Historia pewnej porażki

Ponieważ od czasu do czasu piszecie do mnie maile lub zostawiacie komentarze pod dawnymi tekstami, dotyczącymi bezowocnego poszukiwania pracy w Szwajcarii, jestem Wam winna aktualizację. 

W październiku miną cztery lata od mojej przeprowadzki. Początkowe nieudolne poszukiwania stałego zatrudnienia przyniosły, jak się możecie domyślić, rozczarowanie i obniżenie samooceny do poziomów, o których mają pojęcie jedynie emigranci. Dlatego mniej więcej po dwóch latach chaotycznego wysyłania Lebenslauf i Bewerbungsschreiben powiedziałam: dość.

Ponieważ zarówno moje wykształcenie (socjologia), jak i wykonywany zawód (dziennikarstwo) wydawały się bezużyteczne w kraju, w którego języku dopiero zaczynałam raczkować, pierwsza myśl była taka, że należy porzucić złudzenia i spróbować w innej branży. Padło na wino.

Zaczęły się inwestycje w kursy, wyjazdy do winnic, bieganie po degustacjach, praca w winnicy, nawiązywanie kontaktów. Dwa miesiące zmagań jako sprzedawczyni w sklepie z winem uświadomiły mi jedno: to nie dla mnie. Okazało się, że w całym winiarskim biznesie najbardziej odpowiada mi tyranie w polu przy roślinkach, a z tego wyżyć się nie da. W dodatku jeszcze wysiadł mi kręgosłup, więc żegnaj kariero rolniczki. Wino pozostało tylko (albo aż) moim hobby. Wciąż mnie fascynuje, jest ważnym celem moich podroży, lubię opowiadać o nim znajomym, chodzę na winobranie. Pogodziłam się z myślą, że kasy z tego nie będzie. 

Później pomysły były różne. A może się zatrudnić w barze, sklepie z ciuchami, pójść układać produkty na półkach w Coopie.. Przecież żadna praca nie hańbi, a najważniejsze, że daje franki i święty spokój. Takie myślenie trwało chwilę. Oczy otworzył mi jeden z bardzo mądrych doradców zawodowych (tak, oni istnieją). Widząc moją desperację, zadał mi dwa pytania. Pierwsze, czy zamierzam zostać w Szwajcarii na dłużej. Drugie, co lubię i umiem robić. Odpowiedzi były proste: tak i pisać. 

To był moment, kiedy w mojej głowie coś przeskoczyło. Hej, przecież nie przyjechałam tu z przymusu, to nie jest emigracja zarobkowa, zawsze mogę wrócić! A póki tutaj jestem, to chcę mieć pracę, która sprawia mi przyjemność i daje satysfakcję, a nie mokre od potu i łez kolorowe banknoty i depresję. Wzięłam się w garść. 

Wcześniej patrzyłam na moje początki w Szwajcarii jak na historię porażki i byłam na siebie zła. Dziecko we mgle, które naiwne i nieprzygotowane nie wiedziało, jak się zabrać za budowanie życia od nowa. Dziewczynka, która myślała, że jakoś to będzie i traciła czas. Twardzielka, która się uśmiechała i mówiła, że jest ok, po to, aby nikt – poza mężem – się nie zorientował, że jest źle. Jedyną rozsądną decyzją, jaką wtedy podjęłam, była intensywna nauka języka (w moim zawodzie to podstawa). Teraz sobie myślę, że taki kop bardzo mi się przydał.

Dzisiaj mam na koncie pierwszą publikację w szwajcarskiej gazecie. Co prawda lokalnej, ale od czegoś trzeba zacząć. Współpracuję z organizacją integracyjną w Winterthur. Tłumaczę i uczę polskiego. Piszę o Szwajcarii. Kokosów z tego nie mam, nie stać mnie na drogie ciuchy, bo wszystko, co zarobię, wydaję na podróże, książki i wino ;), ale jest ciekawie, ciągle się rozwijam i mam poczucie, że idę w dobrą stronę. W poniedziałek zdaję egzamin Goethe C1 (trzymajcie kciuki!), który razem z praktykami translatorskimi, w trakcie których jestem, otworzy (mam nadzieję) nowy rozdział w moim zawodowym życiu. Może kiedyś zwróci mi się koszt tych wszystkich kursów niemieckiego.. :) Robię to, co lubię i umiem, bez wyrzutów sumienia, bez stresu i krok po kroku. Przede mną wciąż długa droga, ale odkąd się z tym pogodziłam, jest mi łatwiej. Czy ktoś mi pomógł? Mąż, który pomimo licznych wyrzeczeń, cierpliwie mnie wspiera i zawsze we mnie wierzy. 

