Rzeczy, których wolałabym nie słyszeć od Polek i Polaków w Szwajcarii (a wciąż je słyszę)

Fot. Agnieszka Król

Najlepsze twoje teksty powstają z wkurwu – powiedziała mi kiedyś znajoma. Nie wiem, czy ten będzie dobry, ale na pewno rósł we mnie przez dobrych parę miesięcy. A teraz się wylał. Napisałam go, „bo mnie boli” (jak mawiał Cygan z Torunia) i może nie zyskam nim sobie przyjaciół, ale nie taki jest przecież cel „wylewu”. Tytułowe „rzeczy” to komentarze, które nie pochodzą od konkretnych osób, a są kompilacją wypowiedzi, które czytam pod moimi postami na Facebooku, dostaję w wiadomościach prywatnych albo słyszę w rozmowach z Polakami i Polkami w Szwajcarii. Zamiast odpowiadać za każdym razem to samo, postanowiłam spisać je wszystkie w jednym miejscu i odnieść się do nich, a następnie – ilekroć znowu się z nimi spotkam – przekierowywać do tego tekstu. Czuję, że w tym momencie jest to najlepsza strategia, jaką mogę przyjąć. Zwłaszcza, że te rzeczy powtarzają się coraz częściej, a ja choć uwielbiam niekończące się dyskusje, których ambicją nie jest przekonywanie innych do swoich racji, doświadczam też momentów, w których tracę cierpliwość. Być może macie swoje „rzeczy, których wolałybyście/wolelibyście nie słyszeć od Polaków i Polek w Szwajcarii”. Oto kilka moich:

Rzecz numer 1: Kto potrafi pracować, da sobie w Szwajcarii radę (czyt. jeśli masz problem ze znalezieniem pracy, to znaczy, że nie jesteś wystarczająco zaradna/zaradny) 

Szukam pracy w Szwajcarii – z różną intensywnością – od prawie siedmiu lat. W tym czasie nauczyłam się mówić w oficjalnym języku mojego kantonu oraz rozumieć lokalny dialekt. Podjęłam próbę przebranżowienia się (nieudaną, ale zostało po niej fajne hobby). Założyłam firmę, która nawet nieźle działała, dopóki nie pogrążyła jej pandemia. Powoli podnoszę się z gruzów. Napisałam wiele tekstów o Szwajcarii do ogólnopolskich mediów, wydałam książkę, która sprzedała się w kilku tysiącach egzemplarzy i po dwóch miesiącach od premiery miała dodruk, a jej fragmenty właśnie są tłumaczone na język niemiecki. Wypowiadam się na tematy szwajcarskie w radio, telewizji, prasie, podcastach, podczas spotkań online. Robię co mogę i co potrafię, a i tak mam problem z nazywaniem tego pracą, tylko dlatego, że za większością z tych działań nie idzie taka ilość franków, która dawałaby mi niezależność.

Odkąd jestem w Szwajcarii „przerobiłam” kilku doradców i doradczyń zawodowych, z których tylko jedna osoba i to dopiero niedawno powiedziała mi, że wszechstronność nie musi być moją wadą. Dwa razy rejestrowałam się w tutejszym urzędzie pracy. Po drugim razie – i jak sobie obiecałam, ostatnim – załamałam się i zdecydowałam, że wracam do Polski. Udało mi się dotrzeć do ostatniego etapu rekrutacji do pracy w Warszawie. Nie przyjęli mnie ze względu na ograniczony budżet. Zostałam w Szwajcarii.

Zaczęłam chodzić na terapię. Pierwszy lekarz, psychiatra, kiedy usłyszał, że mam dyplom magistra socjologii, wypisał skierowanie na studia licencjackie. Kierunek: praca socjalna. Pisanie i pracę dziennikarską polecił potraktować jako hobby. Ani razu nie usłyszałam pytania, co JA chciałabym robić. Już do niego nie wróciłam. Druga terapeutka poprosiła, żebym zanim złożę papiery na studia zastanowiła się, czy na pewno jest to coś, czemu chcę poświęcić kolejne lata życia. Myślałam długo, patrząc na swoje świadectwo maturalne przetłumaczone na niemiecki. Papiery wylądowały na samym dnie szuflady.

Znam kobiety, które szukały pracy w Szwajcarii przez kilkanaście lat. Skończyły studia (powtórzyły kierunek z Polski tylko po to, żeby mieć dyplom szwajcarskiej uczelni), a żeby zwiększyć swoje szanse na rynku pracy nauczyły się nie jednego, a dwóch języków narodowych. I po tym, jak opowiadały mi, że właściwie już straciły nadzieję, nagle odbierałam telefon i słyszałam: Agnieszka, nie uwierzysz, dostałam pracę! W takich momentach czuję wyłącznie radość, bo wiem, że dopóki trwają rekrutacje, jest dobrze. To znaczy, że może następna będę ja. Przecież wciąż słyszymy, że Szwajcaria to kraj nieskończonych możliwości. A czy cuda też tu się zdarzają?

Piszę o tym wszystkim po to, żeby wyjaśnić jedną rzecz. Kiedy ktoś mi mówi, że gdybym chciała znaleźć pracę w Szwajcarii, to na pewno bym ją znalazła, nie sprawia, że jestem smutna, rozczarowana czy zła. Sprawia, że jestem wkurwiona! Zwłaszcza, gdy słyszę to od osoby, która przyjechała tu z umową o pracę w teczce, mieszkanie wynajęła jej korporacja, integrować się nie zamierza, bo właściwie do niczego nie jest jej to potrzebne, a historie o Szwajcarach słyszała od kolegów i koleżanek w przerwie na lunch.

I nie, to nie jest hejt na ekspatów. Dzięki Waszej pracy i podatkom ten kraj się rozwija i podtrzymuje swój dobrobyt, z czego wszyscy korzystamy. Nie zazdroszczę Wam sukcesu i pieniędzy. Korporacje to nie mój świat i nie mam marzenia, aby w ten sposób pracować. Znamy się, cenimy, inspirujemy, wymieniamy doświadczeniami. Nie musimy się lubić, ani się ze sobą zgadzać. Proszę tylko o jedno – spróbujcie choć na chwilę wystawić nos ze swojej bańki i zrozumieć, że Szwajcaria to nie jest kraj przyjezdnych wyłącznie takich jak Wy. Tuż obok żyją ludzie, którym z różnych powodów trudniej jest się odnaleźć na rynku pracy, ale próbują, czasami po kilka, a nawet kilkanaście lat. Często im się udaje. A jeśli nie, to nie dlatego, że nie chcą/nie potrafią/są leniwi/nie są wystarczająco zaradni. Po prostu mają inną historię.

Rzecz numer 2: Jesteś tutaj w gościach, więc musisz akceptować reguły i się do nich dostosować (czyt. zmieniać Szwajcarię wolno tylko Szwajcarom)

Być może niektórych z Was po przyjeździe do Szwajcarii ucałowano w policzek, podano kapcie i kieliszek zimnego prosecco. Bo tak się właśnie traktuje gości w szwajcarskich domach. Szczerze zazdroszczę, bo ja na wejściu dostałam listę pytań: po co tu przyjechałam, co zamierzam robić, ile pieniędzy mam na koncie i z iloma osobami mieszkam. I tak przez następny rok, zanim nie wyszłam za mąż za Szwajcara. Wtedy nagle, jak ręką odjął, urzędnicy zupełnie o mnie zapomnieli (zaraz pewnie sobie przypomną, bo staram się o paszport).

Być może niektórzy z Was czują się w Szwajcarii jak w gościach. I ja to naprawdę szanuję, a czasem może nawet też bym chciała się tak poczuć. Jednak moja historia jest inna. Wprosiłam się tu „na bezczela”, bez pracy, planu i trzeciego filaru. Co gorsza, zostałam, ku utrapieniu wielu urzędników próbujących za wszelką cenę się mnie pozbyć, żebym przypadkiem nie popsuła im statystyk bezrobocia (teraz jestem, podobnie jak wiele innych kobiet, częścią ogromnej skali zjawiska zwanego bezrobociem ukrytym). Dlaczego zostałam? O tym w ostatnim punkcie tekstu.

