Kraj stu dialektów. Czy szwajcarski to język i czy warto się go uczyć?

topelement-6

Po niemiecku Strassenbahn, po szwajcarsku Triemli. Fot. Tagesanzeiger

Pamiętam jeden z moich pierwszych pobytów w Szwajcarii. Pojechaliśmy z Thomasem do Lucerny, to jakieś 40 minut drogi z Zurychu. Ja nie znałam wtedy jeszcze niemieckiego, a tym bardziej szwajcarskiego, więc o wszystko pytałam jak dziecko, spodziewając się tłumaczenia na angielski. Kiedy przy jednym ze słów usłyszałam „nie wiem”, zrzuciłam to na karb niedostatków językowych mojego przyszłego męża. Szybko okazało się jednak, że on naprawdę nie rozumiał niektórych określeń, używanych przez swoich rodaków i że takie sytuacje zdarzają się Szwajcarom nad wyraz często.

To trochę tak, jakby Warszawiak pojechał do Radomia i miał problem ze zrozumieniem tamtejszej polszczyzny. Ok, pomyślałam, przecież my w Polsce też mamy dialekty i lądując wśród Ślązaków czy Kaszubów nie miałabym pojęcia, o czym między sobą rozmawiają. W Polsce gwary ludowe są jednak mocno zmarginalizowane i nie mają zbyt dużego wpływu na uniwersalny język ogólnopolski, dlatego nikomu, kto przyjeżdża do Gdańska, Poznania czy Katowic nie przychodzi do głowy, żeby się ich uczyć.

Przybywając do Szwajcarii, nawet ze znajomością niemieckiego, szybko orientujemy się, że język mówiony mocno się różni od pisanego języka oficjalnego. O ile bez problemu dogadamy się w urzędzie, wystarczy, że na przystanku autobusowym czy w sklepie odezwie się do nas Szwajcar, a panika murowana. Podpowiem Wam, jak przetrwać językowo w kraju, gdzie sąsiad nie rozumie sąsiada.

Czy Schweizerdeutsch to język?

Potocznie przyjęło się określać mowę Szwajcarów, zamieszkujących centralną część kraju (ok. 65 proc. całkowitej jego powierzchni) odmianą języka niemieckiego i nazywać ją językiem szwajcarskim (Schweizerdeutsch). Jest to duże uproszczenie. W praktyce nie ma takiego języka jak szwajcarski. To, co słyszymy na ulicach helweckich miast i miasteczek, to wszystko gwary allemańskie (niem. Mundarten), którymi posługują się mieszkańcy Szwajcarii i Księstwa Lichtensteinu. Przy czym każdy kanton, ba, nawet każda gmina ma swoją wersję języka, co powoduje, że Szwajcar z Zurychu mówi inaczej niż Szwajcar z Berna, choć teoretycznie obaj posługują się językiem szwajcarskim. Dla ścisłości dodam, że we francuskiej i włoskiej Szwajcarii takich problemów nie ma, więc jeśli ktoś chce ułatwić sobie życie.. Ja zostaję tu.

Tzw. językiem szwajcarskim posługuje się niespełna 5 mln ludzi, a szacuje się, że wersji dialektu jest ponad 100. Różnice między nimi są widoczne nie tylko w pojedynczych słowach, lecz również w strukturach gramatycznych i przede wszystkim w wymowie. Weźmy prosty przykład: sie haben, czyli po niemiecku „oni mają”. W Zurychu, gdzie odmiana dialektu nazywa się Züritüütsch, będzie to brzmiało „sie händ, w Bazylei (Baseldytsch) „sie hänn”, w Bernie (Bärndütsch) „sie het”, w St. Gallen (St.Gallerdütsch) „sie hend”, w kantonie Wallis (Wallissertitsch) „sie hent”, a w Gryzonii (Bündnerdütsch) „sie hän”. Berneńczyk (nie mylić z psem) da swojej dziewczynie „Müntschi” (całusa), a Szwajcar z Zurychu „Schmutz”. W Lucernie zimą idzie się „Schliifschuehfahre” (jazda na łyżwach), a w kantonie Argau „Schlifschüendle”. A kiedy z zimna dostaniemy czkawki, w zależności, gdzie się akurat znajdujemy mamy „Hitzgi”, „Gluggsi” albo „Schluchzia”. I bądź tu człowieku mądry..

W przypadku niektórych kantonów różnice są tak duże, że pojawiają się istotne problemy w komunikacji. Dlatego lingwiści do tej pory głowią się, czy szwajcarski jest oddzielnym językiem czy ze względu na swój brak spójności tylko luźnym zbiorem dialektów. Przy czym należy odróżnić język szwajcarski od szwajcarskiej wersji języka niemieckiego (Hochdeutsch – standardowy, „wysoki” niemiecki). Ten drugi, ze względu na dużo zapożyczeń, głównie z języka francuskiego, jest najeżony tzw. helwetyzmami, czyli słowami, które używane są tylko w Szwajcarii. Przykładowo, Niemiec powie na rower „Fahrrad”, a Szwajcar „Velo”, śniadanie to w Berlinie „Frühstuck”, a w Zurychu „Morgenessen”, w Niemczech chodzimy po chodniku, czyli „Gehsteig”, a w Szwajcarii po „Trottoir”, tam jeździmy na urlop, czyli „Urlaub”, a tu na „Ferien”.

