Pięć i pół „ponieważ”. Szwajcaria? Ja tu nie pasuję!

Jedną stopą w górskim bucie. Drugą w piasku nad Bałtykiem.

„Proszę dowiedz się, czemu jest mi tutaj aż tak źleeeee”. Wyje w głowie Dawid Podsiadło, podbijając jeszcze to ssanie, które niektórzy nazywają nostalgią. Męczą wątpliwości: minęło prawie sześć lat i co ja tu właściwie robię? A może już czas, żeby… No właśnie, żeby co? 

Znajomi z dłuższym emigracyjnym stażem, oficjalnie przyznaję Wam rację! Mówiliście, że prędzej czy później dopadnie każdego. Ponoć lubi przychodzić po pięciu latach. Czasem daje znaki ostrzegawcze, ale bywa, że atakuje bez zapowiedzi. Mój wdarł się ukradkiem, podszył pod tęsknotę, żeby zbić mnie z tropu. I nawet się udało. Jednak uważna autodiagnoza wykazała jednostkę chorobową. Cierpią na nią ci, którzy wyjechali. Ci w wiecznym rozkroku. Ci, którzy się zastanawiają. Bo są trochę tam, trochę tu. Bo nie wiedzą czego chcą. A czują, że nie pasują. Na pewno tu, a może już i tam? Ci, którzy zadają sobie pytanie: wracać?

Diagnoza: kryzys migracyjny. Objawy: nadmierna melancholia, deficyt decyzyjności, poczucie zawieszenia, uwierający „kamyk w bucie”. Stan pacjentki: zmienny. Rokowania: niepewne.

Kryzys w raju. Niechętnie o nim mówimy. Bo jak komukolwiek może być źle w Szwajcarii? Brzmi jak najgorsze bluźnierstwo. Reakcje? Od „nie narzekaj, przecież tu się oddycha” po „nie podoba się, droga wolna”.

Klincz. Dół. Zapaść. Impas. Martwy punkt.

Sprawił, że to, co powinno zachwycać, spowszedniało. Bo ileż można łazić po tych górach? Prawda, są piękne, ale i nudne, bo wciąż takie same. Stoją niewzruszone i drwią sobie ze świata. Ze mnie, której marzy się zmiana. Nie to, co morze. Ono jest przecież w ciągłym ruchu. 

Sprawił, że to co dobre, zaczęło kłuć jak bliżej niezlokalizowany nerwoból. Odgrywany na co dzień teatr powierzchownej uprzejmości, w którym dotychczas z powodzeniem grałam swoją rolę, zamienił się w spektakl pociąganych za sznurki marionetek. Pod maskami te same sztuczne twarze. Jak krasnale ogrodowe, z przyklejonym grymasem na ceramicznym obliczu – nic nie jest w stanie wytrącić ich z równowagi. Łapię się na tym, że nie odpowiadam sąsiadom na miłe Grüezi, świadomie zwlekam z zapłaceniem rachunku, zostawiam parasol na klatce schodowej, nie czyszczę filtra w pralce. Mój bunt. Jaki kraj, taka rebelia.

Sprawił, że to co wcześniej niegroźnie wkurzało, teraz jątrzy. Lubuję się w obrzydzaniu, wyszukiwaniu wad, szukaniu potwierdzenia, że to nie jest kraj dla mnie. Przecież ja tu nie pasuję! Dlaczego?

Ponieważ nr 1: Lubię spontaniczność

Papierowy, w skórzanej okładce, dla tradycjonalistów. W telefonie, dla nowoczesnych. Ewentualnie w Outlooku, dla technologicznie zaawansowanych. Kalendarz. Terminarz. Agenda. Rzecz, bez której w Szwajcarii nie przeżyjesz. Nie hokej i nie piłka nożna. Helweckim sportem narodowym jest umawianie się. Na kolację, na kawę, na drinka, na spotkanie, na telefon, na email. Wyznaczanie sobie terminów – na za trzy miesiące, na 12 lutego i 25 kwietnia, na od.. do.., na urodziny za dwa lata i ślub za pięć. Dyktatura kalendarza. Społeczeństwo zaplanowane na kolejne trzy dekady. Powtarzam sobie, że za każdym razem, kiedy wyznaczam datę znajomym, umiera mały ptaszek. Trochę ich przez te lata zginęło (ptaszków, nie znajomych).. Nie chcę, żeby rytm mojego dnia wyznaczały rubryki w kalendarzu i przyjęty kodeks zachowań. Nie jestem emocjonalnym robotem. Lubię spontanicznie (i głośno) roześmiać się w pociągu czy autobusie. Rzucić głupi żart do kelnera w restauracji, wytracając go choć na chwilę z wyuczonej roli. Wejść po zamknięciu drzwi albo nie pojawić się wcale. Bo czy pięciominutowe spóźnienie (tak jak wyjście na wino bez planu) nie jest po prostu ludzkie? Na pewno bardziej niż skazywanie niepokornych na społeczne potępienie.

