Kto bogatemu zabroni, czyli ile i na co wydaje się w Szwajcarii

Swiss-franc

Fot. Shutterstock

W Szwajcarii o pieniądzach się nie rozmawia. Pieniądze się ma. Choć regularnie publikowane przez urzędników liczby rzucają nieco światła na finanse Helwetów, to jak twierdził brytyjski polityk Benjamin Disraeli, istnieją trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, okropne kłamstwa, statystyki.

Wiadomo, że podawane średnie wartości, zwłaszcza w kraju z tak wysokim odsetkiem milionerów, to tylko pewna iluzja, dająca nam złudzenie, że wiemy coś więcej o przeciętnym obywatelu. Niemniej jednak oficjalne dane istnieją i to one – czy tego chcemy, czy nie – rozpalają wyobraźnię mediów, wpływają na działania polityków i kształtują wizerunek kraju w świecie.

Federalne Biuro Statystyczne regularnie zagląda obywatelom do portfeli i ujawnia zarobki oraz wydatki Szwajcarów. I to właśnie z uwagi na wydatki postanowiłam zainteresować Was tymi wyliczeniami. Mam wrażenie, że w kontekście życia w Szwajcarii, za dużo mówi się o zarobkach, a za mało o kosztach utrzymania i o tym, na co przeznacza się pieniądze. Dlatego teraz, krok po kroku, pokażę Wam, ile i na co wydają miesięcznie mieszkańcy jednego z najbogatszych krajów na świecie.

Według danych za 2016 r. (najświeższych dostępnych), przychody przeciętnego gospodarstwa domowego w Szwajcarii (2,2 osoby) to 10 033 CHF miesięcznie. Z czego:

  • ponad jedną czwartą zjadają podatki, obowiązkowe transfery socjalne i ubezpieczenia (m.in. składki na podstawowe ubezpieczenie zdrowotne)

Po odliczeniu niezbędnych zobowiązań, w domowym budżecie zostaje miesięcznie 7 124 CHF. Z czego:

  • 578 CHF wydaje się średnio na dodatkowe ubezpieczenia (np. na uzupełniającą polisę zdrowotną, która obejmuje m.in. koszty transportu karetką) oraz darowizny (te można odpisać od podatku)
  • najwyższą pozycję w wydatkach zajmują opłaty związane z mieszkaniem i rachunkami za energię, miesięcznie to prawie 1,5 tys. CHF
  • na drugim miejscu są koszty transportu, które pochłaniają średnio 770 CHF

Tym sposobem rozeszło się nam już 40 proc. budżetu do dyspozycji na cały miesiąc. Reszta zostaje na bieżące wydatki, takie jak między innymi:

  • żywność i napoje – średnio 632 CHF (dodając alkohol i papierosy to 738 CHF)
  • wyjścia do restauracji i pobyty w hotelach – 584 CHF
  • wyjścia do kina, teatru, na koncert, czyli rozrywka i kultura – 542 CHF
  • wyposażenie i utrzymanie mieszkania – 234 CHF
  • ubrania i buty – 210 CHF

Wszystkie miesięczne wydatki sumują się do ponad 5,8 tys. CHF, co oznacza, że na koniec statystyczne gospodarstwo domowe jest w stanie jeszcze całkiem sporo odłożyć.

Oczywiście, tak to wygląda w idealnym świecie statystyki. Sami urzędnicy przyznają w raporcie, że prawie 60 proc. szwajcarskich gospodarstw dysponuje budżetem niższym niż średnie 7 124 CHF, a ci, którzy mają poniżej 5 tys. CHF nie są w stanie oszczędzać pieniędzy, więc w przypadku niespodziewanych dodatkowych wydatków muszą się zapożyczać.

Są dwie rzeczy, które wydają mi się w tych liczbach szczególnie ciekawe. Po pierwsze, szwajcarska paranoja ubezpieczeniowa, którą widać w wysokości wydatków na wszelkiego rodzaju polisy. Po drugie, struktura wydatków, gdzie na ciuchy (które w Szwajcarii są relatywnie tanie) czy na wyposażenie mieszkania wydaje się znacznie mniej niż na kulturę i szeroko pojęte życie towarzyskie.

Domyślam się, że to nie tylko kwestia ceny, ale też modelu konsumpcji, który odzwierciedla poziom społecznego dobrobytu i kapitalizm oparty bardziej na korzystaniu z usług niż gromadzeniu przedmiotów. Statystyczny Szwajcar, zamiast kupować nowy telewizor co rok czy każdej zimy wymieniać buty na aktualny model, woli częściej pójść ze znajomymi na kolację albo wyjechać na weekend w góry. Do tego dochodzi jeszcze kwestia starzenia się szwajcarskiego społeczeństwa. W teorii, im człowiek starszy, tym bardziej powściągliwy w konsumpcji, choć jak patrzę na tutejszych emerytów rozbijających się po knajpach, zastanawiam się, czy to nie oni właśnie nakręcają ten szwajcarski dobrobyt.