W tym miejscu chciałam natomiast wyjaśnić jedną rzecz: nie przyjechałam do Szwajcarii w gości. Płacę podatki, ubezpieczenia, moje składki – jeśli mam z czego je zapłacić – zasilają system emerytalny, a zakupów nie robię w Niemczech tylko w lokalnych marketach i u tutejszych rolników. Nie jeżdżę na gapę, sprzątam po swoim psie i nie rzucam petów na ulicę. Znam historię Szwajcarii i potrafię nawet zaśpiewać hymn (no prawie, słów wciąż się uczę). Czuję się tak samo ważną uczestniczką życia społecznego jak ponad dwa miliony innych mieszkających tu cudzoziemek i cudzoziemców i sześć milionów Szwajcarek i Szwajcarów. Staram się nie mieć kompleksów, a jeśli jakieś mam (np. uważam, że wciąż nie potrafię dobrze pisać po niemiecku), to pracuję nad tym, żeby za bardzo mi nie dokuczały. I jeszcze jedna ważna rzecz: nie otrzymałam od państwa szwajcarskiego ani Rappena (czyste powietrze i woda na szczęście są jeszcze za darmo) i nigdy tego nie oczekiwałam, a co udało mi się osiągnąć, jest wynikiem pracy i wsparcia bliskich (porażki także biorę na siebie). Dlatego uprzejmie proszę: nie narzucajcie mi retoryki szwajcarskiego miłosierdzia gminy.

Jeśli zaś chodzi o kwestię reguł i konieczności dostosowywania się do nich… Czy widzieliście film „Die Schweizermacher”? W pierwszej scenie słyszymy przemowę na szkoleniu dla inspektorów policji ds. obcych: „W naszym kraju każdy jest mile widziany. Zawsze akceptujemy obcych, czy to turysta, czy pracownik. Co innego, kiedy obcy zechce zostać. Wtedy musi się dostosować”. Brzmi znajomo? Tylko, że to film z 1978 roku, w dodatku komedia!

Szwajcarskie reguły znam aż za dobrze, bo gram zgodnie z nimi już prawie siedem lat. Niektóre mi się podobają, inne nie, ale wiem, że (póki co) i tak nie mogę ich zmienić. Co za to mogę zrobić? Pisać i mówić o rzeczach, których akceptacja przychodzi mi z trudem oraz o takich, których nie jestem w stanie zaakceptować wcale. Dokładnie tak samo robiłam w Polsce i robiłabym w innym kraju, w którym przyszłoby mi żyć i pracować. Czy mam do tego prawo? Patrz wyżej. Może mam mylne pojęcie integracji, ale dla mnie jest ona po to, żeby za jakiś czas, kiedy już dostanę narzędzia potrzebne, by „zmieniać świat” (czyt. prawo głosu), po prostu zacząć to robić.

Zresztą zobaczcie, ile pozytywnych zmian w Szwajcarii zapoczątkowali właśnie przyjezdni. Gdyby nie oni (my!), nie byłoby nie tylko wielkich wynalazków, patentów, czy drugiej literackiej Nagrody Nobla na koncie Szwajcarii (wiwat Hermann Hesse!), ale i rzeczy, z których korzystamy na co dzień, jak choćby żłobków, które niegdyś zaczęły powstawać z potrzeby pracujących Włoszek. Także Polki zmieniają Szwajcarię, o czym możecie przeczytać w cyklu wywiadów, który jakiś czas temu opublikowałam na blogu. A wprowadzone w tym roku urlopy ojcowskie? To właściwie zasługa lobby ekspatów, którzy w międzynarodowych firmach po prostu nie wyobrażają sobie, że może być inaczej. Właśnie największe korporacje zaczęły świecić przykładem i dawać swoim pracownikom płatne dni wolne na czas po narodzinach dziecka.

Szwajcarskie „tak” lub „nie” w referendum jest tylko finałem debat, które toczą się w społeczeństwie od lat. My również – choć formalnie głosu nie mamy – możemy brać w nich udział. Nie odbierajmy sobie tego prawa pielęgnując w głowach dawno już wyblakły obraz imigranta-gościa.

Rzecz numer 3: O Szwajcarii jak o zmarłych – wolno mówić albo dobrze, albo wcale (czyt. kiedy ty wreszcie przestaniesz narzekać)

Napiszę teraz coś, co wydaje się być oczywiste, ale od czasu do czasu chyba warto sobie o tym przypominać. Wielu obcokrajowców (ekspatów, imigrantów, nazywajmy się jak chcemy), nie tylko Polek i Polaków, przyjeżdża do Szwajcarii wyłącznie dla pieniędzy. I nie ma w tym niczego złego. Chęć zarobku i poprawy sytuacji materialnej była, jest i będzie głównym motorem migracji, o czym uczyliśmy się już w szkole, kiedy wizja wyjazdu z kraju jeszcze pewnie nie świtała nam w głowach. Czasami mam jednak wrażenie, że te płynące szerokimi strumieniami franki nie tylko potrafią skutecznie zamknąć nam oczy, ale i usta. Widzę to po sobie. Kiedy trafi mi się kilka niezłych zleceń i mam pieniądze na koncie, Szwajcaria od razu wydaje mi się jakaś lepsza. Rozpływam się nad alpejskimi krajobrazami, smacznym jedzeniem, uśmiechniętymi Szwajcarami, kierowcami zatrzymującymi się na przejściach dla pieszych i trochę zapominam o rzeczach, które mnie denerwują. Nic bardziej ludzkiego, prawda?

Podejrzewam, że większość z Was na co dzień nie dostrzega „brzydkich” stron Szwajcarii, bo po prostu się z nimi nie styka. Ot, czasem jakiś bezdomny zablokuje wejście do sklepu albo ktoś poprosi o pieniądze na ulicy (tam, gdzie nie jest to zakazane). Za chwilę przecież o tym zapominamy, ciesząc się, że tutaj nie ma „ich” tak wielu jak w innych krajach. A nawet jak pojawia się więcej, to przecież miasto i tak zaraz „posprząta”.

Od kilku lat zajmuję się Szwajcarią zawodowo i tak już mam, że najbardziej interesują mnie właśnie te zacienione obszary, których na pierwszy rzut oka nie widać. Choroby psychiczne, samobójstwa, wykluczenie kobiet, przemoc domowa, bieda, bezdomność, historie nieszczęśliwych imigrantek i imigrantów. To nie są „fajne” tematy, ale uważam, że trzeba o nich mówić i pisać (może od czasu do czasu przeplatając to jakimś ładnym widoczkiem z gór). Dla równowagi, uczciwości, dla wszystkich tych, którym się wydaje, że mieszkają/mieszkamy w raju. Dla mnie bywa to trudne, bo Szwajcaria nie jest krajem, do którego przyjechałam zarobić pieniądze i po kilku latach z niego wyjechać. To ojczyzna mojego męża, mam tu szwajcarską rodzinę i znajomych. Jest to kraj, w którym chcę pracować, spełniać się w różnych obszarach i w którym zostanę pewnie jeszcze przez wiele lat. To kraj, który kocham i którego czasem nie znoszę (i tu znowu, bardzo podobnie mam z Polską). Przez który płaczę – ze szczęścia i z bezsilności. Kraj, który zostanie ze mną i we mnie na zawsze, nawet jeśli kiedyś go opuszczę.

Ale właśnie to sprawia, że chcę poznać Szwajcarię we wszystkich jej odcieniach. Cieszyć się z rzeczy dobrych i pięknych, ale też mierzyć ze złymi i brzydkimi. I tak długo, jak będę zauważać te ostatnie, będę się też z nimi konfrontować. Nawet, jeśli dla niektórych moich Czytelników i Czytelniczek oraz dla mnie samej nie jest to wygodne.

Rzecz numer 4: Nikt cię tu na siłę nie trzyma. Jak się nie podoba, droga wolna (czyt. „wyp********, więcej czystego powietrza dla nas”)

Ktoś zapytał mnie ostatnio, czy gdybym nie poznała Szwajcara, wybrałabym Szwajcarię jako swój kraj emigracji. Odpowiedź brzmi: na pewno nie. Tak jak i pewnie żadnego innego kraju w Europie czy poza nią. Szwajcaria nie była pierwsza. Mieszkałam wcześniej w Holandii, co bardzo miło wspominam, ale po powrocie do Polski byłam przekonana, że nie będę już próbowała życia za granicą. A tu niespodzianka.

