Szwajcaria w czasach zarazy. Odcinek 3: Czy to naprawdę już koniec?

Tatsuya Tanaka http://www.miniature-calendar.com

Tekst: Emilia Sułek*

Początki euforii

Feeria barw. Taki widok wita mnie pod supersamem. Jest poniedziałek rano, idę po mleko. Staję w pół kroku, nie rozumiejąc co się dzieje. Po chwili myśl: prawda, rząd zarządził otwarcie fryzjerów i sklepów ogrodniczych. Znowu można sprzedawać pelargonie, sadzonki ogórka i czego tam jeszcze. Ludzie tłoczą się, cali w euforii, pakując do koszyków kolejne doniczki. Ten widok regałów z kwiatami jest jak olśnienie. Jakby ktoś przełączył telewizor z wersji czarno-białej na kolor. Jakby Szwajcaria zmieniła się w Andaluzję.

Większy porządek jest pod fryzjerem, choć i tam zbiegowisko. Na chodniku stoją grupki mężczyzn. Zamarli pod ścianą, w stanie charakterystycznego bezruchu, jakby się zawiesili. Można by pomyśleć, że to robotnicy sezonowi czekają na okazję zarobku. Na to aż pracodawca podjedzie i rzuci z samochodu: „pięciu do ziemniaków” albo „trzech do kładzenia fug”. Trzech albo pięciu poderwie się z letargu, wskoczy na pakę i odjedzie w nieznane. Ale to Lucerna. Tłumek na chodniku czeka, żeby się ogolić i ostrzyc. Swoją drogą, pod fryzjerem damskim kolejek brak. 

To dopiero początek wracania do normalności, programu który rząd ogłosił po Wielkanocy. Podano daty – kroki milowe w maju, w czerwcu, w lipcu. Gastronomia, handel, szkoły, kultura, wszystko ma znowu stać się dostępne. Na razie jest na pół gwizdka. Na razie radość jest powściągliwa. 

Odkrywanie świata 

Przez ostatnie miesiące po dworcu w Lucernie hulał wiatr. Ani śladu po turystach z zagranicy ani po młodzieży z okolicznych wiosek, która do miasta zjeżdża na imprezy. Zwiedzanie odwołane, imprezy też. Z pociągów w rozkładzie zostały niedobitki. Na co drugim peronie komunikat: „Pociąg odwołany z powodu pandemii.” Pojedynczy pasażerowie przemykali chyłkiem przez halę dworcową, jakby była wypełniona morowym powietrzem. Atmosferę zagrożenia potęgował widok policji, która pilnowała porządku. Pilnowała w sensie dosłownym. Bo porządek – nawet aż zanadto – tu był i niewiele osób chciało go zakłócać. 

Teraz ma się to zmienić. Kolejny krok ku normalności to powrót do zdrowego, tzn. starego rozkładu jazdy. I ja zbieram się na odwagę. Jako kierunek wybieram Zurych. Podróż, którą kiedyś odbywałam rutynowo, kilka razy w tygodniu, teraz przypomina wyprawę w nieznane. Towarzyszy mi lekki skok adrenaliny. Na peronie ktoś rozdaje chusteczki odkażające. Pasażerowie siedzą daleko od siebie. Jakby na szkolnej wycieczce ktoś ich rozsadził. Za karę, że rozrabiali. W wagonie cisza. Przez całą drogę każde skrzypniecie kół słychać będzie podwójnie. Niemrawo uśmiecham się do pasażera siedzącego dwa metry ode mnie. Uśmiecham się oczami, bo usta zasłania mi maska. Bez odpowiedzi. Czyżby strach dał się nam tak we znaki, że nawet uśmiech wydaje się niebezpieczny?

