Szwajcarski dwugłos #1 Hip hop czy jodłowanie

DIGI5x7templateHORIZ

„Szwajcarski dwugłos” to seria pytań i odpowiedzi, w której autorzy blogów I’m Not Swiss – Agnieszka Kamińska i Swiss Tales – Lambert Król wypowiadają się na różne tematy związane ze szwajcarską rzeczywistością. Na początek pięć trudnych wyborów.

Poniżej przeczytacie moje odpowiedzi na pytania, a jeśli jesteście ciekawi, co myśli Lambert, zapraszam na jego bloga (link na końcu tekstu). Kolejny odcinek serii już wkrótce.

Szwajcarska muzyka: jodłowanie czy hip hop?

Odkąd odkryłam radio SRF Virus, niemal codziennie pracuję przy dźwiękach szwajcarskiej muzyki i to nie tej najbardziej popularnej. Na początku rapowe i hip hopowe numery wykonywane w dialekcie (zwłaszcza tym z Berna) były dla mnie bełkotem i w najlepszym wypadku powodowały niekontrolowane ataki śmiechu. Im cześciej jednak ich słuchałam, tym bardziej zaczęłam się przekonywać do ich specyfiki. To ciekawy sposób na zapoznanie się z różnymi odsłonami języka mówionego. Zainteresowanym polecam m.in. Gleis Zwei z Zurychu, Sektion Kuchikäschtli z Gryzonii, Greis z Lozanny czy młodego i bardziej popowego NEMO z Berna. Poza oczywiście najbardziej znanym i lubianym Bliggiem. Co zaś do jodłowania.. Od dawna odgrażam się mężowi, że zapiszę się do Jodelklub i zostanę prawdopodobnie pierwszą jodłującą Polką w historii Szwajcarii ;) Kiedyś dotrzymam słowa.

Szwajcarska kuchnia: fondue czy raclette?

Któregoś razu odwiedzili nas przyjaciele z Polski i w planach obowiązkowo było fondue. Polacy postanowili jednak urozmaicić tradycyjną (!) szwajcarską (!) potrawę, maczając w serze oprócz chleba także – o zgrozo! – ziemniaki, paprykę, kalafior i inne wynalazki. Z przerażeniem obserwowałam coraz bardziej blednącą twarz mojego męża. Na koniec wyżerki goście zgodnie stwierdzili, że z chlebem jednak smakuje najlepiej. Triumf w oczach Szwajcara – bezcenny. Choć lubię fondue, jestem w stanie jeść je góra raz, dwa razy do roku (popite dużą ilością wina) i zazwyczaj po kilku chlebkach mam dosyć. Raclette, z racji tego, że jest to danie bardziej urozmaicone (ziemniaki, ogóreczki i inne piklowane warzywa) bardziej odpowiada moim smakom.

Niemiecki: wysoki czy szwajcarski?

Zdecydowanie niemiecki. Kiedy przyjechałam do Szwajcarii, musiałam nauczyć się języka od zera, co kosztowało mnie dużo czasu, energii i pieniędzy. Pewnie dlatego teraz tak cenię sobie jego znajomość i nie za bardzo chciałabym deformować wymowy dialektowymi łamańcami. Zresztą bawią mnie przyjezdni pocący się nad tymi wszystkimi „üüä”, „tschtsch”, „chäsch”, „üet”, „isch”, „hää”.. Hure Schiissdräck! Tylko przekleństwa wydają mi się godne uwagi ;) W Szwajcarii przecież wystarczy tylko rozumieć język mówiony, aby z powodzeniem funkcjonować zarówno w pracy ze Szwajcarami, jaki i sytuacjach prywatnych. Wcale nie trzeba się silić na udawanie Heidi. Choć dialekty są dla mnie fascynujące, często zabawne, czasem absurdalne (np. moje ulubione słowo „bö”, które oznacza „nie wiem” – koniecznie wypowiadane ze wzruszeniem ramionami), to pozostaną raczej lokalnym folklorem, niż językową ambicją.

Szwajcarskie miasta: Zurych czy Bazylea?