Zurych i Warszawę dzielą dwie godziny samolotem i pół doby autem. Nic prostszego, jak tylko spakować kilka walizek i ciao Szwajcario! Ale ilu i ile z nas rzeczywiście ma swobodę (i odwagę), aby podjąć taką decyzję? Wyjechać z Polski nie jest łatwo, wrócić jest chyba jeszcze trudniej. Słyszałam, że po siedmiu latach za granicą już się zostaje na dobre, ale ja nie wierzę, żeby istniały tu jakieś magiczne granice czasowe.

Polacy i Polki wyjeżdżają do Szwajcarii z różnych powodów: dla wspomnianych już pieniędzy, bo pojawiła się lepsza oferta pracy, czasem na studia, niekiedy z konieczności. Dlaczego wyjechałam, to wiecie, ale oprócz męża-Szwajcara mam tu coś więcej. Mój dom. Albo raczej jeden z domów, bo już wiem, że można mieć ich więcej. Mam swoje książki, miejsca, trasy kolejowe i wędrówkowe, ulubione muzea i produkty z Coopa, znajome kawiarnie, sąsiadów, koleżanki i kolegów, a nawet kilka bardzo cennych przyjaźni. Tego wszystkiego nie da się spakować do walizki. Nie da się też tak po prostu tego zostawić.

Poza tym chyba rzadko kiedy jesteśmy w Szwajcarii w tak komfortowej sytuacji, aby samemu decydować o wyjeździe. Mamy mężów i żony, partnerów i partnerki, ich życia, pracę, rodziny i znajomych. Mamy dzieci, dla których „dobra” często przedłużamy pobyt „jeszcze o rok”, żeby nauczyły się języka, żeby skończyły szkołę… Każdy z nas przenosząc się tutaj, dużo zainwestował i inwestuje właściwie każdego dnia. I nie chodzi tylko o pieniądze. Więc jeśli jakaś osoba mówi mi, że „jak się nie podoba, zawsze można wrócić”, to może dlatego, że wyjazd nigdy nie przeszedł jej przez myśl. Choć w sumie trudno mi w to uwierzyć.. Próbuję zrozumieć intencje, ale nie za bardzo mi to wychodzi. I tak sobie myślę, że mówienie komukolwiek takich rzeczy jest po prostu wyrazem braku wrażliwości i empatii. Bo a nuż ktoś marzy o tym, żeby wrócić i będzie mu po prostu smutno? No właśnie, może czasem lepiej ugryźć się w język (albo w palec, jeśli pisze się na klawiaturze).

I to tyle. Dziękuję za uwagę tym z Was, którzy dotrwali do końca tego przydługiego wyładowania emigracyjnego bagażu słów. Co złego to nie ja! I żeby była jasność: dalej możemy o tym wszystkim rozmawiać. Prawda? ;)

Tęcza nad Szwajcarią, czyli jak znaleźć kompromis na drodze do równości

Zürich Pride Festival 2019 Fot. zuerich.com

Autor tekstu: Tomek Streit

„W przypadku końca świata chciałbym być w Szwajcarii, bo tam wszystko dzieje się trochę później” – powiedział Albert Einstein. Znając Szwajcarów, najpierw chcieliby różne pomysły i wyobrażenia na sprawiedliwą apokalipsę przegadać w komisjach parlamentarnych, a potem założyliby komitety oraz grupy robocze, które wypracowałyby odpowiednią strategię, zadowalającą wszystkie strony. Należałoby znaleźć „złoty środek”, słynny szwajcarski kompromis, tak długo dyskutowany, by mógł przejść przez obie izby parlamentu. A na koniec i tak przy urnach wyborczych musieliby zdecydować obywatele! Przynajmniej raz Einstein się mylił: koniec świata nie nastąpiłby w tym kraju później, on nie miałby tutaj żadnych szans.

O końcu świata Szwajcarzy (przynajmniej jeszcze) nie dyskutują, ale wiele innych, bardziej przyziemnych tematów, jest w tym kraju przedmiotem rozmów od bardzo dawna. Wśród nich temat praw gejów i lesbijek. Ostatnia odsłona debaty trwała tu aż 7 lat. 

Małżeństwo dla wszystkich 

18 grudnia 2020 roku przegłosowano w parlamencie ostateczną wersję ustawy o rozszerzeniu definicji małżeństwa na pary jednopłciowe. Dzięki temu Szwajcaria stała się 29-tym krajem na świecie, w którym możliwe będą małżeństwa par jednopłciowych. Używam czasu przyszłego, bo oczywiście ostatnie słowo mają zawsze obywatele. Ultrakonserwatywna partia EDU/UDF zapowiedziała już w tej sprawie referendum, a to oznacza, że zgodnie z tutejszym prawodawstwem, musi zebrać 50 tysięcy wymaganych podpisów do 12 kwietnia. Jeśli się to uda, głosowanie mogłoby się odbyć jeszcze w tym roku. Geje, lesbijki i przyjaciele mogą jednak spać spokojnie. Ostatnie badania opinii publicznej dają zwolennikom nowego prawa, niewyobrażalne w Polsce, 82% poparcia. Prawdopodobnie pierwsze pary będą mogły stanąć na ślubnym kobiercu już w styczniu 2022 roku. Warto również nadmienić, że Ewangelicko-Reformowany Kościół Szwajcarii (około 25% wiernych) już w 2019 roku wypowiedział się pozytywnie w temacie ślubów jednopłciowych, co znaczy, że osoby wierzące będą mogły również zawrzeć ślub kościelny.

To szczęśliwe zakończenie długiej drogi i, oczywiście, żaden koniec świata dla rodzin czy tradycji, a jedynie dla dyskryminacji i niesprawiedliwości, które spotykały osoby LGBT (lesbijki, gejów, osobi bi- i transseksualne). Wraz z wprowadzeniem małżeństw jednopłciowych w żadnym kraju do tej pory apokalipsa nie nastąpiła. W Szwajcarii „koniec świata” też się nie zapowiada. 

Jeszcze w 2019 roku w europejskim raporcie międzynarodowej organizacji LGBT ILGA-Europe, który prezentuje prawną i społeczną sytuację mniejszości seksualnych, Szwajcaria zajmowała pozycję gdzieś w połowie stawki (23. miejsce). Z pewnością w następnej edycji raportu możemy się spodziewać lepszego wyniku (dla porównania, Polska jest 42. na 49 ocenianych państw). Rok 2020 był dla społeczności LGBT szczególnie pozytywny. W lutowym referendum, większością 63% głosów, przegłosowano wprowadzenie zakazu dyskryminacji ze względu na orientację seksualną do kodeksu karnego (wcześniej karana była wyłącznie dyskryminacja na tle rasowym, etnicznym i religijnym). To bardzo ważny krok w kwestii ochrony gejów, lesbijek i bi (niestety, osoby transseksualne nie zostały uwzględnione) przed mową nienawiści i nawoływaniem do przemocy.

Tęczowa podróż do przeszłości 

Historia tęczowej emancypacji w Szwajcarii zaczyna się dość wcześnie. W 1836 roku Heinrich Hössli z Glarus publikuje dwutomowe dzieło Eros. Męska miłość Greków, w którym broni homoseksualistów i domaga się ich społecznego uzania i akceptacji. Jego postulaty wyprzedzają jednak ówczesne standardy myślenia o seksualności o dziesięciolecia i pozostają bez większego echa. 

Dopiero na początku XX wieku większość kantonów przestaje traktować homoseksualizm jako ciężkie przestępstwo. Do procesów o sodomię dochodziło wtedy rzadko, bo do skazania potrzeba było zeznań świadków (na jakiej podstawie skazywano ich do tej pory, niestety nie wiem; nieznana jest również liczba osób postawionych przed sądem za homoseksualizm). Pełna dekryminalizacja czynów homoseksualnych następuje dopiero w 1942 roku. 

