Polki zmieniają Szwajcarię: Iwona Fluda i tworzenie kreatywnego świata

Iwonę poznałam dwa lata temu. Przyjechała do Winterthuru, aby wziąć udział w wydarzeniu, podczas którego ja prezentowałam Szwajcarom polską kuchnię. Wtedy głównie jadłyśmy (kluski śląskie!), a teraz spotkałyśmy się, żeby porozmawiać. W życiu nas obu w międzyczasie sporo się wydarzyło. Firma Iwony zaczęła dynamicznie się rozwijać, ja napisałam książkę. Są rzeczy, które nas łączą: studiowałyśmy na tej samej uczelni i przyjechałyśmy do Szwajcarii bez planu. Obie też podjęłyśmy niełatwą decyzję, aby łączyć pracę z pasją. 

Poznajcie Iwonę Fludę, przedsiębiorczynię, kreatorkę, mówczynię, publicystkę i – przede wszystkim – założycielkę Ministry of Creativity GmbH i Creative Switzerland – przestrzeni, w której ludzie przypominają sobie o tym, że są i zawsze byli kreatywni. 

Kreatywność jest wszystkim. Fot. archiwum prywatne

Właściwie to nie wiem, skąd się wzięłaś w Szwajcarii…

Nie przyjechałam tu tak jak Ty, z miłości :D To był przypadek, albo jak kto woli: przeznaczenie, zrządzenie losu, Limmat tak chciał. Zostałam zaproszona do Zurychu na roczne stypendium organizacji pozarządowej, Szwajcarskiej Rady Pokoju. Zajmowałam się kwestiami konfliktów na świecie, praw człowieka, wpływu polityki na życie ludzi w różnych krajach. Po roku, kiedy skończyło mi się tymczasowe pozwolenie na pobyt, nie widziałam dla siebie dalszych możliwości w Szwajcarii. W międzyczasie pojawiła się propozycja wyjazdu do Hongkongu. Przyjęłam ją, pracowałam tam dla Niemieckiej Izby Handlowej, poznawałam życie lokalnej ludności i sceny startupowej. To był ciekawy czas i bardzo chciałam zostać w Azji, ale choć znalazłam pracę w Hongkongu, to niestety nie udało mi się otrzymać wizy. Nie za bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić i wtedy odezwała się do mnie znajoma Szwajcarka: hej, mamy wolny pokój gościnny, przyjeżdżaj. I tak w ciągu dziesięciu dni byłam z powrotem w Szwajcarii. Bez pracy, planu, znajomości. Szczerze, czułam ogromne rozczarowanie. Musiałam budować wszystko od początku. Teraz, z perspektywy trzech lat, widzę, że wszystko, co się wtedy wydarzyło, miało sens. To była niesamowita przygoda. 

Jak wyglądały początki tej szwajcarskiej przygody? 

Pierwsze miesiące spędziłam na rozmyślaniach, co ja właściwie mam ze sobą zrobić. W tym czasie przeczytałam wiele ciekawych książek, np. biografię Alberta Einsteina. Historia jego życia jest niesamowita, była dla mnie bardzo inspirująca i polecam przeczytać ją każdemu. Inną ciekawą książką jest „Understanding Power” Noama Chomsky’ego, o tym jak rozłożone są siły na świecie. Czytałam też wiele na temat biznesu i innowacji. Czułam, że Szwajcaria to kraj wielu możliwości, ale trzeba się na nie otworzyć. Od razu postawiłam więc na integrację z tutejszym społeczeństwem. Oczywiście, kiedy znasz język, jest to wiele łatwiejsze. Zaczęłam brać udział w różnych wydarzeniach, poznawać ludzi, zastanawiać się, czy umiejętności, które już mam w dziedzinie marketingu, można jakoś wykorzystać. Okazało się, że można. To właśnie dzięki spotkaniom networkingowym poznałam swoich przyszłych klientów. 

Mam takie przemyślenia, że to, że możemy uczyć się od innych, także od ludzi z przeszłości, jest niesamowitym przywilejem naszego pokolenia. Uświadamia nam, co było wtedy możliwe, a co jest możliwe teraz. Pomyśl choćby o nas, siedzących tutaj w kawiarni. Jeszcze sto lat temu dla takich kobiet jak my – dziennikarki i przedsiębiorczyni, nie było miejsca w tym kraju. 

Fakt, o tej porze musiałybyśmy być w domu i gotować obiad dla męża, który wraca z pracy… 

Dokładnie! Zobacz, jak bardzo jesteśmy uprzywilejowane. W Szwajcarii nauczyłam się, że każdy dzień to jest dzień pierwszy, w którym mam szansę się czegoś nauczyć, mogę budować, tworzyć, po prostu działać. Dotyczy to i prowadzenia biznesu, i życia prywatnego. Okazuje się, że z takim podejściem, nawet przejściowe zawirowania w życiu sprawiają, że w końcu wszystko może się całkiem dobrze poukładać. 

Tobie poukładało się całkiem fajnie! Wybrałaś ścieżkę pt. marketing i od początku się jej trzymałaś. 

Mimo że nie mam wykształcenia marketingowego. Jestem germanistką, skończyłam również studia magisterskie z geografii społeczno-ekonomicznej i turystyki. Mam wrażenie, że często próbujemy wpasować się w boksy, które są nam podsuwane też przez innych. Dla mnie jedyne znaczenie przy wyborze ścieżki zawodowej była odpowiedź na pytanie: czy jest to coś, co chcę robić i dlaczego chcę to robić? Tak długo, jak praca daje mi radość i się w niej spełniam, jest  wartością dla moich klientów czy społeczności, a przy okazji jestem w stanie się dzięki niej utrzymać – nie widzę problemu. Szwajcaria jest krajem, w którym pracując na umowie o pracę i zarabiając nawet przeciętnie, można żyć całkiem wygodnie i właściwie na wszystko sobie pozwolić. Kiedy zakładasz biznes, jest zupełnie odwrotnie. Nie ma zabezpieczeń chroniących przez problemami egzystencjalnymi, a każda inwestycja rodzi wątpliwości: czy to jest w tym momencie dobre dla mojego biznesu. Ma to swoje negatywne strony, ale otwiera też wiele możliwości kreatywnych. 

Szwajcaria to kraj oparty na zaufaniu, które często zdobywa się prezentując np. certyfikat ukończonego kursu czy dyplom uczelni. Jak zdobywałaś pierwsze zlecenia? 

