Trudy była pierwsza. Długa droga Szwajcarek do równouprawnienia

Kiedy w 1928 roku Brytyjki otrzymały pełnię praw obywatelskich, szwajcarskie aktywistki wyszły na ulicę Berna, ciągnąc za sobą wielki model ślimaka i pytając: jak długo jeszcze?

Walkę o głos Szwajcarki toczyły właściwie już od połowy XIX wieku, kiedy pierwsze organizacje sufrażystek słały petycje do męskich władz i domagały się udziału w życiu publicznym. Bezskutecznie. Na początku lat 50. XX wieku Szwajcaria, jedna z najstarszych demokracji na świecie, wciąż pozostawała jednym z ostatnich krajów na Starym Kontynencie, w którym kobiety nie mają prawa głosować ani ubiegać się o sprawowanie urzędów publicznych. Wkrótce miało się to zmienić. 

26 czerwca 1958 roku. Niewielka miejscowość Riehen, siedem kilometrów od Bazylei, jako pierwsza gmina w Szwajcarii przyznaje kobietom prawa wyborcze. Trzynaście lat zanim ustanowiono je na poziomie ogólnokrajowym i trzydzieści dwa lata nim polityczny i społeczny głos uzyskały kobiety w ostatnim szwajcarskim kantonie. 

7449

Gertruda Späth-Schweizer – pierwsza kobieta w szwajcarskiej polityce. Fot. Historisches Lexikon der Schweiz

Ten sam rok, jesień. Mieszkańcy Riehen wybierają 50-letnią Gertrudę Späth-Schweizer do Rady Obywatelskiej. Trudy, bo tak na nią wołają, jest pierwszą kobietą w historii Szwajcarii sprawującą funkcję polityczną. Wybory nie odbyły się bez kontrowersji, bo okazało się, że oddanych głosów było więcej niż osób na sali. Jednak kto by się przejmował drobiazgami. Wszak dzięki Trudy historia gminy Riehen dotarła nawet za ocean, gdzie pisał o niej amerykański dziennik „Herald Tribune”. Sama zainteresowana, choć stała się symbolem walki o prawa kobiet, nie czuła się dobrze w tej roli. Zawsze podkreślała, że bardziej niż bycie pionierką, obchodzą ją problemy gminy i ich rozwiązywanie. Swój urząd sprawowała przez szesnaście lat. 

To, co wydarzyło się w Riehen, było niewątpliwie początkiem dobrej zmiany w szwajcarskim społeczeństwie. Trudno jednak mówić o rewolucji, raczej o powolnym dochodzeniu kobiet do pełni praw obywatelskich. W tym samym roku, w którym mieszkanki Riehen otrzymały prawa wyborcze, nad wprowadzeniem ich na poziomie ogólnokrajowym po raz pierwszy głosowano w parlamencie federalnym. Propozycja dostała zielone światło. Teraz wystarczyło tylko, aby poparł ją głos ludu.

1 lutego 1959 roku Szwajcarzy po raz pierwszy głosowali w ogólnokrajowym referendum nad przyznaniem kobietom czynnego i biernego prawa wyborczego. Z niespełna miliona mężczyzn, którzy wybrali się do urn, tylko jedna trzecia poparła kobiety. W najbardziej konserwatywnym kantonie Appenzell Innerhoden na nie zagłosowało aż 95 proc. wyborców.

remote.adjust.rotate=0&remote.size.w=2305&remote.size.h=2354&local.crop.h=1292&local.crop.w=2300&local.crop.x=0&local.crop.y=387,n-large-16x9-far

1959 rok – Szwajcarzy mówią nie prawom kobiet do głosowania. Fot. Basellandschaftlichezeitung 

Referendum, choć wydawało się być dla kobiet niczym innym jak porażką, miało swój pozytywny oddźwięk na poziomie kantonalnym. Na przełomie lat 50. i 60. XX wieku trzy szwajcarskie kantony, Vaud, Neuchatel i Genewa, przyznały kobietom prawo do głosowania na poziomie kantonalnym i lokalnym. Za ich przykładem poszły kolejne i do początku lat 70. prawo głosu zyskały mieszkanki ośmiu szwajcarskich kantonów.

