Anielica stróżka

Nana Zürich HB

Fot. Zürich Tourismus

Choć nie ma twarzy, wygląda jakby się uśmiechała. Patrzy z góry – na robiących jej zdjęcia turystów, podróżnych czekających na pociąg, ludzi goniących do pracy i tych, którym się nigdzie nie spieszy. Jej dom to hala główna dworca. Ponad pięć tysięcy metrów kwadratowych – nieźle, nawet jak na Zurych.

Ci, co ją znają, już się przyzwyczaili. Wiedzą, że tam jest, ze swoim wydatnym biustem i zalotnie podkurczoną nogą, ale rzadko posyłają jej dłuższe spojrzenie. Wtopiła się w halę, w dworzec, wreszcie – w miasto. Cicha świadkowa codzienności.

Ma na imię Nana i jest imigrantką. Przyjechała z daleka, bo aż z Nowego Jorku. Właściwie to została stamtąd przywieziona, w trzech częściach. Najpierw statkiem do Rotterdamu, później dużą ciężarówką do Bazylei, wreszcie trafiła do swojego nowego domu – Zurychu. Długa droga.

Nie było łatwo, w końcu waży ponad tonę, co przy jedenastu metrach wzrostu stanowi sporą nadwagę. Szwajcarzy nie od razu ją polubili, krytykowali szerokie biodra, nazywali grubaską. Mówili, że nie pasuje, bo jest zbyt kolorowa. Nana się tym nie przejmuje, w końcu ma być symbolem wyzwolonej i pewnej siebie kobiecości.

Tak w ogóle to jest prezentem urodzinowym. Jej twórczyni, Niki de Saint Phalle, podarowała ją zuryskiemu dworcowi na 150. jubileusz otwarcia. Niki, artystka malarka, Francuzka wychowana w Ameryce, miała męża Szwajcara (też artysta, Jean Tinguely, może znacie), stąd ten sentyment do kraju.

I tak Nana mieszka w Szwajcarii już od ponad 20 lat. Jest jej dobrze, czuje się zadbana. Co trzy miesiące przecierają kurz z jej kolorowej sukienki i złotych skrzydeł. Lubią porządek. Mimo to zauważa pierwsze oznaki starzenia się. Najgorszy jest tłuszcz. Cała się od niego lepi. Czy oni naprawdę muszą jeść tyle tego sera i kiełbasy?

Ostatnio zrobili jej lifting. W dzisiejszych czasach trzeba wcześnie zacząć. Jedyne, czego się boi, to że kiedyś wstawią ją pod wodę i wtedy straci wszystkie kolory. Taka wyblakła nie byłaby już sobą.

Czy chciałaby zostać tu na zawsze? W sumie to nawet jej się podoba. Na dworcu cały czas coś się dzieje, nie ma nudy. Tylko ta tęsknota za siostrami. Są rozsiane po całym świecie: Paryż, Hamburg, Nowy Jork. Jedna niedaleko, bo w Chur, godzinę piętnaście pociągiem, ale rzadko się odwiedzają.

Decyzja i tak będzie należała do nich, miejscowych. Sprowadzili ją tu, żeby strzegła podróżnych. Pół miliona ludzi dziennie to kupa roboty. Czasem jest już tym wszystkim bardzo zmęczona, ale przecież nie będzie się mazać. Anioły nie płaczą.

Miejsce dla tych, co się lubią bać

DSC08393

Mürren, widok na szczyt Eigeru. Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Gotowa? – pyta pilot Chris i sprawdza ostatnie zapięcia. Yyyyy, to już? No tttak.. Ok, to biegniemy. Raz, dwa, trzy.. hop! 

Plączą mi się nogi i nawet nie czuję, jak wzbijamy się w powietrze. Dolinę Lauterbrunnen pokrywa mgła, więc mam wrażenie, jakbym zanurkowała w mleku. Po chwili biel rzednie i wyłaniają się z niej jasne, pionowe skały, a w oddali widać kontury ośnieżonych szczytów. Słońce razi w oczy, a wiatr nie oszczędza nogawek spodni. Mijają mnie ptaki. Mówię Chrisowi, że to mój pierwszy lot paralotnią. – Nie mogłaś trafić lepiej – odpowiada.  