W latach 30-tych wraz z dojściem Hitlera do władzy w Niemczech, Berlin traci swój status tęczowej stolicy Europy na rzecz Zurychu. Schronienia w Szwajcarii szukają prześladowani „odmieńcy”. Powstają pierwsze nieoficjalne kluby, organizacje, inicjatywy, wydawane są gazety, coraz śmielej wysuwane są postulaty równościowe. Homoseksualność staje się kwestią polityczną. Większa widoczność powoduje również reakcję władz. Policja w wielu miastach organizuje regularne naloty na miejsca spotkań i inwigiluje całe środowisko. Prowadzony jest również rejestr gejów, których traktuje się jak kryminalistów, choć nie popełnili żadnych przestępstw. Ujawnienie grozi stygmatyzacją, odrzuceniem, utratą pracy, a nawet wyrzuceniem z mieszkania. 

W 1932 roku z inicjatywy Laury Thoma i Augusta Bambula powstaje Das Freundschaftsbanner, pierwsza gazeta dla osób. Obok tekstów literackich, politycznych apeli i relacji ze spotkań, znajdują się w niej również prywatne anonse i czarnobiałe zdjęcia. Jest to wówczas, obok nieregularnie wydawanego w Czechach magazynu Hlas, jedyna gejowsko-lesbijska gazeta na świecie. Magazyn kilkukrotnie zmieniał nazwę (przez pięć lat wydawany był jako Menschenrecht, czyli po prostu Prawo Człowieka), by w 1943 roku ewoluować za sprawą Karla Meiera w dwujęzyczny i typowo gejowski Der Kreis-Le Cercle (od 1951 roku pisany również po angielsku). Wydawana do 1967 roku gazeta była najbardziej wpływową gejowską publikacją w Europie i Ameryce Północnej. To największy wkład Szwajcarii w historię ruchu LGBT. W 2000 roku Landesmuseum w Zürichu poświęciło magazynowi wystawę, a w 2014 Stefan Haupt nakręcił film W kręgu (Der Kreis). Film zdobył garść międzynarodowych nagród, został wybrany filmem roku w Szwajcarii i był kandydatem do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. 

W latach 70-tych, po wydarzeniach w nowojorskim Stonewall, ruch LGBT nabiera nowej mocy. W Szwajcarii mobilizują się przede wszystkim młodzi i studenci, którzy mają dość życia w ukryciu, udawania i ciągłego strachu przed ujawnieniem. W 1978 roku odbył się w Zurychu pierwszy Christopher Street Day. Nie było to jednak kolorowe święto, które znamy dzisiaj, ale polityczny protest połączony ze zbieraniem podpisów przeciw rejestrowi gejów (trzeba dodać, że z pozytywnym skutkiem). Społeczny klimat zmienia się, akceptacja społeczeństwa wzrasta, tylko jak zwykle, władze nie idą z duchem czasu. 

Zbliżamy się już prawie do końca naszej ekspresowej tęczowej podróży przez dekady. Kilka przystanków musimy ominąć, żeby znaleźć się w latach 90-tych, które okazują się przełomowe dla społeczności LGBT.  W kilku referendach przegłosowane zostają ważne ustawy – zrównanie wieku dozwolonych kontaktów seksualnych dla par homo i hetero, konstytucyjny zakaz dyskryminacji i równouprawnienie w służbie wojskowej. Temat homoseksualizmu przestaje być tematem tabu. W 2001 roku kanton Genewa jako pierwszy wprowadza rejestrowane związki partnerskie, rok później robi to kanton Zurych. W referendum, które odbyło się w czerwcu 2005 roku, 58% Szwajcarów opowiedziało się za wprowadzeniem związków partnerskich na szczeblu federalnych. Dalszą historię już znacie.

Koncert gejowskiego chóru Schwubs z Berna. Fot. schwubs.ch

Czy Szwajcaria jest gay-friendly?

Dziś wydaje się, że poza nieliczną grupką ultrakonserwatystów, temat homoseksualizmu nie rozpala już publicznych debat i protestów jak kiedyś. Bycie gejem czy lesbijką nie stanowi problemu w zrobieniu kariery politycznej czy artystycznej. W poprzedniej kadencji w parlamencie zasiadało aż siedmiu jawnych gejów (ale żadna lesbijka), zarówno z lewej, jak i z prawej strony sceny politycznej. Angelo Barrile, Hans-Peter Portmann, Hans-Ueli Vogt, Bernhard Pulver czy Thomas Fuchs, to tylko kilka nazwisk, które warto znać.

Muzyczną karierę z sukcesami od lat prowadzi Michael von der Heide, a Tiziana Gulino wygrała popularny program muzyczny The Voice. Znany w całym kraju  prezenter telewizyjny i radiowy Sven Epiney, specjalista nie tylko od Eurowizji, w 2019 w rozrywkowym programie na żywo poprosił o rękę swojego wieloletniego partnera Micheala Grabera, trąbiły o tym wszystkie media.

Także w świecie sportu tożsamość seksualna przestaje być tematem tabu. Królują tu przede wszystkim piłkarki z narodowej drużyny: Ramona Bachmann, Alisha Lehmann czy też Lara Dickenmann. Koniecznie trzeba wspomnieć również o Fabienne Peter, pierwszej transkobiecie, która gra profesjonalnie w hokeja w żeńskiej drużynie EHC Basel. Światem sportu wstrząsnął niedawno coming out zapaśnika bardzo tradycyjnych i konserwatywnych zawodów Schwingen Orlika Curdina i koszykarza Marco Lehmanna.

Jest jeszcze cała masa uznanych profeserów, badaczy, lekarzy, przedsiębiorców, którzy nie robią tajemnicy ze swojej homoseksualności, a także celebryci, modele i modelki (świetny przykład to Tamy Glauser), projektanci (Julian Zigerli) czy też influencerzy z Instagrama, którzy mają miliony fanów (taka na przykład Raffaela Zollo prócz rad na temat mody, robi kawał dobrej roboty w objaśnianiu czym jest transeksualizm). 

W Szwajcarii istnieje duża gejowska scena klubowa (przede wszystkim w większych miastach jak Genewa czy Zurych), od lat organizowane są festiwale filmów LGBT (pierwszy w Bernie odbył się w 1995 roku), które przyciągają tysiące widzów. Gay Pride w Zurychu jest wielką atrakcją turystyczną, która bardziej łączy niż dzieli mieszkańców. Od 2009 w największym szwajcarskim mieście rządzi Corine Mauch, pierwsza kobieta i lesbijka na tym stanowisku). Poza Zurychem, co roku w innym mieście, odbywa się druga parada, a właściwie już festiwal, bo świętowanie różnorodności zamienia się tu w kilkudniową imprezę. Jeśli będziecie mieli szansę, koniecznie pójdźcie na koncert gejowskiego chóru Schwubs z Berna albo tęczowego Schmaz z Zurychu. Chłopaki i dziewczyny po prostu wymiatają!

To jednak tylko jedna strona medalu. Trzeba pamiętać, że Szwajcaria to kraj kulturowo bardzo różnorodny i homoseksualizm nie wszędzie jest akceptowany. I nie chodzi tylko o podział na miasto i wieś. W ostatnich latach przemoc wobec gejów i lesbijek znacznie wzrosła. Przemocowe zachowania wobec mniejszości seksualnych zdarzają się i w większych miastach, jeśli znajdziemy się w złym miejscu o złym czasie. Znam kilku gejów, którzy nadal żyją w ukryciu, udają przed rodziną, udają w pracy, boją się wyjść z szafy. 

Na pewno, mimo wywalczenia prawie wszystkich praw, przed społecznością LGBT w Szwajcarii jest jeszcze dużo pracy. Kwestią sporną pozostaje nadal brak możliwości oddawania krwi przez gejów i biseksualnych mężczyzn. Zakaz ten, wprowadzony pod koniec lat 80-tych na fali zakażeń wirusem HIV, nie ma medycznych podstaw i opiera się wyłącznie na stereotypach gejowskiej rozwiązłości. Światowa Organizacja Zdrowia, Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża czy Unia Europejska podkreślają, że orientacja seksualna nie powinna być decydującym kryterium dopuszczającym do oddania krwi. W listopadzie 2017 Rada Kantonów ponownie odrzuciła wniosek o uchylenie tego dyskryminującego przepisu. 