Kolejom nie jest do śmiechu, bo straty poniosły ogromne. Podobnie jak wiele firm, również i one zwróciły się do rządu po pokrycie części strat. Lista gospodarczych kolosów, które rząd musi ratować (bo to w końcu on wprowadził lockdown) jest długa. Ci mniejsi też mogą otrzymać odszkodowanie za stracony zarobek. Inni – których pracodawca jeszcze jakoś przędzie – przeszli w tryb tzw. pracy krótkiej: pracują krócej i za mniejsze pieniądze. To spotkało Narzeczonego. Nastroje są minorowe, ale najważniejsze to nie stracić pracy. W bliskim otoczeniu spotkało to aż trzy osoby. 

W Zurychu spotykam się z przyjaciółką, która jest na bezrobociu. Choć ona raczej cieszy się z pandemii. Paraliż rynku sprawił, że Urząd Pracy, normalnie wymagający, teraz wrzucił na luz. W końcu żadne rozmowy o pracę nie były w ostatnim czasie możliwe. Nie posiadamy się z radości: to nasze pierwsze spotkanie od wybuchu pandemii. Mimo to zachowujemy bezpieczny dystans. Na powitanie stajemy dwa metry od siebie i zaczynamy się ściskać, każda własnymi rękami. Do tego okrzyk: „Jak to fajnie się spotkać!” Żeby to oblać idziemy na kieliszek szampana. Lokale gastronomiczne zaczęły się powoli otwierać. To też trzeba uczcić! 

Stoliki rozstawione są daleko od siebie. Zamaskowany kelner przyjmuje zamówienie. Szampana podaje w rękawiczkach, mimo że to nie hotel Hilton ani nawet Bristol. W innych lokalach między stolikami stoją parawany, czasem rozwieszona jest zasłona. Zależnie od inwencji i budżetu właścicieli. Całe szczęście jest wiosna, toteż życie toczy się na ulicy. Ale i tu musi być porządek. Przed jedną z kawiarni kelnerka chodzi z centymetrem: mierzy odległość między stolikami. Teraz każdy lokal jest azylem dla wybranych. Jednego dnia, kiedy na ulicy złapie mnie ulewa, będę chciała schować się w kawiarni. Obsługa wyprosi mnie na deszcz. Przykro nam, pani się nie zmieści.  

Wiwat konsumpcja! 

Też w Zurychu, udaję się do ulubionego serowara i centrali rybnej (po tygodniach kupowania w supermarkecie można pójść do normalnego sklepu!). To wszystko ma taki posmak, jakbyśmy spotykali się po wojnie albo innym kataklizmie – każdy small talk zaczyna się od pytania, jak przeżyliście? 

Niby jest tak jak było, ale jednak inaczej. U serowara do lady podejść się nie da. Drogę zagradza ławka, taka jak ze zwykłego garden party. Rozmawiasz ze sprzedawcą trochę jak przez płot. U rybaka jest podobnie. Jak czapla wyciągam szyję, żeby dojrzeć flądrę i śledzia chłodzącego się w lodzie. Nie tylko ryby, ale i sprzedawca ukryty jest za warstwą szkła i plastyku. Fartuch, rękawiczki i pleksi-maska na twarzy. 

To plastyk jest zdecydowanym zwycięzcą pandemii. Plastyk w każdej postaci. Plastykowe rękawiczki, plastykowe zasłony na twarz, plastykowe pieniądze. Sklepy proszą o płacenie „bezdotykowo”, kartą zamiast gotówki, która nawet w kraju, gdzie pieniądz zawsze wygląda jak prosto z mennicy, zaczęła uchodzić za „niehigieniczną”. W jednym ze sklepów, zafascynowana oglądam akrobacje towarzyszące transakcji. Sprzedawca (w plastykowych rękawiczkach) podaje mi terminal przez szmatkę. Wklepuję (niestety bez rękawiczki) numer PIN. Po zakończeniu procedury, terminal zostaje opryskany z dezynfekatora i wytarty (wyszorowany!) kolejną szmatką, która za chwilę wyląduje w koszu. Niech żyje kubeł na śmieci! Ideologia no-waste ma przerwę. 