Jesteśmy w Mürren, w Berneńskim Oberlandzie. To tutaj pielgrzymują poszukiwacze adrenaliny: basejumperzy, skoczkowie spadochronowi, paralotniarze, wspinacze i miłośnicy rowerowego downhillu. Niech Was nie zwiedzie wizerunek małego, uroczego, odciętego od cywilizacji (przynajmniej tej w postaci samochodów) miasteczka. Zawieszona (dosłownie!) na klifie nad doliną Lauterbrunnen wioska to idealne miejsce dla amatorów większego i mniejszego ryzyka.

DCIM100GOPROGOPR1551.

Lot nad doliną Lauterbrunnen. Fot. AirTime Paragliding

Mürren to właściwie jedna szkoła, dwie ulice, dwa kościoły i kilka hoteli. Wystarczy dla mieszkających tu na co dzień 415 osób i szukających oddechu turystów. Pod koniec września, mimo że pogoda dopisuje, jest tu wyjątkowo spokojnie. Główną ulicą snują się ci, którzy mieli cierpliwość, aby się do Mürren dostać, bo położone na 1650 m npm miasteczko jest zamknięte dla ruchu drogowego. Dojazd z Lauterbrunnen, najpierw gondolą do Grütschalp, a stamtąd kursującą od 1891 roku kolejką górską, zajmuje ok. 20 minut. Przejażdżka sama w sobie jest już atrakcją i daje nam pełną gamę widoków na słynne szwajcarskie szczyty: Eiger, Mönch i Jungfrau.

Położone u podnóża Schilthornu Mürren na pierwszy rzut oka właściwie niczym się nie różni od innych alpejskich miasteczek. Drewniane domy przystrojone obowiązkowymi geraniami, restauracje serwujące fondue i inne szwajcarskie specjały, sklepy ze sprzętem narciarskim i butami do górskich wycieczek. Górski kurort, jakich w Szwajcarii wiele. Co, a raczej kto sprawił, że stał się mekką wielbicieli sportów ekstremalnych? Brytyjczycy. 

Zaczęło się od pewnego angielskiego dżentelmena. Arnold Lunn, wysłany zimą do Szwajcarii przez swojego ojca, właściciela biura podroży, trafił do Mürren. Był początek lat 20. XX wieku, a Lunn, miłośnik sportów zimowych, szukał idealnego miejsca dla przetestowania reguł swojej nowej koncepcji – zjazdu na nartach slalomem. Strome stoki alpejskiego miasteczka perfekcyjnie nadawały się do białego szaleństwa. W 1922 roku Lunn zorganizował w Mürren pierwszy slalom narciarski, a dziewięć lat później – mistrzostwa świata w tej dyscyplinie.

Dzięki Brytyjczykowi, który doczekał się tam nawet pomnika, alpejska wioska stała się kolebką narciarstwa ekstremalnego, a tzw. Inferno Race odbywa się tam do dzisiaj, co roku w styczniu. To największy amatorski zjazd narciarski na świecie ze startem pod szczytem Schilthornu (2790 m npm) i metą w dolinie Lauterbrunnen. Zawodnicy mają do pokonania „diabelską” trasę o długości 14,9 km i przewyższeniu 1990 m. Obecnemu rekordziście zjazd zajął niewiele ponad 13 minut. W przyszłym roku zawody odbędą się po raz siedemdziesiąty szósty.

DSC08398

Kręci się w głowie już od samego patrzenia. Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Drugi Brytyjczyk, który wywrócił spokojne życie mieszkańców Mürren do góry nogami i na stałe wpisał się w charakter miejscowości, nazywał się Bond. James Bond. A właściwie George Lazenby, który debiutując w roli 007 (w rezultacie zagrał Bonda tylko raz) przybył wraz z ekipą kręcącą film „W służbie Jej Królewskiej Mości” nie gdzie indziej tylko w Alpy Berneńskie.

