która działa dzięki wsparciu finansowym przeróżnych fundacji i firm. W momentach kryzysu, z jakim mamy do czynienia teraz, budżety niestety często są cięte lub przeznaczane na inne cele. W związku z tym, że nie wiemy co przyniesie rok 2021, zdecydowaliśmy się na rozpoczęcie naszej pierwszej kampanii crowdfundingowej. Naszym celem jest zebranie 30.000 CHF na sfinansowanie co najmniej 5 stypendiów dla migrantów i uchodźców w naszym programie przedsiębiorczości w przyszłym roku. Kampania właśnie wystartowała, pierwsze stypendium już sfinansowane, a my jesteśmy niesamowicie wdzięczni za każdą dotację!

Nowy biznes Ani, Baby Miles, powstał z chęci wsparcia matek w doświadczeniu, jakim jest karmienie piersią.

Link do kampanii podaję na końcu tekstu i życzę Wam powodzenia. Zaprosiłam Cię do rozmowy z cyklu „Polki zmieniają Szwajcarię”, ponieważ kilka innych kobiet odezwało się do mnie po lekturze poprzednich wywiadów, mówiąc: musisz porozmawiać z Anną Stando. Czy Ty sama masz poczucie, że to co robisz, zmienia Szwajcarię?

Bardzo bym chciała, aby moja działalność w Lean In i w Advance pomogła zmienić obraz kobiety w Szwajcarii. A to idzie ręka w rękę z tym, co robię w Capacity. Prezentując działalność naszych przedsiębiorców i aktywistów, próbujemy uczynić Szwajcarię nieco bardziej otwartą na ludzi z różnych kultur i zmienić stereotyp uchodźcy. To są wspaniali, zaangażowani, dobrzy ludzie, którzy ubogacają społeczeństwo, a pracując lokalnie w Szwajcarii, często wspierają też miejsca, z których pochodzą i robią rzeczy zorientowane na przyszłość. Zarówno w pracy z migrantami, jak i z kobietami moim głównym celem jest wsparcie ludzi w tym, aby mogli realizować swój potencjał, bez względu na to, kim są i skąd pochodzą. To właśnie my, cudzoziemcy i cudzoziemki przyjeżdżamy tu z nową energią, z pomysłami i wypełniamy rożnorodne nisze, których w Szwajcarii wciąż jest sporo. Ja na przykład zauważyłam, że są rzeczy, których w Szwajcarii kobiety nie znają, a które mogłyby ułatwić im godzenie obowiązków macierzyńskich z pracą czy pomóc lepiej organizować sobie czas. Wystarczy tylko skorzystać z rozwiązań, które już istnieją. Właśnie dlatego postanowiłam ruszyć z własnym małym biznesem..

…i połączyć dwie kolejne role: mamy i przedsiębiorczyni.

Przyznaję, że gorączką przedsiębiorczości zarazili mnie ludzie w Capacity, a pomysł na własny biznes pojawił się za sprawą prostej wydawałoby się rzeczy – silikonowej pompki do ściągania mleka pokarmowego. Zupełnie przez przypadek zdałam sobie sprawę z tego, że mało która kobieta tutaj zna i korzysta z urządzenia, które mnie bardzo pomogło i zrobiło ogromną różnicę w doświadczeniu, jakim jest karmienie piersią. Zaczęłam opowiadać o pompce moim koleżankom z Capacity, które mają dzieci i sprowadzać ją dla nich za zagranicy. I to one mnie zachęciły, żebym zajęła się tym oficjalnie. Tak zaczęła się przygoda z Baby Miles, moim własnym mini-biznesem. W podziękowaniu za inspirację i w celu dalszego wspierania tej organizacji, za każdą sprzedaną pomkę przekazuję jednego franka szwajcarskiego do Capacity. Ziarnko do ziarnka aż zbierze się miarka… 

Dla mnie jesteś żywym przykładem tego, że w tak wyspecjalizowanym kraju jak Szwajcaria, wszechstronność jednak może być zaletą. 

Zmiana ścieżki kariery zajęła mi dużo czasu. I na pewno znacznie szybciej znalazłabym pracę w obszarze, w którym miałam już doświadczenie. Teraz z perspektywy czasu widzę, że choć robię wiele różnych rzeczy, to one wszystkie mają ze sobą wiele wspólnego. Jest mi też coraz łatwiej prezentować i komunikować moją wszechstronność tak, aby inni dostrzegali, że jest w tym wszystkim jakiś wspólny mianownik. Że to działa i ma sens. W Szwajcarii często jesteśmy zawodowo szufladkowane, na przykład na podstawie tego, skąd pochodzimy. Mam koleżankę z Polski, która pracuje w banku i zdarzyło jej się spotykać z reakcją: sprzątasz tam? Mnie chyba się udało stworzyć „szufladkę” dla samej siebie. Na własnych zasadach. 


