Co nowego w Szwajcarii w 2020 roku

I tak Szanowni Czytelnicy wstępujemy razem w lata 20. Jak co roku przedstawiam najważniejsze regulacje prawne, które wchodzą w życie z początkiem stycznia lub w kolejnych miesiącach i będą miały wpływ na nas, mieszkających w Szwajcarii. Życzę Wam, aby Wasz prywatny Nowy Rok przyniósł zmiany tam, gdzie ich oczekujecie, a oszczędził ich tam, gdzie lepiej, żeby wszystko zostało po staremu. Jak mawiają Szwajcarzy – Guten Rutsch, dobrego wślizgu w 2020!

Bild_zur_freien_Verwendung_AHV_Alter_Vorsorge_Geld_Finanzen_Finanzierung_Rente_Pension_Ausweis_Dokument_Ruhestand_nach_dem_Arbeitsleben

Od 2020 roku składka na AHV wyniesie 8,7 proc. wynagrodzenia brutto.

Wyższe składki emerytalne

W majowym referendum Szwajcarzy opowiedzieli się za reformą systemu emerytalnego. Jedną z konsekwencji tej decyzji jest zwiększenie składki na fundusz emerytalny (niem. AHV, pierwszy filar emerytalny). Od stycznia 2020 roku wzrośnie ona o 0,3 proc. W praktyce oznacza to niższe zarobki netto. Potrącenie będzie wynosiło odtąd 8,7 proc. wynagrodzenia brutto, z czego tak jak dotychczas połowę (4,35 proc.) płaci pracodawca, a połowę pracownik. Informację o zmianach powinniście już otrzymać od swojego pracodawcy. Wyższe AHV zapłacą również osoby samozatrudnione. Zwiększenie składek pozwoli dosypać do państwowej kasy emerytalnej 1,2 miliarda franków rocznie.

Zwrot podatku za zakupy po nowemu

Jeśli często jeździcie na zakupy do Niemiec, to z pewnością nie raz prosiliście przy kasie o zieloną kartkę, uprawniającą do zwrotu niemieckiego podatku VAT. Wkrótce roku taki dokument otrzymacie tylko za paragony na kwotę przekraczającą 50 euro. Taki minimalny limit wprowadziło od 2020 roku niemieckie ministerstwo finansów. 

Niższe koszty wynajmu mieszkania 

Według prognoz specjalistów od rynku nieruchomości już w marcu 2020 roku może zmienić się w Szwajcarii referencyjna stopa procentowa, na podstawie której banki ustalają oprocentowanie kredytów hipotecznych. Oczekiwania mówią o obniżce z obecnych 1,5 proc. do 1,25 proc. Jeśli rzeczywiście tak się stanie, również wynajmujący mieszkania będą mogli się ubiegać o obniżenie kosztów wynajmu. Najlepiej jest wówczas napisać pismo w tej sprawie do swojego administratora. Pozostając w temacie, właścicielom nieruchomości będą od 2020 roku przysługiwały nowe możliwości odpisów od podatku federalnego. Chodzi m.in. o koszty inwestycji energooszczędnych.

Krótszy kurs na prawo jazdy 

Szwajcarskie przepisy dla nowych kierowców zakładają, że po pomyślnym zdaniu egzaminu na prawo jazdy mamy rok na tzw. doszkolenie. Kurs doszkalający, podczas którego kierowcy testują bardziej zaawansowane umiejętności, jak np. gwałtowne hamowanie, trwał dotychczas dwa dni. Od 2020 roku zostanie skrócony do jednego dnia (a dokładnie siedmiu godzin).