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Wiem, że historia wielu z Was jest podobna do mojej. Zwłaszcza Wy, kobiety, przyjeżdżacie za mężem/partnerem/facetem, wykształcone, ambitne, świetne babki, czasem tuż po studiach, często już z doświadczeniem zawodowym w Polsce. Szybko orientujecie się, że tutaj łatwo nie będzie, bo zawód nie ten, bo brak specjalizacji, bo potrzebny język, którego nie znacie, bo za stara/za młoda/z dziećmi/bez dzieci/(wpiszcie sobie, co tylko chcecie). I co dalej? Możecie siedzieć w domu z oficjalnym statusem Hausfrau w papierach, wpaść w pułapkę pracy poniżej swoich kompetencji (a z tej w Szwajcarii łatwo się nie wychodzi), albo próbować, walczyć, pokazać wszystkim, na co Was stać.

Ta ostatnia opcja będzie Was dużo kosztowała – czasu, energii, cierpliwości (Geduld – to najważniejsze słowo w Waszym nowym słowniku), czasem nawet zdrowia i przede wszystkim pieniędzy. Będziecie musiały zdobyć papier, może skończyć kolejną szkołę, zrobić praktykę, czasem pracować za darmo (warto, ale tylko wtedy, jeśli to inwestycja), wkuwać słówka, czuć się, jakbyście się cofały („Przecież tam byłabym już dawno menedżerką/lekarką/gwiazdą estrady/słynną blogerką!”). Znajomi w Polsce będą robić kariery, zarabiać pieniądze, kupować domy na kredyt, a Wy – skakać z radości, jak napiszecie „Entschuldigung” bez błędów.

Upewnijcie się odpowiednio wcześnie, że zarówno Wy, jak i Wasi najbliżsi jesteście na to gotowi. Zadajcie sobie pytania: czy warto i czy tego chcecie. Weźcie kartkę i wypiszcie wszystkie plusy i minusy. Nie twierdzę, że trzeba tkwić tu na siłę, czasami najbardziej rozsądną decyzją jest powrót.

Pamiętaj: cokolwiek postanowisz, to nie jest porażka! Więc jak będzie z Tobą? 

O futbolu i tęsknocie za ojczyzną

Schweiz-Polen

Polska-Kolumbia. Mecz o wszystko. Zebrało się trochę szwajcarskiej Polonii i oglądamy. Wybrzmiewa pierwsza zwrotka hymnu narodowego. Wokół buzują patriotyczne emocje. U mnie ledwo się tlą pod przyciasną koszulką z napisem Polska Euro 2016. Jest mi głupio, bo jak to możliwe, żeby mieszkać za granicą i nie wzruszać się na dźwięk Mazurka Dąbrowskiego? To tak, jakby nie tęsknić za Polską.

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie tęsknię. Czasem tylko dopada mnie w dziwnych momentach, np. kiedy biegnę przez las i przypomina mi się zapach igliwia nad Bałtykiem. Nic tak nie pachnie, jak polskie sosny. Albo kiedy kroję koperek i wraca do mnie wspomnienie rodzinnych weekendów na działce, kiedy byłam dzieckiem. Ostatnio jechałam rowerem i bezwiednie zaczęłam śpiewać kościelną piosenkę o chwaleniu łąk umajonych (sic!), którą zapamiętałam z komunii, choć wcale nie jestem religijna.

Chciałabym obejrzeć „Zimną wojnę” Pawlikowskiego i smutno mi, że nie mogę. Pójść protestować z dziewuchami pod Sejm. Spotkać się ze znajomymi na piwo, tak po prostu, spontanicznie, bez umawiania się miesiąc wcześniej. Zjeść twarożek z rzodkiewką, prawdziwy, w kostce, nie serek wiejski z coopa. Czy to podchodzi pod uczucia patriotyczne?

