Trzy filary – szwajcarski system emerytalny w pigułce

Senioren-Wandern_Schweiz_Fotolia_137994184-835x470

Aktywni seniorzy to częsty widok w Szwajcarii. Fot. fotolia.com

Każdemu, kto pracował w Szwajcarii i odprowadzał składki na ubezpieczenie społeczne przysługuje szwajcarska emerytura. Tutejszy system trzech filarów jest uznawany za jeden z najbardziej wiarygodnych i bezpiecznych na świecie. Choć może się wydawać nieco skomplikowany, to warto dobrze go zrozumieć, aby poznać swoje prawa i różne opcje planowania emerytury. Ten przewodnik powstał po to, aby przybliżyć Wam specyfikę trzech filarów. Tekst stworzyłam we współpracy z firmą doradczą Swissential, z siedzibą w Nyon, regulowaną przez FINMA – szwajcarski nadzór finansowy. Dowiecie się z niego nie tylko, jak zaplanować swoją finansową przyszłość, ale także, jak już teraz wykorzystać możliwości systemu, aby np. obniżyć podatek oraz jak ubiegać się o pieniądze ze składek po opuszczeniu Szwajcarii. Czytelnicy bloga I’m not Swiss mogą również skontaktować się z doradcą firmy Swissential (kontakt na końcu artykułu), aby otrzymać bezpłatną poradę finansową w języku polskim.

Pierwszy filar – podstawowy poziom życia na emeryturze

Pierwszy filar to państwowy plan emerytalny o nazwie AHV (niem)/AVS (fr). Innymi słowy, jest to rządowy system redystrybucji, który obejmuje dodatkowo ubezpieczenie na wypadek inwalidztwa i ubezpieczenie od bezrobocia. Składka, jaką wpłacamy do pierwszego filaru, to 10,25% naszej pensji, z czego 50% jest płacone przez pracodawcę, a 50% jest odciągane z pensji pracownika.

Jeśli ktoś odprowadzał składki od 20. roku życia do osiągnięcia wieku emerytalnego, to maksymalna emerytura, na jaką może liczyć z pierwszego filaru wynosi 2370 CHF miesięcznie (na osobę) lub 3555 CHF miesięcznie (dla małżeństwa). W Szwajcarii związek małżeński oznacza ograniczenia podatkowe i emerytalne, ale w sytuacji wypadku lub śmierci partnera/partnerki, można liczyć na wsparcie w postaci przejęcia części emerytury i pieniędzy z ubezpieczenia na życie, wbudowanego w szwajcarski system trzech filarów. 

Przydatne porady:

Drugi filar – dodatek do pierwszego filaru

Drugi filar, czyli BVG/LPP, to pracowniczy plan emerytalny, ubezpieczenie wypadkowe i ubezpieczenie na życie. Drugi filar jest obowiązkowy dla wszystkich pracowników od 25. roku życia, a składka w zależności od wieku pracownika wynosi minimum 7%, 10%, 15% i 18%. Pracownicy, którzy zarabiają więcej niż 21 339 CHF rocznie, są automatycznie objęci pracowniczym funduszem emerytalnym. Osoby, które pracują na własny rachunek mogą opłacać składki dobrowolnie, wykorzystując trzeci filar w podobny sposób jak drugi. W połączeniu ze składkami z pierwszego filaru możemy spodziewać się, że do momentu przejścia na emeryturę wypracujemy 60% wartości naszej ostatniej pensji. Dodatkowo można wykorzystać swój drugi filar jako depozyt na zakup nieruchomości, budżet na otworzenie własnej firmy lub na dodatkową edukację.

Drugi filar może być naszym pierwszym i najważniejszym źródłem dochodu na emeryturze. Wszyscy wiemy, ile mamy pieniędzy w banku, ale wielu z nas nie wie, że może na bieżąco śledzić informacje znajdujące się na podsumowaniu drugiego filaru. Te informacje otrzymujemy raz do roku (w lutym) od pracodawcy lub mamy do nich dostęp za pośrednictwem portalu powiązanego z naszym drugim filarem.

3Pillar System PL- OK.001

Przydatne porady:

  • Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mogą uzyskać dostęp do całości pieniędzy zebranych w drugim filarze już w wieku 58 lat.
  • Jeśli opuszczasz Szwajcarię, możesz poprosić o wypłacenie części swoich oszczędności z drugiego filaru w formie jednorazowej transzy.
  • Jeśli opuszczasz Szwajcarię i wyjeżdżasz poza Europę możesz poprosić o wypłacenie całości swoich oszczędności z drugiego filaru w formie jednorazowej transzy.
  • W zależności od kantonu przy wypłacie zapłacimy różnej wysokości stawkę podatkową. Można znacząco obniżyć ten podatek, jeśli zaplanuje się wyjazd z wyprzedzeniem i przeniesie pieniądze do innego kantonu.
  • Dodatkowym sposobem na obniżenie podatku jest włożenie swoich oszczędności do drugiego filaru (tzw. buy back), co zwiększa naszą emeryturę. Kwota, którą możemy wpłacić zależy od czasu pracy w Szwajcarii i zarobków.
  • Pamiętaj, że kiedy wyjeżdżasz ze Szwajcarii, musisz samodzielnie ubiegać się o wypłatę z tak zwanego vested benefit account, do którego są przenoszone składki osób opuszczających Szwajcarii. W tej chwili nieodebrana kwota na tych kontach w całym kraju wynosi 5 mld CHF.

Trzeci filar – prywatna emerytura

Trzeci filar to prywatna, indywidualna opcja, która składa się z dwóch części (A i B). Wykorzystuje się go do zbudowania dodatkowego kapitału, aby w momencie przejścia na emeryturę zabezpieczyć się przed znacznym spadkiem dochodów. Trzeci filar zazwyczaj przyjmuje formę konta oszczędnościowego na emeryturę i często oznacza też dodatkowe korzyści podatkowe. Maksimum, jakie można wpłacić na trzeci filar A i odliczyć od podstawy podatku to 6826 CHF rocznie. Zwrot podatku z części B zależy od prawa kantonalnego.

Przydatne porady:

  • Korzystanie z kont bankowych dla trzeciego filaru części A jest przydatnym rozwiązaniem dla osób, które planują zostać w Szwajcarii przez 12 do 24 miesięcy. Przy dłuższych pobytach warto rozważyć rozwiązania, które oferują wyższy zwrot z inwestycji, zabezpieczenie kapitału, jak również ubezpieczenie na życie.  
  • Trzeci filar może zostać wykorzystany do spłacenia kredytu na mieszkanie. 
  • Osoby mieszkajace w kanonie Genewa lub Fryburg mogą uzyskać dodatkowe ulgi podatkowe z trzeciego filaru B.
  • Jeśli planujesz w przyszłości opuścić Szwajcarię, trzeci filar to jedyna część systemu, którą można kontunuować jako formę prywatnego konta emerytalnego. 