Jak mocno szwajcarski różni się od niemieckiego?

Szwajcarski jest odrębnym językiem (jeśli przyjmiemy, że jednak nim jest), ze swoimi zasadami i konstrukcjami gramatycznymi, innym do tego stopnia, że Niemiec nie zrozumie Szwajcara. To tak jakby Polak rozmawiał z Rosjaninem – pewne rzeczy da się wywnioskować z kontekstu, ale najczęściej płynna komunikacja jest niemożliwa. Szwajcarzy języka niemieckiego uczą się w szkołach, tak jak każdego innego języka obcego. To wyjaśnia, dlaczego zwłaszcza starsze pokolenie Szwajcarów nie zawsze chętnie w rozmowie przechodzi na Hochdeutsch. Wielu Helwetów nie czuje się pewnie, mówiąc po niemiecku, obawia się błędów lub bycia niezrozumianymi. Bywa, że obcokrajowcy nieposługujący się dialektem, biorą to za arogancję, wyraz niechęci czy zwykłą złośliwość. Nie zawsze słusznie.

Zastanówmy się, dlaczego Szwajcarzy zamiast po prostu mówić po niemiecku utrudniają życie sobie i innym, i do tej pory nie pozbyli się dialektu. Można uważać, że to prymitywna mowa chłopów, która przetrwała z powodu lenistwa, braku wykształcenia czy potrzeby odróżnienia się za wszelką cenę od Niemców. Albo, że gwara jest ostatnim bastionem Szwajcarów w obronie przed zalewem obcokrajowców. Historia pokazuje, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

Język szwajcarski nie jest pochodną niemieckiego, lecz autochtoniczną mową pewnego obszaru geograficznego. Zwróćmy uwagę, że podobnie mówią Niemcy z południowej części kraju. Wiele wskazuje na to, że wpływ na powstanie i przetrwanie tego języka miał górzysty teren Alp, niepozwalający na swobodne przemieszczanie się ludności, a co za tym idzie – ewolucję języka. Górale w swoich miejscowościach żyli często od narodzin do śmierci i ich regionalna mowa przetrwała razem z nimi. Jeszcze na początku XX wieku lingwiści byli przekonani, że szwajcarskie dialekty z czasem zanikną i zostaną zastąpione przez standardowy język niemiecki. Tak się jednak nie stało. W latach 30. XX wieku gwara była dla Szwajcarów sposobem na odcięcie się od nazistów i zachowanie narodowej jedności. Pewne źródła historyczne wskazują nawet na to, że szwajcarskie dialekty bywały używane jako szyfr w komunikacji między ludźmi i instytucjami.

Także dzisiaj dialekty są dla Szwajcarów nie tylko formą komunikacji, ale wyrazem patriotyzmu i ważną częścią lokalnej tożsamości. Przecież to po sposobie mówienia Helweci rozpoznają, skąd pochodzą. Swoje własne odmiany gwary tworzą też tzw. secondos, czyli urodzone i wychowane w Szwajcarii dzieci imigrantów. Dialekty, choć wielu kojarzą się z chłopem w zabitej dechami wiosce w górach, są żywym elementem szwajcarskie kultury, kultywowanym przez młodzież, która słucha szwajcarskiego rapu i, często nie zważając na pisownię, wymienia ze sobą wiadomości w Mundart.

Czy warto uczyć się dialektu?

Jeśli pracujemy w międzynarodowej firmie z przewagą obcokrajowców, być może znajomość dialektu nie jest szalenie istotna, ale już w zawodach, w których mamy stały kontakt ze Szwajcarami, warto przynajmniej dialekt rozumieć. Dotyczy to m.in. pielęgniarek, opiekunów osób starszych, lekarzy, fryzjerek, kosmetyczek, pracowników punktów obsługi klienta – wszędzie tam, gdzie w pracy kluczowa jest komunikacja, przydaje się i lokalny dialekt.

Szwajcarzy są zazwyczaj wyrozumiali wobec obcokrajowców, którzy nie mówią ich gwarą, ale znacznie lepiej się czują, kiedy mogą mówić w swoim języku. Są też zawody zaufania publicznego, jak adwokat czy sędzia, gdzie brak czynnej znajomości dialektu może być barierą w kontaktach z ludźmi. Wtedy warto rozważyć naukę języka mówionego. Podobnie jeśli zależy nam na integracji ze szwajcarską społecznością i chcemy porozumiewać się swobodnie w codziennych sytuacjach, nie ma innego sposobu, jak tylko nauczyć się miejscowego dialektu. Oczywiście, możemy za każdym razem prosić Szwajcara, aby w rozmowie z nami posługiwał się niemieckim, ale pamiętajmy, że to nie jest jego naturalne środowisko językowe. Również w nieformalnej korespondencji, tj. e-maile czy SMS-y, Szwajcarzy piszą dialektem. Szwajcarski przydaje się też, jeśli chcemy oglądać tutejszą telewizję i słuchać radia, a także korzystać z oferty kulturalnej, np. pójść do teatru.

