Kim jest Gottfried Stutz, czyli jak przeklinać po szwajcarsku

1782550656060035

Fot. watson.ch

Gopferdeckel, Gopfertammi, Gopferdelli, Gopfertoori – rzuci mięsem Hansruedi, kiedy ucieknie mu pociąg albo wbijając gwóźdź w ścianę stuknie się młotkiem w palec. To kilka wariacji na temat ulubionego przekleństwa niemieckojęzycznej Szwajcarii.

Spróbujcie wymówić je głośno – zamieniając G na twarde H, z akcentem na przedostatnią sylabę. Prawda, że słodkie? Brzmienie tych słów to dowód na to, że w szwajcarskich dialektach nawet bluźnierstwa są zbyt zabawne, aby wyrazić nimi prawdziwą złość.

Gopferdeckel i jemu pokrewne to łagodna wersja „Gott verdamme mich”, powszechnego w krajach niemieckojęzycznych przekleństwa, które można przetłumaczyć jako „do diabła”, „niech mnie szlag”, „do cholery” (choć w języku niemieckim brzmi to o wiele bardziej dobitnie, bo oznacza dosłownie, że przeklął nas sam Bóg). Ponieważ Szwajcarzy są ludźmi delikatnymi, cichymi i nieśmiałymi, to stworzyli sobie własną, eufemistyczną wersję i na jej potrzeby powołali do życia niejakiego Gottfrieda Stutza. 

Gottfried (wymawiany Gopfried) to imię, które brzmieniem przypomina wspomniane „Gott verdamme”. Stutz ma natomiast po niemiecku wiele znaczeń, ale chodzi głównie o twarde brzmienie tego słowa, które dodaje Gottfriedowi nieco pikanterii. Całość przypomina imię i nazwisko człowieka, który nigdy nie istniał, ale zapisał się na stałe w językowym krajobrazie Szwajcarii. 

Jako pierwsi określenia Gottfried Stutz jako przekleństwa użyli prawdopodobnie studenci z Bazylei na początku dwudziestego stulecia. Rozpropagował je natomiast słynny szwajcarski śpiewak Polo Hofer w piosence „Kiosk”. Poniżej cover utworu w wykonaniu zespołu Rumpelstilz. 

Modę na Gopferdeckel wznowił niedawno szwajcarski sprinter Alex Wilson. Wywiad, jakiego udzielił po zdobyciu brązowego medalu podczas Lekkoatletycznych Mistrzostw Świata w Londynie, stał się internetowym hitem.

Choć brzmią niewinnie, pamiętajcie, że wszelkie odmiany Gottfrieda to wciąż przekleństwa, więc raczej nie radzę używać ich w sytuacjach oficjalnych jak rozmowa o pracę czy niedzielny obiad z teściową. Ale jak następnym razem ucieknie Wam autobus, spróbujcie zamiast siarczystych polskich, rzucić Gopferdecklem. Uznanie w oczach Szwajcarów gwarantowane. 

Jeśli mieszkacie w Szwajcarii i przysłuchujecie się czasem lokalnym konwersacjom, słyszeliście pewnie wtrącane na potęgę do codziennego języka (głównie przez młodzież) i używane w różnych konfiguracjach słówko „huere”. Huere guet! Huere schön! Huere Glück! Huere kalt! Tutaj trzeba wyjątkowo uważać, ponieważ huere jest stosowane jako wzmocnienie (uhuere – od niemieckiego ungeheuer – niezwykle), podkreślające coś pozytywnego lub negatywnego, ale ma podobną genezę jak nasze polskie przekleństwo na K.

Podobnie jest z powszechnie używanym w Szwajcarii słowem geil, które przyjęło się używać wymiennie z mega na określenie czegoś ekstra, odlotowego, wyjątkowego. Geil natomiast ma też drugie znaczenie – napalony, lubieżny.

Szwajcarskie dialekty są niezwykle bogate w fantazyjne niekiedy określenia powszechnie uznawane za obraźliwe. Oto krótki słowniczek wybranych obelg, które warto znać, choćby po to, aby wiedzieć, czy ktoś na przypadkiem nie obraża (nie uczcie tego swoich dzieci!):

Chotzbrocke – od słowa kotzen – rzygać -> osoba wstrętna, obrzydliwa, arogancka, nieprzychylna innym

Glünggi -> łajdak, drań

Gorilla blau Arsch – to określenie popularne w latach 90. dzisiaj jest już mocno vintage (dosłownie – goryl z niebieskim tyłkiem)  -> głupia małpa

Gumslä/Tschäddärä/dumme Zwetschge -> niezbyt lotna kobieta (Zwetschge oznacza dosłownie śliwkę)