Kontakt z doradcą:

Krzysztof Cieślik, specjalista firmy Swissential ds. szwajcarskiego systemu trzech filarów. Możesz poprosić o bezpłatną konsultację telefoniczną z ekspertem, wysyłając email na adres ccieslik@swissential.com. 

https://swissential.com

https://www.facebook.com/swiss3pillarsystem

Jak się masz? O smutku w krainie szczęśliwości

eufbtopu5yjkyvh2iovf

Fot. Megan Roth/clickhole.com

Po niemiecku „Wie geht es dir?”, po francusku „Comment ça va ?”, po włosku „Come stai?”, a w retoromańskim „Co has?”. Na pytanie „Jak się masz?” większość Szwajcarów automatycznie odpowie, że bardzo dobrze albo dobrze. Nawet, jeśli wcale tak nie jest.

Jeśli wierzymy w to, że szczęście w ogóle da się zmierzyć, to mieszkańcy Szwajcarii są regularnie wymieniani w światowej czołówce najszczęśliwszych ludzi na świecie (5. miejsce w „World Happiness Report” Uno w 2018 roku). Co dla przeciętnego Szwajcara oznacza być szczęśliwym? Żyć w bezpiecznym, czystym, dobrze funkcjonującym kraju, gdzie człowiek może polegać na człowieku, a pociągi przyjeżdżają na czas (choć jeśli chodzi o to ostatnie, to Szwajcaria już dawno przestała nas uszczęśliwiać). 

Poczucie szczęścia jest czymś tak nieokreślonym, indywidualnym i ulotnym, że raporty mierzące to zjawisko muszą je sprowadzić do konkretnych kryteriów, takich jak dochody, poziom życia, wolność podejmowania decyzji, możliwość rozwoju osobistego i zawodowego. Wychodzi więc na to, że im lepiej urządzony kraj, tym szczęśliwsi są mieszkający w nim ludzie. 

– Intuicyjnie tak właśnie myślimy. Im większy dobrobyt w danym kraju, więcej swobód i możliwości, tym większa satysfakcja z życia i wyższy subiektywny poziom szczęścia. Jednak nie zawsze tak to działa. Badania prowadzone na przykład w krajach, które na przestrzeni lat dość mocno się rozwinęły pod względem gospodarczym, społecznym, czy organizacyjnym jasno pokazują, że zmiany te nie przekładają się na wzrost szczęścia. Dlaczego? Ponieważ wraz ze wzrostem szeroko rozumianego dobrobytu rosną standardy oraz zwiększa się poziom oczekiwań, rośnie też apetyt na szczęście – mówi Roxana Szymańska, psycholog, specjalistka terapii uzależnień, która prowadzi własną praktykę psychologiczną w Szwajcarii oraz warsztaty związane z rozwojem osobistym (w Zurychu i Bernie). 

Szwajcarzy, ze swoją umiejętnością kontrolowania emocji, dobrym samopoczuciem i satysfakcją z życia, wydają się być okazami zdrowia psychicznego. Jeśli zajrzymy za tę fasadę, obraz nabiera nieco ciemniejszych barw. W badaniach przeprowadzonych przez fundację Pro Mente Sana, ponad 60 procent osób przyznało, że obecnie albo w którymś momencie swojego życia zmagało się z problemami psychicznymi. Najczęstsze przyczyny to stres, konflikty międzyludzkie, choroby, troska o innych, a także problemy finansowe. Ten odsetek może się wydawać wysoki, ale co tak naprawdę mamy na myśli, mówiąc o problemach psychicznych?

bild-3

„Koncerty. Tatuaże. Ataki paniki. Rozmawiamy o wszystkim. Także o zdrowiu psychicznym” – kampania społeczna Fundacji Pro Mente Sana

Bywa, że ktoś ma trudności w kontaktach międzyludzkich, z asertywnością, stawianiem granic czy budowaniem trwałych relacji. Wtedy najlepiej przyjrzeć się temu wraz z osobą, która będzie miała odpowiedni dystans, wiedzę i posłuży pomocą w procesie odkrywania pewnych wzorców zachowań i ich przyczyn. Praca nad tak zwanymi problemami psychicznymi to samoświadomość i rozwój osobisty. Jeśli zgłaszamy się ze swoimi trudnościami do psychologa, to nie oznacza od razu, że cierpimy na chorobę psychiczną – wyjaśnia Roxana. 

W Szwajcarii co roku przeprowadza się ogólnokrajową ankietę, dotycząca zdrowia psychicznego obywateli. Ostatnie jej wyniki pokazały, że 15 procent mieszkańców Szwajcarii czuje się średnio lub mocno obciążonych psychicznie. Chodzi tu m.in. o nadmierną nerwowość, zmianę nastrojów czy uczucie przygnębienia. Statystycznie na te dolegliwości cierpią częściej kobiety, osoby o niższym wykształceniu, mieszkańcy włoskiego kantonu Ticino oraz zachodniej Szwajcarii. Ponad 6 proc. badanych ze swoimi problemami zwróciło się po pomoc do lekarza ogólnego, psychologa lub psychiatry. 

Dane szwajcarskiego funduszu rent inwalidzkich (IV) pokazują, że co trzeci przypadek niezdolności do pracy ma tę samą przyczynę – choroby psychiczne. Rocznie w całym kraju prawie pół miliona osób leczy się psychiatrycznie. W ciągu dziesięciu lat liczba pacjentów zwiększyła się o ponad 30 procent. Jednak to wcale nie musi oznaczać, że ludzie częściej cierpią na zaburzenia psychiczne. W ostatnich czasach nie tylko w Szwajcarii wzrosła społeczna wrażliwość na problemy z psychiką. Częściej niż przed laty zgłaszamy się ze swoimi dolegliwościami do specjalistów. 

– W Szwajcarii jest do dyspozycji więcej specjalistów, a opieka medyczna, troska i empatia są na wyższym poziomie niż w wielu innych krajach. Odnoszę też wrażenie, że o ile prawie wszędzie pójście do psychologa czy psychiatry wiąże się z pewnego rodzaju wstydem czy obawą, to jednak powoli ludzie zaczynają się bardziej interesować tym, co tak naprawdę drzemie w ich wnętrzu i dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej. Widzę rosnącą samoświadomość czy chęć jej posiadania i zwiększania również u klientów, którzy przychodzą do mnie na sesje indywidualne, z problemami, które 10 czy nawet 5 lat temu byłyby uznane za niepotrzebne zawracanie głowy lub coś z czym każdy powinien sobie poradzić sam. Choć niestety w wielu przypadkach i dziś można zaobserwować takie przekonania – mówi Roxana. 