ANNA STANDO 

W Szwajcarii od 2013 roku. Relations Manager w Advance – Gender Equality in Business. Członkini zarządu w Capacity Zurich i Lean In Switzerland. Właścicielka firmy BabyMiles. Magister komunikacji międzykulturowej. Regularnie przemawia na tematy związane z różnorodnością, integracją, zasadami równego zatrudnienia i walką z dyskryminacją. Mówi też o swojej historii pokonywania trudności, determinacji w dążeniu do celu i rozwijaniu kariery w zgodzie ze swoimi wartościami i zasadami. Z Anią możesz skontaktować się poprzez LinkedIn albo e-mail: anna.stando@gmail.com


WIĘCEJ INFORMACJI:

Link do kampanii crowfundingowej Capacity  https://wemakeit.com/projects/aid-refugee-migrant-talent-2020

Capacity: www.capacityzurich.ch 

Instagram: @pttp.walks – ‘Power To The People’ – wycieczki po Zurychu z Natalią 

https://www.amunemi.com/ – torby Emilce z upcyklingowej skóry 

https://www.tgifw.com/ – Thank God It’s Fair Wear – ubrania z Nepalu 

https://www.timetotea.ch/ – herbaty Sunity

Advance – Gender Equality In Business: https://weadvance.ch/

Advance & HSG Gender Intelligence Report: https://weadvance.ch/gender-intelligence/ 

Lean In Switzerland: www.leaninswitzerland.org 

Lean In & McKinsey yearly report: ‘Women In The Workplace’: https://womenintheworkplace.com/  

BabyMiles: www.babymiles.ch

Kobieta od kultury – rozmowa z Joanną Olczak

Joanna Olczak. Łodzianka, od dziewięciu lat w Szwajcarii. Kobieta od kultury – z wykształcenia teatrolog, w Polsce pracowała jako kierownik literacki w Teatrze Powszechnym w Łodzi, pisała też scenariusze do filmów i seriali telewizyjnych. Pamiętacie serial „Na dobre i na złe”? Historie przypadków medycznych i prywatnych perypetii bohaterów to dzieło Joanny i jej konsultanta, lekarza, a prywatnie męża, Michała.

W Szwajcarii Joanna również zajmuje się kulturą. Działa w Polskim Towarzystwie Winterthur organizując spotkania z polskimi pisarzami, a od niedawna prowadzi też Klub Książki w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu. To miejsce spotkań Polaków zainteresowanych literaturą i nałogowych pochłaniaczy książek, otwarte dla każdego, kto lubi czytać.

Specjalnie dla Was, czytelników i czytelniczek bloga I’m not Swiss, Joanna opowiada o miłości do książek, głodzie dyskusji i o tym, jak żyjąc za granicą możemy pielęgnować kontakt z polską kulturą.

IMG_7872

Na tarasie Hotelu Schatzalp w Davos, gdzie Tomasz Mann,  popijając kawę ze śmietanką, wpadł na pomysł napisania „Czarodziejskiej Góry”. Fot. archiwum prywatne

Co teraz czytasz?

„Listy z Polski” Josepha Rotha. Autor to Żyd pochodzący ze wschodniej Galicji, Austriak z wyboru, w latach 20. XX wieku był dziennikarzem „Frankfurter Zeitung”. Ta książka to zapis jego korespondencji z czasów międzywojnia, w formie krótkich listów. Szalenie ciekawa lektura, która pokazuje ówczesną Polskę oczami obserwatora z zewnatrz. Okazuje się, że nasze problemy, niechęci, kompleksy wcale się tak bardzo od tamtej pory nie zmieniły. Chętnie czytam reportaże historyczne, świadectwa minionego czasu, aby dotrzeć do źródeł zjawisk, które w dzisiejszym świecie są dla mnie trudne do zrozumienia.

Lubię też reportaż podrożniczy. Moją wielką miłością jest Tiziano Terzani, włoski dziennikarz, który wędrował po Azji, a podróż była dla niego nie tylko przemieszczeniem się w sensie geograficznym, ale też doświadczeniem duchowym i intelektualnym. Poza tym uwielbiam kryminały, to moja wielka pasja. Często je sobie dawkuję, żeby przyjemność z czytania mogła trwać dłużej. Staram się też być na bieżąco z polską literaturą.

Organizujesz w Szwajcarii spotkania z polskimi pisarzami. Skąd ten pomysł i kogo już miałaś okazję gościć?

Zapraszanie raz do roku polskiego pisarza do Szwajcarii to już tradycja. Zapoczątkowało ją Towarzystwo Polskie Winterthur, ludzie, którzy do Szwajcarii emigrowali w latach 80. XX i byli szalenie spragnieni polskiej kultury. To było pokolenie, które czytało książki, więc tęsknota za polskim słowem była wtedy bardzo duża. Między innymi z tej tęsknoty narodziła się idea zapraszania polskich twórców do Szwajcarii, a ja po przyjeździe tutaj miałam okazję poznać osoby, które się tym zajmowały.

Kiedy w 2017 roku miał przyjechać do nas Ziemowit Szczerek, okazało się, że brakuje kogoś, kto poprowadziłby spotkanie z nim. Wtedy ówczesny prezes Towarszystwa Jakub Siczek poprosił o to mnie, a ja bardzo chętnie się zgodziłam i tak zostałam do dzisiaj. Obecnie przy organizacji wizyt współpracujemy z Instytutem Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu, który udostępnia nam salę i jest gospodarzem i współorganizatorem spotkań.

