To nie jest kolejna wizyta w muzeum, czyli dlaczego warto przyjechać do Susch

Droga pociągiem z Zurychu do najdzikszego kantonu Szwajcarii zajmuje około dwóch godzin. W niedzielę przed południem nie ma też dużego ruchu na drogach. Jedyne utrudnienie zimą to czasochłonna i kosztowna (39 CHF za auto w jedną stronę) przeprawa przed tunel Vereina w Klosters. Ale czymkolwiek byśmy nie jechali do Gryzonii, ta podróż będzie jak wyprawa do innego świata. 

5F72A743-6CFA-4AD7-94AB-23819017EF33

Zatrzymujemy się pomiędzy Zernez a Guardą, tuż przy drodze prowadzącej do turystycznego Scuol. Miasteczko, otoczone ośnieżonymi szczytami Alp, jest podobne do wielu innych w tej urokliwej okolicy. Kilka ładnie odnowionych i pobielonych domów z charakterystycznymi dla regionu tradycyjnymi malunkami na elewacjach, kościół, drewniany most przecinający rzekę Inn, która wypływa wiele kilometrów dalej u podnóża Alp Retyckich.

W Susch, gdzie słychać czwarty język narodowy Szwajcarii, a na stałe mieszka ok. 200 osób, nieliczni o tej porze przechodnie kierują kroki w jedno miejsce. Miejsce wyjątkowe, które od ponad roku ubarwia życie lokalnej społeczności i przyciąga ludzi z całego świata. 

Zrekonstruowany budynek browaru z zewnątrz wygląda dość skromnie. W XII wieku był częścią kompleksu klasztornego, stąd chroniona rejestrem zabytków dawna surowość. Muzeum Susch – oznajmiają litery na ścianie, stylem przypominające retoromańskie napisy na okolicznych chatach. Cuda zaczynają dziać się po przekroczeniu progu miejsca, które przez lokalną i zagraniczną prasą zostało już okrzyknięte „mekką” miłośników sztuki nowoczesnej.

To nie jest klasyczne muzeum z salami, odgrodzonymi od człowieka eksponatami i przysypiającym na krześle panem ochroniarzem. Tu jest trochę jak w scenerii z Wiedźmina. Mroczne podziemne przestrzenie, korytarze wykute w skale z charakterystycznego dla regionu minerału amfibolitu, groty gdzie niegdyś przechowywano beczki z piwem, kamienne nacieki i ukryte otwory. Po jednej ze ścian płynie woda, prosto ze źródła, z którego dawniej czerpali browarnicy. Architektura, która jest ultra nowoczesna, a zarazem nawiązuje do tradycji i szanuje naturę – to koncepcja, która bardzo do mnie przemawia. Wnętrza są dopracowane w najmniejszych detalach (nawet kafle w łazience zwracają uwagę), a wydobyty w trakcie przebudowy materiał przerobiono tak, aby posłużył do stworzenia minimalistycznych, pełnych charakteru przestrzeni, które wciąż noszą ślady dawnej użyteczności. Jak tam, gdzie podłogę przecina rynna służąca pierwotnie za kanał wentylacyjny w browarze. Kapelusz z głowy dla architektów i lokalnych rzemieślników.

IMG_1474

Przebudowa budynku i tworzenie dodatkowych pomieszczeń (przestrzeń wystawiennicza liczy 1500 m2) to praca, która trwała dwa lata. Efekt? Przemyślana w najmniejszych szczegółach estetyka sprawia, że równie dobrze mogłoby być to muzeum architektury, sztuka sama w sobie, niezależna od wystawianych w nim prac artystów i artystek. Przyznaje to zresztą sama twórczyni tego miejsca, Grażyna Kulczyk, z którą udało mi się na chwilę spotkać. Przestrzenie budynku wydały jej się na tyle piękne, że właściwie takie puste i surowe mogłyby pozostać. Kolekcję sztuki należało w nich więc umieścić tak, aby jak najlepiej wkomponowana w architekturę nie przysłoniła jej doskonałości. 

