Kto bogatemu zabroni, czyli ile i na co wydaje się w Szwajcarii

Swiss-franc

Fot. Shutterstock

W Szwajcarii o pieniądzach się nie rozmawia. Pieniądze się ma. Choć regularnie publikowane przez urzędników liczby rzucają nieco światła na finanse Helwetów, to jak twierdził brytyjski polityk Benjamin Disraeli, istnieją trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, okropne kłamstwa, statystyki.

Wiadomo, że podawane średnie wartości, zwłaszcza w kraju z tak wysokim odsetkiem milionerów, to tylko pewna iluzja, dająca nam złudzenie, że wiemy coś więcej o przeciętnym obywatelu. Niemniej jednak oficjalne dane istnieją i to one – czy tego chcemy, czy nie – rozpalają wyobraźnię mediów, wpływają na działania polityków i kształtują wizerunek kraju w świecie.

Federalne Biuro Statystyczne regularnie zagląda obywatelom do portfeli i ujawnia zarobki oraz wydatki Szwajcarów. I to właśnie z uwagi na wydatki postanowiłam zainteresować Was tymi wyliczeniami. Mam wrażenie, że w kontekście życia w Szwajcarii, za dużo mówi się o zarobkach, a za mało o kosztach utrzymania i o tym, na co przeznacza się pieniądze. Dlatego teraz, krok po kroku, pokażę Wam, ile i na co wydają miesięcznie mieszkańcy jednego z najbogatszych krajów na świecie.

Według danych za 2016 r. (najświeższych dostępnych), przychody przeciętnego gospodarstwa domowego w Szwajcarii (2,2 osoby) to 10 033 CHF miesięcznie. Z czego:

  • ponad jedną czwartą zjadają podatki, obowiązkowe transfery socjalne i ubezpieczenia (m.in. składki na podstawowe ubezpieczenie zdrowotne)

Po odliczeniu niezbędnych zobowiązań, w domowym budżecie zostaje miesięcznie 7 124 CHF. Z czego:

  • 578 CHF wydaje się średnio na dodatkowe ubezpieczenia (np. na uzupełniającą polisę zdrowotną, która obejmuje m.in. koszty transportu karetką) oraz darowizny (te można odpisać od podatku)
  • najwyższą pozycję w wydatkach zajmują opłaty związane z mieszkaniem i rachunkami za energię, miesięcznie to prawie 1,5 tys. CHF
  • na drugim miejscu są koszty transportu, które pochłaniają średnio 770 CHF

Tym sposobem rozeszło się nam już 40 proc. budżetu do dyspozycji na cały miesiąc. Reszta zostaje na bieżące wydatki, takie jak między innymi:

  • żywność i napoje – średnio 632 CHF (dodając alkohol i papierosy to 738 CHF)
  • wyjścia do restauracji i pobyty w hotelach – 584 CHF
  • wyjścia do kina, teatru, na koncert, czyli rozrywka i kultura – 542 CHF
  • wyposażenie i utrzymanie mieszkania – 234 CHF
  • ubrania i buty – 210 CHF

Wszystkie miesięczne wydatki sumują się do ponad 5,8 tys. CHF, co oznacza, że na koniec statystyczne gospodarstwo domowe jest w stanie jeszcze całkiem sporo odłożyć.

Oczywiście, tak to wygląda w idealnym świecie statystyki. Sami urzędnicy przyznają w raporcie, że prawie 60 proc. szwajcarskich gospodarstw dysponuje budżetem niższym niż średnie 7 124 CHF, a ci, którzy mają poniżej 5 tys. CHF nie są w stanie oszczędzać pieniędzy, więc w przypadku niespodziewanych dodatkowych wydatków muszą się zapożyczać.

Są dwie rzeczy, które wydają mi się w tych liczbach szczególnie ciekawe. Po pierwsze, szwajcarska paranoja ubezpieczeniowa, którą widać w wysokości wydatków na wszelkiego rodzaju polisy. Po drugie, struktura wydatków, gdzie na ciuchy (które w Szwajcarii są relatywnie tanie) czy na wyposażenie mieszkania wydaje się znacznie mniej niż na kulturę i szeroko pojęte życie towarzyskie.

