Windą na Matterhorn, czyli gdzie są granice szwajcarskiej turystyki

st0005807_la-chaux-de-fonds_sommer_36518

La Chaux de Fonds z lotu ptaka. Fot. myswitzerland.com

Majówka 2019. Jadę na drugą stronę Röstigraben, czyli do francuskojęzycznej Szwajcarii. Najpierw Neuchatel/Neuenburg – błękitne jezioro, ośnieżone szczyty Alp (ledwo widoczne, ale wiem, że tam są), kamienice z piaskowca, brukowane uliczki, zamek. Potem Yverdon les Bains z campingowym, urlopowym klimatem, takim, że aż chce się zanucić „Chałupy welcome to”. Ładnie, jak to w Szwajcarii. Z tą różnicą, że na cüpli, czyli kieliszek prosecco mówi się tu flute i wszyscy udają, że nie znają słowa po niemiecku, choć uczyli się tego języka w szkole (wybaczam, też się uczyłam francuskiego, z marnym skutkiem).

Kiedy po pół godziny jazdy pociągiem z pocztówkowego Neuchatel wysiadłam na dworcu w La Chaux de Fonds poczułam się trochę, jakbym z Melediwów trafiła do Wejherowa. Niezrażona estetyką terenów okołodworcowych, ruszyłam w miasto, w którym urodzili się Le Corbusier i Louis Chevrolet (i jeden i drugi opuścił Szwajcarię), a w 2009 roku dostąpiło zaszczytu wpisania na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Wspinając się po stromych ulicach (miasto leży na 1000 m npm w górach Jury), których układ przypomina nowojorski Manhattan w miniaturze, powoli odkrywałam Szwajcarię, jakiej jeszcze nie miałam okazji oglądać. Zamiast ozdobnych kamienic z kolorowymi okiennicami, proste, kilkupiętrowe budynki, przytulone do siebie tak, jakby ktoś chciał wygrać konkurs na upchnięcie jak największej liczby domów na jednej przecznicy. Wąskie, przecinające się pod kątem prostym ulice, które nie zostawiają miejsca na przestronne place. Z góry widok na blokowiska, betonowe mosty, cegłę, kominy i szklane plomby. Miasto-fabryka. Symbol minionej epoki przemysłowej.

La Chaux de Fonds odbudowano w duchu urbanistycznego pragmatyzmu po pożarze w 1794 roku. Przestrzeń miejską zaaranżowano tak, aby pasowała do intensywnie rozwijającej się tu produkcji zegarków (ten region Szwajcarii jest nazywany Watch Valley). Najważniejszy stał się przemysł i robotnik. Miało być funkcjonalnie, bez wydziwionych architektonicznych form i zbędnych dekoracji. Dzisiaj to położone kilka kilometrów od granicy z Francją miasto, z bezrobociem znacznie przekraczającym szwajcarską średnią i wysokim odsetkiem imigrantów, wydaje się być miejscem zapomnianym, do którego nie docierają spragnieni instagramowych kadrów turyści.

Fakt, trudno tutaj o malownicze tło do selfie. W dzień wolny od pracy całe życie miejskie zdawało się koncentrować wokół przydworcowego macdonalda. Obiecująca wiele swoją nazwą Promenda Le Corbusiera okazała się być wyłożoną betonowymi płytami aleją przy torach kolejowych, z obskurnymi garażami po jednej i nowoczesnymi klockowatymi apartamentami po drugiej stronie. La Chaux de Fonds to chyba jedno z tych miejsc, które odwiedza się raz i już tu nie wraca. Które nawet w słoneczny, majówkowy wieczór, nie przyciąga turystów.