W Szwajcarii na brak psychiatrów nie można narzekać. Na 100 tysięcy mieszkańców przypada tu 45 lekarzy. Dla porównania, na Islandii, która wyprzedza Szwajcarię w poziomie szczęśliwości, tylko 24. Duże znaczenie ma to, jak zorganizowany jest system opieki zdrowotnej. Porady psychologa czy psychoterapeuty w Szwajcarii nie są finansowane przez postawowe ubezpieczenie zdrowotne. Polisa pokrywa wizytę u specjalisty, jeśli ten jest psychiatrą albo pracuje pod superwizją psychiatry. Konieczność pójścia na oddział psychiatryczny z problemem, z którym wystarczyłoby może zwrócić się o pomoc do psychologa powoduje, że jedna trzecia pacjentów, którzy dostali skierowanie na terapię, nie zgłasza się na nią wcale. A brak pomocy może skończyć się tragicznie. 

Szacuje się, że w Szwajcarii próby samobójcze podejmuje nawet do 25 tysięcy osób rocznie. Z liczbą 17,2 samobójstw na 100 tysięcy mieszkańców (liczba przypadków wśród kobiet i mężczyzn we wszystkich grupach wiekowych) Szwajcaria znajduje się lekko powyżej średniej dla Europy i regionu. Najwyższy wskaźnik samobójstw jest wśród mężczyzn powyżej 85. roku życia. Jeśli chodzi o większe szwajcarskie miasta, to najwięcej ludzi odbiera sobie życie w Bernie.

Situation

Statystyki samobójstw za 2016 rok według Światowej Organizacji Zdrowia

gr-e-21.05.03.03.01-ind-computed_thumbnail

Liczba samobójstw w największych szwajcarskich miastach (średnia z lat 2012-2015, w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców)

Najczęstszą chorobą duszy, która w wielu przypadkach może prowadzić do skrajnych decyzji, jest depresja. Na całym świecie, każdego roku, z jej powodu milion osób odbiera sobie życie. To 3800 osób dziennie, średnio jeden człowiek co 40 sekund. W Szwajcarii na depresję cierpi co dziesiąta osoba. Najczęściej ludzie młodzi, w grupie wiekowej 15-35 lat, częściej kobiety niż mężczyźni. Więcej niż jedna trzecia mieszkańców Szwajcarii narzeka na samotność. To uczucie jest szczególnie silne w grupie starszych kobiet. Depresja w większym stopniu dotyka też żyjących w Szwajcarii migrantów, zwłaszcza tych z niższym wykształceniem i kwalifikacjami zawodowymi, którzy mają znacznie mniejsze możliwości odnaleźć się na tutejszym wymagającym rynku pracy. 

– Liczba osób zmagających się z depresją rośnie w dramatycznym tempie i dotyka znacznie częściej kobiety niż mężczyzn. Nie tylko w Szwajcarii, ale na całym świecie. Również w Polsce ten problem jest szeroko dyskutowany i zauważany np. przez Kampanię Społeczną Forum Przeciwko Depresji, która corocznie organizuje na ten temat konferencję, czy Stowarzyszenie Aktywne Przeciwko Depresji. Ocenia się, że w skali światowej na depresję cierpi 350 milionów ludzi (co piąta kobieta i co dziesiąty mężczyzna w ciągu życia ma co najmniej jeden epizod depresji). Niestety według przewidywań WHO do 2020 roku będzie zajmować drugie miejsce wśród chorób będących przyczynami przedwczesnej śmierci lub uszczerbku na zdrowiu. Dlaczego depresja dotyka coraz większą liczbę osób? Głównie ze względu na coraz szybsze tempo życia jakie prowadzimy, nieustanny stres i brak równowagi między pracą a wypoczynkiem, jak również – co widzę z mojej zawodowej perspektywy – pogonią za perfekcyjnym życiem, które możemy obserwować w mediach społecznościowych. Ponieważ mamy coraz więcej, to też coraz mniej nas w życiu cieszy. Anhedonia, która oznacza brak lub utratę zdolności do odczuwania przyjemności i satysfakcji z tego, co dotychczas taką radość nam przynosiło, jest rówież symptomem naszych czasów. Nawet jeśli osiągniemy cel, na który ciężko pracowaliśmy, to nasza duma, satysfakcja i radość nie trwają zbyt długo, ponieważ musimy przecież wyznaczać kolejne cele, by nie zostać w tyle w tym życiowym wyścigu – tłumaczy Roxana. 

W Szwajcarii Fundacja Pro Menta Sana prowadzi kampanię społeczną „Wie geht’s dir?” – „Jak leci, jak się masz?”, która ma zachęcić ludzi do rozmowy o problemach. Zdrowie psychiczne to temat z listy zakazanych. Szwajcarzy w towarzystwie mniej chętnie mówią tylko o zarobkach. Zuryski SVA, tutejszy kantonalny odpowiednik ZUS, wysłał niedawno do przedsiębiorców broszurę „Problemy psychiczne zasłaniają prawdziwą twarz”, w której specjaliści informują, jak pracodawca może rozpoznać problemy psychiczne u pracowników, jak o nich umiejętnie rozmawiać i gdzie szukać pomocy. Podobnych akcji w Szwajcarii jest wiele. Jak i miejsc, w których czeka wsparcie. Bo jak widać wysoki poziom szczęścia w społeczeństwie nie oznacza wcale braku trudności. Ważne jest to, żeby wiedzieć, jak sobie z nimi poradzić.

– Pamiętajmy, że osoby zgłaszające się do specjalistów z problemami nie koniecznie są nieszczęśliwe, ale na przykład chcą o siebie lepiej zadbać czy siebie zrozumieć. Nie można odbierać też subiektywnego poczucia szczęścia osobom chorym na schizofrenię, z zaburzeniami osobowości czy zmagającymi się z innymi chorobami ciała i ducha. Dla mnie jako psychologa, człowieka, kobiety, partnerki to właśnie samoświadomość siebie będzie nas czynić szczęśliwszymi i pozwoli nam przechodzić przez wiele trudnych życiowych sytuacji w sposób łagoniejszy, czy może bardziej konstruktywny. I choć wiedza o nas samych może być czasem uciążliwa, bo ciężko już np. czegoś nie zauważać, i czasem jej się trochę boimy, a jej zdobywanie może nas przyprawić o zawrót głowy, to w tym samym momencie może uczynić nasze życie prostszym i bardziej satysfakcjonującym – mówi Roxana. 

maske-social

Problemy psychiczne zasłaniają prawdziwą twarz – kampania zuryskiego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (SVA)

Roxana Szymańska doświadczenie w pracy terapeutycznej zdobyła pracując m.in. w Stowarzyszeniu MONAR Ośrodku Leczenia, Terapii i Rehabilitacji Uzależnień w Krakowie, w Małopolskim Zespole Hosteli Socjalno-Readaptacyjnych, a także pracując z klientami indywidualnymi. W Polsce swoją wiedzę przekazywała również będąc opiekunem praktyk dla studentów z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie i z Maastricht University w Holandii. W lutym tego roku otworzyła własną praktykę psychologiczną w Szwajcarii. 