Tak się złożyło, że kiedy reżyser Peter R. Hunt wraz z producentami szukał dogodnej górskiej siedziby dla filmowego przeciwnika Bonda, Blofelda, na Schilthornie trwała akurat budowa kolejki linowej, której zwieńczeniem miała być obrotowa restauracja na szczycie góry. Projekt realizowany był z rozmachem i wyceniany wówczas (pocz. lat 60. XX wieku) na 30 mln franków. Budżet jednak szybko topniał, a końca budowy nie było widać. Wtem.. „O, mister Bond, spodziewaliśmy się Pana”. Szpieg pojawił się w najlepszym możliwym momencie. Budowę dokończono już zgodnie z wizją producentów filmu, restauracja Piz Gloria stała się planem dla przygód agenta 007, a Mürren bazą dla 120-osobowej ekipy filmowców, którzy urzędowali w Hotelu Palace od października 1968 r. do maja 1969 r.

Piz Gloria, jak się pewnie domyślacie, przyciąga tłumy turystów z całego świata. W wielu emocje (wyrażane głośnym „woooooow”) budzi już sam stromy wjazd gondolą. Wykorzystujące Bonda do granic komercyjnych możliwości miejsce jest z rodzaju tych, które warto zobaczyć, ale raz wystarczy. Choć przyznam, że śniadanie na 2970 m npm to coś wyjątkowego, a widoki.. sami zobaczcie.

DSC08602

Widok ze szczytu Schilthornu. Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Mnie, jako szeroko znaną w wąskich kręgach adrenaline freak, o wiele bardziej ciekawiło to, co znajduje się jedną stację niżej niż szczyt Schilthornu, w Birg. To tam, na wysokości 2677 m można się udać na spacer z dreszczykiem. Przyklejona do skał metalowa konstrukcja Thrill Walk to atrakcja dla ludzi o mocnych nerwach. Między stawianiem ostrożnych kroków po linie, tuptaniem po szklanej podłodze a czołganiem się w rurze nad przepaścią warto czasem przystanąć i rozejrzeć się dookoła. Już sam widok przyprawia tu o zawrót głowy.

Oczywiście, Thrill Walk to wciąż tylko zabawa dla turystów. Do Mürren i okolic zjeżdżają  również miłośnicy nieco bardziej ryzykownych zabaw. Dolina Lauterbrunnen, kultowe miejsce dla basejumperów, ze względów na liczbę śmiertelnych wypadków podczas uprawiania tego ekstremalnego sportu, zyskała już nawet miano „doliny śmierci”. Przy okazji sprawdziłam, że w latach 2000-2016 w całej Szwajcarii zginęło 78 basejumperów. Niemal dwa razy więcej śmiertelnych wypadków zdarzyło się w tym czasie podczas lotów paralotnią.

DSC08658

A Wy weszlibyście do takiej rury? Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Nikomu nie polecam rzucania się od razu w przepaść. W Mürren znajdą coś dla siebie także początkujący amatorzy podwyższonego ciśnienia. Można na przykład zacząć przygodę ze wspinaczką na tutejszej dobrze zabezpieczonej via ferracie. Nie zapomniano też o fanach dwóch kółek w wersji górskiej. Freeride z puntem startowym w Grütschalp to oznaczona kolorem czerwonym trasa o przewyższeniu 600 m i średnim nachyleniu 20 proc., na której można poćwiczyć technikę zjazdu. Raczej dla doświadczonych downhillowców.

Mürren promuje się w świecie hasłem „urig und echt”, podkreślając, że jest autentyczne i zachowane w niezmienionym stanie. Ja zapamiętam tę część Szwajcarii raczej jako miejsce, gdzie dla każdego znajdzie się.. coś strasznego.

Atrakcje Mürren i okolic miałam przyjemność odkrywać na zaproszenie Switzerland Tourism, organizacji działającej przy Ambasadzie Szwajcarii w Polsce. Więcej informacji na www.myswitzerland.com. 

