Polki zmieniają Szwajcarię: Iwona Fluda i tworzenie kreatywnego świata

Iwonę poznałam dwa lata temu. Przyjechała do Winterthuru, aby wziąć udział w wydarzeniu, podczas którego ja prezentowałam Szwajcarom polską kuchnię. Wtedy głównie jadłyśmy (kluski śląskie!), a teraz spotkałyśmy się, żeby porozmawiać. W życiu nas obu w międzyczasie sporo się wydarzyło. Firma Iwony zaczęła dynamicznie się rozwijać, ja napisałam książkę. Są rzeczy, które nas łączą: studiowałyśmy na tej samej uczelni i przyjechałyśmy do Szwajcarii bez planu. Obie też podjęłyśmy niełatwą decyzję, aby łączyć pracę z pasją. 

Poznajcie Iwonę Fludę, przedsiębiorczynię, kreatorkę, mówczynię, publicystkę i – przede wszystkim – założycielkę Ministry of Creativity GmbH i Creative Switzerland – przestrzeni, w której ludzie przypominają sobie o tym, że są i zawsze byli kreatywni. 

Kreatywność jest wszystkim. Fot. archiwum prywatne

Właściwie to nie wiem, skąd się wzięłaś w Szwajcarii…

Nie przyjechałam tu tak jak Ty, z miłości :D To był przypadek, albo jak kto woli: przeznaczenie, zrządzenie losu, Limmat tak chciał. Zostałam zaproszona do Zurychu na roczne stypendium organizacji pozarządowej, Szwajcarskiej Rady Pokoju. Zajmowałam się kwestiami konfliktów na świecie, praw człowieka, wpływu polityki na życie ludzi w różnych krajach. Po roku, kiedy skończyło mi się tymczasowe pozwolenie na pobyt, nie widziałam dla siebie dalszych możliwości w Szwajcarii. W międzyczasie pojawiła się propozycja wyjazdu do Hongkongu. Przyjęłam ją, pracowałam tam dla Niemieckiej Izby Handlowej, poznawałam życie lokalnej ludności i sceny startupowej. To był ciekawy czas i bardzo chciałam zostać w Azji, ale choć znalazłam pracę w Hongkongu, to niestety nie udało mi się otrzymać wizy. Nie za bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić i wtedy odezwała się do mnie znajoma Szwajcarka: hej, mamy wolny pokój gościnny, przyjeżdżaj. I tak w ciągu dziesięciu dni byłam z powrotem w Szwajcarii. Bez pracy, planu, znajomości. Szczerze, czułam ogromne rozczarowanie. Musiałam budować wszystko od początku. Teraz, z perspektywy trzech lat, widzę, że wszystko, co się wtedy wydarzyło, miało sens. To była niesamowita przygoda. 

Jak wyglądały początki tej szwajcarskiej przygody? 

Pierwsze miesiące spędziłam na rozmyślaniach, co ja właściwie mam ze sobą zrobić. W tym czasie przeczytałam wiele ciekawych książek, np. biografię Alberta Einsteina. Historia jego życia jest niesamowita, była dla mnie bardzo inspirująca i polecam przeczytać ją każdemu. Inną ciekawą książką jest „Understanding Power” Noama Chomsky’ego, o tym jak rozłożone są siły na świecie. Czytałam też wiele na temat biznesu i innowacji. Czułam, że Szwajcaria to kraj wielu możliwości, ale trzeba się na nie otworzyć. Od razu postawiłam więc na integrację z tutejszym społeczeństwem. Oczywiście, kiedy znasz język, jest to wiele łatwiejsze. Zaczęłam brać udział w różnych wydarzeniach, poznawać ludzi, zastanawiać się, czy umiejętności, które już mam w dziedzinie marketingu, można jakoś wykorzystać. Okazało się, że można. To właśnie dzięki spotkaniom networkingowym poznałam swoich przyszłych klientów. 

Mam takie przemyślenia, że to, że możemy uczyć się od innych, także od ludzi z przeszłości, jest niesamowitym przywilejem naszego pokolenia. Uświadamia nam, co było wtedy możliwe, a co jest możliwe teraz. Pomyśl choćby o nas, siedzących tutaj w kawiarni. Jeszcze sto lat temu dla takich kobiet jak my – dziennikarki i przedsiębiorczyni, nie było miejsca w tym kraju. 

Fakt, o tej porze musiałybyśmy być w domu i gotować obiad dla męża, który wraca z pracy… 

Dokładnie! Zobacz, jak bardzo jesteśmy uprzywilejowane. W Szwajcarii nauczyłam się, że każdy dzień to jest dzień pierwszy, w którym mam szansę się czegoś nauczyć, mogę budować, tworzyć, po prostu działać. Dotyczy to i prowadzenia biznesu, i życia prywatnego. Okazuje się, że z takim podejściem, nawet przejściowe zawirowania w życiu sprawiają, że w końcu wszystko może się całkiem dobrze poukładać. 

Tobie poukładało się całkiem fajnie! Wybrałaś ścieżkę pt. marketing i od początku się jej trzymałaś. 

Mimo że nie mam wykształcenia marketingowego. Jestem germanistką, skończyłam również studia magisterskie z geografii społeczno-ekonomicznej i turystyki. Mam wrażenie, że często próbujemy wpasować się w boksy, które są nam podsuwane też przez innych. Dla mnie jedyne znaczenie przy wyborze ścieżki zawodowej była odpowiedź na pytanie: czy jest to coś, co chcę robić i dlaczego chcę to robić? Tak długo, jak praca daje mi radość i się w niej spełniam, jest  wartością dla moich klientów czy społeczności, a przy okazji jestem w stanie się dzięki niej utrzymać – nie widzę problemu. Szwajcaria jest krajem, w którym pracując na umowie o pracę i zarabiając nawet przeciętnie, można żyć całkiem wygodnie i właściwie na wszystko sobie pozwolić. Kiedy zakładasz biznes, jest zupełnie odwrotnie. Nie ma zabezpieczeń chroniących przez problemami egzystencjalnymi, a każda inwestycja rodzi wątpliwości: czy to jest w tym momencie dobre dla mojego biznesu. Ma to swoje negatywne strony, ale otwiera też wiele możliwości kreatywnych. 

Szwajcaria to kraj oparty na zaufaniu, które często zdobywa się prezentując np. certyfikat ukończonego kursu czy dyplom uczelni. Jak zdobywałaś pierwsze zlecenia? 

