O futbolu i tęsknocie za ojczyzną

Schweiz-Polen

Polska-Kolumbia. Mecz o wszystko. Zebrało się trochę szwajcarskiej Polonii i oglądamy. Wybrzmiewa pierwsza zwrotka hymnu narodowego. Wokół buzują patriotyczne emocje. U mnie ledwo się tlą pod przyciasną koszulką z napisem Polska Euro 2016. Jest mi głupio, bo jak to możliwe, żeby mieszkać za granicą i nie wzruszać się na dźwięk Mazurka Dąbrowskiego? To tak, jakby nie tęsknić za Polską.

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie tęsknię. Czasem tylko dopada mnie w dziwnych momentach, np. kiedy biegnę przez las i przypomina mi się zapach igliwia nad Bałtykiem. Nic tak nie pachnie, jak polskie sosny. Albo kiedy kroję koperek i wraca do mnie wspomnienie rodzinnych weekendów na działce, kiedy byłam dzieckiem. Ostatnio jechałam rowerem i bezwiednie zaczęłam śpiewać kościelną piosenkę o chwaleniu łąk umajonych (sic!), którą zapamiętałam z komunii, choć wcale nie jestem religijna.

Chciałabym obejrzeć „Zimną wojnę” Pawlikowskiego i smutno mi, że nie mogę. Pójść protestować z dziewuchami pod Sejm. Spotkać się ze znajomymi na piwo, tak po prostu, spontanicznie, bez umawiania się miesiąc wcześniej. Zjeść twarożek z rzodkiewką, prawdziwy, w kostce, nie serek wiejski z coopa. Czy to podchodzi pod uczucia patriotyczne?

A może ja po tych czterech latach już się „zeszwajcarzyłam”? Polubiłam ciszę, spokój i punktualność. Interesuję się szwajcarską polityką (o polskiej już nawet nie czytam), głosuję (póki co za pomocą męża) w każdym referendum, nie narzekam na ceny biletów, sprzątam po swoim psie (i po obcych ludziach), maluję biały krzyż na policzku i cieszę się, kiedy Szwajcarzy strzelają gole. Lubię moje wygodne, szwajcarskie życie i nie wyobrażam sobie powrotu do Polski. Może powinnam się wstydzić?

Czytając ostatnio dziennik Andy Rottenberg „Berlińska depresja”, natknęłam się na fragment o szwajcarskim patriotyzmie:

„Cichy szwajcarski patriotyzm zobaczyłam (…) w starannej ochronie pejzażu, powściągliwości w okazywaniu niechęci, konsensusie co do dobra wspólnego, poszanowaniu przeszłości i tradycji, które nie kłóci się ze sprzedawaniem ziemi tym, których inwestycje mogą ożywić gospodarczo jakiś skrawek tego małego kraju. Jasne, Szwajcaria stoi na kapitale gromadzonym od wieków w tutejszych bankach. Lecz nikt, żaden polityk, nawet ten prawicowy nacjonalista (Christoph Blocher – przyp. red.), nie wpadł na pomysł, aby te banki uczynić bardziej szwajcarskimi, a więc aby je „znacjonalizować”, skoro są dochodowe. Więc Blocher będzie głosił swoje poglądy i pokazywał swoją kolekcję (sztuki szwajcarskiej w muzeum Oskara Reinharta w Winterthur – przyp. red.), jedno i drugie publicznie, a Szwajcarzy i tak wybiorą złoty środek. Bo to im się najbardziej opłaci. Nieprzypadkowo ktoś zauważył, że co prawda rewolucjoniści i anarchiści z całego świata spotykali się w kawiarniach Zurychu, lecz bunty wzniecali u siebie.”

Wspomniany Christoph Blocher – ojciec chrzestny populistycznej partii SVP, która właśnie chce zerwać umowę Szwajcarii z Unią Europejską o swobodnym przepływie osób – też ostatnio wypowiedział się na temat patriotyzmu. Chodziło o zachowanie pochodzących z Kosowa szwajcarskich piłkarzy, którzy podczas meczu z Serbią pokazywali przeciwnikom albańskie podwójne orzełki. Rozpętała się burza: czy reprezentantom Szwajcarii wypada demonstrować solidarność z krajem pochodzenia i angażować się w polityczne spory? Przecież grają w szwajcarskich barwach i są opłacani we frankach. Blocher stawia sprawę jasno: to, że mają szwajcarskie paszporty nie oznacza jeszcze, że są Szwajcarami. Dodam tylko, że jeden z piłkarzy urodził się w Szwajcarii, a drugi przyjechał tu z rodziną jako dziecko. Skończyli szwajcarskie szkoły, mówią po szwajcarsku. Kim więc są?

