Polki zmieniają Szwajcarię: Iwona Fluda i tworzenie kreatywnego świata

Iwonę poznałam dwa lata temu. Przyjechała do Winterthuru, aby wziąć udział w wydarzeniu, podczas którego ja prezentowałam Szwajcarom polską kuchnię. Wtedy głównie jadłyśmy (kluski śląskie!), a teraz spotkałyśmy się, żeby porozmawiać. W życiu nas obu w międzyczasie sporo się wydarzyło. Firma Iwony zaczęła dynamicznie się rozwijać, ja napisałam książkę. Są rzeczy, które nas łączą: studiowałyśmy na tej samej uczelni i przyjechałyśmy do Szwajcarii bez planu. Obie też podjęłyśmy niełatwą decyzję, aby łączyć pracę z pasją. 

Poznajcie Iwonę Fludę, przedsiębiorczynię, kreatorkę, mówczynię, publicystkę i – przede wszystkim – założycielkę Ministry of Creativity GmbH i Creative Switzerland – przestrzeni, w której ludzie przypominają sobie o tym, że są i zawsze byli kreatywni. 

Kreatywność jest wszystkim. Fot. archiwum prywatne

Właściwie to nie wiem, skąd się wzięłaś w Szwajcarii…

Nie przyjechałam tu tak jak Ty, z miłości :D To był przypadek, albo jak kto woli: przeznaczenie, zrządzenie losu, Limmat tak chciał. Zostałam zaproszona do Zurychu na roczne stypendium organizacji pozarządowej, Szwajcarskiej Rady Pokoju. Zajmowałam się kwestiami konfliktów na świecie, praw człowieka, wpływu polityki na życie ludzi w różnych krajach. Po roku, kiedy skończyło mi się tymczasowe pozwolenie na pobyt, nie widziałam dla siebie dalszych możliwości w Szwajcarii. W międzyczasie pojawiła się propozycja wyjazdu do Hongkongu. Przyjęłam ją, pracowałam tam dla Niemieckiej Izby Handlowej, poznawałam życie lokalnej ludności i sceny startupowej. To był ciekawy czas i bardzo chciałam zostać w Azji, ale choć znalazłam pracę w Hongkongu, to niestety nie udało mi się otrzymać wizy. Nie za bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić i wtedy odezwała się do mnie znajoma Szwajcarka: hej, mamy wolny pokój gościnny, przyjeżdżaj. I tak w ciągu dziesięciu dni byłam z powrotem w Szwajcarii. Bez pracy, planu, znajomości. Szczerze, czułam ogromne rozczarowanie. Musiałam budować wszystko od początku. Teraz, z perspektywy trzech lat, widzę, że wszystko, co się wtedy wydarzyło, miało sens. To była niesamowita przygoda. 

Jak wyglądały początki tej szwajcarskiej przygody? 

Pierwsze miesiące spędziłam na rozmyślaniach, co ja właściwie mam ze sobą zrobić. W tym czasie przeczytałam wiele ciekawych książek, np. biografię Alberta Einsteina. Historia jego życia jest niesamowita, była dla mnie bardzo inspirująca i polecam przeczytać ją każdemu. Inną ciekawą książką jest „Understanding Power” Noama Chomsky’ego, o tym jak rozłożone są siły na świecie. Czytałam też wiele na temat biznesu i innowacji. Czułam, że Szwajcaria to kraj wielu możliwości, ale trzeba się na nie otworzyć. Od razu postawiłam więc na integrację z tutejszym społeczeństwem. Oczywiście, kiedy znasz język, jest to wiele łatwiejsze. Zaczęłam brać udział w różnych wydarzeniach, poznawać ludzi, zastanawiać się, czy umiejętności, które już mam w dziedzinie marketingu, można jakoś wykorzystać. Okazało się, że można. To właśnie dzięki spotkaniom networkingowym poznałam swoich przyszłych klientów. 

Mam takie przemyślenia, że to, że możemy uczyć się od innych, także od ludzi z przeszłości, jest niesamowitym przywilejem naszego pokolenia. Uświadamia nam, co było wtedy możliwe, a co jest możliwe teraz. Pomyśl choćby o nas, siedzących tutaj w kawiarni. Jeszcze sto lat temu dla takich kobiet jak my – dziennikarki i przedsiębiorczyni, nie było miejsca w tym kraju. 

Fakt, o tej porze musiałybyśmy być w domu i gotować obiad dla męża, który wraca z pracy… 

Dokładnie! Zobacz, jak bardzo jesteśmy uprzywilejowane. W Szwajcarii nauczyłam się, że każdy dzień to jest dzień pierwszy, w którym mam szansę się czegoś nauczyć, mogę budować, tworzyć, po prostu działać. Dotyczy to i prowadzenia biznesu, i życia prywatnego. Okazuje się, że z takim podejściem, nawet przejściowe zawirowania w życiu sprawiają, że w końcu wszystko może się całkiem dobrze poukładać. 

Tobie poukładało się całkiem fajnie! Wybrałaś ścieżkę pt. marketing i od początku się jej trzymałaś. 