Dzięki Towarzystwu Polskiemu Winterhur w Szwajcarii gościł cały przekrój twórców polskiej literatury. Była Olga Tokarczuk, był Andrzej Stasiuk, Jacek Hugo-Bader, Andrzej Sapkowski, Marek Krajewski, Janusz Wiśniewski. Chcemy prezentować autorów, zajmujących się różnymi gatunkami literackimi. W ubiegłym roku w aurze skandalu przyjechał do nas Janusz Rudnicki. Spotkanie było bardzo kameralne, czytaliśmy na głos teksty autora, który okazał się świetnym rozmówcą. To była jedna z fajniejszych wizyt.

Jak wyglądają takie spotkania i kogo możemy się spodziewać w najbliższym czasie?

Staramy się, żeby formuła była dość otwarta, ponieważ w spotkaniach uczestniczą bardzo różni ludzie. Część z nich to stara emigracyjna gwardia, Polacy mieszkający w Szwajcarii od lat, ale przychodzą też młode osoby, które są tutaj od niedawna i chcą poznać innych Polaków o podobnych zainteresowaniach. Ciekawą grupą są natomiast studenci polonistyki z Uniwersytetu w Zurychu. To Szwajcarzy i obcokrajowcy w wieku od 20 do nawet 60 lat, którzy uczą się polskiego i zależy im na kontakcie z językiem i kulturą.

Rozmowę na forum publicznym prowadzimy wspólnie z Małgorzatą Gerber, wykładowczynią polonistyki w Instytucie Slawistyki, a później dyskusja przenosi się w kuluary, gdzie przy polskich albo szwajcarskich przekąskach i kieliszku wina mamy okazję poznać osobiście twórcę, zapytać o interesujące nas kwestie czy poprosić o autograf. W listopadzie ubiegłego roku gościliśmy krytyczkę literacką Justynę Sobolewską, która opowiadała o najnowszej literaturze polskiej. Na to spotkanie przyszło ok. 50 osób, ledwo pomieściliśmy się w sali. Widać, że zainteresowanie jest duże, tym bardziej cieszymy się, że udało się nam pozyskać współfinasowanie tej inicjatywy. Fundusze uruchomił Uniwersytet w Zurychu oraz polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dzięki temu będziemy mogli zapraszać kolejnych ciekawych twórców, być może również z innych dziedzin kultury oraz częściej niż raz do roku.

Tymczasem lista pisarek i pisarzy, których chcielibyśmy gościć jest bardzo długa. Moim wielkim marzeniem jest na przykład to, żeby odwiedził nas Mariusz Szczygieł, jeden z moich ulubionych polskich pisarzy. Najbliższym naszym gościem będzie Magdalena Grzebałkowska, autorka takich książek jak „1945. Wojna i pokój”, „Beksińscy – portret podwójny” czy biografii Krzysztofa Komedy. Spotkanie odbędzie się 8 kwietnia, oczywiście tradycyjnie w gościnnych progach Instytutu Slawistyki.

Niedawno wystartowałaś ze swoją autorską inicjatywą Klubu Książki. Pierwsze spotkanie odbyło się w lutym. Brakowało Ci dyskusji o literaturze?

Od dziecka cierpię na jednostkę chorobową zdiagnozowaną jako chroniczna abibliofobia, czyli strach przed tym, że nie będę miała co czytać. Kiedy wracamy z Polski do Szwajcarii nasze auto zwykle jest wypakowane książkami, co nieustannie rozczarowuje szwajcarskich celników. Literatura zawsze była ważna w moim życiu. Wciąż jestem mocno przywiązana do formy papierowej, kocham trzymać w ręku książkę, czuć zapach papieru. Książka to dla mnie po prostu piękny przedmiot i choć mam czytnik ebooków, to póki co leży sobie nieużywany na półce. W Szwajcarii czułam się nieco osamotniona w mojej miłości do literatury, nie miałam towarzystwa, z którym mogłabym wymieniać się książkami, pomysłami na lektury, rozmowami o tym, co ostatnio przeczytałam. Szukałam pomysłu na to, aby stworzyć grono ludzi, którzy chętnie czytają, dla których to jest ważne i którzy to zwyczajnie lubią.

Do założenia Klubu Książki ośmieliła mnie właśnie wspomniana Justyna Sobolewska, która powiedziała, że dyskusyjne kluby książki, działające np. w bibliotekach, są bardzo powszechne w Polsce i skupiają środowiska ludzi zainteresowanych literaturą. To mnie przekonało, żeby spróbować stworzyć coś podobnego tutaj w Szwajcarii. Udało mi się pozyskać salę od Instytutu Slawistyki, zupełnie bezkosztowo, i w lutym tego roku odbyło się pierwsze spotkanie. Na zachętę zaproponowałam opowiadania Olgi Tokarczuk z jej ostatniej pozycji „Opowiadania bizarne”. Zjawiło się dziesięć kobiet, o różnych preferencjach czytelniczych, ustaliłyśmy ramy naszych spotkań, a co najważniejsze powstał zaczyn klubu, który mam nadzieję będzie działał intensywnie i będzie dla nas comiesięcznym świętem literatury. Liczę na to, że do naszego grona dołączą też czytający mężczyźni.

Jakie książki będą omawiane na kolejnych spotkaniach?