Lappi -> niezdara, ciamajda

Rätschbäsä – pochodzi od czasownika rätschen (dialekt berneński), czyli skarżyć i rzeczownika Besen – miotła -> donosiciel, skarżypyta

Seifesüder -> zbyt powolny kierowca

Schofseckel/Schoofseggel – dosłownie organ rozrodczy barana -> idiota, kretyn

Truubehüeter – dosłownie uprawiający winorośl -> osoba leniwa, nieprzydatna

Tschumpel/Totsch, ale też Tschooli, Löli, Lappi, Duubel -> głupek, dureń, naiwniak

Tüpflischiiser -> osoba przesadnie dokładna, nadgorliwa, czepiająca się szczegółów

Kobieta od kultury – rozmowa z Joanną Olczak

Joanna Olczak. Łodzianka, od dziewięciu lat w Szwajcarii. Kobieta od kultury – z wykształcenia teatrolog, w Polsce pracowała jako kierownik literacki w Teatrze Powszechnym w Łodzi, pisała też scenariusze do filmów i seriali telewizyjnych. Pamiętacie serial „Na dobre i na złe”? Historie przypadków medycznych i prywatnych perypetii bohaterów to dzieło Joanny i jej konsultanta, lekarza, a prywatnie męża, Michała.

W Szwajcarii Joanna również zajmuje się kulturą. Działa w Polskim Towarzystwie Winterthur organizując spotkania z polskimi pisarzami, a od niedawna prowadzi też Klub Książki w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu. To miejsce spotkań Polaków zainteresowanych literaturą i nałogowych pochłaniaczy książek, otwarte dla każdego, kto lubi czytać.

Specjalnie dla Was, czytelników i czytelniczek bloga I’m not Swiss, Joanna opowiada o miłości do książek, głodzie dyskusji i o tym, jak żyjąc za granicą możemy pielęgnować kontakt z polską kulturą.

IMG_7872

Na tarasie Hotelu Schatzalp w Davos, gdzie Tomasz Mann,  popijając kawę ze śmietanką, wpadł na pomysł napisania „Czarodziejskiej Góry”. Fot. archiwum prywatne

Co teraz czytasz?

„Listy z Polski” Josepha Rotha. Autor to Żyd pochodzący ze wschodniej Galicji, Austriak z wyboru, w latach 20. XX wieku był dziennikarzem „Frankfurter Zeitung”. Ta książka to zapis jego korespondencji z czasów międzywojnia, w formie krótkich listów. Szalenie ciekawa lektura, która pokazuje ówczesną Polskę oczami obserwatora z zewnatrz. Okazuje się, że nasze problemy, niechęci, kompleksy wcale się tak bardzo od tamtej pory nie zmieniły. Chętnie czytam reportaże historyczne, świadectwa minionego czasu, aby dotrzeć do źródeł zjawisk, które w dzisiejszym świecie są dla mnie trudne do zrozumienia.

Lubię też reportaż podrożniczy. Moją wielką miłością jest Tiziano Terzani, włoski dziennikarz, który wędrował po Azji, a podróż była dla niego nie tylko przemieszczeniem się w sensie geograficznym, ale też doświadczeniem duchowym i intelektualnym. Poza tym uwielbiam kryminały, to moja wielka pasja. Często je sobie dawkuję, żeby przyjemność z czytania mogła trwać dłużej. Staram się też być na bieżąco z polską literaturą.

Organizujesz w Szwajcarii spotkania z polskimi pisarzami. Skąd ten pomysł i kogo już miałaś okazję gościć?

Zapraszanie raz do roku polskiego pisarza do Szwajcarii to już tradycja. Zapoczątkowało ją Towarzystwo Polskie Winterthur, ludzie, którzy do Szwajcarii emigrowali w latach 80. XX i byli szalenie spragnieni polskiej kultury. To było pokolenie, które czytało książki, więc tęsknota za polskim słowem była wtedy bardzo duża. Między innymi z tej tęsknoty narodziła się idea zapraszania polskich twórców do Szwajcarii, a ja po przyjeździe tutaj miałam okazję poznać osoby, które się tym zajmowały.

Kiedy w 2017 roku miał przyjechać do nas Ziemowit Szczerek, okazało się, że brakuje kogoś, kto poprowadziłby spotkanie z nim. Wtedy ówczesny prezes Towarszystwa Jakub Siczek poprosił o to mnie, a ja bardzo chętnie się zgodziłam i tak zostałam do dzisiaj. Obecnie przy organizacji wizyt współpracujemy z Instytutem Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu, który udostępnia nam salę i jest gospodarzem i współorganizatorem spotkań.