Mimo że nie mam wykształcenia marketingowego. Jestem germanistką, skończyłam również studia magisterskie z geografii społeczno-ekonomicznej i turystyki. Mam wrażenie, że często próbujemy wpasować się w boksy, które są nam podsuwane też przez innych. Dla mnie jedyne znaczenie przy wyborze ścieżki zawodowej była odpowiedź na pytanie: czy jest to coś, co chcę robić i dlaczego chcę to robić? Tak długo, jak praca daje mi radość i się w niej spełniam, jest  wartością dla moich klientów czy społeczności, a przy okazji jestem w stanie się dzięki niej utrzymać – nie widzę problemu. Szwajcaria jest krajem, w którym pracując na umowie o pracę i zarabiając nawet przeciętnie, można żyć całkiem wygodnie i właściwie na wszystko sobie pozwolić. Kiedy zakładasz biznes, jest zupełnie odwrotnie. Nie ma zabezpieczeń chroniących przez problemami egzystencjalnymi, a każda inwestycja rodzi wątpliwości: czy to jest w tym momencie dobre dla mojego biznesu. Ma to swoje negatywne strony, ale otwiera też wiele możliwości kreatywnych. 

Szwajcaria to kraj oparty na zaufaniu, które często zdobywa się prezentując np. certyfikat ukończonego kursu czy dyplom uczelni. Jak zdobywałaś pierwsze zlecenia? 

Tak, jak teraz z Tobą, siedziałam z potencjalnym klientem przy kawie, rozmawialiśmy i nagle okazywało się, że to, co robię odpowiada temu, czego ta osoba potrzebuje. Potem, jak często bywa w Szwajcarii, jedni opowiadali o mnie drugim i tak rozwijała się moja działalność. Kiedy miałam już klientów marketingowych, postanowiłam zarejestrować firmę, a jednocześnie pracowałam nad stroną Creative Switzerland. Stworzyłam ją sama, choć – znowu – nie jestem z branży IT. Ważną lekcją biznesową w Szwajcarii było dla mnie to, aby nauczyć się wymagać więcej niż np. w polskich czy niemieckich warunkach. Prosty przykład: cena. Jeśli klient jest w stanie zapłacić za naszą usługę tyle, ile ona na tutejszym rynku naprawdę jest warta, to inaczej wyglądają potem nasze wzajemne relacje. Klient ma poczucie, że zainwestował w rozwój swojej firmy, a my zyskujemy pewność, że jakość, jaką oferujemy, jest warta swojej ceny. Kolejną rzeczą, jaką wyniosłam z bycia freelancerką, a potem przedsiębiorczynią w Szwajcarii, jest to, aby nie rozmieniać się na drobne. Kiedy zaczynasz robić wiele rzeczy na raz, szybko wpadasz w pułapkę zbyt wielu możliwości. Najlepiej wyznaczyć sobie jasne cele: w tym roku koncentruję się na maksymalnie dwóch, trzech projektach, a jeśli wpadnie coś innego, to podziękuję. To jest bardzo trudne, ponieważ nie jest łatwo odmawiać pieniądzom, które np. pomagają rozwijać nowe projekty, ale długoterminowo – bardzo dobre dla biznesu i dla mnie. Tutaj oczywiście wychodząc z założenia, że chce się pracować samemu albo z małym zespołem, sytuacja wygląda inaczej, jeśli ma się plan szybkiego skalowania biznesu.

Hasło Twojej firmy, Creative Switzerland, brzmi „Explore your creative potential”, a Twoje prywatne to „Kreatywność jest wszystkim”. Co to właściwie znaczy?

A nie jest? Kreatywność to wrodzona umiejętność każdego człowieka, niezależnie, czy zawodowo jest prawnikiem, naukowcem czy przedsiębiorcą. Niestety nasza naturalna kreatywność jest umiejętnie niszczona przez system edukacji, w jakim funkcjonujemy. Nie ćwiczymy tej umiejętności. Miałam w szkole zajęcia z plastyki, ale nie dowiedziałam się, jak prowadzić biznes czy poszukiwać sposobów na rozwiązanie problemów współczesnego świata. Najsmutniejsze jest, że taki system nauczania sięga aż uczelni wyższych, czyli miejsc kształcących ludzi, od których potem oczekuje się, aby wyszli w świat i rozwiązywali światowe problemy. Zabijanie kreatywności odbywa się zresztą też na późniejszych etapach życia, kiedy idziemy do pracy. Wykonywanie zadań „od do”, niewychylanie się, słuchanie menedżerow, którzy określają, co mamy robić, brak tzw. wymiany kreatywnej. Na szczęście jest mnóstwo ludzi, także w Szwajcarii, którzy dali sobie szansę na to, aby być w pełni kreatywnymi osobami. 

Przykłady? 