Tak, jak teraz z Tobą, siedziałam z potencjalnym klientem przy kawie, rozmawialiśmy i nagle okazywało się, że to, co robię odpowiada temu, czego ta osoba potrzebuje. Potem, jak często bywa w Szwajcarii, jedni opowiadali o mnie drugim i tak rozwijała się moja działalność. Kiedy miałam już klientów marketingowych, postanowiłam zarejestrować firmę, a jednocześnie pracowałam nad stroną Creative Switzerland. Stworzyłam ją sama, choć – znowu – nie jestem z branży IT. Ważną lekcją biznesową w Szwajcarii było dla mnie to, aby nauczyć się wymagać więcej niż np. w polskich czy niemieckich warunkach. Prosty przykład: cena. Jeśli klient jest w stanie zapłacić za naszą usługę tyle, ile ona na tutejszym rynku naprawdę jest warta, to inaczej wyglądają potem nasze wzajemne relacje. Klient ma poczucie, że zainwestował w rozwój swojej firmy, a my zyskujemy pewność, że jakość, jaką oferujemy, jest warta swojej ceny. Kolejną rzeczą, jaką wyniosłam z bycia freelancerką, a potem przedsiębiorczynią w Szwajcarii, jest to, aby nie rozmieniać się na drobne. Kiedy zaczynasz robić wiele rzeczy na raz, szybko wpadasz w pułapkę zbyt wielu możliwości. Najlepiej wyznaczyć sobie jasne cele: w tym roku koncentruję się na maksymalnie dwóch, trzech projektach, a jeśli wpadnie coś innego, to podziękuję. To jest bardzo trudne, ponieważ nie jest łatwo odmawiać pieniądzom, które np. pomagają rozwijać nowe projekty, ale długoterminowo – bardzo dobre dla biznesu i dla mnie. Tutaj oczywiście wychodząc z założenia, że chce się pracować samemu albo z małym zespołem, sytuacja wygląda inaczej, jeśli ma się plan szybkiego skalowania biznesu.

Hasło Twojej firmy, Creative Switzerland, brzmi „Explore your creative potential”, a Twoje prywatne to „Kreatywność jest wszystkim”. Co to właściwie znaczy?

A nie jest? Kreatywność to wrodzona umiejętność każdego człowieka, niezależnie, czy zawodowo jest prawnikiem, naukowcem czy przedsiębiorcą. Niestety nasza naturalna kreatywność jest umiejętnie niszczona przez system edukacji, w jakim funkcjonujemy. Nie ćwiczymy tej umiejętności. Miałam w szkole zajęcia z plastyki, ale nie dowiedziałam się, jak prowadzić biznes czy poszukiwać sposobów na rozwiązanie problemów współczesnego świata. Najsmutniejsze jest, że taki system nauczania sięga aż uczelni wyższych, czyli miejsc kształcących ludzi, od których potem oczekuje się, aby wyszli w świat i rozwiązywali światowe problemy. Zabijanie kreatywności odbywa się zresztą też na późniejszych etapach życia, kiedy idziemy do pracy. Wykonywanie zadań „od do”, niewychylanie się, słuchanie menedżerow, którzy określają, co mamy robić, brak tzw. wymiany kreatywnej. Na szczęście jest mnóstwo ludzi, także w Szwajcarii, którzy dali sobie szansę na to, aby być w pełni kreatywnymi osobami. 

Przykłady? 

Jedna z moich ulubionych kreatorek to dziewczyna, która była profesorką na uniwersytecie, przeżyła wypalenie zawodowe, a potem oddała się malarstwu – pasji, która była w niej od zawsze. Założyła swój biznes, uczy ludzi malarstwa i idzie jej świetnie. To jest jedna z osób, która żyje w cudownej zgodzie ze sobą i ze światem, głównie dlatego, że to, co robi, mówi, czuje i myśli jest spójne. Nie udaje przed sobą, że musi spędzić resztę swojego życia pracując w kancelarii prawnej, ponieważ ma kredyt. Zamiast tego dała sobie szansę na to, aby żyć w pełni swoim życiem. Dla mnie to jest właśnie przykład kreatywności. Bo w gruncie rzeczy ona objawia się w naszych decyzjach, jak chcemy spędzić życie. Znam osoby, które wiecznie na wszystko narzekają, w tym na Szwajcarię. A wystarczy czasem powiedzieć sobie: jest dobrze, Europa jest wolnym kontynentem, nie ma wojen, mieszkam w kraju, który daje mi wiele możliwości. Czy chcę spędzać swoje dni rozwijając się, rozwiązując problemy, starając się pomóc innym, czy robiąc coś odwrotnego, na przykład obrażając się na cały świat? Staram się być kreatywna każdego dnia, na tym poletku, które sama dla siebie stworzyłam. To jest filozofia mojego życia i tylko w ten sposób, kładąc się spać, mogę sobie powiedzieć: ale to był fajny dzień.

Czy są sposoby na to, aby przywrócić tę wrodzoną, ale stłumioną, kreatywność?

Odpowiem pytaniem na pytanie. Piszesz jeszcze czasem długopisem? 

Staram się robić to jak najczęściej i mam w domu dziesiątki notesów, które dostaję od przyjaciół albo kupuję sobie sama. Mam jednak wrażenie, że moje pismo nie jest takie, jakie było kiedyś. Pewnie przez to, że dużo piszę na komputerze. 

I to jest właśnie jedna z tych umiejętności, do których powinniśmy bardzo szybko wrócić i potwierdzają to badania naukowe. Jeśli pracujemy rękami, których każdy ruch wysyła sygnały do naszego mózgu, to jego stymulowane obszary zupełnie inaczej się rozwijają. Często o tym zapominamy, ponieważ przyzwyczailiśmy się do stukania całymi dniami w klawiaturę komputera i telefonu. Rąk można używać na różne sposoby, pobudzające kreatywność: pisać, tworzyć ceramikę, malować. W ten sposób odcinamy się trochę od życia, które prowadzimy na co dzień. Spójrzmy na nasze pasje z dzieciństwa. To zazwyczaj były właśnie pasje kreatywne. Dlaczego mielibyśmy do nich nie wrócić? 

Mam znajomą, która po latach pracy w korporacjach, odkryła, że jej powołaniem jest zajmowanie się kwiatami. Teraz ma swoje atelier w Warszawie i prowadzi kwiatowy biznes z dużym sukcesem. 

Sir Ken Robinson, lider w dziedzinie rozwoju kreatywności, powiedziałby, że odnalazła swój element. 

Czy można go odnaleźć biorąc udział w warsztatach tworzenia czekoladowych pralin czy wydruków 3D? Takie m.in. zajęcia oferuje Twoja firma, Creative Switzerland. 

