Obcy w Szwajcarii głosu nie mają. Czy na pewno?

3106022-v4-bwtnfrwcyaasdb-jpg-large

Wrzesień 2014. Głosowanie w prawie przyznania obcokrajowcom praw wyborczych w kantonie Schaffhausen. 85 proc. Szwajcarów jest na nie.

Zurych, jedno z najbardziej światowych miast na mapie Szwajcarii, gdzie trzecia część mieszkańców to obcokrajowcy. Zjeżdżają tu, aby pracować w globalnych korporacjach lub zakładać własne biznesy. Niektórzy nawet uczą się lokalnego języka i szybko integrują z lokalną społecznością. Świetnie zarabiają, płacą podatki i ubezpieczenia, sporo konsumują, przyczyniając się do wzrostu szwajcarskiego dobrobytu. Choć przeważnie są nieźle zorientowani w lokalnej i krajowej polityce, to brakuje im jednego – nie mogą decydować o bezpośrednio dotyczących ich sprawach w miejscu, w którym żyją często przez długie lata.

Prawa wyborcze cudzoziemców to temat, który powraca przy każdej możliwej okazji i choć wciąż ma więcej przeciwników niż zwolenników, to powoli (bardzo powoli) Szwajcaria otwiera się na dwa miliony przybyszów z zagranicy. Czy kraj, który chwali się, że rządzą nim zwykli ludzie może tak po prostu pomijać w życiu publicznym jedną czwartą populacji? Czy można wyznawać szwajcarskie wartości nie mając szansy zasmakować tej podstawowej – demokracji bezpośredniej? Z kolei, jeśli damy obcokrajowcom głos, komu z nich będzie się jeszcze chciało starać o szwajcarskie obywatelstwo? Wszak prawa wyborcze powinny być nagrodą za przyjęcie do grona obywateli danego kraju, a nie zachętą do integracji.

Profesor Joachim Blatter z Uniwersytetu w Lozannie przyjrzał się głębiej całej sprawie na zlecenie Federalnej Komisji ds. Migracji. W opublikowanym niedawno raporcie przyznał, że szwajcarska demokracja cierpi na tym, że jeden na czterech mieszkańców kraju jest z niej wyłączony. Co na to poradzić? Dać prawa wyborcze cudzoziemcom, którzy w Szwajcarii mieszkają dłużej niż pięć lat. Gdyby to było takie proste.

Do tej pory tylko osiem z 26 kantonów dopuściło obcokrajowców (pod określonymi warunkami) do lokalnej polityki. Czynne prawo wyborcze na szczeblu gminnym mają mieszkańcy Genewy, Neuchâtel, Vaud, Jury i Fyburga oraz niektórych miejscowości kantonów Bazylea-Miasto, Gryzonia i Appenzell Ausserrhoden. W siedmiu z tych kantonów (wyłączając Genewę) cudzoziemcy mogą startować w wyborach na lokalne urzędy. Dodatkowo rezydenci w Jurze i Neuchâtel mają prawo głosować w referendach i wybierać polityków na szczeblu kantonalnym. Mapę gmin i kantonów, w których cudzoziemcy mają prawo głosu znajdziecie tutaj www.bfs.admin.ch/bfs/de/home/statistiken/bevoelkerung/migration-integration/integrationindikatoren/indikatoren/gemeinde-kantone-recht.html. W całej Szwajcarii natomiast obcokrajowcy nie mogą starać się o wybór do władz kantonalnych ani głosować w sprawach dotyczących federacji.

Jeśli chodzi o nasz multi-kulti Zurych, to w 2013 roku wszystkie gminy kantonu odrzuciły w referendum pomysł nadania cudzoziemcom praw wyborczych na szczeblu lokalnym. Teraz jednak władze miasta wracają do dyskusji i proponują kilka rozwiązań, które mają zwiększyć obywatelską aktywność zagranicznych rezydentów. Oto kilka pomysłów: 