A takich miejsc w Szwajcarii nie ma zbyt wiele. Gospodarka zarabia na turystach prawie 50 miliardów franków rocznie. W samych tylko hotelach i innych miejscach noclegowych zwiedzający zostawili w 2018, rekordowym roku, ponad 38 miliardów franków. Turystyka jest jedną z najważniejszych helweckich branż eksportowych, generując roczne obroty porównywalne ze sprzedażą zegarków za granicę. To ogromny biznes, który skutkuje coraz bardziej uciążliwym dla mieszkańców przeludnieniem oraz podziałem kraju na miejsca „turystyczne” i takie, które dopiero się nimi staną.

Samą Lucernę, uwielbianą przez zagranicznych turystów, odwiedza rocznie ponad dziewięć milionów osób. Na każdego mieszkańca przypada tu 116 zwiedzających, więcej niż w przesyconej turystami Wenecji. Najwięcej emocji wzbudzają przybywające do Lucerny na zaproszenie międzynarodowych firm grupy pracowników z Azji. W przyszłym tygodniu miasto odwiedzi rekordowo liczna grupa 12 tysięcy sprzedawców kosmetyków z Chin. Władze zapewniają, że mają wszystko pod kontrolą. Choć Szwajcarzy narzekają na zastawione autokarami centrum miasta, wylewające się na ulice tłumy i podbijanie cen, to wiedzą, że turyści równa się kasa. Szacuje się, że sama tylko wspomniana wizyta z Chin da regionowi zastrzyk gotówki w wysokości 4 milionów franków.

Lucerna i okolice stały się ofiarą swojego turystycznego sukcesu. Podobny los spotkał m.in. słynną górską restaurację Äescher-Wildkirchli, przyklejoną do skał Ebenalp na wysokości 1640 m npm. Dawniej było to miejsce, do którego docierali głównie lokalni mieszkańcy i szukający schronienia miłośnicy alpejskich wędrówek. Do czasu, kiedy w 2014 roku pojawiło się na okładce National Geographic jako turystyczny „kierunek życia”. Miejsce ze 170-letnią tradycją nie wytrzymało nalotu turystów uzbrojonych w smartfony. Dotychczasowi zarządzający restauracją, przytłoczeni ogromem chcących skorzystać z ich gościny osób, zrezygnowali z jej prowadzenia. Dopiero w miniony weekend Äescher otworzyła swoje podwoje pod nowym kierownictwem.

W wielu miejscach Szwajcarii sezon turystyczny trwa właściwie przez cały rok. Zimą przyjeżdża się na narty i świąteczne jarmarki, latem – na górskie wędrówki, wycieczki słynnymi trasami kolejowymi, zwiedzanie miast. Oprócz tego są gondole-kabriolety, wagoniki z przeszkloną podłogą, wykładane kryształkami Swarovskiego, kolejki, którymi da się wjechać na niedostępne dla przeciętnego turysty szczyty Alp. Nie chodzisz po górach? Nie ma problemu – my cię na nie wwieziemy, choćbyś miał tam brodzić w śniegu w samych klapkach. Byle wyżej, dalej, drożej.

Uruchomiona w ubiegłym roku kolejka linowa Matterhorn Glacier Ride pozwala każdemu, kogo na to stać, wjechać na wysokość ponad 3800 metrów npm. To najwyższy dostępny dla masowej turystyki punkt w Europie. Co będzie następne? Winda na Matterhorn? Całym sercem jestem za swobodą podróżowania i korzystania z dobrodziejstw techniki. Sama często jestem turystką w Szwajcarii i poza nią. Alpejskie szczyty wolę jednak oglądać z dołu, a te, na które nie mogę wejść, zwykle zostawiam w spokoju.

Aby zachować dystans do ekspansywnej szwajcarskiej turystyki, dobrze jest czasem pojechać w miejsca, o których nie pisze się na pierwszych stronach przewodników. Zamiast szukać punktów widokowych i panoram, posłuchać historii i odkryć, że Szwajcaria ma różne oblicza. Nawet, jeśli nigdy nie wrócę do La Chaux de Fonds, to pozostanie ono jednym z moich tutejszych zaskoczeń. Jestem pewna, że nie ostatnim.