I to się udało. Dzieła polskich artystów w stałej ekspozycji – jak Schody Moniki Sosnowskiej czy Narcissussusch Mirosława Bałki – sprawiają wrażenie jakby wrośniętych w przestrzeń muzeum. Jedno z nich budzi we mnie wyjątkowe silne emocje. To bezgłowy tłum Magdaleny Abakanowicz, postaci umieszczone w osobnym, ciasnym, piwnicznym pomieszczeniu, co pokazuje, jak sama przestrzeń może wpłynąć na odbiór sztuki. Dłużej zatrzymałam się też przy instalacji Piotra Uklańskiego „Prawdziwi naziści”. Dwadzieścia lat po słynnej wystawie „Naziści” w warszawskiej Zachęcie, artysta powrócił z serią ponad 200 zdjęć ukazujących tym razem realne, nie aktorskie wcielenia zła.

Mury muzeum w Susch kryją kolekcje, które równie dobrze mogłyby się znaleźć w galeriach Nowego Jorku czy Londynu. Ale to, że są właśnie tutaj, nie jest przypadkowe. W tradycyjnym szwajcarskim miasteczku Grażyna Kulczyk prezentuje sztukę kobiet -zaangażowaną, feministyczną, polityczną, odważną. Mocna wystawa na otwarcie muzeum, zatytuowana „A Woman Looking at Men Looking at Women”, pokazywała dzieła artystek awangardowych, jak Alina Szapocznikow, Birgit Jürgenssen, Mária Bartuszová czy Evelyne Axell. Ta eksperymentalna twórczość, mocno osadzona w czasach, kiedy tradycyjne role społeczne ulegały przewartościowaniu, a cielesność wyzwalała się ze społecznego tabu, to głosy kobiet wybrzmiewające z niespotykaną wcześniej siłą. Później muzeum przypomniało abstrakcyjną twórczość Szwajcarki Emmy Kunz, artystki i uzdrowicielki, tworzącej w latach 40. ubiegłego wieku i zainteresowanej duchowością, naturą i holistycznym podejściem do człowieka. Natomiast otwarta z początkiem tego roku wystawa „Up to and Including Limits: After Carolee Schneemann” to powrót do ciała i seksualności w sztuce. Carolee Schneemann, która zmarła w marcu 2019 roku, to amerykańska artystka, tworząca w latach 60. i 70., jedna z prekursorek sztuki performance. Jej eksperymenty z formą – ciałem jako przekaźnikiem treści inspirowało twórców kolejnych pokoleń i ten dialog wypełnia teraz przestronne pomieszczenia muzeum.

IMG_1480

 

Nie będę udawać, że jest to sztuka dla każdego. Jeśli idziecie do muzeum po to, aby pooglądać landszafty, to w Susch macie je na żywo (można usiąść w przyjemnym bistro i podziwiać przez okna). W bieżącej ekspozycji właściwie nie ma obrazów. Są zdjęcia, instalacje, dużo sztuki performance zarejestrowanej kamerą wideo, twórczości konceptualnej – nieoczywistej, często hermetycznej i niezrozumiałej bez wgłębienia się w kontekst. Czy jest to sztuka kontrowersyjna? Tak i nie. Tak, jeśli zatrzymamy się tylko na nagości i seksie. Nie, jeśli wcześniej poczytamy o artystkach i zorientujemy się, w jakich czasach tworzyły i co chciały wyrazić. Dlatego, aby z wystawy wynieść jak najwięcej, najlepiej byłoby zwiedzić ją z przewodnikiem. Jest natomiast jedna rzecz, którą mogę Wam zagwarantować. To, co zobaczycie w Susch, prowokuje. Do przemyśleń, dyskusji i odkrywania sztuki, która nie jest łatwa i przyjemna.

