Ja kontra Szwajcaria – 1:0

86173405-300B-4434-A563-4B807200E64D

Autorka, Jezioro Lemańskie i pies Leo. Fot. Katarzyna Schiller

Przejrzałam ostatnio treści na blogu i wygląda na to, że mniej więcej raz do roku publikuję tekst o sobie. Zazwyczaj ta potrzeba pojawia się w okolicach kolejnej rocznicy pobytu w Szwajcarii. Tym razem dopadła mnie wcześniej, a wszystko za sprawą pewnej wiadomości od czytelniczki. „Uczę się języka, szukam pracy i opadam z sił. Jak udało ci się zmienić podejście do życia tutaj?”. No właśnie, jak?

W październiku minie pięć lat odkąd jestem w Szwajcarii. Czy mogę już mówić, że wygrałam nierówną walkę z alpejskim potworem? Nie do końca, ale na tej emigracyjnej szali przechylam się coraz mocniej w kierunku zwycięstwa i właśnie teraz, bezwzględnie nadszedł czas na podsumowania oraz.. uchylenie rąbka pewnej tajemnicy. Dzień zwierzeń jest dzisiaj.

Zacznę tam, gdzie ostatnio skończyłam, czyli w mojej firmie. Udało się ją założyć, działa coraz prężniej, przynosi dochody – niewielkie i nieregularne, ale własne – wypracowuje przyszłą emeryturę – z którą chyba będę się musiała wynieść na Filipiny, żeby wyżyć – ale, ale.. nie narzekam, jestem na swoim, to była moja decyzja i jest mi z nią dobrze.

Udało się z Waszą pomocą. Choć blog nigdy nie dał i pewnie nigdy nie da mi ani pół franka, to dzięki niemu zyskałam coś o wiele ważniejszego, a w Szwajcarii może i najważniejszego – kontakty, za którymi idą konkretne propozycje. Wysłanie setki CV może nie mieć takiej siły rażenia, jak poznanie jednej odpowiedniej osoby. Nie chcę uogólniać i odradzać Wam udziału w procesach rekrutacji. Na szwajcarskim rynku z pewnością są branże i stanowiska, o które warto się bić w konwencjonalny sposób. U mnie to nie zagrało. Dlatego już dawno przestałam katować się odmowami i wzięłam sprawy w swoje ręce. 

Spotkania z Wami, te online, te przy kawie, te przy winie, otworzyły mi oczy na wiele obszarów, które dotąd były dla mnie niedostępne. Szwajcarii jest tyle, ile ludzi, którzy próbują zbudować tu swoją własną układankę. A mnie, może dlatego, że od dziecka nie miałam cierpliwości do puzzli, zajmuje to trochę dłużej niż innym. 

Na początku ubiegłego roku, tak jak Ty, Droga Czytelniczko, nie miałam już siły. Chciałam uciec stąd jak najdalej. Najlepiej na drugi koniec świata. I tak zrobiłam. Polecieliśmy z mężem na trzy tygodnie do Nowej Zelandii. Nie tylko na wakacje. W Auckland szukaliśmy pracy. On miał nawet kilka rozmów. Ja słyszałam to, co wszędzie, a ponieważ tam ludzie są znacznie bardziej szczerzy niż w Europie, brzmiało bezlitośnie. We don’t need new people to tell us the same bullshit. Maybe you should try in wine? Dziękuję, w winie już próbowałam. W porównaniu z tym, jakie wymagania stawia przyjezdnym NZ, to Szwajcaria prowadzi politykę otwartych granic. Gdyby nie to, że nie udało nam się przejść z sukcesem procedur wizowych, pewnie dzisiaj ten blog już by nie istniał. A może tylko zmieniłby nazwę.

Marzenia o Antypodach rozpłynęły jak śnieg w marcu na lotnisku w Zurychu, kiedy wróciłam i uświadomiłam sobie, że próba ucieczki się nie udała. Zostaję w Szwajcarii. Na długo, może nawet „na zawsze”. Kochana, żarty się skończyły, teraz trzeba sobie to wszystko tutaj jakoś ułożyć, żeby nie zwariować. To chyba wtedy, kiedy zatrzasnęło się wyjście bezpieczeństwa, nastąpiła „zmiana podejścia do życia w Szwajcarii”. I rzeczy nagle zaczęły się układać.

Moja firma, o oryginalnej nazwie Sprachbüro Kaminska, właśnie kończy pół roku. Zajmuję się przede wszystkim tłumaczeniami ustnymi z języka niemieckiego na polski. Towarzyszę ludziom podczas spotkań w urzędach, wszędzie tam, gdzie trzeba się porozumieć w lokalnym języku. Tłumaczę konsekutywnie szkolenia dla branży budowlanej, co jest męczące, wymagało dużych przygotowań i na początku było dla mnie źródłem sporego stresu, bo nie dość, że to wyłącznie męski świat, to moi klienci swoją wiedzą i doświadczeniem biją mnie na głowę. Na szczęście starają się nie dać mi tego odczuć. Mała prywata – szepnijcie słówko znajomym, że jeśli potrzebują tłumaczki, to jestem do dyspozycji.

Co poza tym? Uczę polskiego, co pozwala mi nie tylko lepiej poznać język niemiecki, ale i zmusza do zgłębiania gramatycznych zawiłości mowy matczynej (jak to dobrze, że w szkole zawsze miałam świetne polonistki!). Od pewnego czasu współpracuję też z miastem Winterthur  – staramy się przybliżyć Szwajcarom i mieszkającym tu obcokrajowcom polską kulturę. Były warsztaty polskiej kuchni, które przyciągnęły dużo zainteresowanych – ponoć o lepieniu klusek krążą teraz w mieście legendy! Język polski zagościł już dwukrotnie w Bistro International podczas wymiany językowej, która odbywa się co miesiąc w centrum kultury Alte Kaserne.