Szwajcarskie sposoby na świąteczny stres

Grudniowe święta kojarzą się Wam z nerwową atmosferą, pogonią za prezentami, myciem okien i godzinami spędzonymi w kuchni? Przeczytajcie, jak to robią Szwajcarzy.

web_zurich_weihnachten_weihnachtsmaerkte_1600x900

Fot. Zürich Tourismus

Grzaniec dobry na wszystko

Zamiast snuć się po centrach handlowych, lepiej postać na świeżym zimowym powietrzu, rozgrzewając się grzańcem i roztopionym serem z ziemniakami. Początek adwentu to w Szwajcarii start sezonu na świąteczne jarmarki (większość otwiera się już pod koniec listopada). W całym kraju jest ich ponad czterysta, właściwie każde miasto i miasteczko ma swoją bożonarodzeniową wioskę, a do najpiękniejszych i najliczniej odwiedzanych zalicza się m.in. jarmarki w Einsiedeln (trwa tylko tydzień), Montreux, St. Gallen czy w Zurychu na placu pod operą (na zdjęciu powyżej).

Co można robić na jarmarku? Pić grzane wino albo ciepły poncz, jeść chleb czosnkowy, raclette lub ciasto z jabłkami, kupić mniej lub bardziej przaśne rękodzieło, a przede wszystkim spotkać się ze znajomymi i wdychać (dosłownie, zważywszy na różnorodność zapachów) atmosferę świąt. Przyznam, że jeszcze do niedawna jarmarki uwielbiałam, ale ostatnio jakoś mi zbrzydły. Wino za słodkie, ludzi za dużo, dekoracje nieznośnie kiczowate.. Tak, w tym roku jestem wyjątkowym Grinchem.

Znacznie bardziej podobają mi się za to Fonduestube, czyli budowane specjalnie na okoliczność świąt drewniane chatki w stylu alpejskim, gdzie można usiąść i w cieple zjeść fondue i inne zimowe kulinarne specjały. Jeśli ktoś lubi rustykalne klimaty rodem z krainy Heidi, grzanie pupy na owczych kożuchach przy nakrytych obrusem w kratkę stołach, a przede wszystkim zapach sera z kirschem, szwajcarskie Fonduestube to idealne miejsce na zrelaksowanie się przed świętami. Zwłaszcza te w miastach są oblegane, więc miejsce warto zarezerwować wcześniej.

Czekoladki i gotówka 

Rzecz dzieje się cztery lata temu. To moja pierwsza zima w Szwajcarii i świąteczne spotkanie z rodziną męża. Polskim zwyczajem nerwowo buszuję w poszukiwaniu idealnych prezentów, żeby zrobić jak najlepsze wrażenie na przyszłej teściowej. Mąż kompletnie nie rozumie mojego przejęcia. – Co dla mamy? Czekoladki, jak co roku.

Takie podejście do prezentów potwierdzają ogólnokrajowe statystyki. Trzy czwarte Szwajcarów obdarowuje swoich bliskich słodyczami lub innymi produktami spożywczymi. Czekoladki i wino to żelazny zestaw prezentowy, który – w co mocno wierzą Szwajcarzy – ma uszczęśliwić każdego. Kolejne miejsca na szwajcarskiej liście życzeń zajmują książki, a także bony podarunkowe oraz – pragmatycznie do bólu – gotówka.

W Szwajcarii nie ma zwyczaju dawania drogich prezentów. Przeciętny Szwajcar wydaje na podarunki mniej niż 300 franków, a zakupy wciąż lubi robić tradycyjnie – raczej w sklepach i centrach handlowych niż przez internet.

slide-4

Fot. santaclaus.ch

Potęga przytulności

Nie wiem jak Wy, ale ja nie widzę w Szwajcarii przed świętami masowego mycia okien. O wiele ważniejsze niż sterylna czystość wydaje się być odpowiednie udekorowanie mieszkania. Szwajcarzy są w tym mistrzami świata. Zaczynają na początku grudnia od stroików adwentowych, a ledwo się człowiek obejrzy, już upstrzone światełkami są okna, balkony i ogródki. Sklepy wnętrzarskie właściwie od listopada przeżywają oblężenie, a katalogi co roku lansują nowe mody – a to czarno-biały minimalizm, a to wręcz odwrotnie – kolory i wzory jak w amazońskiej dżungli, nawet na choinkowych bombkach.

