Trudy była pierwsza. Długa droga Szwajcarek do równouprawnienia

Kiedy w 1928 roku Brytyjki otrzymały pełnię praw obywatelskich, szwajcarskie aktywistki wyszły na ulicę Berna, ciągnąc za sobą wielki model ślimaka i pytając: jak długo jeszcze?

Walkę o głos Szwajcarki toczyły właściwie już od połowy XIX wieku, kiedy pierwsze organizacje sufrażystek słały petycje do męskich władz i domagały się udziału w życiu publicznym. Bezskutecznie. Na początku lat 50. XX wieku Szwajcaria, jedna z najstarszych demokracji na świecie, wciąż pozostawała jednym z ostatnich krajów na Starym Kontynencie, w którym kobiety nie mają prawa głosować ani ubiegać się o sprawowanie urzędów publicznych. Wkrótce miało się to zmienić. 

26 czerwca 1958 roku. Niewielka miejscowość Riehen, siedem kilometrów od Bazylei, jako pierwsza gmina w Szwajcarii przyznaje kobietom prawa wyborcze. Trzynaście lat zanim ustanowiono je na poziomie ogólnokrajowym i trzydzieści dwa lata nim polityczny i społeczny głos uzyskały kobiety w ostatnim szwajcarskim kantonie. 

7449

Gertruda Späth-Schweizer – pierwsza kobieta w szwajcarskiej polityce. Fot. Historisches Lexikon der Schweiz

Ten sam rok, jesień. Mieszkańcy Riehen wybierają 50-letnią Gertrudę Späth-Schweizer do Rady Obywatelskiej. Trudy, bo tak na nią wołają, jest pierwszą kobietą w historii Szwajcarii sprawującą funkcję polityczną. Wybory nie odbyły się bez kontrowersji, bo okazało się, że oddanych głosów było więcej niż osób na sali. Jednak kto by się przejmował drobiazgami. Wszak dzięki Trudy historia gminy Riehen dotarła nawet za ocean, gdzie pisał o niej amerykański dziennik „Herald Tribune”. Sama zainteresowana, choć stała się symbolem walki o prawa kobiet, nie czuła się dobrze w tej roli. Zawsze podkreślała, że bardziej niż bycie pionierką, obchodzą ją problemy gminy i ich rozwiązywanie. Swój urząd sprawowała przez szesnaście lat. 

To, co wydarzyło się w Riehen, było niewątpliwie początkiem dobrej zmiany w szwajcarskim społeczeństwie. Trudno jednak mówić o rewolucji, raczej o powolnym dochodzeniu kobiet do pełni praw obywatelskich. W tym samym roku, w którym mieszkanki Riehen otrzymały prawa wyborcze, nad wprowadzeniem ich na poziomie ogólnokrajowym po raz pierwszy głosowano w parlamencie federalnym. Propozycja dostała zielone światło. Teraz wystarczyło tylko, aby poparł ją głos ludu.

1 lutego 1959 roku Szwajcarzy po raz pierwszy głosowali w ogólnokrajowym referendum nad przyznaniem kobietom czynnego i biernego prawa wyborczego. Z niespełna miliona mężczyzn, którzy wybrali się do urn, tylko jedna trzecia poparła kobiety. W najbardziej konserwatywnym kantonie Appenzell Innerhoden na nie zagłosowało aż 95 proc. wyborców.

remote.adjust.rotate=0&remote.size.w=2305&remote.size.h=2354&local.crop.h=1292&local.crop.w=2300&local.crop.x=0&local.crop.y=387,n-large-16x9-far

1959 rok – Szwajcarzy mówią nie prawom kobiet do głosowania. Fot. Basellandschaftlichezeitung 

Referendum, choć wydawało się być dla kobiet niczym innym jak porażką, miało swój pozytywny oddźwięk na poziomie kantonalnym. Na przełomie lat 50. i 60. XX wieku trzy szwajcarskie kantony, Vaud, Neuchatel i Genewa, przyznały kobietom prawo do głosowania na poziomie kantonalnym i lokalnym. Za ich przykładem poszły kolejne i do początku lat 70. prawo głosu zyskały mieszkanki ośmiu szwajcarskich kantonów.

W 1971 roku przyszedł czas na kolejne podejście do tematu praw wyborczych kobiet na poziomie państwowym. 7 lutego, przy frekwencji 57,72% (955 321 wyborców) zmiany zyskały poparcie 65,7 proc. uczestniczących w głosowaniu mężczyzn. Sukces, choć nie sposób nie zauważyć, że duża część (męskiego) społeczeństwa wciąż nie była przekonana (na nie zagłosowało aż osiem niemieckojęzycznych kantonów). Jeśli przyjmiemy za początek Federacji Szwajcarskiej uchwalenie konstytucji założycielskiej w 1848 roku, to droga kobiet do pełni praw obywatelskich trwała 123 lata. A w przypadku dwóch niemieckojęzycznych półkantonów Appenzell aż 147 i 148 lat.

Te dwa ostatnie bastiony konserwatyzmu broniły się przed zrównaniem kobiet w prawach z mężczyznami aż do lat 90. XX wieku. Najpóźniej, bo dopiero w listopadzie 1990 roku, polegli strażnicy patriarchatu z Appenzell Innerrhoden, którzy do przyznania mieszkankom praw wyborczych zostali przymuszeni decyzją Trybunału Federalnego. Pewnie do dzisiaj uważają to za zamach na lokalną niezależność. 