Preise2020

Paczki opłacone przez internet wyślemy z rabatem. Fot. post.ch

Obowiązek rejestracji paczek wysyłanych za granicę

Kto regularnie przesyła rodzinie w Polsce szwajcarską czekoladę, musi od przyszłego roku mieć się na baczności. Paczkę wysyłaną pocztą za granicę trzeba będzie najpierw zgłosić i zarejestrować przez internet (wypełnienie formularza w okienku pocztowym będzie kosztowało 3 franki). Dotyczy to przesyłek do dwóch kilogramów. W ten sposób szwajcarska poczta dostosowuje się do międzynarodowych regulacji. Z kolei lokalne przesyłki, opłacone samodzielnie przez internet i opatrzone wydrukowaną etykietą, nadamy od przyszłego roku z rabatem, nawet do 3 franków (w zależności od wagi paczki). 

Szybsze zawieranie małżeństw

Mniej biurokracji dla osób planujących zawarcie związku małżeńskiego (i mniej czasu na ewentualne rozmyślenie się). Według dotychczasowych przepisów od momentu pozytywnego zakończenia procedury przygotowawczej (kończącej się spotkaniem w urzędzie stanu cywilnego) do dnia ceremonii musiało upłynąć co najmniej 10 dni. Od przyszłego roku ten „okres ochronny” przestanie obowiązywać.

Pontonem bez limitów 

Kojarzycie dmuchane gumowe łódki, którymi Szwajcarzy uwielbiają latem pływać po jeziorach i rzekach? Ponieważ takie wycieczki często przeradzały się w zakrapiane imprezy, w 2014 roku wprowadzono ograniczenie maksymalnej ilości spożytego alkoholu przez „kapitana” łódki do 0,5 promila. Szybko się okazało, że ten przepis jest martwy, ponieważ kontrola bawiącego się na pontonach towarzystwa była mocno utrudniona. Dlatego od 2020 roku limit zostanie zniesiony. Roztropność wciąż zalecana!

Drobne przewinienia karane od zaraz

Grzywny w Szwajcarii nie dotyczą tylko łamiących przepisy kierowców. Od przyszłego roku postępowanie identyczne jak w przypadku mandatów drogowych będzie obowiązywać również za takie przewinienia jak rozmawianie przez telefon podczas jazdy rowerem, palenie tytoniu w miejscach publicznych czy konsumpcja marihuany. Maksymalna wysokość kary to 300 franków, a szczegółowe regulacje leżą w gestii poszczególnych gmin i kantonów.

3562701_pic_970x641

Szwajcarskie koleje życzą pasażerom dużo cierpliwości w 2020 roku.

Dalsze opóźnienia pociągów

Niestety problemy z punktualnością kolei mogą się w przyszłym roku tylko pogłębić. Szwajcaria planuje ogromne inwestycje na łączną kwotę dwóch miliardów franków, więc robotom na torach nie będzie końca. Dlatego w 2020 roku trzeba się spodziewać nie tylko wydłużających się opóźnień, ale również zmian tras i odwołania połączeń. Największe utrudnienia będą miały miejsca na trasach między Genewą a Lozanną, w okolicach jeziora Zug, Berna, pomiędzy Olten i Aarau oraz Bazyleą i Liestal. Pozostaje nam tylko życzyć sobie nieskończonej cierpliwości.

O wybranych przeze mnie zmianach i wielu innych przeczytacie tutaj (źródła w języku niemieckim):

https://www.tagesanzeiger.ch/schweiz/standard/neue-gesetze-was-sich-2020-alles-aendert/story/23334883

https://www.20min.ch/finance/news/story/Das-aendert-sich-im-neuen-Jahr-24245180

https://www.blick.ch/news/wirtschaft/konsumenten-steuerzahler-mieter-autofahrer-was-uns-im-2020-aufs-portemonnaie-drueckt-id15679636.html

Ja kontra Szwajcaria – 1:0

86173405-300B-4434-A563-4B807200E64D

Autorka, Jezioro Lemańskie i pies Leo. Fot. Katarzyna Schiller

Przejrzałam ostatnio treści na blogu i wygląda na to, że mniej więcej raz do roku publikuję tekst o sobie. Zazwyczaj ta potrzeba pojawia się w okolicach kolejnej rocznicy pobytu w Szwajcarii. Tym razem dopadła mnie wcześniej, a wszystko za sprawą pewnej wiadomości od czytelniczki. „Uczę się języka, szukam pracy i opadam z sił. Jak udało ci się zmienić podejście do życia tutaj?”. No właśnie, jak?