Oczywiście, można mieszkać w Szwajcarii latami i nie znać nie tyle dialektu, co i języka urzędowego. Tak często żyją ekspaci pracujący dla międzynarodowych korporacji, gdzie wystarcza im język angielski. Pytanie, czy jesteśmy w stanie czuć się bezpiecznie, niezależnie i swobodnie w niezrozumiałej dla nas rzeczywistości językowej? Dla mnie znajomość lokalnego języka, to też szacunek dla kraju, w którym mieszkam i wyraz ciekawości dla jego kultury. Nie wspominając o niezależności. Szwajcaria, z czterema językami urzędowymi i setką dialektów daje nam szczególną możliwość życia w wielokulturowym społeczeństwie. Dlaczego mamy z tego nie skorzystać, nawet, jeśli jesteśmy tu tylko tymczasowo?

Jak się nauczyć szwajcarskiego?

Ponieważ jest to głównie język mówiony, najlepiej uczyć się go w codziennych sytuacjach, poprzez powtarzanie, rozmawianie z ludźmi stąd. Są też specjalne kursy języka szwajcarskiego, przeznaczone dla osób, które mają opanowany niemiecki co najmniej na poziomie B1. Niektórzy obcokrajowcy, po przyjeździe do Szwajcarii, od razu uczą się dialektu, ponieważ np. pracują ze Szwajcarami i chcą się z nimi dobrze rozumieć. Często orientują się potem, że brakuje im gramatyki, a pisanie przychodzi z dużym trudem. Dlatego o wiele lepiej jest mieć podstawę w postaci języka niemieckiego, dzięki czemu prościej jest pojąć pewne konstrukcje językowe czy słownictwo (wiele słów szwajcarskich to po prostu skrócone lub zdrobnione wersje słów niemieckich). Poza tym znajomość Hochdeutsch daje nam o wiele większe możliwości, także zawodowe – możemy komunikować się z Niemcami i Austriakami. Dialekt przydaje nam się tylko tak długo, jak mieszkamy w Szwajcarii.

W porównaniu z niemieckim szwajcarski wydaje się łatwy – mamy tylko jeden czas przeszły, a do całej reszty używamy czasu teraźniejszego. Szwajcarzy nie używają dopełniacza (Genitiv) oraz upraszczają wiele konstrukcji gramatycznych, np. zaimki względne. To dlatego język ten, w porównaniu z niemieckim, ma opinię prostego, a wręcz prymitywnego. Ogólnie przyjmuje się, że osoba znająca niemiecki na średnim poziomie jest w stanie w ciągu pół roku nauczyć się szwajcarskiego na poziomie umożliwiającym codzienne komunikowanie się.

Tekst powstał na podstawie rozmowy z Danielą Stukaliną, wykładowczynią języka szwajcarskiego w Winterthurze. Korzystałam też z podręcznika „Hoi Zäme” wydanego przez Bergli Books, który polecam każdemu, kto chce zapoznać się z dialektem. 

Wózeczkowcy. Szwajcaria bez auta

180991.autofrei

25 listopada 1973 roku, z powodu niedoborów benzyny, ogłoszono niedzielę bez auta w całej Szwajcarii. Fot. Keystone

Dojrzewaliśmy do tej decyzji długo. Poprzedziliśmy ją skrupulatnymi wyliczeniami, rachunkiem plusów i minusów, przeglądem opcji, przyzwyczajaniem się do myśli o alternatywie. Po drodze pojawiło się sporo wątpliwości: bo jak to tak? Przecież wszyscy je mają. Odezwali się znajomi: toż to wolność, niezależność i mobilność. Rodzina: a co zrobicie, jak coś się stanie i trzeba będzie szybko wsiąść i jechać?

W końcu stało się. Od 19 stycznia 2018 nie mamy samochodu.

Wyliczyliśmy sobie, że koszt posiadania auta to w naszym przypadku prawie 800 franków miesięcznie (rata leasingu, opłata za miejsce parkingowe, ubezpieczenie, serwis, benzyna). Dużo, niedużo? Zależy. Można to wydać np. na ubezpieczenie zdrowotne, bo tyle mniej więcej wynosi miesięczny koszt pakietu obowiązkowego i dodatkowego dla dwóch dorosłych osób. Można gdzieś pojechać. Albo po prostu odłożyć.

Minęły ponad dwa tygodnie, a my wciąż żyjemy. Fakt, auto to wygoda. – Widziałeś, dzisiaj mają wyprzedaż win w Wädenswil. Skoczymy? – Hmm, nie skoczymy.