Chciałabym, żeby te spotkania odbywały się na zasadzie klasycznego klubu dyskusyjnego. Wybieramy książkę, jest miesiąc na to, aby ją przeczytać, a następnie zbieramy się i o niej rozmawiamy. Dobrze byłoby z czasem tę formułę wzbogacić, wprowadzając np. rekomendacje książek czy prezentacje swoich ulubionych pisarzy. Chciałabym, żeby każdy uczestnik klubu mógł do niego dołożyć swoją cegiełkę, ale też wyjść poza to, co czyta na co dzień i poznać inne tematy, gatunki literackie i różnych autorów.

Następne spotkanie mamy zaplanowane na 19 marca i będziemy rozmawiać o książce Zyty Rudzkiej „Krótka wymiana ognia”, która została uznana za jedną z najważniejszych powieści minionego roku wydawniczego, a ja uważam ją za jedną z lepszych polskich książek jakie wyszły w ostatnich latach w ogóle. Spotkania będą się odbywały co miesiąc, a lektury będziemy wybierać na bieżąco. Technologia idzie nam na rękę, dostępność książek jest duża, również w formie audiobooków, ebooków, więc każdy ma możliwość dotarcia do konkretnego tytułu.

Moją pierwotną ideą było to, abyśmy czytali polską literaturę. Mieszkamy za granicą, czytamy w różnych językach, po niemiecku, angielsku, ale nie zawsze jesteśmy na bieżąco z tym, co dzieje się w dziedzinie literatury na rodzimym podwórku. Polska literatura przeżywa rozwit, mamy wielu wspaniałych twórców, jak Olga Tokarczuk, która jest autorką światowego formatu, jak Szczepan Twardoch, który porusza trudne tematy i szuka dla nich popularnej formy. Oprócz literatury pięknej powstaje w Polsce świetny reportaż, dobre kryminały. Pojawiają się też nowe trendy, gdzie gatunki stają się płynne i wychodzi się poza ich ustalone ramy. Książka Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” czy najnowsza pozycja Mariusza Szczygła „Nie ma” to są rzeczy, które trudno jest wepchnąć do szuflady z napisem powieść, reportaż czy wspomnienia. Dlatego mam nadzieję, że będziemy czytać polską literaturę w całym jej spektrum – nowości, ale też tytuły, które są warte odświeżenia.

Oczywiście jestem też otwarta na różne inne propozycje, np. na autorów szwajcarskich, którzy są ważni. Nie chcę tworzyć sztywnych ram klubu, ale działać na zasadach demokratycznych. W końcu mieszkamy w Szwajcarii. Chciałabym, żeby każdy mógł się poczuć częścią tego przedsięwzięcia. To ma być wymiana – myśli, opinii, pasji, dlatego zapraszam serdecznie wszystkich na kolejne spotkania. Można dołączyć w każdej chwili i nie ma się czego bać, bo jak to mówią, książki nie gryzą, książki pochłaniają w całości.

Co jeszcze poleciłabyś zainteresowanym kulturą Polakom mieszkającym w Szwajcarii?

W naszej wciąż w gruncie rzeczy niewielkiej społeczności polonijnej jest sporo inicjatyw kulturalnych. Od ponad 30 lat działa Klub Miłośników Żywego Słowa Barbary Młynarskiej, aktualnie w Brugg i tam raz na kwartał odbywają się wydarzenia kulturalne z naprawdę wysokiej półki, którę przyciągają liczną publiczność. W tym roku przyjeżdża Hanna Banaszak, Piotr Machalica z piosenkami Jonasza Kofty, Dorota Miśkiewicz z recitalem, Jerzy Bralczyk z Michałem Ogórkiem w duecie. W ubiegłym roku z okazji 100-lecia odzyskania niepodłegłości Polski w Teatrze Stok w Zurychu odbył się Festiwal Kultury Polskiej, zorganizowany przez polską pianistkę Agnieszkę Bryndal, mieszkającą w Szwajcarii od lat. Poza tym są inicjatywy lokalne, skupiające Polaków w różnych częściach Szwajcarii. Jest naprawdę dużo ludzi, którzy działają tutaj na niwie kultury. Bo jak śpiewał Wojciech Młynarski :

Jeśli za mało książek znasz –

To ci wychodzi na twarz.

Gdy nie wiesz kim był J.S. Bach –

To spłaszcza ci czółka dach.

Nieznany Ci Edypa los –

To deformuje ci nos…

Rozmawiała Agnieszka Kamińska

—————————————————————————————————————————————–

Spotkanie z Magdaleną Grzebałkowską odbędzie się 8 kwietnia (poniedziałek) w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu przy Plattenstrasse 43. Początek o godz. 18.15. Wstęp: 20 CHF.

Kolejne spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki odbędzie się 19 marca (wtorek) o godz. 18.30 w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu przy Plattenstrasse 43. Będziemy rozmawiać o książce Zyty Rudzkiej „Krótka wymiana ognia”.

Razem z Joanną serdecznie Was zapraszamy!

O szwajcarskim pięknie

topelement-10

Szwajcaria nie zawsze jest piękna. Na zdjęciu Zurych Lochergut. Źródło: Keystone.