Domyślam się, że to nie tylko kwestia ceny, ale też modelu konsumpcji, który odzwierciedla poziom społecznego dobrobytu i kapitalizm oparty bardziej na korzystaniu z usług niż gromadzeniu przedmiotów. Statystyczny Szwajcar, zamiast kupować nowy telewizor co rok czy każdej zimy wymieniać buty na aktualny model, woli częściej pójść ze znajomymi na kolację albo wyjechać na weekend w góry. Do tego dochodzi jeszcze kwestia starzenia się szwajcarskiego społeczeństwa. W teorii, im człowiek starszy, tym bardziej powściągliwy w konsumpcji, choć jak patrzę na tutejszych emerytów rozbijających się po knajpach, zastanawiam się, czy to nie oni właśnie nakręcają ten szwajcarski dobrobyt.

Ponad tysiąc franków miesięcznie na chodzenie do restauracji i teatrów? Idealnie. Szkoda, że to tylko ta mydląca wszystkim oczy statystyka.

Na koniec, żeby nie było tak poważnie, jeden z setek żartów na temat słynnego szwajcarskiego bogactwa.

48f2439338a257c2344b4c8b4b177d9c15e9a848e5fd5166b6ace33b48442625

quickmeme.com

Anielica stróżka

Nana Zürich HB

Fot. Zürich Tourismus

Choć nie ma twarzy, wygląda jakby się uśmiechała. Patrzy z góry – na robiących jej zdjęcia turystów, podróżnych czekających na pociąg, ludzi goniących do pracy i tych, którym się nigdzie nie spieszy. Jej dom to hala główna dworca. Ponad pięć tysięcy metrów kwadratowych – nieźle, nawet jak na Zurych.

Ci, co ją znają, już się przyzwyczaili. Wiedzą, że tam jest, ze swoim wydatnym biustem i zalotnie podkurczoną nogą, ale rzadko posyłają jej dłuższe spojrzenie. Wtopiła się w halę, w dworzec, wreszcie – w miasto. Cicha świadkowa codzienności.

Ma na imię Nana i jest imigrantką. Przyjechała z daleka, bo aż z Nowego Jorku. Właściwie to została stamtąd przywieziona, w trzech częściach. Najpierw statkiem do Rotterdamu, później dużą ciężarówką do Bazylei, wreszcie trafiła do swojego nowego domu – Zurychu. Długa droga.

Nie było łatwo, w końcu waży ponad tonę, co przy jedenastu metrach wzrostu stanowi sporą nadwagę. Szwajcarzy nie od razu ją polubili, krytykowali szerokie biodra, nazywali grubaską. Mówili, że nie pasuje, bo jest zbyt kolorowa. Nana się tym nie przejmuje, w końcu ma być symbolem wyzwolonej i pewnej siebie kobiecości.

Tak w ogóle to jest prezentem urodzinowym. Jej twórczyni, Niki de Saint Phalle, podarowała ją zuryskiemu dworcowi na 150. jubileusz otwarcia. Niki, artystka malarka, Francuzka wychowana w Ameryce, miała męża Szwajcara (też artysta, Jean Tinguely, może znacie), stąd ten sentyment do kraju.

I tak Nana mieszka w Szwajcarii już od ponad 20 lat. Jest jej dobrze, czuje się zadbana. Co trzy miesiące przecierają kurz z jej kolorowej sukienki i złotych skrzydeł. Lubią porządek. Mimo to zauważa pierwsze oznaki starzenia się. Najgorszy jest tłuszcz. Cała się od niego lepi. Czy oni naprawdę muszą jeść tyle tego sera i kiełbasy?

Ostatnio zrobili jej lifting. W dzisiejszych czasach trzeba wcześnie zacząć. Jedyne, czego się boi, to że kiedyś wstawią ją pod wodę i wtedy straci wszystkie kolory. Taka wyblakła nie byłaby już sobą.

Czy chciałaby zostać tu na zawsze? W sumie to nawet jej się podoba. Na dworcu cały czas coś się dzieje, nie ma nudy. Tylko ta tęsknota za siostrami. Są rozsiane po całym świecie: Paryż, Hamburg, Nowy Jork. Jedna niedaleko, bo w Chur, godzinę piętnaście pociągiem, ale rzadko się odwiedzają.