A może ja po tych czterech latach już się „zeszwajcarzyłam”? Polubiłam ciszę, spokój i punktualność. Interesuję się szwajcarską polityką (o polskiej już nawet nie czytam), głosuję (póki co za pomocą męża) w każdym referendum, nie narzekam na ceny biletów, sprzątam po swoim psie (i po obcych ludziach), maluję biały krzyż na policzku i cieszę się, kiedy Szwajcarzy strzelają gole. Lubię moje wygodne, szwajcarskie życie i nie wyobrażam sobie powrotu do Polski. Może powinnam się wstydzić?

Czytając ostatnio dziennik Andy Rottenberg „Berlińska depresja”, natknęłam się na fragment o szwajcarskim patriotyzmie:

„Cichy szwajcarski patriotyzm zobaczyłam (…) w starannej ochronie pejzażu, powściągliwości w okazywaniu niechęci, konsensusie co do dobra wspólnego, poszanowaniu przeszłości i tradycji, które nie kłóci się ze sprzedawaniem ziemi tym, których inwestycje mogą ożywić gospodarczo jakiś skrawek tego małego kraju. Jasne, Szwajcaria stoi na kapitale gromadzonym od wieków w tutejszych bankach. Lecz nikt, żaden polityk, nawet ten prawicowy nacjonalista (Christoph Blocher – przyp. red.), nie wpadł na pomysł, aby te banki uczynić bardziej szwajcarskimi, a więc aby je „znacjonalizować”, skoro są dochodowe. Więc Blocher będzie głosił swoje poglądy i pokazywał swoją kolekcję (sztuki szwajcarskiej w muzeum Oskara Reinharta w Winterthur – przyp. red.), jedno i drugie publicznie, a Szwajcarzy i tak wybiorą złoty środek. Bo to im się najbardziej opłaci. Nieprzypadkowo ktoś zauważył, że co prawda rewolucjoniści i anarchiści z całego świata spotykali się w kawiarniach Zurychu, lecz bunty wzniecali u siebie.”

Wspomniany Christoph Blocher – ojciec chrzestny populistycznej partii SVP, która właśnie chce zerwać umowę Szwajcarii z Unią Europejską o swobodnym przepływie osób – też ostatnio wypowiedział się na temat patriotyzmu. Chodziło o zachowanie pochodzących z Kosowa szwajcarskich piłkarzy, którzy podczas meczu z Serbią pokazywali przeciwnikom albańskie podwójne orzełki. Rozpętała się burza: czy reprezentantom Szwajcarii wypada demonstrować solidarność z krajem pochodzenia i angażować się w polityczne spory? Przecież grają w szwajcarskich barwach i są opłacani we frankach. Blocher stawia sprawę jasno: to, że mają szwajcarskie paszporty nie oznacza jeszcze, że są Szwajcarami. Dodam tylko, że jeden z piłkarzy urodził się w Szwajcarii, a drugi przyjechał tu z rodziną jako dziecko. Skończyli szwajcarskie szkoły, mówią po szwajcarsku. Kim więc są?

W reakcji na „orzełek gate” padła pewna propozycja ze strony SZPN (Szwajcarski Związek Piłki Nożnej), a mianowicie, żeby ci zawodnicy, którzy naprawdę, całym swoim sercem pragną reprezentować Szwajcarię, zrzekali się podwójnego obywatelstwa. Jeden paszport=jedna ojczyna. Żeby tylko to było takie proste..

Emigracyjny patriotyzm jest skomplikowany i schizofreniczny, niektórych boli, a innych – tak, jak mnie – paraliżuje. Niedługo wybieram się do Polski i spędzę tam prawie cały miesiąc. Ciekawe, czy będę tęsknić za Szwajcarią..

Swoją drogą, tak wyglądałaby reprezentacja Szwajcarii bez tzw. Doppelbürger. Kiepsko. Fot. Blick.

Fussball-Nati2

Powroty

topelement-2

Hala przylotów lotniska w Zurychu (a dokładnie w Kloten) Fot. zuonline.ch

Nie ma nic gorszego niż powroty z podróży. Zwłaszcza, kiedy wraca się do kraju emigracji.

Niby są tutaj moje książki, pies, kanapa, knajpa z ulubioną kawą, znajomi.. tylko czy to wystarczy, żeby po kilku tygodniach nieobecności poczuć się jak w domu?