Szwajcaria jest piękna. To opinia wyrażana tak powszechnie, że stała się faktem. Spróbujcie powiedzieć, że jest inaczej. Ponieważ mam wrodzoną skłonność do przekory i szukania dziury w całym, wpisałam sobie ostatnio w wyszukiwarkę „najbrzydsze miejsca w Szwajcarii”. Oto, co mi wyskoczyło.

5 najbrzydszych szwajcarskich dworców – na drugim miejscu.. moje Winterthur.

17 najbrzydszych budynków w Szwajcarii – na szóstym miejscu Zentrum Töss w.. Winterthur.

27 dowodów na to, że najbrzydszym miastem w Szwajcarii jest.. zgadliście! Winterthur. Wejdźcie w link, a przekonacie się, że to prowokacja.

Nawet jeśli trafiłam do najbardziej paskudnej lokalizacji w najpiękniejszym kraju na świecie, to nie powiem, że ta ironia losu mi nie pasuje. Czy Winterthur naprawdę jest takie brzydkie? Kwestia gustu. Jak zrobi się cieplej, wezmę aparat i postaram się Wam przybliżyć uroki mojego miasta. Teraz jednak mowa ma być o pięknie.

Szwajcarzy są mistrzami upiększania. Rozpadająca się fabryka? Odnowimy, pomalujemy na ceglasto i sprzedamy jako lofty za miliony franków. Stare kontenery? Postawimy jeden na drugim, zrobimy na kolorowo, wystawimy starą wannę i będzie najmodniejsza knajpa w mieście. 20 franków za drinka poproszę. Marny skrawek zieleni wśród betonowych bloków? Zbijemy parę desek, będzie piaskownica – drewniana, ekologiczna i osiedle od razu bardziej przyjazne rodzinie.

Szwajcarzy lubią, jak jest ładnie. Sprzyja im geografia – pocztówkowe krajobrazy są na wyciągnięcie Instagrama. Do tego rustykalna drewniana architektura (obowiązkowe okiennice i geranie w oknach!), parę zadbanych krówek (koniecznie z dzwonkami!) i krystalicznie czyste górskie jeziorko. Jeszcze tylko wetknąć czerwoną flagę z białym krzyżem i mamy powielany przez turystów w milionach kopii idealny obrazek kraju bez problemów.

W Szwajcarii brzydotę albo się ignoruje albo ujarzmia. Nie chodzi tylko o estetykę. W kwestii niewygodnych tematów obowiązuje ogólna zasada „mamy wszystko pod kontrolą”. Bezdomni w miastach? Sami tego chcą, nawet ich nie liczymy. Narkotyki? Jest problem, ale sobie z nim radzimy. Samobójstwa? Mamy od tego specjalne instytucje. Uchodźcy? Przybywa ich już coraz mniej, fantastyczna wiadomość. Dyskryminacja płci? O co chodzi, przecież równouprawnienie jest zapisane w konstytucji. Grunt to dobry PR.

Szwajcaria broni pozytywnego wizerunku tak zażarcie, jak demokracji bezpośredniej i neutralności. W Federalnym Departamencie Spraw Zagranicznych istnieje wyspecjalizowana agencja Presence Switzerland, odpowiedzialna za budowanie dobrego obraz kraju w świecie. Jednym z jej zadań jest monitorowanie wszystkiego, co na temat Szwajcarii pojawia się w sieci.

I tak np. analiza Twittera z 2018 roku wykazała, że hasztagu Switzerland internauci używali najczęściej do dzielenia się, niespodzianka, malowniczymi górskimi krajobrazami. Gorącymi tematami były m.in. Światowe Forum Ekonomiczne w Davos (dobrze), odwołanie udziału w niniejszym amerykańskiego prezydenta (niedobrze), doniesienia o rosyjskich szpiegach w państwowym laboratorium w Spiez (niedobrze) i zwycięstwa Rogera Federera (dobrze). Sieć obiegło też zdjęcie prezydenta Szwajcarii siedzącego na chodniku przed siedzibą Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku i studiującego notatki (świetnie) oraz gest podwójnego orła, który pokazali szwajcarscy zawodnicy w meczu przeciwko Serbii (bardzo, bardzo niedobrze).

Ciągłe trzymanie ręki na pulsie to ciężka praca i koszty. Presence Switzerland na działania związane z promocją helweckiego wizerunku dostaje prawie 9 mln franków rocznie + dodatkowe kieszonkowe na udział w wydarzeniach sportowych i expo. O dodatkowe miliony z państwowej kasy starają się też filmowcy, którzy powołali ostatnio Film Commission Switzerland, organizację, która ma tak upiększyć Szwajcarię w oczach potencjalnych producentów, żeby ściągnąć tu wielkie kinowe dzieła, jak niegdyś filmy o Bondzie czy klasyki Bollywoodu. Wyobraźcie sobie Ryana Goslinga i Emmę Stonę tańczących żwawo u podnóży Matterhornu. Switzer-lala-land.

Rozmawiałam niedawno z pewną liberalną polityczką, ponad 60-letnią Szwajcarką. Opowiadała o tym, jak kraj zmienił się pod wpływem imigrantów. Ku mojemu zdziwieniu pojawił się też temat piękna. – Wie Pani, my nigdy nie byliśmy zbytnio urodziwym narodem, ale odkąd zaczęliśmy się mieszać, zrobiliśmy się jacyś tacy ładniejsi.