Chcę, żeby Szwajcarzy poznali Polskę, a jednocześnie robię wszystko, by i Szwajcaria dała się trochę oswoić Polakom w Polsce i przestała się kojarzyć tylko z pieniędzmi, nudą, czekoladą i kurortami narciarskimi. Tematy społeczne kręcą mnie – dziennikarkę i socjolożkę – bardziej niż produkowanie kolejnych cykli „miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić w Szwajcarii”. To znajdziecie i bez mojej pomocy.

Dla tych, którzy dopiero mnie poznają: linki do publikacji i występów gościnnych w polskich mediach możecie przejrzeć w zakładce O MNIE.

Przez cztery poprzednie lata spędzone w Szwajcarii głównie narzekałam. Na urzędników, nieprzyjaznych ludzi, trudny język, dialekty, na to, że nie mogę znaleźć pracy i wszystko jest tu takie trudne. Sięgnijcie do moich poprzednich tekstów, znajdziecie tego mnóstwo. Tym razem postanowiłam, że będę się chwalić. Bo akurat jest czym.

Był koniec lutego, poranek po nieprzespanej nocy oscarowej (galę oglądam co roku, odkąd pamiętam). Na wpół otwartymi ze zmęczenia oczami przeczytałam wiadomość, która wpadła mi do skrzynki mailowej. Przeczytałam ją kilka razy, a potem jeszcze – dla potwierdzenia, że na pewno to mi się nie śni – wysłałam do paru znajomych. To była wiadomość od redakcji jednego z polskich wydawnictw. Wiadomość z propozycją. Z propozycją napisania książki. Książki o Szwajcarii. Pierwszej w Polsce książki o Szwajcarii w kategorii literatura faktu. Książki, której autorką mam być ja. Autorką. Książki. O Szwajcarii. Ja!

Początkowy szok i niedowierzanie zajęła najpierw panika, potem stres, a następnie mobilizacja. Teraz, kiedy umowa podpisana, a książka nabiera kształtów, mogę się ujawnić i jednocześnie wytłumaczyć z rzadszych ostatnio publikacji na blogu. Musicie uzbroić się w cierpliwość. Wszystko, co najciekawsze o Szwajcarii, przeczytacie w papierze. Już w przyszłym roku. No i uwaga, to będzie też Wasza książka, więc od teraz miejcie się na baczności. Wszystko co powiecie o Szwajcarii, może być użyte.. jako moja inspiracja.

Tymczasem mecz ze Szwajcarią trwa.

Wygrywam 1:0.

Ale to dopiero pierwsza połowa…

Windą na Matterhorn, czyli gdzie są granice szwajcarskiej turystyki

st0005807_la-chaux-de-fonds_sommer_36518

La Chaux de Fonds z lotu ptaka. Fot. myswitzerland.com

Majówka 2019. Jadę na drugą stronę Röstigraben, czyli do francuskojęzycznej Szwajcarii. Najpierw Neuchatel/Neuenburg – błękitne jezioro, ośnieżone szczyty Alp (ledwo widoczne, ale wiem, że tam są), kamienice z piaskowca, brukowane uliczki, zamek. Potem Yverdon les Bains z campingowym, urlopowym klimatem, takim, że aż chce się zanucić „Chałupy welcome to”. Ładnie, jak to w Szwajcarii. Z tą różnicą, że na cüpli, czyli kieliszek prosecco mówi się tu flute i wszyscy udają, że nie znają słowa po niemiecku, choć uczyli się tego języka w szkole (wybaczam, też się uczyłam francuskiego, z marnym skutkiem).

Kiedy po pół godziny jazdy pociągiem z pocztówkowego Neuchatel wysiadłam na dworcu w La Chaux de Fonds poczułam się trochę, jakbym z Melediwów trafiła do Wejherowa. Niezrażona estetyką terenów okołodworcowych, ruszyłam w miasto, w którym urodzili się Le Corbusier i Louis Chevrolet (i jeden i drugi opuścił Szwajcarię), a w 2009 roku dostąpiło zaszczytu wpisania na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Wspinając się po stromych ulicach (miasto leży na 1000 m npm w górach Jury), których układ przypomina nowojorski Manhattan w miniaturze, powoli odkrywałam Szwajcarię, jakiej jeszcze nie miałam okazji oglądać. Zamiast ozdobnych kamienic z kolorowymi okiennicami, proste, kilkupiętrowe budynki, przytulone do siebie tak, jakby ktoś chciał wygrać konkurs na upchnięcie jak największej liczby domów na jednej przecznicy. Wąskie, przecinające się pod kątem prostym ulice, które nie zostawiają miejsca na przestronne place. Z góry widok na blokowiska, betonowe mosty, cegłę, kominy i szklane plomby. Miasto-fabryka. Symbol minionej epoki przemysłowej.

La Chaux de Fonds odbudowano w duchu urbanistycznego pragmatyzmu po pożarze w 1794 roku. Przestrzeń miejską zaaranżowano tak, aby pasowała do intensywnie rozwijającej się tu produkcji zegarków (ten region Szwajcarii jest nazywany Watch Valley). Najważniejszy stał się przemysł i robotnik. Miało być funkcjonalnie, bez wydziwionych architektonicznych form i zbędnych dekoracji. Dzisiaj to położone kilka kilometrów od granicy z Francją miasto, z bezrobociem znacznie przekraczającym szwajcarską średnią i wysokim odsetkiem imigrantów, wydaje się być miejscem zapomnianym, do którego nie docierają spragnieni instagramowych kadrów turyści.