Oficjalne państwowe badanie z lat 2016-2018 pokazuje, że tylko 6,5 procent osób, które przyznają, że doświadczyły dyskryminacji, wymienia jako powód tożsamość seksualną. Osoby mieszkające w Szwajcarii znacznie częściej czują się dyskryminowane ze względu na narodowość, język czy płeć. 

Ale z raportu organizacji Sante Suisse, monitorującej stan zdrowia Szwajcarów, wynika, że ryzyko wystąpienia zaburzeń psychicznych wśród osób homoseksualnych i bi jest 1,5 raza wyższe niż wśród osób heteroseksualnych. Młodzi geje i lesbijki znacznie częściej niż ich heteroseksualni rówieśnicy walczą z depresją i podejmują próby samobójcze.

Między innymi dlatego organizacja ABQ od ponad 20 lat prowadzi w szkołach zajęcia z edukacji seksualnej, w których głównym tematem jest homoseksualizm. Aktywiści spotykają się z dużym zainteresowaniem młodzieży, są chwaleni przez nauczycieli i uczniów. Młodzi Szwajcarzy są o wiele lepiej poinformowani i bardziej tolerancyjni niż ich rodzice, mimo wszystko homofobia i mobbing w szkołach są nadal powszechne. Od czasu do czasu słychać z prawej strony krytykę takich zajęć. Próby zakazania edukacji seksualnej albo wpływu na dyskutowane w szkołach tematy były w przeszłości podejmowane w kilku kantonach. W tym miesiącu konserwatywna radna SVP z Berna, Sabina Geissbühler, z troski o heteroseksualnych chłopców, którzy przez takie wizyty mogą czuć się mocno zdezorientowani, złożyła wniosek o ich zakazanie na terenie całego kantonu. Na szczęście postulat radnej nie ma żadnych szans na powodzenie. Nawet w szeregach jej partii takie oświadczenia nazwano wstecznymi i rodem ze średniowiecza.

Mieszkam w Szwajcarii już prawie 7 lat i jeszcze nigdy nie doświadczyłem otwarcie homofobii. Nie zostałem wyśmiany, zwyzywany, poniżony. Nigdy nie bałem się wziąć mojego partnera za rękę, dać sobie buziaka na ulicy, uściskać się w sklepie. Na nikim nie robi to już wrażenia. Nie miałem też problemów z ujawnieniem się w miejscu pracy, nikt nie zadawał mi pytań, nie unikał mnie, nie posyłał dziwnych spojrzeń. Dla dzieci w szkole nauczyciel gej, koleżanka lesbijka, transpłciowy tata, to żaden problem. Większość gejów, których znam, pewnie powiedziałaby to samo. Przy tym wszystkim wydaje mi się, że sami Szwajcarzy nie do końca zdają sobie sprawę z sytuacji prawnej osób homoseksualnych. Zaskoczeniem dla wielu było, że śluby jeszcze nie są możliwe, że mój partner nie jest moim mężem, choć noszę jego nazwisko. Związek partnerski nie jest również przepustką do ułatwionej procedury zdobycia szwajcarskiego obywatelstwa.

Cieszę się, że wraz z wprowadzeniem małżeństw dla wszystkich ta nierówność zostanie zniesiona i będę mógł złożyć wniosek o mój czerwony paszport. A tęcza nad Alpami to mój ulubiony widok. 

TOMEK STREIT – polonista, nauczyciel, feminista aktywista, wieloletni członek Amnesty International, Kampanii Przeciw Homofobii, współzałożyciel Nieformalnej Grupy Łódź Gender, mieszka w Szwajcarii od 2014 roku.

Szwajcaria istnieje naprawdę: o kobietach i nie tylko. Spotkanie autorskie Agnieszki Kamińskiej i Emilii Sułek – 12 marca 2021, godz. 19:30

Fot. Claudia Toggweiler

Szwajcaria to kraj nieoczywisty. Niby w środku Europy, ale jakby mało znany. Niby innowacyjny, a jednak tkwiący w tradycji. Niby postępowy, a opierający się zmianom. Niby nudny, a jednak… można napisać o nim książkę, która budzi reakcje. 

Zapraszamy na spotkanie z autorką książki „Szwajcaria. Podróż przez raj wymyślony” (Wydawnictwo Poznańskie). Agnieszka Kamińska – dziennikarka, socjolożka, autorka bloga I’m not Swiss – opowie o doświadczeniach i planach twórczych i o tym, czym Szwajcaria zaskoczyła ją najbardziej. 

Z okazji Dnia Kobiet porozmawiamy też o kobietach. Jak żyje się w kraju, który jako ostatni w Europie przyznał kobietom prawo głosu? Co to oznacza dla jego mieszkanek tu i teraz? I czy w tym przypadku też wszystko zależy od kantonu? 

Spotkanie poprowadzi Emilia Sułek, antropolożka, publicystka i redaktorka. 

KIEDY: piątek 12 marca 2021, godz. 19:30 

GDZIE: Spotkanie odbędzie się w księgarni BuK – Buch und Kaffee w Kriens. Udział w spotkaniu i dyskusji za pośrednictwem platformy internetowej Zoom (link do wydarzenia otrzymają zarejestrowane osoby)

WSTĘP: 5 CHF/20 PLN (informacja o sposobach zapłaty – w wiadomości potwierdzającej rejestrację) 

REJESTRACJA: prosimy wysłać maila na adres agnieszka.minska@gmail.com

SPOŚRÓD UCZESTNICZEK I UCZESTNIKÓW SPOTKANIA WYBIERZEMY OSOBY, KTÓRE OTRZYMAJĄ KSIĄŻKĘ Z DEDYKACJĄ I PODPISEM AUTORKI. 

Do zobaczenia!

Polki zmieniają Szwajcarię: Marta Kosińska i kosmiczny magazyn nie tylko dla dziewczynek

Logo jest różowe, a środek odkrywa całą paletę kolorów, dużą dawkę wiedzy i wszechświat możliwości. Bo Kosmonautka może być kim tylko chce! Znany w Polsce magazyn dla dziewczynek przebojem wchodzi do Szwajcarii, a pierwszy numer pisma będzie można kupić już 11 października podczas kampanii crowfundingowej na platformie WeMakeIt. O projekcie, który ma potencjał, by zmienić Szwajcarię, rozmawiam z jego inicjatorką, mieszkającą w Bazylei Martą Kosińską. 

Szwajcarski "Kosmos" wychodzi w dwóch językach: niemieckim i francuskim.

„Kosmos. Magazyn dla dziewczynek” czyli dla kogo? 

..dla dziewczynek i dla reszty świata, czyli przede wszystkim dla czytelniczek w wieku 7-13 lat, ale z całą pewnością też ich rodzice, dziadkowie i rodzeństwo znajdą tu ciekawe treści. Sama jestem najlepszym przykładem – moje córki są wielkimi fankami polskiego pisma, ale czytamy je całą rodziną. 

Skąd pomysł, aby magazyn, który od 2017 roku ukazuje się w Polsce wydać też w Szwajcarii?

Takie pomysły często rodzą się z indywidualnej potrzeby. Gdy przeprowadziłam się do Szwajcarii trzy lata temu, moje córki miały 8 i 9 lat i były fankami „Kosmosu”. Chcąc pomóc im w nauce niemieckiego, szukałam pisma o podobnym profilu, ale po niemiecku. Niestety, nie znalazłam i wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl o przeszczepieniu „Kosmosu” na szwajcarski grunt. 

Ta myśl z czasem nabrała kształtu i wyszło z tego 72-stronicowe pismo pełne treści. Jak wyglądała droga do pierwszego numeru szwajcarskiej edycji „Kosmosu”? 