Życie na emigracji to cały słownik nienazwanych emocji. Choćby właśnie to dziwne poczucie rozdwojenia, kiedy tu – w kraju zamieszkania – nie czujesz się u siebie, a tam – w kraju ojczystym – też jakby już nie do końca. Uczucie, które nasila się, kiedy inni wracają z podróży do domu, a ty po prostu wracasz. Uczucie stare jak sama emigracja, ale dla każdego nowe, kiedy odkrywa je w swojej codzienności.

Welcome home – powitali nas w sobotę na lotnisku w Zurychu. Te dwa słowa uruchomiły lawinę myśli, które nie dają mi spokoju. Potęgowane jetlagiem emocje wzięły górę i stąd ten tekst. Trochę nie na temat, bo to w końcu blog o Szwajcarii, a nie o moich migracyjnych medytacjach. Założę się jednak, że sporo z Was, bez względu na to, czy jest tutaj kilka czy kilkanaście lat, czuje podobnie.

Najprostszą definicję domu proponują – na nich zawsze można liczyć – urzędnicy. Dom, czyli w języku biurokracji centrum interesów życiowych, to miejsce, w którym przebywamy dłużej niż 183 dni w roku. W zeszłym roku aż 94 dni spędziłam poza Szwajcarią, ale według prostej urzędniczej matematyki, mój dom wciąż był tutaj. Czy to cokolwiek zmienia? Chyba tylko dla podatnika.

Kiedy rozmawiam ze znajomymi, którzy wyjechali, rzadko zdarza się, żeby ktoś z nich z pełnym przekonaniem nazywał kraj emigracji domem. Niektórzy twierdzą, że u siebie czują się tylko w kraju ojczystym, dla innych tradycyjne pojęcie domu właściwie przestało istnieć. Dla jednych dom to praca, inni utożsamiają go z rodziną, przyjaciółmi, czterema ścianami, za które trzeba spłacić kredyt.

Nie zrozumcie mnie źle – migracyjne poczucie braku przynależności to wcale nie musi być negatywny stan. Dobrze rozegrane pozwala stworzyć osobiste, intymne wręcz definicje, które dzielimy z ludźmi o podobnych doświadczeniach. Łącznik pomiędzy wszystkimi, którzy, bez względu na przyczyny, zdecydowali się na życie poza miejscem nazywanym ojczyzną. Jest i druga strona tego medalu – brak zrozumienia przez tych, którzy migracyjnych doświadczeń nie mają, przejawiający się we współczuciu, nietrafionych pytaniach, pobłażliwych uśmiechach czy ironicznych komentarzach. I ta bezsilność, kiedy tłumaczenie właściwie nie ma sensu. Bo niektóre rzeczy są w stanie pojąć tylko ci, którzy wyjechali.

Pozostaje też kwestia samej definicji domu i tego, jak różne procesy społeczne, takie jak właśnie migracje, ją przekształcają. Czy dom się zastaje, czy tworzy? Czy jest to konkretne miejsce, które da się wyznaczyć za pomocą współrzędnych geograficznych czy raczej idea, coś, co funkcjonuje w naszych głowach, więc może znajdować się właściwie wszędzie? Czy to coś wspólnego dla wszystkich czy innego dla każdego z osobna? Czy da się domu nie mieć i być spełnioną osobą? Pewnie powstał na ten temat już nie jeden doktorat na socjologii.

Jak Wy radzicie sobie z poczuciem „udomowienia” lub jego brakiem i niewygodnymi pytaniami w stylu „czy już czujesz się tam jak u siebie?”? Jakie emocje towarzyszą Wam na hali przylotów? Czy Szwajcaria jest Waszym domem? A może to wciąż Polska? Chyba, że macie tak, jak w piosence – „I’ve got no roots”?

Przy okazji.. polecam dokument o polskich emigrantach na Islandii – piękna rzecz! Może warto by było stworzyć coś podobnego i o nas?

Wózeczkowcy. Szwajcaria bez auta

180991.autofrei

25 listopada 1973 roku, z powodu niedoborów benzyny, ogłoszono niedzielę bez auta w całej Szwajcarii. Fot. Keystone

Dojrzewaliśmy do tej decyzji długo. Poprzedziliśmy ją skrupulatnymi wyliczeniami, rachunkiem plusów i minusów, przeglądem opcji, przyzwyczajaniem się do myśli o alternatywie. Po drodze pojawiło się sporo wątpliwości: bo jak to tak? Przecież wszyscy je mają. Odezwali się znajomi: toż to wolność, niezależność i mobilność. Rodzina: a co zrobicie, jak coś się stanie i trzeba będzie szybko wsiąść i jechać?