Przerwę ma też filozofia „mniej znaczy więcej”. Może i pialiśmy z radości przez ostatnie miesiące, że naród przestał kupować w neurotycznym szale, ale jak otworzyli sklepy trzeba było nadrobić zaległości. W księgarni jestem już pierwszego dnia, dziesięć minut po otwarciu. Przy drzwiach (tradycyjnie już) butelka z płynem do dezynfekcji. Dodatkowo pudełko rękawiczek. Wymytymi i ogumionymi rękami oglądam książki. Nowe wydania biorę do ręki jakby każde było białym krukiem, który na chwilę wyleciał z bibliotecznej gabloty. Kupuję od razu dwie, z samej radości, że mogę. W tym samym tygodniu zajrzę do paru innych księgarni, dokupię jeszcze dwa tytuły. Na wszelki wypadek, cokolwiek miałoby to znaczyć. 

To samo powtórzy się w odzieżowym. Pobieram numerek (w sklepie nie może przebywać więcej niż dziesięć osób) i plastykowy kaptur, na wypadek gdybym chciała coś przymierzyć. Wszystko to jest jakieś nieziemskie. Prostota środków zapobiegawczych: spryskiwacz do rąk, rękawiczki, kaptur… czy to naprawdę działa? 

Przychodzi tez czas na kulturę. W trybie analogowym, bo w internecie można było pójść do kina i na koncert bez opuszczania kanapy. Kino i teatr muszą jeszcze poczekać, ale muzea i galerie stoją otworem. W Bourbaki-Panorama (odpowiedniku naszej Racławickiej) seria eksponatów zalepionych taśmą. Wszystko co interaktywne, jest wyłączone z użytku: interakcje są niebezpieczne, nawet te z muzealnym eksponatem. W muzealnym kiblu dwie umywalki też obklejone są taśmą, jak miejsce zbrodni w filmie kryminalnym. W pustym hallu ojciec z synkiem bawią się piłką. Chłopiec rzuca ją do mnie. Instynktownie łapię i odrzucam. Po chwili reakcja: czy powinnam była? Czy zostanę zrugana za zły dotyk?

Bliskość wciąż podejrzana 

Powrót do konsumpcji jest prostszy niż do społeczeństwa. To jest wciąż nastawione „na dystans”. Na schodach ruchomych kobieta przede mną syczy ostrzegawczo, bo podeszłam o jeden krok za blisko. Tego rodzaju syki i obrażone chrząknięcia były mi tu do tej pory nieznane. Pewnie można zaryzykować tezę, że pandemia doprowadziła do (lekkiego) upadku obyczajów. Zwłaszcza w środkach transportu ludzie patrzą na siebie bykiem. Torby i plecaki jeżdżą już prawie legalnie na siedzeniach w autobusie, stanowiąc bufor bezpieczeństwa dla bojących się o zdrowie pasażerów.

Życie towarzyskie powoli się odradza, choć w dość specyficznej formie. Po raz pierwszy (od zimy!) idziemy na Apero do znajomych. Na szczęście mają taras, więc przy odrobinie wysiłku jesteśmy w stanie zachować dystans. Ale kiedy popsuje się pogoda i będziemy musieli wejść do domu, nagle zrobi się zbyt tłoczno. Pożegnamy się – powoli wchodzi nam to w krew – łokciem. 

Podawania rąk nadal się unika. Nie wspominając już o innych kontaktach fizycznych. I właśnie przez to zwykły uścisk rąk staje się teraz niemal wywrotowy, prawie intymny, dowód prawdziwego zaufania, prawie jak seks bez kondomu. Dla osoby przywykłej do fizycznego kontaktu, ten odwyk od bliskości jest wyzwaniem, zwłaszcza wśród przyjaciół i bliskich. Tworzą się różne strefy wtajemniczenia i … wykluczenia. Ta sama osoba, która dzień wcześniej wyściskała mnie na powitanie (jak smakuje taki uścisk po miesiącach abstynencji!), dzień później poda mi tylko łokieć. Szepnie przy tym: muszę uważać, tu dużo ludzi. Trzeba dawać przykład. 