Ponad tysiąc franków miesięcznie na chodzenie do restauracji i teatrów? Idealnie. Szkoda, że to tylko ta mydląca wszystkim oczy statystyka.

Na koniec, żeby nie było tak poważnie, jeden z setek żartów na temat słynnego szwajcarskiego bogactwa.

48f2439338a257c2344b4c8b4b177d9c15e9a848e5fd5166b6ace33b48442625

quickmeme.com

Jak chorować, to tylko w Szwajcarii (?)

topelement-4

Fot. tagesanzeiger.ch

W tym kraju medycyna jest na światowym poziomie, a lekarze potrafią działać cuda. To dlatego przyjeżdżają się tutaj leczyć milionerzy i gwiazdy. Płacić trzeba słono, ale możemy być pewni, że jesteśmy w najlepszych możliwych rękach.

Zapomnijmy na chwilę o Czerwonym Krzyżu, osiągnięciach noblistów w dziedzinie medycyny i globalnym indeksie HAQ, lokującym Szwajcarię na trzecim miejscu (za Andorą i Islandią) pod względem dostępności i jakości opieki zdrowotnej. Jak szwajcarska służba zdrowia wygląda z naszego punktu widzenia – pacjenta, który po prostu jest chory, idzie do lekarza, gdzie chce otrzymać trafną diagnozę oraz leki, które mu pomogą? O to zapytałam Was – czytelniczki i czytelników bloga.

Planowałam zacząć ten tekst zdaniem „Przychodzi Polak/Polka do lekarza”, ale w Szwajcarii tak to nie działa. Trzeba najpierw zadzwonić. W zależności od modelu ubezpieczenia zdrowotnego – albo bezpośrednio do asystentki lekarza rodzinnego (w droższej opcji), albo najpierw na infolinię ubezpieczyciela (tzw. telmed, opcja tańsza i stąd też częściej wybierana przez obcokrajowców). Wyobraźcie sobie sytuację, że coś Wam dolega i musicie przez telefon obcej osobie, której kompetencji nie jesteście w stanie zweryfikować, zwierzać się w obcym języku ze swoich problemów zdrowotnych. Dla mnie koszmar! Są też tacy, którzy zamiast do lekarza, udają się najpierw do apteki, gdzie miła pani farmaceutka (rzadziej pan farmaceuta) udziela pierwszej pomocy, próbując rozszyfrować mowę ciała.

Niezależnie od typu ubezpieczenia, żeby dostąpić zaszczytu spotkania ze szwajcarskim lekarzem, należy najpierw przejść przez sito, które odsiewa naprawdę chorych od tych, którzy lepiej, żeby nie tworzyli sztucznego tłumu. Z jednej strony, jest to niewątpliwie szwajcarski sposób na brak kolejek w gabinetach lekarskich, z drugiej oznacza, że jeśli naprawdę szybko potrzebujesz pomocy, a internista akurat nie ma wolnych terminów, lądujesz w szpitalu, gdzie możesz liczyć na najszybszą „obsługę”, zazwyczaj jednak za wyższą cenę. W przypadku specjalistów, zdarza się, że lekarze domowi sami doradzają oddział szpitalny, ponieważ wiedzą, że znalezienie dermatologa czy ortopedy z otwartą listą pacjentów graniczy z cudem.

„Do lekarzy trzeba chodzić po prośbie – trochę jak w Polsce, ale tam mówią ci, że nie ma numerków i zapraszamy za pół roku/ rok/ 5 lat. Tutaj lekarze prowadzą swoją własną praktykę, ale czasami trzeba obdzwonić pół miasta, żeby ktoś zgodził się cię przyjąć, bo ma już swoich pacjentów i więcej nie przyjmuje. Tak samo się czeka miesiąc na wizytę u specjalisty, mimo że za to płacisz i to całkiem nie mało” *.

Załóżmy jednak, że do lekarza się dostajemy. Idziemy wyznaczonego dnia, na konkretną godzinę. Wizyta przebiega niezwykle profesonalnie – lekarz jest punktualny, uprzejmy, komunikuje się z nami po angielsku, jeśli nie znamy lokalnego języka, gabinet jest świetnie wyposażony, a my gruntownie przebadani, otrzymujemy diagnozę i leki, po których na pewno poczujemy się lepiej. Takich pozytywnych doświadczeń macie całkiem sporo.

„Szybko zdiagnozowana i wyleczona (przynajmniej tak się do tej pory wydaje) borelioza. Podejrzenie złamania kości nadgarsta: na rentgenie zrobionym od razu nic nie widać, więc zlecony zostaje rezonans w szpitalu, jeszcze tego samego dnia. Wyniki od razu. Grypa, angina – wizyta tego samego/następnego dnia, antybiotyki oraz zwolnienie z pracy. Chyba dobrze przepisane, bo za każdym razem pomagało. Na wizytę póki co nie zdarzyło mi się jeszcze czekać dłużej niż jeden dzień. W sumie mam same pozytywne doświadczenia – dużo się tu płaci, ale jakość usług też bardzo wysoka”.