Nagle trzeba więcej myśleć, planować każdy wypad na zakupy, żyć zgodnie z rozkładem jazdy pociągów i autobusów, wsiąść na rower nawet kiedy leje i wieje. Na szczęście mieszkamy w Szwajcarii i – w mieście. Transport publiczny działa tu bez zarzutu – praktycznie wszędzie można dostać się pociągiem, autobusem, tramwajem czy promem. Jest wygodnie, czysto i punktualnie. Jak to w Szwajcarii, wszystko na tip top. Oczywiście, trochę dłużej to trwa i słono kosztuje, choć w naszym przypadku i tak mniej niż auto. Generalabonnement (GA), czyli bilet roczny na transport publiczny w całym kraju kosztuje 3860 CHF.

Nie byłabym sobą, gdybym nie sięgnęła po statystyki. Prawie 80 proc. gospodarstw domowych w Szwajcarii ma co najmniej jeden samochód. W 2016 roku zarejestrowanych było 4,6 mln prywatnych pojazdów osobowych, co daje 1,6 człowieka na jedno auto. Mieszkaniec/mieszkanka Szwajcarii pokonuje dziennie średnio 36,8 km, a dwie trzecie tego dystansu siedząc za kierownicą. Te liczby pokazują, że choć narzekamy na zakorkowane autostrady, zdecydowana większość Szwajcarek i Szwajcarów wciąż na co dzień wybiera samochód. Choć, jak bliżej przyjrzeć się statystykom, sprzedaż nowych aut rośnie z roku na rok w coraz wolniejszym tempie, w aglomeracjach miejskich zwiększa się liczba osób korzystających z komunikacji miejskiej (w kantonie Zurych abonament na komunikację miejską ma 7 na 10 mieszkańców i mieszkanek), a 65 proc. narodu ma w domu rower.

Bez auta w Szwajcarii na pewno da się dobrze żyć. I sporo ludzi już się o tym przekonało. Są miasta, jak Bazylea, gdzie połowa mieszkających tam osób z różnych powodów nie ma samochodu. W statystykach bezautowców przodują też Zurych i Genewa, a także moje Winterthur. Wszystkie dane pochodzą z badania Mikrozensus Mobilität und Verkehr 2015. W Szwajcarii znajdziecie też całe miejscowości wolne od aut, jak choćby górskie kurorty Zermatt, Wengen czy Saas-Fee – cała lista takich miejsc dostępna jest tutaj.

Ja, choć mam prawo jazdy od 13 lat, samochodem właściwie nie jeździłam nigdy. Nie lubię, nie mam cierpliwości, a w dodatku teraz w Szwajcarii bałabym się mandatów. Dlatego dla mnie przyzwyczajanie się do nowej sytuacji nie jest ani trochę trudne. Rower i ÖV (skrót od Öffentlicher Verkehr – transport publiczny) to moja codzienność. Znacznie gorzej ma mój mąż, który za kółkiem siedzi odkąd skończył 16 lat i w dodatku pracuje w branży motoryzacyjnej. Choć i on przyznaje, że to tylko kwestia zmiany nawyków. A plusów mnóstwo: nie trujemy środowiska, więcej się ruszamy i oddychamy, wspieramy komunikację miejską i krajową, nie płacimy mandatów.. Z naszej decyzji zdecydowanie najbardziej zadowolony jest pies, który na jazdę samochodem reaguje alergicznie.

Chciałam Wam napisać trochę o całym procesie dostosowywania się do życia „na piechotę” i jego kosztach. Pierwszy poważny nabytek to wózek na zakupy. Kojarzący nam się do tej pory głównie ze szwajcarskimi emerytami, okazał się zbawienny, gdy z Coopa czy innego Aldika trzeba przydźwigać do domu kilogramy strawy lub przetransportować puste butelki do najbliższego punktu recyklingu. Koszt: od 50 do 200 CHF (w zależności od pojemności, materiału i rodzaju kółek).

Drugi zakup to halb-tax, czyli karta, która obniża nam koszty transportu publicznego w całym kraju o połowę (czasami mniej), co jest sporym odciążeniem dla finansów. Koszt: 165 CHF rocznie (zwraca się już po dwóch dalszych wycieczkach pociągiem).

Ruch numer trzy to sprawdzenie wszelkich możliwości szybkiego i sprawnego wejścia w posiadanie auta. Na wszelki wypadek. Tutaj opcji jest sporo. Można skorzystać z usług tradycyjnych wypożyczalni, których jest mnóstwo, mają różne stawki i pojazdy (od kompaktów, przez limuzyny, po małe ciężarówki). Wypożyczenie małego auta kosztuje już od 30 CHF za dzień (bez dodatkowych ubezpieczeń). Popularną od pewnego czasu opcją stał się carsharing, czyli współkorzystanie z aut udostępnianych przez firmy, organizacje czy osoby prywatne. Plusem jest tu duża elastyczność, bo auto możemy sobie wziąć skąd chcemy (najbliższą lokalizację sprawdzamy na mapie, za pomocą aplikacji), nawet na godzinę i odstawić je tam, gdzie nam akurat pasuje. Płaci się za czas (od 2 CHF za godzinę) i przejechane kilometry (od 0,55 CHF za km). W Szwajcarii system nazywa się mobility. O szczegółach przeczytacie tutaj https://www.mobility.ch/de/.