W październiku minie pięć lat odkąd jestem w Szwajcarii. Czy mogę już mówić, że wygrałam nierówną walkę z alpejskim potworem? Nie do końca, ale na tej emigracyjnej szali przechylam się coraz mocniej w kierunku zwycięstwa i właśnie teraz, bezwzględnie nadszedł czas na podsumowania oraz.. uchylenie rąbka pewnej tajemnicy. Dzień zwierzeń jest dzisiaj.

Zacznę tam, gdzie ostatnio skończyłam, czyli w mojej firmie. Udało się ją założyć, działa coraz prężniej, przynosi dochody – niewielkie i nieregularne, ale własne – wypracowuje przyszłą emeryturę – z którą chyba będę się musiała wynieść na Filipiny, żeby wyżyć – ale, ale.. nie narzekam, jestem na swoim, to była moja decyzja i jest mi z nią dobrze.

Udało się z Waszą pomocą. Choć blog nigdy nie dał i pewnie nigdy nie da mi ani pół franka, to dzięki niemu zyskałam coś o wiele ważniejszego, a w Szwajcarii może i najważniejszego – kontakty, za którymi idą konkretne propozycje. Wysłanie setki CV może nie mieć takiej siły rażenia, jak poznanie jednej odpowiedniej osoby. Nie chcę uogólniać i odradzać Wam udziału w procesach rekrutacji. Na szwajcarskim rynku z pewnością są branże i stanowiska, o które warto się bić w konwencjonalny sposób. U mnie to nie zagrało. Dlatego już dawno przestałam katować się odmowami i wzięłam sprawy w swoje ręce. 

Spotkania z Wami, te online, te przy kawie, te przy winie, otworzyły mi oczy na wiele obszarów, które dotąd były dla mnie niedostępne. Szwajcarii jest tyle, ile ludzi, którzy próbują zbudować tu swoją własną układankę. A mnie, może dlatego, że od dziecka nie miałam cierpliwości do puzzli, zajmuje to trochę dłużej niż innym. 

Na początku ubiegłego roku, tak jak Ty, Droga Czytelniczko, nie miałam już siły. Chciałam uciec stąd jak najdalej. Najlepiej na drugi koniec świata. I tak zrobiłam. Polecieliśmy z mężem na trzy tygodnie do Nowej Zelandii. Nie tylko na wakacje. W Auckland szukaliśmy pracy. On miał nawet kilka rozmów. Ja słyszałam to, co wszędzie, a ponieważ tam ludzie są znacznie bardziej szczerzy niż w Europie, brzmiało bezlitośnie. We don’t need new people to tell us the same bullshit. Maybe you should try in wine? Dziękuję, w winie już próbowałam. W porównaniu z tym, jakie wymagania stawia przyjezdnym NZ, to Szwajcaria prowadzi politykę otwartych granic. Gdyby nie to, że nie udało nam się przejść z sukcesem procedur wizowych, pewnie dzisiaj ten blog już by nie istniał. A może tylko zmieniłby nazwę.

Marzenia o Antypodach rozpłynęły jak śnieg w marcu na lotnisku w Zurychu, kiedy wróciłam i uświadomiłam sobie, że próba ucieczki się nie udała. Zostaję w Szwajcarii. Na długo, może nawet „na zawsze”. Kochana, żarty się skończyły, teraz trzeba sobie to wszystko tutaj jakoś ułożyć, żeby nie zwariować. To chyba wtedy, kiedy zatrzasnęło się wyjście bezpieczeństwa, nastąpiła „zmiana podejścia do życia w Szwajcarii”. I rzeczy nagle zaczęły się układać.