„Idąc pierwszy raz do przypadkowej szwajcarskiej przychodni nie miałam absolutnie żadnych problemów z przyjęciem, karta ubezpieczenia, ankieta, proszę chwilę zaczekać, lekarz bardzo uprzejmy i pomocny (dostosował się do mojego słabego niemieckiego i nawet znalazł tłumaczenie na Google Translate, żebym dobrze zrozumiała), zrobił te badania które chciałam – ogólnie obsługa prima sort, przynajmniej w tej przychodni”.

„Jeśli miało się w Polsce ubezpieczenie prywatne, to całość jest w 100% identyczna i bezproblemowa, z tą różnicą, że od razu dostałem leki oraz instrukcję, jak i kiedy je brać – dla mnie bomba”.

Kontakt ze szwajcarskimi lekarzami nie dla wszystkich był jednak tak przyjemny. Niektórzy z Was zrazili się na tyle, że jeżdżą się leczyć za granicę.

„Dwa razy byłam z dziećmi u lekarki Szwajcarki. Jedna była…brudna… miała brudne ubranie i stopy, bo zdejmowała buty i było widać. Druga mimo ubezpieczenia nie chciała dziecku zrobić badania krwi, bo twierdziła, że to kosztuje, a moje uzasadnienie nie jest wystarczające. Ja sama byłam raz, gdy byłam przeziębiona przez 3 tygodnie, a pani leczyła mnie syropem ziołowym. Teraz mamy pediatrę Niemkę – jesteśmy zachwyceni! Mamy również cudowną dentystkę dziecięcą i ortodontę dziecięcego. Fantastyczna obsługa i, co ważne, nie czujemy się naciągani. Wszystko z myślą o pieniądzach i długoterminowych celach”.

Niechęć tutejszych medyków do zlecania badań również mnie kilka razy zaskoczyła. Nie licząc szczepień, które powtarza się co 10 lat, to mam wrażenie, że profilaktyka jest traktowana po macoszemu. Weźmy choćby pracowników szwajcarskich firm, którzy nie przechodzą regularnych badań kontrolnych (poza niektórymi zawodami, np. w branży chemicznej) i nikogo to nie dziwi. Na sugestie pacjenta, że może chciałby jednak zrobić jakieś testy, lekarze reagują zdziwieniem: ale czy coś Pana/Panią boli? Nie? No to badania niepotrzebne.

„Mam historie nowotworowe w rodzinie, dlatego muszę się częściej kontrolować. A tutaj usłyszałam: Po co Pani USG ginekologiczne, jakby się coś działo, jakieś bóle, to dopiero wtedy zrobimy. To samo dotyczy badań krwi”.

W wielu Waszych opowieściach pojawiają się problemy z diagnostyką. Doświadczył jej rownież mój mąż, który pewnego razu wyszedł z gabinetu „weekendowego” (przychodnie, do których nie trzeba się umawiać, wystarczy przyjść i poczekać w kolejce, czynne rownież w dni wolne od pracy) ze zdiagnozowaną świnką. Po konsultacji z innym lekarzem okazało się, że to.. żuchwa wyskoczyła mu z zawiasów. Podobnych opowieści dostałam od Was sporo.

„Półpaśca leczyli u mnie lekami na alergię. Jak się zorientowali po trzech dniach, że to jednak nie alergia, na leki przeciwwirusowe było już za późno. Nie to, że byłam jakimś ciężkim przypadkiem. Inny lekarz postawił diagnozę po opisie objawów przez telefon”.

Kolejna historia brzmi jeszcze straszniej.

„Choruję przewlekle od 8 lat, a jakieś 3 lata temu pojawiły się u mnie nowe problemy zdrowotne. Jeden lekarz odsyłał mnie do drugiego, wizyty w specjalistycznych klinikach, rezonanse, tomografie, szpitale, czasem nawet lądowanie na ostrym dyżurze i nic. Nowe leki, zalecenia i dalej nic. Każdy widzi, że wyniki są złe, nikt nie potrafi powiedzieć dlaczego. Trafiłam w końcu do „lokalnego doktora House’a”, który najpierw próbował szukać przyczyny badaniami, a teraz robi na mnie doświadczenia. Wciąż zmienia diety, lekarstwa, oczywiście z umiarem, tak myślę. Przyczyny nadal nie znalazł. Te doświadczenia sprawiły, że o tutejszej służbie zdrowia mam zdanie takie, że jest świetna, jeśli wiadomo na co chorujesz”.

Jedna z czytelniczek trafiła do szpitala po wypadku na rowerze. Pech chciał, że była sobota.