Warsztaty rozwoju osobistego, które prowadzi w Zurychu i Bernie to podróż w głąb siebie, okazja, żeby na chwilę się zatrzymać, znaleźć odrobinę czasu dla siebie i przyjrzeć się sobie z wielu różnych perspektyw. Tematy są różne: komunikacja, relacje, miłość, emocje, pieniądze czy zmiana, a każdy z nich uczestnicy próbują ugryźć od strony własnego ja. Aktualnie warsztaty są prowadzone w języku angielskim. Kolejny już całkiem niedługo (na początku sierpnia, dokładną datę, godzinę i miejsce będzecie mogli sprawdzić pod koniec tygodnia, wchodząc na Facebookowy link poniżej), a temat będzie związany z inteligencją emocjonalną. Natomiast od września rozpocznie się edycja warszatów nieco dłużych, nastawionych również na rozwój osobisty, ale na bardziej pogłębionym poziomie. 

Najświeższe informacje na temat warszatów i nie tylko można znaleźć na www.facebook.com/PsychGuideInSwitzerland.

Kontakt bezpośredni:

Roxana Szymańska

roxana.szym@gmail.pl

tel:  077 536 86 54

http://www.psychguideinswitzerland.com


 

Źródła:

https://www.nzz.ch/gesellschaft/die-schweiz-im-world-happiness-report-wie-misst-man-glueck-nzz-ld.1366373

Easterin, R. A. (1995). Will raising the incomes of all increase the happiness of all? Journal of Economic Behavior and Organization, 27, 35-47

https://www.promentesana.ch/de/wissen/psychische-krankheiten/wie-haeufig-sind-sie.html

https://www.watson.ch/schweiz/wissen/631389874-28-grafiken-die-den-psychischen-zustand-der-schweiz-zeigen-und-was-getan-werden-muss

https://www.nzz.ch/schweiz/nur-wenige-schweizer-kommen-ohne-seelische-krise-durchs-leben-ld.1427288

https://www.nzz.ch/wirtschaft/reintegration-statt-invalidisierung-ld.1382932

https://www.tagesanzeiger.ch/schweiz/standard/halbe-million-schweizer-in-psychiatrischer-behandlung/story/18255320

https://www.watson.ch/schweiz/bundesrat/940700560-suizid-in-der-schweiz-der-bundesrat-laesst-suizidversuche-untersuchen

https://www.who.int/gho/mental_health/suicide_rates_crude/en/

https://forumprzeciwdepresji.pl

http://depresja.org/ 

https://www.bfs.admin.ch/bfs/en/home/statistics/cross-sectional-topics/city-statistics/indicators/suicide-rate.assetdetail.6266853.html

https://www.bfs.admin.ch/bfs/de/home/statistiken/gesundheit/gesundheitszustand/psychische.html

https://www.medinside.ch/de/post/2030-wird-aufgrund-der-prognosen-jeder-zweite-psychiater-ein-auslaender-sein

Stoliczku nakryj się – zero waste po szwajcarsku

Food_Waste_Karotten_595

Unikatowe marchewki można tylko kochać. Fot. nachhaltigleben.ch

Niedawno pisałam o tym, co Szwajcarzy robią z odpadami atomowymi. Teraz też będzie o śmieciach, ale tych nam bliższych, bo codziennych.

Zajrzyjcie do swoich lodówek. Ile ze zgromadzonego tam jedzenia trafi za kilka dni na śmietnik? Przeciętny mieszkaniec Szwajcarii wyrzuca co roku ok. 120 kilogramów żywności, a te statystyki stają się jeszcze bardziej smutne, jeśli wiemy, że połowa produktów spożywczych pochodzi tutaj z importu. Marnujemy więc nie tylko to, co sami wytworzymy, ale też to, co jest efektem pracy ludzi z innych, często uboższych krajów.

Wiadomo, że świat nie jest idealny i zazwyczaj nie zjadamy wszystkiego, co kupujemy. Co się dzieje z resztkami? W szwajcarskich kuchniach warzywa i owoce, a także chleb, jajka, mięso i inne pozostałości organiczne lądują w kompostownikach (listę tego, co wolno tam wrzucić znajdziecie tutaj), a następnie fermentują w specjalnych zielonych kontenerach pod domem, skąd trafiają do stacji przerabiających je na biogaz. Rocznie w samych tylko gospodarstwach domowych kompostuje się 300 tysięcy ton odpadów, a Szwajcarzy chcą, aby do 2030 roku z tego odnawialnego źródła pochodziło 30 procent energii cieplnej wytwarzanej w kraju.

Odpady organiczne to tylko czubek góry lodowej, a w tym przypadku wielkiej góry śmieci. W Szwajcarii rocznie wyrzuca się 2,3 miliony ton żywności. Wydawałoby się, że to głównie wina supermarketów, przecież to tam marnuje się najwięcej jedzenia. I tu zaskoczenie. Połowa z tych ponad dwóch milionów ton to nasz chleb powszedni, czyli żywność, którą wyrzucamy w domach. To oznacza, że w koszach na śmieci ląduje jedna piąta jedzeniowych zakupów każdego z nas. Na drugim miejscu w niechlubnym rankingu jest przetwórstwo żywności, a na trzecim rolnictwo. Natomiast owiany złą sławą handel detaliczny odpowiada tylko za kilka procent odpadów (podobnie jak gastronomia). Z tego wniosek, że największymi szkodnikami jesteśmy my sami, w zaciszu swoich kuchni i jadalni.

(Krótka przerwa na samobiczowanie)

Wróćmy do marketów, które w Szwajcarii robią wszystko, aby unikać wyrzucania dużej ilości jedzenia (utylizacja odpadów kosztuje). Przede wszystkim starają się jak najwięcej opchnąć nam. Jednym ze sposobów jest przecena świeżych produktów – gotowych kanapek, sałatek, ciast – pod koniec dnia. Innym, obniżanie cen żywności, której zbliża się końcowy termin sprzedaży (oznaczany literką A), ale ma jeszcze kilka dni przydatności do spożycia (data B). Moim hitem jest natomiast sprzedawanie taniej brzydkich warzyw i owoców. W Coopie natknęłam się ostatnio na „unikatowe” marchewki po 0,95 CHF za kilogram. Super sprawa, a w dodatku ubawiły mnie ich kształty. Podsumowując, markety sprzedają nam żywność za pół ceny, po to, żebyśmy to my, a nie one ją potem wyrzucili. Zagranie, co by nie mówić, sprytne i opłacalne.