Jak dzisiaj, niemal pół wieku od przyznania Szwajcarkom praw wyborczych, wygląda ich pozycja w polityce? W szwajcarskim parlamencie (Radzie Narodu) jedna trzecia to kobiety, a w Radzie Kantonów jedynie 15 procent. W Radzie Federacyjnej, pełniącej funkcję rządu i składającej się z siedmiu osób zasiadają obecnie tylko dwie kobiety (jedna z nich z końcem roku opuszcza urząd). Pierwszą prezydentkę (urząd rotacyjny, osoba zmienia się co roku), Ruth Dreifuss, powołano w 1999 roku. Od tej pory tę funkcję sprawowało pięć kobiet (w tym Doris Leuthard podwójnie).

Nieco lepiej jest na poziomie lokalnym. Najwięcej kobiet działa w kantonalnych parlamentach w Bazylei-Land (38 procent), Aarau (36 procent) i Zurychu (34 procent). Najgorzej jest w kantonie Schwyz, tylko 14 procent. Jednak, jeśli spojrzymy na władze wykonawczą, czyli kantonalne rządy, udział kobiet mocno spada i wynosi średnio 24 proc, a w trzech kantonach, Lucernie, Appenzell Innerrhoden oraz włoskim Ticino, rządzą wyłącznie mężczyźni.

42629487_10215578171541849_4629955546584186880_n.jpg

Helwecja woła! Fot. FB/Helvetia ruft 

Szwajcarskie aktywistki szykują się już na wybory parlamentarne jesienią 2019 roku i zachęcają kobiety do kandydowania. Powołały w tym celu platformę Helvetia ruft! (Helwecja wzywa), która ma być wsparciem dla przyszłych polityczek. Póki co najbliższym sprawdzianem politycznym będą wybory do pełniącej funkcję rządu Rady Federacyjnej, obecnie w składzie 2 kobiety i 5 mężczyzn. Na dwa zwalniające się właśnie miejsca, nominowany jest jeden kandydat i trzy kandydatki. Czy doczekamy się układu 3 kobiety 4 mężczyzn, czyli kolejnego kroku do równouprawnienia? Okaże się już 5 grudnia.

————————————————————————————————————————————–

Źródła:

Magdalena Musiał-Karg, Demokracja bezpośrednia a wprowadzenie praw wyborczych dla kobiet – przykład Szwajcarii
Historisches Lexikon der Schweiz http://www.hls-dhs-dss.ch/textes/d/D16497.php

Jak chorować, to tylko w Szwajcarii (?)

topelement-4

Fot. tagesanzeiger.ch

W tym kraju medycyna jest na światowym poziomie, a lekarze potrafią działać cuda. To dlatego przyjeżdżają się tutaj leczyć milionerzy i gwiazdy. Płacić trzeba słono, ale możemy być pewni, że jesteśmy w najlepszych możliwych rękach.

Zapomnijmy na chwilę o Czerwonym Krzyżu, osiągnięciach noblistów w dziedzinie medycyny i globalnym indeksie HAQ, lokującym Szwajcarię na trzecim miejscu (za Andorą i Islandią) pod względem dostępności i jakości opieki zdrowotnej. Jak szwajcarska służba zdrowia wygląda z naszego punktu widzenia – pacjenta, który po prostu jest chory, idzie do lekarza, gdzie chce otrzymać trafną diagnozę oraz leki, które mu pomogą? O to zapytałam Was – czytelniczki i czytelników bloga.

Planowałam zacząć ten tekst zdaniem „Przychodzi Polak/Polka do lekarza”, ale w Szwajcarii tak to nie działa. Trzeba najpierw zadzwonić. W zależności od modelu ubezpieczenia zdrowotnego – albo bezpośrednio do asystentki lekarza rodzinnego (w droższej opcji), albo najpierw na infolinię ubezpieczyciela (tzw. telmed, opcja tańsza i stąd też częściej wybierana przez obcokrajowców). Wyobraźcie sobie sytuację, że coś Wam dolega i musicie przez telefon obcej osobie, której kompetencji nie jesteście w stanie zweryfikować, zwierzać się w obcym języku ze swoich problemów zdrowotnych. Dla mnie koszmar! Są też tacy, którzy zamiast do lekarza, udają się najpierw do apteki, gdzie miła pani farmaceutka (rzadziej pan farmaceuta) udziela pierwszej pomocy, próbując rozszyfrować mowę ciała.

Niezależnie od typu ubezpieczenia, żeby dostąpić zaszczytu spotkania ze szwajcarskim lekarzem, należy najpierw przejść przez sito, które odsiewa naprawdę chorych od tych, którzy lepiej, żeby nie tworzyli sztucznego tłumu. Z jednej strony, jest to niewątpliwie szwajcarski sposób na brak kolejek w gabinetach lekarskich, z drugiej oznacza, że jeśli naprawdę szybko potrzebujesz pomocy, a internista akurat nie ma wolnych terminów, lądujesz w szpitalu, gdzie możesz liczyć na najszybszą „obsługę”, zazwyczaj jednak za wyższą cenę. W przypadku specjalistów, zdarza się, że lekarze domowi sami doradzają oddział szpitalny, ponieważ wiedzą, że znalezienie dermatologa czy ortopedy z otwartą listą pacjentów graniczy z cudem.

„Do lekarzy trzeba chodzić po prośbie – trochę jak w Polsce, ale tam mówią ci, że nie ma numerków i zapraszamy za pół roku/ rok/ 5 lat. Tutaj lekarze prowadzą swoją własną praktykę, ale czasami trzeba obdzwonić pół miasta, żeby ktoś zgodził się cię przyjąć, bo ma już swoich pacjentów i więcej nie przyjmuje. Tak samo się czeka miesiąc na wizytę u specjalisty, mimo że za to płacisz i to całkiem nie mało” *.