W reakcji na „orzełek gate” padła pewna propozycja ze strony SZPN (Szwajcarski Związek Piłki Nożnej), a mianowicie, żeby ci zawodnicy, którzy naprawdę, całym swoim sercem pragną reprezentować Szwajcarię, zrzekali się podwójnego obywatelstwa. Jeden paszport=jedna ojczyna. Żeby tylko to było takie proste..

Emigracyjny patriotyzm jest skomplikowany i schizofreniczny, niektórych boli, a innych – tak, jak mnie – paraliżuje. Niedługo wybieram się do Polski i spędzę tam prawie cały miesiąc. Ciekawe, czy będę tęsknić za Szwajcarią..

Swoją drogą, tak wyglądałaby reprezentacja Szwajcarii bez tzw. Doppelbürger. Kiepsko. Fot. Blick.

Fussball-Nati2

Ile zarabia się w Szwajcarii i dlaczego tak dużo?

bild

Keystone

Mam nadzieję, że tytuł Was zachęcił!

Szwajcaria uchodzi za kraj, gdzie żyje się w dostatku, cokolwiek by się nie robiło. I owszem, zarabiający średnią krajową singiel ma tu jak pączek w maśle. Czteroosobowa rodzina z jedną pensją – już niekoniecznie. Szwajcaria to też kraj, w którym różnice dochodów między tymi na górze drabinki a tymi na dole są jednymi z największych na świecie. A tak w ogóle, to tutaj o pieniądzach się przecież nie rozmawia.

Raz w roku pensje przestają być w Szwajcarii tematem tabu. I to jest właśnie ten moment. Kanton Zurych opublikował właśnie dokument, który zawsze wzbudza emocje, czyli Lohnbuch Schweiz 2018 – księgę płac. Całość ma ponad 760 stron i kosztuje 65 franków, więc wybaczcie, że nie sięgam do źródła.. Na podstawie kilku artykułów prasowych przybliżę Wam najciekawsze informacje z raportu.

Zanim zacznę sypać liczbami z portfeli pracowników różnych zawodów, przydałby się jakiś punkt odniesienia. Zazwyczaj jest nim średnia krajowa, ale w przypadku krajów z dużymi rozbieżnościami płacowymi znacznie lepiej sprawdza się mediana, czyli wartość środkowa. I tak przeciętne wynagrodzenie w Szwajcarii wynosi, według najnowszych wyliczeń, 6189 franków miesięcznie. Jak to wygląda w różnych branżach?

 Wynagrodzenie miesięczne brutto, w CHF 

szef dyplomacji  13555
dyrektor szpitala  12888
bankowiec (stanowisko menedżerskie) 10192
ksiądz  9084
oficer szkoleniowy w wojsku 8192
nauczyciel w szkole podstawowej (Primarschule)  6981
dziennikarz 6440
położna 6229
murarz (> 4 lata doświadczenia) 5553
piekarz (szef) 5036
nauczyciel przedszkolny 4977
ogrodnik  4700
stolarz 4435
pracownik stadniny konnej  3500
sprzątacz 3422

źródło: Lohnbuch Schweiz 2018

Żałuję, że nie zostałam księdzem, a Wy?

Kolejna ciekawa sprawa, to komu wzrosło, a komu zmalało? Dobrą informacją jest to, że ogólnie wynagrodzenia w Szwajcarii rosną. Najbardziej zadowoleni mogą być nauczyciele, którzy dostali największe podwyżki. Przykładowo, w szkołach podstawowych (Primarschule) od 2006 roku pensje urosły aż o 36 proc. Lepszymi zarobkami mogą też cieszyć się nauczyciele w przedszkolach (+33 proc. od 2006 r.). Na drugim końcu stołu siedzą stolarze – jeden z nielicznych zawodów, gdzie wynagrodzenia spadają – od 2006 r. o 5 proc. Jeszcze gorzej mają taksówkarze, którym spadło aż o 15 proc. (średnia płaca 3 200 CHF miesięcznie).