20688871261_3907121720_z

Wielkanocne zajączki można zjeść i po świętach albo oddać innym. Na zdjęciu sortownia szwajcarskiej organizacji pomocowej Stoliczku nakryj się. Fot. www.tischlein.ch

Co się dzieje z jedzeniem, którego nie uda się wcisnąć konsumentom? Weźmy np. wczorajsze pieczywo, przecież jeszcze zjadliwe, ale już nie do wystawienia obok pachnących, świeżych, nadmuchanych bułeczek. Szwajcarskie piekarnie przekazują je do tzw. äss-barów, które następnie sprzedają chleb, bułki i słodkie wypieki za symboliczną cenę (od 0,50 CHF) tym, którym na świeżości aż tak bardzo nie zależy. W 2016 roku (ostatnie dostępne dane) äss-bary „uratowały” w ten sposób ok. 300 ton żywności, karmiąc wczorajszym chlebem pół miliona ludzi w całym kraju. Secondhandowe piekarnie działają w całej Szwajcarii, a ich listę można znaleźć tutaj.

Sklepy i restauracje przekazują to, czego nie sprzedały także organizacjom pomocowym. Takie umowy mają z handlem i gastronomią m.in. Caritas, Schweizer Tafel (Szwajcarski stół) czy Tischlein, deck dich (Stoliczku nakryj się). Działające non-profit stowarzyszenia rozdzielają otrzymaną żywność między potrzebujących: biednych, bezdomnych, chorych, przebywających w ośrodkach pomocy społecznej. Ludzie ze Schweizer Tafel rozdają dziennie 16 ton żywności w 12 regionach kraju, pracownicy Tischlein, deck dich tylko w 2017 roku rozdysponowali 4,2 tysiące ton jedzenia. Również mniejsze sklepy mogą przekazać swoje nadwyżki, co częściej jest też dla nich tańszym rozwiązaniem niż wywóz odpadów. Aby dystrybucję uczynić jeszcze bardziej skuteczną, w 2016 roku zaczął działać w Szwajcarii pierwszy bank żywności online – Food Bridge, który włącza w cały proces ratowania jedzenia również producentów oraz przetwórców, gdzie pozostałości są problemem znacznie większym niż w sprzedaży detalicznej.

To działania systemowe, a schodząc na niższy poziom, ciekawą lokalną inicjatywą jest organizowane przez stowarzyszenie foodwaste.ch wspólne miejskie gotowanie pod hasłem „Twoje miasto podaje do stołu”. Wolontariusze przygotowują posiłki ze wspomnianych już brzydkich warzyw i żywności, która się nie sprzedała, a następnie karmią wszystkich, którzy przyjdą z talerzem. Takie zero waste’owe kulinarne uczty odbyły się już w Bernie, Bazylei, Zurychu, Aarau i Chur. Informacje o kolejnych wydarzeniach znajdziecie tutaj. 

Co możemy na co dzień zrobić my, pozornie trybiki w machinie, a w rzeczywistości przecież aktorzy grający na planecie Ziemia główną rolę (szkodników)? Jedna z opcji to nocne nurkowanie w kontenerach z żywnością, którą wyrzucają markety. W Szwajcarii, w odróżnieniu choćby od Niemiec, nie jest to uznawane za kradzież, więc droga wolna. Jeśli ktoś woli mniej radykalne rozwiązania, może np. ściągnąć sobie na telefon aplikację Too Good to Go i za jej pomocą wyszukać miejsca – sklepy, piekarnie, kawiarnie, restauracje – które pod koniec dnia oddają za kilka franków świeże produkty spożywcze i dania, które się nie sprzedały. W ten sposób można sobie zarezerwować rogaliki na śniadanie albo zestaw sushi na kolację, w zależności od tego, jakie miejsca w naszej okolicy biorą udział w akcji. W Szwajcarii „uratowano” już dzięki temu ponad 230 tysięcy posiłków. Jak to działa? Obejrzyjcie wideo.

Kiedy natomiast zdarzy nam się kupić za dużo albo po wiosennym grillowaniu zostanie kilka paczek całkiem smacznych kiełbasek (oczywiście wegańskich), których już nie sposób przejeść, nasze jedzenie także możemy przekazać dalej. Na rarytasy czekają na przykład tzw. restessbary, czyli miejsca w większych i mniejszych szwajcarskich miastach (pierwsze powstało w 2012 roku w centrum Winterthuru), gdzie można zostawić wciąż nadającą się do spożycia żywność, której nie potrzebujemy. Dla zainteresowanych więcej informacji pod linkiem.

W Szwajcarii robi się wiele, aby nie dopuszczać do wyrzucania jedzenia. Alternatyw dla śmietnika jest sporo, wystarczy tylko chcieć i zadać sobie minimum trudu. Najlepsze rozwiązanie dla nas, konsumentów wydaje się być proste – kupować mniej, maksymalnie wykorzystywać resztki i starać się nie robić zapasów świeżych produktów, które i tak kończą potem w koszu na śmieci. Jeśli ktoś nie potrafi, są już na rynku inteligentne lodówki, które planują optymalną ilość jedzenia, uwzględniając potrzeby całej rodziny. Wszystkie chwyty dozwolone. Byleby nie marnować. Żywności ani pieniędzy.

Kraj stu dialektów. Czy szwajcarski to język i czy warto się go uczyć?

topelement-6

Po niemiecku Strassenbahn, po szwajcarsku Triemli. Fot. Tagesanzeiger

Pamiętam jeden z moich pierwszych pobytów w Szwajcarii. Pojechaliśmy z Thomasem do Lucerny, to jakieś 40 minut drogi z Zurychu. Ja nie znałam wtedy jeszcze niemieckiego, a tym bardziej szwajcarskiego, więc o wszystko pytałam jak dziecko, spodziewając się tłumaczenia na angielski. Kiedy przy jednym ze słów usłyszałam „nie wiem”, zrzuciłam to na karb niedostatków językowych mojego przyszłego męża. Szybko okazało się jednak, że on naprawdę nie rozumiał niektórych określeń, używanych przez swoich rodaków i że takie sytuacje zdarzają się Szwajcarom nad wyraz często.

To trochę tak, jakby Warszawiak pojechał do Radomia i miał problem ze zrozumieniem tamtejszej polszczyzny. Ok, pomyślałam, przecież my w Polsce też mamy dialekty i lądując wśród Ślązaków czy Kaszubów nie miałabym pojęcia, o czym między sobą rozmawiają. W Polsce gwary ludowe są jednak mocno zmarginalizowane i nie mają zbyt dużego wpływu na uniwersalny język ogólnopolski, dlatego nikomu, kto przyjeżdża do Gdańska, Poznania czy Katowic nie przychodzi do głowy, żeby się ich uczyć.