W 1971 roku przyszedł czas na kolejne podejście do tematu praw wyborczych kobiet na poziomie państwowym. 7 lutego, przy frekwencji 57,72% (955 321 wyborców) zmiany zyskały poparcie 65,7 proc. uczestniczących w głosowaniu mężczyzn. Sukces, choć nie sposób nie zauważyć, że duża część (męskiego) społeczeństwa wciąż nie była przekonana (na nie zagłosowało aż osiem niemieckojęzycznych kantonów). Jeśli przyjmiemy za początek Federacji Szwajcarskiej uchwalenie konstytucji założycielskiej w 1848 roku, to droga kobiet do pełni praw obywatelskich trwała 123 lata. A w przypadku dwóch niemieckojęzycznych półkantonów Appenzell aż 147 i 148 lat.

Te dwa ostatnie bastiony konserwatyzmu broniły się przed zrównaniem kobiet w prawach z mężczyznami aż do lat 90. XX wieku. Najpóźniej, bo dopiero w listopadzie 1990 roku, polegli strażnicy patriarchatu z Appenzell Innerrhoden, którzy do przyznania mieszkankom praw wyborczych zostali przymuszeni decyzją Trybunału Federalnego. Pewnie do dzisiaj uważają to za zamach na lokalną niezależność. 

Jak dzisiaj, niemal pół wieku od przyznania Szwajcarkom praw wyborczych, wygląda ich pozycja w polityce? W szwajcarskim parlamencie (Radzie Narodu) jedna trzecia to kobiety, a w Radzie Kantonów jedynie 15 procent. W Radzie Federacyjnej, pełniącej funkcję rządu i składającej się z siedmiu osób zasiadają obecnie tylko dwie kobiety (jedna z nich z końcem roku opuszcza urząd). Pierwszą prezydentkę (urząd rotacyjny, osoba zmienia się co roku), Ruth Dreifuss, powołano w 1999 roku. Od tej pory tę funkcję sprawowało pięć kobiet (w tym Doris Leuthard podwójnie).

Nieco lepiej jest na poziomie lokalnym. Najwięcej kobiet działa w kantonalnych parlamentach w Bazylei-Land (38 procent), Aarau (36 procent) i Zurychu (34 procent). Najgorzej jest w kantonie Schwyz, tylko 14 procent. Jednak, jeśli spojrzymy na władze wykonawczą, czyli kantonalne rządy, udział kobiet mocno spada i wynosi średnio 24 proc, a w trzech kantonach, Lucernie, Appenzell Innerrhoden oraz włoskim Ticino, rządzą wyłącznie mężczyźni.

42629487_10215578171541849_4629955546584186880_n.jpg

Helwecja woła! Fot. FB/Helvetia ruft 

Szwajcarskie aktywistki szykują się już na wybory parlamentarne jesienią 2019 roku i zachęcają kobiety do kandydowania. Powołały w tym celu platformę Helvetia ruft! (Helwecja wzywa), która ma być wsparciem dla przyszłych polityczek. Póki co najbliższym sprawdzianem politycznym będą wybory do pełniącej funkcję rządu Rady Federacyjnej, obecnie w składzie 2 kobiety i 5 mężczyzn. Na dwa zwalniające się właśnie miejsca, nominowany jest jeden kandydat i trzy kandydatki. Czy doczekamy się układu 3 kobiety 4 mężczyzn, czyli kolejnego kroku do równouprawnienia? Okaże się już 5 grudnia.

————————————————————————————————————————————–

Źródła:

Magdalena Musiał-Karg, Demokracja bezpośrednia a wprowadzenie praw wyborczych dla kobiet – przykład Szwajcarii
Historisches Lexikon der Schweiz http://www.hls-dhs-dss.ch/textes/d/D16497.php

Rewolucji nie będzie. Szwajcarzy odrzucili Vollgeld

csm_Vollgeldinitiative-Nein-Logo-822-435_06fcf75cd1

Fot. https://vollgeldinitiative-nein.ch

Tekst został opublikowany na portalu Business Insider Polska.