Na koniec kwestia, o której rzadko się wspomina, czyli szwajcarska bieda. Raport potwierdza, że rośnie grupa osób, które miesięcznie mają do dyspozycji mniej niż 2247 CHF (3981 w rodzinie z 2 dzieci), tyle bowiem wynosi w Szwajcarii tzw. granica ubóstwa. Jest ich już 615 tysięcy, czyli 7,5 proc. mieszkańców. To wciąż mniej niż średnia europejska, ale liczba biednych w Szwajcarii z roku na rok się powiększa (w 2004 r. odsetek ten wynosił 6,7 proc.). Mowa tu głównie o osobach korzystających z różnych form zasiłków państwowych.

Ale rośnie też klasa tzw. „working poor”, czyli ubogich pracujących. To ludzie, którzy co prawda zarabiają, ale niewystarczająco, aby utrzymać się w kraju o tak wysokich kosztach życia. W Szwajcarii w takiej sytuacji jest ok. 140 tysięcy osób.

Korzystałam z artykułów w „Tagesanzeiger”, „Basler Zeitung”, „Blick”, „Swiss Info”.

Powroty

topelement-2

Hala przylotów lotniska w Zurychu (a dokładnie w Kloten) Fot. zuonline.ch

Nie ma nic gorszego niż powroty z podróży. Zwłaszcza, kiedy wraca się do kraju emigracji.

Niby są tutaj moje książki, pies, kanapa, knajpa z ulubioną kawą, znajomi.. tylko czy to wystarczy, żeby po kilku tygodniach nieobecności poczuć się jak w domu?

Życie na emigracji to cały słownik nienazwanych emocji. Choćby właśnie to dziwne poczucie rozdwojenia, kiedy tu – w kraju zamieszkania – nie czujesz się u siebie, a tam – w kraju ojczystym – też jakby już nie do końca. Uczucie, które nasila się, kiedy inni wracają z podróży do domu, a ty po prostu wracasz. Uczucie stare jak sama emigracja, ale dla każdego nowe, kiedy odkrywa je w swojej codzienności.

Welcome home – powitali nas w sobotę na lotnisku w Zurychu. Te dwa słowa uruchomiły lawinę myśli, które nie dają mi spokoju. Potęgowane jetlagiem emocje wzięły górę i stąd ten tekst. Trochę nie na temat, bo to w końcu blog o Szwajcarii, a nie o moich migracyjnych medytacjach. Założę się jednak, że sporo z Was, bez względu na to, czy jest tutaj kilka czy kilkanaście lat, czuje podobnie.

Najprostszą definicję domu proponują – na nich zawsze można liczyć – urzędnicy. Dom, czyli w języku biurokracji centrum interesów życiowych, to miejsce, w którym przebywamy dłużej niż 183 dni w roku. W zeszłym roku aż 94 dni spędziłam poza Szwajcarią, ale według prostej urzędniczej matematyki, mój dom wciąż był tutaj. Czy to cokolwiek zmienia? Chyba tylko dla podatnika.

Kiedy rozmawiam ze znajomymi, którzy wyjechali, rzadko zdarza się, żeby ktoś z nich z pełnym przekonaniem nazywał kraj emigracji domem. Niektórzy twierdzą, że u siebie czują się tylko w kraju ojczystym, dla innych tradycyjne pojęcie domu właściwie przestało istnieć. Dla jednych dom to praca, inni utożsamiają go z rodziną, przyjaciółmi, czterema ścianami, za które trzeba spłacić kredyt.

Nie zrozumcie mnie źle – migracyjne poczucie braku przynależności to wcale nie musi być negatywny stan. Dobrze rozegrane pozwala stworzyć osobiste, intymne wręcz definicje, które dzielimy z ludźmi o podobnych doświadczeniach. Łącznik pomiędzy wszystkimi, którzy, bez względu na przyczyny, zdecydowali się na życie poza miejscem nazywanym ojczyzną. Jest i druga strona tego medalu – brak zrozumienia przez tych, którzy migracyjnych doświadczeń nie mają, przejawiający się we współczuciu, nietrafionych pytaniach, pobłażliwych uśmiechach czy ironicznych komentarzach. I ta bezsilność, kiedy tłumaczenie właściwie nie ma sensu. Bo niektóre rzeczy są w stanie pojąć tylko ci, którzy wyjechali.