Przybywając do Szwajcarii, nawet ze znajomością niemieckiego, szybko orientujemy się, że język mówiony mocno się różni od pisanego języka oficjalnego. O ile bez problemu dogadamy się w urzędzie, wystarczy, że na przystanku autobusowym czy w sklepie odezwie się do nas Szwajcar, a panika murowana. Podpowiem Wam, jak przetrwać językowo w kraju, gdzie sąsiad nie rozumie sąsiada.

Czy Schweizerdeutsch to język?

Potocznie przyjęło się określać mowę Szwajcarów, zamieszkujących centralną część kraju (ok. 65 proc. całkowitej jego powierzchni) odmianą języka niemieckiego i nazywać ją językiem szwajcarskim (Schweizerdeutsch). Jest to duże uproszczenie. W praktyce nie ma takiego języka jak szwajcarski. To, co słyszymy na ulicach helweckich miast i miasteczek, to wszystko gwary allemańskie (niem. Mundarten), którymi posługują się mieszkańcy Szwajcarii i Księstwa Lichtensteinu. Przy czym każdy kanton, ba, nawet każda gmina ma swoją wersję języka, co powoduje, że Szwajcar z Zurychu mówi inaczej niż Szwajcar z Berna, choć teoretycznie obaj posługują się językiem szwajcarskim. Dla ścisłości dodam, że we francuskiej i włoskiej Szwajcarii takich problemów nie ma, więc jeśli ktoś chce ułatwić sobie życie.. Ja zostaję tu.

Tzw. językiem szwajcarskim posługuje się niespełna 5 mln ludzi, a szacuje się, że wersji dialektu jest ponad 100. Różnice między nimi są widoczne nie tylko w pojedynczych słowach, lecz również w strukturach gramatycznych i przede wszystkim w wymowie. Weźmy prosty przykład: sie haben, czyli po niemiecku „oni mają”. W Zurychu, gdzie odmiana dialektu nazywa się Züritüütsch, będzie to brzmiało „sie händ, w Bazylei (Baseldytsch) „sie hänn”, w Bernie (Bärndütsch) „sie het”, w St. Gallen (St.Gallerdütsch) „sie hend”, w kantonie Wallis (Wallissertitsch) „sie hent”, a w Gryzonii (Bündnerdütsch) „sie hän”. Berneńczyk (nie mylić z psem) da swojej dziewczynie „Müntschi” (całusa), a Szwajcar z Zurychu „Schmutz”. W Lucernie zimą idzie się „Schliifschuehfahre” (jazda na łyżwach), a w kantonie Argau „Schlifschüendle”. A kiedy z zimna dostaniemy czkawki, w zależności, gdzie się akurat znajdujemy mamy „Hitzgi”, „Gluggsi” albo „Schluchzia”. I bądź tu człowieku mądry..

W przypadku niektórych kantonów różnice są tak duże, że pojawiają się istotne problemy w komunikacji. Dlatego lingwiści do tej pory głowią się, czy szwajcarski jest oddzielnym językiem czy ze względu na swój brak spójności tylko luźnym zbiorem dialektów. Przy czym należy odróżnić język szwajcarski od szwajcarskiej wersji języka niemieckiego (Hochdeutsch – standardowy, „wysoki” niemiecki). Ten drugi, ze względu na dużo zapożyczeń, głównie z języka francuskiego, jest najeżony tzw. helwetyzmami, czyli słowami, które używane są tylko w Szwajcarii. Przykładowo, Niemiec powie na rower „Fahrrad”, a Szwajcar „Velo”, śniadanie to w Berlinie „Frühstuck”, a w Zurychu „Morgenessen”, w Niemczech chodzimy po chodniku, czyli „Gehsteig”, a w Szwajcarii po „Trottoir”, tam jeździmy na urlop, czyli „Urlaub”, a tu na „Ferien”.

Jak mocno szwajcarski różni się od niemieckiego?

Szwajcarski jest odrębnym językiem (jeśli przyjmiemy, że jednak nim jest), ze swoimi zasadami i konstrukcjami gramatycznymi, innym do tego stopnia, że Niemiec nie zrozumie Szwajcara. To tak jakby Polak rozmawiał z Rosjaninem – pewne rzeczy da się wywnioskować z kontekstu, ale najczęściej płynna komunikacja jest niemożliwa. Szwajcarzy języka niemieckiego uczą się w szkołach, tak jak każdego innego języka obcego. To wyjaśnia, dlaczego zwłaszcza starsze pokolenie Szwajcarów nie zawsze chętnie w rozmowie przechodzi na Hochdeutsch. Wielu Helwetów nie czuje się pewnie, mówiąc po niemiecku, obawia się błędów lub bycia niezrozumianymi. Bywa, że obcokrajowcy nieposługujący się dialektem, biorą to za arogancję, wyraz niechęci czy zwykłą złośliwość. Nie zawsze słusznie.

Zastanówmy się, dlaczego Szwajcarzy zamiast po prostu mówić po niemiecku utrudniają życie sobie i innym, i do tej pory nie pozbyli się dialektu. Można uważać, że to prymitywna mowa chłopów, która przetrwała z powodu lenistwa, braku wykształcenia czy potrzeby odróżnienia się za wszelką cenę od Niemców. Albo, że gwara jest ostatnim bastionem Szwajcarów w obronie przed zalewem obcokrajowców. Historia pokazuje, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

Język szwajcarski nie jest pochodną niemieckiego, lecz autochtoniczną mową pewnego obszaru geograficznego. Zwróćmy uwagę, że podobnie mówią Niemcy z południowej części kraju. Wiele wskazuje na to, że wpływ na powstanie i przetrwanie tego języka miał górzysty teren Alp, niepozwalający na swobodne przemieszczanie się ludności, a co za tym idzie – ewolucję języka. Górale w swoich miejscowościach żyli często od narodzin do śmierci i ich regionalna mowa przetrwała razem z nimi. Jeszcze na początku XX wieku lingwiści byli przekonani, że szwajcarskie dialekty z czasem zanikną i zostaną zastąpione przez standardowy język niemiecki. Tak się jednak nie stało. W latach 30. XX wieku gwara była dla Szwajcarów sposobem na odcięcie się od nazistów i zachowanie narodowej jedności. Pewne źródła historyczne wskazują nawet na to, że szwajcarskie dialekty bywały używane jako szyfr w komunikacji między ludźmi i instytucjami.