Szwajcarzy lubią urządzać swoje domy przez cały rok, ale święta dają im wyjątkowo duże pole do popisu. Najważniejsza zasada – ma być „gemütlich”, czyli przytulnie i jak najbliższej natury, stąd nawet drewniany kołek z wyciętymi gwiazdkami i miejscem na świeczkę może stać się pożądaną ozdobą świątecznego stołu.

Ponieważ rok w rok święta spędzam w Polsce, nie biorę udziału w szwajcarskim wyścigu zdobień, ale z zaciekawieniem go obserwuję. Nie udało mi się znaleźć informacji, ile Szwajcarzy wydają rocznie na dekoracje świąteczne, ale wiem, że jest opcja wypożyczenia nie tylko choinki, ale i choinkowych ozdób. Tanie używane błyskotki można też kupić w Brockenstube, czyli tutejszych secondhandach ze wszystkim.

 

resized_480x280_orig_fondue_chinoise_1

Fot. Zug Tourismus

Nieważne co, ważne, że z mięsem

Podczas gdy polskiej tradycji przyświeca zasada „zastaw się, a postaw się”, zwłaszcza jeśli chodzi o to, co na stole, Szwajcarzy podchodzą do sprawy znacznie mniej ambicjonalnie. Żadnego wystawania godzinami w kuchni, przygotowywania wymyślnych potraw, zapełniania lodówek i szerzenia terroru pod hasłem „no zjedz jeszcze kawałek”.

Szwajcar po prostu stawia na stole gar gotującego się bulionu i deskę mięsa, które następnie wszyscy w owym garze maczają i zajadają. Nazywa się to fondue chinoise i jest popularną potrawą świąteczną od St. Gallen po Genewę. Do tego wino w dużych ilościach, a na koniec obowiązkowy deser w postaci Weihnachtsguetzli, czyli ciasteczek najlepiej domowego wypieku. Chyba, że jesteśmy we włoskiej części kraju. Tam tradycyjnym zimowym ciastem jest Panettone, czyli babka z rodzynkami i kandyzowanymi owocami.

Tak to wygląda w dużym uproszczeniu, bo oczywiście w święta w Szwajcarii je się też inne potrawy, w zależności od regionu i rodzinnych tradycji. Na przykład w kantonie Aargau na stołach często goszczą paszteciki wypełnione wołowym gulaszem z dodatkiem marchewki i groszku. Do świątecznych klasyków należy też pieczeń z ziemniakami i brązowym sosem. Ogólnie szwajcarskie potrawy – w tym te uroczyste – to nie jest kuchnia najwyższych lotów, a jej podstawą jest mięso. Bez niego świąt nie wyobraża sobie aż ponad 60 procent Szwajcarów.

Święta pod palmami 

Na narty albo do ciepłych krajów. Co piąty Szwajcar, chcąc uniknąć stresu i niepewnej pogody, w czasie świąt po prostu wyjeżdża. W tym roku najpopularniejszym kierunkiem jest Tajlandia, bo tanio, można wylegiwać się na plaży i smacznie zjeść. Wśród innych często wybieranych na zimowe wyjazdy miejsc znajdują się też duże miasta, m.in. Nowy Jork, Londyn czy Wiedeń.

Ci, którzy święta chcą spędzić aktywnie, robią w tym czasie wypady na narciarskie stoki w szwajcarskich albo austriackich Alpach, choć deficyt śniegu w ostatnich latach krzyżuje pewnie plany wielu fanom białego szaleństwa.