Pozostaje też kwestia samej definicji domu i tego, jak różne procesy społeczne, takie jak właśnie migracje, ją przekształcają. Czy dom się zastaje, czy tworzy? Czy jest to konkretne miejsce, które da się wyznaczyć za pomocą współrzędnych geograficznych czy raczej idea, coś, co funkcjonuje w naszych głowach, więc może znajdować się właściwie wszędzie? Czy to coś wspólnego dla wszystkich czy innego dla każdego z osobna? Czy da się domu nie mieć i być spełnioną osobą? Pewnie powstał na ten temat już nie jeden doktorat na socjologii.

Jak Wy radzicie sobie z poczuciem „udomowienia” lub jego brakiem i niewygodnymi pytaniami w stylu „czy już czujesz się tam jak u siebie?”? Jakie emocje towarzyszą Wam na hali przylotów? Czy Szwajcaria jest Waszym domem? A może to wciąż Polska? Chyba, że macie tak, jak w piosence – „I’ve got no roots”?

Przy okazji.. polecam dokument o polskich emigrantach na Islandii – piękna rzecz! Może warto by było stworzyć coś podobnego i o nas?

Wschodni zapaszek a Zurych odrealniony

8f1beca330b82530ffff8049ffffffe7

Heini Andermatt „Girls in der Bahnhofstrasse” heiniandermatt.ch

Fragment opowiadania Stefana Chwina „Szwajcaria” ze zbioru ”Dieser Mont Blanc verdeckt doch die ganze Aussicht!” : Der literarische Blick auf Alpen, Tatra und Kaukasus. („Ten Mont Blanc zasłania cały widok!”: Literackie spojrzenie na Alpy, Tatry i Kaukaz”). Redakcja: Gianna Frölicher, Małgorzata Gerber, Sylvia Sasse, Nina Seiler. Edition Schublade. Zürich 2016.

Na publikację trafiłam przypadkiem, buszując w książkach w jednym z zuryskich second handów. Nie wiem, kiedy Chwin był w Zurychu i napisał te słowa, ale urzekła mnie trafność jego spostrzeżeń. Fragment nieco przydługi, ale myślę, że warto.

„Ulice Zurychu były pełne ludzi, a wyglądały na zupełnie puste. Ludzie szli zamknięci w szklanych kulach swoich spraw, na dnie oczu spokój, rezygnacja i bezwzględny błysk stanowczości, żadnych głośniejszych rozmów. Jakież to wszystko było niepodobne do polskich ulic i patrząc na twarze, sklepy i światła, nie wiedzieliśmy, czy to dobrze, czy źle, że ta różnica stała się tak jawna. Tu wszyscy szli tak, jakby nie chcieli zadrasnąć nikogo swoją obecnością, toczyli się ulicami jak kule sprawnie toczące się po zielonym suknie bilardowego pola, zręcznie wymijając przechodniów, żeby nikogo nie potrącić, nie dotknąć, nie popchnąć, szybkie spokojne kroki, prawie nikt nie szedł, wszyscy gdzieś dążyli, a każdy osobno, w swoją stronę. Przy stolikach w kawiarnianych ogródkach siedziały eleganckie damy trzymające na wodzy każdy swój gest, rozmawiające o swoich domowych i romansowych sprawach tak, jak się mówi o sprawach handlowych, nie widziałem nigdzie żywszej gestykulacji, uniesionych rąk, uniesionych brwi, nie słyszałem wybuchów śmiechu, ta elegancja wszystko pokrywała leciutkim, srebrnym nalotem, uciszając głosy i wygładzając skórę na policzkach i dłoniach.

A u nas, w Polsce? Na naszych ulicach unosił się zapaszek z lekka łobuzerski, ruch był bardziej chaotyczny, na przystanku czy chodniku pojawiały się niespodziewane zawirowania, ludzie nie wytrzymywali czekania na zmianę świateł z czerwonych na zielone, wchodzili przed samochodami na jezdnię, psychicznie mocując się z kierowcami, kto kogo, dziewczyny wstrząsały włosami, szły z lekka bezczelnie, młodzi mężczyźni w dresach, w kurtkach z kapturem, w luźnych portkach, szli po chodniku rozkołysani, z tatuażami na rękach, z mocno wygolonym karkiem, odgrywając rolę króla ulicy, nie ustępowali nikomu z drogi, kto kogo, ludzie się sobie przyglądali, każdy miał zdanie o każdym, które mogło w każdej chwili wybuchnąć ordynarnym bluzgiem. Na ulicy w Zurychu nikt z idących nie przyglądał się nikomu, nikt nie interesował się tym, kto jak jest ubrany, uczesany, umalowany. U nas nad ulicą unosiła się atmosfera zaczepki, nieprzyzwoitego gestu, każdy oceniał każdego, każdy wyrażał obojętność, która wcale nie była obojętnością, na twarzach malowała się aprobata i dezaprobata.