Załóżmy jednak, że do lekarza się dostajemy. Idziemy wyznaczonego dnia, na konkretną godzinę. Wizyta przebiega niezwykle profesonalnie – lekarz jest punktualny, uprzejmy, komunikuje się z nami po angielsku, jeśli nie znamy lokalnego języka, gabinet jest świetnie wyposażony, a my gruntownie przebadani, otrzymujemy diagnozę i leki, po których na pewno poczujemy się lepiej. Takich pozytywnych doświadczeń macie całkiem sporo.

„Szybko zdiagnozowana i wyleczona (przynajmniej tak się do tej pory wydaje) borelioza. Podejrzenie złamania kości nadgarsta: na rentgenie zrobionym od razu nic nie widać, więc zlecony zostaje rezonans w szpitalu, jeszcze tego samego dnia. Wyniki od razu. Grypa, angina – wizyta tego samego/następnego dnia, antybiotyki oraz zwolnienie z pracy. Chyba dobrze przepisane, bo za każdym razem pomagało. Na wizytę póki co nie zdarzyło mi się jeszcze czekać dłużej niż jeden dzień. W sumie mam same pozytywne doświadczenia – dużo się tu płaci, ale jakość usług też bardzo wysoka”.

„Idąc pierwszy raz do przypadkowej szwajcarskiej przychodni nie miałam absolutnie żadnych problemów z przyjęciem, karta ubezpieczenia, ankieta, proszę chwilę zaczekać, lekarz bardzo uprzejmy i pomocny (dostosował się do mojego słabego niemieckiego i nawet znalazł tłumaczenie na Google Translate, żebym dobrze zrozumiała), zrobił te badania które chciałam – ogólnie obsługa prima sort, przynajmniej w tej przychodni”.

„Jeśli miało się w Polsce ubezpieczenie prywatne, to całość jest w 100% identyczna i bezproblemowa, z tą różnicą, że od razu dostałem leki oraz instrukcję, jak i kiedy je brać – dla mnie bomba”.

Kontakt ze szwajcarskimi lekarzami nie dla wszystkich był jednak tak przyjemny. Niektórzy z Was zrazili się na tyle, że jeżdżą się leczyć za granicę.

„Dwa razy byłam z dziećmi u lekarki Szwajcarki. Jedna była…brudna… miała brudne ubranie i stopy, bo zdejmowała buty i było widać. Druga mimo ubezpieczenia nie chciała dziecku zrobić badania krwi, bo twierdziła, że to kosztuje, a moje uzasadnienie nie jest wystarczające. Ja sama byłam raz, gdy byłam przeziębiona przez 3 tygodnie, a pani leczyła mnie syropem ziołowym. Teraz mamy pediatrę Niemkę – jesteśmy zachwyceni! Mamy również cudowną dentystkę dziecięcą i ortodontę dziecięcego. Fantastyczna obsługa i, co ważne, nie czujemy się naciągani. Wszystko z myślą o pieniądzach i długoterminowych celach”.

Niechęć tutejszych medyków do zlecania badań również mnie kilka razy zaskoczyła. Nie licząc szczepień, które powtarza się co 10 lat, to mam wrażenie, że profilaktyka jest traktowana po macoszemu. Weźmy choćby pracowników szwajcarskich firm, którzy nie przechodzą regularnych badań kontrolnych (poza niektórymi zawodami, np. w branży chemicznej) i nikogo to nie dziwi. Na sugestie pacjenta, że może chciałby jednak zrobić jakieś testy, lekarze reagują zdziwieniem: ale czy coś Pana/Panią boli? Nie? No to badania niepotrzebne.

„Mam historie nowotworowe w rodzinie, dlatego muszę się częściej kontrolować. A tutaj usłyszałam: Po co Pani USG ginekologiczne, jakby się coś działo, jakieś bóle, to dopiero wtedy zrobimy. To samo dotyczy badań krwi”.

W wielu Waszych opowieściach pojawiają się problemy z diagnostyką. Doświadczył jej rownież mój mąż, który pewnego razu wyszedł z gabinetu „weekendowego” (przychodnie, do których nie trzeba się umawiać, wystarczy przyjść i poczekać w kolejce, czynne rownież w dni wolne od pracy) ze zdiagnozowaną świnką. Po konsultacji z innym lekarzem okazało się, że to.. żuchwa wyskoczyła mu z zawiasów. Podobnych opowieści dostałam od Was sporo.

„Półpaśca leczyli u mnie lekami na alergię. Jak się zorientowali po trzech dniach, że to jednak nie alergia, na leki przeciwwirusowe było już za późno. Nie to, że byłam jakimś ciężkim przypadkiem. Inny lekarz postawił diagnozę po opisie objawów przez telefon”.

Kolejna historia brzmi jeszcze straszniej.

„Choruję przewlekle od 8 lat, a jakieś 3 lata temu pojawiły się u mnie nowe problemy zdrowotne. Jeden lekarz odsyłał mnie do drugiego, wizyty w specjalistycznych klinikach, rezonanse, tomografie, szpitale, czasem nawet lądowanie na ostrym dyżurze i nic. Nowe leki, zalecenia i dalej nic. Każdy widzi, że wyniki są złe, nikt nie potrafi powiedzieć dlaczego. Trafiłam w końcu do „lokalnego doktora House’a”, który najpierw próbował szukać przyczyny badaniami, a teraz robi na mnie doświadczenia. Wciąż zmienia diety, lekarstwa, oczywiście z umiarem, tak myślę. Przyczyny nadal nie znalazł. Te doświadczenia sprawiły, że o tutejszej służbie zdrowia mam zdanie takie, że jest świetna, jeśli wiadomo na co chorujesz”.

Jedna z czytelniczek trafiła do szpitala po wypadku na rowerze. Pech chciał, że była sobota.