Krok czwarty to zainwestowanie w rower i jego odpowiednie wyposażenie. Na szwajcarskie tereny przyda się na pewno kilka przerzutek, sprawnie działające hamulce i działające oświetlenie. Plus dla człowieka kask i spodnie przeciwdeszczowe (są dość drogie, ale to must have). Z perspektywy rowerzystki muszę przyznać, że szwajcarskie miasta są nam bardzo przyjazne. Kierowcy na nas uważają (czasem mam wrażenie, że panuje tu jakaś dyktatura dwukółkowców na drogach), mamy gdzie parkować (zazwyczaj, bo w Winterthur w okolicach dworca szpilki nie wbijesz) i po czym jeździć (ścieżki rowerowe – luksus!). Nie wiem, jak Wy, ale ja póki co mam same pozytywne doświadczenia.

Ten tekst to początek poradnika dla bezautowców w Szwajcarii. Chcę na bieżąco dzielić się w Wami naszymi doświadczeniami wózeczkowców i proszę o wsparcie w postaci komentarzy. Jakie są Wasze spostrzeżenia? Jeździcie autem czy raczej wybieracie inne środki komunikacji? Co Was, jako kierowców/rowerzystów (kierowczynie/rowerzystki) wkurza w Szwajcarii, a co uwielbiacie? Czy pozbylibyście/byłybyście się auta czy nigdy w życiu? Czekam na Wasz głos!

Życie po szwajcarsku. Poradnik integracji

101732-BCFS7xYDT8Mz0uK8_qRa2Q

Fot. Colourbox.de

Co to znaczy być Szwajcarem? Jeść ser i popijać fendantem, jednocześnie jodłując? Mieć co najmniej 50 tys. CHF oszczędności, jeździć porsche i nigdy się nie spóźniać? Uśmiechać się, pomagać bliźnim, a w wolnym czasie chodzić po Alpach? Dla siebie i dla Was spisałam kilka zasad, których warto przestrzegać, by zwiększyć swoją szansę na szwajcarski paszport.

Uwaga: wszystkie poniższe zasady dotyczą niemieckojęzycznej Szwajcarii i mogą różnić się od obowiązujących w pozostałych częściach kraju.

MÓW (a przynajmniej próbuj mówić) lokalnym dialektem – zapomnij o językowych łamańcach dla turystów typu CHUCHICHÄSCHTLI. Naucz się kilku przydatnych codziennych zwrotów (Hoi zäme. Wie gaat? Widerluege! En guete! Merci vilmal). Słuchaj i powtarzaj. Podczas rozmowy, często wtrącaj „Äbä” oraz „Gäll?”. Wzbudzisz zaufanie lokalsów. A zupełnie poważnie – jeśli rozumiesz, co do ciebie mówią, jesteś zwycięzcą.

WYMIENIAJ pozdrowienia z obcymi na ulicy – „Grüezi” wypowiedziane z obowiązkowym uśmiechem (może być sztuczny, nie szkodzi) czyni cuda.

WITAJ znajomych całusami w policzek – obowiązkowo trzy razy i tak, jak przy przechodzeniu przez ulicę: prawa, lewa, prawa.

KORZYSTAJ z transportu publicznego – choć każdy Szwajcar ma auto (oby jedno) i lubi się nim wozić, zapunktujesz, jeśli do pracy przynajmniej raz w tygodniu przejedziesz się pociągiem czy autobusem. Jesteś eko, nachhaltig, bewusst.. no i wspierasz swoimi pieniędzmi szwajcarską gospodarkę (w postaci SBB, ZVV i reszty), a wspieranie jest bardzo szwajcarskie.

PYTAJ, czy wolne miejsce w pociągu czy autobusie, obok którego ktoś siedzi, na pewno jest wolne – i nie zdziw się, jeśli zajmuje je akurat bardzo zmęczona torba.

BĄDŹ punktualny – lepiej przyjść 5 min za wcześnie (tylko błagam, nie wchodź, poczekaj przed drzwiami), niż spóźnić się 2 min.

JEDZ pięć posiłków dziennie – śniadanie (Zmorge, o 7), drugie śniadanie (Znüni, o 9), lunch (Zmittag o 12-13), podwieczorek (Zvieri, o16) i kolację (Znacht, o 18).

SEGREGUJ śmieci – papier i karton, butelki PET, szkło z podziałem na kolory, metalowe puszki, odpady organiczne – na wszystko znajdziesz osobne pojemniki. Nigdy, przenigdy nie wystawiaj papieru przed dom, zanim nie upewnisz się, że to dzień zbiórki!