Decyzja i tak będzie należała do nich, miejscowych. Sprowadzili ją tu, żeby strzegła podróżnych. Pół miliona ludzi dziennie to kupa roboty. Czasem jest już tym wszystkim bardzo zmęczona, ale przecież nie będzie się mazać. Anioły nie płaczą.

Miejsce dla tych, co się lubią bać

DSC08393

Mürren, widok na szczyt Eigeru. Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Gotowa? – pyta pilot Chris i sprawdza ostatnie zapięcia. Yyyyy, to już? No tttak.. Ok, to biegniemy. Raz, dwa, trzy.. hop! 

Plączą mi się nogi i nawet nie czuję, jak wzbijamy się w powietrze. Dolinę Lauterbrunnen pokrywa mgła, więc mam wrażenie, jakbym zanurkowała w mleku. Po chwili biel rzednie i wyłaniają się z niej jasne, pionowe skały, a w oddali widać kontury ośnieżonych szczytów. Słońce razi w oczy, a wiatr nie oszczędza nogawek spodni. Mijają mnie ptaki. Mówię Chrisowi, że to mój pierwszy lot paralotnią. – Nie mogłaś trafić lepiej – odpowiada.  

Jesteśmy w Mürren, w Berneńskim Oberlandzie. To tutaj pielgrzymują poszukiwacze adrenaliny: basejumperzy, skoczkowie spadochronowi, paralotniarze, wspinacze i miłośnicy rowerowego downhillu. Niech Was nie zwiedzie wizerunek małego, uroczego, odciętego od cywilizacji (przynajmniej tej w postaci samochodów) miasteczka. Zawieszona (dosłownie!) na klifie nad doliną Lauterbrunnen wioska to idealne miejsce dla amatorów większego i mniejszego ryzyka.

DCIM100GOPROGOPR1551.

Lot nad doliną Lauterbrunnen. Fot. AirTime Paragliding

Mürren to właściwie jedna szkoła, dwie ulice, dwa kościoły i kilka hoteli. Wystarczy dla mieszkających tu na co dzień 415 osób i szukających oddechu turystów. Pod koniec września, mimo że pogoda dopisuje, jest tu wyjątkowo spokojnie. Główną ulicą snują się ci, którzy mieli cierpliwość, aby się do Mürren dostać, bo położone na 1650 m npm miasteczko jest zamknięte dla ruchu drogowego. Dojazd z Lauterbrunnen, najpierw gondolą do Grütschalp, a stamtąd kursującą od 1891 roku kolejką górską, zajmuje ok. 20 minut. Przejażdżka sama w sobie jest już atrakcją i daje nam pełną gamę widoków na słynne szwajcarskie szczyty: Eiger, Mönch i Jungfrau.

Położone u podnóża Schilthornu Mürren na pierwszy rzut oka właściwie niczym się nie różni od innych alpejskich miasteczek. Drewniane domy przystrojone obowiązkowymi geraniami, restauracje serwujące fondue i inne szwajcarskie specjały, sklepy ze sprzętem narciarskim i butami do górskich wycieczek. Górski kurort, jakich w Szwajcarii wiele. Co, a raczej kto sprawił, że stał się mekką wielbicieli sportów ekstremalnych? Brytyjczycy. 

Zaczęło się od pewnego angielskiego dżentelmena. Arnold Lunn, wysłany zimą do Szwajcarii przez swojego ojca, właściciela biura podroży, trafił do Mürren. Był początek lat 20. XX wieku, a Lunn, miłośnik sportów zimowych, szukał idealnego miejsca dla przetestowania reguł swojej nowej koncepcji – zjazdu na nartach slalomem. Strome stoki alpejskiego miasteczka perfekcyjnie nadawały się do białego szaleństwa. W 1922 roku Lunn zorganizował w Mürren pierwszy slalom narciarski, a dziewięć lat później – mistrzostwa świata w tej dyscyplinie.

Dzięki Brytyjczykowi, który doczekał się tam nawet pomnika, alpejska wioska stała się kolebką narciarstwa ekstremalnego, a tzw. Inferno Race odbywa się tam do dzisiaj, co roku w styczniu. To największy amatorski zjazd narciarski na świecie ze startem pod szczytem Schilthornu (2790 m npm) i metą w dolinie Lauterbrunnen. Zawodnicy mają do pokonania „diabelską” trasę o długości 14,9 km i przewyższeniu 1990 m. Obecnemu rekordziście zjazd zajął niewiele ponad 13 minut. W przyszłym roku zawody odbędą się po raz siedemdziesiąty szósty.