Mały alpejski kraj miał okazję wywrócić do góry nogami cały świat finansów, głosując w niedzielę 10 czerwca nad wprowadzeniem tzw. pieniądza suwerennego. Do rewolucji jednak nie dojdzie, bo większość głosujących odrzuciła kontrowersyjny projekt. Przeciwko było ponad 75 proc. głosujących. Jednogłośnie na „nie” były wszystkie kantony, co jest w Szwajcarii rzadkością. Największą liczbę zwolenników (ponad 40 proc.) inicjatywa miała w Genewie.

Postulaty Vollgeld

Banki tworzą pieniądz elektroniczny z niczego, udzielając kredytów i zarabiając na ryzykownych operacjach na rynku finansowym. Nie podoba nam się to. Chcemy, aby pełną kontrolę nad kreacją pieniądza miał bank centralny – tak w kilku zdaniach można streścić postulaty inicjatywy Vollgeld (w dosłownym tłumaczeniu „pieniądz pełny, całkowity”), w której sprawie referendum trwa w Szwajcarii. Szalony, zdaniem wielu, pomysł grupy Helwetów, wcielony w życie, byłby wyzwaniem nie tylko dla sektora bankowego, ale i dla polityki pieniężnej prowadzonej przez bank centralny.

Na straży depozytów

Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) emituje, głównie w postaci gotówki, jedynie niewielki ułamek pieniądza krążącego w gospodarce. Reszta to tzw. pieniądz depozytowy, czyli tworzony w wyniku akcji kredytowej banków. Załóżmy, że przynosimy do banku 10 tys. franków (ok. 37 tys. złotych). Cała kwota zapisywana jest na rachunku i jest do naszej dyspozycji. Jednak tylko niewielką jej część (w Szwajcarii to 2,5 proc., w Polsce 3,5 proc.) bank odkłada w postaci rezerwy, czyli zabezpieczenia naszego depozytu, w banku centralnym. Resztą obraca na rynku, pomnażając pieniądze m.in. poprzez udzielanie oprocentowanych kredytów. Operacja powtarzana jest wielokrotnie i nazywamy to kreacją pieniądza.

Pomysłodawcy inicjatywy Vollgeld uważają, że w takim układzie pieniądze obywateli nie są bezpieczne. I zaproponowali, aby wszystkie zgromadzone na rachunkach bankowych środki (tzw. depozyty na żądanie, których wartość to ok. 300 mld franków) przeszły pod kontrolę SNB. Bank centralny byłby gwarantem depozytów i decydował o wielkości akcji kredytowej, udzielając pożyczek bankom, a te następnie przekazywałyby je osobom prywatnym i firmom. Dzięki temu każdy pożyczony frank miałby podbudowę w – jak twierdzą zwolennicy Vollgeld – realnym pieniądzu. Główną ideą, przyświecającą zwolennikom Vollgeld jest bezpieczeństwo oszczędności obywateli i zapobieganie kryzysom finansowym, wywołanym przez nietrafione inwestycje banków i bańki finansowe.

Większa władza? Nie, dziękuję

Prezes banku centralnego, choć docenia pokładane w SNB zaufanie, nie jest jednak zainteresowany rozszerzeniem swoich kompetencji o udzielanie kredytów. W obszernym wywiadzie, który pojawił się niedawno na łamach zuryskiego dziennika „Tagesanzeiger”, Thomas Jordan wyjaśnia, że takie rozwiązanie utrudniłoby bankowi centralnemu prowadzenie polityki pieniężnej i zagroziłoby jego niezależności.

– Banki centralne mają pieniądz krążący w gospodarce pod bardzo dobrą kontrolą, nawet jeśli nie mają monopolu na jego kreację. Tę kontrolę osiąga się choćby poprzez ustalanie stóp procentowych – tłumaczy Jordan. Obecnie stopy procentowe w Szwajcarii są ujemne i wynoszą -0,75 proc. Szef SBN przestrzega przed potencjalnymi konsekwencjami przyjęcia przez Szwajcarów pieniądza suwerennego. – To byłoby jak piasek w skrzyni biegów (systemu bankowego – red.), znacznie utrudniając przyznawanie kredytów. Wzrosłyby stopy procentowe. (…) Bank centralny natomiast musiałby darować kredyty bez odsetek – mówi Jordan. Zwraca też uwagę na to, że przejście do systemu pieniądza suwerennego mogłoby ograniczyć bankowi centralnego interwencje na rynku walutowym, a tym samym kontrolę nad wartością franka szwajcarskiego. Działalność banku centralnego zostałaby więc mocno zaburzona, a waluta narażona na znaczne wahania wartości (zła wiadomość dla polskich frankowiczów).