Moja firma, o oryginalnej nazwie Sprachbüro Kaminska, właśnie kończy pół roku. Zajmuję się przede wszystkim tłumaczeniami ustnymi z języka niemieckiego na polski. Towarzyszę ludziom podczas spotkań w urzędach, wszędzie tam, gdzie trzeba się porozumieć w lokalnym języku. Tłumaczę konsekutywnie szkolenia dla branży budowlanej, co jest męczące, wymagało dużych przygotowań i na początku było dla mnie źródłem sporego stresu, bo nie dość, że to wyłącznie męski świat, to moi klienci swoją wiedzą i doświadczeniem biją mnie na głowę. Na szczęście starają się nie dać mi tego odczuć. Mała prywata – szepnijcie słówko znajomym, że jeśli potrzebują tłumaczki, to jestem do dyspozycji.

Co poza tym? Uczę polskiego, co pozwala mi nie tylko lepiej poznać język niemiecki, ale i zmusza do zgłębiania gramatycznych zawiłości mowy matczynej (jak to dobrze, że w szkole zawsze miałam świetne polonistki!). Od pewnego czasu współpracuję też z miastem Winterthur  – staramy się przybliżyć Szwajcarom i mieszkającym tu obcokrajowcom polską kulturę. Były warsztaty polskiej kuchni, które przyciągnęły dużo zainteresowanych – ponoć o lepieniu klusek krążą teraz w mieście legendy! Język polski zagościł już dwukrotnie w Bistro International podczas wymiany językowej, która odbywa się co miesiąc w centrum kultury Alte Kaserne.

Chcę, żeby Szwajcarzy poznali Polskę, a jednocześnie robię wszystko, by i Szwajcaria dała się trochę oswoić Polakom w Polsce i przestała się kojarzyć tylko z pieniędzmi, nudą, czekoladą i kurortami narciarskimi. Tematy społeczne kręcą mnie – dziennikarkę i socjolożkę – bardziej niż produkowanie kolejnych cykli „miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić w Szwajcarii”. To znajdziecie i bez mojej pomocy.

Dla tych, którzy dopiero mnie poznają: linki do publikacji i występów gościnnych w polskich mediach możecie przejrzeć w zakładce O MNIE.

Przez cztery poprzednie lata spędzone w Szwajcarii głównie narzekałam. Na urzędników, nieprzyjaznych ludzi, trudny język, dialekty, na to, że nie mogę znaleźć pracy i wszystko jest tu takie trudne. Sięgnijcie do moich poprzednich tekstów, znajdziecie tego mnóstwo. Tym razem postanowiłam, że będę się chwalić. Bo akurat jest czym.

Był koniec lutego, poranek po nieprzespanej nocy oscarowej (galę oglądam co roku, odkąd pamiętam). Na wpół otwartymi ze zmęczenia oczami przeczytałam wiadomość, która wpadła mi do skrzynki mailowej. Przeczytałam ją kilka razy, a potem jeszcze – dla potwierdzenia, że na pewno to mi się nie śni – wysłałam do paru znajomych. To była wiadomość od redakcji jednego z polskich wydawnictw. Wiadomość z propozycją. Z propozycją napisania książki. Książki o Szwajcarii. Pierwszej w Polsce książki o Szwajcarii w kategorii literatura faktu. Książki, której autorką mam być ja. Autorką. Książki. O Szwajcarii. Ja!

Początkowy szok i niedowierzanie zajęła najpierw panika, potem stres, a następnie mobilizacja. Teraz, kiedy umowa podpisana, a książka nabiera kształtów, mogę się ujawnić i jednocześnie wytłumaczyć z rzadszych ostatnio publikacji na blogu. Musicie uzbroić się w cierpliwość. Wszystko, co najciekawsze o Szwajcarii, przeczytacie w papierze. Już w przyszłym roku. No i uwaga, to będzie też Wasza książka, więc od teraz miejcie się na baczności. Wszystko co powiecie o Szwajcarii, może być użyte.. jako moja inspiracja.

Tymczasem mecz ze Szwajcarią trwa.