Dzięki Towarzystwu Polskiemu Winterhur w Szwajcarii gościł cały przekrój twórców polskiej literatury. Była Olga Tokarczuk, był Andrzej Stasiuk, Jacek Hugo-Bader, Andrzej Sapkowski, Marek Krajewski, Janusz Wiśniewski. Chcemy prezentować autorów, zajmujących się różnymi gatunkami literackimi. W ubiegłym roku w aurze skandalu przyjechał do nas Janusz Rudnicki. Spotkanie było bardzo kameralne, czytaliśmy na głos teksty autora, który okazał się świetnym rozmówcą. To była jedna z fajniejszych wizyt.

Jak wyglądają takie spotkania i kogo możemy się spodziewać w najbliższym czasie?

Staramy się, żeby formuła była dość otwarta, ponieważ w spotkaniach uczestniczą bardzo różni ludzie. Część z nich to stara emigracyjna gwardia, Polacy mieszkający w Szwajcarii od lat, ale przychodzą też młode osoby, które są tutaj od niedawna i chcą poznać innych Polaków o podobnych zainteresowaniach. Ciekawą grupą są natomiast studenci polonistyki z Uniwersytetu w Zurychu. To Szwajcarzy i obcokrajowcy w wieku od 20 do nawet 60 lat, którzy uczą się polskiego i zależy im na kontakcie z językiem i kulturą.

Rozmowę na forum publicznym prowadzimy wspólnie z Małgorzatą Gerber, wykładowczynią polonistyki w Instytucie Slawistyki, a później dyskusja przenosi się w kuluary, gdzie przy polskich albo szwajcarskich przekąskach i kieliszku wina mamy okazję poznać osobiście twórcę, zapytać o interesujące nas kwestie czy poprosić o autograf. W listopadzie ubiegłego roku gościliśmy krytyczkę literacką Justynę Sobolewską, która opowiadała o najnowszej literaturze polskiej. Na to spotkanie przyszło ok. 50 osób, ledwo pomieściliśmy się w sali. Widać, że zainteresowanie jest duże, tym bardziej cieszymy się, że udało się nam pozyskać współfinasowanie tej inicjatywy. Fundusze uruchomił Uniwersytet w Zurychu oraz polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dzięki temu będziemy mogli zapraszać kolejnych ciekawych twórców, być może również z innych dziedzin kultury oraz częściej niż raz do roku.

Tymczasem lista pisarek i pisarzy, których chcielibyśmy gościć jest bardzo długa. Moim wielkim marzeniem jest na przykład to, żeby odwiedził nas Mariusz Szczygieł, jeden z moich ulubionych polskich pisarzy. Najbliższym naszym gościem będzie Magdalena Grzebałkowska, autorka takich książek jak „1945. Wojna i pokój”, „Beksińscy – portret podwójny” czy biografii Krzysztofa Komedy. Spotkanie odbędzie się 8 kwietnia, oczywiście tradycyjnie w gościnnych progach Instytutu Slawistyki.

Niedawno wystartowałaś ze swoją autorską inicjatywą Klubu Książki. Pierwsze spotkanie odbyło się w lutym. Brakowało Ci dyskusji o literaturze?

Od dziecka cierpię na jednostkę chorobową zdiagnozowaną jako chroniczna abibliofobia, czyli strach przed tym, że nie będę miała co czytać. Kiedy wracamy z Polski do Szwajcarii nasze auto zwykle jest wypakowane książkami, co nieustannie rozczarowuje szwajcarskich celników. Literatura zawsze była ważna w moim życiu. Wciąż jestem mocno przywiązana do formy papierowej, kocham trzymać w ręku książkę, czuć zapach papieru. Książka to dla mnie po prostu piękny przedmiot i choć mam czytnik ebooków, to póki co leży sobie nieużywany na półce. W Szwajcarii czułam się nieco osamotniona w mojej miłości do literatury, nie miałam towarzystwa, z którym mogłabym wymieniać się książkami, pomysłami na lektury, rozmowami o tym, co ostatnio przeczytałam. Szukałam pomysłu na to, aby stworzyć grono ludzi, którzy chętnie czytają, dla których to jest ważne i którzy to zwyczajnie lubią.

Do założenia Klubu Książki ośmieliła mnie właśnie wspomniana Justyna Sobolewska, która powiedziała, że dyskusyjne kluby książki, działające np. w bibliotekach, są bardzo powszechne w Polsce i skupiają środowiska ludzi zainteresowanych literaturą. To mnie przekonało, żeby spróbować stworzyć coś podobnego tutaj w Szwajcarii. Udało mi się pozyskać salę od Instytutu Slawistyki, zupełnie bezkosztowo, i w lutym tego roku odbyło się pierwsze spotkanie. Na zachętę zaproponowałam opowiadania Olgi Tokarczuk z jej ostatniej pozycji „Opowiadania bizarne”. Zjawiło się dziesięć kobiet, o różnych preferencjach czytelniczych, ustaliłyśmy ramy naszych spotkań, a co najważniejsze powstał zaczyn klubu, który mam nadzieję będzie działał intensywnie i będzie dla nas comiesięcznym świętem literatury. Liczę na to, że do naszego grona dołączą też czytający mężczyźni.