Bliskość w ogóle stała się podejrzana. Korzystając z wolnego dnia, jadę w góry, popatrzeć na świat z innej (wyższej) perspektywy. Szczyt wybieram niefortunnie. Już autobus zapakowany jest na ścisk. Podobnie jest na szlaku. Ludzie tłoczą się, nawet przepychają. Gorzej niż na Giewoncie. Z góry schodzi grupa podchmielonych wyrostków, w plecaku gra muzyka. Ten z lewej zatacza się na mnie. Niestety, nie wiedziałam, że cel mojej wycieczki jest ulubionym miejscem oglądania wschodu słońca. A że noce są chłodne, trzeba się czymś rozgrzać. Przy pierwszej okazji zbaczam w inną stronę. Nawet w telewizji będą mówić, że naród beztrosko popędził w góry, zapominając o środkach bezpieczeństwa. Policja nie reaguje.  

Widmo policji dopada mnie gdzie indziej. Tak, wreszcie i ja idę zrobić coś zrobić z włosami. W malutkim salonie fryzjerka w masce na twarzy. Ale inaczej niż u Zorro, to nie oczy są zasłonięte. Ja zresztą też w masce. Takie są przepisy. Mycie głowy odbywa się jeszcze normalnie. Strzyżenie troszkę gorzej. Trudno ciąć w ciemno. W końcu dziewczyna mówi: zdejmij te maskę, ja cię przecież w ogóle nie widzę. 

Od razu robi się sympatyczniej. Dostaję nawet kawę i ciastko. Radośnie rozmawiamy o życiu w Londynie i o brytyjskim poczuciu humoru. Nagle sytuacja robi się jak z komedii: „Policja!” Fryzjerka rzuca nożyczki i czmycha na zaplecze. Ja w popłoch. Cholera, gdzie maska?! Z podołka spadła mi na podłogę! Rzucam się pod fotel. Za chwilę ostrożnie wyjrzę przez okno. To drogówka, mówię, widząc, jak policjantka wypisuje mandat na źle zaparkowany samochód. Drogówka chyba nie kontroluje fryzjerów? Moja fryzjerka nie jest przekonana. W ostatnim czasie słyszało się historie w rodzaju: facet przyszedł do pracy z nową fryzurą. Fryzjera zamknęli. Brzmi nieprawdopodobnie. Może to legenda miejska?

Leczenie ran

W kolejną niedzielę jadę do Thun. To miasteczko jak z pocztówki: szafirowe jezioro, panorama gór jakby wycięta z opakowania czekolady. Właściwie to jadę służbowo, ale ponieważ jest niedziela, całość ma lekko wycieczkowy charakter. Pogoda piękna, świeci słońce, pierwszy raz po dłuższym okresie niepogody. 

Spacerowiczów masa. Długi ogonek ciągnie się wzdłuż rzeki w drodze do jeziora. Ja też wędruję nabrzeżem. Po lewej stronie woda, po prawej metalowy płot, za nim pas dzikiej zieleni. Moje myśli błądzą nie wiadomo gdzie, wzrok wędruje przez kępy dzikiej roślinności za płotem. Przez tygodnie siedzenia w domu rozwinęłam pasję ogrodniczą i także tę szukania jadalnego zielska na każdej łące i poboczu drogi. Na wpół automatycznie skanuję wzrokiem co rośnie w Thun. A nuż zobaczę coś ciekawego. 

Nagle wzrok mój pada na kawałek papieru. Zapisany i zwinięty, leży na poduszce z trawy, jakby ktoś zrzucił go z chmury. Automatycznie spoglądam w górę, chyba żeby sprawdzić, czy to niebo wysłało mi wiadomość. Ledwie dosięgam papieru przez płot. Za chwilę rozprostowany leży w mojej dłoni. 