Tak, jak teraz z Tobą, siedziałam z potencjalnym klientem przy kawie, rozmawialiśmy i nagle okazywało się, że to, co robię odpowiada temu, czego ta osoba potrzebuje. Potem, jak często bywa w Szwajcarii, jedni opowiadali o mnie drugim i tak rozwijała się moja działalność. Kiedy miałam już klientów marketingowych, postanowiłam zarejestrować firmę, a jednocześnie pracowałam nad stroną Creative Switzerland. Stworzyłam ją sama, choć – znowu – nie jestem z branży IT. Ważną lekcją biznesową w Szwajcarii było dla mnie to, aby nauczyć się wymagać więcej niż np. w polskich czy niemieckich warunkach. Prosty przykład: cena. Jeśli klient jest w stanie zapłacić za naszą usługę tyle, ile ona na tutejszym rynku naprawdę jest warta, to inaczej wyglądają potem nasze wzajemne relacje. Klient ma poczucie, że zainwestował w rozwój swojej firmy, a my zyskujemy pewność, że jakość, jaką oferujemy, jest warta swojej ceny. Kolejną rzeczą, jaką wyniosłam z bycia freelancerką, a potem przedsiębiorczynią w Szwajcarii, jest to, aby nie rozmieniać się na drobne. Kiedy zaczynasz robić wiele rzeczy na raz, szybko wpadasz w pułapkę zbyt wielu możliwości. Najlepiej wyznaczyć sobie jasne cele: w tym roku koncentruję się na maksymalnie dwóch, trzech projektach, a jeśli wpadnie coś innego, to podziękuję. To jest bardzo trudne, ponieważ nie jest łatwo odmawiać pieniądzom, które np. pomagają rozwijać nowe projekty, ale długoterminowo – bardzo dobre dla biznesu i dla mnie. Tutaj oczywiście wychodząc z założenia, że chce się pracować samemu albo z małym zespołem, sytuacja wygląda inaczej, jeśli ma się plan szybkiego skalowania biznesu.

Hasło Twojej firmy, Creative Switzerland, brzmi „Explore your creative potential”, a Twoje prywatne to „Kreatywność jest wszystkim”. Co to właściwie znaczy?

A nie jest? Kreatywność to wrodzona umiejętność każdego człowieka, niezależnie, czy zawodowo jest prawnikiem, naukowcem czy przedsiębiorcą. Niestety nasza naturalna kreatywność jest umiejętnie niszczona przez system edukacji, w jakim funkcjonujemy. Nie ćwiczymy tej umiejętności. Miałam w szkole zajęcia z plastyki, ale nie dowiedziałam się, jak prowadzić biznes czy poszukiwać sposobów na rozwiązanie problemów współczesnego świata. Najsmutniejsze jest, że taki system nauczania sięga aż uczelni wyższych, czyli miejsc kształcących ludzi, od których potem oczekuje się, aby wyszli w świat i rozwiązywali światowe problemy. Zabijanie kreatywności odbywa się zresztą też na późniejszych etapach życia, kiedy idziemy do pracy. Wykonywanie zadań „od do”, niewychylanie się, słuchanie menedżerow, którzy określają, co mamy robić, brak tzw. wymiany kreatywnej. Na szczęście jest mnóstwo ludzi, także w Szwajcarii, którzy dali sobie szansę na to, aby być w pełni kreatywnymi osobami. 

Przykłady? 

Jedna z moich ulubionych kreatorek to dziewczyna, która była profesorką na uniwersytecie, przeżyła wypalenie zawodowe, a potem oddała się malarstwu – pasji, która była w niej od zawsze. Założyła swój biznes, uczy ludzi malarstwa i idzie jej świetnie. To jest jedna z osób, która żyje w cudownej zgodzie ze sobą i ze światem, głównie dlatego, że to, co robi, mówi, czuje i myśli jest spójne. Nie udaje przed sobą, że musi spędzić resztę swojego życia pracując w kancelarii prawnej, ponieważ ma kredyt. Zamiast tego dała sobie szansę na to, aby żyć w pełni swoim życiem. Dla mnie to jest właśnie przykład kreatywności. Bo w gruncie rzeczy ona objawia się w naszych decyzjach, jak chcemy spędzić życie. Znam osoby, które wiecznie na wszystko narzekają, w tym na Szwajcarię. A wystarczy czasem powiedzieć sobie: jest dobrze, Europa jest wolnym kontynentem, nie ma wojen, mieszkam w kraju, który daje mi wiele możliwości. Czy chcę spędzać swoje dni rozwijając się, rozwiązując problemy, starając się pomóc innym, czy robiąc coś odwrotnego, na przykład obrażając się na cały świat? Staram się być kreatywna każdego dnia, na tym poletku, które sama dla siebie stworzyłam. To jest filozofia mojego życia i tylko w ten sposób, kładąc się spać, mogę sobie powiedzieć: ale to był fajny dzień.

Czy są sposoby na to, aby przywrócić tę wrodzoną, ale stłumioną, kreatywność?

Odpowiem pytaniem na pytanie. Piszesz jeszcze czasem długopisem? 

Staram się robić to jak najczęściej i mam w domu dziesiątki notesów, które dostaję od przyjaciół albo kupuję sobie sama. Mam jednak wrażenie, że moje pismo nie jest takie, jakie było kiedyś. Pewnie przez to, że dużo piszę na komputerze. 

I to jest właśnie jedna z tych umiejętności, do których powinniśmy bardzo szybko wrócić i potwierdzają to badania naukowe. Jeśli pracujemy rękami, których każdy ruch wysyła sygnały do naszego mózgu, to jego stymulowane obszary zupełnie inaczej się rozwijają. Często o tym zapominamy, ponieważ przyzwyczailiśmy się do stukania całymi dniami w klawiaturę komputera i telefonu. Rąk można używać na różne sposoby, pobudzające kreatywność: pisać, tworzyć ceramikę, malować. W ten sposób odcinamy się trochę od życia, które prowadzimy na co dzień. Spójrzmy na nasze pasje z dzieciństwa. To zazwyczaj były właśnie pasje kreatywne. Dlaczego mielibyśmy do nich nie wrócić? 

Mam znajomą, która po latach pracy w korporacjach, odkryła, że jej powołaniem jest zajmowanie się kwiatami. Teraz ma swoje atelier w Warszawie i prowadzi kwiatowy biznes z dużym sukcesem. 

Sir Ken Robinson, lider w dziedzinie rozwoju kreatywności, powiedziałby, że odnalazła swój element. 

Czy można go odnaleźć biorąc udział w warsztatach tworzenia czekoladowych pralin czy wydruków 3D? Takie m.in. zajęcia oferuje Twoja firma, Creative Switzerland. 