Jakie książki będą omawiane na kolejnych spotkaniach?

Chciałabym, żeby te spotkania odbywały się na zasadzie klasycznego klubu dyskusyjnego. Wybieramy książkę, jest miesiąc na to, aby ją przeczytać, a następnie zbieramy się i o niej rozmawiamy. Dobrze byłoby z czasem tę formułę wzbogacić, wprowadzając np. rekomendacje książek czy prezentacje swoich ulubionych pisarzy. Chciałabym, żeby każdy uczestnik klubu mógł do niego dołożyć swoją cegiełkę, ale też wyjść poza to, co czyta na co dzień i poznać inne tematy, gatunki literackie i różnych autorów.

Następne spotkanie mamy zaplanowane na 19 marca i będziemy rozmawiać o książce Zyty Rudzkiej „Krótka wymiana ognia”, która została uznana za jedną z najważniejszych powieści minionego roku wydawniczego, a ja uważam ją za jedną z lepszych polskich książek jakie wyszły w ostatnich latach w ogóle. Spotkania będą się odbywały co miesiąc, a lektury będziemy wybierać na bieżąco. Technologia idzie nam na rękę, dostępność książek jest duża, również w formie audiobooków, ebooków, więc każdy ma możliwość dotarcia do konkretnego tytułu.

Moją pierwotną ideą było to, abyśmy czytali polską literaturę. Mieszkamy za granicą, czytamy w różnych językach, po niemiecku, angielsku, ale nie zawsze jesteśmy na bieżąco z tym, co dzieje się w dziedzinie literatury na rodzimym podwórku. Polska literatura przeżywa rozwit, mamy wielu wspaniałych twórców, jak Olga Tokarczuk, która jest autorką światowego formatu, jak Szczepan Twardoch, który porusza trudne tematy i szuka dla nich popularnej formy. Oprócz literatury pięknej powstaje w Polsce świetny reportaż, dobre kryminały. Pojawiają się też nowe trendy, gdzie gatunki stają się płynne i wychodzi się poza ich ustalone ramy. Książka Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” czy najnowsza pozycja Mariusza Szczygła „Nie ma” to są rzeczy, które trudno jest wepchnąć do szuflady z napisem powieść, reportaż czy wspomnienia. Dlatego mam nadzieję, że będziemy czytać polską literaturę w całym jej spektrum – nowości, ale też tytuły, które są warte odświeżenia.

Oczywiście jestem też otwarta na różne inne propozycje, np. na autorów szwajcarskich, którzy są ważni. Nie chcę tworzyć sztywnych ram klubu, ale działać na zasadach demokratycznych. W końcu mieszkamy w Szwajcarii. Chciałabym, żeby każdy mógł się poczuć częścią tego przedsięwzięcia. To ma być wymiana – myśli, opinii, pasji, dlatego zapraszam serdecznie wszystkich na kolejne spotkania. Można dołączyć w każdej chwili i nie ma się czego bać, bo jak to mówią, książki nie gryzą, książki pochłaniają w całości.

Co jeszcze poleciłabyś zainteresowanym kulturą Polakom mieszkającym w Szwajcarii?

W naszej wciąż w gruncie rzeczy niewielkiej społeczności polonijnej jest sporo inicjatyw kulturalnych. Od ponad 30 lat działa Klub Miłośników Żywego Słowa Barbary Młynarskiej, aktualnie w Brugg i tam raz na kwartał odbywają się wydarzenia kulturalne z naprawdę wysokiej półki, którę przyciągają liczną publiczność. W tym roku przyjeżdża Hanna Banaszak, Piotr Machalica z piosenkami Jonasza Kofty, Dorota Miśkiewicz z recitalem, Jerzy Bralczyk z Michałem Ogórkiem w duecie. W ubiegłym roku z okazji 100-lecia odzyskania niepodłegłości Polski w Teatrze Stok w Zurychu odbył się Festiwal Kultury Polskiej, zorganizowany przez polską pianistkę Agnieszkę Bryndal, mieszkającą w Szwajcarii od lat. Poza tym są inicjatywy lokalne, skupiające Polaków w różnych częściach Szwajcarii. Jest naprawdę dużo ludzi, którzy działają tutaj na niwie kultury. Bo jak śpiewał Wojciech Młynarski :

Jeśli za mało książek znasz –

To ci wychodzi na twarz.

Gdy nie wiesz kim był J.S. Bach –

To spłaszcza ci czółka dach.