Wygrywam 1:0.

Ale to dopiero pierwsza połowa…

Gov nie taki easy, czyli zakładam firmę w Szwajcarii

sz_icon_08_online_gruenden_web

Fot. startzentrum.ch

To proste, mówili. Szwajcaria to kraj przyjazny przedsiębiorcom, mówili. Dzisiaj masz pomysł, jutro masz firmę, mówili.

Jest początek grudnia 2018. Dostaję zlecenie na regularne tłumaczenia i w końcu postanawiam założyć własną działalność. Słyszę, że najłatwiej zrobić to przez internet. Wchodzę na stronę easygov.swiss. Ma być łatwo.

Na razie rzeczywiście idzie gładko. Tworzę konto, wypełniam dane osobowe, a następnie wybieram formę prawną, cel działalności i branżę. Teraz najważniejsze – nazwa firmy (tu poszaleć się nie da – musi być nazwisko i to, czym się zajmujemy), data rozpoczęcia działalności i przewidywane obroty. Jeśli to poniżej 100 tysięcy CHF rocznie, formalności dodatkowo się upraszczają – nie muszę rejestrować działalności w rejestrze handlowym ani rozliczać podatku VAT.

Jeszcze tylko dane i zarobki męża (po co im to?), kwota zainwestowanego kapitału, dotychczas wystawione rachunki i opłacone składki na ubezpieczenie społeczne (jak to, przecież dopiero rejestruję firmę?). Sprawy trochę się komplikują, ale nie myślę o tym, mam, jest! Nie mija godzina, a ja zostaję właścicielką Sprachbüro Kaminska. Czuję się jak CEO.

Program mówi mi, że jedyne, co muszę teraz zrobić, to wysłać podpisany formularz do szwajcarskiego ZUS-u, czekać na potwierdzenie i nadanie numeru mojej działalności (taki polski NIP). Drukuję, podpisuję, wysyłam. I czekam. Czekam tydzień, czekam dwa. Myślę sobie, że idą święta i pewnie już wszyscy są na urlopach, dlatego trwa to trochę dłużej niż zwykle.

Święta minęły, a wraz z nimi miesiąc odkąd zarejestrowałam działalność. Pracuję, wystawiam rachunki (bez numeru), niby nic się nie dzieje. Kiedy klient w Bazylei zaczyna mnie ścigać, chcąc potwierdzenia, że jestem samozatrudniona, moja cierpliwość się kończy. Dzwonię. Przeuprzejmy pan tłumaczy, że easygov wcale nie jest taki easy, bo przez internet to nie wystarczy, trzeba jeszcze dosłać kilka dokumentów. Proszę czekać na list (poczta znowu rządzi!).

Czekam (ileż ja się w tej Szwajcarii naczekam), mija kolejny tydzień, a listu brak. Czuję się jak szwajcarski emeryt, wypatrując przez okno listonosza. Po dziesięciu dniach bez wieści – usycham przy skrzynce na listy- dzwonię. Tym razem inny, już jakby mniej sympatyczny pan przekonuje mnie, że skoro data rozpoczęcia działalności to 1 stycznia, a jest ponad dwa tygodnie później, to mamy jeszcze czas i dlaczego ja się w ogóle gorączkuję. Obiecuje, że przyspieszy sprawę. Chyba pomaga, bo trzy dni później w skrzynce leży pismo.

Pismo, a w nim cała lista rzeczy, które mam dosłać: oferty, wystawione rachunki, wpłaty od klientów, potwierdzenie wynajmu biura i zainwestowanego kapitału, materiały reklamowe, umowy z klientami oraz opis tego, gdzie i w jaki sposób pracuję.

To takie łatwe, mówili.. Idź i rób biznesy, mówili..

Może mam pecha do urzędów. Może urzędnicy robią mi na złość. Może czegoś tu nie rozumiem. Ale jak wytłumaczyć to, że do potwierdzenia działalności potrzebuję rachunków, których nie mogę wystawić bez potwierdzenia działalności? Typowe biurokratyczne błędne koło, które przerabiałam już kilka lat temu starając się o pozwolenie na pobyt.