Ponieważ nr 2: Źle się czuję w szufladce 

Nie jestem opiekunką, pielęgniarką, kelnerką, sprzątaczką. Nie sprzedaję ubezpieczeń ani funduszy inwestycyjnych. Nie pracuję na uniwersytecie. Ani w fabryce. Nie wysłała mnie tu żadna korporacja. Nie mam prostej i przejrzystej ścieżki kariery. Nie mam ładnego CV. Nie jestem bezrobotna, nie jestem zatrudniona. W Szwajcarii wolni strzelcy są podejrzani. Prawie jak żyjący tu nomadzi. „Napisałaś książkę! Świetnie. A czym się zajmujesz zawodowo?”. Wartość człowieka w kraju dobrobytu wyznacza trzeci filar emerytalny, stan konta oszczędnościowego i liczba lat przepracowanych w jednej firmie. Żyjesz od zlecenia do zlecenia? Pandemia dała Ci w kość? Nie wiesz co dalej? Spokojnie, damy Ci ostatnią szansę. Na stole leżą dwa wnioski: przedłużenie pobytu w Szwajcarii o pięć lat i podanie o szwajcarski paszport. Nie wiem, gdzie będę za pięć lat. Nawet nie wiem, gdzie będę za pięć miesięcy. Jakie to nieszwajcarskie.

Ponieważ nr 3: Nie jestem matką-imigrantką

Szwajcaria to raj dla matek. A matka-imigrantka to nierozerwalny związek frazeologiczny. To, że matki nie pracują, nikogo w Szwajcarii nie dziwi. Zwłaszcza, jeśli to matki przyjezdne. Współczynnik zatrudnienia wśród cudzoziemek mających dzieci jest znacznie niższy niż wśród matek-Szwajcarek. Te ostatnie jakoś znalazły sobie (wywalczyły?) miejsce na rynku pracy. Matki-imigrantki mają absolutne społeczne przyzwolenie na to, żeby zostać z dzieckiem w domu, najlepiej do momentu, aż to nie pójdzie do przedszkola. Jeśli bardzo brakuje im pracy (albo pieniędzy) matki mogą zatrudnić się na „procent” – ale nie więcej niż jedną trzecią etatu, inaczej ucierpi na tym dziecko. Miejsce matki-cudzoziemki jest przecież w domu. A miejsce cudzoziemki-niematki? W pracy. Chcesz pracować na pół etatu, a nie masz dzieci? Zapomnij. Te stanowiska w Szwajcarii już są zarezerwowane.

Ponieważ nr 4: Nie nauczyłam się dyplomacji 

Lista pytań i stwierdzeń, które w rozmowach ze Szwajcarkami i Szwajcarami nie mają prawa paść: Ile zarabiasz? Jeździsz na zakupy do Niemiec? Szwajcaria jest taka zależna od Unii Europejskiej. Czytałaś tę książkę o deportacji Żydów podczas drugiej wojny światowej? A o handlu złotem z Hitlerem? Szwajcarska bankowość jest niezwykle skostniała, zupełnie jak model rodziny. Szwajcaria potrzebuje urlopu ojcowskiego i darmowych żłobków. Dlaczego te bilety są tak drogie? Wstydzisz się mówić po niemiecku? Serwis w tutejszych restauracjach jest fatalny. Co studiowałeś? Nie stać mnie. Masz czas za godzinę?

Wszystkie powyższe pytania i stwierdzenia padły.