Rok temu skontaktowałam się z polskim wydawcą, fundacją „Kosmos dla dziewczynek”, i podzieliłam się tą ideą. Reakcja ówczesnej prezeski fundacji, a dzisiejszej redaktorki naczelnej Joasi Czeczott, była bardzo zachęcająca. Umówiłyśmy się wtedy, że wrócimy do rozmów, gdy pojawi się więcej konkretów. W międzyczasie zaczęłam sondować szanse powodzenia projektu w Szwajcarii, rozmawiałam z wieloma osobami – rodzicami, nauczycielami, przedstawicielkami organizacji kobiecych, ale też specjalistami od rynku prasy, i stopniowo utwierdzałam się w przekonaniu, że ten pomysł ma rację bytu. Wiosną tego roku, gdy Szwajcaria pogrążyła się w izolacji w związku z koronawirusem, odezwały się do mnie dwie szwajcarskie koleżanki, którym pomysł tak się spodobał, że chciałyby go współtworzyć. A wkrótce dołączyła czwarta – nasz człowiek we francuskojęzycznej części. I postanowiłyśmy zacząć działać. To było (i jest) bardzo intensywne pół roku, bo wszystkie cztery oprócz „Kosmosu” mamy normalne prace.

11 października świat obchodzi Międzynarodowy Dzień Dziewczynek. To chyba też jeden z najważniejszych dni dla Waszego projektu. 

Tego dnia ruszamy z kampanią crowdfundingową na platformie WeMakeIt. Naszym celem jest przedsprzedaż 400-450 prenumerat magazynu. Kampania jest bardzo ważna z wielu powodów. Jeśli okaże się sukcesem, możemy liczyć na znaczne wsparcie finansowe od jednej z tutejszych fundacji, naszego potencjalnego partnera. Dla projektu byłaby to trampolina, wybicie się na rynek wydawniczy, ale i do szerszej świadomości odbiorców. Przykład polskiego „Kosmosu” pokazuje, że w momencie kiedy jego twórczynie wystartowały z kampanią crowdfundingową, wzbudziły duże zainteresowanie opinii publicznej i zyskały niesamowity impuls promocyjny. One startowały od zera. My, choć mamy już bazę w postaci polskiej edycji magazynu, to na szwajcarskim rynku też zaczynamy od podstaw. 

Macie konkurencję? Jak wygląda szwajcarski rynek magazynów dla dzieci i młodzieży?

W Szwajcarii prasa papierowa wciąż ma się bardzo dobrze i bardzo silna jest tradycja prenumerowania gazet i czasopism. Pokolenie dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków wychowało się na magazynach przyrodniczych – „Spick” w częście niemieckojęzycznej i „La petite salamandre” w Romandii, więc idea drukowanego magazynu dla dzieci jest im bliska. Podobnie jak w innych krajach europejskich, w tym w Polsce, jest ogromna podaż komercyjnych gazetek, które stanowią jedynie dodatki do plastkowych zabawek, znanych dzieciom z kreskówek czy gier. Jest sporo „różowych” pism dla dziewczynek, które wypełniają dość monotematyczne treści – dla młodszych o księżniczkach i kucykach, dla starszych o modzie, stylu, makijażu i celebrytach. Polski i szwajcarski „Kosmos” powstał z chęci zaproponowania dziewczynkom czegoś więcej. 

Od różu jednak nie stronicie.. 

Bo to piękny, energetyczny kolor i szkoda z niego rezygnować! Nasze logo jest różowe, ale chcemy pokazać światu całą paletę barw. W tej palecie jest też miejsce – czemu nie – dla różu. Naszą misją jest tę przypisywaną dziewczynkom barwę odczarować; pokazać, że jest jedną z opcji, tak samo wartościową, jak inne. Nie chcemy, aby dziewczyny nagle przestały bawić się w księżniczki czy nosić różowe sukienki. 

W pierwszym numerze przeczytamy m.in. o emocjach: czym jest złość i jak ją wyrażać.

Co więc różni „Kosmos” od innych tego typu pism dostępnych w kioskach? 

Nasze pismo wyróżnia bardzo szeroki zakres tematyczny oraz forma – „Kosmos” poważnie i z szacunkiem traktuje swoje czytelniczki, przedstawiając również skomplikowane zagadnienia, ale w atrakcyjny, zrozumiały sposób, bez infantylizowania i spłaszczania tematów. W „Kosmosie” jest miejsce na psychologię, wiedzę o świecie, reportaże z innych krajów, eksperymenty, przyrodę, sport, historię, zagadki matematyczne, wywiady z insprującymi kobietami i dziewczynkami-aktywistkami. A do tego oczywiście listy od czytelniczek, sonda, w której dziewczynki otwarcie i szczerze wypowiadają się na zadany temat, strona z dowcipami, polecanki książkowe, fajne appki i karty przyrody do kolekcjonowania. „Kosmos” pokazuje dosłownie wszechświat możliwości, nie ograniczając dziewczynek do stereotypowych zainteresowań i aktywności. Widzę po swoich córkach, wiernych czytelniczkach „Kosmosu”, jak bardzo inspirujący jest to magazyn. To co szczególnie podoba się mi jako rodzicowi to ogromna dbałość o jakość. Każdy numer to przemyślana całość, ze świetnie napisanymi artykułami, z pięknymi ilustracjami i zdjęciami. Tematy poruszane w „Kosmosie” nie dezaktualizują się, dzięki czemu można „Kosmosy” kolekcjonować, czytać wiele razy, wykorzystywać jako źródło wiedzy, choćby przy przygotowywaniu szkolnych prezentacji – to znowu przykład z mojego domu.  

Szwajcaria często przedstawiana jest jako kraj nieskończonych możliwości. Czy tak widzą też swój świat żyjące tu nastolatki?

Trudno jest odpowiedzieć na to pytanie, bo nie ma praktycznie żadnych badań i analiz problemów dziewczynek i nastolatek w Szwajcarii. Gabriella Schmid, socjolożka z uniwersytetu w St. Gallen, przeprowadziła w 2015 roku pilotażowe badanie „Lebens- und Selbstkonzepte von Mädchen in der Ostschweiz – ein Vergleich von drei Altersgruppen” (link do badań na dole strony – red.), z którego wynika jednoznacznie, że wraz z wiekiem dziewczynki stają się coraz mniej pewne siebie, mniej wierzą we własne możliwości i bardzo rzadko wybierają dalszą ścieżkę edukacji czy karierę zawodową, które są inne niż stereotypowo przypisywane kobietom. Innymi słowy, mimo że jako młodsze dziewczynki mają rozmaite zainteresowania i plany, jako starsze najczęściej chcą zostać opiekunkami do dzieci, nauczycielkami przedszkolnymi, czy wręcz rezygnują z kariery zawodowej w ogóle. 

Czy takie projekty jak „Kosmos” mogą tu coś zmienić? 

Kiedy na samym początku rozmawiałam ze Szwajcarkami o pomyśle na magazyn, uświadomiłam sobie, że Polska jest znacznie bardziej postępowa, jeśli chodzi o uznanie indywidualności kobiet, ich sprawczości i udziału w życiu zawodowym i strefie publicznej. W Szwajcarii poznałam wiele świetnie wykształconych kobiet, które po studiach nie kontynowały pracy zawodowej, zostały w domu. Okazało się, że na przykład w klasach moich córek, jestem jedną z niewielu matek, które pracują na pełen etat, a od niektórych znajomych Szwajcarek słyszałam nawet, że jeśli chcą realizować się zawodowo mając dzieci, to są postrzegane jako „dziwne”. Nie twierdzę, że kobiecie nie wolno jest wybrać rodziny kosztem pracy, to jej decyzja. Ale chciałam stworzyć przestrzeń, w której można przedstawić całe spektrum ról – począwszy od rożnorodnych pasji, jakie mają dziewczynki, a skończywszy na tym, co robią kobiety w dorosłym życiu. Nagle uświadomiłam sobie, ile ograniczeń tworzymy jako społeczeństwo, uniemożliwiając tym samym dziewczynkom w pełni się realizować. Weźmy pierwszy z brzegu kolorowy magazyn dostępny w kiosku. Przedstawione tam kobiety są zazwyczaj aktorkami, modelkami, celebrytkami. Taki przekaz dostajemy od mediów. A skoro już wiemy, że to my sami tworzymy społeczne schematy, to oczywiste staje się też to, że nie musimy działać w ich obrębie. To, co ja i moje koleżanki z zespołu „Kosmosu” chciałybyśmy osiągnąć, to uwrażliwienie nie tylko dzieci, ale rodziców, wychowawców, nauczycieli, przedstawicieli mediów na różnorodność i pokazanie, że schematy są szkodliwe dla nas wszystkich. To ogromne marnowanie potencjału kobiet, które stanowią przecież połowę społeczeństwa. 