Chodzi o nowe doznania i otwarcie się na nie. Z doświadczenia wiem, że kiedy uczestnicy warsztatów wybabrają się w czekoladzie, to często w nich coś „klika”. Nagle pojawiają się myśli: o, mogę zrobić to ze swoimi dziećmi albo przyjaciółmi. Przy okazji można się dowiedzieć, dlaczego warto kupić czekoladę wytworzoną w zrównoważony sposób. Oczywiście, to są doświadczenia bardzo indywidualne i trzeba być otwartym na tego typu doznania. Z mojego doświadczenia wynika, że kreatywne zadania otwierają w ludziach nowe przestrzenie i pozwalają im dostrzec nowe możliwości działania w różnych obszarach – w pracy, życiu prywatnym, w rodzinie, w czasie wolnym. Popatrz na to, co się działo na wiosnę, kiedy wprowadzono lockdown w związku z pandemią koronawirusa. Nagle wszyscy zaczęli piec chleb. Potrzeba kreatywności w nas jest, tylko często nie dajemy jej szansy, bo nie mamy czasu albo jesteśmy przebodźcowani. 

A z drugiej strony Covid zagnał nas już kompletnie w świat wirtualny, w którym życie zawodowe toczy się między spotkaniami na zoomie, a prywatne bombarduje powiadomieniami z komunikatorów…

Nie wszystko da się przenieść online. Kiedy wybuchła pandemia, odwołałam warsztaty stacjonarne, ponieważ nie chciałam ryzykować zdrowia uczestników. Wiele osób pytało wówczas o przeniesienie ich do sieci. Jednak dla mnie atmosfera, kiedy różni ludzie zjeżdżają z całego kantonu, żeby ulepić czekoladki, jest niepowtarzalna. Podobnie jest z prowadzonymi przeze mnie zajęciami z kreatywności. Trudno jest się odciąć od swojej codzienności siedząc przed ekranem komputera i zamiast pogrążąć się w burzy mózgów, używając porozlepianych wszędzie karteczek post-it, patrzeć w arkusz excela. To już nie jest to samo doświadczenie. W tym roku testowaliśmy różne możliwości. Mimo wielu świetnie odbieranych zajęć z kreatywności online, gdzie używamy naszych umiejętności kreatywnych w praktyce, tworząc pomysły i rozwiązania, nadal uważam, że wersja na żywo jest dużo lepsza. 

W felietonie dla Forbesa piszesz o tym, że powrót do „normalności” po pandemii nie jest możliwy i potrzebne są trwałe zmiany, m.in. w podejściu do podróżowania i turystyki. 

Niestety to, co do tej pory się działo w turystyce na całym świecie pokazuje, że ludzie nie biorą odpowiedzielności za miejsca, które odwiedzają. Jest to szczególnie widoczne w Afryce czy w Azji Południowo-Wschodniej. Śmieci na plażach, plastik w oceanach… A my powinniśmy traktować wszystkie miejsca, do których podróżujemy, jak nasz własny dom. Ostatnio przemawiałam na konferencji w Rwandzie, która ze względu na Covid odbyła się online, i byłam zadziwiona tym, jak wiele się tam mówiło o przystosowaniu się do potrzeb europejskich turystów. Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby w krajach afrykańskich budować hotele po to, aby turyści z Niemiec, Francji czy Szwajcarii mogli się poczuć jak u siebie? To jest niszczenie potencjału kulturowego tych miejsc, tworzenie sztucznych enklaw. Powinniśmy oferować turystom to, co jest na miejscu, a jeśli brakuje np. miejsc noclegowych, to zbudować kolejną wykonaną przez lokalnych rzemieślników na lokalnych zasadach chatkę albo dom, nie „marioty” w środku puszczy. Potem taki szwajcarski turysta wraca z podróży z przekonaniem, że to jest świetna destynacja: mają „marioty”, jedzenie jak w Europie, kraj jest rozwinięty i niczego im nie brakuje. A w wielu krajach ludzie umierają na ulicach, tylko, że ty, drogi turysto, nie zobaczysz tego z okien swojego hotelu. 

Szwajcarzy też przez długi czas orientowali się na turystę z Azji. Byłam niedawno w Interlaken, gdzie sklepy i restauracje z napisami po chińsku stoją puste. Wiadomo, bogaty kraj sobie poradzi…

Tak, to są zjawiska, które obserwujemy także w Europie. Jednym z nich jest tworzenie rzeczy tylko po to, aby turyści mieli co zabrać ze sobą na pamiątkę. Weźmy Portugalię, piękny kraj, który przeżywał – do wybuchu pandemii – turystyczny boom. Jedną z typowych turystycznych pamiątek są tam kolorowe ceramiczne kafelki, którymi wykłada się fasady domów. Turyści kupują potem te „tradycyjne” kafelki, często zresztą wyprodukowane w Chinach, w sklepach z pamiątkami, a są i tacy, którzy wolą oderwać oryginalne ze ścian na ulicy. To tak jakbyś zaprosiła mnie do domu, a ja odrąbałabym Ci kawałek ściany w łazience, bo spodobała mi się glazura. 

Trwałe zmiany są konieczne, nie tylko w turystyce. Świadome podróżowanie, myślenie o długoterminowych konsekwencjach naszych działań i branie za nie odpowiedzialności jako goście w różnych krajach – a nawet globalnie, goście na Ziemi – powinny być jednymi z głównych celów rozwoju destynacji. 

A Ty co przywozisz z podróży? 

Zdarza mi się przywozić jedzenie, którego nie znajdę tutaj. Ale przede wszystkim przywożę doświadczenia, ponieważ to one zostają ze mną na zawsze i mają lepszy wpływ na moje życie, niż kupowanie kolejnego obrazka czy kafelka. Najważniejsze są rozmowy z ludźmi, wiedza i umiejętności, jakie wyniosłam z kontaktów z lokalną ludnością. Przykładowo, Hongkong nauczył mnie tolerancji kulinarnej, ponieważ je się tam rzeczy, które nam Europejczykom nie przeszłyby przez gardło. Oczywiście, ja nie muszę tego samego robić w domu, ale ta obserwacja poszerza mój horyzont poznawczy.

Masz czas na to, żeby podróżować po Szwajcarii? 

Bardzo lubię chodzić po górach. W tym roku byłam w Zermatt przez tydzień i zdobyłam – z przewodnikiem – mój pierwszy czterotysięcznik, Breithorn, ponoć najłatwiejszy w Szwajcarii. Góry dają mi poczucie, że jestem tylko kruszynką w świecie, perspektywa wszystkiego zmienia się na czterech tysiącach metrów nad poziomem morza.

Na koniec wróćmy do pomysłu, który rozpoczął cykl moich rozmów, czyli prezentowania Polek-refermatorek w Szwajcarii. Czy czujesz, że Twoja działalność w jakiś sposób zmienia ludzi i otoczenie, w którym żyjesz? 