UPRAWIAJ sport – bieganie, wędrówki górskie, rower, pływanie, skok o tyczce – Szwajcarzy są aktywni. Kup sobie buty (najlepiej firmy Lowa) i kurtkę (nie schodź poniżej poziomu Jack Wolfskin czy The North Face). Zimą – koniecznie jedź ze znajomymi na narty lub snowboard! Nieważne, że nie umiesz, przynajmniej napijesz się wina na apres ski.

ZAPISZ się do Verein, czyli stowarzyszenia, działającego w Twoim miejscu zamieszkania – towarzystwo przyjaciół owczarka berneńskiego, klub miłośników sera gruyer, ochotnicza straż pożarna – obojętnie – szanujący się Szwajcar część swojego wolnego czasu przeznacza na rozwój hobby lub pracę charytatywną.

ZAPAMIĘTUJ nazwiska – Grüezi Frau.. yyy – to niedopuszczalne. Zauważyliście, że nawet przez telefon rozmówca w ciągu minuty powtórzy wasze nazwisko co najmniej pięć razy? Prawdziwy Szwajcar ma doskonałą pamięć.

ROZMAWIAJ cicho i dystretnie – żadnego gadania przez telefon w autobusie, śmiechów z koleżanką w pociągu, pokrzykiwań na ulicy – Szwajcarzy szanują ciszę i spokój. Po 18 i w weekendy odpuść sobie remont w domu czy koszenie trawnika w ogrodzie. Po 22 podaj deser i kawę – dla Szwajcara oznacza to koniec imprezy.

ZAPRZYJAŹNIJ SIĘ z sąsiadami, panią sprzątającą klatkę schodową, monterem liczników, lokalnym rolnikiem – im więcej ludzi cię zna, tym lepiej. Nigdy nie wiadomo, kogo wypytają o ciebie ci od paszportów. Ku przestrodze przypomnij sobie historię amerykańskiego profesora, któremu podczas rozmowy o paszport wymsknęło się, że przez 40 lat mieszkania w wiosce koło Einsiedeln nie udało mu się zapoznać przyjaciół. Przegrał paszport.

INTERESUJ SIĘ lokalnymi sprawami, szwajcarską polityką (naucz się na pamięć nazwisk członków Bundesratu – spokojnie, jest ich tylko siedmioro), wykuj nazwy kilku wiosek w okolicy, rzek, jezior w pobliżu. Przyda się podczas testu na obywatelstwo. I tak, jak wyżej, pamiętaj.. profesor, taki niby mądry, a nie wiedział.. Bądź lepszy od profesora!

BĄDŹ patriotą – jak ziemniaki, to tylko ze szwajcarskiej wsi (najlepiej bio), wołowina – od szczęśliwych szwajcarskich krówek, a mleku, serze i winie już nawet nie wspominam. Zakupy rób w Coopie lub Migrosie. Aldi i Lidl są dla imigrantów, a ty przecież chcesz być Szwajcarem. A te auta na zuryskich blachach w każdą sobotę pod niemiecką Edeką? Ciiii, o tym w towarzystwie się nie wspomina.

KUP sobie Adiletten (za 30 CHF w Dosenbachu). Jeśli kiedykolwiek byłeś w szwajcarskim domu, na basenie czy na plaży w Chorwacji, wiesz o czym mówię.

A na koniec najważniejsze – nie daj się zwariować i BĄDŹ SOBĄ! Nie, no co ty, żartowałam.

Jak zostać Szwajcarem – co nas czeka w 2018 roku

 

203762442-jpg

Czerwona książeczka, którą tak trudno dostać. Fot. Keystone

Wszystkie opisane zmiany dotyczą standardowej procedury paszportowej – dla osób, które mieszkają w Szwajcarii, ale nie urodziły się tutaj oraz nie są w związku małżeńskim z obywatelem/ką tego kraju.

  • 10 zamiast 12

Dotychczas dla przyjezdnych, którzy chcieli starać się o szwajcarski paszport, podstawowym warunkiem było zamieszkanie na terenie kraju przez co najmniej 12 lat. Od 2018 roku prawo federalne staje się pod tym względem nieco bardziej przychylne obcokrajowcom, ponieważ liczbę wymaganych lat obniżono do 10. Ta liberalizacja to jednak tylko marchewka od szwajcarskich decydentów. Kolejne tegoroczne nowości nie są już dla migrantów tak atrakcyjne. Dla ścisłości dodam, że 10 lat dotyczy tylko zamieszkania w Szwajcarii, a nie w danym kantonie – tutaj lokalne władze mają swoje własne wymagania – i tak np. mieszkańcy Zurychu muszą być tam zameldowani przez min. dwa lata, aby móc złożyć wniosek o czerwoną książeczkę, ale już kanton St. Gallen chce lat aż ośmiu. Tu możecie sprawdzić, jak to jest w Waszym kantonie. 