Nieznany Ci Edypa los –

To deformuje ci nos…

Rozmawiała Agnieszka Kamińska

—————————————————————————————————————————————–

Spotkanie z Magdaleną Grzebałkowską odbędzie się 8 kwietnia (poniedziałek) w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu przy Plattenstrasse 43. Początek o godz. 18.15. Wstęp: 20 CHF.

Kolejne spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki odbędzie się 19 marca (wtorek) o godz. 18.30 w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu przy Plattenstrasse 43. Będziemy rozmawiać o książce Zyty Rudzkiej „Krótka wymiana ognia”.

Razem z Joanną serdecznie Was zapraszamy!

Najbardziej znienawidzona kobieta w Szwajcarii

web-ren_3512.jpg

Urodziła się w Bernie, ale dzieciństwo spędziła na Sardynii. Fot. Schweizer Illustrierte

Aktywistka, która nigdy nie ma czasu. Feministka od stóp do głów. Socjalistka z krwi i kości. Dumna idealistka. Antynacjonalistka z przekonania, antykapitalistka z rozsądku. Prawdziwa lewaczka i utopistka z pociągiem do polityki. Tamara Funiciello – głos szwajcarskich Młodych Socjalistów (Juso), naczelna feministka kraju, zmora „prawdziwych Szwajcarów” z SVP, tych, którzy wierzą, że chciwość jest dobra oraz każdego, komu zajdzie za skórę. A w tym akurat jest niezła.

Rocznik 1990. Urodzona w Bernie, dzieciństwo spędza na Sardynii, wychowywana przez mamę sklepową i ojca pracownika fabryki. Wie, co to ciężka praca i trudy emigracji. Kiedy rodzina wraca do Szwajcarii, ojczyzny matki, Tamara musi się nauczyć berneńskiego dialektu i przystosować do helweckiej mentalności. Z włoskim temperamentem nie zawsze jest to łatwe.

Nie jest grzeczną dziewczynką. W szkole bywa pyskata, zwraca uwagę nauczycielom, kiedy traktują sprawy stereotypowo i jednostronnie. Waleczność ma we krwi. Mówi, że to matka nauczyła ją, jak się sprzeciwiać i dążyć do celu. Przykład. Trenuje hokej na trawie. Chce być bramkarką, ale mówią jej, że jest za niska. Niemożliwe? Nie dla Tamary. Zdobywa złoty medal w mistrzostwach kraju. Na bramce.

Choć pochodzi z rodziny robotniczej, wybiera drogę akademicką. Studiuje historię i nauki społeczne, jednocześnie dorabiając w call center. Potem wiąże się zawodowo z Unią – organizacją zrzeszającą szwajcarskie związki zawodowe. Bliska jest jej walka o prawa pracowników, kobiet, migrantów. To dlatego angażuje się w politykę. Młodzieżówka szwajcarskich socjaldemokratów jest naturalnym wyborem.

1495277_450603275041424_1532517187_o

Moje ciało, mój wybór. Prowokacja to środek do politycznych celów. Fot. tamarafuniciello.ch

W swoim programie politycznym, który prowokacyjnie nazwała WTF, czyli Wähle Tamara Funiciello (wybierz Tamarę Funiciello), wzywa do zmiany tego, co ją wkurza. „Chcę mówić głośno, że to nie ludzie z innym kolorem paszportu są winni niskich płac i wysokich czynszów, ale pracodawcy i właściciele nieruchomości. Chcę żyć w społeczeństwie, gdzie rasizm, seksizm i homofobia są potępiane. Chcę świata, w którym każdy ma równe szanse, niezależnie od pochodzenia, płci czy rodziny, z jakiej pochodzi. I chcę tego teraz”. Nierealne? Nie dla Tamary. W 2016 zostaje przewodniczącą Juso. Oprócz tego zasiada w radzie miasta Berno oraz jest wiceprzewodniczącą Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii.

W konserwatywnej Szwajcarii każde jej działanie uznawane jest za prowokację. Bez stanika zachęca do udziału w marszu kobiet i występuje na na plakatach kampanii społecznej „Moje ciało, mój wybór”. Nagość jest dla niej środkiem w walce o polityczne cele, a ponieważ nie ma figury modelki, nie wszystkim się to podoba. Polityk prawicowej, antyimigranckiej partii SVP (Szwajcarska Partia Ludowa) publicznie wyśmiewa jej wygląd, porównując ją do Bibendum – ludzika reklamującego opony Michelin.