Także dzisiaj dialekty są dla Szwajcarów nie tylko formą komunikacji, ale wyrazem patriotyzmu i ważną częścią lokalnej tożsamości. Przecież to po sposobie mówienia Helweci rozpoznają, skąd pochodzą. Swoje własne odmiany gwary tworzą też tzw. secondos, czyli urodzone i wychowane w Szwajcarii dzieci imigrantów. Dialekty, choć wielu kojarzą się z chłopem w zabitej dechami wiosce w górach, są żywym elementem szwajcarskie kultury, kultywowanym przez młodzież, która słucha szwajcarskiego rapu i, często nie zważając na pisownię, wymienia ze sobą wiadomości w Mundart.

Czy warto uczyć się dialektu?

Jeśli pracujemy w międzynarodowej firmie z przewagą obcokrajowców, być może znajomość dialektu nie jest szalenie istotna, ale już w zawodach, w których mamy stały kontakt ze Szwajcarami, warto przynajmniej dialekt rozumieć. Dotyczy to m.in. pielęgniarek, opiekunów osób starszych, lekarzy, fryzjerek, kosmetyczek, pracowników punktów obsługi klienta – wszędzie tam, gdzie w pracy kluczowa jest komunikacja, przydaje się i lokalny dialekt.

Szwajcarzy są zazwyczaj wyrozumiali wobec obcokrajowców, którzy nie mówią ich gwarą, ale znacznie lepiej się czują, kiedy mogą mówić w swoim języku. Są też zawody zaufania publicznego, jak adwokat czy sędzia, gdzie brak czynnej znajomości dialektu może być barierą w kontaktach z ludźmi. Wtedy warto rozważyć naukę języka mówionego. Podobnie jeśli zależy nam na integracji ze szwajcarską społecznością i chcemy porozumiewać się swobodnie w codziennych sytuacjach, nie ma innego sposobu, jak tylko nauczyć się miejscowego dialektu. Oczywiście, możemy za każdym razem prosić Szwajcara, aby w rozmowie z nami posługiwał się niemieckim, ale pamiętajmy, że to nie jest jego naturalne środowisko językowe. Również w nieformalnej korespondencji, tj. e-maile czy SMS-y, Szwajcarzy piszą dialektem. Szwajcarski przydaje się też, jeśli chcemy oglądać tutejszą telewizję i słuchać radia, a także korzystać z oferty kulturalnej, np. pójść do teatru.

Oczywiście, można mieszkać w Szwajcarii latami i nie znać nie tyle dialektu, co i języka urzędowego. Tak często żyją ekspaci pracujący dla międzynarodowych korporacji, gdzie wystarcza im język angielski. Pytanie, czy jesteśmy w stanie czuć się bezpiecznie, niezależnie i swobodnie w niezrozumiałej dla nas rzeczywistości językowej? Dla mnie znajomość lokalnego języka, to też szacunek dla kraju, w którym mieszkam i wyraz ciekawości dla jego kultury. Nie wspominając o niezależności. Szwajcaria, z czterema językami urzędowymi i setką dialektów daje nam szczególną możliwość życia w wielokulturowym społeczeństwie. Dlaczego mamy z tego nie skorzystać, nawet, jeśli jesteśmy tu tylko tymczasowo?

Jak się nauczyć szwajcarskiego?

Ponieważ jest to głównie język mówiony, najlepiej uczyć się go w codziennych sytuacjach, poprzez powtarzanie, rozmawianie z ludźmi stąd. Są też specjalne kursy języka szwajcarskiego, przeznaczone dla osób, które mają opanowany niemiecki co najmniej na poziomie B1. Niektórzy obcokrajowcy, po przyjeździe do Szwajcarii, od razu uczą się dialektu, ponieważ np. pracują ze Szwajcarami i chcą się z nimi dobrze rozumieć. Często orientują się potem, że brakuje im gramatyki, a pisanie przychodzi z dużym trudem. Dlatego o wiele lepiej jest mieć podstawę w postaci języka niemieckiego, dzięki czemu prościej jest pojąć pewne konstrukcje językowe czy słownictwo (wiele słów szwajcarskich to po prostu skrócone lub zdrobnione wersje słów niemieckich). Poza tym znajomość Hochdeutsch daje nam o wiele większe możliwości, także zawodowe – możemy komunikować się z Niemcami i Austriakami. Dialekt przydaje nam się tylko tak długo, jak mieszkamy w Szwajcarii.

W porównaniu z niemieckim szwajcarski wydaje się łatwy – mamy tylko jeden czas przeszły, a do całej reszty używamy czasu teraźniejszego. Szwajcarzy nie używają dopełniacza (Genitiv) oraz upraszczają wiele konstrukcji gramatycznych, np. zaimki względne. To dlatego język ten, w porównaniu z niemieckim, ma opinię prostego, a wręcz prymitywnego. Ogólnie przyjmuje się, że osoba znająca niemiecki na średnim poziomie jest w stanie w ciągu pół roku nauczyć się szwajcarskiego na poziomie umożliwiającym codzienne komunikowanie się.

Tekst powstał na podstawie rozmowy z Danielą Stukaliną, wykładowczynią języka szwajcarskiego w Winterthurze. Korzystałam też z podręcznika „Hoi Zäme” wydanego przez Bergli Books, który polecam każdemu, kto chce zapoznać się z dialektem. 

Wózeczkowcy. Szwajcaria bez auta

180991.autofrei

25 listopada 1973 roku, z powodu niedoborów benzyny, ogłoszono niedzielę bez auta w całej Szwajcarii. Fot. Keystone

Dojrzewaliśmy do tej decyzji długo. Poprzedziliśmy ją skrupulatnymi wyliczeniami, rachunkiem plusów i minusów, przeglądem opcji, przyzwyczajaniem się do myśli o alternatywie. Po drodze pojawiło się sporo wątpliwości: bo jak to tak? Przecież wszyscy je mają. Odezwali się znajomi: toż to wolność, niezależność i mobilność. Rodzina: a co zrobicie, jak coś się stanie i trzeba będzie szybko wsiąść i jechać?

W końcu stało się. Od 19 stycznia 2018 nie mamy samochodu.

Wyliczyliśmy sobie, że koszt posiadania auta to w naszym przypadku prawie 800 franków miesięcznie (rata leasingu, opłata za miejsce parkingowe, ubezpieczenie, serwis, benzyna). Dużo, niedużo? Zależy. Można to wydać np. na ubezpieczenie zdrowotne, bo tyle mniej więcej wynosi miesięczny koszt pakietu obowiązkowego i dodatkowego dla dwóch dorosłych osób. Można gdzieś pojechać. Albo po prostu odłożyć.

Minęły ponad dwa tygodnie, a my wciąż żyjemy. Fakt, auto to wygoda. – Widziałeś, dzisiaj mają wyprzedaż win w Wädenswil. Skoczymy? – Hmm, nie skoczymy.