DSC08398

Kręci się w głowie już od samego patrzenia. Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Drugi Brytyjczyk, który wywrócił spokojne życie mieszkańców Mürren do góry nogami i na stałe wpisał się w charakter miejscowości, nazywał się Bond. James Bond. A właściwie George Lazenby, który debiutując w roli 007 (w rezultacie zagrał Bonda tylko raz) przybył wraz z ekipą kręcącą film „W służbie Jej Królewskiej Mości” nie gdzie indziej tylko w Alpy Berneńskie.

Tak się złożyło, że kiedy reżyser Peter R. Hunt wraz z producentami szukał dogodnej górskiej siedziby dla filmowego przeciwnika Bonda, Blofelda, na Schilthornie trwała akurat budowa kolejki linowej, której zwieńczeniem miała być obrotowa restauracja na szczycie góry. Projekt realizowany był z rozmachem i wyceniany wówczas (pocz. lat 60. XX wieku) na 30 mln franków. Budżet jednak szybko topniał, a końca budowy nie było widać. Wtem.. „O, mister Bond, spodziewaliśmy się Pana”. Szpieg pojawił się w najlepszym możliwym momencie. Budowę dokończono już zgodnie z wizją producentów filmu, restauracja Piz Gloria stała się planem dla przygód agenta 007, a Mürren bazą dla 120-osobowej ekipy filmowców, którzy urzędowali w Hotelu Palace od października 1968 r. do maja 1969 r.

Piz Gloria, jak się pewnie domyślacie, przyciąga tłumy turystów z całego świata. W wielu emocje (wyrażane głośnym „woooooow”) budzi już sam stromy wjazd gondolą. Wykorzystujące Bonda do granic komercyjnych możliwości miejsce jest z rodzaju tych, które warto zobaczyć, ale raz wystarczy. Choć przyznam, że śniadanie na 2970 m npm to coś wyjątkowego, a widoki.. sami zobaczcie.

DSC08602

Widok ze szczytu Schilthornu. Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Mnie, jako szeroko znaną w wąskich kręgach adrenaline freak, o wiele bardziej ciekawiło to, co znajduje się jedną stację niżej niż szczyt Schilthornu, w Birg. To tam, na wysokości 2677 m można się udać na spacer z dreszczykiem. Przyklejona do skał metalowa konstrukcja Thrill Walk to atrakcja dla ludzi o mocnych nerwach. Między stawianiem ostrożnych kroków po linie, tuptaniem po szklanej podłodze a czołganiem się w rurze nad przepaścią warto czasem przystanąć i rozejrzeć się dookoła. Już sam widok przyprawia tu o zawrót głowy.

Oczywiście, Thrill Walk to wciąż tylko zabawa dla turystów. Do Mürren i okolic zjeżdżają  również miłośnicy nieco bardziej ryzykownych zabaw. Dolina Lauterbrunnen, kultowe miejsce dla basejumperów, ze względów na liczbę śmiertelnych wypadków podczas uprawiania tego ekstremalnego sportu, zyskała już nawet miano „doliny śmierci”. Przy okazji sprawdziłam, że w latach 2000-2016 w całej Szwajcarii zginęło 78 basejumperów. Niemal dwa razy więcej śmiertelnych wypadków zdarzyło się w tym czasie podczas lotów paralotnią.

DSC08658

A Wy weszlibyście do takiej rury? Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Nikomu nie polecam rzucania się od razu w przepaść. W Mürren znajdą coś dla siebie także początkujący amatorzy podwyższonego ciśnienia. Można na przykład zacząć przygodę ze wspinaczką na tutejszej dobrze zabezpieczonej via ferracie. Nie zapomniano też o fanach dwóch kółek w wersji górskiej. Freeride z puntem startowym w Grütschalp to oznaczona kolorem czerwonym trasa o przewyższeniu 600 m i średnim nachyleniu 20 proc., na której można poćwiczyć technikę zjazdu. Raczej dla doświadczonych downhillowców.

Mürren promuje się w świecie hasłem „urig und echt”, podkreślając, że jest autentyczne i zachowane w niezmienionym stanie. Ja zapamiętam tę część Szwajcarii raczej jako miejsce, gdzie dla każdego znajdzie się.. coś strasznego.