„W weekend nie ma co liczyć na przyzwoitego lekarza. Zajmowało się mną dwóch lekarzy asystujących, z czego pierwszy powiedzial, że standardowo robi się diagnostykę z tomografią komputerową i dokładnym badaniem narządów, ale mnie nie zrobią, ponieważ mój stan nie jest taki zły. Następnie próbował nastawić złamanie cztery razy, bez efektu, w końcu zapakował rękę w szynę (niewłaściwą, jak okazało się po wizycie u chirurga). Drugi lekarz, ortopeda w trakcie specjalizacji, w szpitalu zajrzał do rany na ręce i stwierdził, że on nie wie, czy tam widzi tkankę tłuszczową czy torebkę stawową, ale wyczyści i da antybiotyk. Wypuszczono mnie na drugi dzień, a na liście diagnoz było sześć pozycji, łącznie z otwarciem kaletki maziowej (gdzie lekarz sam mówił, że nie wie, co widzi) oraz wstrząśnieniem mózgu – gdzie odmówiono mi standardowej diagnostyki i wprost mnie o tym poinformowano..”.

Z Waszych doświadczeń wynika również, że Szwajcarscy lekarze nie dość, że diagnostykę traktują, jak strzelanie do celu, to są też dość mocno „wyluzowani”, jeśli chodzi o reakcję na objawy, które nie muszą, ale mogą świadczyć o poważnej chorobie. Do miary legendy urosły już historie o leczeniu bólu głowy leżeniem w łóżku i piciem dużej ilości wody.

„Przyszedłem do lekarza, bo miałem kłucia w sercu. Kazał mi 1. Jeść trzy razy dziennie 2. Unikać cukru 3. Pić wodę. Potem dostałem rachunek na 260 franków”.

Podobna historia przytrafiła się również mnie. Mam bóle kręgosłupa, do których już się przyzwyczaiłam, ale któregoś dnia były na tyle silne, że postanowiłam zgłosić się po pomoc do mojego lekarza. O święta naiwności! Fakt, po kilku wizytach zrobił wreszcie prześwietlenie, ale tylko po to, żeby stwierdzić, że wszystko jest ok, więc on nie wie, skąd te bóle. Po czym delikatnie zasugerował wizytę u psychiatry (autentyk!).

„Przyzwyczaiłam się już do szwajcarskiego systemu pediatrii, według którego jestem totalną hipochondryczką, bo z chorym dzieckiem biegam do lekarza. Tu się dowiedziałam, że a) dobrze że dziecko ma kaszel, bo czyści oskrzela, b) dobrze, że ma katar, bo czyści nos, c) jeżeli nie ma temperatury, a od dwóch miesięcy jest chore, to znaczy, że co tydzień łapie nowego wirusa – trzeba przeczekać. Na ból ucha psika się do nosa sól morską, na ból gardła – płucze roztworem soli albo szałwią. Nawet w aptece ciężko wyprosić coś „lekopodobnego”, nawet jak się prycha i kicha.”

Szeroko pojęta medycyna naturalna, która obejmuje zarówno ziołolecznictwo, jak i bardziej dyskusyjne metody np. homeopatię, ma w tutejszym systemie opieki zdrowotnej status niemalże równy konwencjonalnemu leczeniu. Do tego stopnia, że ubezpieczyciele pokrywają koszty wizyt u rozmaitych „uzdrowicieli”.

„Widziałam tutaj nawet gabinet weterynaryjny, który się reklamował stosowaniem homeopatii. Nie wiem jak efekt placebo ma zadziałać na zwierzę. Może na właściciela, spokojny właściciel = spokojniejsze/zdrowsze zwierzę?”

Być może Szwajcarzy zbyt mocno do serca wzięli sobie słowa Voltaire’a, że „sztuka medyczna polega na zabawianiu pacjenta, podczas gdy natura leczy chorobę”..

Skutek leczenia bólu wodą lub pestkami dyni (sic!) jest dla pacjenta często taki, że jeśli jest chory/a, na dłuższe zwolnienie z pracy nie ma co liczyć. Bo kto to widział wylegiwać się w łóżku z jakąś tam fanaberią typu gorączka, podczas gdy inni w pocie czoła zarabiają franki?

„Trzy dni to było maksymalne zwolnienie, jakie kiedykolwiek dostałam, nawet w przypadku stwierdzonego wstrząsu mózgu. Nie jestem z tych, co biorą zwolnienia przy każdej okazji, ale kiedyś przez trzy tygodnie miałam ciągły kaszel i się dusiłam, a oni uparcie dawali mi zwolnienie na 1-2 dni. Potem wracałam do pracy na jeden dzień, miałam kolejny atak kaszlu, więc znowu leczyłam się paracetamolem i kroplami do gardła. Dopiero kiedy pokazałam wyniki z Polski (testy na astmę pozytywne) i dwa inhalatorki (przepisane przez lekarza w Polsce), to stwierdzili, żebym stosowała je przez miesiąc, a potem przyszła do kontroli. Poprawiło się i wszyscy byli zadowoleni”.

Jeszcze słowo o opłatach za te wszystkie medyczne „przyjemności”. Tak naprawdę idąc do lekarza nigdy nie wiemy do końca, ile za wizytę przyjdzie nam zapłacić. Koszt zależy bowiem m.in. od tego, ile czasu spędzimy w gabinecie. To coś w stylu naliczania minutowego. Rachunek otrzymujemy pocztą (wyjątkiem jest weterynarz, u którego płaci się na miejscu), czasem nawet po kilku tygodniach od odwiedzin u doktora. Kasa chorych pokrywa zazwyczaj ok. 80-90 proc. wartości usługi medycznej.