W końcu stało się. Od 19 stycznia 2018 nie mamy samochodu.

Wyliczyliśmy sobie, że koszt posiadania auta to w naszym przypadku prawie 800 franków miesięcznie (rata leasingu, opłata za miejsce parkingowe, ubezpieczenie, serwis, benzyna). Dużo, niedużo? Zależy. Można to wydać np. na ubezpieczenie zdrowotne, bo tyle mniej więcej wynosi miesięczny koszt pakietu obowiązkowego i dodatkowego dla dwóch dorosłych osób. Można gdzieś pojechać. Albo po prostu odłożyć.

Minęły ponad dwa tygodnie, a my wciąż żyjemy. Fakt, auto to wygoda. – Widziałeś, dzisiaj mają wyprzedaż win w Wädenswil. Skoczymy? – Hmm, nie skoczymy.

Nagle trzeba więcej myśleć, planować każdy wypad na zakupy, żyć zgodnie z rozkładem jazdy pociągów i autobusów, wsiąść na rower nawet kiedy leje i wieje. Na szczęście mieszkamy w Szwajcarii i – w mieście. Transport publiczny działa tu bez zarzutu – praktycznie wszędzie można dostać się pociągiem, autobusem, tramwajem czy promem. Jest wygodnie, czysto i punktualnie. Jak to w Szwajcarii, wszystko na tip top. Oczywiście, trochę dłużej to trwa i słono kosztuje, choć w naszym przypadku i tak mniej niż auto. Generalabonnement (GA), czyli bilet roczny na transport publiczny w całym kraju kosztuje 3860 CHF.

Nie byłabym sobą, gdybym nie sięgnęła po statystyki. Prawie 80 proc. gospodarstw domowych w Szwajcarii ma co najmniej jeden samochód. W 2016 roku zarejestrowanych było 4,6 mln prywatnych pojazdów osobowych, co daje 1,6 człowieka na jedno auto. Mieszkaniec/mieszkanka Szwajcarii pokonuje dziennie średnio 36,8 km, a dwie trzecie tego dystansu siedząc za kierownicą. Te liczby pokazują, że choć narzekamy na zakorkowane autostrady, zdecydowana większość Szwajcarek i Szwajcarów wciąż na co dzień wybiera samochód. Choć, jak bliżej przyjrzeć się statystykom, sprzedaż nowych aut rośnie z roku na rok w coraz wolniejszym tempie, w aglomeracjach miejskich zwiększa się liczba osób korzystających z komunikacji miejskiej (w kantonie Zurych abonament na komunikację miejską ma 7 na 10 mieszkańców i mieszkanek), a 65 proc. narodu ma w domu rower.

Bez auta w Szwajcarii na pewno da się dobrze żyć. I sporo ludzi już się o tym przekonało. Są miasta, jak Bazylea, gdzie połowa mieszkających tam osób z różnych powodów nie ma samochodu. W statystykach bezautowców przodują też Zurych i Genewa, a także moje Winterthur. Wszystkie dane pochodzą z badania Mikrozensus Mobilität und Verkehr 2015. W Szwajcarii znajdziecie też całe miejscowości wolne od aut, jak choćby górskie kurorty Zermatt, Wengen czy Saas-Fee – cała lista takich miejsc dostępna jest tutaj.

Ja, choć mam prawo jazdy od 13 lat, samochodem właściwie nie jeździłam nigdy. Nie lubię, nie mam cierpliwości, a w dodatku teraz w Szwajcarii bałabym się mandatów. Dlatego dla mnie przyzwyczajanie się do nowej sytuacji nie jest ani trochę trudne. Rower i ÖV (skrót od Öffentlicher Verkehr – transport publiczny) to moja codzienność. Znacznie gorzej ma mój mąż, który za kółkiem siedzi odkąd skończył 16 lat i w dodatku pracuje w branży motoryzacyjnej. Choć i on przyznaje, że to tylko kwestia zmiany nawyków. A plusów mnóstwo: nie trujemy środowiska, więcej się ruszamy i oddychamy, wspieramy komunikację miejską i krajową, nie płacimy mandatów.. Z naszej decyzji zdecydowanie najbardziej zadowolony jest pies, który na jazdę samochodem reaguje alergicznie.