Kiedy gdańską ulicą szła ze mną K. w jednym ze swoich zwariowanych kapeluszy, choćby w tym toczku kremowym z jasną kokardą na czubku, czuliśmy, że jesteśmy widziani, że zaczepiają nas cudze spojrzenia, że komuś zależy na tym, żebyśmy nie wyglądali tak, jak wyglądamy, albo żebyśmy wyglądali, tak jak wyglądamy. A tu, na ulicy w Zurychu, nikt nie zwracał uwagi na fantazyjny kapelusz K., szliśmy ulicą, której było zupełnie obojętne, czy wyglądamy tak, czy siak, żadnego odzewu, piłka rzucona i nieodbita, zresztą mijały nas postacie równie fantazyjne, jacyś mężczyźni z włosami ufarbowanymi na różowo, na których nikt nie zwracał żadnej uwagi, jakieś kobiety z szyjami wytatuowanymi na  oletowo, z nosami przebi- tymi srebrnym gwoździem, na które nikt nawet nie rzucił okiem. Cały ten uliczny teatr rozmaitości grał do pustej widowni, chociaż ulica była pełna, był wyzwaniem rzuconym w powietrze, gestem nie trafiającym na żaden opór, powietrze rozrzedzone, nad jezdnią chmurka świateł, a w niej płynące złote rybki w metropolitalnym akwarium Zurychu, geje w rurkowatych spodniach, lesbijki w kolorowych ciuszkach z Orientu. Każdy grał tu przedstawienie nawet nie dla samego siebie, tylko dla drzew i domów.

Szliśmy ulicą Zurychu wyczyszczeni z istnienia, higieniczni, odrealnieni i brakowało, och, jak brakło nam tego łobuzerskiego, wschodniego zapaszku, w którym się wychowaliśmy, tych spojrzeń ironiczno-karcących w autobusie, w tramwaju, na przystanku, na dworcu, tej atmosfery zaczepki, wyzwania, chociaż chwilami marzyliśmy o zupełnie obojętnym tłumie, w którym można by zatonąć, o gnieździe świętego spokoju, o zupełnej niewidzialności, ale teraz brakowało nam tych spojrzeń, tych drobnych nakłuć naskórka twarzy taksującymi spojrzeniami, tych drobnych oparzeń na skórze, które nas tak drażniły i cieszyły, gdyśmy wychodzili na ulice Gdańska – K. w swoich fantazyjnych kapeluszach, w papieskich narzutkach, z torebkami z pchlego targu, jakich nikt nie nosił, ja – w czarnym kapeluszu, w czarnym płaszczu z białą brodą, a wiadomo, kto chodzi w czarnym kapeluszu, w czarnym płaszczu, z białą brodą.

Istoty wędrujące ulicami Zurychu przepływały obok nas równym rytmem, a my nie zostawialiśmy nawet śladu w ich spokojnych źrenicach, zajętych czym innym niż obserwacja wyglądu przechodniów. A tam, w Gdańsku, o żadnej niewidzialności nie mogliśmy nawet marzyć. Tak, odstawaliśmy od reszty, która była wyczulona na każdą odmienność, na każde drgnienie obcości, więc wychodząc na ulicę czuliśmy lekki dreszczyk, że jesteśmy wystawieni na cios, ale było się od czego odbić, uliczny teatr był gorący, kto wystawiał się na widok, mógł oberwać, ulica mówiła: nie lubimy obcych, ale lubimy drażnić się z obcymi, czuła ich jak drzazgę pod paznokciem. Tu, w Zurychu, płynęliśmy metropolitalną ulicą w jasnym nurcie wieczornego powietrza, pośród mnogich dziwadeł, elegantów, korporacyjnych bubków z roleksem na przegubie, pań o siwych włosach uczesanych w falę nad czołem, śniadych Arabów w białych koszulach, Murzynów w skórzanych kurtkach i jaskrawych swetrach.”