Fakt, trudno tutaj o malownicze tło do selfie. W dzień wolny od pracy całe życie miejskie zdawało się koncentrować wokół przydworcowego macdonalda. Obiecująca wiele swoją nazwą Promenda Le Corbusiera okazała się być wyłożoną betonowymi płytami aleją przy torach kolejowych, z obskurnymi garażami po jednej i nowoczesnymi klockowatymi apartamentami po drugiej stronie. La Chaux de Fonds to chyba jedno z tych miejsc, które odwiedza się raz i już tu nie wraca. Które nawet w słoneczny, majówkowy wieczór, nie przyciąga turystów.

A takich miejsc w Szwajcarii nie ma zbyt wiele. Gospodarka zarabia na turystach prawie 50 miliardów franków rocznie. W samych tylko hotelach i innych miejscach noclegowych zwiedzający zostawili w 2018, rekordowym roku, ponad 38 miliardów franków. Turystyka jest jedną z najważniejszych helweckich branż eksportowych, generując roczne obroty porównywalne ze sprzedażą zegarków za granicę. To ogromny biznes, który skutkuje coraz bardziej uciążliwym dla mieszkańców przeludnieniem oraz podziałem kraju na miejsca „turystyczne” i takie, które dopiero się nimi staną.

Samą Lucernę, uwielbianą przez zagranicznych turystów, odwiedza rocznie ponad dziewięć milionów osób. Na każdego mieszkańca przypada tu 116 zwiedzających, więcej niż w przesyconej turystami Wenecji. Najwięcej emocji wzbudzają przybywające do Lucerny na zaproszenie międzynarodowych firm grupy pracowników z Azji. W przyszłym tygodniu miasto odwiedzi rekordowo liczna grupa 12 tysięcy sprzedawców kosmetyków z Chin. Władze zapewniają, że mają wszystko pod kontrolą. Choć Szwajcarzy narzekają na zastawione autokarami centrum miasta, wylewające się na ulice tłumy i podbijanie cen, to wiedzą, że turyści równa się kasa. Szacuje się, że sama tylko wspomniana wizyta z Chin da regionowi zastrzyk gotówki w wysokości 4 milionów franków.

Lucerna i okolice stały się ofiarą swojego turystycznego sukcesu. Podobny los spotkał m.in. słynną górską restaurację Äescher-Wildkirchli, przyklejoną do skał Ebenalp na wysokości 1640 m npm. Dawniej było to miejsce, do którego docierali głównie lokalni mieszkańcy i szukający schronienia miłośnicy alpejskich wędrówek. Do czasu, kiedy w 2014 roku pojawiło się na okładce National Geographic jako turystyczny „kierunek życia”. Miejsce ze 170-letnią tradycją nie wytrzymało nalotu turystów uzbrojonych w smartfony. Dotychczasowi zarządzający restauracją, przytłoczeni ogromem chcących skorzystać z ich gościny osób, zrezygnowali z jej prowadzenia. Dopiero w miniony weekend Äescher otworzyła swoje podwoje pod nowym kierownictwem.

W wielu miejscach Szwajcarii sezon turystyczny trwa właściwie przez cały rok. Zimą przyjeżdża się na narty i świąteczne jarmarki, latem – na górskie wędrówki, wycieczki słynnymi trasami kolejowymi, zwiedzanie miast. Oprócz tego są gondole-kabriolety, wagoniki z przeszkloną podłogą, wykładane kryształkami Swarovskiego, kolejki, którymi da się wjechać na niedostępne dla przeciętnego turysty szczyty Alp. Nie chodzisz po górach? Nie ma problemu – my cię na nie wwieziemy, choćbyś miał tam brodzić w śniegu w samych klapkach. Byle wyżej, dalej, drożej.

Uruchomiona w ubiegłym roku kolejka linowa Matterhorn Glacier Ride pozwala każdemu, kogo na to stać, wjechać na wysokość ponad 3800 metrów npm. To najwyższy dostępny dla masowej turystyki punkt w Europie. Co będzie następne? Winda na Matterhorn? Całym sercem jestem za swobodą podróżowania i korzystania z dobrodziejstw techniki. Sama często jestem turystką w Szwajcarii i poza nią. Alpejskie szczyty wolę jednak oglądać z dołu, a te, na które nie mogę wejść, zwykle zostawiam w spokoju.

Aby zachować dystans do ekspansywnej szwajcarskiej turystyki, dobrze jest czasem pojechać w miejsca, o których nie pisze się na pierwszych stronach przewodników. Zamiast szukać punktów widokowych i panoram, posłuchać historii i odkryć, że Szwajcaria ma różne oblicza. Nawet, jeśli nigdy nie wrócę do La Chaux de Fonds, to pozostanie ono jednym z moich tutejszych zaskoczeń. Jestem pewna, że nie ostatnim.

Stoliczku nakryj się – zero waste po szwajcarsku

Food_Waste_Karotten_595

Unikatowe marchewki można tylko kochać. Fot. nachhaltigleben.ch

Niedawno pisałam o tym, co Szwajcarzy robią z odpadami atomowymi. Teraz też będzie o śmieciach, ale tych nam bliższych, bo codziennych.

Zajrzyjcie do swoich lodówek. Ile ze zgromadzonego tam jedzenia trafi za kilka dni na śmietnik? Przeciętny mieszkaniec Szwajcarii wyrzuca co roku ok. 120 kilogramów żywności, a te statystyki stają się jeszcze bardziej smutne, jeśli wiemy, że połowa produktów spożywczych pochodzi tutaj z importu. Marnujemy więc nie tylko to, co sami wytworzymy, ale też to, co jest efektem pracy ludzi z innych, często uboższych krajów.