Po południu w muzeum nieco się zagęszcza. Słychać różne języki, w tym polski. Grażyna Kulczyk przyznaje, że zainteresowanie stworzonym przez nią miejscem jest duże. Są dni, kiedy odwiedza je nawet dwieście osób. Obawy, jak odważną sztukę przyjmą lokalni mieszkańcy, okazały się niepotrzebne. Gryzończycy z wyrozumiałością i zaciekawieniem odbierają to, co dzieje się w ich wiosce. A dzieje się dużo. Poza wystawami odbywają się w Susch wykłady artystów, koncerty, pokazy performance, dyskusje o sztuce. Twórcy przyjeżdżają też na stypendia, bo gdzie indziej jak nie w spokojnym szwajcarskim miasteczku można idealnie odciąć się od świata i w spokoju popracować, mając jednocześnie artystyczny ferment na wyciągnięcie ręki.

IMG_1485

Kiedy popijam kawę w ciepłym, wyłożonym drewnem muzealnym bistro, w którym na ścianach wiszą ryciny Stanisława Witkiewicza, czuję się jakbym przeniosła się do góralskiej chaty gdzieś pod Zakopanem. W mini-sklepie tuż obok kasy biletowej można kupić specjalnie stworzoną dla muzeum biżuterię polskiej projektantki Orskiej (z kamieniami z Susch) i maskotki-wilki od Ugly Toys. Drobne rzeczy, które cieszą miłośników designu i promują polskie rzemiosło w nowoczesnym wydaniu. Proszę o więcej! Jest jeszcze jedna rzecz, która w muzeum Susch sprawia, że rozpływam się jak bałwan na wiosnę. Biblioteka na poddaszu. Jasne drewno, miękkie fotele, książki o sztuce. Mogłabym tam zamieszkać.

Wychodząc do świata po kilku godzinach spędzonych w przestrzeniach muzeum czułam się jak wybudzona po długim śnie. Grażyna Kulczyk powiedziała w jednym z wywiadów, że dla niej jest to miejsce-marzenie. I właśnie dlatego warto się tam wybrać. Żeby kawałek tego marzenia, choć na tych parę godzin, uszczknąć też dla siebie.

Królowa z alpejskim rogiem

eliana-burki-bg-2-l-1024x627

Sesja zdjęciowa do najnowszej płyty „Arcadia” Fot. Eva Müller/eliana-burki.com

Rozwiany blond włos, kolczyk w nosie, mini spódnica i kowbojki, do tego przyciągająca wzrok biżuteria. Ta dziewczyna wygląda jak gwiazda rocka. Tylko, że zamiast gitary przez ramię przewieszony ma alphorn, róg alpejski.

Tradycyjny instrument szwajcarskich górali, który niegdyś służył do zaganiania stada i komunikacji pomiędzy pasterzami, kojarzy się dzisiaj ze szwajcarskim folklorem i atrakcją dla turystów. Żaden świąteczny jarmark, festiwal jodłowania czy wiejskie wesele nie obędą się bez dmuchania w wielką tubę. Wydobywane z niej monotonne dźwięki na stałe wpisały się w alpejski krajobraz i kiedy wydawałoby się, że jeśli chodzi o walory muzyczne, to alphorn niczym już nie może nas zaskoczyć, pojawiła się ona.

Eliana Burki pochodzi z Feldbrunnen w kantonie Solura i zaczynała w wieku sześciu lat, na początku tak jak wszyscy, od grania na festynach ludowych. Ale kurczowe trzymanie się tradycji raczej nie było jej pisane. Już jako nastolatka odkryła blues i jazz, jednak z alpejskim rogiem wcale nie chciała się rozstawać. Nie każdemu się to podobało. Na kolejnych festiwalach jodłowania, w których brała udział, łamała wszystkie zasady, a jurorzy nie zawsze byli wyrozumiali dla jej niecodziennego stylu gry. Muzyczni fundamentaliści pisali skargi do jej rodziców, że alphorniska z duszą rewolucjonistki profanuje narodowy instrument Szwajcarii. Na szczęście więcej było tych, którym podobały się improwizacje w stylu Milesa Davisa na starym dobrym rogu.