Tamara ma to gdzieś. Ma 1,52 m wzrostu i niewyparzony język. Choć kocha pandy, to lepiej z nią nie zadzierać. Kiedy w zeszłym roku przeciwnicy aborcji organizują pod parlamentem w Bernie marsz życia, Funiciello występuje z wnioskiem o kontrdemonstrację zwolenników wolnego wyboru. Policja jednak nie wyraża na to zgody. „To bezczelność. Totalne pogwałcenie praw człowieka. Jeśli tym ludziom się wydaje, że mogą decydować o naszych ciałach, to chyba wciąż żyją w średniowieczu” – komentowała wówczas szefowa Juso. Kto nie jest z nią, ten jest przeciwko niej.

35_funiciello-980x632

Uwaga, ona ma broń. Fot. tageswoche.ch

Ostatni skandal z jej udziałem wylał się nawet poza Szwajcarię, a Tamara została okrzyknięta najbardziej znienawidzoną kobietą w kraju. Poszło o piosenkę, letni hit berneńskiego zespołu Lo&Leduc pod niewinnie brzmiącym tytułem „079”. W banalnym tekście, w którym chłopak stara się wyciągnąć od dziewczyny jej numer telefonu, Funiciello doszukała się źródeł ważnego problemu, jakim jest przemoc wobec kobiet. Nie znaczy nie, nawet jeśli chodzi o pozornie niegroźne nagabywanie na imprezie.

Wyjaśnienia, że nie chodzi o krytykę muzyków, lecz zwrócenie uwagę na pewne zjawisko społeczne nic nie dają. Hejt na Tamarę uderza przez wszystkie możliwe kanały. Seksistowskie żarty, wyzwiska, a nawet grożenie śmiercią. Jej numer telefonu krąży w sieci. W mediach społecznościowych wrze, a w gazecie „Schaffhauser Nachrichten” ukazuje się karykatura wściekłej Funiciello, wymachującej stanikiem nad chłopcami z zespołu i pytającej, dlaczego właściwie nie zadzwonili do niej. Wyjątkowo niesmaczny żart.

„W tym kraju można dyskutować na każdy nawet najbardziej absurdalny temat, dopóki nie krytykuje się mężczyzn i tego, co robią kobietom” – mówi Tamara i zapewnia, że nie zamierza – ja sugeruje jej wielu – stulić pyska. W patriarchalnym społeczeństwie walczy z seksizmem. W kraju bankierów dąży do opodatkowania zysków kapitałowych. Wbrew antyimigranckim nastrojom, broni praw cudzoziemców i chce dać im głos. Kobieta, migrantka, lewaczka, która mówi, to, co myśli. W Szwajcarii to mieszanka wybuchowa. Polityczni przeciwnicy nazywają ją populistką, histeryczką i egoistką, która przed oczami ma tylko jeden cel: stołek w parlamencie.

Funiciello nie ukrywa, że chciałaby do Rady Narodu. Gdyby udało jej się to już po wyborach w tym roku, byłaby jedną z niewielu kobiet przed 30-tką na tak wysokim politycznym szczeblu w Szwajcarii. Niemożliwe? Nie dla Tamary.

Tajemnica dworcowego zegara

Waży średnio 30 kg i wisi na każdym z ponad 600 dworców kolejowych w kraju. Jest tak słynny, że jako dzieło sztuki wystawiono go nawet w nowojorskim muzeum sztuki nowoczesnej. Mowa o kultowym zegarze szwajcarskich kolei SBB.

Idealnie okrągły, czarno-biały, z kreskami zamiast cyfr. Minimalistyczny. Wyróżnia go charakterystyczny czerwony sekundnik, który nigdy nie odmierza pełnej minuty.

sbb-uhr

Fot. SBB

Historia zegara sięga lat 40. XX wieku, kiedy to Hans Hilfiker, inżynier elektryk, pracownik szwajcarskich kolei otrzymał zadanie ujednolicenia systemu odmierzania czasu na dworcach i zaprojektował zegar, który miał się stać symbolem SBB i szwajcarskiej punktualności. Inspiracją dla czasomierza był ponoć dysk sygnalizujący odjazd pociągu, używany przez maszynistów. Czerwona wskazówka sekundnika została dodana dopiero w 1955 roku.

Licencję na produkcję dworcowych zegarów według projektu Hilfikera otrzymała firma Moser-Baer, która produkuje je do dzisiaj. Siedziba firmy znajduje się w niewielkiej miejscowości Sumiswald w dolinie Emmental. Stamtąd gotowe zegary trafiają na setki dworców w całym kraju. W zależności od wielkości ważą od 20 do 50 kg, a każdy składa się z 15 części. Jak powstaje najsłynniejszy zegar w Szwajcarii, zobaczycie na filmiku.