Obie strony zapisane, każda innym charakterem pisma. „Drogi/droga Nikt”, pisze autorka, w liście skierowanym do mnie i do każdego, kto przechodzi nabrzeżem. „Myślałam, że samobójstwo rozwiąże mój problem”, relacjonuje swoje zmagania z życiem. „Chciałam czuć się potrzebna, ale wylądowałam w ciemności. Kaleczyłam się, ale to tylko zwiększało ból. ‘Proszę, pozwól mi umrzeć’, myślę o tym każdego dnia”. Czuję, jak serce zmienia mi się w ciasny węzeł. „Jestem taka samotna. Mimo że to czas pandemii, proszę zostaw mi wiadomość. Będę tu przychodzić codziennie.”

Na drugiej stronie odpowiedz, napisana inna ręką. Słowa otuchy, zachęty by wytrwać. „Czasami ogarnia nas ciemność. Pamiętaj, że promyk światła dosięgnie i ciebie.” Ja też dopisuję coś od siebie. Podaję kontakt, gdyby autorka chciała mnie znaleźć. Wygrzebanym z portmonetki spinaczem przypinam list do drucianego ogrodzenia i patrzę na wodę. Sądząc po tym, że litery lekko rozmył deszcz, list musi tu być od dobrych kilku dni. Czy autorka była tu, żeby sprawdzić wiadomość? Czy w ogóle jeszcze jest

Przechodnie mijają mnie radosnym krokiem. Za chwilę i ja dołączę do nich w tym strumieniu niedzielnego życia. Z domu zadzwonię do pogotowia dla samobójców, sprawdzić, co można zrobić w sprawie nieznajomej kobiety z Thun. Nie mają wiele do zaproponowania. Szwajcaria ma wysoki poziom samobójstw. Dopiero co w styczniu znajomy był świadkiem tego, jak mężczyzna wskoczył pod pociąg. Czy przymusowa izolacja czasu pandemii podniesie ten poziom o poprzeczkę wyżej? To okaże się pewnie dość niedługo. 

Wątpliwości rosną

W połowie czerwca po dawnych środkach bezpieczeństwa nie ma śladu. Euforia z powrotu do życia, aktywności, konsumpcji – wszystko to tłumi inne rozważania. Pewnie rozsądek też. Maski znikają z przestrzeni publicznej, tak szybko jak ostatnie łachy śniegu w Alpach. W supermarkecie płyn do dezynfekcji jeszcze stoi, ale z boku, zdetronizowany przez górę koszyków, które zachęcają do pakowania kolejnych zakupów. Otwierają się kina, lada chwila rząd pozwoli na organizację koncertów nawet na kilkaset osób. Zurych (gdzie po północy obowiązywała godzina policyjna) „uwalnia” życie nocne. Można bawić się do woli, na własną (a nie rządu) odpowiedzialność. I nawet nocne autobusy wróciły na ulice. 

Gdzieś na boku słychać jednak pytania. I pierwsze wątpliwości. Bo jak pogodzić to, co mówią epidemiolodzy, że wirus wciąż jest wśród nas z parciem na powrót do maksymalnej aktywności? Granice są otwarte, ale samolotów właściwie niet. Co i rusz telewizja bąka, że na świecie wirus nadal szaleje. Uniwersytet zapowiedział, że zajęcia jesienią będą online. Mimo tego, że teraz można imprezować pełną parą. To jak to jest z tą chorobą?

Zaplanowane w bezpiecznych odstępach czasu kroki milowe przyspieszyły tempo. Co miało się dziać w lipcu, zdarzyło się już w czerwcu. Co w czerwcu, to w maju itd. Sąsiadka na schodach wyrzeka: Rząd nie kieruje się dobrem społeczeństwa, tylko gospodarki. W najgorszym okresie pandemii, sprawiał wrażenie jedności, teraz każda partia ciągnie w swoja stronę. To wszystko lobby biznesowe, sąsiadka krzywi się z niesmakiem. „Nie lubię tego partyjniactwa”, dodaje. 