Myślę, że jestem w tak uprzywilejowanej sytuacji w życiu, prywatnie i zawodowo, że jeżeli mogę komuś w jakikolwiek sposób pomóc, to już jest duża zmiana. To działa jak kula śnieżna. Pomagamy jednej osobie, potem kolejnej i w ten sposób dokładamy swoją cegiełkę do szczęśliwszego społeczeństwa. Można zacząć od małych kręgów, np. znajomych. Jeśli ktoś odkryje nowe zainteresowania albo drogę zawodową, to już jest bardzo ważne. Duże zmiany na poziomie kraju są możliwe tylko wtedy, kiedy zaczniemy się zmieniać jako jednostki. Tego typu transformacje zajmują dużo czasu i często są bolesne: musimy się pozbyć starego sposobu myślenia i działania, żeby stworzyć coś nowego. Najpiękniejszym ich wynikiem jest prowadzenie życie w zgodzie ze sobą, gdzie wszystko co myślimy, mówimy, czujemy i robimy jest spójne. Ja czuję sie ogromnie uprzywilejowana, że osiągnęłam taki stan, to także czyni mnie pokorną.

Nie mam w planach przeprowadzać rewolucji, ani pokazywać Szwajcarom, jak mają żyć. Robię tyle, co mogę, a jeśli to przełoży się na jakieś pozytywne trendy, to tym lepiej. Zresztą, my zmieniamy Szwajcarię, ale Szwajcaria też zmienia nas. 

Ciebie zmieniła?

Streotypowo, dla wielu ludzi Szwajcaria jest małym, bogatym krajem, w którym wielu rzeczy się nie da. Mnie Szwajcaria pokazała, że można wszystko.


IWONA FLUDA, od 10 lat mieszka za granicą: w Niemczech, Austrii, Holandii, Hongkongu, drugi raz w Szwajcarii od 2017 roku.Właścicielka firmy Ministry of Creativity GmbH, której jednym z brandów jest Creative Switzerland. Doradca marketingowy. Magister geografii społeczno-ekonomicznej/turystyki i języka niemieckiego. Zafascynowana kreatywnością i możliwościami, jakie z niej wynikają. Z Iwoną możesz skontaktować się poprzez LinkedIn https://www.linkedin.com/in/fluda/ albo e-mail: iwona.fluda@gmail.com.  

Więcej informacji:

Creative Switzerland https://creativeswitzerland.com

FB www.facebook.com/creativeswitzerland

IG www.instagram.com/creativeswitzerland

Artykuł Iwony w Forbes https://www.forbes.at/artikel/re-imagining-the-way-we-travel.html

Wywiad dla UJ: https://alumni.uj.edu.pl/aktualnosci/-/journal_content/56_INSTANCE_sPa0bH1azAiq/143565668/144306900

Artykuł Iwony o marketingu w sieci: https://www.linkedin.com/pulse/redefining-digital-marketing-human-centered-design-iwona-fluda/

Wykład Iwony o edukacji: https://www.linkedin.com/pulse/power-education-iwona-fluda/

Jak góry przywędrowały do Szwajcarii. Franz Hohler.

Eiger, Mönch i Jungfrau o wschodzie słońca. Archiwum własne.

Szwajcaria była kiedyś jednym z najbardziej płaskich krajów na świecie. Mimo to miała dobrze rozwiniętą sieć kolei linowych i wyciągów narciarskich. Ludzie jeździli od stacji do stacji, znajdujących się na tym samym poziomie, wysiadali, rozglądali się i nie widząc nic dalej niż to, co zwykle, wracali. Narty i sanki leżały w najdalszych kątach piwnic. Brakuje nam gór – mówili.

Aż jeden mądry Szwajcar, Benedikt Matter, pojechał do Holandii. Tam cały kraj pokryty był górami, ale Holendrzy nie mieli za to wyciągów. Zimą wspinali się na szczyty i zjeżdżali po śniegu w swoich drewnianych butach, które wypełniały się breją. Holendrzy mieli już dosyć. Brakuje nam równin – narzekali.

Benedikt Matter zapytał Holendrów, co by zrobili, gdyby ich kraj był płaski. Posadzilibyśmy tulipany – odpowiedzieli. Tak się złożyło, że w Szwajcarii wszędzie rosły tulipany i właściwie nikt nie wiedział, skąd się wzięły. Holendrzy i Szwajcarzy postanowili się wymienić: góry za tulipany. O ile z cebulkami kwiatów poszło gładko – Szwajcarzy zapakowali je po prostu do skrzynek i wysłali do Holandii – to przeniesienie gór stanowiło już większe wyzwanie. Ale Benedikt Matter przypomniał sobie o starym powiedzeniu: wiara przenosi góry. Jeśli będziemy się bardzo mocno o to modlić, na pewno się uda – stwierdził.

I tak Szwajcarzy i Holendrzy siedzieli całymi dniami w swoich kościołach i modlili  się o to, żeby góry przeniosły się do Szwajcarii. Aż stało się: Holandia zaczęła trzeszczeć w posadach, a góry – jedna po drugiej – opuszczały holenderską ziemię, aby przenieść się w nowe miejsce. Nareszcie wyciągi mogły jeździć w górę i w dół, Szwajcarzy podziwiać dalekie widoki i zjeżdżać na nartach, a ludzie z całego świata przyjeżdżać do nich na ferie zimowe i wakacje. Holendrzy za to cieszyli się, chodzili po płaskim i obsadzali całe pola tulipanami. Wszyscy byli zadowoleni.

A ponieważ człowiek, który to wszystko obmyślił, nazywał się Benedikt Matter, najpiękniejsza ze szwajcarskich gór nazywa się odtąd Matterhorn.

Franz Hohler, „Wie die Berge in die Schweiz kamen”, fragment występu kabaretowego, 1997, tłumaczenie własne 

Oryginalny fragment występu kabaretowego „Jak góry przywędrowały do Szwajcarii” do obejrzenia tutaj:

Franz Hohler – szwajcarski satyryk, artysta kabaretowy, autor sztuk teatralnych, książek dla dzieci i opowiadań. Urodzony w 1943 roku w Biel/Bienne. Największą sławę przyniosła mu opowiastka „Totemügerli” z 1967 roku, w której przewrotnie zabawił się językiem budując historię ze słów, które nie istnieją, ale są wariacją na temat rzeczywistej odmiany dialektu berneńskiego. „Totemügerli” stała się kultowa w całym kraju. Bez jej opowiedzenia nie odbyło się swego czasu żadne wesele czy przyjęcie rodzinne. Aktorzy i satyrycy z innych kantonów zaczęli przerabiać opowieść na własne dialekty, powstała wersja francuska, a nawet retoromańska. Wymyślone słowa z „Totemügerli” weszły do codziennego języka, a żart żyje do dzisiaj. W 2017 roku Lo&Leduc, popularny szwajcarski zespół hip-hopowy z Berna, odświeżył anegdotę, używając anglicyzmów i języka mediów społecznościowych, a opowieść sprzed lat zyskała nowe życie w internecie.