Rozmowa z Tobą inauguruje cykl wywiadów pod wspólnym tytułem „Polki zmieniają Szwajcarię”. Zapraszam do niego kobiety, które nie tylko z sukcesem działają w Szwajcarii, ale poprzez swoją pracę wpływają na życie tutejszej, tak różnorodnej przecież, społeczności. Jak „Kosmos” jest przyjmowany przez Szwajcarki i Szwajcarów? 

Pierwsze reakcje były i są bardzo pozytywne, wręcz entuzjastyczne. To nas bardzo motywowało do pracy. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni, rodzice córek, ale też osoby wychowujące synów podkreślały, jak ważny jest taki głos i jak ważne jest kreowanie wolnej od stereotypów przestrzeni dla rozwoju dzieci. Najbardziej poruszające były chyba reakcje młodych kobiet, zwykle na początku swoje kariery zawodowej, które stwierdzały, że same chciałyby móc czytać takie pismo, gdy były jeszcze dziewczynkami. Niektóre reagowały bardzo emocjonalnie, zwłaszcza na artykuł o złości, wyrażając żal, że nikt im w dzieciństwie nie powiedział, że złość jest w porządku i że także dziewczynki mają prawo ją czuć i wyrażać, że złość może być początkiem zmiany na lepsze. Powtarzały się głosy, także wśród nauczycielek, dziennikarek, pracowniczek socjalnych, aktywistek, że podobnego pisma brakowało. 

Redakcja "Kosmosu" (od lewej): Martina Polek, Laura Simon, Marta Kosińska i Cyrielle Cordt-Moller.

Pierwszy numer ukaże się w grudniu 2020 pod hasłem „Meine Stimme” – mój głos. Jakie historie poznamy? 

W pierwszym numerze drukujemy między innymi wywiad z Nadją Räss, popularną szwajcarską jodlerką, niesamowicie inspirującą kobietą, która marzyła o tym, żeby studiować jodłowanie, ale ponieważ nie było takiej możliwości, to sama założyła odpowiedni kierunek studiów i teraz kształci kolejne pokolenia młodych ludzi. Bohaterką naszego reportażu w rubryce „Girl Power” jest 11-letnia Nora z Bazylei, którą zafascynowała tradycja londyńskiego Speakers’ Corner w Hyde Parku i postanowiła zbudować podobne miejsce w swoim mieście, ale dla dzieci – miejsce, w którym jej rówieśnicy mogliby otwarcie wyrażać swoje opinie. Nora opowiada, jak realizuje ten pomysł, krok po kroku. Poza tym w dziale „JA i świat” („Ich in der Welt” / „Moi et le monde”) przedstawiamy historię praw kobiet, czyli co i kiedy kobiety mogły zacząć robić:  na przykład dopiero od 169 lat mogą nosić spodnie, od 150 jeździć na rowerze, od 90 lat brać udział w olimpiadzie, no i w Szwajcarii dopiero od 50 lat głosować! W rubryce o psychologii pod tytułem „Poczuj siebie” („Spür dich!” / Que ressens-tu?”) pokazujemy „wulkan złości” – mówimy o tym, jak ważna i potrzebna jest złość i jak ją wyrażać. To jest szczególnie ważne dla dziewczyn, od których przecież tak często wymaga się, żeby były przede wszystkim miłe. Temu artykułowi towarzyszy zresztą rozwinięcie dla rodziców i opiekunów na naszej stronie internetowej. W sumie są to 72 strony pełne treści. I żadnych reklam.

72 strony to brzmi jak masa pracy. Kogo zaprosiłaś do współtworzenia „Kosmosu”? 

Szwajcarski “Kosmos” powstaje na polskiej licencji, co oznacza, że połowa treści jest tłumaczona z polskich wydań. To też dużo pracy, ale trochę mniej niż wymyślanie i pisanie wszystkiego od zera. Redakcję szwajcarskiego Kosmosu, oprócz mnie, tworzą trzy inne kobiety: Martina Polek, dziennikarka radia SRF i tłumaczka z polskiego na niemiecki, Laura Simon, redaktorka i specjalistka od promocji, Cyrielle Cordt-Moller, literaturoznawczyni, księgarka i tłumaczka z niemieckiego na francusku. Wszystkie cztery pracujemy nad „Kosmosem” w naszym wolnym czasie i nieodpłatnie. W pierwszym numerze znajdą się też ilustracje szwajcarskich ilustratorek: Sabine Hirsig oraz pochodzącej z Polski Justyny Chudzińskiej-Ottino. Składem i przygotowaniem do druku zajmują się Rebecca de Bautista i Isabella Furler ze studia Lugma. Niezależnie od magazynu działa również stowarzyszenie Kosmos für Madchen, do którego zapraszamy wszystkie osoby, które mają ochotę wspierać nas w działaniach. 

To na koniec najważniejsze! Gdzie będzie można kupić „Kosmos”? 

Pierwszy numer będzie dostępny już w trakcie kampanii crowdfundingowej na platformie WeMakeIt. Tam będzie można kupić i pojedynczy numer, i prenumeratę (6 numerów). W regularnej sprzedaży magazyn pojawi się prawdopodobnie w grudniu – będzie go można kupić przez internet, w księgarniach i sklepach muzealnych. Listę punktów sprzedaży podamy na stronie internetowej. Cena pojedynczego numeru to 19 CHF, prenumeraty 99 CHF. Pismo będzie się ukazywało co dwa miesiące. 

Marta Kosińska (ur. 1978 w Warszawie) studiowała socjologię na Uniwersytecie Warszawskim i ukończyła Podyplomowe Studia Edytorstwa Współczesnego na UKSW. Od 2003 roku pracuje w branży wydawniczej. Po przeprowadzce do Szwajcarii w sierpniu 2017 roku rozpoczęła pracę jako project manager i szef produkcji w szwajcarskim wydawnictwie książek i gier Helvetiq w Bazylei. Mieszka w Oberwil BL z mężem i dwiema córkami. Nieustannie uczy się niemieckiego i francuskiego. W wolnych chwilach jeździ konno.

„Kosmos” w sieci:

https://www.kosmosmag.ch (wydanie szwajcarskie)

https://kosmosdladziewczynek.pl/ (wydanie polskie)

Warto przeczytać:

Badania socjolożki Gabrielli Schmid  https://www.budrich-journals.de/index.php/gender/article/view/25304

Wywiad ze Schmid po niemiecku https://www.kosmosmag.ch/post/in-der-schweiz-liegt-noch-vieles-im-argen i po francusku https://www.kosmosmag.ch/post/il-reste-encore-beaucoup-à-faire-en-suisse

Zdjęcia są własnością redakcji „Kosmosu”.

Pięć i pół „ponieważ”. Szwajcaria? Ja tu nie pasuję!

Jedną stopą w górskim bucie. Drugą w piasku nad Bałtykiem.

„Proszę dowiedz się, czemu jest mi tutaj aż tak źleeeee”. Wyje w głowie Dawid Podsiadło, podbijając jeszcze to ssanie, które niektórzy nazywają nostalgią. Męczą wątpliwości: minęło prawie sześć lat i co ja tu właściwie robię? A może już czas, żeby… No właśnie, żeby co? 

Znajomi z dłuższym emigracyjnym stażem, oficjalnie przyznaję Wam rację! Mówiliście, że prędzej czy później dopadnie każdego. Ponoć lubi przychodzić po pięciu latach. Czasem daje znaki ostrzegawcze, ale bywa, że atakuje bez zapowiedzi. Mój wdarł się ukradkiem, podszył pod tęsknotę, żeby zbić mnie z tropu. I nawet się udało. Jednak uważna autodiagnoza wykazała jednostkę chorobową. Cierpią na nią ci, którzy wyjechali. Ci w wiecznym rozkroku. Ci, którzy się zastanawiają. Bo są trochę tam, trochę tu. Bo nie wiedzą czego chcą. A czują, że nie pasują. Na pewno tu, a może już i tam? Ci, którzy zadają sobie pytanie: wracać?