Atrakcje Mürren i okolic miałam przyjemność odkrywać na zaproszenie Switzerland Tourism, organizacji działającej przy Ambasadzie Szwajcarii w Polsce. Więcej informacji na www.myswitzerland.com. 

Albo dzieci, albo kariera – czy Szwajcaria jest prorodzinna?

23-86442094-23-86368763-1486109396

Fot. svz.de

Aby spróbować odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule, muszę zacząć od tego, co rozumiem przez prorodzinność. Prorodzinny jest kraj, który swoim ustawodawstwem i działaniami wspiera rodziców w łączeniu posiadania potomstwa z aktywnością zawodową. Kobieta w kraju prorodzinnym nie musi wybierać: rodzina albo praca, ale korzysta z rozwiązań systemowych, pozwalających jej na spełnianie się w macierzyństwie oraz poza nim. Ma możliwość, jeśli chce, łączenia wielu społecznych ról.

Kraj prorodzinny to taki, w którym politycy swoimi działaniami nie przymuszają do rodzenia dzieci, ale ułatwiają ich posiadanie, kariera nie jest zarezerwowana wyłącznie dla bezdzietnych, a rodzicielstwa i radzenia sobie z jego organizacją (m.in. opieki nad dzieckiem) nie traktuje się, jak prywatnej sprawy samych rodziców. 

Po rozmowach z matkami i ojcami, którzy przybyli tutaj z innych krajów oraz opierając się na własnych obserwacjach, dochodzę do wniosku, że Szwajcaria z prorodzinnością radzi sobie kiepsko. Oto kilka przykładów, dlaczego. 

Krótki urlop macierzyński 

Pracującej kobiecie po urodzeniu dziecka przysługuje w Szwajcarii 14 tygodni płatnego (80 proc.) urlopu macierzyńskiego. Czy to mało? Matki, z którymi rozmawiałam, zgodnie twierdzą, że tak. Tymczasem jest to dokładnie tyle, ile rekomenduje Unia Europejska (do której Szwajcaria nie należy). W Europie znajdziemy kilka krajów, gdzie podstawowy płatny urlop po urodzeniu dziecka trwa jeszcze krócej, np. Portugalia i Hiszpania (6 tyg.), Niemcy (8 tyg.), Belgia (9 tyg.) czy Holandia (10 tyg.). 

W tych krajach jednak matkom przysługuje również prawo do wolnego przed przyjściem na świat potomstwa (np. w Hiszpanii aż 10 tygodni), a kiedy macierzyński się kończy, kobiety często mają możliwość zostania z dzieckiem dłużej (np. wziąć urlop wychowawczy). W Szwajcarii aktywna zawodowo matka, jeśli chce wrócić do pracy, musi zapewnić opiekę swojemu 3,5-miesięcznego maluchowi (urlop można wydłużyć o kolejne dwa tygodnie, ale już bezpłatnie). Wiele kobiet, zwłaszcza karmiących piersią (co w Szwajcarii bardzo się promuje), nie wyobraża sobie rozstania z dzieckiem na tak wczesnym etapie jego rozwoju. Powrót do pracy na cały etat raczej odpada. 

Brak urlopu ojcowskiego 

Szwajcaria lubi być ostatnia we wprowadzaniu równościowych rozwiązań. Kiedyś dotyczyło to praw wyborczych kobiet, dzisiaj urlopów ojcowskich. Walka o te ostatnie toczy się tutaj dopiero od niedawna. Obecnie, w zależności od miejsca pracy i kantonu, pracownikowi, któremu urodziło się dziecko, przysługuje zazwyczaj co najmniej jeden dzień wolny. Ostatnio głośno było o związkach zawodowych w szwajcarskich kolejach SBB, które wywalczyły dla pracowników dwa tygodnie urlopu ojcowskiego. Takich przykładów wciąż jest jednak jak na lekarstwo.  

Ci, którzy dążą do wprowadzenia ustawowego urlopu ojcowskiego, chcą, aby ojcowie mieli prawo do płatnych czterech tygodni po urodzeniu dziecka. Szwajcarscy politycy uważają jednak, że to za dużo, a ich zdaniem szacowane koszty rzędu 420 mln franków nadszarpnęłyby gospodarkę. Dlatego już proponują skrócić nieistniejący jeszcze urlop dla ojców do dwóch tygodni.