Jedna z moich ulubionych kreatorek to dziewczyna, która była profesorką na uniwersytecie, przeżyła wypalenie zawodowe, a potem oddała się malarstwu – pasji, która była w niej od zawsze. Założyła swój biznes, uczy ludzi malarstwa i idzie jej świetnie. To jest jedna z osób, która żyje w cudownej zgodzie ze sobą i ze światem, głównie dlatego, że to, co robi, mówi, czuje i myśli jest spójne. Nie udaje przed sobą, że musi spędzić resztę swojego życia pracując w kancelarii prawnej, ponieważ ma kredyt. Zamiast tego dała sobie szansę na to, aby żyć w pełni swoim życiem. Dla mnie to jest właśnie przykład kreatywności. Bo w gruncie rzeczy ona objawia się w naszych decyzjach, jak chcemy spędzić życie. Znam osoby, które wiecznie na wszystko narzekają, w tym na Szwajcarię. A wystarczy czasem powiedzieć sobie: jest dobrze, Europa jest wolnym kontynentem, nie ma wojen, mieszkam w kraju, który daje mi wiele możliwości. Czy chcę spędzać swoje dni rozwijając się, rozwiązując problemy, starając się pomóc innym, czy robiąc coś odwrotnego, na przykład obrażając się na cały świat? Staram się być kreatywna każdego dnia, na tym poletku, które sama dla siebie stworzyłam. To jest filozofia mojego życia i tylko w ten sposób, kładąc się spać, mogę sobie powiedzieć: ale to był fajny dzień.

Czy są sposoby na to, aby przywrócić tę wrodzoną, ale stłumioną, kreatywność?

Odpowiem pytaniem na pytanie. Piszesz jeszcze czasem długopisem? 

Staram się robić to jak najczęściej i mam w domu dziesiątki notesów, które dostaję od przyjaciół albo kupuję sobie sama. Mam jednak wrażenie, że moje pismo nie jest takie, jakie było kiedyś. Pewnie przez to, że dużo piszę na komputerze. 

I to jest właśnie jedna z tych umiejętności, do których powinniśmy bardzo szybko wrócić i potwierdzają to badania naukowe. Jeśli pracujemy rękami, których każdy ruch wysyła sygnały do naszego mózgu, to jego stymulowane obszary zupełnie inaczej się rozwijają. Często o tym zapominamy, ponieważ przyzwyczailiśmy się do stukania całymi dniami w klawiaturę komputera i telefonu. Rąk można używać na różne sposoby, pobudzające kreatywność: pisać, tworzyć ceramikę, malować. W ten sposób odcinamy się trochę od życia, które prowadzimy na co dzień. Spójrzmy na nasze pasje z dzieciństwa. To zazwyczaj były właśnie pasje kreatywne. Dlaczego mielibyśmy do nich nie wrócić? 

Mam znajomą, która po latach pracy w korporacjach, odkryła, że jej powołaniem jest zajmowanie się kwiatami. Teraz ma swoje atelier w Warszawie i prowadzi kwiatowy biznes z dużym sukcesem. 

Sir Ken Robinson, lider w dziedzinie rozwoju kreatywności, powiedziałby, że odnalazła swój element. 

Czy można go odnaleźć biorąc udział w warsztatach tworzenia czekoladowych pralin czy wydruków 3D? Takie m.in. zajęcia oferuje Twoja firma, Creative Switzerland. 

Chodzi o nowe doznania i otwarcie się na nie. Z doświadczenia wiem, że kiedy uczestnicy warsztatów wybabrają się w czekoladzie, to często w nich coś „klika”. Nagle pojawiają się myśli: o, mogę zrobić to ze swoimi dziećmi albo przyjaciółmi. Przy okazji można się dowiedzieć, dlaczego warto kupić czekoladę wytworzoną w zrównoważony sposób. Oczywiście, to są doświadczenia bardzo indywidualne i trzeba być otwartym na tego typu doznania. Z mojego doświadczenia wynika, że kreatywne zadania otwierają w ludziach nowe przestrzenie i pozwalają im dostrzec nowe możliwości działania w różnych obszarach – w pracy, życiu prywatnym, w rodzinie, w czasie wolnym. Popatrz na to, co się działo na wiosnę, kiedy wprowadzono lockdown w związku z pandemią koronawirusa. Nagle wszyscy zaczęli piec chleb. Potrzeba kreatywności w nas jest, tylko często nie dajemy jej szansy, bo nie mamy czasu albo jesteśmy przebodźcowani. 

A z drugiej strony Covid zagnał nas już kompletnie w świat wirtualny, w którym życie zawodowe toczy się między spotkaniami na zoomie, a prywatne bombarduje powiadomieniami z komunikatorów…

Nie wszystko da się przenieść online. Kiedy wybuchła pandemia, odwołałam warsztaty stacjonarne, ponieważ nie chciałam ryzykować zdrowia uczestników. Wiele osób pytało wówczas o przeniesienie ich do sieci. Jednak dla mnie atmosfera, kiedy różni ludzie zjeżdżają z całego kantonu, żeby ulepić czekoladki, jest niepowtarzalna. Podobnie jest z prowadzonymi przeze mnie zajęciami z kreatywności. Trudno jest się odciąć od swojej codzienności siedząc przed ekranem komputera i zamiast pogrążąć się w burzy mózgów, używając porozlepianych wszędzie karteczek post-it, patrzeć w arkusz excela. To już nie jest to samo doświadczenie. W tym roku testowaliśmy różne możliwości. Mimo wielu świetnie odbieranych zajęć z kreatywności online, gdzie używamy naszych umiejętności kreatywnych w praktyce, tworząc pomysły i rozwiązania, nadal uważam, że wersja na żywo jest dużo lepsza. 

W felietonie dla Forbesa piszesz o tym, że powrót do „normalności” po pandemii nie jest możliwy i potrzebne są trwałe zmiany, m.in. w podejściu do podróżowania i turystyki. 