Eliana-Burki-Solis-String-Quartet-3-1024x683

Z kwartetem Solis String z Neapolu. Fot. Francesco Truono/eliana-burki.com

Burki zaczęła muzyczną karierę. Najpierw występowała na koncertach w kraju, podczas których na pianinie akompaniowała jej mama. Potem zaczęły się podróże po Europie. W międzyczasie studiowała jazz w Bazylei i nie rozstawała się z alpejskim rogiem.

Z czasem jej muzyczny styl zaczęto nazywać „funky swiss alphorn”, bo łączy muzykę ludową z popem, jazzem, klasyką, a nawet motywami orientalnymi i latynoamerykańskimi. W kraju uchodzi za buntowniczkę. Zamiast ludowego trachtu nosi krótkie spodenki, a jej instrumenty, które sama nazywa „Burki-horn”, są zrobione z karbonu (aby były lżejsze), a nie z drewna, jak nakazywałaby tradycja. Róg alpejski nie jest najłatwiejszy w obsłudze. Dźwięki wydobywa się z niego wyłącznie przy pomocy wdmuchiwanego powietrza i aby wycisnąć z alphornu więcej niż górale, Burki modyfikuje tradycyjną tubę tak, aby bardziej przypominała inne instrumenty dęte. A do tego jeszcze śpiewa.

Najbardziej znana szwajcarska alphornistka dzieli życie między Zurych a Los Angeles. To na amerykańskim rynku jej kariera muzyczna nabrała rozpędu i to tam dziewczyna z Solury jest dzisiaj znana jak żadna inna helwecka gwiazda. Współpracowała m.in. z wytwórnią, która wydaje płyty Norah Jones i z producentem zespołu Queen. Ze swoim zespołem I Alpinisti Burki koncertuje na całym świecie. Występowała jako solistka z orkiestrami z Armenii, Stuttgartu i Zurychu. Prezentowała róg alpejski przed milionową publicznością w Chinach. Była też raz w Polsce, w 2005 roku grała na targach książki w Warszawie.

Angażuje się w ciekawe projekty, zwłaszcza jeśli jej talent może dodatkowo przysłużyć się czemuś dobremu. W 2005 roku zagrała z młodymi pasjonatami alpejskiego rogu w rosyjskiej Republice Baszkorostanu, a wydarzenie odbyło się przy wsparciu Szwajcarskiej Organizacji Współpracy i Rozwoju. Zawsze znajdzie też czas na to, aby w szpitalu dziecięcym w szwajcarskim Davos poprowadzić muzykoterapię dla dzieci chorych na mukowiscydozę.

W czasie wolnym od pracy i pomagania Elena Burki także realizuje się artystycznie, tym razem jako aktorka. Skończyła prestiżową akademię dramatu w Los Angeles i zagrała w filmie we Francji. Sama szyje swoje sceniczne kreacje. Praktykuje też jogę i organizuje wyjazdy medytacyjne. Mówi o sobie, że jest obywatelką świata i nomadką. Gdyby nie poświęciła się muzyce, być może zostałaby weterynarką, bo kocha zwierzęta. Ma dwa psy, Milesa i Lulu.

„Królowa alphornu” w pełni sobie na ten tytuł zasłużyła, ponieważ jak nikt inny wypromowała ten nieco przykurzony instrument w świecie. Pokazała, że można być ambasadorką tradycji, jednocześnie kompletnie się z niej wyłamując. Dzięki niej gra na rogu alpejskim, a przy okazji i Szwajcaria, stały się sexy. Bo przecież hymn narodowy można zagrać i tak..

Więcej informacji o Elianie Burki znajdziecie na jest stronie internetowej http://eliana-burki.com. Fragmenty koncertów i teledyski są dostępne na Youtube.

 

Tajemnica dworcowego zegara

Waży średnio 30 kg i wisi na każdym z ponad 600 dworców kolejowych w kraju. Jest tak słynny, że jako dzieło sztuki wystawiono go nawet w nowojorskim muzeum sztuki nowoczesnej. Mowa o kultowym zegarze szwajcarskich kolei SBB.