Wiadomo, że świat nie jest idealny i zazwyczaj nie zjadamy wszystkiego, co kupujemy. Co się dzieje z resztkami? W szwajcarskich kuchniach warzywa i owoce, a także chleb, jajka, mięso i inne pozostałości organiczne lądują w kompostownikach (listę tego, co wolno tam wrzucić znajdziecie tutaj), a następnie fermentują w specjalnych zielonych kontenerach pod domem, skąd trafiają do stacji przerabiających je na biogaz. Rocznie w samych tylko gospodarstwach domowych kompostuje się 300 tysięcy ton odpadów, a Szwajcarzy chcą, aby do 2030 roku z tego odnawialnego źródła pochodziło 30 procent energii cieplnej wytwarzanej w kraju.

Odpady organiczne to tylko czubek góry lodowej, a w tym przypadku wielkiej góry śmieci. W Szwajcarii rocznie wyrzuca się 2,3 miliony ton żywności. Wydawałoby się, że to głównie wina supermarketów, przecież to tam marnuje się najwięcej jedzenia. I tu zaskoczenie. Połowa z tych ponad dwóch milionów ton to nasz chleb powszedni, czyli żywność, którą wyrzucamy w domach. To oznacza, że w koszach na śmieci ląduje jedna piąta jedzeniowych zakupów każdego z nas. Na drugim miejscu w niechlubnym rankingu jest przetwórstwo żywności, a na trzecim rolnictwo. Natomiast owiany złą sławą handel detaliczny odpowiada tylko za kilka procent odpadów (podobnie jak gastronomia). Z tego wniosek, że największymi szkodnikami jesteśmy my sami, w zaciszu swoich kuchni i jadalni.

(Krótka przerwa na samobiczowanie)

Wróćmy do marketów, które w Szwajcarii robią wszystko, aby unikać wyrzucania dużej ilości jedzenia (utylizacja odpadów kosztuje). Przede wszystkim starają się jak najwięcej opchnąć nam. Jednym ze sposobów jest przecena świeżych produktów – gotowych kanapek, sałatek, ciast – pod koniec dnia. Innym, obniżanie cen żywności, której zbliża się końcowy termin sprzedaży (oznaczany literką A), ale ma jeszcze kilka dni przydatności do spożycia (data B). Moim hitem jest natomiast sprzedawanie taniej brzydkich warzyw i owoców. W Coopie natknęłam się ostatnio na „unikatowe” marchewki po 0,95 CHF za kilogram. Super sprawa, a w dodatku ubawiły mnie ich kształty. Podsumowując, markety sprzedają nam żywność za pół ceny, po to, żebyśmy to my, a nie one ją potem wyrzucili. Zagranie, co by nie mówić, sprytne i opłacalne.

20688871261_3907121720_z

Wielkanocne zajączki można zjeść i po świętach albo oddać innym. Na zdjęciu sortownia szwajcarskiej organizacji pomocowej Stoliczku nakryj się. Fot. www.tischlein.ch

Co się dzieje z jedzeniem, którego nie uda się wcisnąć konsumentom? Weźmy np. wczorajsze pieczywo, przecież jeszcze zjadliwe, ale już nie do wystawienia obok pachnących, świeżych, nadmuchanych bułeczek. Szwajcarskie piekarnie przekazują je do tzw. äss-barów, które następnie sprzedają chleb, bułki i słodkie wypieki za symboliczną cenę (od 0,50 CHF) tym, którym na świeżości aż tak bardzo nie zależy. W 2016 roku (ostatnie dostępne dane) äss-bary „uratowały” w ten sposób ok. 300 ton żywności, karmiąc wczorajszym chlebem pół miliona ludzi w całym kraju. Secondhandowe piekarnie działają w całej Szwajcarii, a ich listę można znaleźć tutaj.

Sklepy i restauracje przekazują to, czego nie sprzedały także organizacjom pomocowym. Takie umowy mają z handlem i gastronomią m.in. Caritas, Schweizer Tafel (Szwajcarski stół) czy Tischlein, deck dich (Stoliczku nakryj się). Działające non-profit stowarzyszenia rozdzielają otrzymaną żywność między potrzebujących: biednych, bezdomnych, chorych, przebywających w ośrodkach pomocy społecznej. Ludzie ze Schweizer Tafel rozdają dziennie 16 ton żywności w 12 regionach kraju, pracownicy Tischlein, deck dich tylko w 2017 roku rozdysponowali 4,2 tysiące ton jedzenia. Również mniejsze sklepy mogą przekazać swoje nadwyżki, co częściej jest też dla nich tańszym rozwiązaniem niż wywóz odpadów. Aby dystrybucję uczynić jeszcze bardziej skuteczną, w 2016 roku zaczął działać w Szwajcarii pierwszy bank żywności online – Food Bridge, który włącza w cały proces ratowania jedzenia również producentów oraz przetwórców, gdzie pozostałości są problemem znacznie większym niż w sprzedaży detalicznej.

To działania systemowe, a schodząc na niższy poziom, ciekawą lokalną inicjatywą jest organizowane przez stowarzyszenie foodwaste.ch wspólne miejskie gotowanie pod hasłem „Twoje miasto podaje do stołu”. Wolontariusze przygotowują posiłki ze wspomnianych już brzydkich warzyw i żywności, która się nie sprzedała, a następnie karmią wszystkich, którzy przyjdą z talerzem. Takie zero waste’owe kulinarne uczty odbyły się już w Bernie, Bazylei, Zurychu, Aarau i Chur. Informacje o kolejnych wydarzeniach znajdziecie tutaj. 