Mistrzowie dziwnych sportów: rowerosanki

Zima to czas, kiedy każdy szanujący się Szwajcar jedzie w góry i zjeżdża. Na czym tylko się da. Na narty wsadza się małego szkraba tuż po tym, jak zacznie stawiać pierwsze kroki. Nastolatkowie często wybierają snowboard, a na sankach z alpejskich stoków zjeżdżają wszyscy, bez względu na wiek.

Jednak Szwajcarzy nie byliby sobą, gdyby oprócz typowych sportów zimowych, nie wymyślili sobie czegoś jeszcze, czegoś swojego, „tradycyjnie” szwajcarskiego, czego nie robi się w górach w Austrii czy Włoszech. To coś nazywa się velogemel i na pierwszy rzut oka wygląda trochę jak.. konik na biegunach ;)

Velogemel to pojazd, który został wynaleziony na początku XX w. i jest połączeniem roweru z sankami. Drewniane ustrojstwo ma siodełko, kierownicę i płozy. Nie ma za to hamulców, co zważywszy, że zjeżdża się na nim z wysokich na ponad 2 tys. metrów npm szczytów, jest elementem powodującym u zwykłych śmiertelników natychmiastowy skok adrenaliny.

 

 

Początkowo velogemel służył tutejszym góralom do wygodnego poruszania się po śniegu i transportu potrzebnych rzeczy. Dzisiaj nie dość, że Szwajcarzy na velogemel śmigają, aż miło (widziałam na własne oczy, kiedy sama próbowałam nie zabić się na sankach), to jeszcze wybudowali sobie najdłuższy na świecie tor przeznaczony do zjazdów „rowerosankami”. Trasa rozpoczyna się na szczycie leżącego w Alpach Berneńskich Faulhorn (2681 m npm) i kończy ponad 1,6 tys. metrów niżej w Grindelwald. Tor nazywa się Big Pintenfritz i jest najdłuższy w Europie – ma 15 kilometrów. Co roku w tym miejscu odbywają się mistrzostwa świata w zjeździe na velogemel, otwarte dla każdego (wpisowe kosztuje 20 fr.). Zwycięzca tegorocznych zawodów pokonał dwukilometrową trasę w 2 minuty!

Zjazd na velogemel wygląda tak:

 

Dla zainteresowanych: velogemel można kupić tutaj http://www.velogemel.ch/, model dla dorosłej osoby kosztuje 590 fr. Sprzęt można też wypożyczyć, m.in. w sklepie Intersport w Grindelwald. Początkującym przyda się kask i dobre buty śniegowe z bieżnikiem (hamuje się stopami).

Gratulacje!

…dla mnie :D Właśnie minął rok odkąd obładowana życiowym dobytkiem przekroczyłam szwajcarską granicę z zamiarem zostania tu na dłużej. Przez te 12 miesięcy wydarzyło się sporo rzeczy ciekawych, dobrych, miłych, zaskakujących, rozczarowujących, smutnych, ale.. przetrwałam i jestem z siebie dumna! Z plusów: nauczyłam się (jako tako) nowego języka, zwiedziłam sporą część Szwajcarii (głównie niemieckiej, ale też kanton włoski, który uwielbiam), odkryłam nowe powołanie zawodowe (wino, wino, wino!) i hobby (bieganie), kilka razy przydałam się jako dziennikarz-korespondent, polubiłam gotowanie (!), wyszłam za mąż.. O minusach pisać nie będę ;)

Z okazji rocznicy przygotowałam dla Was subiektywną listę rzeczy, których (być może) nie wiecie o Szwajcarii. Miłej lektury!

1. Na czele jednego z najmniejszych państw w Europie stoi aż siedem osób. Funkcję „prezydenta” Szwajcarii pełni bowiem wybierana przez parlament Rada Federacyjna. To szacowne gremium co roku wskazuje nowego przewodniczącego, który następnie reprezentuje kraj jako oficjalna głowa państwa. W 2015 r. tytuł prezydenta nosi Simonetta Sommaruga.