  • Tylko z C

Od 2018 roku, aby móc starać się o obywatelstwo, należy posiadać pozwolenie na pobyt stały w Szwajcarii (typu C). To duże ograniczenie, ponieważ wcześniej procedurę paszportową można było rozpocząć również z innymi rodzajami pozwolenia. Ponadto, czas pobytu w kraju na pozwoleniu N (azyl) oraz F (w oczekiwaniu na deportację) nie będzie liczył się do wymaganych 10 lat. Dotyczy to także czasu pobytu w kraju na pozwoleniu krótkoterminowym, typu L.

  • Brałeś zasiłek? Zapomnij o paszporcie

Kolejna zmiana wyklucza z potencjalnej grupy przyszłych Szwajcarów osoby, które nie są samodzielne finansowo. Ci, którzy w ciągu ostatnich trzech lat przed uruchomieniem procedury paszportowej korzystali z pomocy społecznej, nie mają co liczyć na otrzymanie szwajcarskiego obywatelstwa. Bycie na socjalnej kroplówce stoi bowiem w sprzeczności z federalnym wymogiem integracji ekonomicznej poprzez pracę lub edukację. Dlatego, kto marzy o paszporcie, musi najpierw oddać państwu co do grosza całą otrzymaną kasę – wtedy droga wolna. Starać się o szwajcarskie obywatelstwo nie mogą też osoby wcześniej karane czy zalegające z płaceniem podatków.

  • Minimum językowe

Znajomość lokalnego języka zawsze była jednym z najważniejszych wymogów w procesie nadawania obywatelstwa. Jednak konkrety, co do poziomu umiejętności języka, leżały dotychczas w gestii władz poszczególnych kantonów. W praktyce sprawdzanie biegłości językowej wyglądało różnie. Dlatego w tym roku federacja ustaliła minimum językowe dla wszystkich starających się o szwajcarski paszport. I tak przyszły obywatel Szwajcarii musi wykazać się umiejętnościami co najmniej na poziomie A2 (język pisany) i B1 (język mówiony), według Europejskiego Systemu Opisu Kształcenia Językowego. Przy czym każdy kanton może ustalić swoje własne, wyższe wymagania. Znajomość języka będzie weryfikowana za pomocą pisemnego testu, w akredytowanych przez państwo ośrodkach, i będzie kosztowała do 250 CHF. Do egzaminu nie będą musiały podchodzić osoby, dla których język obowiązujący w Szwajcarii jest językiem ojczystym lub studiowały w nim przez co najmniej pięć lat.

A na koniec jeszcze krótko o pomysłach szwajcarskiego rządu, które co prawda dopiero się klarują, ale jeśli wejdą w życie, to będą dotyczyły każdego z nas. Chodzi o bardziej restrykcyjną politykę wydawania pozwoleń na pobyt. Plan jest taki, aby pozwolenie typu C, czyli na pobyt stały, należało się tylko dobrze zintegrowanym. Dla szwajcarskich polityków są to osoby znające język, szanujące porządek publiczny i narodowe wartości (tj. równość kobiet i mężczyzn) oraz mające swój wkład w gospodarkę kraju, czyli pracujące. Mało tego – tym, którzy już posiadają pozwolenie C, ale nie spełniają kryteriów, może ono zostać „cofnięte” do pozwolenia typu B, a niezintegrowani z B mogą je w ogóle stracić.

Także, Kochani – w 2018 roku integrujcie się na potęgę, bo inaczej będzie źle. A wszystkim aspirującym Szwajcarom życzę powodzenia i radości z czerwonej książeczki!

Te straszne podatki, czyli fiskus po szwajcarsku

Przedruk mojego tekstu z magazynu „Praca za granicą” nr 2/2017 

Każdy, kto jest zameldowany w Szwajcarii i spędza tu więcej niż połowę roku podatkowego, ma tymczasowe pozwolenie o pracę (typu L lub B) i osiąga jakiekolwiek dochody, płaci tzw. Quellensteuer. Jest to uproszczony podatek, pobierany „u źródła”, czyli odcinany co miesiąc przez pracodawcę z naszego wynagrodzenia.

W tym przypadku nie ma więc mowy od tzw. kwocie wolnej od podatku. Wysokość daniny wyliczana jest procentowo i zależy od wysokości zarobków oraz wielu innych czynników, takich jak status cywilny czy posiadanie potomstwa. Taryfy są też róźne, w zależności od tego, w którym kantonie jesteśmy zameldowani (ważne jest miejsce zamieszkania, a nie pracy).

Jak bardzo wysokość płaconego podatku zależy w Szwajcarii od indywidualnej sytuacji podatnika, niech zilustruje przykład. Piotr jest singlem, mieszka w kantonie Bern i zarabia 5 tys. franków. Co miesiąc musi oddać fiskusowi 555 fr., czyli 11 proc. pensji. Jeśli Piotr ożeni się z osobą niepracującą, zapłaci już tylko 361 fr. podatku, czyli niewiele ponad 7 proc. Jeśli oboje pracują i zarabiają razem 10 tys. franków, zapłacą wspólnie podatek wysokości prawie 17 proc. Natomiast, gdy pojawi się dziecko – danina wyniesie 15 proc. Z każdym kolejnym potomkiem stawka podatkowa się obniży.