To nie jest kolejna wizyta w muzeum, czyli dlaczego warto przyjechać do Susch

Droga pociągiem z Zurychu do najdzikszego kantonu Szwajcarii zajmuje około dwóch godzin. W niedzielę przed południem nie ma też dużego ruchu na drogach. Jedyne utrudnienie zimą to czasochłonna i kosztowna (39 CHF za auto w jedną stronę) przeprawa przed tunel Vereina w Klosters. Ale czymkolwiek byśmy nie jechali do Gryzonii, ta podróż będzie jak wyprawa do innego świata. 

5F72A743-6CFA-4AD7-94AB-23819017EF33

Zatrzymujemy się pomiędzy Zernez a Guardą, tuż przy drodze prowadzącej do turystycznego Scuol. Miasteczko, otoczone ośnieżonymi szczytami Alp, jest podobne do wielu innych w tej urokliwej okolicy. Kilka ładnie odnowionych i pobielonych domów z charakterystycznymi dla regionu tradycyjnymi malunkami na elewacjach, kościół, drewniany most przecinający rzekę Inn, która wypływa wiele kilometrów dalej u podnóża Alp Retyckich.

W Susch, gdzie słychać czwarty język narodowy Szwajcarii, a na stałe mieszka ok. 200 osób, nieliczni o tej porze przechodnie kierują kroki w jedno miejsce. Miejsce wyjątkowe, które od ponad roku ubarwia życie lokalnej społeczności i przyciąga ludzi z całego świata. 

Zrekonstruowany budynek browaru z zewnątrz wygląda dość skromnie. W XII wieku był częścią kompleksu klasztornego, stąd chroniona rejestrem zabytków dawna surowość. Muzeum Susch – oznajmiają litery na ścianie, stylem przypominające retoromańskie napisy na okolicznych chatach. Cuda zaczynają dziać się po przekroczeniu progu miejsca, które przez lokalną i zagraniczną prasą zostało już okrzyknięte „mekką” miłośników sztuki nowoczesnej.

To nie jest klasyczne muzeum z salami, odgrodzonymi od człowieka eksponatami i przysypiającym na krześle panem ochroniarzem. Tu jest trochę jak w scenerii z Wiedźmina. Mroczne podziemne przestrzenie, korytarze wykute w skale z charakterystycznego dla regionu minerału amfibolitu, groty gdzie niegdyś przechowywano beczki z piwem, kamienne nacieki i ukryte otwory. Po jednej ze ścian płynie woda, prosto ze źródła, z którego dawniej czerpali browarnicy. Architektura, która jest ultra nowoczesna, a zarazem nawiązuje do tradycji i szanuje naturę – to koncepcja, która bardzo do mnie przemawia. Wnętrza są dopracowane w najmniejszych detalach (nawet kafle w łazience zwracają uwagę), a wydobyty w trakcie przebudowy materiał przerobiono tak, aby posłużył do stworzenia minimalistycznych, pełnych charakteru przestrzeni, które wciąż noszą ślady dawnej użyteczności. Jak tam, gdzie podłogę przecina rynna służąca pierwotnie za kanał wentylacyjny w browarze. Kapelusz z głowy dla architektów i lokalnych rzemieślników.

IMG_1474

Przebudowa budynku i tworzenie dodatkowych pomieszczeń (przestrzeń wystawiennicza liczy 1500 m2) to praca, która trwała dwa lata. Efekt? Przemyślana w najmniejszych szczegółach estetyka sprawia, że równie dobrze mogłoby być to muzeum architektury, sztuka sama w sobie, niezależna od wystawianych w nim prac artystów i artystek. Przyznaje to zresztą sama twórczyni tego miejsca, Grażyna Kulczyk, z którą udało mi się na chwilę spotkać. Przestrzenie budynku wydały jej się na tyle piękne, że właściwie takie puste i surowe mogłyby pozostać. Kolekcję sztuki należało w nich więc umieścić tak, aby jak najlepiej wkomponowana w architekturę nie przysłoniła jej doskonałości. 

I to się udało. Dzieła polskich artystów w stałej ekspozycji – jak Schody Moniki Sosnowskiej czy Narcissussusch Mirosława Bałki – sprawiają wrażenie jakby wrośniętych w przestrzeń muzeum. Jedno z nich budzi we mnie wyjątkowe silne emocje. To bezgłowy tłum Magdaleny Abakanowicz, postaci umieszczone w osobnym, ciasnym, piwnicznym pomieszczeniu, co pokazuje, jak sama przestrzeń może wpłynąć na odbiór sztuki. Dłużej zatrzymałam się też przy instalacji Piotra Uklańskiego „Prawdziwi naziści”. Dwadzieścia lat po słynnej wystawie „Naziści” w warszawskiej Zachęcie, artysta powrócił z serią ponad 200 zdjęć ukazujących tym razem realne, nie aktorskie wcielenia zła.

Mury muzeum w Susch kryją kolekcje, które równie dobrze mogłyby się znaleźć w galeriach Nowego Jorku czy Londynu. Ale to, że są właśnie tutaj, nie jest przypadkowe. W tradycyjnym szwajcarskim miasteczku Grażyna Kulczyk prezentuje sztukę kobiet -zaangażowaną, feministyczną, polityczną, odważną. Mocna wystawa na otwarcie muzeum, zatytuowana „A Woman Looking at Men Looking at Women”, pokazywała dzieła artystek awangardowych, jak Alina Szapocznikow, Birgit Jürgenssen, Mária Bartuszová czy Evelyne Axell. Ta eksperymentalna twórczość, mocno osadzona w czasach, kiedy tradycyjne role społeczne ulegały przewartościowaniu, a cielesność wyzwalała się ze społecznego tabu, to głosy kobiet wybrzmiewające z niespotykaną wcześniej siłą. Później muzeum przypomniało abstrakcyjną twórczość Szwajcarki Emmy Kunz, artystki i uzdrowicielki, tworzącej w latach 40. ubiegłego wieku i zainteresowanej duchowością, naturą i holistycznym podejściem do człowieka. Natomiast otwarta z początkiem tego roku wystawa „Up to and Including Limits: After Carolee Schneemann” to powrót do ciała i seksualności w sztuce. Carolee Schneemann, która zmarła w marcu 2019 roku, to amerykańska artystka, tworząca w latach 60. i 70., jedna z prekursorek sztuki performance. Jej eksperymenty z formą – ciałem jako przekaźnikiem treści inspirowało twórców kolejnych pokoleń i ten dialog wypełnia teraz przestronne pomieszczenia muzeum.

