Kraj stu dialektów. Czy szwajcarski to język i czy warto się go uczyć?

topelement-6

Po niemiecku Strassenbahn, po szwajcarsku Triemli. Fot. Tagesanzeiger

Pamiętam jeden z moich pierwszych pobytów w Szwajcarii. Pojechaliśmy z Thomasem do Lucerny, to jakieś 40 minut drogi z Zurychu. Ja nie znałam wtedy jeszcze niemieckiego, a tym bardziej szwajcarskiego, więc o wszystko pytałam jak dziecko, spodziewając się tłumaczenia na angielski. Kiedy przy jednym ze słów usłyszałam „nie wiem”, zrzuciłam to na karb niedostatków językowych mojego przyszłego męża. Szybko okazało się jednak, że on naprawdę nie rozumiał niektórych określeń, używanych przez swoich rodaków i że takie sytuacje zdarzają się Szwajcarom nad wyraz często.

To trochę tak, jakby Warszawiak pojechał do Radomia i miał problem ze zrozumieniem tamtejszej polszczyzny. Ok, pomyślałam, przecież my w Polsce też mamy dialekty i lądując wśród Ślązaków czy Kaszubów nie miałabym pojęcia, o czym między sobą rozmawiają. W Polsce gwary ludowe są jednak mocno zmarginalizowane i nie mają zbyt dużego wpływu na uniwersalny język ogólnopolski, dlatego nikomu, kto przyjeżdża do Gdańska, Poznania czy Katowic nie przychodzi do głowy, żeby się ich uczyć.

Przybywając do Szwajcarii, nawet ze znajomością niemieckiego, szybko orientujemy się, że język mówiony mocno się różni od pisanego języka oficjalnego. O ile bez problemu dogadamy się w urzędzie, wystarczy, że na przystanku autobusowym czy w sklepie odezwie się do nas Szwajcar, a panika murowana. Podpowiem Wam, jak przetrwać językowo w kraju, gdzie sąsiad nie rozumie sąsiada.

Czy Schweizerdeutsch to język?

Potocznie przyjęło się określać mowę Szwajcarów, zamieszkujących centralną część kraju (ok. 65 proc. całkowitej jego powierzchni) odmianą języka niemieckiego i nazywać ją językiem szwajcarskim (Schweizerdeutsch). Jest to duże uproszczenie. W praktyce nie ma takiego języka jak szwajcarski. To, co słyszymy na ulicach helweckich miast i miasteczek, to wszystko gwary allemańskie (niem. Mundarten), którymi posługują się mieszkańcy Szwajcarii i Księstwa Lichtensteinu. Przy czym każdy kanton, ba, nawet każda gmina ma swoją wersję języka, co powoduje, że Szwajcar z Zurychu mówi inaczej niż Szwajcar z Berna, choć teoretycznie obaj posługują się językiem szwajcarskim. Dla ścisłości dodam, że we francuskiej i włoskiej Szwajcarii takich problemów nie ma, więc jeśli ktoś chce ułatwić sobie życie.. Ja zostaję tu.

Tzw. językiem szwajcarskim posługuje się niespełna 5 mln ludzi, a szacuje się, że wersji dialektu jest ponad 100. Różnice między nimi są widoczne nie tylko w pojedynczych słowach, lecz również w strukturach gramatycznych i przede wszystkim w wymowie. Weźmy prosty przykład: sie haben, czyli po niemiecku „oni mają”. W Zurychu, gdzie odmiana dialektu nazywa się Züritüütsch, będzie to brzmiało „sie händ, w Bazylei (Baseldytsch) „sie hänn”, w Bernie (Bärndütsch) „sie het”, w St. Gallen (St.Gallerdütsch) „sie hend”, w kantonie Wallis (Wallissertitsch) „sie hent”, a w Gryzonii (Bündnerdütsch) „sie hän”. Berneńczyk (nie mylić z psem) da swojej dziewczynie „Müntschi” (całusa), a Szwajcar z Zurychu „Schmutz”. W Lucernie zimą idzie się „Schliifschuehfahre” (jazda na łyżwach), a w kantonie Argau „Schlifschüendle”. A kiedy z zimna dostaniemy czkawki, w zależności, gdzie się akurat znajdujemy mamy „Hitzgi”, „Gluggsi” albo „Schluchzia”. I bądź tu człowieku mądry..

W przypadku niektórych kantonów różnice są tak duże, że pojawiają się istotne problemy w komunikacji. Dlatego lingwiści do tej pory głowią się, czy szwajcarski jest oddzielnym językiem czy ze względu na swój brak spójności tylko luźnym zbiorem dialektów. Przy czym należy odróżnić język szwajcarski od szwajcarskiej wersji języka niemieckiego (Hochdeutsch – standardowy, „wysoki” niemiecki). Ten drugi, ze względu na dużo zapożyczeń, głównie z języka francuskiego, jest najeżony tzw. helwetyzmami, czyli słowami, które używane są tylko w Szwajcarii. Przykładowo, Niemiec powie na rower „Fahrrad”, a Szwajcar „Velo”, śniadanie to w Berlinie „Frühstuck”, a w Zurychu „Morgenessen”, w Niemczech chodzimy po chodniku, czyli „Gehsteig”, a w Szwajcarii po „Trottoir”, tam jeździmy na urlop, czyli „Urlaub”, a tu na „Ferien”.

Jak mocno szwajcarski różni się od niemieckiego?