Zurych, Zurych, Zurych. Kompaktowy, ale z wielkomiejską atmosferą. Bogaty, ale miejscami brudnawy i alternatywny. Z tradycjami, ale wielokulturowy i nowoczesny. Choć to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, to odkryłam swoje miejsca i teraz zawsze chętnie tam bywam. Jezioro jest oczywiście centrum wszelakich aktywności, jednak ja znacznie bardziej wolę np. okolice Hardbrücke i ich pofabryczny klimat czy Langstrasse, gdzie w azjatyckich budach krawaciarze siedzą obok bezdomnych. Kiedyś marzyłam o tym, żeby zamieszkać w Zurychu. Teraz mi przeszło i doceniam moje skromniejsze, ale też bardzo ciekawe Winterthur. W Bazylei byłam póki co raz, więc nie zdążyłyśmy jeszcze zbudować silniejszej relacji.

Szwajcarski sport: Federer czy Amann?

Roger Federer – niekwestionowany król Szwajcarii i moja platoniczna miłość. Na koncie 20 wygranych Grand Slamów, 8 Wimbledonów, 6 Australian Open i 5 US Open. W wieku 37 lat, po dwudziestu latach kariery, wciąż numer 3 w światowym tenisie. Choć wiem, że to w dużej mierze jego medialny wizerunek, to pomijając jego wielkość, Federer wydaje się po prostu sympatycznym gościem. Świadczy o tym choćby fakt, że co roku na zakończenie turnieju tenisowego w Bazylei (tam Federer zaczynał jako ball boy) funduje pizzę łapaczom piłek i spędza z nimi czas. Chociaż nie gram w tenisa ani zbyt dobrze się na nim nie znam, to mecze Rogera oglądam z ciekawością. Chciałabym go kiedyś poznać! Przy okazji polecam Wam film dokumentalny „Strokes of Genius” o rywalizacji Federera z Rafaelem Nadalem.

Odpowiedzi Lamberta przeczytacie tutaj:

http://swisstales.pl/szwajcarski-dwuglos-1-hip-hop-czy-jodlowanie/

O futbolu i tęsknocie za ojczyzną

Schweiz-Polen

Polska-Kolumbia. Mecz o wszystko. Zebrało się trochę szwajcarskiej Polonii i oglądamy. Wybrzmiewa pierwsza zwrotka hymnu narodowego. Wokół buzują patriotyczne emocje. U mnie ledwo się tlą pod przyciasną koszulką z napisem Polska Euro 2016. Jest mi głupio, bo jak to możliwe, żeby mieszkać za granicą i nie wzruszać się na dźwięk Mazurka Dąbrowskiego? To tak, jakby nie tęsknić za Polską.

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie tęsknię. Czasem tylko dopada mnie w dziwnych momentach, np. kiedy biegnę przez las i przypomina mi się zapach igliwia nad Bałtykiem. Nic tak nie pachnie, jak polskie sosny. Albo kiedy kroję koperek i wraca do mnie wspomnienie rodzinnych weekendów na działce, kiedy byłam dzieckiem. Ostatnio jechałam rowerem i bezwiednie zaczęłam śpiewać kościelną piosenkę o chwaleniu łąk umajonych (sic!), którą zapamiętałam z komunii, choć wcale nie jestem religijna.

Chciałabym obejrzeć „Zimną wojnę” Pawlikowskiego i smutno mi, że nie mogę. Pójść protestować z dziewuchami pod Sejm. Spotkać się ze znajomymi na piwo, tak po prostu, spontanicznie, bez umawiania się miesiąc wcześniej. Zjeść twarożek z rzodkiewką, prawdziwy, w kostce, nie serek wiejski z coopa. Czy to podchodzi pod uczucia patriotyczne?

A może ja po tych czterech latach już się „zeszwajcarzyłam”? Polubiłam ciszę, spokój i punktualność. Interesuję się szwajcarską polityką (o polskiej już nawet nie czytam), głosuję (póki co za pomocą męża) w każdym referendum, nie narzekam na ceny biletów, sprzątam po swoim psie (i po obcych ludziach), maluję biały krzyż na policzku i cieszę się, kiedy Szwajcarzy strzelają gole. Lubię moje wygodne, szwajcarskie życie i nie wyobrażam sobie powrotu do Polski. Może powinnam się wstydzić?