Chodzi o nowe doznania i otwarcie się na nie. Z doświadczenia wiem, że kiedy uczestnicy warsztatów wybabrają się w czekoladzie, to często w nich coś „klika”. Nagle pojawiają się myśli: o, mogę zrobić to ze swoimi dziećmi albo przyjaciółmi. Przy okazji można się dowiedzieć, dlaczego warto kupić czekoladę wytworzoną w zrównoważony sposób. Oczywiście, to są doświadczenia bardzo indywidualne i trzeba być otwartym na tego typu doznania. Z mojego doświadczenia wynika, że kreatywne zadania otwierają w ludziach nowe przestrzenie i pozwalają im dostrzec nowe możliwości działania w różnych obszarach – w pracy, życiu prywatnym, w rodzinie, w czasie wolnym. Popatrz na to, co się działo na wiosnę, kiedy wprowadzono lockdown w związku z pandemią koronawirusa. Nagle wszyscy zaczęli piec chleb. Potrzeba kreatywności w nas jest, tylko często nie dajemy jej szansy, bo nie mamy czasu albo jesteśmy przebodźcowani. 

A z drugiej strony Covid zagnał nas już kompletnie w świat wirtualny, w którym życie zawodowe toczy się między spotkaniami na zoomie, a prywatne bombarduje powiadomieniami z komunikatorów…

Nie wszystko da się przenieść online. Kiedy wybuchła pandemia, odwołałam warsztaty stacjonarne, ponieważ nie chciałam ryzykować zdrowia uczestników. Wiele osób pytało wówczas o przeniesienie ich do sieci. Jednak dla mnie atmosfera, kiedy różni ludzie zjeżdżają z całego kantonu, żeby ulepić czekoladki, jest niepowtarzalna. Podobnie jest z prowadzonymi przeze mnie zajęciami z kreatywności. Trudno jest się odciąć od swojej codzienności siedząc przed ekranem komputera i zamiast pogrążąć się w burzy mózgów, używając porozlepianych wszędzie karteczek post-it, patrzeć w arkusz excela. To już nie jest to samo doświadczenie. W tym roku testowaliśmy różne możliwości. Mimo wielu świetnie odbieranych zajęć z kreatywności online, gdzie używamy naszych umiejętności kreatywnych w praktyce, tworząc pomysły i rozwiązania, nadal uważam, że wersja na żywo jest dużo lepsza. 

W felietonie dla Forbesa piszesz o tym, że powrót do „normalności” po pandemii nie jest możliwy i potrzebne są trwałe zmiany, m.in. w podejściu do podróżowania i turystyki. 

Niestety to, co do tej pory się działo w turystyce na całym świecie pokazuje, że ludzie nie biorą odpowiedzielności za miejsca, które odwiedzają. Jest to szczególnie widoczne w Afryce czy w Azji Południowo-Wschodniej. Śmieci na plażach, plastik w oceanach… A my powinniśmy traktować wszystkie miejsca, do których podróżujemy, jak nasz własny dom. Ostatnio przemawiałam na konferencji w Rwandzie, która ze względu na Covid odbyła się online, i byłam zadziwiona tym, jak wiele się tam mówiło o przystosowaniu się do potrzeb europejskich turystów. Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby w krajach afrykańskich budować hotele po to, aby turyści z Niemiec, Francji czy Szwajcarii mogli się poczuć jak u siebie? To jest niszczenie potencjału kulturowego tych miejsc, tworzenie sztucznych enklaw. Powinniśmy oferować turystom to, co jest na miejscu, a jeśli brakuje np. miejsc noclegowych, to zbudować kolejną wykonaną przez lokalnych rzemieślników na lokalnych zasadach chatkę albo dom, nie „marioty” w środku puszczy. Potem taki szwajcarski turysta wraca z podróży z przekonaniem, że to jest świetna destynacja: mają „marioty”, jedzenie jak w Europie, kraj jest rozwinięty i niczego im nie brakuje. A w wielu krajach ludzie umierają na ulicach, tylko, że ty, drogi turysto, nie zobaczysz tego z okien swojego hotelu. 

Szwajcarzy też przez długi czas orientowali się na turystę z Azji. Byłam niedawno w Interlaken, gdzie sklepy i restauracje z napisami po chińsku stoją puste. Wiadomo, bogaty kraj sobie poradzi…

Tak, to są zjawiska, które obserwujemy także w Europie. Jednym z nich jest tworzenie rzeczy tylko po to, aby turyści mieli co zabrać ze sobą na pamiątkę. Weźmy Portugalię, piękny kraj, który przeżywał – do wybuchu pandemii – turystyczny boom. Jedną z typowych turystycznych pamiątek są tam kolorowe ceramiczne kafelki, którymi wykłada się fasady domów. Turyści kupują potem te „tradycyjne” kafelki, często zresztą wyprodukowane w Chinach, w sklepach z pamiątkami, a są i tacy, którzy wolą oderwać oryginalne ze ścian na ulicy. To tak jakbyś zaprosiła mnie do domu, a ja odrąbałabym Ci kawałek ściany w łazience, bo spodobała mi się glazura. 

Trwałe zmiany są konieczne, nie tylko w turystyce. Świadome podróżowanie, myślenie o długoterminowych konsekwencjach naszych działań i branie za nie odpowiedzialności jako goście w różnych krajach – a nawet globalnie, goście na Ziemi – powinny być jednymi z głównych celów rozwoju destynacji. 

A Ty co przywozisz z podróży? 

Zdarza mi się przywozić jedzenie, którego nie znajdę tutaj. Ale przede wszystkim przywożę doświadczenia, ponieważ to one zostają ze mną na zawsze i mają lepszy wpływ na moje życie, niż kupowanie kolejnego obrazka czy kafelka. Najważniejsze są rozmowy z ludźmi, wiedza i umiejętności, jakie wyniosłam z kontaktów z lokalną ludnością. Przykładowo, Hongkong nauczył mnie tolerancji kulinarnej, ponieważ je się tam rzeczy, które nam Europejczykom nie przeszłyby przez gardło. Oczywiście, ja nie muszę tego samego robić w domu, ale ta obserwacja poszerza mój horyzont poznawczy.

Masz czas na to, żeby podróżować po Szwajcarii? 

Bardzo lubię chodzić po górach. W tym roku byłam w Zermatt przez tydzień i zdobyłam – z przewodnikiem – mój pierwszy czterotysięcznik, Breithorn, ponoć najłatwiejszy w Szwajcarii. Góry dają mi poczucie, że jestem tylko kruszynką w świecie, perspektywa wszystkiego zmienia się na czterech tysiącach metrów nad poziomem morza.

Na koniec wróćmy do pomysłu, który rozpoczął cykl moich rozmów, czyli prezentowania Polek-refermatorek w Szwajcarii. Czy czujesz, że Twoja działalność w jakiś sposób zmienia ludzi i otoczenie, w którym żyjesz? 