„W weekend nie ma co liczyć na przyzwoitego lekarza. Zajmowało się mną dwóch lekarzy asystujących, z czego pierwszy powiedzial, że standardowo robi się diagnostykę z tomografią komputerową i dokładnym badaniem narządów, ale mnie nie zrobią, ponieważ mój stan nie jest taki zły. Następnie próbował nastawić złamanie cztery razy, bez efektu, w końcu zapakował rękę w szynę (niewłaściwą, jak okazało się po wizycie u chirurga). Drugi lekarz, ortopeda w trakcie specjalizacji, w szpitalu zajrzał do rany na ręce i stwierdził, że on nie wie, czy tam widzi tkankę tłuszczową czy torebkę stawową, ale wyczyści i da antybiotyk. Wypuszczono mnie na drugi dzień, a na liście diagnoz było sześć pozycji, łącznie z otwarciem kaletki maziowej (gdzie lekarz sam mówił, że nie wie, co widzi) oraz wstrząśnieniem mózgu – gdzie odmówiono mi standardowej diagnostyki i wprost mnie o tym poinformowano..”.

Z Waszych doświadczeń wynika również, że Szwajcarscy lekarze nie dość, że diagnostykę traktują, jak strzelanie do celu, to są też dość mocno „wyluzowani”, jeśli chodzi o reakcję na objawy, które nie muszą, ale mogą świadczyć o poważnej chorobie. Do miary legendy urosły już historie o leczeniu bólu głowy leżeniem w łóżku i piciem dużej ilości wody.

„Przyszedłem do lekarza, bo miałem kłucia w sercu. Kazał mi 1. Jeść trzy razy dziennie 2. Unikać cukru 3. Pić wodę. Potem dostałem rachunek na 260 franków”.

Podobna historia przytrafiła się również mnie. Mam bóle kręgosłupa, do których już się przyzwyczaiłam, ale któregoś dnia były na tyle silne, że postanowiłam zgłosić się po pomoc do mojego lekarza. O święta naiwności! Fakt, po kilku wizytach zrobił wreszcie prześwietlenie, ale tylko po to, żeby stwierdzić, że wszystko jest ok, więc on nie wie, skąd te bóle. Po czym delikatnie zasugerował wizytę u psychiatry (autentyk!).

„Przyzwyczaiłam się już do szwajcarskiego systemu pediatrii, według którego jestem totalną hipochondryczką, bo z chorym dzieckiem biegam do lekarza. Tu się dowiedziałam, że a) dobrze że dziecko ma kaszel, bo czyści oskrzela, b) dobrze, że ma katar, bo czyści nos, c) jeżeli nie ma temperatury, a od dwóch miesięcy jest chore, to znaczy, że co tydzień łapie nowego wirusa – trzeba przeczekać. Na ból ucha psika się do nosa sól morską, na ból gardła – płucze roztworem soli albo szałwią. Nawet w aptece ciężko wyprosić coś „lekopodobnego”, nawet jak się prycha i kicha.”

Szeroko pojęta medycyna naturalna, która obejmuje zarówno ziołolecznictwo, jak i bardziej dyskusyjne metody np. homeopatię, ma w tutejszym systemie opieki zdrowotnej status niemalże równy konwencjonalnemu leczeniu. Do tego stopnia, że ubezpieczyciele pokrywają koszty wizyt u rozmaitych „uzdrowicieli”.

„Widziałam tutaj nawet gabinet weterynaryjny, który się reklamował stosowaniem homeopatii. Nie wiem jak efekt placebo ma zadziałać na zwierzę. Może na właściciela, spokojny właściciel = spokojniejsze/zdrowsze zwierzę?”

Być może Szwajcarzy zbyt mocno do serca wzięli sobie słowa Voltaire’a, że „sztuka medyczna polega na zabawianiu pacjenta, podczas gdy natura leczy chorobę”..

Skutek leczenia bólu wodą lub pestkami dyni (sic!) jest dla pacjenta często taki, że jeśli jest chory/a, na dłuższe zwolnienie z pracy nie ma co liczyć. Bo kto to widział wylegiwać się w łóżku z jakąś tam fanaberią typu gorączka, podczas gdy inni w pocie czoła zarabiają franki?

„Trzy dni to było maksymalne zwolnienie, jakie kiedykolwiek dostałam, nawet w przypadku stwierdzonego wstrząsu mózgu. Nie jestem z tych, co biorą zwolnienia przy każdej okazji, ale kiedyś przez trzy tygodnie miałam ciągły kaszel i się dusiłam, a oni uparcie dawali mi zwolnienie na 1-2 dni. Potem wracałam do pracy na jeden dzień, miałam kolejny atak kaszlu, więc znowu leczyłam się paracetamolem i kroplami do gardła. Dopiero kiedy pokazałam wyniki z Polski (testy na astmę pozytywne) i dwa inhalatorki (przepisane przez lekarza w Polsce), to stwierdzili, żebym stosowała je przez miesiąc, a potem przyszła do kontroli. Poprawiło się i wszyscy byli zadowoleni”.

Jeszcze słowo o opłatach za te wszystkie medyczne „przyjemności”. Tak naprawdę idąc do lekarza nigdy nie wiemy do końca, ile za wizytę przyjdzie nam zapłacić. Koszt zależy bowiem m.in. od tego, ile czasu spędzimy w gabinecie. To coś w stylu naliczania minutowego. Rachunek otrzymujemy pocztą (wyjątkiem jest weterynarz, u którego płaci się na miejscu), czasem nawet po kilku tygodniach od odwiedzin u doktora. Kasa chorych pokrywa zazwyczaj ok. 80-90 proc. wartości usługi medycznej.