Szwajcario! Kiedyś Cię oswoję!

 

 

 

Tekst powstał w ramach projektu Klubu Polek na Obczyźnie. Piszące kobiety-emigrantki z różnych miejsc na świecie opowiadają o tym, jak zmieniło się ich postrzeganie kraju, w którym mieszkają. Ja podeszłam do tematu nieco inaczej i postanowiłam opisać, jak emigracja zmieniła mnie.

W październiku miną trzy lata odkąd przeprowadziłam się do Szwajcarii. Niby niedługo, ale dla mnie ten czas był chyba najbardziej intensywnym i pouczającym czasem w życiu.

Nie jestem ekspatką, jestem emigrantką. Nie dostałam zagranicznego kontraktu od firmy, nie siedzę w korporacji, nie dostaję co miesiąc czterozerowych przelewów we frankach. Dziwne, co? Przecież Szwajcaria to kraj bankierów, więc jak to emigrować tu nie do pracy? Moja emigracja nie była przymusowa, nie przyjechałam „za chlebem”, ale dobrowolnie, choć nie do końca racjonalnie, bo kierując się sercem. Nie była to też moja pierwsza przeprowadzka za granicę i być może dlatego myślałam, że skoro poprzednio nie było trudno, to tym razem pewnie też „jakoś to będzie”. No cóż..

Wyjazd do Szwajcarii przydarzył mi się w kluczowym momencie życia. Od kilku lat mieszkałam w Warszawie, spełniałam się zawodowo, można nawet powiedzieć, że robiłam karierę, jeśli zarobki równe dwóch-trzech średnich krajowych uznamy za jej wyznacznik. Tym bardziej rezygnacja z wygodnego, łatwego i dobrze rokującego życia nie przyszła mi łatwo. Choć teraz wiem, że przyszła w odpowiednim momencie.

Ponieważ jestem tu już na tyle długo, aby móc zaobserwować kilka etapów mierzenia się z krajem i emigracyjną rzeczywistością, postanowiłam podzielić mój tekst, a tym samym moje doświadczenia, na kilka rozdziałów. Pierwszy to..

Szwajcario – nienawidzę Cię!

Szwajcaria jest trudnym miejscem do emigracji. Tu nie przyjeżdża się z nastawieniem: jakoś to będzie. O tym przekonałam się dość szybko i stało się to przyczyną mojej początkowej frustracji. Ja, z magisterką i podyplomówką, po studiach na trzech uniwersytetach w Polsce i za granicą, z wyuczonym angielskim, kilkuletnim doświadczeniem zawodowym, mającą przed sobą świetlaną przyszłość w branży.. nagle.. nie mogę znaleźć pracy! Szok, wstyd, płacz. Moje życie wyhamowało i pojawiła się nieznana mi dotąd wizja siedzenia w domu i gotowania obiadków dla męża. Nigdy nie zapomnę wizyty w biurze doradztwa zawodowego, gdzie opowiadałam schludnej siwej pani z zegarkiem szwajcarskiej kolei SBB na nadgarstku o swoim życiu, a jej oczy robiły się coraz większe i większe.. „To co Pani chce tu u nas właściwie robić?” – zapytała. No właśnie, co? Musiałam znaleźć pomysł na siebie, a Szwajcarzy mi tego nie ułatwiali. Niby uśmiechnięci, ale mistrzowie świata we wbijaniu szpil. Nie byłabym sobą, gdybym po prostu się z tym pogodziła. Postanowiłam wycisnąć z nowej sytuacji, ile się da. Mniej więcej po roku życia na emigracji, pełnym rozczarowań, wielu momentów załamania i depresyjnych nastrojów, weszłam w kolejną fazę..

Szwajcario – jesteś piękna!