IMG_1480

 

Nie będę udawać, że jest to sztuka dla każdego. Jeśli idziecie do muzeum po to, aby pooglądać landszafty, to w Susch macie je na żywo (można usiąść w przyjemnym bistro i podziwiać przez okna). W bieżącej ekspozycji właściwie nie ma obrazów. Są zdjęcia, instalacje, dużo sztuki performance zarejestrowanej kamerą wideo, twórczości konceptualnej – nieoczywistej, często hermetycznej i niezrozumiałej bez wgłębienia się w kontekst. Czy jest to sztuka kontrowersyjna? Tak i nie. Tak, jeśli zatrzymamy się tylko na nagości i seksie. Nie, jeśli wcześniej poczytamy o artystkach i zorientujemy się, w jakich czasach tworzyły i co chciały wyrazić. Dlatego, aby z wystawy wynieść jak najwięcej, najlepiej byłoby zwiedzić ją z przewodnikiem. Jest natomiast jedna rzecz, którą mogę Wam zagwarantować. To, co zobaczycie w Susch, prowokuje. Do przemyśleń, dyskusji i odkrywania sztuki, która nie jest łatwa i przyjemna.

Po południu w muzeum nieco się zagęszcza. Słychać różne języki, w tym polski. Grażyna Kulczyk przyznaje, że zainteresowanie stworzonym przez nią miejscem jest duże. Są dni, kiedy odwiedza je nawet dwieście osób. Obawy, jak odważną sztukę przyjmą lokalni mieszkańcy, okazały się niepotrzebne. Gryzończycy z wyrozumiałością i zaciekawieniem odbierają to, co dzieje się w ich wiosce. A dzieje się dużo. Poza wystawami odbywają się w Susch wykłady artystów, koncerty, pokazy performance, dyskusje o sztuce. Twórcy przyjeżdżają też na stypendia, bo gdzie indziej jak nie w spokojnym szwajcarskim miasteczku można idealnie odciąć się od świata i w spokoju popracować, mając jednocześnie artystyczny ferment na wyciągnięcie ręki.

IMG_1485

Kiedy popijam kawę w ciepłym, wyłożonym drewnem muzealnym bistro, w którym na ścianach wiszą ryciny Stanisława Witkiewicza, czuję się jakbym przeniosła się do góralskiej chaty gdzieś pod Zakopanem. W mini-sklepie tuż obok kasy biletowej można kupić specjalnie stworzoną dla muzeum biżuterię polskiej projektantki Orskiej (z kamieniami z Susch) i maskotki-wilki od Ugly Toys. Drobne rzeczy, które cieszą miłośników designu i promują polskie rzemiosło w nowoczesnym wydaniu. Proszę o więcej! Jest jeszcze jedna rzecz, która w muzeum Susch sprawia, że rozpływam się jak bałwan na wiosnę. Biblioteka na poddaszu. Jasne drewno, miękkie fotele, książki o sztuce. Mogłabym tam zamieszkać.

Wychodząc do świata po kilku godzinach spędzonych w przestrzeniach muzeum czułam się jak wybudzona po długim śnie. Grażyna Kulczyk powiedziała w jednym z wywiadów, że dla niej jest to miejsce-marzenie. I właśnie dlatego warto się tam wybrać. Żeby kawałek tego marzenia, choć na tych parę godzin, uszczknąć też dla siebie.

Windą na Matterhorn, czyli gdzie są granice szwajcarskiej turystyki

st0005807_la-chaux-de-fonds_sommer_36518

La Chaux de Fonds z lotu ptaka. Fot. myswitzerland.com

Majówka 2019. Jadę na drugą stronę Röstigraben, czyli do francuskojęzycznej Szwajcarii. Najpierw Neuchatel/Neuenburg – błękitne jezioro, ośnieżone szczyty Alp (ledwo widoczne, ale wiem, że tam są), kamienice z piaskowca, brukowane uliczki, zamek. Potem Yverdon les Bains z campingowym, urlopowym klimatem, takim, że aż chce się zanucić „Chałupy welcome to”. Ładnie, jak to w Szwajcarii. Z tą różnicą, że na cüpli, czyli kieliszek prosecco mówi się tu flute i wszyscy udają, że nie znają słowa po niemiecku, choć uczyli się tego języka w szkole (wybaczam, też się uczyłam francuskiego, z marnym skutkiem).

Kiedy po pół godziny jazdy pociągiem z pocztówkowego Neuchatel wysiadłam na dworcu w La Chaux de Fonds poczułam się trochę, jakbym z Melediwów trafiła do Wejherowa. Niezrażona estetyką terenów okołodworcowych, ruszyłam w miasto, w którym urodzili się Le Corbusier i Louis Chevrolet (i jeden i drugi opuścił Szwajcarię), a w 2009 roku dostąpiło zaszczytu wpisania na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Wspinając się po stromych ulicach (miasto leży na 1000 m npm w górach Jury), których układ przypomina nowojorski Manhattan w miniaturze, powoli odkrywałam Szwajcarię, jakiej jeszcze nie miałam okazji oglądać. Zamiast ozdobnych kamienic z kolorowymi okiennicami, proste, kilkupiętrowe budynki, przytulone do siebie tak, jakby ktoś chciał wygrać konkurs na upchnięcie jak największej liczby domów na jednej przecznicy. Wąskie, przecinające się pod kątem prostym ulice, które nie zostawiają miejsca na przestronne place. Z góry widok na blokowiska, betonowe mosty, cegłę, kominy i szklane plomby. Miasto-fabryka. Symbol minionej epoki przemysłowej.

La Chaux de Fonds odbudowano w duchu urbanistycznego pragmatyzmu po pożarze w 1794 roku. Przestrzeń miejską zaaranżowano tak, aby pasowała do intensywnie rozwijającej się tu produkcji zegarków (ten region Szwajcarii jest nazywany Watch Valley). Najważniejszy stał się przemysł i robotnik. Miało być funkcjonalnie, bez wydziwionych architektonicznych form i zbędnych dekoracji. Dzisiaj to położone kilka kilometrów od granicy z Francją miasto, z bezrobociem znacznie przekraczającym szwajcarską średnią i wysokim odsetkiem imigrantów, wydaje się być miejscem zapomnianym, do którego nie docierają spragnieni instagramowych kadrów turyści.