Ponieważ nr 5: Nie chcę się odciąć 

Co Ty się tak przejmujesz tymi wyborami? Daj sobie spokój. Przecież nie mieszkasz w Polsce. Ciebie to nie dotyczy. Mówią mi Polacy w Polsce. Mówią mi Polacy w Szwajcarii. A mnie dotyczy. Dotyczy, że hej. Nie chcę być Polką, która hiperwentylowana czystym alpejskim powietrzem, zapomniała skąd jest. Ani taką, która płaci frankami za amnezję. „Bardziej szwajcarską od Szwajcarów”. Chcę pozostać Polką, która wie, co się dzieje w Polsce. Która zaczyna dzień od informacji z Polski. Która czytając je śmieje się i płacze, czasem jednocześnie. Polką, która cierpliwie tłumaczy swój kraj Szwajcarom. Nawet w momentach, kiedy wstydzi się za ten kraj najbardziej na świecie. Nawet wtedy, kiedy sama go nie rozumie. Dlatego będę chodzić na wybory (i o tym pisać) nawet gdy zostanę tu kolejnych 5, 10, 20 lat. Choć wiem, że wielu Polaków w Polsce (i w Szwajcarii) wolałoby, żebym już oddała paszport.

Ponieważ nr 5 i pół: Kocham góry, ale nie potrafię żyć bez morza. Sorry Szwajcario!

Trudy była pierwsza. Długa droga Szwajcarek do równouprawnienia

Kiedy w 1928 roku Brytyjki otrzymały pełnię praw obywatelskich, szwajcarskie aktywistki wyszły na ulicę Berna, ciągnąc za sobą wielki model ślimaka i pytając: jak długo jeszcze?

Walkę o głos Szwajcarki toczyły właściwie już od połowy XIX wieku, kiedy pierwsze organizacje sufrażystek słały petycje do męskich władz i domagały się udziału w życiu publicznym. Bezskutecznie. Na początku lat 50. XX wieku Szwajcaria, jedna z najstarszych demokracji na świecie, wciąż pozostawała jednym z ostatnich krajów na Starym Kontynencie, w którym kobiety nie mają prawa głosować ani ubiegać się o sprawowanie urzędów publicznych. Wkrótce miało się to zmienić. 

26 czerwca 1958 roku. Niewielka miejscowość Riehen, siedem kilometrów od Bazylei, jako pierwsza gmina w Szwajcarii przyznaje kobietom prawa wyborcze. Trzynaście lat zanim ustanowiono je na poziomie ogólnokrajowym i trzydzieści dwa lata nim polityczny i społeczny głos uzyskały kobiety w ostatnim szwajcarskim kantonie. 

7449

Gertruda Späth-Schweizer – pierwsza kobieta w szwajcarskiej polityce. Fot. Historisches Lexikon der Schweiz

Ten sam rok, jesień. Mieszkańcy Riehen wybierają 50-letnią Gertrudę Späth-Schweizer do Rady Obywatelskiej. Trudy, bo tak na nią wołają, jest pierwszą kobietą w historii Szwajcarii sprawującą funkcję polityczną. Wybory nie odbyły się bez kontrowersji, bo okazało się, że oddanych głosów było więcej niż osób na sali. Jednak kto by się przejmował drobiazgami. Wszak dzięki Trudy historia gminy Riehen dotarła nawet za ocean, gdzie pisał o niej amerykański dziennik „Herald Tribune”. Sama zainteresowana, choć stała się symbolem walki o prawa kobiet, nie czuła się dobrze w tej roli. Zawsze podkreślała, że bardziej niż bycie pionierką, obchodzą ją problemy gminy i ich rozwiązywanie. Swój urząd sprawowała przez szesnaście lat. 

To, co wydarzyło się w Riehen, było niewątpliwie początkiem dobrej zmiany w szwajcarskim społeczeństwie. Trudno jednak mówić o rewolucji, raczej o powolnym dochodzeniu kobiet do pełni praw obywatelskich. W tym samym roku, w którym mieszkanki Riehen otrzymały prawa wyborcze, nad wprowadzeniem ich na poziomie ogólnokrajowym po raz pierwszy głosowano w parlamencie federalnym. Propozycja dostała zielone światło. Teraz wystarczyło tylko, aby poparł ją głos ludu.