Na koniec chyba najważniejsze. Zdecydowana większość Szwajcarów, pytanych o to, co robią w święta, odpowiada, że po prostu cieszy się spokojem. I tego właśnie sobie i Wam w najbliższych dniach gorąco życzę.

karibisches-Weihnachten

Tajemnica dworcowego zegara

Waży średnio 30 kg i wisi na każdym z ponad 600 dworców kolejowych w kraju. Jest tak słynny, że jako dzieło sztuki wystawiono go nawet w nowojorskim muzeum sztuki nowoczesnej. Mowa o kultowym zegarze szwajcarskich kolei SBB.

Idealnie okrągły, czarno-biały, z kreskami zamiast cyfr. Minimalistyczny. Wyróżnia go charakterystyczny czerwony sekundnik, który nigdy nie odmierza pełnej minuty.

sbb-uhr

Fot. SBB

Historia zegara sięga lat 40. XX wieku, kiedy to Hans Hilfiker, inżynier elektryk, pracownik szwajcarskich kolei otrzymał zadanie ujednolicenia systemu odmierzania czasu na dworcach i zaprojektował zegar, który miał się stać symbolem SBB i szwajcarskiej punktualności. Inspiracją dla czasomierza był ponoć dysk sygnalizujący odjazd pociągu, używany przez maszynistów. Czerwona wskazówka sekundnika została dodana dopiero w 1955 roku.

Licencję na produkcję dworcowych zegarów według projektu Hilfikera otrzymała firma Moser-Baer, która produkuje je do dzisiaj. Siedziba firmy znajduje się w niewielkiej miejscowości Sumiswald w dolinie Emmental. Stamtąd gotowe zegary trafiają na setki dworców w całym kraju. W zależności od wielkości ważą od 20 do 50 kg, a każdy składa się z 15 części. Jak powstaje najsłynniejszy zegar w Szwajcarii, zobaczycie na filmiku.

W połowie ubiegłego stulecia największym wyzwaniem dla kolei była synchronizacja wszystkich zegarów odmierzających czas na dworcach. W tym celu stworzono tzw. master clock, czyli zegar główny, który znajdował się w Zurychu i co minutę nadawał sygnał do wszystkich urządzeń w kraju, zapewniając punktualny i bezpieczny ruch pociągów. Aby przy ówczesnej technologii było to możliwe, czerwona wskazówka sekundnika każdego z dworcowych zegarów musiała „zatrzymać się” na godzinie 12, ucinając nieco z każdej minuty po to, aby przyjąć sygnał z centrali. Następnie czarna wskazówka minutnika przeskakiwała z charakterystycznym dźwiękiem na kolejną kreskę zegarowej tarczy.

Dzisiaj taki mechanizm oczywiście nie jest już potrzebny, ale dla zachowania tradycji, Szwajcarzy wciąż „oszukują czas”, a dworcowe zegary odmierzają minutę w 58 i pół sekundy, sprawiając wrażenie, jakby na chwilę czas stanął w miejscu.

Zegar SBB z charakterystycznym wyglądem stał się wzorem dla dworcowych czasomierzy w całej Europie, symbolem szwajcarskiej punktualności, klasykiem współczesnego wzornictwa i kurą znoszącą złote jajka.

THEM, UHR, BAHNHOFHALLE, REISENDE, TREFFPUNKT, UHREN

Miejsce spotkań pod zegarem na dworcu głównym w Zurychu. Fot. tageswoche.ch

Jako przykład szwajcarskiej sztuki użytkowej wystawiono go m.in. w Muzeum Designu w Londynie i w MoMA w Nowym Jorku. Za licencję na używanie tarczy zegara na swoich telefonach i tabletach firma Apple zapłaciła SBB 20 mln franków, a zuryski producent zegarków Mondaine sprzedaje replikę kultowego dworcowego czasomierza w wersji mini na rękę i większej do powieszenia na ścianie. Niektóre modele odtwarzają nawet tradycyjny mechanizm „stop2go” z zatrzymującą się wskazówką. Cena: od 170 CHF wzwyż. Ciekawostka: z zegarkiem SBB na ręce, wejdziemy za darmo do londyńskiego Muzeum Designu.