„W Polsce idąc do lekarza prywatnie wiedziałam przez wizytą, ile ona będzie kosztować, jeśli w trakcie wynikła konieczność zrobienia dodatkowych badań, też mi podawano koszt i mogłam zdecydować, czy to chcę, czy nie. W Szwajcarii jestem krótko i nie mam dużo doświadczeń, ale z tym już się starłam: pytam w recepcji o orientacyjny koszt tego i tego, mówią „około 100 franków”, akceptuję, a po wizycie dostaję rachunek na dwa razy tyle. (…) Chciałam z grubsza zorientować się w cennikach badań i usług lekarskich – takie cenniki praktycznie nie są dostępne publicznie. Pytałam ludzi – nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, ile kosztuje konsultacja lekarska. Dziwne to i niewygodne”.

„Mam wrażenie, że internista tutaj to raczej rodzaj kaznodziei, którego zadaniem jest porozmawiać z pacjentem. Im dłużej, tym lepiej, bo za każdą minutę płacisz.”

Na koniec zostawiam Was z historią ku pokrzepieniu serc, która pokazuje, że szwajcarscy lekarze potrafią działać zarówno szybko, jak i skutecznie.

„Ma pan kamienie nerkowe, nie ma wyjścia, trzeba operować – słyszę chwilę po wejściu do gabinetu kantonalnego szpitala. To jak, za tydzień? – pyta lekarz. Za tydzień nie mogę… – trochę jestem zszokowany faktem operacji i próbuję grać na zwłokę. Czy można by tak za miesiąc?  Sprawdzimy – lekarz sprawdza kalendarz i dostępne terminy. Tak, nie ma sprawy. Wszystkie dokumenty i informacje odnośnie przygotowania do operacji dostanie pan pocztą. Teraz jeszcze wytłumaczę panu pokrótce na czym operacja będzie polegać. I tak oto w ciągu niecałych 30 minut wizyty lekarskiej dostałem termin swojej pierwszej operacji pod pełnym znieczuleniem. Byłem nieco zaskoczony szybkością, z jaką lekarz ustalił termin operacji, zaraz potem jego elastycznością w kwestii zmiany terminu. Parę tygodni później jechałem już łóżkiem szpitalnym na salę operacyjną. Po drodze podając rękę każdemu lekarzowi, asystentom, asystentkom, anestezjologowi, który żartował ze mną tuż przed podaniem mi maski z gazem usypiającym. Gdy się wybudziłem, pani pielęgniarka popatrzyła mna mnie i powiedziała – dzień dobry ! – po czym dodała – coś pan krzyczał przez sen, ale nie potrafiłam zrozumieć co.”

Dużo zdrowia Wam życzę!

* Wszystkie cytaty pochodzą z historii nadesłanych przez czytelniczki i czytelników bloga I’m not Swiss oraz komentarzy na FP. W niektórych przypadkach dokonałam skrótów i/lub edycji stylistycznej. Z uwagi na specyfikę tematu, wszystkie wypowiedzi przytaczam anonimowo.

Rewolucji nie będzie. Szwajcarzy odrzucili Vollgeld

csm_Vollgeldinitiative-Nein-Logo-822-435_06fcf75cd1

Fot. https://vollgeldinitiative-nein.ch

Tekst został opublikowany na portalu Business Insider Polska.

Mały alpejski kraj miał okazję wywrócić do góry nogami cały świat finansów, głosując w niedzielę 10 czerwca nad wprowadzeniem tzw. pieniądza suwerennego. Do rewolucji jednak nie dojdzie, bo większość głosujących odrzuciła kontrowersyjny projekt. Przeciwko było ponad 75 proc. głosujących. Jednogłośnie na „nie” były wszystkie kantony, co jest w Szwajcarii rzadkością. Największą liczbę zwolenników (ponad 40 proc.) inicjatywa miała w Genewie.

Postulaty Vollgeld

Banki tworzą pieniądz elektroniczny z niczego, udzielając kredytów i zarabiając na ryzykownych operacjach na rynku finansowym. Nie podoba nam się to. Chcemy, aby pełną kontrolę nad kreacją pieniądza miał bank centralny – tak w kilku zdaniach można streścić postulaty inicjatywy Vollgeld (w dosłownym tłumaczeniu „pieniądz pełny, całkowity”), w której sprawie referendum trwa w Szwajcarii. Szalony, zdaniem wielu, pomysł grupy Helwetów, wcielony w życie, byłby wyzwaniem nie tylko dla sektora bankowego, ale i dla polityki pieniężnej prowadzonej przez bank centralny.