Niestety to, co do tej pory się działo w turystyce na całym świecie pokazuje, że ludzie nie biorą odpowiedzielności za miejsca, które odwiedzają. Jest to szczególnie widoczne w Afryce czy w Azji Południowo-Wschodniej. Śmieci na plażach, plastik w oceanach… A my powinniśmy traktować wszystkie miejsca, do których podróżujemy, jak nasz własny dom. Ostatnio przemawiałam na konferencji w Rwandzie, która ze względu na Covid odbyła się online, i byłam zadziwiona tym, jak wiele się tam mówiło o przystosowaniu się do potrzeb europejskich turystów. Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby w krajach afrykańskich budować hotele po to, aby turyści z Niemiec, Francji czy Szwajcarii mogli się poczuć jak u siebie? To jest niszczenie potencjału kulturowego tych miejsc, tworzenie sztucznych enklaw. Powinniśmy oferować turystom to, co jest na miejscu, a jeśli brakuje np. miejsc noclegowych, to zbudować kolejną wykonaną przez lokalnych rzemieślników na lokalnych zasadach chatkę albo dom, nie „marioty” w środku puszczy. Potem taki szwajcarski turysta wraca z podróży z przekonaniem, że to jest świetna destynacja: mają „marioty”, jedzenie jak w Europie, kraj jest rozwinięty i niczego im nie brakuje. A w wielu krajach ludzie umierają na ulicach, tylko, że ty, drogi turysto, nie zobaczysz tego z okien swojego hotelu. 

Szwajcarzy też przez długi czas orientowali się na turystę z Azji. Byłam niedawno w Interlaken, gdzie sklepy i restauracje z napisami po chińsku stoją puste. Wiadomo, bogaty kraj sobie poradzi…

Tak, to są zjawiska, które obserwujemy także w Europie. Jednym z nich jest tworzenie rzeczy tylko po to, aby turyści mieli co zabrać ze sobą na pamiątkę. Weźmy Portugalię, piękny kraj, który przeżywał – do wybuchu pandemii – turystyczny boom. Jedną z typowych turystycznych pamiątek są tam kolorowe ceramiczne kafelki, którymi wykłada się fasady domów. Turyści kupują potem te „tradycyjne” kafelki, często zresztą wyprodukowane w Chinach, w sklepach z pamiątkami, a są i tacy, którzy wolą oderwać oryginalne ze ścian na ulicy. To tak jakbyś zaprosiła mnie do domu, a ja odrąbałabym Ci kawałek ściany w łazience, bo spodobała mi się glazura. 

Trwałe zmiany są konieczne, nie tylko w turystyce. Świadome podróżowanie, myślenie o długoterminowych konsekwencjach naszych działań i branie za nie odpowiedzialności jako goście w różnych krajach – a nawet globalnie, goście na Ziemi – powinny być jednymi z głównych celów rozwoju destynacji. 

A Ty co przywozisz z podróży? 

Zdarza mi się przywozić jedzenie, którego nie znajdę tutaj. Ale przede wszystkim przywożę doświadczenia, ponieważ to one zostają ze mną na zawsze i mają lepszy wpływ na moje życie, niż kupowanie kolejnego obrazka czy kafelka. Najważniejsze są rozmowy z ludźmi, wiedza i umiejętności, jakie wyniosłam z kontaktów z lokalną ludnością. Przykładowo, Hongkong nauczył mnie tolerancji kulinarnej, ponieważ je się tam rzeczy, które nam Europejczykom nie przeszłyby przez gardło. Oczywiście, ja nie muszę tego samego robić w domu, ale ta obserwacja poszerza mój horyzont poznawczy.

Masz czas na to, żeby podróżować po Szwajcarii? 

Bardzo lubię chodzić po górach. W tym roku byłam w Zermatt przez tydzień i zdobyłam – z przewodnikiem – mój pierwszy czterotysięcznik, Breithorn, ponoć najłatwiejszy w Szwajcarii. Góry dają mi poczucie, że jestem tylko kruszynką w świecie, perspektywa wszystkiego zmienia się na czterech tysiącach metrów nad poziomem morza.

Na koniec wróćmy do pomysłu, który rozpoczął cykl moich rozmów, czyli prezentowania Polek-refermatorek w Szwajcarii. Czy czujesz, że Twoja działalność w jakiś sposób zmienia ludzi i otoczenie, w którym żyjesz? 

Myślę, że jestem w tak uprzywilejowanej sytuacji w życiu, prywatnie i zawodowo, że jeżeli mogę komuś w jakikolwiek sposób pomóc, to już jest duża zmiana. To działa jak kula śnieżna. Pomagamy jednej osobie, potem kolejnej i w ten sposób dokładamy swoją cegiełkę do szczęśliwszego społeczeństwa. Można zacząć od małych kręgów, np. znajomych. Jeśli ktoś odkryje nowe zainteresowania albo drogę zawodową, to już jest bardzo ważne. Duże zmiany na poziomie kraju są możliwe tylko wtedy, kiedy zaczniemy się zmieniać jako jednostki. Tego typu transformacje zajmują dużo czasu i często są bolesne: musimy się pozbyć starego sposobu myślenia i działania, żeby stworzyć coś nowego. Najpiękniejszym ich wynikiem jest prowadzenie życie w zgodzie ze sobą, gdzie wszystko co myślimy, mówimy, czujemy i robimy jest spójne. Ja czuję sie ogromnie uprzywilejowana, że osiągnęłam taki stan, to także czyni mnie pokorną.