„W Polsce idąc do lekarza prywatnie wiedziałam przez wizytą, ile ona będzie kosztować, jeśli w trakcie wynikła konieczność zrobienia dodatkowych badań, też mi podawano koszt i mogłam zdecydować, czy to chcę, czy nie. W Szwajcarii jestem krótko i nie mam dużo doświadczeń, ale z tym już się starłam: pytam w recepcji o orientacyjny koszt tego i tego, mówią „około 100 franków”, akceptuję, a po wizycie dostaję rachunek na dwa razy tyle. (…) Chciałam z grubsza zorientować się w cennikach badań i usług lekarskich – takie cenniki praktycznie nie są dostępne publicznie. Pytałam ludzi – nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, ile kosztuje konsultacja lekarska. Dziwne to i niewygodne”.

„Mam wrażenie, że internista tutaj to raczej rodzaj kaznodziei, którego zadaniem jest porozmawiać z pacjentem. Im dłużej, tym lepiej, bo za każdą minutę płacisz.”

Na koniec zostawiam Was z historią ku pokrzepieniu serc, która pokazuje, że szwajcarscy lekarze potrafią działać zarówno szybko, jak i skutecznie.

„Ma pan kamienie nerkowe, nie ma wyjścia, trzeba operować – słyszę chwilę po wejściu do gabinetu kantonalnego szpitala. To jak, za tydzień? – pyta lekarz. Za tydzień nie mogę… – trochę jestem zszokowany faktem operacji i próbuję grać na zwłokę. Czy można by tak za miesiąc?  Sprawdzimy – lekarz sprawdza kalendarz i dostępne terminy. Tak, nie ma sprawy. Wszystkie dokumenty i informacje odnośnie przygotowania do operacji dostanie pan pocztą. Teraz jeszcze wytłumaczę panu pokrótce na czym operacja będzie polegać. I tak oto w ciągu niecałych 30 minut wizyty lekarskiej dostałem termin swojej pierwszej operacji pod pełnym znieczuleniem. Byłem nieco zaskoczony szybkością, z jaką lekarz ustalił termin operacji, zaraz potem jego elastycznością w kwestii zmiany terminu. Parę tygodni później jechałem już łóżkiem szpitalnym na salę operacyjną. Po drodze podając rękę każdemu lekarzowi, asystentom, asystentkom, anestezjologowi, który żartował ze mną tuż przed podaniem mi maski z gazem usypiającym. Gdy się wybudziłem, pani pielęgniarka popatrzyła mna mnie i powiedziała – dzień dobry ! – po czym dodała – coś pan krzyczał przez sen, ale nie potrafiłam zrozumieć co.”

Dużo zdrowia Wam życzę!

* Wszystkie cytaty pochodzą z historii nadesłanych przez czytelniczki i czytelników bloga I’m not Swiss oraz komentarzy na FP. W niektórych przypadkach dokonałam skrótów i/lub edycji stylistycznej. Z uwagi na specyfikę tematu, wszystkie wypowiedzi przytaczam anonimowo.

Ciąża, poród i rodzicielstwo w Szwajcarii – poradnik

csm_Vornamen-mit-Icon_135c0e70c1

Fot. swissmom.ch

Jakie usługi medyczne dla przyszłych mam zawiera szwajcarskie ubezpieczenie zdrowotne? Czy trzeba ubezpieczyć się dodatkowo? Kiedy wybrać świadczenia dla dziecka? Co warto wiedzieć przed porodem? Ile urlopu przysługuje matce i ojcu w Szwajcarii? Razem z Polskie doradztwo w Szwajcarii – Lawrenz Consulting stworzyłam kompendium wiedzy o rodzicielstwie.

1. Ubezpieczenie zdrowotne – co zawiera? 

Obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne (podstawowe) obejmuje wszystkie niezbędne świadczenia w czasie ciąży, porodu i okresu połogu.

Warto wiedzieć: od trzynastego tygodnia ciąży do ośmiu tygodni po urodzeniu dziecka, kobiety nie muszą ponosić kosztów franczyzy i kosztów własnych (selbsbehalt), nawet podczas badań i terapii, które nie są zależne od ciąży. Wyjątkiem są środki prewencyjne, wypadki i koszty leczenia dentystycznego.

W ubezpieczeniu podstawowym zawarte są:

–       Badania rutynowe  w trakcie i po ciąży – 7 wizyt kontrolnych w czasie ciąży i 1 wizyta kontrolna po porodzie (tutaj wiele zależy od lekarza i od tego, jak zostanie wypisany rachunek, kasa chorych może też pokryć większą liczbę wizyt i badań USG)

–       2 badania USG – pomiędzy 11 a 14 tyg. ciąży oraz pomiędzy 20 a 23 tyg. ciąży – w przypadku ciąży zagrożonej ubezpieczyciel pokrywa koszty każdego kolejnego niezbędnego USG, niezależnie od liczby badań

–       Badania prenatalne – test 1 trymestru – ubezpieczenie pokrywa koszty badań oceny ryzyka trisomii 21, 18 i 13, w oparciu o pomiar karku przezierności w kontroli ultradźwiękowej i oznaczania niektórych czynników w krwi matki oraz innych czynników matczynych i płodowych (między 12 a 14 tyg.). W przypadku zwiększonego ryzyka choroby płodu, refundowane są też kolejne testy. Należy zawsze indywidualnie uzgadniać z lekarzem kolejne testy i pytać o refundację.

–  Leki niezbędne w trakcie ciąży, wpisane na listę leków refundowanych SL (Späzialitätenliste), w tym m.in. magnez – tu koszty pokrywa ubezpieczenie podstawowe. Koszty witamin i innych suplementów diety, w wielu kasach chorych pokrywa tylko ubezpieczenie dodatkowe.