To przyszło nagle, jak oświecenie.. Zrozumiałam, że skoro moje życie nie będzie już wyglądać tak, jak przedtem, to po co za wszelką cenę próbować w nowej rzeczywistości wpisywać się w stary schemat. Zaczynam wszystko od nowa – to szansa, którą wielu chciałoby mieć, a ja ją właśnie dostałam i mogę teraz pokierować sobą, tak, jak tylko chcę. Najpierw zaczęłam biegać. To pomagało mi pozbierać myśli i dało zajęcie, którego tak bardzo potrzebowałam. W ten sposób powoli, stopniowo – ja, pracoholiczka! – zaczęłam odkrywać, że życie to nie tylko praca. Doceniłam wartość pasji. Zajęłam się winem, które zawsze mnie interesowało, ale w Warszawie miałam jedynie czas, aby je pić, a nie zajmować się nim na poważnie. Zaczęłam pracować w winnicy (tak, Pani Dziennikarka w polu!), zrobiłam kurs w Toskanii i tak powoli, powoli oswajałam się z myślą, że może to będzie kiedyś mój nowy zawód. Tym razem jednak podeszłam do sprawy bez niezdrowej ambicji – uda się, to fajnie, nie uda – trudno. Było kilka dorywczych prac, nowe kontakty, ciekawi ludzie po drodze. Inwestowanie w siebie i w swoje pasje stało się moim sposobem na radzenie sobie z emigracyjną rzeczywistością. Wrzuciłam kolejny bieg.

Szwajcario – chcę Cię oswoić!

Nie mam pracy, co dla mnie oznacza tylko tyle, że nie siedzę osiem godzin dziennie za biurkiem, czekając z utęsknieniem na piąteczek. Mam zajęcia. Piszę bloga, bardzo dużo podróżuję, jeżdżę na rowerze, chodzę po górach, zajmuję się psem, uczę się języków.. Życie znów przyspieszyło, tym razem jednak to ja nadaję mu tempo. Emigracja pozwoliła mi zrozumieć, że praca to nie tylko zarabianie pieniędzy, że moja rola w rodzinie, społeczeństwie, świecie nie ogranicza się do „dokładania” do budżetu czy robienia zakupów i powiększania produktu krajowego brutto. Wiele z Was pomyśli pewnie – no tak, szczęściara, nie pracuje, bo nie musi. Wiem, że to ogromny przywilej (nie brak pracy, ale możliwość poszukiwania tej wymarzonej), za który codziennie jestem wdzięczna. Tylko tyle i aż tyle.

Co poza wizją pracy zmieniła we mnie Szwajcaria? Podejście do obcych ludzi. Mówienie Grüezi (szwajcarskie dzień dobry) mijając sąsiadów, pytanie o wolne miejsce w pociągu, dziękuję, proszę, z uśmiechem, choćby wyuczonym, ale jak bardzo ułatwiającym codzienne życie. Szwajcaria (głównie w osobie mojego męża i jego przyjaciół) nauczyła mnie też podchodzenia do życia minimalistycznie, koncentrowania się na doświadczeniach, zamiast na przedmiotach. Butelka wina, wycieczka za miasto, dobra kolacja, wyjście do kina – to wystarczy, żeby poczuć się wyjątkowo. I jeszcze jedno – tym razem z kobiecego punktu widzenia – Szwajcarki nauczyły mnie, że niepofarbowane włosy i brak makijażu to nic złego. Ba, nawet można z tym żyć i dobrze wyglądać ;)

Teraz to, co najważniejsze – pogodziłam się z krajem, który, z pomocą losu i przypadku, wybrałam do życia. Szwajcaria, choć ma swoje wady, jest piękna, bezpieczna, dostatnia i daje ogrom możliwości – czuje się szczęściarą, że mogę tu mieszkać! Polska wciąż jest moją ojczyzną, ba – za każdym razem, kiedy tam jestem, odkrywam ją na nowo. Wiem też, że tak jak mówi nazwa mojego bloga – I’m not Swiss – nie jestem i nigdy nie będę Szwajcarką. Gdzie jest w takim razie mój dom? Tu i tu. I tak już pewnie będzie zawsze, więc zaakceptowałam to i zaczęłam myśleć: to jest przygoda mojego życia!

Na koniec powiem Wam w tajemnicy – od niedawna nabrałam odwagi, aby zacząć kreować także mój świat zawodowy. Zniechęcona poszukiwaniem „idealnej” pracy, staram się wystartować z własnym biznesem, bo niby dlaczego nie spróbować? Zamierzam też nadal podróżować – lokalnie i globalnie – bycie w drodze stało się sensem mojego życia. Jestem w fazie EMIGRANTKA-JESZCZE-NIE-DO-KOŃCA-SZCZĘŚLIWA-ALE-ZADOWOLONA. Szwajcario – kiedyś Cię oswoję!

Agnieszka Kamińska

I’m not Swiss