Na straży depozytów

Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) emituje, głównie w postaci gotówki, jedynie niewielki ułamek pieniądza krążącego w gospodarce. Reszta to tzw. pieniądz depozytowy, czyli tworzony w wyniku akcji kredytowej banków. Załóżmy, że przynosimy do banku 10 tys. franków (ok. 37 tys. złotych). Cała kwota zapisywana jest na rachunku i jest do naszej dyspozycji. Jednak tylko niewielką jej część (w Szwajcarii to 2,5 proc., w Polsce 3,5 proc.) bank odkłada w postaci rezerwy, czyli zabezpieczenia naszego depozytu, w banku centralnym. Resztą obraca na rynku, pomnażając pieniądze m.in. poprzez udzielanie oprocentowanych kredytów. Operacja powtarzana jest wielokrotnie i nazywamy to kreacją pieniądza.

Pomysłodawcy inicjatywy Vollgeld uważają, że w takim układzie pieniądze obywateli nie są bezpieczne. I zaproponowali, aby wszystkie zgromadzone na rachunkach bankowych środki (tzw. depozyty na żądanie, których wartość to ok. 300 mld franków) przeszły pod kontrolę SNB. Bank centralny byłby gwarantem depozytów i decydował o wielkości akcji kredytowej, udzielając pożyczek bankom, a te następnie przekazywałyby je osobom prywatnym i firmom. Dzięki temu każdy pożyczony frank miałby podbudowę w – jak twierdzą zwolennicy Vollgeld – realnym pieniądzu. Główną ideą, przyświecającą zwolennikom Vollgeld jest bezpieczeństwo oszczędności obywateli i zapobieganie kryzysom finansowym, wywołanym przez nietrafione inwestycje banków i bańki finansowe.

Większa władza? Nie, dziękuję

Prezes banku centralnego, choć docenia pokładane w SNB zaufanie, nie jest jednak zainteresowany rozszerzeniem swoich kompetencji o udzielanie kredytów. W obszernym wywiadzie, który pojawił się niedawno na łamach zuryskiego dziennika „Tagesanzeiger”, Thomas Jordan wyjaśnia, że takie rozwiązanie utrudniłoby bankowi centralnemu prowadzenie polityki pieniężnej i zagroziłoby jego niezależności.

– Banki centralne mają pieniądz krążący w gospodarce pod bardzo dobrą kontrolą, nawet jeśli nie mają monopolu na jego kreację. Tę kontrolę osiąga się choćby poprzez ustalanie stóp procentowych – tłumaczy Jordan. Obecnie stopy procentowe w Szwajcarii są ujemne i wynoszą -0,75 proc. Szef SBN przestrzega przed potencjalnymi konsekwencjami przyjęcia przez Szwajcarów pieniądza suwerennego. – To byłoby jak piasek w skrzyni biegów (systemu bankowego – red.), znacznie utrudniając przyznawanie kredytów. Wzrosłyby stopy procentowe. (…) Bank centralny natomiast musiałby darować kredyty bez odsetek – mówi Jordan. Zwraca też uwagę na to, że przejście do systemu pieniądza suwerennego mogłoby ograniczyć bankowi centralnego interwencje na rynku walutowym, a tym samym kontrolę nad wartością franka szwajcarskiego. Działalność banku centralnego zostałaby więc mocno zaburzona, a waluta narażona na znaczne wahania wartości (zła wiadomość dla polskich frankowiczów).

„Financial Times” jest na tak

Sama idea pieniądza suwerennego, nad którym kontrolę sprawują obywatele poprzez bank centralny, nie jest nowa i była już dyskutowana w wielu krajach, m.in. w Wielkiej Brytanii czy Islandii po globalnym kryzysie finansowym w 2008 roku. Jednak to Szwajcaria jako pierwsza zrobiła krok dalej i wykorzystując możliwości, jakie daje demokracja bezpośrednia, doprowadziła do referendum w tej sprawie.

Dużym zaskoczeniem dla opinii publicznej jest aprobata kontrowersyjnego pomysłu Szwajcarów ze strony głównego ekonomisty brytyjskiego dziennika „Financial Times”. Martin Wolf obliczył, że w latach 1970-2011 aż 147 banków na całym świecie potrzebowało ratunku z programów pomocowych Międzynarodowego Funduszu Walutowego.Jego zdaniem, branża finansowa produkuje jeden chaos za drugim i jest systemem stworzonym, aby upaść („designed to fail”). Dlatego też szwajcarska inicjatywa wydaje mu się godna zaufania, ponieważ oddziela bezpieczeństwo, które należy się pieniądzom obywateli od ryzyka, które jest wpisane w działalność banków.

Eksperyment szkodliwy dla gospodarki

Ekonomiści w większości są jednak Vollgeld przeciwni. Pomysł jest nazywany „trzęsieniem ziemi”, radykalnym i szkodliwym eksperymentem. Cała operacja wyprowadzania depozytów do SNB oznaczałaby dla banków koszty, a dla gospodarki – silne ograniczenie akcji kredytowej. – Przejście do systemu Vollgeld osłabiłoby finansową stabilność Szwajcarii i nadwerężyło zaufanie do systemu monetarnego – ostrzega Philippe Bacchetta, profesor Swiss Finance Institute z Uniwersytetu w Lozannie. Do odrzucenia inicjatywy nawoływali też szwajcarski rząd i parlament.