Dzisiaj dworcowy zegar jest elementem narodowej tożsamości i flagowym towarem eksportowym Szwajcarii. W 2003 roku znalazł się wśród stu zegarów podarowanych miastu St. Petersburg na 300. urodziny. Zegar otrzymała od Szwajcarii również Norwegia jako prezent z okazji stulecia niepodległości.

Gdybyście mieli ochotę zobaczyć największy dworcowy zegar na świecie, wystarczy, że odwiedzicie stację kolejową Bern Wankdorf. To tam, przed główną siedzibą SBB, podziwiać można tarczę zegara o średnicy siedmiu metrów. Atrakcja kosztowała szwajcarskie koleje, bagatela, 700 tysięcy franków.

1969121_pic_970x641

Największy zegar dworcowy na świecie. Fot. bernerzeitung.ch


Źródła:

https://news.sbb.ch/artikel/82722/der-zeit-voraus

https://tageswoche.ch/allgemein/kultwerk-51-sbb-bahnhofsuhr/

https://www.eda.admin.ch/aboutswitzerland/de/home/dossiers/einleitung—schweizer-uhren/spezielle-uhren–schweizer-bahnhofsuhr.html

https://www.20min.ch/finance/news/story/Diese-SBB-Uhr-kostet-700-000-Franken-13517487

https://ch.mondaine.com

Anielica stróżka

Nana Zürich HB

Fot. Zürich Tourismus

Choć nie ma twarzy, wygląda jakby się uśmiechała. Patrzy z góry – na robiących jej zdjęcia turystów, podróżnych czekających na pociąg, ludzi goniących do pracy i tych, którym się nigdzie nie spieszy. Jej dom to hala główna dworca. Ponad pięć tysięcy metrów kwadratowych – nieźle, nawet jak na Zurych.

Ci, co ją znają, już się przyzwyczaili. Wiedzą, że tam jest, ze swoim wydatnym biustem i zalotnie podkurczoną nogą, ale rzadko posyłają jej dłuższe spojrzenie. Wtopiła się w halę, w dworzec, wreszcie – w miasto. Cicha świadkowa codzienności.

Ma na imię Nana i jest imigrantką. Przyjechała z daleka, bo aż z Nowego Jorku. Właściwie to została stamtąd przywieziona, w trzech częściach. Najpierw statkiem do Rotterdamu, później dużą ciężarówką do Bazylei, wreszcie trafiła do swojego nowego domu – Zurychu. Długa droga.

Nie było łatwo, w końcu waży ponad tonę, co przy jedenastu metrach wzrostu stanowi sporą nadwagę. Szwajcarzy nie od razu ją polubili, krytykowali szerokie biodra, nazywali grubaską. Mówili, że nie pasuje, bo jest zbyt kolorowa. Nana się tym nie przejmuje, w końcu ma być symbolem wyzwolonej i pewnej siebie kobiecości.

Tak w ogóle to jest prezentem urodzinowym. Jej twórczyni, Niki de Saint Phalle, podarowała ją zuryskiemu dworcowi na 150. jubileusz otwarcia. Niki, artystka malarka, Francuzka wychowana w Ameryce, miała męża Szwajcara (też artysta, Jean Tinguely, może znacie), stąd ten sentyment do kraju.

I tak Nana mieszka w Szwajcarii już od ponad 20 lat. Jest jej dobrze, czuje się zadbana. Co trzy miesiące przecierają kurz z jej kolorowej sukienki i złotych skrzydeł. Lubią porządek. Mimo to zauważa pierwsze oznaki starzenia się. Najgorszy jest tłuszcz. Cała się od niego lepi. Czy oni naprawdę muszą jeść tyle tego sera i kiełbasy?

