Kim jest Gottfried Stutz, czyli jak przeklinać po szwajcarsku

1782550656060035

Fot. watson.ch

Gopferdeckel, Gopfertammi, Gopferdelli, Gopfertoori – rzuci mięsem Hansruedi, kiedy ucieknie mu pociąg albo wbijając gwóźdź w ścianę stuknie się młotkiem w palec. To kilka wariacji na temat ulubionego przekleństwa niemieckojęzycznej Szwajcarii.

Spróbujcie wymówić je głośno – zamieniając G na twarde H, z akcentem na przedostatnią sylabę. Prawda, że słodkie? Brzmienie tych słów to dowód na to, że w szwajcarskich dialektach nawet bluźnierstwa są zbyt zabawne, aby wyrazić nimi prawdziwą złość.

Gopferdeckel i jemu pokrewne to łagodna wersja „Gott verdamme mich”, powszechnego w krajach niemieckojęzycznych przekleństwa, które można przetłumaczyć jako „do diabła”, „niech mnie szlag”, „do cholery” (choć w języku niemieckim brzmi to o wiele bardziej dobitnie, bo oznacza dosłownie, że przeklął nas sam Bóg). Ponieważ Szwajcarzy są ludźmi delikatnymi, cichymi i nieśmiałymi, to stworzyli sobie własną, eufemistyczną wersję i na jej potrzeby powołali do życia niejakiego Gottfrieda Stutza. 

Gottfried (wymawiany Gopfried) to imię, które brzmieniem przypomina wspomniane „Gott verdamme”. Stutz ma natomiast po niemiecku wiele znaczeń, ale chodzi głównie o twarde brzmienie tego słowa, które dodaje Gottfriedowi nieco pikanterii. Całość przypomina imię i nazwisko człowieka, który nigdy nie istniał, ale zapisał się na stałe w językowym krajobrazie Szwajcarii. 

Jako pierwsi określenia Gottfried Stutz jako przekleństwa użyli prawdopodobnie studenci z Bazylei na początku dwudziestego stulecia. Rozpropagował je natomiast słynny szwajcarski śpiewak Polo Hofer w piosence „Kiosk”. Poniżej cover utworu w wykonaniu zespołu Rumpelstilz. 

Modę na Gopferdeckel wznowił niedawno szwajcarski sprinter Alex Wilson. Wywiad, jakiego udzielił po zdobyciu brązowego medalu podczas Lekkoatletycznych Mistrzostw Świata w Londynie, stał się internetowym hitem.

Choć brzmią niewinnie, pamiętajcie, że wszelkie odmiany Gottfrieda to wciąż przekleństwa, więc raczej nie radzę używać ich w sytuacjach oficjalnych jak rozmowa o pracę czy niedzielny obiad z teściową. Ale jak następnym razem ucieknie Wam autobus, spróbujcie zamiast siarczystych polskich, rzucić Gopferdecklem. Uznanie w oczach Szwajcarów gwarantowane. 

Jeśli mieszkacie w Szwajcarii i przysłuchujecie się czasem lokalnym konwersacjom, słyszeliście pewnie wtrącane na potęgę do codziennego języka (głównie przez młodzież) i używane w różnych konfiguracjach słówko „huere”. Huere guet! Huere schön! Huere Glück! Huere kalt! Tutaj trzeba wyjątkowo uważać, ponieważ huere jest stosowane jako wzmocnienie (uhuere – od niemieckiego ungeheuer – niezwykle), podkreślające coś pozytywnego lub negatywnego, ale ma podobną genezę jak nasze polskie przekleństwo na K.

Podobnie jest z powszechnie używanym w Szwajcarii słowem geil, które przyjęło się używać wymiennie z mega na określenie czegoś ekstra, odlotowego, wyjątkowego. Geil natomiast ma też drugie znaczenie – napalony, lubieżny.

Szwajcarskie dialekty są niezwykle bogate w fantazyjne niekiedy określenia powszechnie uznawane za obraźliwe. Oto krótki słowniczek wybranych obelg, które warto znać, choćby po to, aby wiedzieć, czy ktoś na przypadkiem nie obraża (nie uczcie tego swoich dzieci!):

Chotzbrocke – od słowa kotzen – rzygać -> osoba wstrętna, obrzydliwa, arogancka, nieprzychylna innym

Glünggi -> łajdak, drań

Gorilla blau Arsch – to określenie popularne w latach 90. dzisiaj jest już mocno vintage (dosłownie – goryl z niebieskim tyłkiem)  -> głupia małpa

Gumslä/Tschäddärä/dumme Zwetschge -> niezbyt lotna kobieta (Zwetschge oznacza dosłownie śliwkę)

Lappi -> niezdara, ciamajda

Rätschbäsä – pochodzi od czasownika rätschen (dialekt berneński), czyli skarżyć i rzeczownika Besen – miotła -> donosiciel, skarżypyta

Seifesüder -> zbyt powolny kierowca

Schofseckel/Schoofseggel – dosłownie organ rozrodczy barana -> idiota, kretyn

Truubehüeter – dosłownie uprawiający winorośl -> osoba leniwa, nieprzydatna

Tschumpel/Totsch, ale też Tschooli, Löli, Lappi, Duubel -> głupek, dureń, naiwniak