Idealnie okrągły, czarno-biały, z kreskami zamiast cyfr. Minimalistyczny. Wyróżnia go charakterystyczny czerwony sekundnik, który nigdy nie odmierza pełnej minuty.

sbb-uhr

Fot. SBB

Historia zegara sięga lat 40. XX wieku, kiedy to Hans Hilfiker, inżynier elektryk, pracownik szwajcarskich kolei otrzymał zadanie ujednolicenia systemu odmierzania czasu na dworcach i zaprojektował zegar, który miał się stać symbolem SBB i szwajcarskiej punktualności. Inspiracją dla czasomierza był ponoć dysk sygnalizujący odjazd pociągu, używany przez maszynistów. Czerwona wskazówka sekundnika została dodana dopiero w 1955 roku.

Licencję na produkcję dworcowych zegarów według projektu Hilfikera otrzymała firma Moser-Baer, która produkuje je do dzisiaj. Siedziba firmy znajduje się w niewielkiej miejscowości Sumiswald w dolinie Emmental. Stamtąd gotowe zegary trafiają na setki dworców w całym kraju. W zależności od wielkości ważą od 20 do 50 kg, a każdy składa się z 15 części. Jak powstaje najsłynniejszy zegar w Szwajcarii, zobaczycie na filmiku.

W połowie ubiegłego stulecia największym wyzwaniem dla kolei była synchronizacja wszystkich zegarów odmierzających czas na dworcach. W tym celu stworzono tzw. master clock, czyli zegar główny, który znajdował się w Zurychu i co minutę nadawał sygnał do wszystkich urządzeń w kraju, zapewniając punktualny i bezpieczny ruch pociągów. Aby przy ówczesnej technologii było to możliwe, czerwona wskazówka sekundnika każdego z dworcowych zegarów musiała „zatrzymać się” na godzinie 12, ucinając nieco z każdej minuty po to, aby przyjąć sygnał z centrali. Następnie czarna wskazówka minutnika przeskakiwała z charakterystycznym dźwiękiem na kolejną kreskę zegarowej tarczy.

Dzisiaj taki mechanizm oczywiście nie jest już potrzebny, ale dla zachowania tradycji, Szwajcarzy wciąż „oszukują czas”, a dworcowe zegary odmierzają minutę w 58 i pół sekundy, sprawiając wrażenie, jakby na chwilę czas stanął w miejscu.

Zegar SBB z charakterystycznym wyglądem stał się wzorem dla dworcowych czasomierzy w całej Europie, symbolem szwajcarskiej punktualności, klasykiem współczesnego wzornictwa i kurą znoszącą złote jajka.

THEM, UHR, BAHNHOFHALLE, REISENDE, TREFFPUNKT, UHREN

Miejsce spotkań pod zegarem na dworcu głównym w Zurychu. Fot. tageswoche.ch

Jako przykład szwajcarskiej sztuki użytkowej wystawiono go m.in. w Muzeum Designu w Londynie i w MoMA w Nowym Jorku. Za licencję na używanie tarczy zegara na swoich telefonach i tabletach firma Apple zapłaciła SBB 20 mln franków, a zuryski producent zegarków Mondaine sprzedaje replikę kultowego dworcowego czasomierza w wersji mini na rękę i większej do powieszenia na ścianie. Niektóre modele odtwarzają nawet tradycyjny mechanizm „stop2go” z zatrzymującą się wskazówką. Cena: od 170 CHF wzwyż. Ciekawostka: z zegarkiem SBB na ręce, wejdziemy za darmo do londyńskiego Muzeum Designu.

Dzisiaj dworcowy zegar jest elementem narodowej tożsamości i flagowym towarem eksportowym Szwajcarii. W 2003 roku znalazł się wśród stu zegarów podarowanych miastu St. Petersburg na 300. urodziny. Zegar otrzymała od Szwajcarii również Norwegia jako prezent z okazji stulecia niepodległości.

Gdybyście mieli ochotę zobaczyć największy dworcowy zegar na świecie, wystarczy, że odwiedzicie stację kolejową Bern Wankdorf. To tam, przed główną siedzibą SBB, podziwiać można tarczę zegara o średnicy siedmiu metrów. Atrakcja kosztowała szwajcarskie koleje, bagatela, 700 tysięcy franków.