Co możemy na co dzień zrobić my, pozornie trybiki w machinie, a w rzeczywistości przecież aktorzy grający na planecie Ziemia główną rolę (szkodników)? Jedna z opcji to nocne nurkowanie w kontenerach z żywnością, którą wyrzucają markety. W Szwajcarii, w odróżnieniu choćby od Niemiec, nie jest to uznawane za kradzież, więc droga wolna. Jeśli ktoś woli mniej radykalne rozwiązania, może np. ściągnąć sobie na telefon aplikację Too Good to Go i za jej pomocą wyszukać miejsca – sklepy, piekarnie, kawiarnie, restauracje – które pod koniec dnia oddają za kilka franków świeże produkty spożywcze i dania, które się nie sprzedały. W ten sposób można sobie zarezerwować rogaliki na śniadanie albo zestaw sushi na kolację, w zależności od tego, jakie miejsca w naszej okolicy biorą udział w akcji. W Szwajcarii „uratowano” już dzięki temu ponad 230 tysięcy posiłków. Jak to działa? Obejrzyjcie wideo.

Kiedy natomiast zdarzy nam się kupić za dużo albo po wiosennym grillowaniu zostanie kilka paczek całkiem smacznych kiełbasek (oczywiście wegańskich), których już nie sposób przejeść, nasze jedzenie także możemy przekazać dalej. Na rarytasy czekają na przykład tzw. restessbary, czyli miejsca w większych i mniejszych szwajcarskich miastach (pierwsze powstało w 2012 roku w centrum Winterthuru), gdzie można zostawić wciąż nadającą się do spożycia żywność, której nie potrzebujemy. Dla zainteresowanych więcej informacji pod linkiem.

W Szwajcarii robi się wiele, aby nie dopuszczać do wyrzucania jedzenia. Alternatyw dla śmietnika jest sporo, wystarczy tylko chcieć i zadać sobie minimum trudu. Najlepsze rozwiązanie dla nas, konsumentów wydaje się być proste – kupować mniej, maksymalnie wykorzystywać resztki i starać się nie robić zapasów świeżych produktów, które i tak kończą potem w koszu na śmieci. Jeśli ktoś nie potrafi, są już na rynku inteligentne lodówki, które planują optymalną ilość jedzenia, uwzględniając potrzeby całej rodziny. Wszystkie chwyty dozwolone. Byleby nie marnować. Żywności ani pieniędzy.

Kobieta od kultury – rozmowa z Joanną Olczak

Joanna Olczak. Łodzianka, od dziewięciu lat w Szwajcarii. Kobieta od kultury – z wykształcenia teatrolog, w Polsce pracowała jako kierownik literacki w Teatrze Powszechnym w Łodzi, pisała też scenariusze do filmów i seriali telewizyjnych. Pamiętacie serial „Na dobre i na złe”? Historie przypadków medycznych i prywatnych perypetii bohaterów to dzieło Joanny i jej konsultanta, lekarza, a prywatnie męża, Michała.

W Szwajcarii Joanna również zajmuje się kulturą. Działa w Polskim Towarzystwie Winterthur organizując spotkania z polskimi pisarzami, a od niedawna prowadzi też Klub Książki w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu. To miejsce spotkań Polaków zainteresowanych literaturą i nałogowych pochłaniaczy książek, otwarte dla każdego, kto lubi czytać.

Specjalnie dla Was, czytelników i czytelniczek bloga I’m not Swiss, Joanna opowiada o miłości do książek, głodzie dyskusji i o tym, jak żyjąc za granicą możemy pielęgnować kontakt z polską kulturą.

IMG_7872

Na tarasie Hotelu Schatzalp w Davos, gdzie Tomasz Mann,  popijając kawę ze śmietanką, wpadł na pomysł napisania „Czarodziejskiej Góry”. Fot. archiwum prywatne

Co teraz czytasz?

„Listy z Polski” Josepha Rotha. Autor to Żyd pochodzący ze wschodniej Galicji, Austriak z wyboru, w latach 20. XX wieku był dziennikarzem „Frankfurter Zeitung”. Ta książka to zapis jego korespondencji z czasów międzywojnia, w formie krótkich listów. Szalenie ciekawa lektura, która pokazuje ówczesną Polskę oczami obserwatora z zewnatrz. Okazuje się, że nasze problemy, niechęci, kompleksy wcale się tak bardzo od tamtej pory nie zmieniły. Chętnie czytam reportaże historyczne, świadectwa minionego czasu, aby dotrzeć do źródeł zjawisk, które w dzisiejszym świecie są dla mnie trudne do zrozumienia.

Lubię też reportaż podrożniczy. Moją wielką miłością jest Tiziano Terzani, włoski dziennikarz, który wędrował po Azji, a podróż była dla niego nie tylko przemieszczeniem się w sensie geograficznym, ale też doświadczeniem duchowym i intelektualnym. Poza tym uwielbiam kryminały, to moja wielka pasja. Często je sobie dawkuję, żeby przyjemność z czytania mogła trwać dłużej. Staram się też być na bieżąco z polską literaturą.

Organizujesz w Szwajcarii spotkania z polskimi pisarzami. Skąd ten pomysł i kogo już miałaś okazję gościć?

Zapraszanie raz do roku polskiego pisarza do Szwajcarii to już tradycja. Zapoczątkowało ją Towarzystwo Polskie Winterthur, ludzie, którzy do Szwajcarii emigrowali w latach 80. XX i byli szalenie spragnieni polskiej kultury. To było pokolenie, które czytało książki, więc tęsknota za polskim słowem była wtedy bardzo duża. Między innymi z tej tęsknoty narodziła się idea zapraszania polskich twórców do Szwajcarii, a ja po przyjeździe tutaj miałam okazję poznać osoby, które się tym zajmowały.