W połowie ubiegłego stulecia największym wyzwaniem dla kolei była synchronizacja wszystkich zegarów odmierzających czas na dworcach. W tym celu stworzono tzw. master clock, czyli zegar główny, który znajdował się w Zurychu i co minutę nadawał sygnał do wszystkich urządzeń w kraju, zapewniając punktualny i bezpieczny ruch pociągów. Aby przy ówczesnej technologii było to możliwe, czerwona wskazówka sekundnika każdego z dworcowych zegarów musiała „zatrzymać się” na godzinie 12, ucinając nieco z każdej minuty po to, aby przyjąć sygnał z centrali. Następnie czarna wskazówka minutnika przeskakiwała z charakterystycznym dźwiękiem na kolejną kreskę zegarowej tarczy.

Dzisiaj taki mechanizm oczywiście nie jest już potrzebny, ale dla zachowania tradycji, Szwajcarzy wciąż „oszukują czas”, a dworcowe zegary odmierzają minutę w 58 i pół sekundy, sprawiając wrażenie, jakby na chwilę czas stanął w miejscu.

Zegar SBB z charakterystycznym wyglądem stał się wzorem dla dworcowych czasomierzy w całej Europie, symbolem szwajcarskiej punktualności, klasykiem współczesnego wzornictwa i kurą znoszącą złote jajka.

THEM, UHR, BAHNHOFHALLE, REISENDE, TREFFPUNKT, UHREN

Miejsce spotkań pod zegarem na dworcu głównym w Zurychu. Fot. tageswoche.ch

Jako przykład szwajcarskiej sztuki użytkowej wystawiono go m.in. w Muzeum Designu w Londynie i w MoMA w Nowym Jorku. Za licencję na używanie tarczy zegara na swoich telefonach i tabletach firma Apple zapłaciła SBB 20 mln franków, a zuryski producent zegarków Mondaine sprzedaje replikę kultowego dworcowego czasomierza w wersji mini na rękę i większej do powieszenia na ścianie. Niektóre modele odtwarzają nawet tradycyjny mechanizm „stop2go” z zatrzymującą się wskazówką. Cena: od 170 CHF wzwyż. Ciekawostka: z zegarkiem SBB na ręce, wejdziemy za darmo do londyńskiego Muzeum Designu.

Dzisiaj dworcowy zegar jest elementem narodowej tożsamości i flagowym towarem eksportowym Szwajcarii. W 2003 roku znalazł się wśród stu zegarów podarowanych miastu St. Petersburg na 300. urodziny. Zegar otrzymała od Szwajcarii również Norwegia jako prezent z okazji stulecia niepodległości.

Gdybyście mieli ochotę zobaczyć największy dworcowy zegar na świecie, wystarczy, że odwiedzicie stację kolejową Bern Wankdorf. To tam, przed główną siedzibą SBB, podziwiać można tarczę zegara o średnicy siedmiu metrów. Atrakcja kosztowała szwajcarskie koleje, bagatela, 700 tysięcy franków.

1969121_pic_970x641

Największy zegar dworcowy na świecie. Fot. bernerzeitung.ch


Źródła:

https://news.sbb.ch/artikel/82722/der-zeit-voraus

https://tageswoche.ch/allgemein/kultwerk-51-sbb-bahnhofsuhr/

https://www.eda.admin.ch/aboutswitzerland/de/home/dossiers/einleitung—schweizer-uhren/spezielle-uhren–schweizer-bahnhofsuhr.html

https://www.20min.ch/finance/news/story/Diese-SBB-Uhr-kostet-700-000-Franken-13517487

https://ch.mondaine.com

Szwajcarski dwugłos #1 Hip hop czy jodłowanie

DIGI5x7templateHORIZ

„Szwajcarski dwugłos” to seria pytań i odpowiedzi, w której autorzy blogów I’m Not Swiss – Agnieszka Kamińska i Swiss Tales – Lambert Król wypowiadają się na różne tematy związane ze szwajcarską rzeczywistością. Na początek pięć trudnych wyborów.

Poniżej przeczytacie moje odpowiedzi na pytania, a jeśli jesteście ciekawi, co myśli Lambert, zapraszam na jego bloga (link na końcu tekstu). Kolejny odcinek serii już wkrótce.

Szwajcarska muzyka: jodłowanie czy hip hop?

Odkąd odkryłam radio SRF Virus, niemal codziennie pracuję przy dźwiękach szwajcarskiej muzyki i to nie tej najbardziej popularnej. Na początku rapowe i hip hopowe numery wykonywane w dialekcie (zwłaszcza tym z Berna) były dla mnie bełkotem i w najlepszym wypadku powodowały niekontrolowane ataki śmiechu. Im cześciej jednak ich słuchałam, tym bardziej zaczęłam się przekonywać do ich specyfiki. To ciekawy sposób na zapoznanie się z różnymi odsłonami języka mówionego. Zainteresowanym polecam m.in. Gleis Zwei z Zurychu, Sektion Kuchikäschtli z Gryzonii, Greis z Lozanny czy młodego i bardziej popowego NEMO z Berna. Poza oczywiście najbardziej znanym i lubianym Bliggiem. Co zaś do jodłowania.. Od dawna odgrażam się mężowi, że zapiszę się do Jodelklub i zostanę prawdopodobnie pierwszą jodłującą Polką w historii Szwajcarii ;) Kiedyś dotrzymam słowa.