Wirus wciąż jest wśród nas, nawet jeśli o nim trochę zapomnieliśmy. Na wszelki wypadek, zaopatrzyłam się w kolekcję masek na twarz. Niewiele osób podziela mój entuzjazm dla tego dodatku do stroju. Członkowie rządu też nie pokazali się w masce. Szwajcaria cały czas wstrzymuje się z wprowadzeniem nakazu noszenia ich, choćby w transporcie publicznym (choć konduktorzy apelowali). Rząd pozostał przy zaleceniu, że nosić… warto: „Szwajcarom nie należy zakazywać. Liczymy na rozsądek obywateli”. W gazecie pojawiła się debata, dlaczego rozsądek pozostaje głuchy i ludzie nie zakładają maski. Wygrała teoria, że to dlatego, że maska bardziej chroni innych niż nas samych. Po co się wysilać dla innych, głosił autor, rekonstruując statystyczną logikę mieszkańca kraju. To by przeczyło wizji solidarnych obywateli, którzy troszczą się o siebie nawzajem. 

Znajoma – młoda, choć z grupy ryzyka – spytała mnie niedawno, czy ma prawo wymagać, by ludzie nosili maski, żeby osoby z mniejszości – takie jak ona – chronić przed wirusem. Jasne, że tak. Mniejszości się chroni. Czy to nie jest jakaś żelazna zasada demokracji? Ale jak choroby nie widać (a i słychać o niej też niewiele), wszelkie środki prewencyjne wydają się zbędne. Sensowność całego lockdownu zaczęła być poddawana w wątpliwość. Ale to tak jak w ogóle z prewencją, mówi ta sama znajoma, która notabene pracuje w ośrodku pomocy narkomanom. Skuteczność prewencji jest jednocześnie jej gwoździem do trumny. Ludzie skłonni są zapominać, że problemy lubią wracać. 

Odwrót od rzodkiewki

Zaległości w kontaktach towarzyskich nadrabiam, gdzie się da. Zresztą, nie tylko kontaktów jestem spragniona. Nieprzewidywalności, beztroski, śmiechu. Przypadkowych interakcji, small talków, wszelkich elementów, który wychodziłyby poza korona-rutynę. Powrót do życia towarzyskiego oznacza, że rzodkiewki popadają w zapomnienie. Ogród już nie jest kompensatą braku towarzystwa. To samo dotyczy sklepów spożywczych. Podczas lockdownu, kupienie nawet jednej cebuli było dobrą wymówką, żeby wyjść z domu. Co ja zrobię, że potrzebuję ludzi, interakcji, nawet w minimalnym stopniu. Siedzenie w domu to nie dla mnie. Ale dzięki home office odkryłam, że sąsiad z drugiego piętra maltretuje dorosłą córkę. Rząd miał chyba rację mówiąc, że zakaz wychodzenia z domu wpłynie na przyrost przemocy domowej.

Patrząc na kwitnący ogród, myślę: Całe szczęście, że pandemia wybuchła na wiosnę. A kiedy będzie druga fala? Od jakiegoś czasu do mediów przebijają się wiadomości o ponownym wzroście liczby zachorowań. Niby niewiele, ale jednak: sto, sto kilkadziesiąt na dzień. To i tak luksus w porównaniu do krajów, które akurat przeżywają masową tragedię i śmierć tysięcy ludzi. Prędzej czy później choroba dociera wszędzie. Cóż, efekt globalizacji. 