Kiedy w 2017 roku miał przyjechać do nas Ziemowit Szczerek, okazało się, że brakuje kogoś, kto poprowadziłby spotkanie z nim. Wtedy ówczesny prezes Towarszystwa Jakub Siczek poprosił o to mnie, a ja bardzo chętnie się zgodziłam i tak zostałam do dzisiaj. Obecnie przy organizacji wizyt współpracujemy z Instytutem Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu, który udostępnia nam salę i jest gospodarzem i współorganizatorem spotkań.

Dzięki Towarzystwu Polskiemu Winterhur w Szwajcarii gościł cały przekrój twórców polskiej literatury. Była Olga Tokarczuk, był Andrzej Stasiuk, Jacek Hugo-Bader, Andrzej Sapkowski, Marek Krajewski, Janusz Wiśniewski. Chcemy prezentować autorów, zajmujących się różnymi gatunkami literackimi. W ubiegłym roku w aurze skandalu przyjechał do nas Janusz Rudnicki. Spotkanie było bardzo kameralne, czytaliśmy na głos teksty autora, który okazał się świetnym rozmówcą. To była jedna z fajniejszych wizyt.

Jak wyglądają takie spotkania i kogo możemy się spodziewać w najbliższym czasie?

Staramy się, żeby formuła była dość otwarta, ponieważ w spotkaniach uczestniczą bardzo różni ludzie. Część z nich to stara emigracyjna gwardia, Polacy mieszkający w Szwajcarii od lat, ale przychodzą też młode osoby, które są tutaj od niedawna i chcą poznać innych Polaków o podobnych zainteresowaniach. Ciekawą grupą są natomiast studenci polonistyki z Uniwersytetu w Zurychu. To Szwajcarzy i obcokrajowcy w wieku od 20 do nawet 60 lat, którzy uczą się polskiego i zależy im na kontakcie z językiem i kulturą.

Rozmowę na forum publicznym prowadzimy wspólnie z Małgorzatą Gerber, wykładowczynią polonistyki w Instytucie Slawistyki, a później dyskusja przenosi się w kuluary, gdzie przy polskich albo szwajcarskich przekąskach i kieliszku wina mamy okazję poznać osobiście twórcę, zapytać o interesujące nas kwestie czy poprosić o autograf. W listopadzie ubiegłego roku gościliśmy krytyczkę literacką Justynę Sobolewską, która opowiadała o najnowszej literaturze polskiej. Na to spotkanie przyszło ok. 50 osób, ledwo pomieściliśmy się w sali. Widać, że zainteresowanie jest duże, tym bardziej cieszymy się, że udało się nam pozyskać współfinasowanie tej inicjatywy. Fundusze uruchomił Uniwersytet w Zurychu oraz polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dzięki temu będziemy mogli zapraszać kolejnych ciekawych twórców, być może również z innych dziedzin kultury oraz częściej niż raz do roku.

Tymczasem lista pisarek i pisarzy, których chcielibyśmy gościć jest bardzo długa. Moim wielkim marzeniem jest na przykład to, żeby odwiedził nas Mariusz Szczygieł, jeden z moich ulubionych polskich pisarzy. Najbliższym naszym gościem będzie Magdalena Grzebałkowska, autorka takich książek jak „1945. Wojna i pokój”, „Beksińscy – portret podwójny” czy biografii Krzysztofa Komedy. Spotkanie odbędzie się 8 kwietnia, oczywiście tradycyjnie w gościnnych progach Instytutu Slawistyki.

Niedawno wystartowałaś ze swoją autorską inicjatywą Klubu Książki. Pierwsze spotkanie odbyło się w lutym. Brakowało Ci dyskusji o literaturze?

Od dziecka cierpię na jednostkę chorobową zdiagnozowaną jako chroniczna abibliofobia, czyli strach przed tym, że nie będę miała co czytać. Kiedy wracamy z Polski do Szwajcarii nasze auto zwykle jest wypakowane książkami, co nieustannie rozczarowuje szwajcarskich celników. Literatura zawsze była ważna w moim życiu. Wciąż jestem mocno przywiązana do formy papierowej, kocham trzymać w ręku książkę, czuć zapach papieru. Książka to dla mnie po prostu piękny przedmiot i choć mam czytnik ebooków, to póki co leży sobie nieużywany na półce. W Szwajcarii czułam się nieco osamotniona w mojej miłości do literatury, nie miałam towarzystwa, z którym mogłabym wymieniać się książkami, pomysłami na lektury, rozmowami o tym, co ostatnio przeczytałam. Szukałam pomysłu na to, aby stworzyć grono ludzi, którzy chętnie czytają, dla których to jest ważne i którzy to zwyczajnie lubią.

Do założenia Klubu Książki ośmieliła mnie właśnie wspomniana Justyna Sobolewska, która powiedziała, że dyskusyjne kluby książki, działające np. w bibliotekach, są bardzo powszechne w Polsce i skupiają środowiska ludzi zainteresowanych literaturą. To mnie przekonało, żeby spróbować stworzyć coś podobnego tutaj w Szwajcarii. Udało mi się pozyskać salę od Instytutu Slawistyki, zupełnie bezkosztowo, i w lutym tego roku odbyło się pierwsze spotkanie. Na zachętę zaproponowałam opowiadania Olgi Tokarczuk z jej ostatniej pozycji „Opowiadania bizarne”. Zjawiło się dziesięć kobiet, o różnych preferencjach czytelniczych, ustaliłyśmy ramy naszych spotkań, a co najważniejsze powstał zaczyn klubu, który mam nadzieję będzie działał intensywnie i będzie dla nas comiesięcznym świętem literatury. Liczę na to, że do naszego grona dołączą też czytający mężczyźni.

Jakie książki będą omawiane na kolejnych spotkaniach?