Myślę, że jestem w tak uprzywilejowanej sytuacji w życiu, prywatnie i zawodowo, że jeżeli mogę komuś w jakikolwiek sposób pomóc, to już jest duża zmiana. To działa jak kula śnieżna. Pomagamy jednej osobie, potem kolejnej i w ten sposób dokładamy swoją cegiełkę do szczęśliwszego społeczeństwa. Można zacząć od małych kręgów, np. znajomych. Jeśli ktoś odkryje nowe zainteresowania albo drogę zawodową, to już jest bardzo ważne. Duże zmiany na poziomie kraju są możliwe tylko wtedy, kiedy zaczniemy się zmieniać jako jednostki. Tego typu transformacje zajmują dużo czasu i często są bolesne: musimy się pozbyć starego sposobu myślenia i działania, żeby stworzyć coś nowego. Najpiękniejszym ich wynikiem jest prowadzenie życie w zgodzie ze sobą, gdzie wszystko co myślimy, mówimy, czujemy i robimy jest spójne. Ja czuję sie ogromnie uprzywilejowana, że osiągnęłam taki stan, to także czyni mnie pokorną.

Nie mam w planach przeprowadzać rewolucji, ani pokazywać Szwajcarom, jak mają żyć. Robię tyle, co mogę, a jeśli to przełoży się na jakieś pozytywne trendy, to tym lepiej. Zresztą, my zmieniamy Szwajcarię, ale Szwajcaria też zmienia nas. 

Ciebie zmieniła?

Streotypowo, dla wielu ludzi Szwajcaria jest małym, bogatym krajem, w którym wielu rzeczy się nie da. Mnie Szwajcaria pokazała, że można wszystko.


IWONA FLUDA, od 10 lat mieszka za granicą: w Niemczech, Austrii, Holandii, Hongkongu, drugi raz w Szwajcarii od 2017 roku.Właścicielka firmy Ministry of Creativity GmbH, której jednym z brandów jest Creative Switzerland. Doradca marketingowy. Magister geografii społeczno-ekonomicznej/turystyki i języka niemieckiego. Zafascynowana kreatywnością i możliwościami, jakie z niej wynikają. Z Iwoną możesz skontaktować się poprzez LinkedIn https://www.linkedin.com/in/fluda/ albo e-mail: iwona.fluda@gmail.com.  

Więcej informacji:

Creative Switzerland https://creativeswitzerland.com

FB www.facebook.com/creativeswitzerland

IG www.instagram.com/creativeswitzerland

Artykuł Iwony w Forbes https://www.forbes.at/artikel/re-imagining-the-way-we-travel.html

Wywiad dla UJ: https://alumni.uj.edu.pl/aktualnosci/-/journal_content/56_INSTANCE_sPa0bH1azAiq/143565668/144306900

Artykuł Iwony o marketingu w sieci: https://www.linkedin.com/pulse/redefining-digital-marketing-human-centered-design-iwona-fluda/

Wykład Iwony o edukacji: https://www.linkedin.com/pulse/power-education-iwona-fluda/

Kobieta od kultury – rozmowa z Joanną Olczak

Joanna Olczak. Łodzianka, od dziewięciu lat w Szwajcarii. Kobieta od kultury – z wykształcenia teatrolog, w Polsce pracowała jako kierownik literacki w Teatrze Powszechnym w Łodzi, pisała też scenariusze do filmów i seriali telewizyjnych. Pamiętacie serial „Na dobre i na złe”? Historie przypadków medycznych i prywatnych perypetii bohaterów to dzieło Joanny i jej konsultanta, lekarza, a prywatnie męża, Michała.

W Szwajcarii Joanna również zajmuje się kulturą. Działa w Polskim Towarzystwie Winterthur organizując spotkania z polskimi pisarzami, a od niedawna prowadzi też Klub Książki w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu. To miejsce spotkań Polaków zainteresowanych literaturą i nałogowych pochłaniaczy książek, otwarte dla każdego, kto lubi czytać.

Specjalnie dla Was, czytelników i czytelniczek bloga I’m not Swiss, Joanna opowiada o miłości do książek, głodzie dyskusji i o tym, jak żyjąc za granicą możemy pielęgnować kontakt z polską kulturą.

IMG_7872

Na tarasie Hotelu Schatzalp w Davos, gdzie Tomasz Mann,  popijając kawę ze śmietanką, wpadł na pomysł napisania „Czarodziejskiej Góry”. Fot. archiwum prywatne

Co teraz czytasz?

„Listy z Polski” Josepha Rotha. Autor to Żyd pochodzący ze wschodniej Galicji, Austriak z wyboru, w latach 20. XX wieku był dziennikarzem „Frankfurter Zeitung”. Ta książka to zapis jego korespondencji z czasów międzywojnia, w formie krótkich listów. Szalenie ciekawa lektura, która pokazuje ówczesną Polskę oczami obserwatora z zewnatrz. Okazuje się, że nasze problemy, niechęci, kompleksy wcale się tak bardzo od tamtej pory nie zmieniły. Chętnie czytam reportaże historyczne, świadectwa minionego czasu, aby dotrzeć do źródeł zjawisk, które w dzisiejszym świecie są dla mnie trudne do zrozumienia.

Lubię też reportaż podrożniczy. Moją wielką miłością jest Tiziano Terzani, włoski dziennikarz, który wędrował po Azji, a podróż była dla niego nie tylko przemieszczeniem się w sensie geograficznym, ale też doświadczeniem duchowym i intelektualnym. Poza tym uwielbiam kryminały, to moja wielka pasja. Często je sobie dawkuję, żeby przyjemność z czytania mogła trwać dłużej. Staram się też być na bieżąco z polską literaturą.

Organizujesz w Szwajcarii spotkania z polskimi pisarzami. Skąd ten pomysł i kogo już miałaś okazję gościć?

Zapraszanie raz do roku polskiego pisarza do Szwajcarii to już tradycja. Zapoczątkowało ją Towarzystwo Polskie Winterthur, ludzie, którzy do Szwajcarii emigrowali w latach 80. XX i byli szalenie spragnieni polskiej kultury. To było pokolenie, które czytało książki, więc tęsknota za polskim słowem była wtedy bardzo duża. Między innymi z tej tęsknoty narodziła się idea zapraszania polskich twórców do Szwajcarii, a ja po przyjeździe tutaj miałam okazję poznać osoby, które się tym zajmowały.

Kiedy w 2017 roku miał przyjechać do nas Ziemowit Szczerek, okazało się, że brakuje kogoś, kto poprowadziłby spotkanie z nim. Wtedy ówczesny prezes Towarszystwa Jakub Siczek poprosił o to mnie, a ja bardzo chętnie się zgodziłam i tak zostałam do dzisiaj. Obecnie przy organizacji wizyt współpracujemy z Instytutem Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu, który udostępnia nam salę i jest gospodarzem i współorganizatorem spotkań.