Czytając ostatnio dziennik Andy Rottenberg „Berlińska depresja”, natknęłam się na fragment o szwajcarskim patriotyzmie:

„Cichy szwajcarski patriotyzm zobaczyłam (…) w starannej ochronie pejzażu, powściągliwości w okazywaniu niechęci, konsensusie co do dobra wspólnego, poszanowaniu przeszłości i tradycji, które nie kłóci się ze sprzedawaniem ziemi tym, których inwestycje mogą ożywić gospodarczo jakiś skrawek tego małego kraju. Jasne, Szwajcaria stoi na kapitale gromadzonym od wieków w tutejszych bankach. Lecz nikt, żaden polityk, nawet ten prawicowy nacjonalista (Christoph Blocher – przyp. red.), nie wpadł na pomysł, aby te banki uczynić bardziej szwajcarskimi, a więc aby je „znacjonalizować”, skoro są dochodowe. Więc Blocher będzie głosił swoje poglądy i pokazywał swoją kolekcję (sztuki szwajcarskiej w muzeum Oskara Reinharta w Winterthur – przyp. red.), jedno i drugie publicznie, a Szwajcarzy i tak wybiorą złoty środek. Bo to im się najbardziej opłaci. Nieprzypadkowo ktoś zauważył, że co prawda rewolucjoniści i anarchiści z całego świata spotykali się w kawiarniach Zurychu, lecz bunty wzniecali u siebie.”

Wspomniany Christoph Blocher – ojciec chrzestny populistycznej partii SVP, która właśnie chce zerwać umowę Szwajcarii z Unią Europejską o swobodnym przepływie osób – też ostatnio wypowiedział się na temat patriotyzmu. Chodziło o zachowanie pochodzących z Kosowa szwajcarskich piłkarzy, którzy podczas meczu z Serbią pokazywali przeciwnikom albańskie podwójne orzełki. Rozpętała się burza: czy reprezentantom Szwajcarii wypada demonstrować solidarność z krajem pochodzenia i angażować się w polityczne spory? Przecież grają w szwajcarskich barwach i są opłacani we frankach. Blocher stawia sprawę jasno: to, że mają szwajcarskie paszporty nie oznacza jeszcze, że są Szwajcarami. Dodam tylko, że jeden z piłkarzy urodził się w Szwajcarii, a drugi przyjechał tu z rodziną jako dziecko. Skończyli szwajcarskie szkoły, mówią po szwajcarsku. Kim więc są?

W reakcji na „orzełek gate” padła pewna propozycja ze strony SZPN (Szwajcarski Związek Piłki Nożnej), a mianowicie, żeby ci zawodnicy, którzy naprawdę, całym swoim sercem pragną reprezentować Szwajcarię, zrzekali się podwójnego obywatelstwa. Jeden paszport=jedna ojczyna. Żeby tylko to było takie proste..

Emigracyjny patriotyzm jest skomplikowany i schizofreniczny, niektórych boli, a innych – tak, jak mnie – paraliżuje. Niedługo wybieram się do Polski i spędzę tam prawie cały miesiąc. Ciekawe, czy będę tęsknić za Szwajcarią..

Swoją drogą, tak wyglądałaby reprezentacja Szwajcarii bez tzw. Doppelbürger. Kiepsko. Fot. Blick.

Fussball-Nati2

Säntis – jak się zdobywa „urodzonego w sobotę”

Położony na północnym-wschodzie kraju Appenzellerland składa się z dwóch kantonów Appenzell Ausserrhoden oraz Appenzell Innerhoden (wcześniej, do 1999 r. były to tzw. pół-kantony, do dziś w referendach i wyborach mają po pół głosu) i moim zdaniem ten region to nic innego, jak Szwajcaria w pigułce.

Wyobraźcie sobie wściekle zielone wzgórza, pasące się leniwie krowy, rytmicznie dyndające dzwonkami (słynne szwajcarskie „glocken”, których dźwięk niejednego doprowadził już do szewskiej pasji), drewniane domki ze spadzistymi dachami, okiennicami i spływającymi geranium werandami, smak najsłynniejszego w całym kraju sera (do mieszkających w Szwajcarii: kojarzycie trzech panów z reklamy?), dmuchających w alpejski róg grajków w czerwonych tradycyjnych strojach.. a wszystko to pięknie otoczone górami. I właśnie o górach dzisiaj będzie.

Niektórzy z Was wiedzą, że w Szwajcarii na nowo zakochałam się w górach (wcześniej, w Polsce, w czasach licealnych bardzo dużo chodziłam, potem studia, praca i wiadomo..). Uwielbiam to, że mogę wyjechać sobie rano z domu, po godzinie-dwóch być już na alpejskim szlaku i tego samego dnia wrócić. Bliskość gór to jedna z rzeczy, za które kocham ten kraj.