Chciałabym, żeby te spotkania odbywały się na zasadzie klasycznego klubu dyskusyjnego. Wybieramy książkę, jest miesiąc na to, aby ją przeczytać, a następnie zbieramy się i o niej rozmawiamy. Dobrze byłoby z czasem tę formułę wzbogacić, wprowadzając np. rekomendacje książek czy prezentacje swoich ulubionych pisarzy. Chciałabym, żeby każdy uczestnik klubu mógł do niego dołożyć swoją cegiełkę, ale też wyjść poza to, co czyta na co dzień i poznać inne tematy, gatunki literackie i różnych autorów.

Następne spotkanie mamy zaplanowane na 19 marca i będziemy rozmawiać o książce Zyty Rudzkiej „Krótka wymiana ognia”, która została uznana za jedną z najważniejszych powieści minionego roku wydawniczego, a ja uważam ją za jedną z lepszych polskich książek jakie wyszły w ostatnich latach w ogóle. Spotkania będą się odbywały co miesiąc, a lektury będziemy wybierać na bieżąco. Technologia idzie nam na rękę, dostępność książek jest duża, również w formie audiobooków, ebooków, więc każdy ma możliwość dotarcia do konkretnego tytułu.

Moją pierwotną ideą było to, abyśmy czytali polską literaturę. Mieszkamy za granicą, czytamy w różnych językach, po niemiecku, angielsku, ale nie zawsze jesteśmy na bieżąco z tym, co dzieje się w dziedzinie literatury na rodzimym podwórku. Polska literatura przeżywa rozwit, mamy wielu wspaniałych twórców, jak Olga Tokarczuk, która jest autorką światowego formatu, jak Szczepan Twardoch, który porusza trudne tematy i szuka dla nich popularnej formy. Oprócz literatury pięknej powstaje w Polsce świetny reportaż, dobre kryminały. Pojawiają się też nowe trendy, gdzie gatunki stają się płynne i wychodzi się poza ich ustalone ramy. Książka Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” czy najnowsza pozycja Mariusza Szczygła „Nie ma” to są rzeczy, które trudno jest wepchnąć do szuflady z napisem powieść, reportaż czy wspomnienia. Dlatego mam nadzieję, że będziemy czytać polską literaturę w całym jej spektrum – nowości, ale też tytuły, które są warte odświeżenia.

Oczywiście jestem też otwarta na różne inne propozycje, np. na autorów szwajcarskich, którzy są ważni. Nie chcę tworzyć sztywnych ram klubu, ale działać na zasadach demokratycznych. W końcu mieszkamy w Szwajcarii. Chciałabym, żeby każdy mógł się poczuć częścią tego przedsięwzięcia. To ma być wymiana – myśli, opinii, pasji, dlatego zapraszam serdecznie wszystkich na kolejne spotkania. Można dołączyć w każdej chwili i nie ma się czego bać, bo jak to mówią, książki nie gryzą, książki pochłaniają w całości.

Co jeszcze poleciłabyś zainteresowanym kulturą Polakom mieszkającym w Szwajcarii?

W naszej wciąż w gruncie rzeczy niewielkiej społeczności polonijnej jest sporo inicjatyw kulturalnych. Od ponad 30 lat działa Klub Miłośników Żywego Słowa Barbary Młynarskiej, aktualnie w Brugg i tam raz na kwartał odbywają się wydarzenia kulturalne z naprawdę wysokiej półki, którę przyciągają liczną publiczność. W tym roku przyjeżdża Hanna Banaszak, Piotr Machalica z piosenkami Jonasza Kofty, Dorota Miśkiewicz z recitalem, Jerzy Bralczyk z Michałem Ogórkiem w duecie. W ubiegłym roku z okazji 100-lecia odzyskania niepodłegłości Polski w Teatrze Stok w Zurychu odbył się Festiwal Kultury Polskiej, zorganizowany przez polską pianistkę Agnieszkę Bryndal, mieszkającą w Szwajcarii od lat. Poza tym są inicjatywy lokalne, skupiające Polaków w różnych częściach Szwajcarii. Jest naprawdę dużo ludzi, którzy działają tutaj na niwie kultury. Bo jak śpiewał Wojciech Młynarski :

Jeśli za mało książek znasz –

To ci wychodzi na twarz.

Gdy nie wiesz kim był J.S. Bach –

To spłaszcza ci czółka dach.

Nieznany Ci Edypa los –

To deformuje ci nos…

Rozmawiała Agnieszka Kamińska

—————————————————————————————————————————————–

Spotkanie z Magdaleną Grzebałkowską odbędzie się 8 kwietnia (poniedziałek) w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu przy Plattenstrasse 43. Początek o godz. 18.15. Wstęp: 20 CHF.

Kolejne spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki odbędzie się 19 marca (wtorek) o godz. 18.30 w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu przy Plattenstrasse 43. Będziemy rozmawiać o książce Zyty Rudzkiej „Krótka wymiana ognia”.

Razem z Joanną serdecznie Was zapraszamy!

Szwajcarski dwugłos #2 Pralka w domu czy w piwnicy?

DIGI5x7templateHORIZ

„Szwajcarski dwugłos” to seria pytań i odpowiedzi, w której autorzy blogów I’m Not Swiss – Agnieszka Kamińska i Swiss Tales – Lambert Król wypowiadają się na różne tematy związane ze szwajcarską rzeczywistością.

Poniżej przeczytacie moje odpowiedzi na pytania, a jeśli jesteście ciekawi, co myśli Lambert, zapraszam na jego bloga (link na końcu tekstu).

Szwajcarski transport – komunikacja publiczna czy auto?