Ostatnio zrobili jej lifting. W dzisiejszych czasach trzeba wcześnie zacząć. Jedyne, czego się boi, to że kiedyś wstawią ją pod wodę i wtedy straci wszystkie kolory. Taka wyblakła nie byłaby już sobą.

Czy chciałaby zostać tu na zawsze? W sumie to nawet jej się podoba. Na dworcu cały czas coś się dzieje, nie ma nudy. Tylko ta tęsknota za siostrami. Są rozsiane po całym świecie: Paryż, Hamburg, Nowy Jork. Jedna niedaleko, bo w Chur, godzinę piętnaście pociągiem, ale rzadko się odwiedzają.

Decyzja i tak będzie należała do nich, miejscowych. Sprowadzili ją tu, żeby strzegła podróżnych. Pół miliona ludzi dziennie to kupa roboty. Czasem jest już tym wszystkim bardzo zmęczona, ale przecież nie będzie się mazać. Anioły nie płaczą.

Szwajcaria winem płynąca

Switzerland Autumn: Ligerz, Drohnenaufnahme

Fot. Switzerland Tourism/Roman Burri

Mogłoby się wydawać, że Szwajcaria, często pakowana do jednego kulturowego worka z Niemcami i Austrią, to kraj piwoszy. Bo co lepiej pasuje do tych wszystkich wurstów i sauerkrautów, jak nie jasne pełne z gęstą pianą? Poza tym, Szwajcaria to przecież kraj, gdzie dużą powierzchnię zajmują góry, lasy i jeziora. Gdzie tu miejsce na winnice? Jednak granicząc z Francją i Włochami, nie można nie nasiąknąć kulinarnymi wpływami tych europejskich gigantów winiarskich.

Dlatego kiedy spojrzymy na to, co zwykło się w Helwecji popijać, okazuje się, że z ok. 8 l czystego alkoholu konsumowanego rocznie przez statystycznego Szwajcara, prawie połowa to wino. Choć trudno w to uwierzyć, ten niewielki kraj pod wieloma względami jest winiarską potęgą. Przekonajcie się sami.

🍷 Zacznijmy od tego, że uprawa winorośli ma tu długą tradycję. Winiarstwo rozwinęło się za czasów Imperium Rzymskiego, a pierwsze nasadzenia pojawiły się już 800 lat przed Chrystusem. Dzisiaj w całym kraju uprawia się aż 240 różnych szczepów winorośli i to wszystko na niespełna 15 tys. hektarów ziemi. Widać, że podobnie jak w wielu innych dziedzinach, tak i tutaj Szwajcaria nie lubi centralizacji. Winnice są małe i porozrzucane po różnych regionach kraju, ale winiarze mogą się poszczycić kultywowaniem wielu rdzennych gatunków winorośli, których nie znajdziemy nigdzie indziej. Należą do nich m.in. Chasselas, Gamaret, Arvine czy Amigne.

🍷 Najwięcej wina (aż jedną trzecią całkowitej produkcji) uprawia się w alpejskim kantonie Vallis, gdzie winogrona rosną na wysokości nawet ponad 1000 m nad poziomem morza. To tutaj znajduje się najwyższej położona winnica w Europie – w miejscowości Visperterminen winorośl rozpościera się na wzgórzach o wysokości od 650 m do 1150 m npm. Zarówno Vallis, jak i graniczący z nim kanton Vaud, słyną głównie z win białych. To właśnie stamtąd pochodzi rodzima odmiana wina Chasselas (zwana też Fendant), którym ze smakiem popijamy serowe fondue.