Nagle trzeba więcej myśleć, planować każdy wypad na zakupy, żyć zgodnie z rozkładem jazdy pociągów i autobusów, wsiąść na rower nawet kiedy leje i wieje. Na szczęście mieszkamy w Szwajcarii i – w mieście. Transport publiczny działa tu bez zarzutu – praktycznie wszędzie można dostać się pociągiem, autobusem, tramwajem czy promem. Jest wygodnie, czysto i punktualnie. Jak to w Szwajcarii, wszystko na tip top. Oczywiście, trochę dłużej to trwa i słono kosztuje, choć w naszym przypadku i tak mniej niż auto. Generalabonnement (GA), czyli bilet roczny na transport publiczny w całym kraju kosztuje 3860 CHF.

Nie byłabym sobą, gdybym nie sięgnęła po statystyki. Prawie 80 proc. gospodarstw domowych w Szwajcarii ma co najmniej jeden samochód. W 2016 roku zarejestrowanych było 4,6 mln prywatnych pojazdów osobowych, co daje 1,6 człowieka na jedno auto. Mieszkaniec/mieszkanka Szwajcarii pokonuje dziennie średnio 36,8 km, a dwie trzecie tego dystansu siedząc za kierownicą. Te liczby pokazują, że choć narzekamy na zakorkowane autostrady, zdecydowana większość Szwajcarek i Szwajcarów wciąż na co dzień wybiera samochód. Choć, jak bliżej przyjrzeć się statystykom, sprzedaż nowych aut rośnie z roku na rok w coraz wolniejszym tempie, w aglomeracjach miejskich zwiększa się liczba osób korzystających z komunikacji miejskiej (w kantonie Zurych abonament na komunikację miejską ma 7 na 10 mieszkańców i mieszkanek), a 65 proc. narodu ma w domu rower.

Bez auta w Szwajcarii na pewno da się dobrze żyć. I sporo ludzi już się o tym przekonało. Są miasta, jak Bazylea, gdzie połowa mieszkających tam osób z różnych powodów nie ma samochodu. W statystykach bezautowców przodują też Zurych i Genewa, a także moje Winterthur. Wszystkie dane pochodzą z badania Mikrozensus Mobilität und Verkehr 2015. W Szwajcarii znajdziecie też całe miejscowości wolne od aut, jak choćby górskie kurorty Zermatt, Wengen czy Saas-Fee – cała lista takich miejsc dostępna jest tutaj.

Ja, choć mam prawo jazdy od 13 lat, samochodem właściwie nie jeździłam nigdy. Nie lubię, nie mam cierpliwości, a w dodatku teraz w Szwajcarii bałabym się mandatów. Dlatego dla mnie przyzwyczajanie się do nowej sytuacji nie jest ani trochę trudne. Rower i ÖV (skrót od Öffentlicher Verkehr – transport publiczny) to moja codzienność. Znacznie gorzej ma mój mąż, który za kółkiem siedzi odkąd skończył 16 lat i w dodatku pracuje w branży motoryzacyjnej. Choć i on przyznaje, że to tylko kwestia zmiany nawyków. A plusów mnóstwo: nie trujemy środowiska, więcej się ruszamy i oddychamy, wspieramy komunikację miejską i krajową, nie płacimy mandatów.. Z naszej decyzji zdecydowanie najbardziej zadowolony jest pies, który na jazdę samochodem reaguje alergicznie.

Chciałam Wam napisać trochę o całym procesie dostosowywania się do życia „na piechotę” i jego kosztach. Pierwszy poważny nabytek to wózek na zakupy. Kojarzący nam się do tej pory głównie ze szwajcarskimi emerytami, okazał się zbawienny, gdy z Coopa czy innego Aldika trzeba przydźwigać do domu kilogramy strawy lub przetransportować puste butelki do najbliższego punktu recyklingu. Koszt: od 50 do 200 CHF (w zależności od pojemności, materiału i rodzaju kółek).

Drugi zakup to halb-tax, czyli karta, która obniża nam koszty transportu publicznego w całym kraju o połowę (czasami mniej), co jest sporym odciążeniem dla finansów. Koszt: 165 CHF rocznie (zwraca się już po dwóch dalszych wycieczkach pociągiem).

Ruch numer trzy to sprawdzenie wszelkich możliwości szybkiego i sprawnego wejścia w posiadanie auta. Na wszelki wypadek. Tutaj opcji jest sporo. Można skorzystać z usług tradycyjnych wypożyczalni, których jest mnóstwo, mają różne stawki i pojazdy (od kompaktów, przez limuzyny, po małe ciężarówki). Wypożyczenie małego auta kosztuje już od 30 CHF za dzień (bez dodatkowych ubezpieczeń). Popularną od pewnego czasu opcją stał się carsharing, czyli współkorzystanie z aut udostępnianych przez firmy, organizacje czy osoby prywatne. Plusem jest tu duża elastyczność, bo auto możemy sobie wziąć skąd chcemy (najbliższą lokalizację sprawdzamy na mapie, za pomocą aplikacji), nawet na godzinę i odstawić je tam, gdzie nam akurat pasuje. Płaci się za czas (od 2 CHF za godzinę) i przejechane kilometry (od 0,55 CHF za km). W Szwajcarii system nazywa się mobility. O szczegółach przeczytacie tutaj https://www.mobility.ch/de/.

Krok czwarty to zainwestowanie w rower i jego odpowiednie wyposażenie. Na szwajcarskie tereny przyda się na pewno kilka przerzutek, sprawnie działające hamulce i działające oświetlenie. Plus dla człowieka kask i spodnie przeciwdeszczowe (są dość drogie, ale to must have). Z perspektywy rowerzystki muszę przyznać, że szwajcarskie miasta są nam bardzo przyjazne. Kierowcy na nas uważają (czasem mam wrażenie, że panuje tu jakaś dyktatura dwukółkowców na drogach), mamy gdzie parkować (zazwyczaj, bo w Winterthur w okolicach dworca szpilki nie wbijesz) i po czym jeździć (ścieżki rowerowe – luksus!). Nie wiem, jak Wy, ale ja póki co mam same pozytywne doświadczenia.

Ten tekst to początek poradnika dla bezautowców w Szwajcarii. Chcę na bieżąco dzielić się w Wami naszymi doświadczeniami wózeczkowców i proszę o wsparcie w postaci komentarzy. Jakie są Wasze spostrzeżenia? Jeździcie autem czy raczej wybieracie inne środki komunikacji? Co Was, jako kierowców/rowerzystów (kierowczynie/rowerzystki) wkurza w Szwajcarii, a co uwielbiacie? Czy pozbylibyście/byłybyście się auta czy nigdy w życiu? Czekam na Wasz głos!