Paradoksalnie przeszkodą we wprowadzeniu urlopów ojcowskich mogą się okazać sami mężczyźni. Z badań socjologicznych i komentarzy pojawiających się w dyskusji wynika, że tata-Szwajcar zamiast zmieniać pieluchy, woli robić nadgodziny w biurze. Jeden pan stwierdził nawet, że dziecko jest nudne, dopóki nie skończy trzech lat – dopiero wtedy można z nim np. pograć w piłkę. Szwajcarski model rodziny wciąż jest dość konserwatywny, o czym będę pisać w dalszej części tego tekstu, więc otwarcie się na nowe role nie zawsze przychodzi tutejszym mężczyznom z łatwością. Co nie znaczy, że nie można próbować tego zmienić. 

Droga opieka nad dziećmi 

Temat-rzeka w szwajcarskich dyskusjach o prorodzinności. Słone koszty instytucji opiekuńczych i problemy ze znalezieniem profesjonalnej niani – ile jest w tym prawdy? Obowiązek szkolny w Szwajcarii dotyczy dzieci od 4. roku życia. Wtedy idą one do przedszkola. Matka, która do tego czasu chce być aktywna zawodowo, ma kilka możliwości zapewnienia dziecku opieki w godzinach swojej pracy. Pierwszą z nich jest Kinderkrippe, czyli tutajsze żłobko-przedszkole. Znajdziemy tam dzieciaki zarówno kilkumiesięczne, jak i kilkuletnie. 

Niektórzy szwajcarscy eksperci od wychowania nazywają Krippe parkingiem dla dzieci. Przeważa pogląd, że zanim dziecko skończy dwa lata, posyłanie go do Krippe nie jest dobre. Podobnie, jak zostawianie go tam codziennie od rana do wieczora. Jaki pracodawca będzie czekał na kobietę dwa lata, zanim odchowa ona potomka? Obawiam się, że niewielu. To głównie rozwiązanie dla matek pracujących na część etatu.

Ile kosztuje Krippe? Różnie, w zależności od kantonu i gminy. Sprawdziłam w Winterthur: ceny zaczynają się od 105 CHF za dzień (rodziny o niskich zarobkach mogą starać się o dotacje). Załóżmy, że kobieta pracuje na pół etatu i zarabia 3 tys. CHF miesięcznie. W najtańszym żłobku (3 dni w tygodniu) będzie musiała zostawić niemal połowę swojego wynagrodzenia. Czy w takiej sytuacji opłaca jej się w ogóle pracować? 

Alternatywą dla Krippe jest Tagesmutter, czyli kobieta, która siedzi z własnymi dziećmi w domu i przy okazji zarabia jeszcze na opiece nad cudzymi. Za godzinę takiej usługi liczy sobie średnio 8 CHF, jeśli jest zrzeszona w specjalnej organizacji, prywatnie (w Zurychu) nawet do 15 CHF za godzinę. Dla porównania, niania w tym samym mieście zarabia od 25 do 35 CHF za godzinę. Na koniec, tak popularna w Polsce i innych krajach instytucja babci, to opcja ewentualnie dla Szwajcarów i tych, którzy przyjechali tutaj całymi rodzinami. Większości imigrantów ten komfort nie dotyczy.

Społeczna rola kobiety w Szwajcarii 

W jednym z artykułów (wszystkie źródła poniżej) przeczytałam, że Szwajcaria w ostatnich latach poszła do przodu, jeśli chodzi o prorodzinność, ponieważ  pojawiły się całodzienne szkoły oraz tzw. Mittagstische, gdzie dzieci mogą zostać w porze lunchu. W Szwajcarii to czas, kiedy mali uczniowie przychodzą ze szkoły do domu. Kto musi tam na nich czekać? Zgadnijcie. Tradycyjnie też środowe popołudnia są wolne od szkoły, a dzieci zamiast długich wakacji letnich mają ferie co kilka miesięcy. Kto organizuje im wtedy czas? No właśnie. 

Wszystko w Szwajcarii jest tak zorganizowane, żeby kobieta była przede wszystkim matką, od której oczekuje się, że zakładając rodzinę pożegna się z karierą zawodową. Jeszcze w 1991 roku aż 40 proc. kobiet mających potomstwo nie pracowało wcale. Do dzisiaj ten odsetek znacznie zmalał, ale wciąż wynosi ponad 20 proc. 