Fakt, trudno tutaj o malownicze tło do selfie. W dzień wolny od pracy całe życie miejskie zdawało się koncentrować wokół przydworcowego macdonalda. Obiecująca wiele swoją nazwą Promenda Le Corbusiera okazała się być wyłożoną betonowymi płytami aleją przy torach kolejowych, z obskurnymi garażami po jednej i nowoczesnymi klockowatymi apartamentami po drugiej stronie. La Chaux de Fonds to chyba jedno z tych miejsc, które odwiedza się raz i już tu nie wraca. Które nawet w słoneczny, majówkowy wieczór, nie przyciąga turystów.

A takich miejsc w Szwajcarii nie ma zbyt wiele. Gospodarka zarabia na turystach prawie 50 miliardów franków rocznie. W samych tylko hotelach i innych miejscach noclegowych zwiedzający zostawili w 2018, rekordowym roku, ponad 38 miliardów franków. Turystyka jest jedną z najważniejszych helweckich branż eksportowych, generując roczne obroty porównywalne ze sprzedażą zegarków za granicę. To ogromny biznes, który skutkuje coraz bardziej uciążliwym dla mieszkańców przeludnieniem oraz podziałem kraju na miejsca „turystyczne” i takie, które dopiero się nimi staną.

Samą Lucernę, uwielbianą przez zagranicznych turystów, odwiedza rocznie ponad dziewięć milionów osób. Na każdego mieszkańca przypada tu 116 zwiedzających, więcej niż w przesyconej turystami Wenecji. Najwięcej emocji wzbudzają przybywające do Lucerny na zaproszenie międzynarodowych firm grupy pracowników z Azji. W przyszłym tygodniu miasto odwiedzi rekordowo liczna grupa 12 tysięcy sprzedawców kosmetyków z Chin. Władze zapewniają, że mają wszystko pod kontrolą. Choć Szwajcarzy narzekają na zastawione autokarami centrum miasta, wylewające się na ulice tłumy i podbijanie cen, to wiedzą, że turyści równa się kasa. Szacuje się, że sama tylko wspomniana wizyta z Chin da regionowi zastrzyk gotówki w wysokości 4 milionów franków.

Lucerna i okolice stały się ofiarą swojego turystycznego sukcesu. Podobny los spotkał m.in. słynną górską restaurację Äescher-Wildkirchli, przyklejoną do skał Ebenalp na wysokości 1640 m npm. Dawniej było to miejsce, do którego docierali głównie lokalni mieszkańcy i szukający schronienia miłośnicy alpejskich wędrówek. Do czasu, kiedy w 2014 roku pojawiło się na okładce National Geographic jako turystyczny „kierunek życia”. Miejsce ze 170-letnią tradycją nie wytrzymało nalotu turystów uzbrojonych w smartfony. Dotychczasowi zarządzający restauracją, przytłoczeni ogromem chcących skorzystać z ich gościny osób, zrezygnowali z jej prowadzenia. Dopiero w miniony weekend Äescher otworzyła swoje podwoje pod nowym kierownictwem.

W wielu miejscach Szwajcarii sezon turystyczny trwa właściwie przez cały rok. Zimą przyjeżdża się na narty i świąteczne jarmarki, latem – na górskie wędrówki, wycieczki słynnymi trasami kolejowymi, zwiedzanie miast. Oprócz tego są gondole-kabriolety, wagoniki z przeszkloną podłogą, wykładane kryształkami Swarovskiego, kolejki, którymi da się wjechać na niedostępne dla przeciętnego turysty szczyty Alp. Nie chodzisz po górach? Nie ma problemu – my cię na nie wwieziemy, choćbyś miał tam brodzić w śniegu w samych klapkach. Byle wyżej, dalej, drożej.

Uruchomiona w ubiegłym roku kolejka linowa Matterhorn Glacier Ride pozwala każdemu, kogo na to stać, wjechać na wysokość ponad 3800 metrów npm. To najwyższy dostępny dla masowej turystyki punkt w Europie. Co będzie następne? Winda na Matterhorn? Całym sercem jestem za swobodą podróżowania i korzystania z dobrodziejstw techniki. Sama często jestem turystką w Szwajcarii i poza nią. Alpejskie szczyty wolę jednak oglądać z dołu, a te, na które nie mogę wejść, zwykle zostawiam w spokoju.

Aby zachować dystans do ekspansywnej szwajcarskiej turystyki, dobrze jest czasem pojechać w miejsca, o których nie pisze się na pierwszych stronach przewodników. Zamiast szukać punktów widokowych i panoram, posłuchać historii i odkryć, że Szwajcaria ma różne oblicza. Nawet, jeśli nigdy nie wrócę do La Chaux de Fonds, to pozostanie ono jednym z moich tutejszych zaskoczeń. Jestem pewna, że nie ostatnim.

Najbardziej niebezpieczne miejsce w Szwajcarii

ZWILAG_Wrenlingen1

Magazyn Zwilag na brzegu rzeki Aare. Fot. kernenergie.ch

Nie jest to ani winterthurska dzielnica Hegi, gdzie podobno organizują się terroryści, ani nawet obszar najwyższego zagrożenia lawinowego w gminie St. Stephan w Berneńskim Oberlandzie. Najbardziej niebezpieczne miejsce w Szwajcarii znajduje się w pobliżu niewielkiej, zamieszkałej przez niespełna pięć tysięcy osób miejscowości Würenlingen w kantonie Aargau. To tam, na północno-zachodnich peryferiach, tuż nad rzeką Aaare, w ogromnych betonowych halach składowane są odpady ze wszystkich szwajcarskich elektrowni atomowych, a także napromieniowane pozostałości z sektora medycznego, przemysłowego i powstałe przy badaniach naukowych. Łącznie ponad 3,5 tysiąca metrów sześciennych radioaktywnych śmieci.

W Szwajcarii działa pięć reaktorów jądrowych, odpowiadających za ponad 30 proc. wytwarzanej w całym kraju energii. Produktem ubocznym ich pracy są promieniotwórcze śmieci, z którymi trzeba coś zrobić. Do początku lat 80. XX wieku Szwajcarzy, zresztą nie tylko oni, topili odpady u wybrzeży północnego Atlantyku. Nieładnie. Dopiero na początku lat 90. wpadli na pomysł, żeby z radioaktywnymi przedmiotami i substancjami obchodzić się nieco bardziej odpowiedzialnie. Wtedy powstał projekt stworzenia specjalnego magazynu, gdzie składowane będą odpady pochodzące m.in. z elektrowni.