Jak widać, Szwajcarzy znaleźli sposób nawet na to, jak upiększyć samych siebie.

Obcy w Szwajcarii głosu nie mają. Czy na pewno?

3106022-v4-bwtnfrwcyaasdb-jpg-large

Wrzesień 2014. Głosowanie w prawie przyznania obcokrajowcom praw wyborczych w kantonie Schaffhausen. 85 proc. Szwajcarów jest na nie.

Zurych, jedno z najbardziej światowych miast na mapie Szwajcarii, gdzie trzecia część mieszkańców to obcokrajowcy. Zjeżdżają tu, aby pracować w globalnych korporacjach lub zakładać własne biznesy. Niektórzy nawet uczą się lokalnego języka i szybko integrują z lokalną społecznością. Świetnie zarabiają, płacą podatki i ubezpieczenia, sporo konsumują, przyczyniając się do wzrostu szwajcarskiego dobrobytu. Choć przeważnie są nieźle zorientowani w lokalnej i krajowej polityce, to brakuje im jednego – nie mogą decydować o bezpośrednio dotyczących ich sprawach w miejscu, w którym żyją często przez długie lata.

Prawa wyborcze cudzoziemców to temat, który powraca przy każdej możliwej okazji i choć wciąż ma więcej przeciwników niż zwolenników, to powoli (bardzo powoli) Szwajcaria otwiera się na dwa miliony przybyszów z zagranicy. Czy kraj, który chwali się, że rządzą nim zwykli ludzie może tak po prostu pomijać w życiu publicznym jedną czwartą populacji? Czy można wyznawać szwajcarskie wartości nie mając szansy zasmakować tej podstawowej – demokracji bezpośredniej? Z kolei, jeśli damy obcokrajowcom głos, komu z nich będzie się jeszcze chciało starać o szwajcarskie obywatelstwo? Wszak prawa wyborcze powinny być nagrodą za przyjęcie do grona obywateli danego kraju, a nie zachętą do integracji.

Profesor Joachim Blatter z Uniwersytetu w Lozannie przyjrzał się głębiej całej sprawie na zlecenie Federalnej Komisji ds. Migracji. W opublikowanym niedawno raporcie przyznał, że szwajcarska demokracja cierpi na tym, że jeden na czterech mieszkańców kraju jest z niej wyłączony. Co na to poradzić? Dać prawa wyborcze cudzoziemcom, którzy w Szwajcarii mieszkają dłużej niż pięć lat. Gdyby to było takie proste.

Do tej pory tylko osiem z 26 kantonów dopuściło obcokrajowców (pod określonymi warunkami) do lokalnej polityki. Czynne prawo wyborcze na szczeblu gminnym mają mieszkańcy Genewy, Neuchâtel, Vaud, Jury i Fyburga oraz niektórych miejscowości kantonów Bazylea-Miasto, Gryzonia i Appenzell Ausserrhoden. W siedmiu z tych kantonów (wyłączając Genewę) cudzoziemcy mogą startować w wyborach na lokalne urzędy. Dodatkowo rezydenci w Jurze i Neuchâtel mają prawo głosować w referendach i wybierać polityków na szczeblu kantonalnym. Mapę gmin i kantonów, w których cudzoziemcy mają prawo głosu znajdziecie tutaj www.bfs.admin.ch/bfs/de/home/statistiken/bevoelkerung/migration-integration/integrationindikatoren/indikatoren/gemeinde-kantone-recht.html. W całej Szwajcarii natomiast obcokrajowcy nie mogą starać się o wybór do władz kantonalnych ani głosować w sprawach dotyczących federacji.

Jeśli chodzi o nasz multi-kulti Zurych, to w 2013 roku wszystkie gminy kantonu odrzuciły w referendum pomysł nadania cudzoziemcom praw wyborczych na szczeblu lokalnym. Teraz jednak władze miasta wracają do dyskusji i proponują kilka rozwiązań, które mają zwiększyć obywatelską aktywność zagranicznych rezydentów. Oto kilka pomysłów: 

  1. Uprościć procedurę nadawania obywatelstwa

Osób uprawnionych do głosowania byłoby więcej, gdyby nie wyśrubowane wymagania, skomplikowana procedura nadawania obywatelstwa i wysokie koszty całej zabawy. To sprawia, że rocznie z 1,3 mln tych, którzy mogliby się o szwajcarski paszport starać, podejmuje się tego tylko ok. 40 tys. Choć w ubiegłym roku politycy poszli cudzoziemcom nieco na rękę, skracając z 12 do 10 lat czas, który należy spędzić w Szwajcarii, aby starać się o paszport, to jednocześnie metodą kija i marchewki, podniesiono kryteria dotyczące znajomości lokalnego języka. Pytanie, czy czerwona książeczka wciąż jest dla cudzoziemców na tyle atrakcyjna, że warto się o nią bić? Poza prawami wyborczymi, płaceniem podatków po szwajcarsku czy swobodnym podróżowaniem do większości krajów na świecie korzyści związanych z jej posiadaniem właściwie nie ma zbyt wiele. Dumy związanej z byciem Szwajcarem nie liczę.