  1. Uprościć procedurę nadawania obywatelstwa

Osób uprawnionych do głosowania byłoby więcej, gdyby nie wyśrubowane wymagania, skomplikowana procedura nadawania obywatelstwa i wysokie koszty całej zabawy. To sprawia, że rocznie z 1,3 mln tych, którzy mogliby się o szwajcarski paszport starać, podejmuje się tego tylko ok. 40 tys. Choć w ubiegłym roku politycy poszli cudzoziemcom nieco na rękę, skracając z 12 do 10 lat czas, który należy spędzić w Szwajcarii, aby starać się o paszport, to jednocześnie metodą kija i marchewki, podniesiono kryteria dotyczące znajomości lokalnego języka. Pytanie, czy czerwona książeczka wciąż jest dla cudzoziemców na tyle atrakcyjna, że warto się o nią bić? Poza prawami wyborczymi, płaceniem podatków po szwajcarsku czy swobodnym podróżowaniem do większości krajów na świecie korzyści związanych z jej posiadaniem właściwie nie ma zbyt wiele. Dumy związanej z byciem Szwajcarem nie liczę.

2. Zaprosić obcych do dialogu

Budują Ci pod domem parking, a wolałbyś park? Władze Zurychu chcą dać mieszkańcom, także obcego pochodzenia, prawo współdecydowania przynajmniej o tym, co się dzieje w ich dzielnicy. Warsztaty, dyskusje, negocjacje, na które zainteresowani będą otrzymywać imienne zaproszenia – to jedna z proponowanych dobrych praktyk. Druga to aplikacje, taka jak Züri wie neu (Zurych jak nowy), za pomocą których można zgłaszać szkody w najbliższym otoczeniu. Podobne narzędzia mają też dotyczyć np. projektów zabudowy przestrzeni i działań kreatywnych w mieście. Również lokalni politycy mogliby w przyszłości konsultować się ze społecznością, nie tylko rdzennie szwajcarską, w podlegających im okręgach, zanim sprawa trafi pod debatę w Radzie Miasta.

3. Dać dostęp do budżetu obywatelskiego

Pewna część miejskiej kasy oddawana jest regularnie w ręce obywateli, ponieważ to oni często lepiej niż politycy wiedzą, jakie inwestycje są im najbardziej potrzebne. W praktyce odbywa się to poprzez zgłaszanie i głosowanie na konkretne projekty budynków czy usług. Władze Zurychu chcą do rozporządzania obywatelskim budżetem dopuścić również obcokrajowców. Kto miałby otrzymać takie prawo głosu i na jakich zasadach? Tego nie wiadomo.

Choć jeszcze mało tu konkretów to jedno jest pewne – w dużym stopniu zależna od migrantów Szwajcaria nie może już dłużej udawać, że demokracja bezpośrednia to ustrój ograniczony tylko do jej obywateli. Pytanie, czy my, obcokrajowcy, w ogóle chcemy w tym wszystkim uczestniczyć? Niechlubnym przykładem jest kanton Neuchâtel, gdzie 17 proc. mieszkańców to uprawnieni do głosowania zagraniczni rezydenci (posiadacze pozwolenia na pobyt w kraju typu C). W latach 2012-2016 wśród kandydatów do władz lokalnych udział obcokrajowców był tam mniejszy niż 5 proc. Również frekwencja cudzoziemców w referendach była nieporównywalnie niższa (18 proc.) niż Szwajcarów (48 proc.).

Może większość tzw. ekspatów przyjeżdża do Szwajcarii tylko po to, aby wygodnie żyć i dobrze zarabiać, a ich identyfikacja z krajem emigracji jest znikoma. Polityka? Wybory? Referenda? W to niech się bawi Hansruedi z Appenzellu i inni rolnicy-aktywiści. Ekspat woli raczej z daleka ponarzekać sobie na sytuację w kraju pochodzenia, nawet jeśli tam też już nie głosuje. Po co się przejmować sprawami kraju, który pewnie i tak za parę lat się opuści? A ilu jest takich, którzy nawet po otrzymaniu szwajcarskiego paszportu, obywatelami są tylko na papierze? Czy przypadkiem czasem my sami, obojętnością i ignorancją, nie odbieramy sobie prawa do udziału w życiu publicznym?

Jako zwierzę polityczne nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie w skrzynce na listy znajdę zaadresowaną na moje nazwisko kopertę wypchaną referendami. Marzę o pierwszym własnoręcznie wpisanym JA i NEIN. Śnię o założeniu partii SVP+, złożonej z samych polityków obcego pochodzenia (żart). Jestem gotowa przejść przez najbardziej wredne testy na obywatelstwo tylko po to, żeby razem z czerwoną książeczkę przyszło do mnie coś znacznie ważniejszego. Mój głos.