Szwajcaria ma opinię kraju, gdzie łatwo i bez zbędnych formalności robi się interesy. Tymczasem regulacje dotyczące firm i obywateli kosztują Szwajcarów rocznie ok. 60 miliardów franków, czyli jedną dziesiątą produktu krajowego brutto. Jednak ten gov nie taki easy.

Pamiętam, jak w 2011 roku otwierałam działalność gospodarczą w Polsce. Jedno okienko i po sprawie. Nie myślałam, że kiedykolwiek będę tęsknić za polską biurokracją. Pani Halinko wiecznie pijąca kawę – wróć!

Ciąg dalszy nastąpi.

Historia pewnej porażki

Ponieważ od czasu do czasu piszecie do mnie maile lub zostawiacie komentarze pod dawnymi tekstami, dotyczącymi bezowocnego poszukiwania pracy w Szwajcarii, jestem Wam winna aktualizację. 

W październiku miną cztery lata od mojej przeprowadzki. Początkowe nieudolne poszukiwania stałego zatrudnienia przyniosły, jak się możecie domyślić, rozczarowanie i obniżenie samooceny do poziomów, o których mają pojęcie jedynie emigranci. Dlatego mniej więcej po dwóch latach chaotycznego wysyłania Lebenslauf i Bewerbungsschreiben powiedziałam: dość.

Ponieważ zarówno moje wykształcenie (socjologia), jak i wykonywany zawód (dziennikarstwo) wydawały się bezużyteczne w kraju, w którego języku dopiero zaczynałam raczkować, pierwsza myśl była taka, że należy porzucić złudzenia i spróbować w innej branży. Padło na wino.

Zaczęły się inwestycje w kursy, wyjazdy do winnic, bieganie po degustacjach, praca w winnicy, nawiązywanie kontaktów. Dwa miesiące zmagań jako sprzedawczyni w sklepie z winem uświadomiły mi jedno: to nie dla mnie. Okazało się, że w całym winiarskim biznesie najbardziej odpowiada mi tyranie w polu przy roślinkach, a z tego wyżyć się nie da. W dodatku jeszcze wysiadł mi kręgosłup, więc żegnaj kariero rolniczki. Wino pozostało tylko (albo aż) moim hobby. Wciąż mnie fascynuje, jest ważnym celem moich podroży, lubię opowiadać o nim znajomym, chodzę na winobranie. Pogodziłam się z myślą, że kasy z tego nie będzie. 

Później pomysły były różne. A może się zatrudnić w barze, sklepie z ciuchami, pójść układać produkty na półkach w Coopie.. Przecież żadna praca nie hańbi, a najważniejsze, że daje franki i święty spokój. Takie myślenie trwało chwilę. Oczy otworzył mi jeden z bardzo mądrych doradców zawodowych (tak, oni istnieją). Widząc moją desperację, zadał mi dwa pytania. Pierwsze, czy zamierzam zostać w Szwajcarii na dłużej. Drugie, co lubię i umiem robić. Odpowiedzi były proste: tak i pisać. 

To był moment, kiedy w mojej głowie coś przeskoczyło. Hej, przecież nie przyjechałam tu z przymusu, to nie jest emigracja zarobkowa, zawsze mogę wrócić! A póki tutaj jestem, to chcę mieć pracę, która sprawia mi przyjemność i daje satysfakcję, a nie mokre od potu i łez kolorowe banknoty i depresję. Wzięłam się w garść. 

Wcześniej patrzyłam na moje początki w Szwajcarii jak na historię porażki i byłam na siebie zła. Dziecko we mgle, które naiwne i nieprzygotowane nie wiedziało, jak się zabrać za budowanie życia od nowa. Dziewczynka, która myślała, że jakoś to będzie i traciła czas. Twardzielka, która się uśmiechała i mówiła, że jest ok, po to, aby nikt – poza mężem – się nie zorientował, że jest źle. Jedyną rozsądną decyzją, jaką wtedy podjęłam, była intensywna nauka języka (w moim zawodzie to podstawa). Teraz sobie myślę, że taki kop bardzo mi się przydał.