Dzięki Towarzystwu Polskiemu Winterhur w Szwajcarii gościł cały przekrój twórców polskiej literatury. Była Olga Tokarczuk, był Andrzej Stasiuk, Jacek Hugo-Bader, Andrzej Sapkowski, Marek Krajewski, Janusz Wiśniewski. Chcemy prezentować autorów, zajmujących się różnymi gatunkami literackimi. W ubiegłym roku w aurze skandalu przyjechał do nas Janusz Rudnicki. Spotkanie było bardzo kameralne, czytaliśmy na głos teksty autora, który okazał się świetnym rozmówcą. To była jedna z fajniejszych wizyt.

Jak wyglądają takie spotkania i kogo możemy się spodziewać w najbliższym czasie?

Staramy się, żeby formuła była dość otwarta, ponieważ w spotkaniach uczestniczą bardzo różni ludzie. Część z nich to stara emigracyjna gwardia, Polacy mieszkający w Szwajcarii od lat, ale przychodzą też młode osoby, które są tutaj od niedawna i chcą poznać innych Polaków o podobnych zainteresowaniach. Ciekawą grupą są natomiast studenci polonistyki z Uniwersytetu w Zurychu. To Szwajcarzy i obcokrajowcy w wieku od 20 do nawet 60 lat, którzy uczą się polskiego i zależy im na kontakcie z językiem i kulturą.

Rozmowę na forum publicznym prowadzimy wspólnie z Małgorzatą Gerber, wykładowczynią polonistyki w Instytucie Slawistyki, a później dyskusja przenosi się w kuluary, gdzie przy polskich albo szwajcarskich przekąskach i kieliszku wina mamy okazję poznać osobiście twórcę, zapytać o interesujące nas kwestie czy poprosić o autograf. W listopadzie ubiegłego roku gościliśmy krytyczkę literacką Justynę Sobolewską, która opowiadała o najnowszej literaturze polskiej. Na to spotkanie przyszło ok. 50 osób, ledwo pomieściliśmy się w sali. Widać, że zainteresowanie jest duże, tym bardziej cieszymy się, że udało się nam pozyskać współfinasowanie tej inicjatywy. Fundusze uruchomił Uniwersytet w Zurychu oraz polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dzięki temu będziemy mogli zapraszać kolejnych ciekawych twórców, być może również z innych dziedzin kultury oraz częściej niż raz do roku.

Tymczasem lista pisarek i pisarzy, których chcielibyśmy gościć jest bardzo długa. Moim wielkim marzeniem jest na przykład to, żeby odwiedził nas Mariusz Szczygieł, jeden z moich ulubionych polskich pisarzy. Najbliższym naszym gościem będzie Magdalena Grzebałkowska, autorka takich książek jak „1945. Wojna i pokój”, „Beksińscy – portret podwójny” czy biografii Krzysztofa Komedy. Spotkanie odbędzie się 8 kwietnia, oczywiście tradycyjnie w gościnnych progach Instytutu Slawistyki.

Niedawno wystartowałaś ze swoją autorską inicjatywą Klubu Książki. Pierwsze spotkanie odbyło się w lutym. Brakowało Ci dyskusji o literaturze?

Od dziecka cierpię na jednostkę chorobową zdiagnozowaną jako chroniczna abibliofobia, czyli strach przed tym, że nie będę miała co czytać. Kiedy wracamy z Polski do Szwajcarii nasze auto zwykle jest wypakowane książkami, co nieustannie rozczarowuje szwajcarskich celników. Literatura zawsze była ważna w moim życiu. Wciąż jestem mocno przywiązana do formy papierowej, kocham trzymać w ręku książkę, czuć zapach papieru. Książka to dla mnie po prostu piękny przedmiot i choć mam czytnik ebooków, to póki co leży sobie nieużywany na półce. W Szwajcarii czułam się nieco osamotniona w mojej miłości do literatury, nie miałam towarzystwa, z którym mogłabym wymieniać się książkami, pomysłami na lektury, rozmowami o tym, co ostatnio przeczytałam. Szukałam pomysłu na to, aby stworzyć grono ludzi, którzy chętnie czytają, dla których to jest ważne i którzy to zwyczajnie lubią.

Do założenia Klubu Książki ośmieliła mnie właśnie wspomniana Justyna Sobolewska, która powiedziała, że dyskusyjne kluby książki, działające np. w bibliotekach, są bardzo powszechne w Polsce i skupiają środowiska ludzi zainteresowanych literaturą. To mnie przekonało, żeby spróbować stworzyć coś podobnego tutaj w Szwajcarii. Udało mi się pozyskać salę od Instytutu Slawistyki, zupełnie bezkosztowo, i w lutym tego roku odbyło się pierwsze spotkanie. Na zachętę zaproponowałam opowiadania Olgi Tokarczuk z jej ostatniej pozycji „Opowiadania bizarne”. Zjawiło się dziesięć kobiet, o różnych preferencjach czytelniczych, ustaliłyśmy ramy naszych spotkań, a co najważniejsze powstał zaczyn klubu, który mam nadzieję będzie działał intensywnie i będzie dla nas comiesięcznym świętem literatury. Liczę na to, że do naszego grona dołączą też czytający mężczyźni.

Jakie książki będą omawiane na kolejnych spotkaniach?

Chciałabym, żeby te spotkania odbywały się na zasadzie klasycznego klubu dyskusyjnego. Wybieramy książkę, jest miesiąc na to, aby ją przeczytać, a następnie zbieramy się i o niej rozmawiamy. Dobrze byłoby z czasem tę formułę wzbogacić, wprowadzając np. rekomendacje książek czy prezentacje swoich ulubionych pisarzy. Chciałabym, żeby każdy uczestnik klubu mógł do niego dołożyć swoją cegiełkę, ale też wyjść poza to, co czyta na co dzień i poznać inne tematy, gatunki literackie i różnych autorów.

Następne spotkanie mamy zaplanowane na 19 marca i będziemy rozmawiać o książce Zyty Rudzkiej „Krótka wymiana ognia”, która została uznana za jedną z najważniejszych powieści minionego roku wydawniczego, a ja uważam ją za jedną z lepszych polskich książek jakie wyszły w ostatnich latach w ogóle. Spotkania będą się odbywały co miesiąc, a lektury będziemy wybierać na bieżąco. Technologia idzie nam na rękę, dostępność książek jest duża, również w formie audiobooków, ebooków, więc każdy ma możliwość dotarcia do konkretnego tytułu.