„Financial Times” jest na tak

Sama idea pieniądza suwerennego, nad którym kontrolę sprawują obywatele poprzez bank centralny, nie jest nowa i była już dyskutowana w wielu krajach, m.in. w Wielkiej Brytanii czy Islandii po globalnym kryzysie finansowym w 2008 roku. Jednak to Szwajcaria jako pierwsza zrobiła krok dalej i wykorzystując możliwości, jakie daje demokracja bezpośrednia, doprowadziła do referendum w tej sprawie.

Dużym zaskoczeniem dla opinii publicznej jest aprobata kontrowersyjnego pomysłu Szwajcarów ze strony głównego ekonomisty brytyjskiego dziennika „Financial Times”. Martin Wolf obliczył, że w latach 1970-2011 aż 147 banków na całym świecie potrzebowało ratunku z programów pomocowych Międzynarodowego Funduszu Walutowego.Jego zdaniem, branża finansowa produkuje jeden chaos za drugim i jest systemem stworzonym, aby upaść („designed to fail”). Dlatego też szwajcarska inicjatywa wydaje mu się godna zaufania, ponieważ oddziela bezpieczeństwo, które należy się pieniądzom obywateli od ryzyka, które jest wpisane w działalność banków.

Eksperyment szkodliwy dla gospodarki

Ekonomiści w większości są jednak Vollgeld przeciwni. Pomysł jest nazywany „trzęsieniem ziemi”, radykalnym i szkodliwym eksperymentem. Cała operacja wyprowadzania depozytów do SNB oznaczałaby dla banków koszty, a dla gospodarki – silne ograniczenie akcji kredytowej. – Przejście do systemu Vollgeld osłabiłoby finansową stabilność Szwajcarii i nadwerężyło zaufanie do systemu monetarnego – ostrzega Philippe Bacchetta, profesor Swiss Finance Institute z Uniwersytetu w Lozannie. Do odrzucenia inicjatywy nawoływali też szwajcarski rząd i parlament.

Referendum w tej sprawie jest precedensem na skalę światową i może zachęcić zwolenników suwerennego pieniądza w innych krajach do większej aktywności na tym polu. Gdyby Szwajcarzy powiedzieli „tak”, rząd musiałby zaakceptować wolę obywateli i znaleźć sposób na wdrożenie projektu. Banki komercyjne i bank centralny dostałyby z pewnością sporo czasu na dostosowanie się do nowej rzeczywistości.

Vollgeld to nie pierwszy kontrowersyjny pomysł gospodarczy, na którego temat Szwajcarzy wypowiadają się w referendum. W czerwcu 2016 roku głosowano nad wprowadzeniembezwarunkowego dochodu gwarantowanego dla każdego obywatela w wysokości 2,5 tys. franków miesięcznie (równowartość ok. 10 tys. zł). Helweci, większością ponad 76 proc., powiedzieli wówczas stanowcze „nie”. Wcześniej, w grudniu 2014 r., Szwajcarzy równie dobitnie (przeciwnych było ponad 77 proc.) wypowiedzieli się przeciwko zwiększeniu przez bank centralny rezerw złota i obowiązkowi składowania go wyłącznie w Szwajcarii.

Link do oryginału: https://businessinsider.com.pl/finanse/makroekonomia/referendum-w-szwajcarii-inicjatywa-vollgeld-ws-pieniadza-suwerennego/vpt1gdn

Czy się stoi, czy się leży..

2,5 tys. franków miesięcznie od rządu dla każdego dorosłego obywatela – to pomysł, o którym obecnie głośno w Szwajcarii. Ponieważ sprawa wzbudza zainteresowanie w Europie, a przekazy medialne pełne są nieścisłości i błędów, publikuję rozszerzony i uzupełniony o aktualne informacje przedruk z magazynu „Praca za granicą”, gdzie w styczniu ukazał się mój artykuł na ten temat.