–       Kurs przygotowujący do porodu: do maks. 150 CHF

–       Poród w domu, w szpitalu, w domu porodowym (Geburtshaus) w kantonie zamieszkania

–       Kontrola poporodowa pomiędzy 6 a 10 tygodniem po narodzinach dziecka, przeprowadzona przez lekarza lub położną. Uwaga: niektóre kasy chorych pokrywają tylko koszty kontroli do 8 tyg. życia dziecka

–       Porady dotyczące karmienia piersią: trzy konsultacje dotyczące karmienia piersią, prowadzone przez położne lub specjalnie przeszkolone pielęgniarki

–       Opieka po porodzie: koszty opieki w połogu w ciągu 56 dni po urodzeniu dziecka, w ramach odwiedzin położnej w domu – pielęgnacja i monitorowanie stanu zdrowia matki i dziecka. W przypadku przedwczesnego porodu, bliźniąt, pierwszego dziecka i po cesarskim cięciu jest to maks. 16 wizyt domowych położnej, we wszystkich innych sytuacjach, nie więcej niż 10 wizyt domowych

–       W ciągu pierwszych 10 dni po urodzeniu dziecka, położna może dodatkowo odbyć drugą wizytę tego samego dnia przez maksymalnie 5 dni. W przypadku dalszych wizyt domowych konieczna jest recepta lekarska.

–       Istnieje możliwość zakupu lub wynajęcia laktatora z apteki, gdzie część kosztów zostanie pokryta przez naszą kasę chorych (na receptę) 

–    Kasa chorych pokrywa też większą część kosztów rajstop uciskowych (na receptę)

–   Koszty szpitala dla noworodków: koszty pobytu w szpitalu zdrowych niemowląt z matką należą do świadczeń macierzyńskich, tj. odbywają się kosztem ubezpieczenia matki (bez podziału kosztów). Jeśli noworodek jest chory, koszty ponosi ubezpieczyciel noworodka (wraz z franczyzą i kosztami własnymi)

2. Ubezpieczenie dodatkowe w ciąży – czy warto?

W zależności od potrzeb przyszłej matki, dodatkowe ubezpieczenie macierzyńskie może mieć sens. Podstawowe ubezpieczenie obejmuje wszystkie niezbędne świadczenia macierzyńskie, jednak jeśli chcemy dodatkowych usług lub większego komfortu, warto zabezpieczyć się dodatkowym ubezpieczeniem zdrowotnym, które obejmuje:

–       Poród w prywatnym szpitalu (np. Hirslanden) lub w szpitalu poza kantonem zamieszkania

–       Wolny wybór lekarza podczas porodu

–       Dodatkowe badania USG

–       Większą kwotę doplaty do kursu przygotowawczego do porodu

–       Część kosztów gimnastyki w ciąży (Schwangerschaftgymnastik) 

–       Część kosztów gimnastyki po porodzie (Rückbildungsgymnastik) 

–       Niektóre witaminy

–       Opiekę w domu

–       Koszt pobytu partnera podczas porodu i po porodzie w szpitalu

Każdy zainteresowany ubezpieczeniami dodatkowymi z dodatkiem macierzyńskim powinien najpierw porównać oferty poszczególnych usługodawców. Ubezpieczyciele mogą swobodnie wybierać usługi w zakresie ofert, stąd mogą występować pomiędzy nimi duże różnice. 

Uwaga: w wielu przypadkach ma zastosowanie okres karencji, który wynosi zazwyczaj 9 lub 12 miesięcy. Dlatego warto już wcześniej wykupić dodatkowego ubezpieczenie szpitalne i ambulatoryjne. Jeśli ciąża przypadnie na okres karencji, ubezpieczyciel nie płaci dodatkowych świadczeń macierzyńskich. Kiedy dowiadujemy się, że jesteśmy w ciąży, należy bezzwłocznie zglosić się do naszej kasy lub doradcy i dopytać, jakie uslugi dokładnie oferuje nam nasza kasa chorych.

3. Ubezpieczenie dziecka 

Dziecko należy zgłosić do kasy chorych jeszcze przed porodem. Za jego ubezpieczenie płacimy dopiero od momentu narodzin. W ten sposób mamy pewność, że gdy dziecko urodzi się przedwcześnie lub będzie chore, będzie miało prawo do dodatkowych usług medycznych. Meldując dziecko przed porodem, nie jest potrzebna deklaracja zdrowia. Potem, do 30 dni po porodzie, możemy podnieść poziom usług w danej kasie chorych. 

Co należy zrobić przed porodem?

–       Znaleźć lekarza prowadzącego

–       Znaleźć położną 

–       Znaleźć lekarza dziecięcego 

–       Zameldować się w szpitalu, w którym ma nastąpić poród 

4. Świadczenia rodzicielskie po porodzie

W Szwajcarii istnieją punkty doradztwa rodzicielskiego (Mütter- und Väterberatung). Zazwyczaj, kiedy zameldujemy dziecko w gminie, doradcy sami zgłaszają się i proponują wsparcie w postaci doradztwa laktacyjnego, żywieniowego, pomiarów dziecka i monitorowania jego rozwoju. Usługi są bezpłatne. 

Kobietom aktywnym zawodowo w Szwajcarii przysługuje tylko 14 tygodni płatnego urlopu macierzyńskiego (80 proc. średniego wynagrodzenia, maks. do 196 CHF dziennie). Wiecej informacji: https://www.ahv-iv.ch/p/6.02.d. W Szwajcarii nie istnieje prawnie uregulowany płatny urlop ojcowski. W zależności od miejsca pracy i kantonu, pracownikowi, któremu urodziło się dziecko, przysługuje zazwyczaj co najmniej jeden dzień wolny.