Moją pierwotną ideą było to, abyśmy czytali polską literaturę. Mieszkamy za granicą, czytamy w różnych językach, po niemiecku, angielsku, ale nie zawsze jesteśmy na bieżąco z tym, co dzieje się w dziedzinie literatury na rodzimym podwórku. Polska literatura przeżywa rozwit, mamy wielu wspaniałych twórców, jak Olga Tokarczuk, która jest autorką światowego formatu, jak Szczepan Twardoch, który porusza trudne tematy i szuka dla nich popularnej formy. Oprócz literatury pięknej powstaje w Polsce świetny reportaż, dobre kryminały. Pojawiają się też nowe trendy, gdzie gatunki stają się płynne i wychodzi się poza ich ustalone ramy. Książka Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” czy najnowsza pozycja Mariusza Szczygła „Nie ma” to są rzeczy, które trudno jest wepchnąć do szuflady z napisem powieść, reportaż czy wspomnienia. Dlatego mam nadzieję, że będziemy czytać polską literaturę w całym jej spektrum – nowości, ale też tytuły, które są warte odświeżenia.

Oczywiście jestem też otwarta na różne inne propozycje, np. na autorów szwajcarskich, którzy są ważni. Nie chcę tworzyć sztywnych ram klubu, ale działać na zasadach demokratycznych. W końcu mieszkamy w Szwajcarii. Chciałabym, żeby każdy mógł się poczuć częścią tego przedsięwzięcia. To ma być wymiana – myśli, opinii, pasji, dlatego zapraszam serdecznie wszystkich na kolejne spotkania. Można dołączyć w każdej chwili i nie ma się czego bać, bo jak to mówią, książki nie gryzą, książki pochłaniają w całości.

Co jeszcze poleciłabyś zainteresowanym kulturą Polakom mieszkającym w Szwajcarii?

W naszej wciąż w gruncie rzeczy niewielkiej społeczności polonijnej jest sporo inicjatyw kulturalnych. Od ponad 30 lat działa Klub Miłośników Żywego Słowa Barbary Młynarskiej, aktualnie w Brugg i tam raz na kwartał odbywają się wydarzenia kulturalne z naprawdę wysokiej półki, którę przyciągają liczną publiczność. W tym roku przyjeżdża Hanna Banaszak, Piotr Machalica z piosenkami Jonasza Kofty, Dorota Miśkiewicz z recitalem, Jerzy Bralczyk z Michałem Ogórkiem w duecie. W ubiegłym roku z okazji 100-lecia odzyskania niepodłegłości Polski w Teatrze Stok w Zurychu odbył się Festiwal Kultury Polskiej, zorganizowany przez polską pianistkę Agnieszkę Bryndal, mieszkającą w Szwajcarii od lat. Poza tym są inicjatywy lokalne, skupiające Polaków w różnych częściach Szwajcarii. Jest naprawdę dużo ludzi, którzy działają tutaj na niwie kultury. Bo jak śpiewał Wojciech Młynarski :

Jeśli za mało książek znasz –

To ci wychodzi na twarz.

Gdy nie wiesz kim był J.S. Bach –

To spłaszcza ci czółka dach.

Nieznany Ci Edypa los –

To deformuje ci nos…

Rozmawiała Agnieszka Kamińska

—————————————————————————————————————————————–

Spotkanie z Magdaleną Grzebałkowską odbędzie się 8 kwietnia (poniedziałek) w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu przy Plattenstrasse 43. Początek o godz. 18.15. Wstęp: 20 CHF.

Kolejne spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki odbędzie się 19 marca (wtorek) o godz. 18.30 w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu przy Plattenstrasse 43. Będziemy rozmawiać o książce Zyty Rudzkiej „Krótka wymiana ognia”.

Razem z Joanną serdecznie Was zapraszamy!

Historia pewnej porażki

Ponieważ od czasu do czasu piszecie do mnie maile lub zostawiacie komentarze pod dawnymi tekstami, dotyczącymi bezowocnego poszukiwania pracy w Szwajcarii, jestem Wam winna aktualizację. 

W październiku miną cztery lata od mojej przeprowadzki. Początkowe nieudolne poszukiwania stałego zatrudnienia przyniosły, jak się możecie domyślić, rozczarowanie i obniżenie samooceny do poziomów, o których mają pojęcie jedynie emigranci. Dlatego mniej więcej po dwóch latach chaotycznego wysyłania Lebenslauf i Bewerbungsschreiben powiedziałam: dość.

Ponieważ zarówno moje wykształcenie (socjologia), jak i wykonywany zawód (dziennikarstwo) wydawały się bezużyteczne w kraju, w którego języku dopiero zaczynałam raczkować, pierwsza myśl była taka, że należy porzucić złudzenia i spróbować w innej branży. Padło na wino.

Zaczęły się inwestycje w kursy, wyjazdy do winnic, bieganie po degustacjach, praca w winnicy, nawiązywanie kontaktów. Dwa miesiące zmagań jako sprzedawczyni w sklepie z winem uświadomiły mi jedno: to nie dla mnie. Okazało się, że w całym winiarskim biznesie najbardziej odpowiada mi tyranie w polu przy roślinkach, a z tego wyżyć się nie da. W dodatku jeszcze wysiadł mi kręgosłup, więc żegnaj kariero rolniczki. Wino pozostało tylko (albo aż) moim hobby. Wciąż mnie fascynuje, jest ważnym celem moich podroży, lubię opowiadać o nim znajomym, chodzę na winobranie. Pogodziłam się z myślą, że kasy z tego nie będzie. 

Później pomysły były różne. A może się zatrudnić w barze, sklepie z ciuchami, pójść układać produkty na półkach w Coopie.. Przecież żadna praca nie hańbi, a najważniejsze, że daje franki i święty spokój. Takie myślenie trwało chwilę. Oczy otworzył mi jeden z bardzo mądrych doradców zawodowych (tak, oni istnieją). Widząc moją desperację, zadał mi dwa pytania. Pierwsze, czy zamierzam zostać w Szwajcarii na dłużej. Drugie, co lubię i umiem robić. Odpowiedzi były proste: tak i pisać. 

To był moment, kiedy w mojej głowie coś przeskoczyło. Hej, przecież nie przyjechałam tu z przymusu, to nie jest emigracja zarobkowa, zawsze mogę wrócić! A póki tutaj jestem, to chcę mieć pracę, która sprawia mi przyjemność i daje satysfakcję, a nie mokre od potu i łez kolorowe banknoty i depresję. Wzięłam się w garść. 