Koncepcja tzw. bezwarunkowego dochodu gwarantowanego (basic income guarantee, Grundeinkommen) mocno przypomina socjalistyczną utopię i choć wiele krajów testowało już tego typu rozwiązania, jeszcze żaden nie odważył się w pełni i na stałe wcielić ich w życie. W Szwajcarii z kontrowersyjną inicjatywą wyszła grupa niezależnych działaczy społecznych, którym udało się zebrać ponad 100 tys. podpisów pod projektem ustawy i tym samym doprowadzić do ogólnokrajowego głosowania w tej sprawie. Według najnowszych informacji, referendum ma odbyć się 5 czerwca 2016 roku.

O co chodzi?

Autorzy inicjatywy chcą, aby każda osoba mieszkająca w Szwajcarii, bez względu na to czy pracuje, czy nie, miała zapewniony comiesięczny stały dochód. Proponowane kwota to 2,5 tys. franków szwajcarskich (ok. 10 tys. zł), tyle bowiem, zdaniem pomysłodawców rozwiązania, zapewni przeciętnemu Szwajcarowi zaspokojenie minimum życiowych potrzeb. Dochód gwarantowany mieliby otrzymywać nie tylko obywatele Szwajcarii, ale również legalnie przebywający w kraju obcokrajowcy, choć tu autorzy inicjatywy zastrzegają sobie możliwość pewnych ograniczeń. Stały dochód powinien dotyczyć też dzieci i w tym przypadku proponowana kwota to 625 franków miesięcznie.

Po co bogatym Szwajcarom pieniądze od państwa?

Zwolennikom idei zależy przede wszystkim na zmniejszeniu ubóstwa (tak, takie zjawisko w Szwajcarii występuje) i zapewnieniu godnego życia osobom nieaktywnym na rynku pracy (np. kobietom wychowującym dzieci albo opiekującym się starszymi członkami rodziny). Chodzi także o ujednolicenie systemu świadczeń społecznych. Jeśli dochód gwarantowany wejdzie w życie, zastąpi dotychczasowe wypłaty m.in. dla bezrobotnych czy dodatki na dzieci.

Wbrew temu, co piszą niektóre media, osoba pracująca w Szwajcarii nie otrzyma dodatkowego miesięcznego prezentu w postaci 2,5 tys. CHF. Chodzi raczej o inne rozłożenie akcentów w wypłacie wynagrodzenia. Przykładowo, osoba pracująca w sektorze prywatnym, która obecnie zarabia 3 tys. franków, po wejściu w życie dochodu gwarantowanego, otrzymywałaby 2,5 tys. franków od państwa, a resztę, czyli tylko 500 franków stanowiłoby jej wynagrodzenie od pracodawcy. Jak tłumaczą autorzy inicjatywy, odciążony w ten sposób przez państwo pracodawca byłby gotowy podwyższyć płace swoim pracownikom, z korzyścią dla obu stron. Dlatego dochód gwarantowany ma w założeniu poprawić również sytuację osób pracujących, zwłaszcza dla tych, którzy obecnie zarabiają najmniej.

Skąd wziąć na to pieniądze?

Problem pojawia się gdy zaczniemy liczyć koszty takiego rozwiązania. Szacuje się, że zagwarantowanie stałego dochodu każdemu obywatelowi kosztowałoby Szwajcarię ok. 200 mld franków rocznie. To równowartość niemal jednej trzeciej szwajcarskiego PKB. Inicjatorzy referendum chcą, aby pieniądze na ten cel pochodzić głównie z nałożonego na pracodawców nowego podatku. Do państwowej kasy miałaby trafiać równowartość 50 proc. kwoty wynagrodzenia pracownika (zgodnie z naszym przykładem byłoby to 250 franków). Na wypłatę dochodu gwarantowanego przeznaczonoby również fundusze ze składek na ubezpieczenia społeczne (m.in. AHV – odpowiednik polskiego ZUS).

Co na to gospodarka?