Diagnoza: kryzys migracyjny. Objawy: nadmierna melancholia, deficyt decyzyjności, poczucie zawieszenia, uwierający „kamyk w bucie”. Stan pacjentki: zmienny. Rokowania: niepewne.

Kryzys w raju. Niechętnie o nim mówimy. Bo jak komukolwiek może być źle w Szwajcarii? Brzmi jak najgorsze bluźnierstwo. Reakcje? Od „nie narzekaj, przecież tu się oddycha” po „nie podoba się, droga wolna”.

Klincz. Dół. Zapaść. Impas. Martwy punkt.

Sprawił, że to, co powinno zachwycać, spowszedniało. Bo ileż można łazić po tych górach? Prawda, są piękne, ale i nudne, bo wciąż takie same. Stoją niewzruszone i drwią sobie ze świata. Ze mnie, której marzy się zmiana. Nie to, co morze. Ono jest przecież w ciągłym ruchu. 

Sprawił, że to co dobre, zaczęło kłuć jak bliżej niezlokalizowany nerwoból. Odgrywany na co dzień teatr powierzchownej uprzejmości, w którym dotychczas z powodzeniem grałam swoją rolę, zamienił się w spektakl pociąganych za sznurki marionetek. Pod maskami te same sztuczne twarze. Jak krasnale ogrodowe, z przyklejonym grymasem na ceramicznym obliczu – nic nie jest w stanie wytrącić ich z równowagi. Łapię się na tym, że nie odpowiadam sąsiadom na miłe Grüezi, świadomie zwlekam z zapłaceniem rachunku, zostawiam parasol na klatce schodowej, nie czyszczę filtra w pralce. Mój bunt. Jaki kraj, taka rebelia.

Sprawił, że to co wcześniej niegroźnie wkurzało, teraz jątrzy. Lubuję się w obrzydzaniu, wyszukiwaniu wad, szukaniu potwierdzenia, że to nie jest kraj dla mnie. Przecież ja tu nie pasuję! Dlaczego?

Ponieważ nr 1: Lubię spontaniczność

Papierowy, w skórzanej okładce, dla tradycjonalistów. W telefonie, dla nowoczesnych. Ewentualnie w Outlooku, dla technologicznie zaawansowanych. Kalendarz. Terminarz. Agenda. Rzecz, bez której w Szwajcarii nie przeżyjesz. Nie hokej i nie piłka nożna. Helweckim sportem narodowym jest umawianie się. Na kolację, na kawę, na drinka, na spotkanie, na telefon, na email. Wyznaczanie sobie terminów – na za trzy miesiące, na 12 lutego i 25 kwietnia, na od.. do.., na urodziny za dwa lata i ślub za pięć. Dyktatura kalendarza. Społeczeństwo zaplanowane na kolejne trzy dekady. Powtarzam sobie, że za każdym razem, kiedy wyznaczam datę znajomym, umiera mały ptaszek. Trochę ich przez te lata zginęło (ptaszków, nie znajomych).. Nie chcę, żeby rytm mojego dnia wyznaczały rubryki w kalendarzu i przyjęty kodeks zachowań. Nie jestem emocjonalnym robotem. Lubię spontanicznie (i głośno) roześmiać się w pociągu czy autobusie. Rzucić głupi żart do kelnera w restauracji, wytracając go choć na chwilę z wyuczonej roli. Wejść po zamknięciu drzwi albo nie pojawić się wcale. Bo czy pięciominutowe spóźnienie (tak jak wyjście na wino bez planu) nie jest po prostu ludzkie? Na pewno bardziej niż skazywanie niepokornych na społeczne potępienie.

Ponieważ nr 2: Źle się czuję w szufladce 

Nie jestem opiekunką, pielęgniarką, kelnerką, sprzątaczką. Nie sprzedaję ubezpieczeń ani funduszy inwestycyjnych. Nie pracuję na uniwersytecie. Ani w fabryce. Nie wysłała mnie tu żadna korporacja. Nie mam prostej i przejrzystej ścieżki kariery. Nie mam ładnego CV. Nie jestem bezrobotna, nie jestem zatrudniona. W Szwajcarii wolni strzelcy są podejrzani. Prawie jak żyjący tu nomadzi. „Napisałaś książkę! Świetnie. A czym się zajmujesz zawodowo?”. Wartość człowieka w kraju dobrobytu wyznacza trzeci filar emerytalny, stan konta oszczędnościowego i liczba lat przepracowanych w jednej firmie. Żyjesz od zlecenia do zlecenia? Pandemia dała Ci w kość? Nie wiesz co dalej? Spokojnie, damy Ci ostatnią szansę. Na stole leżą dwa wnioski: przedłużenie pobytu w Szwajcarii o pięć lat i podanie o szwajcarski paszport. Nie wiem, gdzie będę za pięć lat. Nawet nie wiem, gdzie będę za pięć miesięcy. Jakie to nieszwajcarskie.

Ponieważ nr 3: Nie jestem matką-imigrantką

Szwajcaria to raj dla matek. A matka-imigrantka to nierozerwalny związek frazeologiczny. To, że matki nie pracują, nikogo w Szwajcarii nie dziwi. Zwłaszcza, jeśli to matki przyjezdne. Współczynnik zatrudnienia wśród cudzoziemek mających dzieci jest znacznie niższy niż wśród matek-Szwajcarek. Te ostatnie jakoś znalazły sobie (wywalczyły?) miejsce na rynku pracy. Matki-imigrantki mają absolutne społeczne przyzwolenie na to, żeby zostać z dzieckiem w domu, najlepiej do momentu, aż to nie pójdzie do przedszkola. Jeśli bardzo brakuje im pracy (albo pieniędzy) matki mogą zatrudnić się na „procent” – ale nie więcej niż jedną trzecią etatu, inaczej ucierpi na tym dziecko. Miejsce matki-cudzoziemki jest przecież w domu. A miejsce cudzoziemki-niematki? W pracy. Chcesz pracować na pół etatu, a nie masz dzieci? Zapomnij. Te stanowiska w Szwajcarii już są zarezerwowane.

Ponieważ nr 4: Nie nauczyłam się dyplomacji 

Lista pytań i stwierdzeń, które w rozmowach ze Szwajcarkami i Szwajcarami nie mają prawa paść: Ile zarabiasz? Jeździsz na zakupy do Niemiec? Szwajcaria jest taka zależna od Unii Europejskiej. Czytałaś tę książkę o deportacji Żydów podczas drugiej wojny światowej? A o handlu złotem z Hitlerem? Szwajcarska bankowość jest niezwykle skostniała, zupełnie jak model rodziny. Szwajcaria potrzebuje urlopu ojcowskiego i darmowych żłobków. Dlaczego te bilety są tak drogie? Wstydzisz się mówić po niemiecku? Serwis w tutejszych restauracjach jest fatalny. Co studiowałeś? Nie stać mnie. Masz czas za godzinę?

Wszystkie powyższe pytania i stwierdzenia padły.

Ponieważ nr 5: Nie chcę się odciąć 

Co Ty się tak przejmujesz tymi wyborami? Daj sobie spokój. Przecież nie mieszkasz w Polsce. Ciebie to nie dotyczy. Mówią mi Polacy w Polsce. Mówią mi Polacy w Szwajcarii. A mnie dotyczy. Dotyczy, że hej. Nie chcę być Polką, która hiperwentylowana czystym alpejskim powietrzem, zapomniała skąd jest. Ani taką, która płaci frankami za amnezję. „Bardziej szwajcarską od Szwajcarów”. Chcę pozostać Polką, która wie, co się dzieje w Polsce. Która zaczyna dzień od informacji z Polski. Która czytając je śmieje się i płacze, czasem jednocześnie. Polką, która cierpliwie tłumaczy swój kraj Szwajcarom. Nawet w momentach, kiedy wstydzi się za ten kraj najbardziej na świecie. Nawet wtedy, kiedy sama go nie rozumie. Dlatego będę chodzić na wybory (i o tym pisać) nawet gdy zostanę tu kolejnych 5, 10, 20 lat. Choć wiem, że wielu Polaków w Polsce (i w Szwajcarii) wolałoby, żebym już oddała paszport.

Ponieważ nr 5 i pół: Kocham góry, ale nie potrafię żyć bez morza. Sorry Szwajcario!