1969121_pic_970x641

Największy zegar dworcowy na świecie. Fot. bernerzeitung.ch


Źródła:

https://news.sbb.ch/artikel/82722/der-zeit-voraus

https://tageswoche.ch/allgemein/kultwerk-51-sbb-bahnhofsuhr/

https://www.eda.admin.ch/aboutswitzerland/de/home/dossiers/einleitung—schweizer-uhren/spezielle-uhren–schweizer-bahnhofsuhr.html

https://www.20min.ch/finance/news/story/Diese-SBB-Uhr-kostet-700-000-Franken-13517487

https://ch.mondaine.com

Anielica stróżka

Nana Zürich HB

Fot. Zürich Tourismus

Choć nie ma twarzy, wygląda jakby się uśmiechała. Patrzy z góry – na robiących jej zdjęcia turystów, podróżnych czekających na pociąg, ludzi goniących do pracy i tych, którym się nigdzie nie spieszy. Jej dom to hala główna dworca. Ponad pięć tysięcy metrów kwadratowych – nieźle, nawet jak na Zurych.

Ci, co ją znają, już się przyzwyczaili. Wiedzą, że tam jest, ze swoim wydatnym biustem i zalotnie podkurczoną nogą, ale rzadko posyłają jej dłuższe spojrzenie. Wtopiła się w halę, w dworzec, wreszcie – w miasto. Cicha świadkowa codzienności.

Ma na imię Nana i jest imigrantką. Przyjechała z daleka, bo aż z Nowego Jorku. Właściwie to została stamtąd przywieziona, w trzech częściach. Najpierw statkiem do Rotterdamu, później dużą ciężarówką do Bazylei, wreszcie trafiła do swojego nowego domu – Zurychu. Długa droga.

Nie było łatwo, w końcu waży ponad tonę, co przy jedenastu metrach wzrostu stanowi sporą nadwagę. Szwajcarzy nie od razu ją polubili, krytykowali szerokie biodra, nazywali grubaską. Mówili, że nie pasuje, bo jest zbyt kolorowa. Nana się tym nie przejmuje, w końcu ma być symbolem wyzwolonej i pewnej siebie kobiecości.

Tak w ogóle to jest prezentem urodzinowym. Jej twórczyni, Niki de Saint Phalle, podarowała ją zuryskiemu dworcowi na 150. jubileusz otwarcia. Niki, artystka malarka, Francuzka wychowana w Ameryce, miała męża Szwajcara (też artysta, Jean Tinguely, może znacie), stąd ten sentyment do kraju.

I tak Nana mieszka w Szwajcarii już od ponad 20 lat. Jest jej dobrze, czuje się zadbana. Co trzy miesiące przecierają kurz z jej kolorowej sukienki i złotych skrzydeł. Lubią porządek. Mimo to zauważa pierwsze oznaki starzenia się. Najgorszy jest tłuszcz. Cała się od niego lepi. Czy oni naprawdę muszą jeść tyle tego sera i kiełbasy?

Ostatnio zrobili jej lifting. W dzisiejszych czasach trzeba wcześnie zacząć. Jedyne, czego się boi, to że kiedyś wstawią ją pod wodę i wtedy straci wszystkie kolory. Taka wyblakła nie byłaby już sobą.

Czy chciałaby zostać tu na zawsze? W sumie to nawet jej się podoba. Na dworcu cały czas coś się dzieje, nie ma nudy. Tylko ta tęsknota za siostrami. Są rozsiane po całym świecie: Paryż, Hamburg, Nowy Jork. Jedna niedaleko, bo w Chur, godzinę piętnaście pociągiem, ale rzadko się odwiedzają.

Decyzja i tak będzie należała do nich, miejscowych. Sprowadzili ją tu, żeby strzegła podróżnych. Pół miliona ludzi dziennie to kupa roboty. Czasem jest już tym wszystkim bardzo zmęczona, ale przecież nie będzie się mazać. Anioły nie płaczą.