Jeśli matce przysługuje urlop macierzyński (poźniej również wychowawczy) w Polsce, a przyjeżdża do partnera i zostaje w Szwajcarii, może ubiegać się o zwolnienie z obowiązku płacenia podstawowego ubezpieczenia zdrowotnego na czas trwania urlopu. W tym wypadku, należy pobrać z polskiego NFZ  formularz S1 i zgłosić się z nim do Gemeinsame Einrichtung KVG. Tam trzeba wypełnić kolejny dokument, a następnie czekać na decyzję. Jeśli jest pozytywna, otrzymujemy kartę ubezpieczonego i mamy prawo do wyboru lekarza oraz franczyzy 300 CHF (z reguły). Rachunki zazwyczaj są wysyłane do domu, należy je zaplacić i wysłać do GE KVG, aby otrzymać zwrot kosztów korzystania z usług medycznych. 

Warto wiedzieć: otrzymując zwolnienie z obligatoryjnego ubezpieczenia zdrowotnego, podlegamy wszystkim usługom objętym w ubezpieczeniu obowiązkowym podstawowym, czyli np. koszty transportu karetką są pokryte w 50% do kwoty 500 CHF. Jeśli chcemy więcej, musimy wykupić ubezpieczenie dodatkowe. 

Zwolenienie z obowiązku ubezpieczenia obligatoryjnego nie ma wpływu na proces przyznawania pozwolenia na pobyt w Szwajcarii.

Więcej informacji: https://www.kvg.org.

Skontaktuj się z ekspertką:

Angelika Lawrenz-Meurer

Versicherungsvermittler VBV

FB: Polskie doradztwo w Szwajcarii – Lawrenz Consulting

Tel. +41 79 193 29 15

Email: info@lawrenz.ch

„Safe, legal and rare” – o aborcji w Szwajcarii

9940dae86b6710e1dfe1f982388b

źródło: Facebook/Strajk Kobiet

Dzisiaj w Polsce kolejny czarny dzień. Kobiety i mężczyźni wychodzą na ulicę, żeby bronić prawa człowieka do wyboru i decydowania o swoim ciele i psychice. Wbrew medialno-facebookowym hasłom gwiazd polskiego feminizmu, wcale nie uważam, że „aborcja jest ok”. Dla wielu kobiet jest ostatnią deską ratunku, dramatycznym często wyborem. Ale dobrze, żeby wyborem pozostała.

Bo w całej tej politycznej zawierusze wcale nie chodzi o samą aborcję, a o wolność. Chciałabym, żeby Polki miały możliwość świadomego podejmowania decyzji o posiadaniu (bądź nie) potomstwa, miały swobodny dostęp do antykoncepcji, edukacji seksualnej oraz wybór w sytuacji, kiedy ciąża zagraża ich zdrowiu (fizycznemu i psychicznemu) lub kiedy z różnych powodów – nie musząc się z nich tłumaczyć – dziecka urodzić nie chcą/nie mogą.

Aborcja nie jest ok, ale powinna być „legalna, bezpieczna i rzadko spotykana”. To złota zasada, która obowiązuje w Szwajcarii.

Polskie prawo aborcyjne już teraz jest jednym z najbardziej restrykcyjnych na świecie, a mimo to szacuje się, że każdego roku dokonywanych jest ponad 100 tysięcy zabiegów przerywania ciąży (w tym tylko ok. 1 tys. legalnych). Szwajcaria natomiast jest przykładem tego, że nie zakazy, ale liberalne ustawodawstwo (połączone z łatwym dostępem do antykoncepcji i wsparciem w postaci edukacji) jest kluczem do sukcesu, czyli świadomego rodzicielstwa, mniejszej liczby niechcianych ciąż, a co za tym idzie – zabiegów ich przerywania. Brzmi jak laurka? Czytajcie dalej.

Szwajcarskie prawo aborcyjne jest jednym z najbardziej liberalnych na świecie. W 2002 r Szwajcarzy większością 72 proc. poparli w referendum prawo do aborcji na żądanie do 12. tygodnia ciąży. Od czasu wejścia w życie tych przepisów liczba zabiegów przerywania ciąży z roku na rok spada. Rocznie wykonuje się ich niewiele ponad 10 tys., co daje ok. 6 zabiegów na 1000 kobiet w wieku 15-49 (dane za 2016 r.). Odsetek aborcji wśród nastolatek (< 16 r. życia) to 1 (!) procent.

Kobiety, które decydują się na przerwanie ciąży, nie są w Szwajcarii traktowane jak dzieciobójczynie, a jednocześnie uświadamia się im, że nie jest to zabieg, jak każdy inny. Dlatego pierwszym krokiem jest zawsze napisanie listu do lekarza z wyjaśnieniem przyczyn podjęcia takiej decyzji. Następnie kobieta przechodzi szczegółowe konsultacje medyczne oraz otrzymuje wszelkie potrzebne wsparcie w lokalnym centrum planowania rodziny. Do 7. tygodnia ciążę przerywa się podając tabletkę wczesnoporonną (to ok. 75 proc. przypadków w Szwajcarii). Pomiędzy 7. a 12. tygodniem – konieczna jest operacja. W przypadku ciąży po 13. tygodniu, aborcja również jest możliwa, jeżeli lekarz stwierdzi poważne zagrożenie życia, zdrowia lub kondycji psychicznej kobiety. Nie jest wymagana druga opinia lekarska. Również po zabiegu kobieta otrzymuje pomoc medyczną i psychologiczną.