Budowa Zwilag, bo tak się nazywa to specjalne wysypisko, ruszyła w 1996 roku, kilka lat po tym, jak mieszkańcy Würenlingen większością głosów 214 do 174 zgodzili się na to w przeprowadzonym referendum. Samo postawienie i wyposażenie hal kosztowało 500 mln franków (koszty przechowywania atomowych śmieci są wliczone w rachunek za energię), a pierwszy transport z elektrowni trafił do stacji w połowie 2001 roku. Dlaczego padło akurat na Würenlingen? Ze względów logistycznych. Trzy z pięciu reaktorów znajdują się w niewielkiej odległości od miasteczka. Jak Szwajcarzy przewożą atomowe śmieci? Zazwyczaj pociągiem. Wygląda to mniej więcej tak, jak na zdjęciu poniżej. Terminy i trasy przejazdu niecodziennego załadunku trzymane są w tajemnicy.

teaserbreit.jpg

Radioaktywni pasażerowie. Fot. Greenpeace za 20min.ch

Co się dzieje ze śmieciami, które trafiają do Zwilag? To zależy, czy są wysoce czy nisko radioaktywne. Te pierwsze, np. odpady powstałe w wyniku wypalania paliwa jądrowego, pakuje się już przed ich transportem do wysokich na 6 metrów i ważących ok. 140 ton stalowych pojemników, które są ponoć tak wytrzymałe, że przetrwają nawet trzęsienie ziemi czy uderzenie samolotu. Ani jednego ani drugiego w Szwajcarii nie można wykluczyć. Codziennie ziemia trzęsie się tutaj ok. dwa-trzy razy, z czego rocznie tylko 10-15 takich ruchów jest na tyle silnych, że możemy je poczuć. A katastrofy samolotu? Tak się składa, że ostatnia, w 1970 roku, w której zginęło 47 osób zdarzyła się niedaleko miejsca, gdzie dzisiaj stoi Zwilag. Jeśli więc chodzi o kontenery z atomowymi odpadami, trzeba dmuchać na zimne.

Wbrew pozorom i tytułowi tego tekstu, Zwilag uchodzi za najbezpieczniejszy budynek w całej Szwajcarii. Wszystko przez standardy i procedury, których należy tam przestrzegać, obchodząc się z radioaktywnym załadunkiem. Przykładowo, pojemniki z wysoce promieniotwórczą zawartością, np. z prętami paliwowymi, które trafiają do magazynu w Würenlingen, są tam następnie przepakowywane przez specjalne roboty „z zastosowaniem środków bezpieczeństwa na najwyższym poziomie”, a na koniec umieszczane w pomieszczeniu izolowanym tak, że – jak zapewnia Zwilag – nie są w stanie nikomu i niczemu zaszkodzić. W wysoce wyspecjalizowanym magazynie pracuje niewielu ludzi, bo wszystko co się da jest tam zautomatyzowane.

Część odpadów o niskiej promieniotwórczości (stanowiące ponad 90 proc. wszystkich magazynowanych w Zwilag) po uprzedniej dekontaminacji, czyli odpromieniowaniu, staje się normalnymi śmieciami i podlega recyklingowi. Inne, które nadają się do spalania, wrzucane są w beczce do pieca plazmowego. To najbardziej innowacyjna metoda na świecie, która nie zmniejsza co prawda radioaktywności, ale redukuje objętość, dzięki czemu można odpady potem łatwiej składować. W ubiegłym roku udało się w ten sposób ograniczyć liczbę beczek ze śmieciami z 638 do 155. Jest to bardzo ważne, ponieważ przestrzeń w Zwilag jest ograniczona, a odpadów stale przybywa.

W 2016 roku magazyn składował pochodzące z reaktorów jądrowych resztki o łącznej objętości ponad 2 tys. metrów sześciennych. W najbliższych latach elektrownie atomowe mają być w Szwajcarii stopniowo zamykane. Likwidacja pierwszej z nich, w Mühleberg, ma ruszyć już w tym roku. Szacuje się, że w wyniku rozbiórki wszystkich tych obiektów zostanie ok. 100 tysięcy metrów sześciennych śmieci, co zapełniłoby halę dworca głównego w Zurychu.

03

Beczki z odpadami promieniotwórczymi. Fot. zwilag.ch

Choć nazywany składowiskiem tymczasowym, Zwilag będzie musiał gromadzić odpady z elektrowni jądrowych jeszcze przez dobrych kilka dekad, zanim Szwajcarzy nie znajdą odpowiedniego miejsca i nie wywiercą głębokiego podziemnego wysypiska, gdzie śmieci spoczną na wieczność. Wytypowano już trzy potencjalne lokalizacje – wszystkie w północno-wschodniej części kraju, w kantonach Argau, Zurych i Thurgau, tuż przy granicy z Niemcami.

Zakopywanie emitujących promieniowanie odpadów setki metrów pod powierzchnią ziemi na setki tysięcy lat na pewno nie jest rozwiązaniem idealnym, ale świat do tej pory lepszego nie wymyślił. Zanim doczekamy się podziemnego cmentarzyska atomowego w Szwajcarii minie jeszcze pewnie kilka dekad i odbędzie się co najmniej kilka referendów, ale nawet jeśli ono kiedyś powstanie, to nie znaczy, że Zwilag przestanie istnieć.

Ponieważ atomowe śmieci emitują ciepło (wspomniane pręty paliwowe nawet do 300 stopni Celsjusza), to zanim trafią na cmentarz i tak będą najpierw musiały przez ok. 30-40 lat leżakować w poczekalni. Zwilag uspokaja, że kontenery, w których zamykane są odpady mogą bezpiecznie składować tego typu nieczystości nawet przez sto lat, a ich szczelność jest regularnie kontrolowana.

Jak praca w Zwilagu wygląda od kuchni, możecie zobaczyć na 10-minutowym filmie, dostępnym w języku angielskim, niemieckim albo francuskim.

Zwilag – A look behind the scenes from Zwilag on Vimeo.

Możecie też odwiedzić magazyn w Würenlingen  i na własne oczy zobaczyć te wszystkie przypominające ogromne kanki na mleko pojemniki z niebezpieczną zawartością. Zwilag organizuje zwiedzanie z przewodnikiem dla grup od 8 do 20 osób. Więcej informacji i rezerwacja tutaj: http://www.zwilag.ch.

Na koniec jeszcze jedna rzecz, bo zastanawiacie się pewnie, jak się mieszka koło takiego atomowego wysypiska śmieci? Otóż, na bogato. Gmina Würenlingen za to, że zgodziła się przyjąć na swoje terytorium tak wątpliwą atrakcję otrzymuje od Zwilag rocznie prawie 2 mln franków. Jak widać, nawet strach przed promieniowaniem ma swoją cenę.