Nie mam w planach przeprowadzać rewolucji, ani pokazywać Szwajcarom, jak mają żyć. Robię tyle, co mogę, a jeśli to przełoży się na jakieś pozytywne trendy, to tym lepiej. Zresztą, my zmieniamy Szwajcarię, ale Szwajcaria też zmienia nas. 

Ciebie zmieniła?

Streotypowo, dla wielu ludzi Szwajcaria jest małym, bogatym krajem, w którym wielu rzeczy się nie da. Mnie Szwajcaria pokazała, że można wszystko.


IWONA FLUDA, od 10 lat mieszka za granicą: w Niemczech, Austrii, Holandii, Hongkongu, drugi raz w Szwajcarii od 2017 roku.Właścicielka firmy Ministry of Creativity GmbH, której jednym z brandów jest Creative Switzerland. Doradca marketingowy. Magister geografii społeczno-ekonomicznej/turystyki i języka niemieckiego. Zafascynowana kreatywnością i możliwościami, jakie z niej wynikają. Z Iwoną możesz skontaktować się poprzez LinkedIn https://www.linkedin.com/in/fluda/ albo e-mail: iwona.fluda@gmail.com.  

Więcej informacji:

Creative Switzerland https://creativeswitzerland.com

FB www.facebook.com/creativeswitzerland

IG www.instagram.com/creativeswitzerland

Artykuł Iwony w Forbes https://www.forbes.at/artikel/re-imagining-the-way-we-travel.html

Wywiad dla UJ: https://alumni.uj.edu.pl/aktualnosci/-/journal_content/56_INSTANCE_sPa0bH1azAiq/143565668/144306900

Artykuł Iwony o marketingu w sieci: https://www.linkedin.com/pulse/redefining-digital-marketing-human-centered-design-iwona-fluda/

Wykład Iwony o edukacji: https://www.linkedin.com/pulse/power-education-iwona-fluda/

Polki zmieniają Szwajcarię: Paula Kostrzycka i pomysł na krem, który działa

Z Paulą spotykam się w Bernie, mieście, które jest tradycyjnym mostem łączącym dwie części kraju: niemiecko- i francuskojęzyczną. Moja rozmówczyni przyjechała do Szwajcarii sześć lat temu i zamieszkała nad pięknym jeziorem Walensee, między Liechtensteinem a Zurychem. Swoje miejsce znalazła jednak po drugiej stronie Röstigraben, nad innym jeziorem, w Neuchâtel. To w tym kantonie poznała ludzi, którzy pomogli jej spełnić marzenie o własnym biznesie. Poznajcie Paulę Kostrzycką, założycielkę i właścicielkę marki kosmetycznej NUME-LAB

NUME, czyli new me – „nowa ja” to nazwa kosmetyków, ale określenie pasuje też do Twojej przygody ze Szwajcarią i własnym biznesem. Jak to się zaczęło? 

Moja droga do Szwajcarii była długa i wiodła przez wiele miejsc na świecie. Kiedy miałam dziewięć lat wyjechałam z rodziną do Włoch. Tam skończyłam szkołę, a w liceum poznałam mojego obecnego męża. Razem zaczęliśmy szukać kraju, w którym moglibyśmy przez jakiś czas pomieszkać i nauczyć się języka. Padło na Chiny. Planowaliśmy zostać tam przez sześć miesięcy, a zrobiło się z tego siedem lat. Przez ten czas nauczyliśmy się języka, studiowaliśmy i pracowaliśmy w różnych branżach. To był bardzo ciekawy czas, ale w pewnym momencie zatęskniliśmy za Europą i postanowiliśmy poszukać miejsca do życia bliżej rodziny. Na początku próbowaliśmy w Belgii, a potem nagle pojawiła się możliwość przyjazdu do Szwajcarii. Cieszyła nas bliskość Francji i Włoch, gdzie mieszka nasza rodzina. Po roku poszukiwań pracy, zostałam project managerem na Chiny w dużej szwajcarskiej firmie. Jednak już wtedy wiedziałam, że chcę stworzyć coś swojego. Pomysłów było wiele, ale czekałam, aż pojawi się „to coś”.

Jak odkryłaś, że to będą kosmetyki? 

Tak się złożyło, że od dłuższego czasu próbowałam znaleźć na szwajcarskim rynku produkty do pielęgnacji, które odpowiadałyby potrzebom mojej wymagającej cery. Nie lubię poświęcać zbyt dużo czasu zabiegom kosmetycznym, więc mój ideał to minimum, które działa. Pewnego dnia wróciłam do domu od kosmetolożki i zaczęłam rozmawiać z mężem o tym, że jestem już zmęczona kupowaniem kosmetyków, które zalegają później na półce w łazience. To może spróbujmy zrobić to sami? – usłyszałam. I tak zaczęliśmy szukać specjalistów, do których mogliśbyśmy się zwrócić z pomysłem. 