2. Zaprosić obcych do dialogu

Budują Ci pod domem parking, a wolałbyś park? Władze Zurychu chcą dać mieszkańcom, także obcego pochodzenia, prawo współdecydowania przynajmniej o tym, co się dzieje w ich dzielnicy. Warsztaty, dyskusje, negocjacje, na które zainteresowani będą otrzymywać imienne zaproszenia – to jedna z proponowanych dobrych praktyk. Druga to aplikacje, taka jak Züri wie neu (Zurych jak nowy), za pomocą których można zgłaszać szkody w najbliższym otoczeniu. Podobne narzędzia mają też dotyczyć np. projektów zabudowy przestrzeni i działań kreatywnych w mieście. Również lokalni politycy mogliby w przyszłości konsultować się ze społecznością, nie tylko rdzennie szwajcarską, w podlegających im okręgach, zanim sprawa trafi pod debatę w Radzie Miasta.

3. Dać dostęp do budżetu obywatelskiego

Pewna część miejskiej kasy oddawana jest regularnie w ręce obywateli, ponieważ to oni często lepiej niż politycy wiedzą, jakie inwestycje są im najbardziej potrzebne. W praktyce odbywa się to poprzez zgłaszanie i głosowanie na konkretne projekty budynków czy usług. Władze Zurychu chcą do rozporządzania obywatelskim budżetem dopuścić również obcokrajowców. Kto miałby otrzymać takie prawo głosu i na jakich zasadach? Tego nie wiadomo.

Choć jeszcze mało tu konkretów to jedno jest pewne – w dużym stopniu zależna od migrantów Szwajcaria nie może już dłużej udawać, że demokracja bezpośrednia to ustrój ograniczony tylko do jej obywateli. Pytanie, czy my, obcokrajowcy, w ogóle chcemy w tym wszystkim uczestniczyć? Niechlubnym przykładem jest kanton Neuchâtel, gdzie 17 proc. mieszkańców to uprawnieni do głosowania zagraniczni rezydenci (posiadacze pozwolenia na pobyt w kraju typu C). W latach 2012-2016 wśród kandydatów do władz lokalnych udział obcokrajowców był tam mniejszy niż 5 proc. Również frekwencja cudzoziemców w referendach była nieporównywalnie niższa (18 proc.) niż Szwajcarów (48 proc.).

Może większość tzw. ekspatów przyjeżdża do Szwajcarii tylko po to, aby wygodnie żyć i dobrze zarabiać, a ich identyfikacja z krajem emigracji jest znikoma. Polityka? Wybory? Referenda? W to niech się bawi Hansruedi z Appenzellu i inni rolnicy-aktywiści. Ekspat woli raczej z daleka ponarzekać sobie na sytuację w kraju pochodzenia, nawet jeśli tam też już nie głosuje. Po co się przejmować sprawami kraju, który pewnie i tak za parę lat się opuści? A ilu jest takich, którzy nawet po otrzymaniu szwajcarskiego paszportu, obywatelami są tylko na papierze? Czy przypadkiem czasem my sami, obojętnością i ignorancją, nie odbieramy sobie prawa do udziału w życiu publicznym?

Jako zwierzę polityczne nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie w skrzynce na listy znajdę zaadresowaną na moje nazwisko kopertę wypchaną referendami. Marzę o pierwszym własnoręcznie wpisanym JA i NEIN. Śnię o założeniu partii SVP+, złożonej z samych polityków obcego pochodzenia (żart). Jestem gotowa przejść przez najbardziej wredne testy na obywatelstwo tylko po to, żeby razem z czerwoną książeczkę przyszło do mnie coś znacznie ważniejszego. Mój głos.


Do poczytania:

https://www.thelocal.ch/20181220/swiss-democracy-is-failing-countrys-foreign-population-report

https://www.swissinfo.ch/eng/directdemocracy/five-proposals_zurich-wants-to-ease-political-participation-for-non-swiss

https://www.swissinfo.ch/eng/call-of-duty_foreigners-in-switzerland-shunning-the-ballot-boxes

https://www.swissinfo.ch/eng/directdemocracy/political-rights-for-foreigners-_-voting-rights-in-switzerland-must-not-come-for-free

https://www.beobachter.ch/burger-verwaltung/einburgerungen-wer-bekommt-den-roten-pass

Szwajcarski dwugłos #1 Hip hop czy jodłowanie

DIGI5x7templateHORIZ

„Szwajcarski dwugłos” to seria pytań i odpowiedzi, w której autorzy blogów I’m Not Swiss – Agnieszka Kamińska i Swiss Tales – Lambert Król wypowiadają się na różne tematy związane ze szwajcarską rzeczywistością. Na początek pięć trudnych wyborów.

Poniżej przeczytacie moje odpowiedzi na pytania, a jeśli jesteście ciekawi, co myśli Lambert, zapraszam na jego bloga (link na końcu tekstu). Kolejny odcinek serii już wkrótce.

Szwajcarska muzyka: jodłowanie czy hip hop?