Do poczytania:

https://www.thelocal.ch/20181220/swiss-democracy-is-failing-countrys-foreign-population-report

https://www.swissinfo.ch/eng/directdemocracy/five-proposals_zurich-wants-to-ease-political-participation-for-non-swiss

https://www.swissinfo.ch/eng/call-of-duty_foreigners-in-switzerland-shunning-the-ballot-boxes

https://www.swissinfo.ch/eng/directdemocracy/political-rights-for-foreigners-_-voting-rights-in-switzerland-must-not-come-for-free

https://www.beobachter.ch/burger-verwaltung/einburgerungen-wer-bekommt-den-roten-pass

Trudy była pierwsza. Długa droga Szwajcarek do równouprawnienia

Kiedy w 1928 roku Brytyjki otrzymały pełnię praw obywatelskich, szwajcarskie aktywistki wyszły na ulicę Berna, ciągnąc za sobą wielki model ślimaka i pytając: jak długo jeszcze?

Walkę o głos Szwajcarki toczyły właściwie już od połowy XIX wieku, kiedy pierwsze organizacje sufrażystek słały petycje do męskich władz i domagały się udziału w życiu publicznym. Bezskutecznie. Na początku lat 50. XX wieku Szwajcaria, jedna z najstarszych demokracji na świecie, wciąż pozostawała jednym z ostatnich krajów na Starym Kontynencie, w którym kobiety nie mają prawa głosować ani ubiegać się o sprawowanie urzędów publicznych. Wkrótce miało się to zmienić. 

26 czerwca 1958 roku. Niewielka miejscowość Riehen, siedem kilometrów od Bazylei, jako pierwsza gmina w Szwajcarii przyznaje kobietom prawa wyborcze. Trzynaście lat zanim ustanowiono je na poziomie ogólnokrajowym i trzydzieści dwa lata nim polityczny i społeczny głos uzyskały kobiety w ostatnim szwajcarskim kantonie. 

7449

Gertruda Späth-Schweizer – pierwsza kobieta w szwajcarskiej polityce. Fot. Historisches Lexikon der Schweiz

Ten sam rok, jesień. Mieszkańcy Riehen wybierają 50-letnią Gertrudę Späth-Schweizer do Rady Obywatelskiej. Trudy, bo tak na nią wołają, jest pierwszą kobietą w historii Szwajcarii sprawującą funkcję polityczną. Wybory nie odbyły się bez kontrowersji, bo okazało się, że oddanych głosów było więcej niż osób na sali. Jednak kto by się przejmował drobiazgami. Wszak dzięki Trudy historia gminy Riehen dotarła nawet za ocean, gdzie pisał o niej amerykański dziennik „Herald Tribune”. Sama zainteresowana, choć stała się symbolem walki o prawa kobiet, nie czuła się dobrze w tej roli. Zawsze podkreślała, że bardziej niż bycie pionierką, obchodzą ją problemy gminy i ich rozwiązywanie. Swój urząd sprawowała przez szesnaście lat. 

To, co wydarzyło się w Riehen, było niewątpliwie początkiem dobrej zmiany w szwajcarskim społeczeństwie. Trudno jednak mówić o rewolucji, raczej o powolnym dochodzeniu kobiet do pełni praw obywatelskich. W tym samym roku, w którym mieszkanki Riehen otrzymały prawa wyborcze, nad wprowadzeniem ich na poziomie ogólnokrajowym po raz pierwszy głosowano w parlamencie federalnym. Propozycja dostała zielone światło. Teraz wystarczyło tylko, aby poparł ją głos ludu.

1 lutego 1959 roku Szwajcarzy po raz pierwszy głosowali w ogólnokrajowym referendum nad przyznaniem kobietom czynnego i biernego prawa wyborczego. Z niespełna miliona mężczyzn, którzy wybrali się do urn, tylko jedna trzecia poparła kobiety. W najbardziej konserwatywnym kantonie Appenzell Innerhoden na nie zagłosowało aż 95 proc. wyborców.

remote.adjust.rotate=0&remote.size.w=2305&remote.size.h=2354&local.crop.h=1292&local.crop.w=2300&local.crop.x=0&local.crop.y=387,n-large-16x9-far

1959 rok – Szwajcarzy mówią nie prawom kobiet do głosowania. Fot. Basellandschaftlichezeitung 

Referendum, choć wydawało się być dla kobiet niczym innym jak porażką, miało swój pozytywny oddźwięk na poziomie kantonalnym. Na przełomie lat 50. i 60. XX wieku trzy szwajcarskie kantony, Vaud, Neuchatel i Genewa, przyznały kobietom prawo do głosowania na poziomie kantonalnym i lokalnym. Za ich przykładem poszły kolejne i do początku lat 70. prawo głosu zyskały mieszkanki ośmiu szwajcarskich kantonów.