Koncepcja dochodu gwarantowanego budzi w Szwajcarii kontrowersje. Jej przeciwnicy uważają, że jest zabójcza dla gospodarki, ponieważ zachęci niektórych obecnie pracujących do pozostania w domu. Z kolei z przeprowadzonego przez zwolenników koncepcji sondażu wynika, że tylko 2 proc. ankietowanych rzuciłoby pracę w zamian za gwarantowane 2,5 tys. CHF miesięcznie. Helweci boją się też, że bezwarunkowe świadczenie będzie dodatkowym magnesem dla imigrantów, którzy już teraz w Szwajcarii stanowią jedną czwartą populacji. Póki co nie wiadomo jednak, czy i na jakich zasadach świadczenie przysługiwałoby przyjezdnym.

Czy Szwajcarzy powiedzą „tak”?

Trudno powiedzieć czy obywatelska inicjatywa spotka się z poparciem większości Helwetów. Szwajcarski parlament zaapelował niedawno do obywateli, aby odrzucili projekt, jednak według sondaży niemal połowie społeczeństwa wydaje się on kuszący. Historia pokazuje jednak, że Szwajcarzy nie są zwolennikami ustawowych ograniczeń rynku pracy. Niedawno mieli okazję zagwarantować każdemu pracującemu minimalne wynagrodzenie w wysokości 22 franków za godzinę, co oznaczałoby, że miesięcznie każdy zarabiałby nie mniej niż 4 tys. franków (ok. 16 tys. zł). W referendum, które odbyło się w maju 2014 r., aż 77 proc. obywateli opowiedziało się jednak przeciwko takiemu rozwiązaniu, uznając, że byłony ono szkodliwe dla gospodarki. Wcześniej, w 2012 r. w podobny sposób przepadł też obywatelski projekt wydłużenia płatnego urlopu pracowniczego z czterech do sześciu tygodni. Z szacunków ekspertów wynikało wówczas, że wprowadzenie w życie nowych regulacji podniosłoby koszty pracy o ok. 6 mld franków w skali roku.

 

Jak sknocić dobrą zmianę

Kilka miesięcy wytężonej pracy za mną. Dwa egzaminy, nowa praca dziennikarska, świąteczna wizyta w Polsce.. Nareszcie mogę trochę odpocząć i zabrać się za nadrabianie szwajcarskich wpisów na blogu.

Na początek sprawa, która poruszyła mnie ostatnio do żywego. Wbrew tytułowi rzecz nie dotyczy polskiej, ale szwajcarskiej polityki, gdzie również (o dziwo!) zdarzają się skandale, nieczyste zagrania i manipulacje. Historia zaczyna się niewinnie – ot jedna z partii politycznych – CVP (Partia Chrześcijańsko-Demokratyczna) wyszła z inicjatywą zmian w systemie podatkowym. Zmian skądinąd słusznych, bo dotyczących wspólnego rozliczania się małżonków.

W Szwajcarii od 1984 r. obowiązuje tzw. Heiratsstrafe, prawo, które nakłada na małżeństwa wyższe obciążenia podatkowe niż na pary pozostające w nieformalnych związkach. Przykładowo, jeśli w małżeństwie obie osoby pracują i każda zarabia 50 tys. CHF rocznie, to muszą oboje oddać fiskusowi co roku ok. 2 tys. CHF. Para pozostająca w konkubinacie – tylko 1,1 tys. CHF. Oczywiście, jak wszystko w Szwajcarii, także i wysokość podatków zależy od kantonu, w którym mieszkamy, generalnie jednak formalizowanie związku zwyczajnie się tu nie opłaca. Stąd też wysoki odsetek konkubinatów, nawet wśród par mających dzieci.

CVP nazywa obowiązujące zasady dyskryminacją rodziny i chce zagwarantować podatkową równość, zapisując ją w szwajcarskiej konstytucji. Referendum w tej sprawie odbędzie się w tym roku – 28 lutego. Z inicjatywą chrześcijańskiej partii trudno się nie zgodzić i większość Helwetów z pewnością podpisałaby się pod nią rękami i nogami. Jest jednak jedno ale..