Szwajcarska kuchnia: fondue czy raclette?

Któregoś razu odwiedzili nas przyjaciele z Polski i w planach obowiązkowo było fondue. Polacy postanowili jednak urozmaicić tradycyjną (!) szwajcarską (!) potrawę, maczając w serze oprócz chleba także – o zgrozo! – ziemniaki, paprykę, kalafior i inne wynalazki. Z przerażeniem obserwowałam coraz bardziej blednącą twarz mojego męża. Na koniec wyżerki goście zgodnie stwierdzili, że z chlebem jednak smakuje najlepiej. Triumf w oczach Szwajcara – bezcenny. Choć lubię fondue, jestem w stanie jeść je góra raz, dwa razy do roku (popite dużą ilością wina) i zazwyczaj po kilku chlebkach mam dosyć. Raclette, z racji tego, że jest to danie bardziej urozmaicone (ziemniaki, ogóreczki i inne piklowane warzywa) bardziej odpowiada moim smakom.

Niemiecki: wysoki czy szwajcarski?

Zdecydowanie niemiecki. Kiedy przyjechałam do Szwajcarii, musiałam nauczyć się języka od zera, co kosztowało mnie dużo czasu, energii i pieniędzy. Pewnie dlatego teraz tak cenię sobie jego znajomość i nie za bardzo chciałabym deformować wymowy dialektowymi łamańcami. Zresztą bawią mnie przyjezdni pocący się nad tymi wszystkimi „üüä”, „tschtsch”, „chäsch”, „üet”, „isch”, „hää”.. Hure Schiissdräck! Tylko przekleństwa wydają mi się godne uwagi ;) W Szwajcarii przecież wystarczy tylko rozumieć język mówiony, aby z powodzeniem funkcjonować zarówno w pracy ze Szwajcarami, jaki i sytuacjach prywatnych. Wcale nie trzeba się silić na udawanie Heidi. Choć dialekty są dla mnie fascynujące, często zabawne, czasem absurdalne (np. moje ulubione słowo „bö”, które oznacza „nie wiem” – koniecznie wypowiadane ze wzruszeniem ramionami), to pozostaną raczej lokalnym folklorem, niż językową ambicją.

Szwajcarskie miasta: Zurych czy Bazylea?

Zurych, Zurych, Zurych. Kompaktowy, ale z wielkomiejską atmosferą. Bogaty, ale miejscami brudnawy i alternatywny. Z tradycjami, ale wielokulturowy i nowoczesny. Choć to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, to odkryłam swoje miejsca i teraz zawsze chętnie tam bywam. Jezioro jest oczywiście centrum wszelakich aktywności, jednak ja znacznie bardziej wolę np. okolice Hardbrücke i ich pofabryczny klimat czy Langstrasse, gdzie w azjatyckich budach krawaciarze siedzą obok bezdomnych. Kiedyś marzyłam o tym, żeby zamieszkać w Zurychu. Teraz mi przeszło i doceniam moje skromniejsze, ale też bardzo ciekawe Winterthur. W Bazylei byłam póki co raz, więc nie zdążyłyśmy jeszcze zbudować silniejszej relacji.

Szwajcarski sport: Federer czy Amann?

Roger Federer – niekwestionowany król Szwajcarii i moja platoniczna miłość. Na koncie 20 wygranych Grand Slamów, 8 Wimbledonów, 6 Australian Open i 5 US Open. W wieku 37 lat, po dwudziestu latach kariery, wciąż numer 3 w światowym tenisie. Choć wiem, że to w dużej mierze jego medialny wizerunek, to pomijając jego wielkość, Federer wydaje się po prostu sympatycznym gościem. Świadczy o tym choćby fakt, że co roku na zakończenie turnieju tenisowego w Bazylei (tam Federer zaczynał jako ball boy) funduje pizzę łapaczom piłek i spędza z nimi czas. Chociaż nie gram w tenisa ani zbyt dobrze się na nim nie znam, to mecze Rogera oglądam z ciekawością. Chciałabym go kiedyś poznać! Przy okazji polecam Wam film dokumentalny „Strokes of Genius” o rywalizacji Federera z Rafaelem Nadalem.

Odpowiedzi Lamberta przeczytacie tutaj:

http://swisstales.pl/szwajcarski-dwuglos-1-hip-hop-czy-jodlowanie/