W obliczu rosnącej liczby nowych zachorowań, rząd robi jednak ten radykalny krok, z którym tyle się wstrzymywał. Maski będą obowiązywać, przynajmniej w transporcie publicznym. Teraz kiedy jadę pociągiem patrzą na mnie same oczy. Oczy i tylko oczy. Zwielokrotniony big brother i big sister. (Kosmetyczka w drogerii próbuje mnie namówić na prelekcje o podkreślaniu oczu: kiedyś były zwierciadłem duszy, teraz głównym medium komunikacji – mówi z przekonaniem).

W kraju, w którym nie chcą burek i czadorów (choć poza niektórymi turystkami z krajów arabskich nikt ich nie nosi), a inne sposoby zasłaniania twarzy, na demonstracji czy meczu, też są przez państwo niezbyt lubiane, obowiązek zasłaniania twarzy brzmi jak złośliwość losu.

*Emilia Sułek: antropolożka, dziennikarka, menedżerka kultury. Przyjechała do Szwajcarii za pracą, została z miłości. Nie tylko do gór. Specjalistka od Azji Środkowej we wszystkich odmianach. 

Najbardziej znienawidzona kobieta w Szwajcarii

web-ren_3512.jpg

Urodziła się w Bernie, ale dzieciństwo spędziła na Sardynii. Fot. Schweizer Illustrierte

Aktywistka, która nigdy nie ma czasu. Feministka od stóp do głów. Socjalistka z krwi i kości. Dumna idealistka. Antynacjonalistka z przekonania, antykapitalistka z rozsądku. Prawdziwa lewaczka i utopistka z pociągiem do polityki. Tamara Funiciello – głos szwajcarskich Młodych Socjalistów (Juso), naczelna feministka kraju, zmora „prawdziwych Szwajcarów” z SVP, tych, którzy wierzą, że chciwość jest dobra oraz każdego, komu zajdzie za skórę. A w tym akurat jest niezła.

Rocznik 1990. Urodzona w Bernie, dzieciństwo spędza na Sardynii, wychowywana przez mamę sklepową i ojca pracownika fabryki. Wie, co to ciężka praca i trudy emigracji. Kiedy rodzina wraca do Szwajcarii, ojczyzny matki, Tamara musi się nauczyć berneńskiego dialektu i przystosować do helweckiej mentalności. Z włoskim temperamentem nie zawsze jest to łatwe.

Nie jest grzeczną dziewczynką. W szkole bywa pyskata, zwraca uwagę nauczycielom, kiedy traktują sprawy stereotypowo i jednostronnie. Waleczność ma we krwi. Mówi, że to matka nauczyła ją, jak się sprzeciwiać i dążyć do celu. Przykład. Trenuje hokej na trawie. Chce być bramkarką, ale mówią jej, że jest za niska. Niemożliwe? Nie dla Tamary. Zdobywa złoty medal w mistrzostwach kraju. Na bramce.

Choć pochodzi z rodziny robotniczej, wybiera drogę akademicką. Studiuje historię i nauki społeczne, jednocześnie dorabiając w call center. Potem wiąże się zawodowo z Unią – organizacją zrzeszającą szwajcarskie związki zawodowe. Bliska jest jej walka o prawa pracowników, kobiet, migrantów. To dlatego angażuje się w politykę. Młodzieżówka szwajcarskich socjaldemokratów jest naturalnym wyborem.

1495277_450603275041424_1532517187_o

Moje ciało, mój wybór. Prowokacja to środek do politycznych celów. Fot. tamarafuniciello.ch

W swoim programie politycznym, który prowokacyjnie nazwała WTF, czyli Wähle Tamara Funiciello (wybierz Tamarę Funiciello), wzywa do zmiany tego, co ją wkurza. „Chcę mówić głośno, że to nie ludzie z innym kolorem paszportu są winni niskich płac i wysokich czynszów, ale pracodawcy i właściciele nieruchomości. Chcę żyć w społeczeństwie, gdzie rasizm, seksizm i homofobia są potępiane. Chcę świata, w którym każdy ma równe szanse, niezależnie od pochodzenia, płci czy rodziny, z jakiej pochodzi. I chcę tego teraz”. Nierealne? Nie dla Tamary. W 2016 zostaje przewodniczącą Juso. Oprócz tego zasiada w radzie miasta Berno oraz jest wiceprzewodniczącą Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii.