Od początku miałaś wizję idealnego produktu? 

Dokładnie wiedziałam, czego chcę. Miało być minimalistycznie: najwyżej trzy produkty, uniwersalne – dla kobiet i dla mężczyzn, z aktywnym składnikiem, który naprawdę działa. Dużo podróżowałam po Azji i używając tamtych kosmetyków zauważyłam, że jest jeden składnik, który dobrze służy mojej cerze. To śluz ze ślimaka, używany już przez starożytnych m.in. do leczenia ran, ponieważ ma działanie regenerujące i odbudowujące naskórek. Zależało mi na znalezieniu profesjonalnego laboratorium kosmetycznego, które stworzy produkt według mojej idei. Zdecydowałam się na produkcję w Szwajcarii, ponieważ jest to kraj o wysokich standardach i innowacyjnych rozwiązaniach w przemyśle farmaceutycznym i kosmetycznym. Zanim nowy produkt wejdzie na rynek, musi przejść szereg wymagających testów. Ponieważ od początku myśleliśmy o sprzedaży naszych kosmetyków także poza Szwajcarią, głównie na rynkach azjatyckich – w Indonezji i Malezji – wiedzieliśmy, że musimy zdobyć niezbędne certyfikaty. To wszystko oczywiście trwa. Samo testowanie formuły zajęło nam półtora roku. W międzyczasie przenieśliśmy się do kantonu Nauchatel, aby być bliżej laboratorium, gdzie powstają nasze kosmetyki. W rezultacie cały proces powstawania marki – od pomysłu do produktu – zajął nam trzy i pół roku.

Co wspominasz jako największe wyzwanie? 

Może zabrzmi to banalnie, ale wybór opakowań. Zależało mi na tym, aby powstały z materiałów przyjaznych środowisku, co okazało się nie być takie łatwe. Jedną z opcji było szkło, ale jest to materiał, który dużo waży, stąd jest też trudny w transporcie. Myśleliśmy o aluminium, jednak problem polega na tym, że z takiej tubki nie da się wycisnąć kremu czy serum do końca. Po długich poszukiwaniach zdecydowaliśmy się na plastik z recyklingu, który jest lekki i umożliwia naszym klientom wykorzystanie produktu w całości.

A czy to, co widzimy na opakowaniu ma jakieś wyjątkowe znaczenie? Muszla w kraju, który nie ma dostępu do morza.. odważnie!

Kocham malarstwo epoki renesansu, a inspiracją dla identyfikacji wizualnej marki był obraz Narodziny Wenus Sandro Botticellego. NUME ma się kojarzyć z odrodzeniem, odnową, odbudową, ponieważ są to kosmetyki przeznaczone dla osób powyżej 30 roku życia, które mają potrzebę regeneracji swojej skóry. Poza tym, zarówno ja, jak i mąż jesteśmy mocno związani z morzem, czemu również dajemy wyraz poprzez wykorzystanie motywu muszli i kolorystykę opakowań. 

Dużo słyszy się o tym, że szwajcarski rynek jest wymagający i trudno zaistnieć na nim z nowym produktem. Czym przekonuje do siebie Twoja marka? 

Szwajcaria to kraj dobrych kosmetyków, ale nie ma wśród nich wielu, które są produkowane w zgodzie z wymogami halal. Przy czym nie należy tu mylić stylu życia z religią. W przypadku kosmetyków halal oznacza selektywne podejście do pielęgnacji, które wyklucza stosowanie wielu składników, m.in. wodoodpornych, ale i postawę wobec biznesu. Produkt na każdym etapie powstawania musi być wolny od okrucieństwa, co oznacza, że nasze kosmetyki nie są testowane na zwierzętach, a wszystkie składniki są pozyskiwane w sposób etyczny i zrównoważony. Ma to szczególne znaczenie w przypadku głównego składnika, czyli śluzu ślimaka. Istnieją innowacyjne metody pozyskiwania śluzu niekrzywdzące zwierząt (więcej informacji w linkach na końcu artykułu – red). Marka NUME zdobyła certyfikat halal nadany przez instytut w Szwajcarii i akceptowany w Indonezji, Malezji i Singapurze. Etycznie, świadomie, efektywnie – to sposób, w jaki tworzę moje kosmetyki i prowadzę biznes. 

Zaprosiłam Cię do cyklu wywiadów z kobietami, które poprzez swoją działalność wpływają na życie lokalnej społeczności. W jaki sposób Ty i Twój produkt zmieniacie Szwajcarię? 

Przede wszystkim staram się pokazać, że w Szwajcarii mogę być niezależna, jako kobieta i jako cudzoziemka. Że jest możliwe, aby stworzyć coś swojego, innowacyjnego, wyjść z tym do ludzi i odnieść sukces. Mam wrażenie, że w Szwajcarii jeśli kobieta o siebie dba, to wciąż panuje przekonanie, że sprzedaje swój wygląd, a nie to, co ma w głowie. Moim celem jest pokazanie, że te dwie rzeczy się nie wykluczają. Szwajcaria, w wielu kwestiach konserwatywna, paradoksalnie sprzyja szukaniu nowych rozwiązań, ponieważ wypycha nas ze strefy komfortu, pobudza kreatywność, sprawia, że aby do czegoś dojść, trzeba kombinować. Doświadczyłam też dużego wsparcia ze strony innych kobiet, czasem zupełnie mi obcych. Wszystkie wiemy, jak trudno jest kobietom w tym kraju i tym bardziej ważne jest, aby trzymać się razem i sobie pomagać. 