Tegoroczny sezon zaczęłam właśnie w Appenzellerland od łatwej wędrówki do Seealpsee. Szlak zaczyna się w Wasserauen (tam można zaparkować auto) i prowadzi najpierw krótkim podejściem przez las do Hütten, a potem już bardziej płasko przez łąki z mnóstwem wspomnianych przedtem dzwoniących krów, aż do leżącego na wysokości 1141 m npm jeziora Seealpsee. Widok jest spektakularny! Zresztą zobaczcie sami..

Po krótkim odpoczynku u górali, którzy uraczyli nas idealnie gaszącą pragnienie zimną domową herbatą z bzu, obeszliśmy jezioro dookoła i zeszliśmy z drugiej strony stromą asfaltową trasą, prowadzącą z powrotem do Wasserauen. Całość zajęłam nam ok. 2,5 godziny. Po drodze – ciekawostka – automat z napojami i przekąskami (w samym środku niczego), z którego można wyciągnąć.. ser i mięso. Takie rzeczy tylko w Szwajcarii ;)

IMG_9060

Po dniu spędzonym w Appenzell w głowach gotowy był już plan na kolejną wizytę w tym kantonie. Tym razem wchodzimy na Säntis!

Wznoszący się na wysokość 2502 m npm Säntis to najwyższy szczyt tzw. Prealp Appenzellskich, części Alp Zachodnich. Góra to o tyle piękna, co i dość trudna dla wędrowców, ze względu na surowy klimat w tej części masywu – wieje tu, jak w Kieleckiem i sporo pada. Dlatego, kiedy zdarzy się spokojny, słoneczny dzień, trzeba wykorzystać okno pogodowe i hop w górę. A, jeszcze nazwa, bo to ciekawe. Säntis, a pierwotnie Sambutinus albo Sambutinus (z języka retoromańskiego) oznacza dosłownie „urodzony w sobotę”. Być może kiedyś dawno dawno temu mieszkał gdzieś tam w górze taki osobnik i na jego cześć nazwano tę okolicę, a potem i sam szczyt.

Wiele dróg prowadzi na Säntis. My wybraliśmy tę najbardziej bezpośrednią i – a jakże – najtrudniejszą. Szlak zaczyna się w Schwägapl, czyli tam, gdzie znajduje się też stacja kolejki jeżdżącej na szczyt oraz.. fabryka sera :) O 8 rano parking jest jeszcze pusty (jest czwartek), nie licząc busów z turystami z Azji. Ostatnia wizyta w toalecie i ruszamy!

Trasa ze Schwägalp na szczyt, według drogowskazu, zajmuje 3,5 godziny i jest to właściwie 3,5 godziny nieustannego podejścia – płaskie odcinki, podczas których można nieco odsapnąć, to może w sumie jakieś kilkadziesiąt metrów. Szlak nie prowadzi przez las, ale przynajmniej na początku, zanim nie osiągniemy większej wysokości, góra daje przyjemny cień. Potem będzie już tylko skwar (na nizinach jest w tym czasie ponad 30 stopni, tutaj niby o połowę mniej, ale ostre słońce i tak robi swoje). Szlak na Säntis dzieli się na dwa etapy – pierwszy prowadzi do Tierwies, gdzie jest też schronisko i dobre miejsce na odpoczynek po drodze. Zanim tam dojdziemy, czeka nas dość mozolny zygzak po żwirze i kamieniach oraz kilka stromych, skalnych, zabezpieczonych łańcuchami odcinków. W dodatku jest mokro po niedawnych opadach deszczu, co nie ułatwia sprawy. Dobre buty z podeszwą Vibram to absolutne minimum na tej trasie!