Tüpflischiiser -> osoba przesadnie dokładna, nadgorliwa, czepiająca się szczegółów

Rapperswil i serce Kościuszki

Pewnie mało który Polak wie, że w małym szwajcarskim miasteczku Rapperswil, w XIII-wiecznym zamczysku, od ponad 140 lat działa polskie muzeum. W czasach, kiedy Polski nie było na mapie, pełniło rolę „twierdzy kultury” dla emigrantów – tu gromadzono dzieła sztuki, pamiątki, książki (na przełomie XIX i XX wieku znajdowała się tu największą biblioteka polska na emigracji). W Rapperswil tworzył m.in. Stefan Żeromski, a do 1927 roku w kaplicy w wieży prochowej zamku spoczywało serce Kościuszki, który w Szwajcarii spędził ostatnie lata życia. Muzeum prężnie działa do dziś, choć niedawno Szwajcarzy chcieli wykurzyć z zamku Polaków (zaprotestowaliśmy i póki co jest cisza). Obok zamku atrakcją Rapperswil jest najdłuższy w Szwajcarii drewniany most, którym można przekroczyć kawałek Jeziora Zuryskiego. Szwajcarom miasteczko kojarzy się głównie z cyrkiem – stąd pochodzi narodowy cyrk Knie (dla zainteresowanych jest też Muzeum Cyrku). Rapperswil najładniejsze jest najpewniej wiosną i latem, kiedy kwitną setki odmian róż (róże są nawet w herbie miasta). Jesienią, kiedy kraj oblewa szara zupa, atmosfera jest mocno senna.. ale żeby poczuć słońce i naładować baterie wystarczy wjechać trochę wyżej i.. to właśnie lubię w Szwajcarii! Kiedy już wydaje się, że nie, w tym kraju nie da się żyć, pojawiają się góry i ręcę człowiekowi opadają ;) Enjoy the view!

Miasto Gawła – mnicha z Irlandii

W niedzielę wybraliśmy się do Sankt Gallen. To 70-tysięczne miasto na północno-wschodnim krańcu Szwajcarii, którego historia sięga 612 roku n.e. To wtedy irlandzki mnich Gallus w poszukiwaniu spokoju zatrzymał się właśnie tu i postanowił zbudować pustelnię, która później przekształciła się w opactwo benedyktynów. Dziś kompleks klasztorny to największa atrakcja miasta. Duże wrażenie robi barokowa biblioteka, jedna z najstarszych na świecie. Niestety jej wnętrze jest pilnie strzeżone – można zajrzeć (kosztuje to 12 CHF..), ale fotografować już nie (obrazki – tutaj). Poza spacerem po urokliwej starówce, warto też przejechać się w górę pociągiem linowym i popatrzeć na miasto z góry (przy dobrej pogodzie widać Jezioro Bodeńskie). Z zabytkową architekturą centrum St. Gallen kontrastuje Plac Czerwony (tak, tak właśnie go nazwali), którego budowę sfinansował.. Raiffeisen Bank. Pomijając dość niefortunną nazwę, sam pomysł i wykonanie ciekawe i jeśli banki w taki właśnie sposób mogą wspomóc zagospodarowanie przestrzeni miejskiej, to należy temu tylko przyklasnąć. Na koniec wycieczki krótki postój nad Jeziorem Bodeńskim, skąd widać Santis – najwyższy szczyt w tej części Alp. W powietrzu czuć już zimę..

Dyniowa kraina

– Mam ochotę na zupę dyniową – myślę sobie. – O to dobrze się składa, bo mamy tu niedaleko dyniową farmę – mówi Thomas. – Naprawdę?! Jedziemy! Dwadzieścia minut samochodem na południe od Winterthur, w Seegraben nad jeziorem Pfaffikersee leży sobie Junker Farm. Rosną tu różne owoce i warzywa, ale w sezonie przedhalloweenowym największą atrakcją są dynie. Jest niedziela, więc farma jest pełna dzieciaków skrobiących oczy pomarańczowym kulom. Oprócz warsztatów skrobania, można tu obejrzeć dyniowe rzeźby, zjeść dyniowe dania w restauracji, napić się się soku świeżo wyciśniętego z wielkiej wyciskarki jabłek, kupić dziesiątki rodzajów dyni (nawet nie wiedziałam, że niektóre nadają się tylko do dekoracji, bo są trujące), a także powidła, olej i.. prosecco (!) z dyni. A dookoła sielsko-anielsko: zwierzątka, domki, jezioro i góry, do tego słońce i dwadzieścia parę stopni ciepła w powietrzu, ach.. pięknie :) W drodze powrotnej, niedaleko domu odkryłam łąkę ze słonecznikami i innymi kwiatkami, a przy niej cennik. Można narwać sobie samemu kwiatków, a pięniądze wrzucić do puszki. I wszyscy karnie wrzucają. Takie rzeczy tylko w Szwajcarii ;)