Właśnie mija rok odkąd nie mamy auta. Podsumowując – same plusy. Nie dość, że udaje nam się oszczędzić kilkaset franków miesięcznie, to jeszcze jesteśmy bardziej fit (mąż dojeżdża rowerem do pracy) i nie zanieczyszczamy środowiska. Samochód to niewątpliwie wygoda, ale komunikacja publiczna w Szwajcarii jest na tak wysokim poziomie, że mieszkając w mieście można z powodzeniem żyć bez samochodu. Powiecie, że ceny biletów powalają. Ponieważ sporo jeżdżę pociągami (ostatnio m.in. do Bazylei), mam sposoby, aby po kraju poruszać się za nie więcej niż 30-40 CHF. Wyszukuję bilety o obniżonej cenie albo korzystam z oferty dziennych biletów w mojej gminie. Poza tym mam też Halbtax, który uprawnia do korzystania z transportu publicznego w całej Szwajcarii ze zniżką. Jedyne, co mnie martwi, to coraz częstsze opóźnienia pociągów. 

Pralka – w domu czy w piwnicy?

Wizja dzielonej z sąsiadami pralki przeraża mnie niczym większość Szwajcarów akcesja do Unii Europejskiej. Lista kolejkowa, wyznaczony na pranie jeden dzień w tygodniu, wojna podjazdowa z sąsiadami, łącznie z wyrzucaniem prania na podłogę i kłótnie o higienę w pralni. Ponieważ nic nie jest mi droższe niż swoboda, nawet jeśli chodzi o swobodę prania, podczas poszukiwań mieszkania głównym kryterium była dla mnie pralka w łazience lub chociaż miejsce na jej podłączenie. Z punktu widzenia Polaka – rzecz niewiarygodna. Czasami myślę sobie, że Szwajcarzy wymyślili te wspólne pralnie jako formę integracji sąsiadów. Z zasłyszanych historii o konfliktach wnioskuję jednak, że ta koncepcja się nie do końca sprawdza. 

Przerwa w kinie – strata czasu czy „super, idę na lody”?

Pamiętam moje pierwsze wyjście do kina w Szwajcarii. Mniej więcej po godzinie seansu ekran gaśnie i włączają się światła. – Coś się zepsuło? – pytam męża. – Nie, no przerwa jest. Chcesz loda? Przerwa w kinie – jedna ze szwajcarskich fanaberii, która na początku mnie śmieszyła, a teraz nawet ją doceniam. Można skoczyć do toalety czy kupić coś do picia. Co robią Szwajcarzy? Zazwyczaj jedzą wtedy lody, bez względu na porę roku. O wiele bardziej niż przerwa w kinie mierzi mnie dubbingowanie filmów. Ponieważ do kina chodzę dość często, zawsze muszę szukać wersji oryginalnej i zdarza się, że specjalnie jadę do odległego miejsca w Zurychu tylko po to, aby posłuchać aktorów, a nie niemieckich podkładaczy. Wyobrażacie sobie, że sporo Szwajcarów nigdy w życiu nie słyszało głosu Jacka Nicholsona? Z kolei mój mąż ilekroć jesteśmy w Polsce nie może się nadziwić, że jeden człowiek czyta dialogi wszystkich aktorów. Ot, różnice kulturowe. 

Coop czy Migros, a może u rolnika?

Szwajcarzy dzielą się na tzw. dzieci Coopa (Coopkind) i dzieci Migrosa (Migrokind). Te dwie największe sieci marketów w kraju, mające też swoje banki, biura podróży, szkoły językowe czy pola golfowe są gigantami, które rządzą handlem detalicznym w Szwajcarii. Możecie być pewni, że tam, gdzie jest Migros, w odległości góra kilkuset metrów stoi i Coop, a jeśli Coop robi akurat promocję na coca colę, to Migros przecenia rivellę. Ja jestem dzieckiem Coopa. Dlaczego? Bo mam go najbliżej domu i przyzwyczaiłam się już do kupowanych tam produktów. Poza tym w Coopie można kupić wino (Migros nie sprzedaje alkoholu). Oprócz zakupów w marketach, chodzimy też do pobliskiego rolnika, gdzie w sklepiku między krowią oborą a kurzymi grzędami można kupić wołowinę, sezonowe warzywa, olej czy jajka. Takie miejsca działają na zasadzie „honesty shopping”, czyli nie mają sprzedawcy. Wchodzimy, wybieramy co chcemy, a następnie wrzucamy pieniądze do puszki. To miłe, że niektóre działania w szwajcarskim społeczeństwie wciąż opierają się na zaufaniu do drugiego człowieka. 

Picie po szwajcarsku – wino, piwo, Rivella?

Choć Szwajcaria nie kojarzy się z winiarską potęgą, to produkuje się tutaj sporo tego trunku, a jeszcze więcej konsumuje. Przeciętny Szwajcar wypija rocznie 33 litry wina, co oznacza jakieś trzy butelki w miesiącu. Szwajcarskie wino ustępuje jakością wytworom sąsiadów, ale czasem trafiają się perełki. Problemem jest cena. Za średniej jakości helweckiego fendanta czy pinotnoira zazwyczaj zapłacimy więcej niż za porządne włoskie primitivo czy przyzwoitego niemieckiego rieslinga. Ja z chęcią próbuję szwajcarskich win, które dobrze współgrają zwłaszcza z tradycyjnymi potrawami, jak fondue czy raclette. Latem piję też piwo z lokalnych browarów, które ma niską zawartość alkoholu i jest serwowane w małych butelkach. Takie w sam raz na raz. Rivella, czyli słynny napój z serwatki, z kolei idealnie gasi pragnienie podczas górskich wędrówek. 

Odpowiedzi Lamberta przeczytacie tutaj: http://swisstales.pl/szwajcarski-dwuglos-2-pralka-w-domu-czy-w-piwnicy