Wcześniej patrzyłam na moje początki w Szwajcarii jak na historię porażki i byłam na siebie zła. Dziecko we mgle, które naiwne i nieprzygotowane nie wiedziało, jak się zabrać za budowanie życia od nowa. Dziewczynka, która myślała, że jakoś to będzie i traciła czas. Twardzielka, która się uśmiechała i mówiła, że jest ok, po to, aby nikt – poza mężem – się nie zorientował, że jest źle. Jedyną rozsądną decyzją, jaką wtedy podjęłam, była intensywna nauka języka (w moim zawodzie to podstawa). Teraz sobie myślę, że taki kop bardzo mi się przydał.

Dzisiaj mam na koncie pierwszą publikację w szwajcarskiej gazecie. Co prawda lokalnej, ale od czegoś trzeba zacząć. Współpracuję z organizacją integracyjną w Winterthur. Tłumaczę i uczę polskiego. Piszę o Szwajcarii. Kokosów z tego nie mam, nie stać mnie na drogie ciuchy, bo wszystko, co zarobię, wydaję na podróże, książki i wino ;), ale jest ciekawie, ciągle się rozwijam i mam poczucie, że idę w dobrą stronę. W poniedziałek zdaję egzamin Goethe C1 (trzymajcie kciuki!), który razem z praktykami translatorskimi, w trakcie których jestem, otworzy (mam nadzieję) nowy rozdział w moim zawodowym życiu. Może kiedyś zwróci mi się koszt tych wszystkich kursów niemieckiego.. :) Robię to, co lubię i umiem, bez wyrzutów sumienia, bez stresu i krok po kroku. Przede mną wciąż długa droga, ale odkąd się z tym pogodziłam, jest mi łatwiej. Czy ktoś mi pomógł? Mąż, który pomimo licznych wyrzeczeń, cierpliwie mnie wspiera i zawsze we mnie wierzy. 

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Wiem, że historia wielu z Was jest podobna do mojej. Zwłaszcza Wy, kobiety, przyjeżdżacie za mężem/partnerem/facetem, wykształcone, ambitne, świetne babki, czasem tuż po studiach, często już z doświadczeniem zawodowym w Polsce. Szybko orientujecie się, że tutaj łatwo nie będzie, bo zawód nie ten, bo brak specjalizacji, bo potrzebny język, którego nie znacie, bo za stara/za młoda/z dziećmi/bez dzieci/(wpiszcie sobie, co tylko chcecie). I co dalej? Możecie siedzieć w domu z oficjalnym statusem Hausfrau w papierach, wpaść w pułapkę pracy poniżej swoich kompetencji (a z tej w Szwajcarii łatwo się nie wychodzi), albo próbować, walczyć, pokazać wszystkim, na co Was stać.

Ta ostatnia opcja będzie Was dużo kosztowała – czasu, energii, cierpliwości (Geduld – to najważniejsze słowo w Waszym nowym słowniku), czasem nawet zdrowia i przede wszystkim pieniędzy. Będziecie musiały zdobyć papier, może skończyć kolejną szkołę, zrobić praktykę, czasem pracować za darmo (warto, ale tylko wtedy, jeśli to inwestycja), wkuwać słówka, czuć się, jakbyście się cofały („Przecież tam byłabym już dawno menedżerką/lekarką/gwiazdą estrady/słynną blogerką!”). Znajomi w Polsce będą robić kariery, zarabiać pieniądze, kupować domy na kredyt, a Wy – skakać z radości, jak napiszecie „Entschuldigung” bez błędów.

Upewnijcie się odpowiednio wcześnie, że zarówno Wy, jak i Wasi najbliżsi jesteście na to gotowi. Zadajcie sobie pytania: czy warto i czy tego chcecie. Weźcie kartkę i wypiszcie wszystkie plusy i minusy. Nie twierdzę, że trzeba tkwić tu na siłę, czasami najbardziej rozsądną decyzją jest powrót.

Pamiętaj: cokolwiek postanowisz, to nie jest porażka! Więc jak będzie z Tobą? 

O futbolu i tęsknocie za ojczyzną

Schweiz-Polen

Polska-Kolumbia. Mecz o wszystko. Zebrało się trochę szwajcarskiej Polonii i oglądamy. Wybrzmiewa pierwsza zwrotka hymnu narodowego. Wokół buzują patriotyczne emocje. U mnie ledwo się tlą pod przyciasną koszulką z napisem Polska Euro 2016. Jest mi głupio, bo jak to możliwe, żeby mieszkać za granicą i nie wzruszać się na dźwięk Mazurka Dąbrowskiego? To tak, jakby nie tęsknić za Polską.

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie tęsknię. Czasem tylko dopada mnie w dziwnych momentach, np. kiedy biegnę przez las i przypomina mi się zapach igliwia nad Bałtykiem. Nic tak nie pachnie, jak polskie sosny. Albo kiedy kroję koperek i wraca do mnie wspomnienie rodzinnych weekendów na działce, kiedy byłam dzieckiem. Ostatnio jechałam rowerem i bezwiednie zaczęłam śpiewać kościelną piosenkę o chwaleniu łąk umajonych (sic!), którą zapamiętałam z komunii, choć wcale nie jestem religijna.

Chciałabym obejrzeć „Zimną wojnę” Pawlikowskiego i smutno mi, że nie mogę. Pójść protestować z dziewuchami pod Sejm. Spotkać się ze znajomymi na piwo, tak po prostu, spontanicznie, bez umawiania się miesiąc wcześniej. Zjeść twarożek z rzodkiewką, prawdziwy, w kostce, nie serek wiejski z coopa. Czy to podchodzi pod uczucia patriotyczne?

A może ja po tych czterech latach już się „zeszwajcarzyłam”? Polubiłam ciszę, spokój i punktualność. Interesuję się szwajcarską polityką (o polskiej już nawet nie czytam), głosuję (póki co za pomocą męża) w każdym referendum, nie narzekam na ceny biletów, sprzątam po swoim psie (i po obcych ludziach), maluję biały krzyż na policzku i cieszę się, kiedy Szwajcarzy strzelają gole. Lubię moje wygodne, szwajcarskie życie i nie wyobrażam sobie powrotu do Polski. Może powinnam się wstydzić?

Czytając ostatnio dziennik Andy Rottenberg „Berlińska depresja”, natknęłam się na fragment o szwajcarskim patriotyzmie:

„Cichy szwajcarski patriotyzm zobaczyłam (…) w starannej ochronie pejzażu, powściągliwości w okazywaniu niechęci, konsensusie co do dobra wspólnego, poszanowaniu przeszłości i tradycji, które nie kłóci się ze sprzedawaniem ziemi tym, których inwestycje mogą ożywić gospodarczo jakiś skrawek tego małego kraju. Jasne, Szwajcaria stoi na kapitale gromadzonym od wieków w tutejszych bankach. Lecz nikt, żaden polityk, nawet ten prawicowy nacjonalista (Christoph Blocher – przyp. red.), nie wpadł na pomysł, aby te banki uczynić bardziej szwajcarskimi, a więc aby je „znacjonalizować”, skoro są dochodowe. Więc Blocher będzie głosił swoje poglądy i pokazywał swoją kolekcję (sztuki szwajcarskiej w muzeum Oskara Reinharta w Winterthur – przyp. red.), jedno i drugie publicznie, a Szwajcarzy i tak wybiorą złoty środek. Bo to im się najbardziej opłaci. Nieprzypadkowo ktoś zauważył, że co prawda rewolucjoniści i anarchiści z całego świata spotykali się w kawiarniach Zurychu, lecz bunty wzniecali u siebie.”