Mam też wrażenie, że Szwajcaria jest krajem, gdzie pracy kobiet nie traktuje się poważnie, raczej jak pożyteczne hobby, bo przecież dobrze jest czasem wyjść z domu, poprzebywać z ludźmi, a przy okazji zarobić na kosmetyczkę i fryzjera. Ponad 80 proc. aktywnych zawodowo kobiet pracuje tylko na część etatu. Wśród kobiet bezdzietnych ten odsetek wynosi jedynie 37 procent. 

O kobietach, które wychowują dzieci i próbują pracować na 100 proc. słyszy się bardzo rzadko. Najczęściej podawane są jako przykład wyrodnych matek. Większość prędzej czy później musi zrezygnować. Z pracy. Marzenia o pogodzeniu rodziny i kariery można w Szwajcarii włożyć między bajki. 

Złota klatka

Pewna redaktorka w zuryskiej gazecie przekonywała przewrotnie w swoim felietonie, że szwajcarskie kobiety są wyjątkowymi szczęściarami. Zżymają się na genderową różnicę płac (w Szwajcarii kobiety zarabiają średnio o 600 CHF mniej niż ich koledzy, wykonując tę samą pracę; dyskryminację udowodniono co 10 firmie), a powinny się cieszyć, że stać je (a raczej ich mężów) na zajmowanie się dziećmi w domach, czego wiele kobiet w Europie może im tylko zazdrościć. W dodatku system chroni je na tyle, że w przypadku rozwodu nie zostają z niczym. To raczej mężczyźni idą wtedy z torbami. No i przecież matki mogą pracować na część etatu – szwajcarski rynek pracy jest elastyczny, jak żaden inny. Redaktorka pisze o wolnym wyborze. Mnie na myśl przychodzi raczej złota klatka. 

Mimo wszystko trudno mi jednoznacznie ocenić sytuację tutejszych kobiet. Z jednej strony wiem, że feministki łapią się za głowę. Z drugiej, widzę zadowolone Szwajcarki, które bezstresowo wychowują dzieci i lubią swoją pracę nawet, jeśli traktują ją jak hobby. Toż to ideał work-life balance w praktyce! Szybko jednak zdaję sobie sprawę z tego, że taki system sprzyja tylko jednej grupie kobiet – takim, które na rezygnację z pracy na 100 proc. mogą sobie pozwolić. Co z całą resztą? Co z nami – ekspatkami, migrantkami, pracowniczkami i matkami? Polkami, dla których dwa etaty – w pracy i w domu – to norma? Oddychacie z ulgą w szwajcarskiej klatce?

—————————————————–

Źródła:

http://www.europarl.europa.pl

www.bfs.admin.ch

http://www.stadtwinterthur.ch

www.swissmom.ch

http://www.vaterschaftsurlaub.ch

www.republik.ch

www.familienleben.ch

http://www.nzz.ch (felietony Nicole Althaus)

www.tagesanzeiger.ch 

 

O futbolu i tęsknocie za ojczyzną

Schweiz-Polen

Polska-Kolumbia. Mecz o wszystko. Zebrało się trochę szwajcarskiej Polonii i oglądamy. Wybrzmiewa pierwsza zwrotka hymnu narodowego. Wokół buzują patriotyczne emocje. U mnie ledwo się tlą pod przyciasną koszulką z napisem Polska Euro 2016. Jest mi głupio, bo jak to możliwe, żeby mieszkać za granicą i nie wzruszać się na dźwięk Mazurka Dąbrowskiego? To tak, jakby nie tęsknić za Polską.

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie tęsknię. Czasem tylko dopada mnie w dziwnych momentach, np. kiedy biegnę przez las i przypomina mi się zapach igliwia nad Bałtykiem. Nic tak nie pachnie, jak polskie sosny. Albo kiedy kroję koperek i wraca do mnie wspomnienie rodzinnych weekendów na działce, kiedy byłam dzieckiem. Ostatnio jechałam rowerem i bezwiednie zaczęłam śpiewać kościelną piosenkę o chwaleniu łąk umajonych (sic!), którą zapamiętałam z komunii, choć wcale nie jestem religijna.