Chciałam Wam napisać trochę o całym procesie dostosowywania się do życia „na piechotę” i jego kosztach. Pierwszy poważny nabytek to wózek na zakupy. Kojarzący nam się do tej pory głównie ze szwajcarskimi emerytami, okazał się zbawienny, gdy z Coopa czy innego Aldika trzeba przydźwigać do domu kilogramy strawy lub przetransportować puste butelki do najbliższego punktu recyklingu. Koszt: od 50 do 200 CHF (w zależności od pojemności, materiału i rodzaju kółek).

Drugi zakup to halb-tax, czyli karta, która obniża nam koszty transportu publicznego w całym kraju o połowę (czasami mniej), co jest sporym odciążeniem dla finansów. Koszt: 165 CHF rocznie (zwraca się już po dwóch dalszych wycieczkach pociągiem).

Ruch numer trzy to sprawdzenie wszelkich możliwości szybkiego i sprawnego wejścia w posiadanie auta. Na wszelki wypadek. Tutaj opcji jest sporo. Można skorzystać z usług tradycyjnych wypożyczalni, których jest mnóstwo, mają różne stawki i pojazdy (od kompaktów, przez limuzyny, po małe ciężarówki). Wypożyczenie małego auta kosztuje już od 30 CHF za dzień (bez dodatkowych ubezpieczeń). Popularną od pewnego czasu opcją stał się carsharing, czyli współkorzystanie z aut udostępnianych przez firmy, organizacje czy osoby prywatne. Plusem jest tu duża elastyczność, bo auto możemy sobie wziąć skąd chcemy (najbliższą lokalizację sprawdzamy na mapie, za pomocą aplikacji), nawet na godzinę i odstawić je tam, gdzie nam akurat pasuje. Płaci się za czas (od 2 CHF za godzinę) i przejechane kilometry (od 0,55 CHF za km). W Szwajcarii system nazywa się mobility. O szczegółach przeczytacie tutaj https://www.mobility.ch/de/.

Krok czwarty to zainwestowanie w rower i jego odpowiednie wyposażenie. Na szwajcarskie tereny przyda się na pewno kilka przerzutek, sprawnie działające hamulce i działające oświetlenie. Plus dla człowieka kask i spodnie przeciwdeszczowe (są dość drogie, ale to must have). Z perspektywy rowerzystki muszę przyznać, że szwajcarskie miasta są nam bardzo przyjazne. Kierowcy na nas uważają (czasem mam wrażenie, że panuje tu jakaś dyktatura dwukółkowców na drogach), mamy gdzie parkować (zazwyczaj, bo w Winterthur w okolicach dworca szpilki nie wbijesz) i po czym jeździć (ścieżki rowerowe – luksus!). Nie wiem, jak Wy, ale ja póki co mam same pozytywne doświadczenia.

Ten tekst to początek poradnika dla bezautowców w Szwajcarii. Chcę na bieżąco dzielić się w Wami naszymi doświadczeniami wózeczkowców i proszę o wsparcie w postaci komentarzy. Jakie są Wasze spostrzeżenia? Jeździcie autem czy raczej wybieracie inne środki komunikacji? Co Was, jako kierowców/rowerzystów (kierowczynie/rowerzystki) wkurza w Szwajcarii, a co uwielbiacie? Czy pozbylibyście/byłybyście się auta czy nigdy w życiu? Czekam na Wasz głos!

Jak zostać Szwajcarem – co nas czeka w 2018 roku

 

203762442-jpg

Czerwona książeczka, którą tak trudno dostać. Fot. Keystone

Wszystkie opisane zmiany dotyczą standardowej procedury paszportowej – dla osób, które mieszkają w Szwajcarii, ale nie urodziły się tutaj oraz nie są w związku małżeńskim z obywatelem/ką tego kraju.