Po mniej więcej 2 godzinach wędrówki docieramy do Tierwies. Tam przerwa na Rivellę i coś słodkiego :) Przed nami najtrudniejszy odcinek drogi na szczyt, gdzie zaczynają się gołe skały i śnieg. Słońce grzeje tu już bardzo mocno, więc pot spływa do d…, ale wysiłek rekompensują widoki ;) Na tym odcinku jest sporo łańcuchów, trzeba też mocno uważać na oznaczenia szlaku – my w pewnym momencie trochę zboczyliśmy i poszliśmy bardziej bezpośrednią drogą, po luźnych kamieniach, co kosztowało nas kilka stresujących obsunięć, a przy mokrych od śniegu butach może się to źle skończyć (jeszcze raz – Vibram!). Ten odcinek szlaku wygląda tak:

Wejście z Tierwies na szczyt zajmuje nam godzinę, a mojego partnera na szlaku (a prywatnie – męża) kosztuje.. podeszwę w bucie :/ Dobrze, że stało się to blisko końca trasy. Ostatni etap to słynne Himmelstreppe, czyli schody do nieba – ściana z drabinką, po której trzeba się wspiąć, z pomocą łańcuchów. Prezentuje się bardziej przerażająco, niż jest w rzeczywistości ;) Jeszcze tylko szybkie przejście przez tunel i.. jesteśmy na górze! Całość zajmuje nam 3 godziny, czyli o pół godziny krócej, niż chciał drogowskaz :D

Trasa Schwägalp-Säntis ma oznaczenie T3 na sześciostopniowej skali trudności szlaków w Alpach. Na pewno nie polecam jej początkującym górołazom. Choć technicznie nie należy do trudnych, to wymaga bardzo dobrej kondycji, wprawy w chodzeniu po skałach i profesjonalnych butów górskich. Dla tych, co już niższe i łatwiejsze szczyty mają za sobą – wejście na Säntis to spora satysfakcja, ponieważ szlak jest wymagający kondycyjnie, a warunki (choćby ukształtowanie terenu) i widoki sprawiają, że można poczuć się już jak w wysokich Alpach.

Sezon letni w Alpach jest bardzo krótki, zaczyna się w maju-czerwcu, a kończy właściwie już we wrześniu, więc trzeba korzystać, póki się da. Następna wędrówka już w tym tygodniu – kierunek kanton Graubünden!

Mistrzowie dziwnych sportów: rowerosanki

Zima to czas, kiedy każdy szanujący się Szwajcar jedzie w góry i zjeżdża. Na czym tylko się da. Na narty wsadza się małego szkraba tuż po tym, jak zacznie stawiać pierwsze kroki. Nastolatkowie często wybierają snowboard, a na sankach z alpejskich stoków zjeżdżają wszyscy, bez względu na wiek.

Jednak Szwajcarzy nie byliby sobą, gdyby oprócz typowych sportów zimowych, nie wymyślili sobie czegoś jeszcze, czegoś swojego, „tradycyjnie” szwajcarskiego, czego nie robi się w górach w Austrii czy Włoszech. To coś nazywa się velogemel i na pierwszy rzut oka wygląda trochę jak.. konik na biegunach ;)

Velogemel to pojazd, który został wynaleziony na początku XX w. i jest połączeniem roweru z sankami. Drewniane ustrojstwo ma siodełko, kierownicę i płozy. Nie ma za to hamulców, co zważywszy, że zjeżdża się na nim z wysokich na ponad 2 tys. metrów npm szczytów, jest elementem powodującym u zwykłych śmiertelników natychmiastowy skok adrenaliny.

 

 

Początkowo velogemel służył tutejszym góralom do wygodnego poruszania się po śniegu i transportu potrzebnych rzeczy. Dzisiaj nie dość, że Szwajcarzy na velogemel śmigają, aż miło (widziałam na własne oczy, kiedy sama próbowałam nie zabić się na sankach), to jeszcze wybudowali sobie najdłuższy na świecie tor przeznaczony do zjazdów „rowerosankami”. Trasa rozpoczyna się na szczycie leżącego w Alpach Berneńskich Faulhorn (2681 m npm) i kończy ponad 1,6 tys. metrów niżej w Grindelwald. Tor nazywa się Big Pintenfritz i jest najdłuższy w Europie – ma 15 kilometrów. Co roku w tym miejscu odbywają się mistrzostwa świata w zjeździe na velogemel, otwarte dla każdego (wpisowe kosztuje 20 fr.). Zwycięzca tegorocznych zawodów pokonał dwukilometrową trasę w 2 minuty!

Zjazd na velogemel wygląda tak:

 

Dla zainteresowanych: velogemel można kupić tutaj http://www.velogemel.ch/, model dla dorosłej osoby kosztuje 590 fr. Sprzęt można też wypożyczyć, m.in. w sklepie Intersport w Grindelwald. Początkującym przyda się kask i dobre buty śniegowe z bieżnikiem (hamuje się stopami).