Wspomniany Christoph Blocher – ojciec chrzestny populistycznej partii SVP, która właśnie chce zerwać umowę Szwajcarii z Unią Europejską o swobodnym przepływie osób – też ostatnio wypowiedział się na temat patriotyzmu. Chodziło o zachowanie pochodzących z Kosowa szwajcarskich piłkarzy, którzy podczas meczu z Serbią pokazywali przeciwnikom albańskie podwójne orzełki. Rozpętała się burza: czy reprezentantom Szwajcarii wypada demonstrować solidarność z krajem pochodzenia i angażować się w polityczne spory? Przecież grają w szwajcarskich barwach i są opłacani we frankach. Blocher stawia sprawę jasno: to, że mają szwajcarskie paszporty nie oznacza jeszcze, że są Szwajcarami. Dodam tylko, że jeden z piłkarzy urodził się w Szwajcarii, a drugi przyjechał tu z rodziną jako dziecko. Skończyli szwajcarskie szkoły, mówią po szwajcarsku. Kim więc są?

W reakcji na „orzełek gate” padła pewna propozycja ze strony SZPN (Szwajcarski Związek Piłki Nożnej), a mianowicie, żeby ci zawodnicy, którzy naprawdę, całym swoim sercem pragną reprezentować Szwajcarię, zrzekali się podwójnego obywatelstwa. Jeden paszport=jedna ojczyna. Żeby tylko to było takie proste..

Emigracyjny patriotyzm jest skomplikowany i schizofreniczny, niektórych boli, a innych – tak, jak mnie – paraliżuje. Niedługo wybieram się do Polski i spędzę tam prawie cały miesiąc. Ciekawe, czy będę tęsknić za Szwajcarią..

Swoją drogą, tak wyglądałaby reprezentacja Szwajcarii bez tzw. Doppelbürger. Kiepsko. Fot. Blick.

Fussball-Nati2

Ile zarabia się w Szwajcarii i dlaczego tak dużo?

bild

Keystone

Mam nadzieję, że tytuł Was zachęcił!

Szwajcaria uchodzi za kraj, gdzie żyje się w dostatku, cokolwiek by się nie robiło. I owszem, zarabiający średnią krajową singiel ma tu jak pączek w maśle. Czteroosobowa rodzina z jedną pensją – już niekoniecznie. Szwajcaria to też kraj, w którym różnice dochodów między tymi na górze drabinki a tymi na dole są jednymi z największych na świecie. A tak w ogóle, to tutaj o pieniądzach się przecież nie rozmawia.

Raz w roku pensje przestają być w Szwajcarii tematem tabu. I to jest właśnie ten moment. Kanton Zurych opublikował właśnie dokument, który zawsze wzbudza emocje, czyli Lohnbuch Schweiz 2018 – księgę płac. Całość ma ponad 760 stron i kosztuje 65 franków, więc wybaczcie, że nie sięgam do źródła.. Na podstawie kilku artykułów prasowych przybliżę Wam najciekawsze informacje z raportu.

Zanim zacznę sypać liczbami z portfeli pracowników różnych zawodów, przydałby się jakiś punkt odniesienia. Zazwyczaj jest nim średnia krajowa, ale w przypadku krajów z dużymi rozbieżnościami płacowymi znacznie lepiej sprawdza się mediana, czyli wartość środkowa. I tak przeciętne wynagrodzenie w Szwajcarii wynosi, według najnowszych wyliczeń, 6189 franków miesięcznie. Jak to wygląda w różnych branżach?

 Wynagrodzenie miesięczne brutto, w CHF 

szef dyplomacji  13555
dyrektor szpitala  12888
bankowiec (stanowisko menedżerskie) 10192
ksiądz  9084
oficer szkoleniowy w wojsku 8192
nauczyciel w szkole podstawowej (Primarschule)  6981
dziennikarz 6440
położna 6229
murarz (> 4 lata doświadczenia) 5553
piekarz (szef) 5036
nauczyciel przedszkolny 4977
ogrodnik  4700
stolarz 4435
pracownik stadniny konnej  3500
sprzątacz 3422

źródło: Lohnbuch Schweiz 2018

Żałuję, że nie zostałam księdzem, a Wy?

Kolejna ciekawa sprawa, to komu wzrosło, a komu zmalało? Dobrą informacją jest to, że ogólnie wynagrodzenia w Szwajcarii rosną. Najbardziej zadowoleni mogą być nauczyciele, którzy dostali największe podwyżki. Przykładowo, w szkołach podstawowych (Primarschule) od 2006 roku pensje urosły aż o 36 proc. Lepszymi zarobkami mogą też cieszyć się nauczyciele w przedszkolach (+33 proc. od 2006 r.). Na drugim końcu stołu siedzą stolarze – jeden z nielicznych zawodów, gdzie wynagrodzenia spadają – od 2006 r. o 5 proc. Jeszcze gorzej mają taksówkarze, którym spadło aż o 15 proc. (średnia płaca 3 200 CHF miesięcznie).

Na koniec kwestia, o której rzadko się wspomina, czyli szwajcarska bieda. Raport potwierdza, że rośnie grupa osób, które miesięcznie mają do dyspozycji mniej niż 2247 CHF (3981 w rodzinie z 2 dzieci), tyle bowiem wynosi w Szwajcarii tzw. granica ubóstwa. Jest ich już 615 tysięcy, czyli 7,5 proc. mieszkańców. To wciąż mniej niż średnia europejska, ale liczba biednych w Szwajcarii z roku na rok się powiększa (w 2004 r. odsetek ten wynosił 6,7 proc.). Mowa tu głównie o osobach korzystających z różnych form zasiłków państwowych.

Ale rośnie też klasa tzw. „working poor”, czyli ubogich pracujących. To ludzie, którzy co prawda zarabiają, ale niewystarczająco, aby utrzymać się w kraju o tak wysokich kosztach życia. W Szwajcarii w takiej sytuacji jest ok. 140 tysięcy osób.

Korzystałam z artykułów w „Tagesanzeiger”, „Basler Zeitung”, „Blick”, „Swiss Info”.