Druga rzecz to sam produkt, którym wypełniamy pewną niszę na rynku. Rozmawiamy o halal i kierując ofertę nie tylko do osób wyznania muzułmańskiego,pokazujemy, że nie trzeba się bać tego, czego nie znamy. Promujemy różnorodność, ale również świadome podejście do biznesu. Przykład: nie chcieliśmy tworzyć tak popularnych obecnie kosmetyków wegańskich, ponieważ sami nie jesteśmy weganami. Przez to jesteśmy bardziej wiarygodni dla naszych klientów. Pokazujemy, że produkt, który jest dobry dla nas, może być też dobry dla innych. 

Nume to „dziecko pandemii”, ponieważ moment premiery kosmetyków przypadł na luty 2020 roku. Czy Covid przeszkodził czy pomógł w biznesie? 

Premiera marki miała miejsce podczas eventu charytatywnego, odbywającego się tradycyjnie przed wyścigiem Formuły 1 w Monte Carlo. Dzielenie się tym, co zarabiamy to również element biznesu w stylu halal. W tym roku pieniądze zebrane podczas wydarzenia przeznaczone zostały na wsparcie szpitali, będących w trudnej sytuacji finansowej ze wględu na pandemię koronawirusa. Covid sprawił, że wiele konwencji przestaje obowiązywać. Dotyczy to zarówno decyzji konsumenckich, jak i metod prowadzenia biznesu. Zauważyliśmy, że w ostatnim czasie ludzie zaczęli mieć większą potrzebę, aby się wyróżniać, stali się bardziej wymagający w swoich wyborach. Dotyczy to też partnerów biznesowych. Żeby jedna apteka odróżniła od innych, musi zaproponować klientom coś świeżego, innowacyjnego, a to sprawia, że firmy muszą bardziej inwestować w indywidualne podejście do marketingu. Ważniejsze stały się kontakty face to face, choć dzisiaj chyba lepiej pasuje tu określenie mask to mask. Klienci chcą wiedzieć, kto stoi za daną marką, jakim jest człowiekiem, co myśli, jakie ma podejście do biznesu. Dobre kontakty wprowadzają w obieg produkt i w ten sposób buduje się zaufanie konsumentów, otwierają się nowe drzwi. Właśnie dzięki takiemu podejściu udało nam się trafić ostatnio na półki aptek w Genewie i Neuchâtel. To jest dla nas bardzo ważne, ponieważ jeśli ktoś znajduje nasz produkt w w aptece, ma pewność, że jest to rzecz najwyższej jakości, której działaniu można zaufać. 

Recepta na sukces w pandemii? 

Faktem jest, że wszystko teraz dzieje się wolniej, ale to też czas, który mocno weryfikuje podejście do biznesu. Wygrywają ci, którzy są elastyczni, potrafią się szybko dostosować do nowych warunków i myśleć out of the box. Covid zwiększył też świadomość tego, ile rzeczy dotychczas robiliśmy niepotrzebnie. Latanie na konferencje biznesowe, kiedy można spotkać się online, to tylko jeden z przykładów. My też mogliśmy znaleźć partnera w Azji, ale postanowiliśmy szukać lokalnie, aby być blisko ludzi, którzy pomagają nam tworzyć produkt. Naszą misją jest propagowanie świadomego podejścia do pielęgnacji. Nie musisz mieć dziesięciu kremów na półce – wystarczy ci jeden, ale taki, który naprawdę działa. Chyba mogę powiedzieć, że udało nam się całkiem dobrze odnaleźć w tym trudnym czasie.

Wiele kobiet, które przyjeżdżają do Szwajcarii i próbują odnaleźć się na tutejszym rynku pracy, prędzej czy później decyduje się na własną działalność. Czy Twoim zdaniem jest to dobra droga? 

Własny biznes to rollercoster, na pewno nie jest to droga dla każdego. Musisz zadać sobie szereg pytań: dlaczego chcesz to robić i czy jest zapotrzebowanie na twój produkt czy usługę? Ale też: czy chcesz pracować od rana do wieczora, zrezygnować z czasu wolnego, z wakacji, borykać się z niepewnościami, ponosić ryzyko zawodowe, nieprzewidziane sytuacje, jak choćby teraz Covid? Poza tym nie każde umiejętności czy wiedza wymagają od razu startowania z własnym biznesem. Jesteś coachem? Nie musisz zakładać firmy, ale zaoferować swoje usługi konsultingowe na przykład międzynarodowej korporacji. Czasem nie warto powielać czegoś, co już istnieje.

Jakie jest Twoje największe biznesowe marzenie? 

Chciałabym zbudować zaufanie klientów do mojej marki. Na tyle, aby zyskać stabilizację biznesu, która da mi czas dla siebie i mojej rodziny. Jesteśmy aktywni, uwielbiamy chodzić po górach, jeździć rowerem, a Szwajcaria daje nam ku temu wiele wspaniałych możliwości. Nie pieniądze, ale właśnie wolny czas. To jest dla mnie wyznacznik sukcesu. 