W konserwatywnej Szwajcarii każde jej działanie uznawane jest za prowokację. Bez stanika zachęca do udziału w marszu kobiet i występuje na na plakatach kampanii społecznej „Moje ciało, mój wybór”. Nagość jest dla niej środkiem w walce o polityczne cele, a ponieważ nie ma figury modelki, nie wszystkim się to podoba. Polityk prawicowej, antyimigranckiej partii SVP (Szwajcarska Partia Ludowa) publicznie wyśmiewa jej wygląd, porównując ją do Bibendum – ludzika reklamującego opony Michelin.

Tamara ma to gdzieś. Ma 1,52 m wzrostu i niewyparzony język. Choć kocha pandy, to lepiej z nią nie zadzierać. Kiedy w zeszłym roku przeciwnicy aborcji organizują pod parlamentem w Bernie marsz życia, Funiciello występuje z wnioskiem o kontrdemonstrację zwolenników wolnego wyboru. Policja jednak nie wyraża na to zgody. „To bezczelność. Totalne pogwałcenie praw człowieka. Jeśli tym ludziom się wydaje, że mogą decydować o naszych ciałach, to chyba wciąż żyją w średniowieczu” – komentowała wówczas szefowa Juso. Kto nie jest z nią, ten jest przeciwko niej.

35_funiciello-980x632

Uwaga, ona ma broń. Fot. tageswoche.ch

Ostatni skandal z jej udziałem wylał się nawet poza Szwajcarię, a Tamara została okrzyknięta najbardziej znienawidzoną kobietą w kraju. Poszło o piosenkę, letni hit berneńskiego zespołu Lo&Leduc pod niewinnie brzmiącym tytułem „079”. W banalnym tekście, w którym chłopak stara się wyciągnąć od dziewczyny jej numer telefonu, Funiciello doszukała się źródeł ważnego problemu, jakim jest przemoc wobec kobiet. Nie znaczy nie, nawet jeśli chodzi o pozornie niegroźne nagabywanie na imprezie.

Wyjaśnienia, że nie chodzi o krytykę muzyków, lecz zwrócenie uwagę na pewne zjawisko społeczne nic nie dają. Hejt na Tamarę uderza przez wszystkie możliwe kanały. Seksistowskie żarty, wyzwiska, a nawet grożenie śmiercią. Jej numer telefonu krąży w sieci. W mediach społecznościowych wrze, a w gazecie „Schaffhauser Nachrichten” ukazuje się karykatura wściekłej Funiciello, wymachującej stanikiem nad chłopcami z zespołu i pytającej, dlaczego właściwie nie zadzwonili do niej. Wyjątkowo niesmaczny żart.

„W tym kraju można dyskutować na każdy nawet najbardziej absurdalny temat, dopóki nie krytykuje się mężczyzn i tego, co robią kobietom” – mówi Tamara i zapewnia, że nie zamierza – ja sugeruje jej wielu – stulić pyska. W patriarchalnym społeczeństwie walczy z seksizmem. W kraju bankierów dąży do opodatkowania zysków kapitałowych. Wbrew antyimigranckim nastrojom, broni praw cudzoziemców i chce dać im głos. Kobieta, migrantka, lewaczka, która mówi, to, co myśli. W Szwajcarii to mieszanka wybuchowa. Polityczni przeciwnicy nazywają ją populistką, histeryczką i egoistką, która przed oczami ma tylko jeden cel: stołek w parlamencie.

Funiciello nie ukrywa, że chciałaby do Rady Narodu. Gdyby udało jej się to już po wyborach w tym roku, byłaby jedną z niewielu kobiet przed 30-tką na tak wysokim politycznym szczeblu w Szwajcarii. Niemożliwe? Nie dla Tamary.