Switzerland Autumn: Bonvillars, Trueffelfest

Fot. Switzerland Tourism/Jan Geerk

🍷 Z kolei najbardziej rozpowszechnioną odmianą winorośli w całej Szwajcarii jest Pinot Noir, znana tutaj pod nazwą Blauburgunder. To tzw. diva wśród win, ponieważ ze względu na wymagające warunki uprawy bywa bardzo kapryśna, a jakość powstających z niej win mocno zależna od pogody, nawodnienia gleby itp. Z Pinot Noir powstają zarówno wina czerwone, jak i białe. Jej uprawy w Szwajcarii zajmują ponad 4 tys. hektarów powierzchni, czyli aż jedną piątą wszystkich nasadzeń.

🍷 Najprzyjemniejsza czynność związana z winem, to oczywiście jego picie. W tej dziedzinie Helweci są blisko światowego podium. Średnia roczna konsumpcja to 264 mln litrów, czyli 33 litrów królewskiego trunku na głowę. To daje ponad 3 butelki wina miesięcznie i.. czwarte miejsce w światowym rankingu za 2017 rok. Więcej pije się tylko w Portugalii, Francji i we Włoszech. Oczywiście Szwajcarzy piją nie tylko swoje produkty. Najwięcej wina importuje się z Włoch i Hiszpanii.

🍷 Dlaczego o szwajcarskich winach wciąż niezbyt wiele słyszy się w świecie? Bo tutejsi winiarze nie wysyłają swoich produktów za granicę (eksportuje się niespełna 1 proc. całkowitej produkcji). Choć wiele z nich jakością mogłoby konkurować choćby z winami niemieckimi, niestety przegrywają wysoką ceną. Dlatego biedni Szwajcarzy muszą sami wypijać prawie wszystko, co wyprodukują. A rocznie mieści się to w ok. 125 mln butelek o objętości 0,75 l.

Switzerland Autumn: Ligerz, Herbstpanorama

Fot. Switzerland Tourism/Jan Geerk

🍷 Gdzie najlepiej spróbować szwajcarskich win? Bezpośrednio u producentów. Nie każdy ma jednak czas jeździć po winnicach. Najwięcej winiarzy w jednym miejscu można spotkać podczas dorocznych targów wina w Zurychu. Expovina odbywa się tradycyjnie jesienią (w tym roku od 1 do 15 listopada) w dość nietypowym miejscu, bo na dwunastu statkach zacumowanych przy Bürkliplatz, na jeziorze Zuryskim. Do zdegustowania są tam cztery tysiące win z całego świata, w tym dużo lokalnej produkcji. To największa otwarta dla publiczności impreza winiarska w Europie.

🍷 Winnice w Szwajcarii to też ważny kierunek tutejszej turystyki. Tradycyjnie kojarzonych z winem regionów jest sześć: wspomniane już Vallis i Vaud, a oprócz tego włoski kanton Tessin, okolice Genewy, region trzech jezior, czyli wzgórza Jury oraz Szwajcaria niemieckojęzyczna. Gdzie jest najpiękniej? Jedne z bardziej pocztówkowych są winnice położone nad jeziorem Genewskim, w pasie między Lozanną a Montreaux. Wpisane na listę dziedzictwa UNESCO słoneczne tarasy Lavaux to ponad 30-kilometrowa trasa, prowadząca przez ok. 800 hektarów winnic. Można ją przemierzyć pociągiem (tak najlepiej, jeśli chcemy przy okazji popróbować wina), rowerem albo pieszo. Po drodze wpadamy tu i tam na degustację wina i lokalnych przysmaków.

Winiarstwo jest jedną z moich pasji, dlatego o nim piszę – może nieco nietypowo, jak na tematykę bloga – i mam nadzieję, że zainteresowałam Was choć trochę Szwajcarią, widzianą z tej perspektywy. Lubicie wino? Próbowaliście szwajcarskich trunków? Odwiedzacie tutejsze winnice i festiwale winiarskie? A może mieliście okazję pracować przy zbiorach w Szwajcarii?

————————————————————————————————————————————

Źródła:

http://www.weinlandschweiz.ch

http://www.swisswine.ch

http://www.myswitzerland.com

http://www.expovina.ch

http://www.agrarbericht.ch

http://www.statista.com