W 1971 roku przyszedł czas na kolejne podejście do tematu praw wyborczych kobiet na poziomie państwowym. 7 lutego, przy frekwencji 57,72% (955 321 wyborców) zmiany zyskały poparcie 65,7 proc. uczestniczących w głosowaniu mężczyzn. Sukces, choć nie sposób nie zauważyć, że duża część (męskiego) społeczeństwa wciąż nie była przekonana (na nie zagłosowało aż osiem niemieckojęzycznych kantonów). Jeśli przyjmiemy za początek Federacji Szwajcarskiej uchwalenie konstytucji założycielskiej w 1848 roku, to droga kobiet do pełni praw obywatelskich trwała 123 lata. A w przypadku dwóch niemieckojęzycznych półkantonów Appenzell aż 147 i 148 lat.

Te dwa ostatnie bastiony konserwatyzmu broniły się przed zrównaniem kobiet w prawach z mężczyznami aż do lat 90. XX wieku. Najpóźniej, bo dopiero w listopadzie 1990 roku, polegli strażnicy patriarchatu z Appenzell Innerrhoden, którzy do przyznania mieszkankom praw wyborczych zostali przymuszeni decyzją Trybunału Federalnego. Pewnie do dzisiaj uważają to za zamach na lokalną niezależność. 

Jak dzisiaj, niemal pół wieku od przyznania Szwajcarkom praw wyborczych, wygląda ich pozycja w polityce? W szwajcarskim parlamencie (Radzie Narodu) jedna trzecia to kobiety, a w Radzie Kantonów jedynie 15 procent. W Radzie Federacyjnej, pełniącej funkcję rządu i składającej się z siedmiu osób zasiadają obecnie tylko dwie kobiety (jedna z nich z końcem roku opuszcza urząd). Pierwszą prezydentkę (urząd rotacyjny, osoba zmienia się co roku), Ruth Dreifuss, powołano w 1999 roku. Od tej pory tę funkcję sprawowało pięć kobiet (w tym Doris Leuthard podwójnie).

Nieco lepiej jest na poziomie lokalnym. Najwięcej kobiet działa w kantonalnych parlamentach w Bazylei-Land (38 procent), Aarau (36 procent) i Zurychu (34 procent). Najgorzej jest w kantonie Schwyz, tylko 14 procent. Jednak, jeśli spojrzymy na władze wykonawczą, czyli kantonalne rządy, udział kobiet mocno spada i wynosi średnio 24 proc, a w trzech kantonach, Lucernie, Appenzell Innerrhoden oraz włoskim Ticino, rządzą wyłącznie mężczyźni.

42629487_10215578171541849_4629955546584186880_n.jpg

Helwecja woła! Fot. FB/Helvetia ruft 

Szwajcarskie aktywistki szykują się już na wybory parlamentarne jesienią 2019 roku i zachęcają kobiety do kandydowania. Powołały w tym celu platformę Helvetia ruft! (Helwecja wzywa), która ma być wsparciem dla przyszłych polityczek. Póki co najbliższym sprawdzianem politycznym będą wybory do pełniącej funkcję rządu Rady Federacyjnej, obecnie w składzie 2 kobiety i 5 mężczyzn. Na dwa zwalniające się właśnie miejsca, nominowany jest jeden kandydat i trzy kandydatki. Czy doczekamy się układu 3 kobiety 4 mężczyzn, czyli kolejnego kroku do równouprawnienia? Okaże się już 5 grudnia.

————————————————————————————————————————————–

Źródła:

Magdalena Musiał-Karg, Demokracja bezpośrednia a wprowadzenie praw wyborczych dla kobiet – przykład Szwajcarii
Historisches Lexikon der Schweiz http://www.hls-dhs-dss.ch/textes/d/D16497.php