Koszty aborcji w Szwajcarii, w zależności od metody i wielu różnych innych czynników, wynoszą od 500 fr. do nawet 3000 fr. Co do zasady, pokrywa je podstawowe, obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne. W 2014 r. konserwatywne partie polityczne chciały, aby ubezpieczyciele wycofali aborcję ze swoich ofert, ale Szwajcarzy powiedzieli stanowcze nie (większością prawie 70 proc. głosów).

Niska liczba dokonywanych zabiegów przerywania ciąży idzie w Szwajcarii w parze z niskim odsetkiem niechcianych ciąż. Zajęcia z edukacji seksualnej odbywają się w większości szkół, choć udział w nich nie jest obowiązkowy. Antykoncepcja jest łatwo dostępna i szeroko stosowana przez kobiety w różnym wieku, choć jej kosztów nie pokrywa podstawowe ubezpieczenie zdrowotne. Pigułki „po” można kupić bez recepty. Niechciane ciąże nastolatek to rzadkość.

Brzmi jak utopia? Dla nas, Polek, niestety tak. Bardzo rzadko zdarza mi się to mówić, ale akurat w tym przypadku chciałabym, żeby Polska była taka jak Szwajcaria. Żeby Polki nie musiały jeździć do Berlinów, Prag i Bratysław, bać się, płacić grubych pieniędzy za coś, co powinno być właśnie „legalne, bezpieczne i rzadko spotykane”. Dla dobra nas – kobiet. Trzymajcie się dziewuchy i walczcie o swoją wolność!

Kradzież niemile widziana, czyli o zakazach

Szwajcarskie koleje planują wprowadzenie zakazu palenia na peronach – przeczytałam ostatnio w „Neue Zürcher Zeitung” i pomyślałam: Alleluja! Nareszcie! Lepiej późno, niż wcale. Zachodnia cywilizacja dotarła do Szwajcarii.

Kompletna samowolka palaczy dziwiła mnie, odkąd tu przyjechałam. Palić można właściwie wszędzie – rownież na przystankach autobusowych, peronach, halach dworców, czyli w tzw. miejscach publicznych, gdzie w Polsce i wielu innych krajach obowiązuje „zakaz palenia”. Przepisy pozwalają właścicielowi knajpy wydzielić w lokalu specjalną przestrzeń dla palaczy (dziękuję za info Auslanderce w Szwajcarii!), co w praktyce oznacza, że papierosowy dym i tak czuć wszędzie. Na walające się wszędzie pety narzekałam już nie raz na tych łamach, dlatego planowane ograniczenie na początku tak mnie ucieszyło. Dopóki temat nie pojawił się w rozmowie z kolegą-Szwajcarem (swoją drogą, palaczem).

Oburzony z zapałem bronił prawa do dymka, powołując się na wolność jednostki i prawo do decydowania o własnym zdrowiu i życiu, wytoczył ciężkie działa, padły różne -izmy, na czele z liberalizmem, na koniec przeklął państwo za wtrącanie się w życie obywateli i orzekł, że padł ostatni bastion wolności w Szwajcarii.

Tyle dymu o zakaz dymka na peronie? Cieszcie się, że możecie poleżeć sobie na trawce i wypić piwo w centrum miasta – pomyślałam, przypominając sobie obwarowane zakazami polskie skwerki. Bo gdy się nad tym głębiej zastanowić, szwajcarskie społeczeństwo ma dość sporą swobodę w przestrzeni publicznej. Palenie – wiadomo, ale również alkoholem można się raczyć w parkach, na skwerkach, nad jeziorem, w pociągu, autobusie, na ulicy – właściwie wszędzie tam, gdzie nie jest wyraźnie powiedziane, że nie wolno. Trawniki są po to, żeby na nich siedzieć, leżeć, piknikować, a nie po to, żeby ładnie wyglądały. Psy mogą biegać bez smyczy, poza kilkoma wyjątkami, jak np. cmentarze czy tereny gospodarstw rolnych, gdzie mogłyby przestraszyć krówki. A jak zauważył niemiecki komik Kayah Yanar w jednym ze swoich genialnych skeczów, nawet kradzież w Szwajcarii nie jest zabroniona (niem. verboten), ale niemile widziana (niem. nicht erwünscht).

Dotyczy to też poważniejszych spraw. Dlaczego dyskusja o zakazie noszenia burki przez muzułmanki, która przetoczyła się przez całą Europę, w Szwajcarii skończyła się, zanim jeszcze na dobre się zaczęła?

Szwajcarzy boją się zakazów. Ale kochają porządek i święty spokój. Dlatego obywatelom, którym wolno palić na dworcach i pić na ulicach, zabrania się odkurzania w mieszkaniu codziennie pomiędzy godz. 12 i 13 i koszenia przydomowego trawnika po godz. 18. Czyli inaczej niż to było w historii o „Pawle i Gawle”, wolnoć Tomku, ale nie w swoim domku.

Muszę przyznać, że to poszanowanie przestrzeni prywatnej z jednoczesnym uwolnieniem przestrzeni publicznej (mam wrażenie, że w Polsce jest dokładnie na odwrót) bardzo mi się w Szwajcarii podoba. Dlatego, choć cieszę się, że być może niedługo nie będę musiała wdychać dymu z papierosa czekając na pociąg, to rozumiem protesty palaczy i ich obawy o ograniczenie swobody. I sama zaczynam się trochę martwić. Bo co, jeśli to jest początek zabraniania? Nie chcę tu tabliczek „nie deptać trawnika”, nie chcę zakazu pływania w jeziorze w centrum Zurychu, nie chcę czuć się jak przestępca, otwierając piwo w pociągu. Szwajcario, nie idź tą drogą!