Więcej:

o kosmetykach NUME-LAB

http://www.nume-lab.com

o metodzie pozyskiwania śluzu ze ślimaków

http://www.theoutline.com/post/4503/snail-mucin-farms-extraction-skin-care-heliciculture-ethics?zd=2&zi=5k5saznv

http://www.youtube.com/watch?v=ac_iW3iA01E

o pielęgnacji halal

https://blackpaint.sg/understanding-halal-skincare/

https://www.halalzilla.com/halal-skincare-changing-today/90669

Gov nie taki easy, czyli zakładam firmę w Szwajcarii

sz_icon_08_online_gruenden_web

Fot. startzentrum.ch

To proste, mówili. Szwajcaria to kraj przyjazny przedsiębiorcom, mówili. Dzisiaj masz pomysł, jutro masz firmę, mówili.

Jest początek grudnia 2018. Dostaję zlecenie na regularne tłumaczenia i w końcu postanawiam założyć własną działalność. Słyszę, że najłatwiej zrobić to przez internet. Wchodzę na stronę easygov.swiss. Ma być łatwo.

Na razie rzeczywiście idzie gładko. Tworzę konto, wypełniam dane osobowe, a następnie wybieram formę prawną, cel działalności i branżę. Teraz najważniejsze – nazwa firmy (tu poszaleć się nie da – musi być nazwisko i to, czym się zajmujemy), data rozpoczęcia działalności i przewidywane obroty. Jeśli to poniżej 100 tysięcy CHF rocznie, formalności dodatkowo się upraszczają – nie muszę rejestrować działalności w rejestrze handlowym ani rozliczać podatku VAT.

Jeszcze tylko dane i zarobki męża (po co im to?), kwota zainwestowanego kapitału, dotychczas wystawione rachunki i opłacone składki na ubezpieczenie społeczne (jak to, przecież dopiero rejestruję firmę?). Sprawy trochę się komplikują, ale nie myślę o tym, mam, jest! Nie mija godzina, a ja zostaję właścicielką Sprachbüro Kaminska. Czuję się jak CEO.

Program mówi mi, że jedyne, co muszę teraz zrobić, to wysłać podpisany formularz do szwajcarskiego ZUS-u, czekać na potwierdzenie i nadanie numeru mojej działalności (taki polski NIP). Drukuję, podpisuję, wysyłam. I czekam. Czekam tydzień, czekam dwa. Myślę sobie, że idą święta i pewnie już wszyscy są na urlopach, dlatego trwa to trochę dłużej niż zwykle.

Święta minęły, a wraz z nimi miesiąc odkąd zarejestrowałam działalność. Pracuję, wystawiam rachunki (bez numeru), niby nic się nie dzieje. Kiedy klient w Bazylei zaczyna mnie ścigać, chcąc potwierdzenia, że jestem samozatrudniona, moja cierpliwość się kończy. Dzwonię. Przeuprzejmy pan tłumaczy, że easygov wcale nie jest taki easy, bo przez internet to nie wystarczy, trzeba jeszcze dosłać kilka dokumentów. Proszę czekać na list (poczta znowu rządzi!).

Czekam (ileż ja się w tej Szwajcarii naczekam), mija kolejny tydzień, a listu brak. Czuję się jak szwajcarski emeryt, wypatrując przez okno listonosza. Po dziesięciu dniach bez wieści – usycham przy skrzynce na listy- dzwonię. Tym razem inny, już jakby mniej sympatyczny pan przekonuje mnie, że skoro data rozpoczęcia działalności to 1 stycznia, a jest ponad dwa tygodnie później, to mamy jeszcze czas i dlaczego ja się w ogóle gorączkuję. Obiecuje, że przyspieszy sprawę. Chyba pomaga, bo trzy dni później w skrzynce leży pismo.

Pismo, a w nim cała lista rzeczy, które mam dosłać: oferty, wystawione rachunki, wpłaty od klientów, potwierdzenie wynajmu biura i zainwestowanego kapitału, materiały reklamowe, umowy z klientami oraz opis tego, gdzie i w jaki sposób pracuję.

To takie łatwe, mówili.. Idź i rób biznesy, mówili..

Może mam pecha do urzędów. Może urzędnicy robią mi na złość. Może czegoś tu nie rozumiem. Ale jak wytłumaczyć to, że do potwierdzenia działalności potrzebuję rachunków, których nie mogę wystawić bez potwierdzenia działalności? Typowe biurokratyczne błędne koło, które przerabiałam już kilka lat temu starając się o pozwolenie na pobyt.

Szwajcaria ma opinię kraju, gdzie łatwo i bez zbędnych formalności robi się interesy. Tymczasem regulacje dotyczące firm i obywateli kosztują Szwajcarów rocznie ok. 60 miliardów franków, czyli jedną dziesiątą produktu krajowego brutto. Jednak ten gov nie taki easy.

Pamiętam, jak w 2011 roku otwierałam działalność gospodarczą w Polsce. Jedno okienko i po sprawie. Nie myślałam, że kiedykolwiek będę tęsknić za polską biurokracją. Pani Halinko wiecznie pijąca kawę – wróć!

Ciąg dalszy nastąpi.