  • 10 zamiast 12

Dotychczas dla przyjezdnych, którzy chcieli starać się o szwajcarski paszport, podstawowym warunkiem było zamieszkanie na terenie kraju przez co najmniej 12 lat. Od 2018 roku prawo federalne staje się pod tym względem nieco bardziej przychylne obcokrajowcom, ponieważ liczbę wymaganych lat obniżono do 10. Ta liberalizacja to jednak tylko marchewka od szwajcarskich decydentów. Kolejne tegoroczne nowości nie są już dla migrantów tak atrakcyjne. Dla ścisłości dodam, że 10 lat dotyczy tylko zamieszkania w Szwajcarii, a nie w danym kantonie – tutaj lokalne władze mają swoje własne wymagania – i tak np. mieszkańcy Zurychu muszą być tam zameldowani przez min. dwa lata, aby móc złożyć wniosek o czerwoną książeczkę, ale już kanton St. Gallen chce lat aż ośmiu. Tu możecie sprawdzić, jak to jest w Waszym kantonie. 

  • Tylko z C

Od 2018 roku, aby móc starać się o obywatelstwo, należy posiadać pozwolenie na pobyt stały w Szwajcarii (typu C). To duże ograniczenie, ponieważ wcześniej procedurę paszportową można było rozpocząć również z innymi rodzajami pozwolenia. Ponadto, czas pobytu w kraju na pozwoleniu N (azyl) oraz F (w oczekiwaniu na deportację) nie będzie liczył się do wymaganych 10 lat. Dotyczy to także czasu pobytu w kraju na pozwoleniu krótkoterminowym, typu L.

  • Brałeś zasiłek? Zapomnij o paszporcie

Kolejna zmiana wyklucza z potencjalnej grupy przyszłych Szwajcarów osoby, które nie są samodzielne finansowo. Ci, którzy w ciągu ostatnich trzech lat przed uruchomieniem procedury paszportowej korzystali z pomocy społecznej, nie mają co liczyć na otrzymanie szwajcarskiego obywatelstwa. Bycie na socjalnej kroplówce stoi bowiem w sprzeczności z federalnym wymogiem integracji ekonomicznej poprzez pracę lub edukację. Dlatego, kto marzy o paszporcie, musi najpierw oddać państwu co do grosza całą otrzymaną kasę – wtedy droga wolna. Starać się o szwajcarskie obywatelstwo nie mogą też osoby wcześniej karane czy zalegające z płaceniem podatków.

  • Minimum językowe

Znajomość lokalnego języka zawsze była jednym z najważniejszych wymogów w procesie nadawania obywatelstwa. Jednak konkrety, co do poziomu umiejętności języka, leżały dotychczas w gestii władz poszczególnych kantonów. W praktyce sprawdzanie biegłości językowej wyglądało różnie. Dlatego w tym roku federacja ustaliła minimum językowe dla wszystkich starających się o szwajcarski paszport. I tak przyszły obywatel Szwajcarii musi wykazać się umiejętnościami co najmniej na poziomie A2 (język pisany) i B1 (język mówiony), według Europejskiego Systemu Opisu Kształcenia Językowego. Przy czym każdy kanton może ustalić swoje własne, wyższe wymagania. Znajomość języka będzie weryfikowana za pomocą pisemnego testu, w akredytowanych przez państwo ośrodkach, i będzie kosztowała do 250 CHF. Do egzaminu nie będą musiały podchodzić osoby, dla których język obowiązujący w Szwajcarii jest językiem ojczystym lub studiowały w nim przez co najmniej pięć lat.

A na koniec jeszcze krótko o pomysłach szwajcarskiego rządu, które co prawda dopiero się klarują, ale jeśli wejdą w życie, to będą dotyczyły każdego z nas. Chodzi o bardziej restrykcyjną politykę wydawania pozwoleń na pobyt. Plan jest taki, aby pozwolenie typu C, czyli na pobyt stały, należało się tylko dobrze zintegrowanym. Dla szwajcarskich polityków są to osoby znające język, szanujące porządek publiczny i narodowe wartości (tj. równość kobiet i mężczyzn) oraz mające swój wkład w gospodarkę kraju, czyli pracujące. Mało tego – tym, którzy już posiadają pozwolenie C, ale nie spełniają kryteriów, może ono zostać „cofnięte” do pozwolenia typu B, a niezintegrowani z B mogą je w ogóle stracić.

Także, Kochani – w 2018 roku integrujcie się na potęgę, bo inaczej będzie źle. A wszystkim aspirującym Szwajcarom życzę powodzenia i radości z czerwonej książeczki!