2. Około jedna czwarta mieszkańców Szwajcarii to obcokrajowcy, co nie licząc Luksemburga, Liechtensteinu czy Monako, stanowi najwyższy odsetek w Europie. Najliczniejsze mniejszości to Włosi, Niemcy i.. Portugalczycy. W Szwajcarii obowiązuje prawo krwi, więc dziecko obcokrajowców urodzone na szwajcarskiej ziemi nie jest automatycznie obywatelem tego kraju. Szwajcarski paszport to marzenie wielu, dlatego trzeba się o niego mocno postarać..

3. Szwajcarskie banknoty mają aż siedem nominałów, z czego największy to 1000CHF, czyli równowartość ok. 4000 zł. Banknot o wyższym nominale istnieje jeszcze tylko w Singapurze i wynosi 10 000 dolarów singapurskich (ok. 7,3 tys. CHF). Na tysiącfrankowy banknot trudno się natknąć, choć w obiegu jest ich aż ponad 38 mln sztuk. Zapewne służy Szwajcarom do przechowywania oszczędności, bo jak na bankową potęgę naród jest tu zaskakująco mocno przywiązany do gotówki. Choć kartą można płacić właściwie wszędzie, każdy szanujący się Szwajcar ma w portfelu trochę papieru. Płatności zbliżeniowe, tak popularne choćby w Polsce, są tu wciąż mało popularną nowinką.

4. Mały kraj może się pochwalić kilkoma dużymi rzeczami. W kościele św. Piotra w Zurychu możemy zobaczyć największą w Europie tarczę kościelnego zegara, w tuż przy granicy z Niemcami, w Schaffhausen, znajduje się największy (jeśli chodzi o przepływ wody, nie wysokość) europejski wodospad. Słyszeliście o Jungfraujoch? To najwyższej położona stacja kolejowa w Europie. Pociąg, który dojeżdża na wysokość 3,5 tys. metrów nad poziomem morza! Takie rzeczy tylko w Helwecji. Choć nie znalazłam statystyk, jestem przekonana, że Szwajcaria zalicza się też do czołówki krajów z największą liczbą miejskich fontann. Nie wyłączają ich nawet zimą.

5. Szwajcaria nie słynie w świecie z wina, a jest wśród liderów w Europie, przynajmniej jeśli chodzi o jego konsumpcję. Przeciętny Meier wypija każdego roku ponad 40 litrów tego trunku, więcej pije się tylko we Francji i Portugalii. Szwajcaria sporo wina też wytwarza, jednak niemal wyłącznie na własne potrzeby. Helweckie wino nie jest popularne poza granicami kraju głównie ze względu na niezbyt atrakcyjny stosunek ceny do jakości. Jedynie 1-2 procent produkcji trafia na eksport.

6. Przepisy drogowe w Szwajcarii są jednymi z najbardziej restrykcyjnych w Europie. Za przekroczenie prędkości poza miastem o 30 km/h można stracić prawo jazdy na co najmniej 3 miesiące. Kierowca trafia też do rejestru karnego i musi przejść badania psychologiczne. Nie wspominam o karach finansowych, które jak można się łatwo domyślić, zniechęcają do szarżowania na ulicach. Skutecznie. Współczynnik śmiertelności na drogach wyniósł w ubiegłym roku 3,4 (ofiary śmiertelne na 100 tys. mieszkańców). Dla porównania, w Polsce było to 10,9.

7. Podczas gdy kierowcy trzymani są krótko, Szwajcaria jest bardzo liberalna pod innymi względami. Picie alkoholu w miejscach publicznych nie jest nielegalne, a widok pani czy pana popijających piwko na zielonej trawce czy nawet w pociągu to norma. Podobnie jest z paleniem papierosów, co podoba mi się już dużo mniej.. Szwajcarzy, zwłaszcza młodzi, palą jak smoki. W dodatku robią to wszędzie, na przystankach, peronach, przy bankomatach.. i zupełnie nie zwracają uwagi na tych, którym może to przeszkadzać. Być może bezgraniczne przyzwolenie na palenie to efekt skutecznego lobby koncernów tytoniowych, które mają tu swoje siedziby.. W każdym razie: ble ble ble!