Dzisiaj mam na koncie pierwszą publikację w szwajcarskiej gazecie. Co prawda lokalnej, ale od czegoś trzeba zacząć. Współpracuję z organizacją integracyjną w Winterthur. Tłumaczę i uczę polskiego. Piszę o Szwajcarii. Kokosów z tego nie mam, nie stać mnie na drogie ciuchy, bo wszystko, co zarobię, wydaję na podróże, książki i wino ;), ale jest ciekawie, ciągle się rozwijam i mam poczucie, że idę w dobrą stronę. W poniedziałek zdaję egzamin Goethe C1 (trzymajcie kciuki!), który razem z praktykami translatorskimi, w trakcie których jestem, otworzy (mam nadzieję) nowy rozdział w moim zawodowym życiu. Może kiedyś zwróci mi się koszt tych wszystkich kursów niemieckiego.. :) Robię to, co lubię i umiem, bez wyrzutów sumienia, bez stresu i krok po kroku. Przede mną wciąż długa droga, ale odkąd się z tym pogodziłam, jest mi łatwiej. Czy ktoś mi pomógł? Mąż, który pomimo licznych wyrzeczeń, cierpliwie mnie wspiera i zawsze we mnie wierzy. 

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Wiem, że historia wielu z Was jest podobna do mojej. Zwłaszcza Wy, kobiety, przyjeżdżacie za mężem/partnerem/facetem, wykształcone, ambitne, świetne babki, czasem tuż po studiach, często już z doświadczeniem zawodowym w Polsce. Szybko orientujecie się, że tutaj łatwo nie będzie, bo zawód nie ten, bo brak specjalizacji, bo potrzebny język, którego nie znacie, bo za stara/za młoda/z dziećmi/bez dzieci/(wpiszcie sobie, co tylko chcecie). I co dalej? Możecie siedzieć w domu z oficjalnym statusem Hausfrau w papierach, wpaść w pułapkę pracy poniżej swoich kompetencji (a z tej w Szwajcarii łatwo się nie wychodzi), albo próbować, walczyć, pokazać wszystkim, na co Was stać.

Ta ostatnia opcja będzie Was dużo kosztowała – czasu, energii, cierpliwości (Geduld – to najważniejsze słowo w Waszym nowym słowniku), czasem nawet zdrowia i przede wszystkim pieniędzy. Będziecie musiały zdobyć papier, może skończyć kolejną szkołę, zrobić praktykę, czasem pracować za darmo (warto, ale tylko wtedy, jeśli to inwestycja), wkuwać słówka, czuć się, jakbyście się cofały („Przecież tam byłabym już dawno menedżerką/lekarką/gwiazdą estrady/słynną blogerką!”). Znajomi w Polsce będą robić kariery, zarabiać pieniądze, kupować domy na kredyt, a Wy – skakać z radości, jak napiszecie „Entschuldigung” bez błędów.

Upewnijcie się odpowiednio wcześnie, że zarówno Wy, jak i Wasi najbliżsi jesteście na to gotowi. Zadajcie sobie pytania: czy warto i czy tego chcecie. Weźcie kartkę i wypiszcie wszystkie plusy i minusy. Nie twierdzę, że trzeba tkwić tu na siłę, czasami najbardziej rozsądną decyzją jest powrót.

Pamiętaj: cokolwiek postanowisz, to nie jest porażka! Więc jak będzie z Tobą? 

Ile zarabia się w Szwajcarii i dlaczego tak dużo?

bild

Keystone

Mam nadzieję, że tytuł Was zachęcił!