Otóż pełen tekst proponowanego przez CVP zapisu w konstytucji brzmi tak: „Die Ehe ist die auf Dauer angelegte und gesetzlich geregelte Lebensgemeinschaft von Mann und Frau. Sie bildet in steuerlicher Hinsicht eine Wirtschaftsgemeinschaft. Sie darf gegenüber andern Lebensformen nicht benachteiligt werden, namentlich nicht bei den Steuern und den Sozialversicherungen”, czyli mniej więcej:”Małżeństwo jest to stabilny, długoterminowy i zagwarantowany prawnie związek mężczyzny i kobiety. Stanowi podstawę wspólnoty gospodarczej i nie może być dyskryminowany w porównaniu z innymi formami współżycia, zwłaszcza jeśli chodzi o system podatkowy i ubezpieczeń społecznych”.

I właśnie tu – w pierwszym zdaniu – jest pies pogrzebany. Okazuje się, że CVP pod przykrywką pożytecznych zmian w systemie podatkowym próbuje przemycić konstytucyjny status małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, którego obecnie w szwajcarskiej ustawie zasadniczej nie ma! Fakt, małżeństwa osób tej samej płci nie są tu możliwe (jedynie związki partnerskie), ale od dłuższego czasu mają miejsce starania aby je zalegalizować. Jeśli Szwajcarzy w lutowym referendum powiedzą „Tak” inicjatywie CVP – prawna furtka pozwalająca na małżeństwa jednopłciowe się zatrzaśnie.

Szwajcarski parlament już zaapelował do narodu, aby tak sformułowanych zapisów nie popierał. I tak to dobra i antydyskryminacyjna z pozoru zmiana okazała się próbą politycznej manipulacji i społecznego wykluczenia, a małżeństwa tak jak płaciły wyższe podatki, tak pewnie będą płacić je nadal. Takie rzeczy w szwajcarskim raju..

 

 

 

 

 

 

Do urn!

Referendum w Szwajcarii to tylko pozornie rzecz święta. I choć w niektórych kantonach płaci się karę za brak udziału w głosowaniu, to i tak frekwencja w skali kraju nie przekracza zazwyczaj 30 proc. Przy czym nie ma tu progów uczestnictwa, więc nawet jeśli zagłosowała tylko jedna osoba, to decyzja, którą podjęła obowiązuje wszystkich. Co ciekawe, pogląd na daną sprawę nie jest  tajemnicą, głosowania są tu jawne, a pod każdym „ja” bądź „nein” należy się podpisać. Pełna inwigilacja ;) Dzisiaj pocztą przyszedł referendalny pakiet na 30 listopada. Tego dnia odbędą się trzy ogólnokrajowe głosowania (oprócz tego są jeszcze kantonalne i miejskie). Pierwsze dotyczy kwestii podatkowych (konkretnie ograniczenia podatkowych przywilejów bogaczy), drugie – budzącej duże emocje, opisywanej przeze mnie w poprzednim poście inicjatywy antymigracyjnej EcoPop, a trzecie to tzw. Gold-Initiative (plakat na zdjęciu).

Gold

Trochę więcej o tej ostatniej.. Chodzi o rezerwy banku centralnego, więc już sam pomysł, aby o tym, jaką politykę prowadzi SNB (Szwajcarski Bank Narodowy) decydowała przeciętna rodzina Schweizer’ów jest dość absurdalny. W skrócie – prawicowcy nawołują do sprowadzenia szwajcarskiego złota do kraju i chcą zakazać bankowi centralnemu jego sprzedaży (ba, chcą, żeby dokupił ok.1,6 ton). Nie dalej jak pół roku temu również w Polsce wybrzmiewały podobne apele. Dobrze, że nie mamy demokracji bezpośredniej..

Jak referendum wygląda w praktyce? Arkusze do głosowania wraz z broszurami, w których szczegółowo opisana jest każda ze spraw (wraz z argumentami za i przeciw) przychodzą pocztą mniej więcej miesiąc przed dniem głosowania. Następnie trzeba je wypełnić, podpisać i zanieść do najbliższego punktu (nazwijmy do wyborczym) lub wysłać pocztą (bez opłat). Wszystko odbywa się na tyle sprawnie, że w niedzielę (to stały dzień referendum) wyniki głosowania znane są już wczesnym popołudniem. Takie zabawy odbywają się mniej więcej 6 razy do roku i nie zawsze dotyczą sprawy wagi państwowej. Szwajcarzy decydują nawet o tym, czy przez miasto ma przebiegać nowa droga lub kolejna linia tramwajowa. Ot, uciążliwość demokracji..

referefe1