Referendum w tej sprawie jest precedensem na skalę światową i może zachęcić zwolenników suwerennego pieniądza w innych krajach do większej aktywności na tym polu. Gdyby Szwajcarzy powiedzieli „tak”, rząd musiałby zaakceptować wolę obywateli i znaleźć sposób na wdrożenie projektu. Banki komercyjne i bank centralny dostałyby z pewnością sporo czasu na dostosowanie się do nowej rzeczywistości.

Vollgeld to nie pierwszy kontrowersyjny pomysł gospodarczy, na którego temat Szwajcarzy wypowiadają się w referendum. W czerwcu 2016 roku głosowano nad wprowadzeniembezwarunkowego dochodu gwarantowanego dla każdego obywatela w wysokości 2,5 tys. franków miesięcznie (równowartość ok. 10 tys. zł). Helweci, większością ponad 76 proc., powiedzieli wówczas stanowcze „nie”. Wcześniej, w grudniu 2014 r., Szwajcarzy równie dobitnie (przeciwnych było ponad 77 proc.) wypowiedzieli się przeciwko zwiększeniu przez bank centralny rezerw złota i obowiązkowi składowania go wyłącznie w Szwajcarii.

Link do oryginału: https://businessinsider.com.pl/finanse/makroekonomia/referendum-w-szwajcarii-inicjatywa-vollgeld-ws-pieniadza-suwerennego/vpt1gdn

Szwajcarska miłość do gotówki

topelement-3

Fot. Martin Ruetschi/Keystone

Zajrzyjcie do portfela. Ile macie gotówki? Ja dokładnie 1 franka i 60 rappenów.

Takie samo pytanie zadał ostatnio Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) w ankiecie skierowanej do prawie 2 tys. osób. Okazuje się, że wbrew nowym trendom w płatnościach, szwajcarska miłość do gotówki pozostaje niewzruszona.

Przeciętnie Szwajcar nosi przy sobie na co dzień aż 133 franków. Papierowy pieniądz to też ulubiony środek płatniczy w kraju. Aż 70 proc. transakcji dokonuje się właśnie za pomocą banknotów i monet.

Po co takie badania? SNB chciał sprawdzić, czy jest sens dalej drukować banknot 1000-frankowy. Wyobrażacie sobie prawie 4 tys. złotych w jednym papierku? Aż strach nosić to w portfelu! Mnie przez prawie cztery lata mieszkania w Szwajcarii zdarzyło się chyba tylko raz trzymać w ręku taki banknot. W badaniu SNB 40 proc. osób przyznało, że płaciło nim co najmniej raz w ostatnich dwóch latach, kupując coś większego, jak samochód, meble czy płacąc rachunki na poczcie. Sprawdziłam, że w obiegu znajduje się aż ponad 47 mln sztuk tych banknotów (dane za 2017 r.). Gdzie się podziewają? Można podejrzewać, że w szwajcarskich tapczanach. Pod tym względem tutejsi emeryci niewiele różnią się od polskich, którzy też nie ufają bankom.

W ogóle jak na kraj kojarzony z instytucjami finansowymi, Szwajcaria jest dość konserwatywna, jeśli chodzi o korzystanie z nowoczesnych usług płatniczych. Szwajcarzy mają konta w banku, karty debetowe i kredytowe, ale tylko co czwarta dokonywana w kraju transakcja jest bezgotówkowa, choć kartą można spokojnie zapłacić niemal wszędzie. Ja dopiero w tym roku dostałam od mojego banku kartę z funkcją płatności zbliżeniowych. Aplikacje płatnicze, płacenie telefonem, owszem, istnieją, ale raczej jako gadżety, z których korzysta młodzież.

Jako osoba, która nigdy nie ma przy sobie gotówki, przyzwyczaiłam się do tego, że w nielicznych miejscach, gdzie nie da się zapłacić kartą, zawsze mogę liczyć na męża, który, jako Szwajcar z dziada pradziada (boję się, że niedługo wystawią go w muzeum), papier w portfelu zawsze ma. Do momentu, kiedy jakiś czas temu wybraliśmy się razem na festiwal food trucków do Zurychu.

Impreza odbywała się daleko od centum miasta, gdzieś pod lasem. Byliśmy głodni jak wilki (po niemiecku: jak psy), no bo przecież przez cały dzień trzeba było trzymać miejsce na te wszystkie pyszności, które już z daleka pachniały, tak, że ślinka ciekła. Po drodze planowaliśmy, co zjemy. Przed oczami stały nam te wszystkie wegańskie burgery, hot dogi z kimchi, makarony bez glutenu i eklery bez cukru. Mniam ;P

Pierwszy upatrzony truck, wyciągamy portfele i.. o-o-ł. Oboje nie mieliśmy gotówki. Kartą płacić nie szło, najbliższy bankomat za 5 km. Wspólnych zaskórniaków starczyło na jednego hot doga i piwo na spółę.

Wiecie, że niczego mnie ta historia nie nauczyła i nadal nie noszę gotówki? A Wy?