Szwajcaria uchodzi za kraj, gdzie żyje się w dostatku, cokolwiek by się nie robiło. I owszem, zarabiający średnią krajową singiel ma tu jak pączek w maśle. Czteroosobowa rodzina z jedną pensją – już niekoniecznie. Szwajcaria to też kraj, w którym różnice dochodów między tymi na górze drabinki a tymi na dole są jednymi z największych na świecie. A tak w ogóle, to tutaj o pieniądzach się przecież nie rozmawia.

Raz w roku pensje przestają być w Szwajcarii tematem tabu. I to jest właśnie ten moment. Kanton Zurych opublikował właśnie dokument, który zawsze wzbudza emocje, czyli Lohnbuch Schweiz 2018 – księgę płac. Całość ma ponad 760 stron i kosztuje 65 franków, więc wybaczcie, że nie sięgam do źródła.. Na podstawie kilku artykułów prasowych przybliżę Wam najciekawsze informacje z raportu.

Zanim zacznę sypać liczbami z portfeli pracowników różnych zawodów, przydałby się jakiś punkt odniesienia. Zazwyczaj jest nim średnia krajowa, ale w przypadku krajów z dużymi rozbieżnościami płacowymi znacznie lepiej sprawdza się mediana, czyli wartość środkowa. I tak przeciętne wynagrodzenie w Szwajcarii wynosi, według najnowszych wyliczeń, 6189 franków miesięcznie. Jak to wygląda w różnych branżach?

 Wynagrodzenie miesięczne brutto, w CHF 

szef dyplomacji  13555
dyrektor szpitala  12888
bankowiec (stanowisko menedżerskie) 10192
ksiądz  9084
oficer szkoleniowy w wojsku 8192
nauczyciel w szkole podstawowej (Primarschule)  6981
dziennikarz 6440
położna 6229
murarz (> 4 lata doświadczenia) 5553
piekarz (szef) 5036
nauczyciel przedszkolny 4977
ogrodnik  4700
stolarz 4435
pracownik stadniny konnej  3500
sprzątacz 3422

źródło: Lohnbuch Schweiz 2018

Żałuję, że nie zostałam księdzem, a Wy?

Kolejna ciekawa sprawa, to komu wzrosło, a komu zmalało? Dobrą informacją jest to, że ogólnie wynagrodzenia w Szwajcarii rosną. Najbardziej zadowoleni mogą być nauczyciele, którzy dostali największe podwyżki. Przykładowo, w szkołach podstawowych (Primarschule) od 2006 roku pensje urosły aż o 36 proc. Lepszymi zarobkami mogą też cieszyć się nauczyciele w przedszkolach (+33 proc. od 2006 r.). Na drugim końcu stołu siedzą stolarze – jeden z nielicznych zawodów, gdzie wynagrodzenia spadają – od 2006 r. o 5 proc. Jeszcze gorzej mają taksówkarze, którym spadło aż o 15 proc. (średnia płaca 3 200 CHF miesięcznie).

Na koniec kwestia, o której rzadko się wspomina, czyli szwajcarska bieda. Raport potwierdza, że rośnie grupa osób, które miesięcznie mają do dyspozycji mniej niż 2247 CHF (3981 w rodzinie z 2 dzieci), tyle bowiem wynosi w Szwajcarii tzw. granica ubóstwa. Jest ich już 615 tysięcy, czyli 7,5 proc. mieszkańców. To wciąż mniej niż średnia europejska, ale liczba biednych w Szwajcarii z roku na rok się powiększa (w 2004 r. odsetek ten wynosił 6,7 proc.). Mowa tu głównie o osobach korzystających z różnych form zasiłków państwowych.

Ale rośnie też klasa tzw. „working poor”, czyli ubogich pracujących. To ludzie, którzy co prawda zarabiają, ale niewystarczająco, aby utrzymać się w kraju o tak wysokich kosztach życia. W Szwajcarii w takiej sytuacji jest ok. 140 tysięcy osób.

Korzystałam z artykułów w „Tagesanzeiger”, „Basler Zeitung”, „Blick”, „Swiss Info”.