8. Oschły i zdystansowany – to stereotyp Szwajcara. Na pewno jest w tym nieco prawdy. Rzadko zdarzają się tu pogawędki w sklepie czy autobusie między obcymi sobie ludźmi. Szwajcarzy, jak przystało na naród neutralny, mają duży szacunek do prywatności. I biada temu, kto próbuje im ją naruszyć ;) Pozytywnie zaskakuje natomiast to, że na przedmieściach i w mniejszych miejscowościach zwykło się pozdrawiać obcych ludzi na ulicy. To takie miłe i zupełnie niepasujące do obrazu zimnego i aroganckiego Helwety.

9. Wynajmowanie mieszkania jest dla Szwajcara tak naturalne, jak dla Polaka jego zakup na kredyt. W wynajmowanych domach mieszka aż 56 proc. populacji. Chodzi głównie o zaporowe ceny nieruchomości, ale też o wysokie podatki, które trzeba płacić mając mieszkanie na własność. Dlatego nawet jeśli kogoś stać na własne M (a takich na pewno jest tu sporo), to często i tak bardziej opłaca się do oporu obciążać nieruchomość hipoteką niż kupić za gotówkę. W każdym razie większość Szwajcarów mieszka w wynajmowanych mieszkaniach przez całe swoje życie i nikomu nie wydaje się to dziwne :)

10. Jeśli już jesteśmy przy mieszkaniu.. to bardzo ciekawą sprawą w Szwajcarii jest system organizacji śmieci. Otóż odpadów nie wyrzuca się tu ot tak do zwykłego worka na śmieci, o nie! Na terenie każdej gminy obowiązują specjalnie oznakowane, jedyne uznawane worki, które można kupić m.in. w urzędzie czy na poczcie. Tylko zapakowane w taki sposób odpady można wrzucić do kontenera, który następnie opróżniają gminne służby. Nie muszę wspominać chyba o segregacji, która jest tutaj święta niczym rodzinne oglądanie telewizji w niedzielny wieczór.

11. Absynt, musli, myszka komputerowa, blender, folia aluminiowa, scyzoryk, obieraczka do ziemniaków, stojąca suszarka do ubrań, magnetofon, bobslej.. Ciekawe o ilu z tych rzeczy wiedzieliście, że zostały wynalezione przez Szwajcarów :)

Rapperswil i serce Kościuszki

Pewnie mało który Polak wie, że w małym szwajcarskim miasteczku Rapperswil, w XIII-wiecznym zamczysku, od ponad 140 lat działa polskie muzeum. W czasach, kiedy Polski nie było na mapie, pełniło rolę „twierdzy kultury” dla emigrantów – tu gromadzono dzieła sztuki, pamiątki, książki (na przełomie XIX i XX wieku znajdowała się tu największą biblioteka polska na emigracji). W Rapperswil tworzył m.in. Stefan Żeromski, a do 1927 roku w kaplicy w wieży prochowej zamku spoczywało serce Kościuszki, który w Szwajcarii spędził ostatnie lata życia. Muzeum prężnie działa do dziś, choć niedawno Szwajcarzy chcieli wykurzyć z zamku Polaków (zaprotestowaliśmy i póki co jest cisza). Obok zamku atrakcją Rapperswil jest najdłuższy w Szwajcarii drewniany most, którym można przekroczyć kawałek Jeziora Zuryskiego. Szwajcarom miasteczko kojarzy się głównie z cyrkiem – stąd pochodzi narodowy cyrk Knie (dla zainteresowanych jest też Muzeum Cyrku). Rapperswil najładniejsze jest najpewniej wiosną i latem, kiedy kwitną setki odmian róż (róże są nawet w herbie miasta). Jesienią, kiedy kraj oblewa szara zupa, atmosfera jest mocno senna.. ale żeby poczuć słońce i naładować baterie wystarczy wjechać trochę wyżej i.. to właśnie lubię w Szwajcarii! Kiedy już wydaje się, że nie, w tym kraju nie da się żyć, pojawiają się góry i ręcę człowiekowi opadają ;) Enjoy the view!