Odkąd odkryłam radio SRF Virus, niemal codziennie pracuję przy dźwiękach szwajcarskiej muzyki i to nie tej najbardziej popularnej. Na początku rapowe i hip hopowe numery wykonywane w dialekcie (zwłaszcza tym z Berna) były dla mnie bełkotem i w najlepszym wypadku powodowały niekontrolowane ataki śmiechu. Im cześciej jednak ich słuchałam, tym bardziej zaczęłam się przekonywać do ich specyfiki. To ciekawy sposób na zapoznanie się z różnymi odsłonami języka mówionego. Zainteresowanym polecam m.in. Gleis Zwei z Zurychu, Sektion Kuchikäschtli z Gryzonii, Greis z Lozanny czy młodego i bardziej popowego NEMO z Berna. Poza oczywiście najbardziej znanym i lubianym Bliggiem. Co zaś do jodłowania.. Od dawna odgrażam się mężowi, że zapiszę się do Jodelklub i zostanę prawdopodobnie pierwszą jodłującą Polką w historii Szwajcarii ;) Kiedyś dotrzymam słowa.

Szwajcarska kuchnia: fondue czy raclette?

Któregoś razu odwiedzili nas przyjaciele z Polski i w planach obowiązkowo było fondue. Polacy postanowili jednak urozmaicić tradycyjną (!) szwajcarską (!) potrawę, maczając w serze oprócz chleba także – o zgrozo! – ziemniaki, paprykę, kalafior i inne wynalazki. Z przerażeniem obserwowałam coraz bardziej blednącą twarz mojego męża. Na koniec wyżerki goście zgodnie stwierdzili, że z chlebem jednak smakuje najlepiej. Triumf w oczach Szwajcara – bezcenny. Choć lubię fondue, jestem w stanie jeść je góra raz, dwa razy do roku (popite dużą ilością wina) i zazwyczaj po kilku chlebkach mam dosyć. Raclette, z racji tego, że jest to danie bardziej urozmaicone (ziemniaki, ogóreczki i inne piklowane warzywa) bardziej odpowiada moim smakom.

Niemiecki: wysoki czy szwajcarski?

Zdecydowanie niemiecki. Kiedy przyjechałam do Szwajcarii, musiałam nauczyć się języka od zera, co kosztowało mnie dużo czasu, energii i pieniędzy. Pewnie dlatego teraz tak cenię sobie jego znajomość i nie za bardzo chciałabym deformować wymowy dialektowymi łamańcami. Zresztą bawią mnie przyjezdni pocący się nad tymi wszystkimi „üüä”, „tschtsch”, „chäsch”, „üet”, „isch”, „hää”.. Hure Schiissdräck! Tylko przekleństwa wydają mi się godne uwagi ;) W Szwajcarii przecież wystarczy tylko rozumieć język mówiony, aby z powodzeniem funkcjonować zarówno w pracy ze Szwajcarami, jaki i sytuacjach prywatnych. Wcale nie trzeba się silić na udawanie Heidi. Choć dialekty są dla mnie fascynujące, często zabawne, czasem absurdalne (np. moje ulubione słowo „bö”, które oznacza „nie wiem” – koniecznie wypowiadane ze wzruszeniem ramionami), to pozostaną raczej lokalnym folklorem, niż językową ambicją.

Szwajcarskie miasta: Zurych czy Bazylea?

Zurych, Zurych, Zurych. Kompaktowy, ale z wielkomiejską atmosferą. Bogaty, ale miejscami brudnawy i alternatywny. Z tradycjami, ale wielokulturowy i nowoczesny. Choć to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, to odkryłam swoje miejsca i teraz zawsze chętnie tam bywam. Jezioro jest oczywiście centrum wszelakich aktywności, jednak ja znacznie bardziej wolę np. okolice Hardbrücke i ich pofabryczny klimat czy Langstrasse, gdzie w azjatyckich budach krawaciarze siedzą obok bezdomnych. Kiedyś marzyłam o tym, żeby zamieszkać w Zurychu. Teraz mi przeszło i doceniam moje skromniejsze, ale też bardzo ciekawe Winterthur. W Bazylei byłam póki co raz, więc nie zdążyłyśmy jeszcze zbudować silniejszej relacji.

Szwajcarski sport: Federer czy Amann?

Roger Federer – niekwestionowany król Szwajcarii i moja platoniczna miłość. Na koncie 20 wygranych Grand Slamów, 8 Wimbledonów, 6 Australian Open i 5 US Open. W wieku 37 lat, po dwudziestu latach kariery, wciąż numer 3 w światowym tenisie. Choć wiem, że to w dużej mierze jego medialny wizerunek, to pomijając jego wielkość, Federer wydaje się po prostu sympatycznym gościem. Świadczy o tym choćby fakt, że co roku na zakończenie turnieju tenisowego w Bazylei (tam Federer zaczynał jako ball boy) funduje pizzę łapaczom piłek i spędza z nimi czas. Chociaż nie gram w tenisa ani zbyt dobrze się na nim nie znam, to mecze Rogera oglądam z ciekawością. Chciałabym go kiedyś poznać! Przy okazji polecam Wam film dokumentalny „Strokes of Genius” o rywalizacji Federera z Rafaelem Nadalem.

Odpowiedzi Lamberta przeczytacie tutaj:

http://swisstales.pl/szwajcarski-dwuglos-1-hip-hop-czy-jodlowanie/