1 lutego 1959 roku Szwajcarzy po raz pierwszy głosowali w ogólnokrajowym referendum nad przyznaniem kobietom czynnego i biernego prawa wyborczego. Z niespełna miliona mężczyzn, którzy wybrali się do urn, tylko jedna trzecia poparła kobiety. W najbardziej konserwatywnym kantonie Appenzell Innerhoden na nie zagłosowało aż 95 proc. wyborców.

remote.adjust.rotate=0&remote.size.w=2305&remote.size.h=2354&local.crop.h=1292&local.crop.w=2300&local.crop.x=0&local.crop.y=387,n-large-16x9-far

1959 rok – Szwajcarzy mówią nie prawom kobiet do głosowania. Fot. Basellandschaftlichezeitung 

Referendum, choć wydawało się być dla kobiet niczym innym jak porażką, miało swój pozytywny oddźwięk na poziomie kantonalnym. Na przełomie lat 50. i 60. XX wieku trzy szwajcarskie kantony, Vaud, Neuchatel i Genewa, przyznały kobietom prawo do głosowania na poziomie kantonalnym i lokalnym. Za ich przykładem poszły kolejne i do początku lat 70. prawo głosu zyskały mieszkanki ośmiu szwajcarskich kantonów.

W 1971 roku przyszedł czas na kolejne podejście do tematu praw wyborczych kobiet na poziomie państwowym. 7 lutego, przy frekwencji 57,72% (955 321 wyborców) zmiany zyskały poparcie 65,7 proc. uczestniczących w głosowaniu mężczyzn. Sukces, choć nie sposób nie zauważyć, że duża część (męskiego) społeczeństwa wciąż nie była przekonana (na nie zagłosowało aż osiem niemieckojęzycznych kantonów). Jeśli przyjmiemy za początek Federacji Szwajcarskiej uchwalenie konstytucji założycielskiej w 1848 roku, to droga kobiet do pełni praw obywatelskich trwała 123 lata. A w przypadku dwóch niemieckojęzycznych półkantonów Appenzell aż 147 i 148 lat.

Te dwa ostatnie bastiony konserwatyzmu broniły się przed zrównaniem kobiet w prawach z mężczyznami aż do lat 90. XX wieku. Najpóźniej, bo dopiero w listopadzie 1990 roku, polegli strażnicy patriarchatu z Appenzell Innerrhoden, którzy do przyznania mieszkankom praw wyborczych zostali przymuszeni decyzją Trybunału Federalnego. Pewnie do dzisiaj uważają to za zamach na lokalną niezależność. 

Jak dzisiaj, niemal pół wieku od przyznania Szwajcarkom praw wyborczych, wygląda ich pozycja w polityce? W szwajcarskim parlamencie (Radzie Narodu) jedna trzecia to kobiety, a w Radzie Kantonów jedynie 15 procent. W Radzie Federacyjnej, pełniącej funkcję rządu i składającej się z siedmiu osób zasiadają obecnie tylko dwie kobiety (jedna z nich z końcem roku opuszcza urząd). Pierwszą prezydentkę (urząd rotacyjny, osoba zmienia się co roku), Ruth Dreifuss, powołano w 1999 roku. Od tej pory tę funkcję sprawowało pięć kobiet (w tym Doris Leuthard podwójnie).

Nieco lepiej jest na poziomie lokalnym. Najwięcej kobiet działa w kantonalnych parlamentach w Bazylei-Land (38 procent), Aarau (36 procent) i Zurychu (34 procent). Najgorzej jest w kantonie Schwyz, tylko 14 procent. Jednak, jeśli spojrzymy na władze wykonawczą, czyli kantonalne rządy, udział kobiet mocno spada i wynosi średnio 24 proc, a w trzech kantonach, Lucernie, Appenzell Innerrhoden oraz włoskim Ticino, rządzą wyłącznie mężczyźni.

42629487_10215578171541849_4629955546584186880_n.jpg

Helwecja woła! Fot. FB/Helvetia ruft 

Szwajcarskie aktywistki szykują się już na wybory parlamentarne jesienią 2019 roku i zachęcają kobiety do kandydowania. Powołały w tym celu platformę Helvetia ruft! (Helwecja wzywa), która ma być wsparciem dla przyszłych polityczek. Póki co najbliższym sprawdzianem politycznym będą wybory do pełniącej funkcję rządu Rady Federacyjnej, obecnie w składzie 2 kobiety i 5 mężczyzn. Na dwa zwalniające się właśnie miejsca, nominowany jest jeden kandydat i trzy kandydatki. Czy doczekamy się układu 3 kobiety 4 mężczyzn, czyli kolejnego kroku do równouprawnienia? Okaże się już 5 grudnia.

————————————————————————————————————————————–

Źródła:

Magdalena Musiał-Karg, Demokracja bezpośrednia a wprowadzenie praw wyborczych dla kobiet – przykład Szwajcarii
Historisches Lexikon der Schweiz http://www.hls-dhs-dss.ch/textes/d/D16497.php