Życie z otwartym rachunkiem

Grafik_Rechnung_2016_01032017

Fot. crif.ch

Część z Was na pewno dobrze wie, co mam na myśli. Wyprzedaż na Zalando, ale wypłata dopiero za dwa tygodnie? W Szwajcarii to żaden problem. Kupujesz, klikasz „auf Rechnung”, dostajesz i płacisz za miesiąc. Dzisiaj będzie o systemie opóźnionych płatności i o tym, że w Szwajcarii (odkrycie!) nie wszyscy są krezusami.

Nie wiem, czy podobne rzeczy działają w innych krajach, może Wy macie na ten temat lepsze informacje. Ja spotkałam się z tym po raz pierwszy, i póki co jedyny, w Szwajcarii, i przyznam, że na początku byłam w szoku. Bo jak to, kupić, ale nie zapłacić? Zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. A robi tak, uwaga, 80 proc. kupujących online (badania GFK z marca 2017 r. – patrz zdjęcie u góry).

To głównie sklepy internetowe, choć nie tylko, oferują możliwość płatności w formie rachunku. Zakupiony przedmiot czy też usługę otrzymujemy natychmiast, natomiast zapłata jest odroczona w czasie. Dostajemy rachunek razem z przesyłką i, o ile firma nie ustali inaczej, na jego uregulowanie mamy 30 dni od momentu wystawienia. W Szwajcarii zakupy na raty czy kredyty konsumpcyjne nie są tak popularne i łatwo dostępne, jak w Polsce. Może dlatego Szwajcarzy wymyślili sobie taką właśnie formę kupowania „na krechę”. Od ręki nie płaci się też za wizytę u lekarza (nie dotyczy weterynarzy i dentystów), ale to akurat wynika z systemu rozliczeń między placówkami medycznymi a ubezpieczycielami.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że coraz więcej osób rachunków nie płaci. W 2016 roku jedna czwarta społeczeństwa miała zaległości finansowe – i nie chodzi tu tylko o przedawniony rachunek z Galaxusa (internetowy sklep ze wszystkim), ale też nieopłacony prąd, telefon czy nawet wynajem mieszkania (Intrum Justitia: Payment Report). Firmy ubezpieczeniowe alarmują, że ponad 100 tys. osób w całym kraju zalega z opłatami za ubezpieczenie zdrowotne (w Szwajcarii jest ono obowiązkowe). Tylko w kantonie Zurych w 2014 roku (ostatnie dostępne dane) otwarte były rachunki warte łącznie 37,8 mln franków i w ciągu siedmiu lat zaległości się podwoiły. Szwajcarzy spóźniają się nie tylko z bieżącymi opłatami, ale też m.in. z płaceniem podatków. W połowie grudnia ubiegłego roku lokalna gazeta z Lucerny informowała, że tylko w tym mieście do fiskusa nie trafił podatek od 115 tys. osób (miały czas do końca roku).

Tzw. „system odroczonych płatności” jest bardzo atrakcyjny dla konsumenta, ale z punktu widzenia przedsiębiorstw to porażka. W wielu sytuacjach jest zupełnie niewydolny, bo – tak, jak wiele relacji społecznych w Szwajcarii – opiera się na zaufaniu. To oznacza, że nie ma zapisów prawnych ani o obowiązujących terminach płacenia rachunków (wspomniane wyżej 30 dni to też zwyczaj, nie prawo), ani o opcjach ściągania zaległości. Zainteresowanym polecam dobry tekst na ten temat (niem.). Otwarte rachunki zaczynają być zmorą szwajcarskiej gospodarki.

Dlaczego ludzie nie płacą? Bo czują się bezkarni, i/lub najzwyczajniej ich na kupione „na rachunek” rzeczy nie stać. Co piąty mieszkaniec Szwajcarii przyznaje, że przejada wszystko, co zarobi (po niemiecku nazywa się to życie von der Hand in den Mund) i nie jest w stanie odłożyć pieniędzy na niespodziewane wydatki (BFS: 2017).

Bo, niespodzianka, Szwajcaria to też ludzie biedni. Szacuje się, że nawet milion osób żyje tu na granicy ubóstwa, ustalonej na poziomie 2,2 tys. CHF miesięcznie dla osoby samotnej i 4 tys. CHF dla rodziny 2+2. I niech nikt mi nie mówi, że 2 tys. franków to jest dużo.

Zaskoczeni? Kompletnie kłóci się to z rozpowszechnionym w świecie obrazem Szwajcarii, jako kraju szczęśliwości, przodującego w rankingach liczby milionerów na kilometr kwadratowy, prawda? A to tylko jedna z nieoczywistości, które sprawiają, że ten kraj – czasem mam wrażenie, że wielu zupełnie nieznany – jest tak interesujący.

Zapraszam Was do poszukiwania ze mną szwajcarskich nieoczywistości i wychodzenia poza stereotypy kraju sera, czekolady i bankierów. To tylko jedna z wielu „twarzy” Szwajcarii.