WAŻNE! W Szwajcarii jest obowiązek wspólnego rozliczania się małżonków, nawet jeśli jest to mniej korzystne finansowo, niż rozliczanie się osobno.

Ulgi podatkowe 

Przy rozliczeniu u źródła możemy odliczyć od podatku następujące koszty:

– dokształcanie zawodowe – ale tylko opłaty za te szkoły czy kursy, które bezpośrednio dotyczą wykonywanego przez nas zawodu

– koszty dojazdu do pracy – ale tylko, jeśli poruszamy się komunikacją publiczną, a koszty są wyższe niż 2100 fr. rocznie; jeśli jeździmy do pracy autem, możemy odliczyć jedynie równowartość ceny biletu komunikacji publicznej

–  wydatki na III filar ubezpieczenia (w tym roku do 6786 fr. rocznie)

– alimenty

– udokumentowane koszty opieki nad dzieckiem (do 4 tys. fr. rocznie)

– odsetki od kredytów gotówkowych

– wydatki na cele charytatywne (od 100 fr.)

Występując o zwrot podatku, należy wypełnić odpowiedni formularz (do pobrania na stronie internetowej urzędu podatkowego w danym kantonie) i złożyć go do 31 marca danego roku podatkowego (w kantonie Zurich, w innych kantonach daty mogą się różnić). Na zwrot podatku czeka się nawet do kilkunastu miesięcy, w zależności od urzędu.

WAŻNE! W przypadku, kiedy płacimy Quellensteuer nie mamy obowiązku składania rocznych rozliczeń podatkowych.

Rozliczać się jak Szwajcar 

Jeśli zarabiamy rocznie więcej niż 120 tys. franków brutto, mamy pozwolenie na pobyt typu C (stały rezydent) lub szwajcarski paszport, bądź kupimy nieruchomość, mamy obowiązek rozliczać z fiskusem się w taki sam sposób, jak robią to Szwajcarzy. To oznacza płacenie podatku tylko raz w roku i znacznie więcej ulg podatkowych. Oprócz wspomnianych już kosztów, odliczyć możemy m.in. odsetki od kredytu hipoteczego, wydatki remontowe (jeśli mamy mieszkanie lub dom), koszty dojazdów do pracy i posiłków spożywanych w przerwach w pracy (np. lunczu w restauracji), II filar ubezpieczenia czy wydatki związane z opieką nadczłonkiem rodziny (np. osobą starszą lub niepełnosprawną).

Szwajcarskie daniny są pobierane na trzech poziomach – federalnym, kantonalnym i gminnym. Z tego też powodu nie można mówić o jednej kwocie wolnej od podatku, obowiązującej w całym kraju. Przykładowo, Szwajcar mieszkający w Zurychu i zarabiający więcej niż 6,7 tys. franków rocznie musi zapłacić daninę na rzecz kantonu, ale już w Bazylei kwota wolna wynosi ponad 11 tys. franków. Dodatkowo obywatele Helwecji płacą władzy federalnej podatek od dochodu przekraczającego 14,5 tys. franków.

Stawki podatku dochodowego różnią się w zależności od kantonu i sytuacji życiowej podatnika, ale średnio Szwajcar oddaje fiskusowi co roku równowartość miesięcznego wynagrodzenia. Oprócz podatku do wynagrodzenia płaci też daninę od posiadanego majątku oraz przynależności do Kościoła.

Rozliczenie do końca marca

Jeśli rozliczamy się standardowo, do końca marca musimy wypełnić dokument, podobny do polskiego PIT, w którym deklarujemy, ile zarobiliśmy w poprzednim roku, a następnie od tej kwoty odliczamy wszelkie poniesione koszty. Gotowy dokument trzeba wysłać do urzędu podatkowego (można również online), który następnie sprawdza deklarację i wylicza należny za zeszły rok podatek. To jednak nie wszystko. W Szwajcarii podatek płaci się za bieżący rok „z góry” na podstawie prognozowanych przychodów z poprzedniego roku. W okolicach kwietnia otrzymujemy więc dwa rachunki – prognozę na ten rok oraz ewentualną rożnicę pomiędzy prognozowaną kwotą, którą zapłaciliśmy w poprzednim roku, a rzeczywistym wyliczonym podatkiem. Ten ostatni rachunek należy opłacić w ciągu następnych 30 dni od jego otrzymania. Prognozę – do końca września. Możliwe jest też rozłożenie płatności na raty, ale wówczas płaci się więcej.

Rozliczenie warto wypełnić poprawnie i odesłać w terminie. Za błędy w wypełnionym formularzu oraz spóźnienie się z zapłatą podatku grożą kary, w niektórych przypadkach nawet do 10 tys. franków.