Chciałabym obejrzeć „Zimną wojnę” Pawlikowskiego i smutno mi, że nie mogę. Pójść protestować z dziewuchami pod Sejm. Spotkać się ze znajomymi na piwo, tak po prostu, spontanicznie, bez umawiania się miesiąc wcześniej. Zjeść twarożek z rzodkiewką, prawdziwy, w kostce, nie serek wiejski z coopa. Czy to podchodzi pod uczucia patriotyczne?

A może ja po tych czterech latach już się „zeszwajcarzyłam”? Polubiłam ciszę, spokój i punktualność. Interesuję się szwajcarską polityką (o polskiej już nawet nie czytam), głosuję (póki co za pomocą męża) w każdym referendum, nie narzekam na ceny biletów, sprzątam po swoim psie (i po obcych ludziach), maluję biały krzyż na policzku i cieszę się, kiedy Szwajcarzy strzelają gole. Lubię moje wygodne, szwajcarskie życie i nie wyobrażam sobie powrotu do Polski. Może powinnam się wstydzić?

Czytając ostatnio dziennik Andy Rottenberg „Berlińska depresja”, natknęłam się na fragment o szwajcarskim patriotyzmie:

„Cichy szwajcarski patriotyzm zobaczyłam (…) w starannej ochronie pejzażu, powściągliwości w okazywaniu niechęci, konsensusie co do dobra wspólnego, poszanowaniu przeszłości i tradycji, które nie kłóci się ze sprzedawaniem ziemi tym, których inwestycje mogą ożywić gospodarczo jakiś skrawek tego małego kraju. Jasne, Szwajcaria stoi na kapitale gromadzonym od wieków w tutejszych bankach. Lecz nikt, żaden polityk, nawet ten prawicowy nacjonalista (Christoph Blocher – przyp. red.), nie wpadł na pomysł, aby te banki uczynić bardziej szwajcarskimi, a więc aby je „znacjonalizować”, skoro są dochodowe. Więc Blocher będzie głosił swoje poglądy i pokazywał swoją kolekcję (sztuki szwajcarskiej w muzeum Oskara Reinharta w Winterthur – przyp. red.), jedno i drugie publicznie, a Szwajcarzy i tak wybiorą złoty środek. Bo to im się najbardziej opłaci. Nieprzypadkowo ktoś zauważył, że co prawda rewolucjoniści i anarchiści z całego świata spotykali się w kawiarniach Zurychu, lecz bunty wzniecali u siebie.”

Wspomniany Christoph Blocher – ojciec chrzestny populistycznej partii SVP, która właśnie chce zerwać umowę Szwajcarii z Unią Europejską o swobodnym przepływie osób – też ostatnio wypowiedział się na temat patriotyzmu. Chodziło o zachowanie pochodzących z Kosowa szwajcarskich piłkarzy, którzy podczas meczu z Serbią pokazywali przeciwnikom albańskie podwójne orzełki. Rozpętała się burza: czy reprezentantom Szwajcarii wypada demonstrować solidarność z krajem pochodzenia i angażować się w polityczne spory? Przecież grają w szwajcarskich barwach i są opłacani we frankach. Blocher stawia sprawę jasno: to, że mają szwajcarskie paszporty nie oznacza jeszcze, że są Szwajcarami. Dodam tylko, że jeden z piłkarzy urodził się w Szwajcarii, a drugi przyjechał tu z rodziną jako dziecko. Skończyli szwajcarskie szkoły, mówią po szwajcarsku. Kim więc są?

W reakcji na „orzełek gate” padła pewna propozycja ze strony SZPN (Szwajcarski Związek Piłki Nożnej), a mianowicie, żeby ci zawodnicy, którzy naprawdę, całym swoim sercem pragną reprezentować Szwajcarię, zrzekali się podwójnego obywatelstwa. Jeden paszport=jedna ojczyna. Żeby tylko to było takie proste..

Emigracyjny patriotyzm jest skomplikowany i schizofreniczny, niektórych boli, a innych – tak, jak mnie – paraliżuje. Niedługo wybieram się do Polski i spędzę tam prawie cały miesiąc. Ciekawe, czy będę tęsknić za Szwajcarią..

Swoją drogą, tak wyglądałaby reprezentacja Szwajcarii bez tzw. Doppelbürger. Kiepsko. Fot. Blick.

Fussball-Nati2