Szwajcarski jest odrębnym językiem (jeśli przyjmiemy, że jednak nim jest), ze swoimi zasadami i konstrukcjami gramatycznymi, innym do tego stopnia, że Niemiec nie zrozumie Szwajcara. To tak jakby Polak rozmawiał z Rosjaninem – pewne rzeczy da się wywnioskować z kontekstu, ale najczęściej płynna komunikacja jest niemożliwa. Szwajcarzy języka niemieckiego uczą się w szkołach, tak jak każdego innego języka obcego. To wyjaśnia, dlaczego zwłaszcza starsze pokolenie Szwajcarów nie zawsze chętnie w rozmowie przechodzi na Hochdeutsch. Wielu Helwetów nie czuje się pewnie, mówiąc po niemiecku, obawia się błędów lub bycia niezrozumianymi. Bywa, że obcokrajowcy nieposługujący się dialektem, biorą to za arogancję, wyraz niechęci czy zwykłą złośliwość. Nie zawsze słusznie.

Zastanówmy się, dlaczego Szwajcarzy zamiast po prostu mówić po niemiecku utrudniają życie sobie i innym, i do tej pory nie pozbyli się dialektu. Można uważać, że to prymitywna mowa chłopów, która przetrwała z powodu lenistwa, braku wykształcenia czy potrzeby odróżnienia się za wszelką cenę od Niemców. Albo, że gwara jest ostatnim bastionem Szwajcarów w obronie przed zalewem obcokrajowców. Historia pokazuje, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

Język szwajcarski nie jest pochodną niemieckiego, lecz autochtoniczną mową pewnego obszaru geograficznego. Zwróćmy uwagę, że podobnie mówią Niemcy z południowej części kraju. Wiele wskazuje na to, że wpływ na powstanie i przetrwanie tego języka miał górzysty teren Alp, niepozwalający na swobodne przemieszczanie się ludności, a co za tym idzie – ewolucję języka. Górale w swoich miejscowościach żyli często od narodzin do śmierci i ich regionalna mowa przetrwała razem z nimi. Jeszcze na początku XX wieku lingwiści byli przekonani, że szwajcarskie dialekty z czasem zanikną i zostaną zastąpione przez standardowy język niemiecki. Tak się jednak nie stało. W latach 30. XX wieku gwara była dla Szwajcarów sposobem na odcięcie się od nazistów i zachowanie narodowej jedności. Pewne źródła historyczne wskazują nawet na to, że szwajcarskie dialekty bywały używane jako szyfr w komunikacji między ludźmi i instytucjami.

Także dzisiaj dialekty są dla Szwajcarów nie tylko formą komunikacji, ale wyrazem patriotyzmu i ważną częścią lokalnej tożsamości. Przecież to po sposobie mówienia Helweci rozpoznają, skąd pochodzą. Swoje własne odmiany gwary tworzą też tzw. secondos, czyli urodzone i wychowane w Szwajcarii dzieci imigrantów. Dialekty, choć wielu kojarzą się z chłopem w zabitej dechami wiosce w górach, są żywym elementem szwajcarskie kultury, kultywowanym przez młodzież, która słucha szwajcarskiego rapu i, często nie zważając na pisownię, wymienia ze sobą wiadomości w Mundart.

Czy warto uczyć się dialektu?

Jeśli pracujemy w międzynarodowej firmie z przewagą obcokrajowców, być może znajomość dialektu nie jest szalenie istotna, ale już w zawodach, w których mamy stały kontakt ze Szwajcarami, warto przynajmniej dialekt rozumieć. Dotyczy to m.in. pielęgniarek, opiekunów osób starszych, lekarzy, fryzjerek, kosmetyczek, pracowników punktów obsługi klienta – wszędzie tam, gdzie w pracy kluczowa jest komunikacja, przydaje się i lokalny dialekt.

Szwajcarzy są zazwyczaj wyrozumiali wobec obcokrajowców, którzy nie mówią ich gwarą, ale znacznie lepiej się czują, kiedy mogą mówić w swoim języku. Są też zawody zaufania publicznego, jak adwokat czy sędzia, gdzie brak czynnej znajomości dialektu może być barierą w kontaktach z ludźmi. Wtedy warto rozważyć naukę języka mówionego. Podobnie jeśli zależy nam na integracji ze szwajcarską społecznością i chcemy porozumiewać się swobodnie w codziennych sytuacjach, nie ma innego sposobu, jak tylko nauczyć się miejscowego dialektu. Oczywiście, możemy za każdym razem prosić Szwajcara, aby w rozmowie z nami posługiwał się niemieckim, ale pamiętajmy, że to nie jest jego naturalne środowisko językowe. Również w nieformalnej korespondencji, tj. e-maile czy SMS-y, Szwajcarzy piszą dialektem. Szwajcarski przydaje się też, jeśli chcemy oglądać tutejszą telewizję i słuchać radia, a także korzystać z oferty kulturalnej, np. pójść do teatru.

Oczywiście, można mieszkać w Szwajcarii latami i nie znać nie tyle dialektu, co i języka urzędowego. Tak często żyją ekspaci pracujący dla międzynarodowych korporacji, gdzie wystarcza im język angielski. Pytanie, czy jesteśmy w stanie czuć się bezpiecznie, niezależnie i swobodnie w niezrozumiałej dla nas rzeczywistości językowej? Dla mnie znajomość lokalnego języka, to też szacunek dla kraju, w którym mieszkam i wyraz ciekawości dla jego kultury. Nie wspominając o niezależności. Szwajcaria, z czterema językami urzędowymi i setką dialektów daje nam szczególną możliwość życia w wielokulturowym społeczeństwie. Dlaczego mamy z tego nie skorzystać, nawet, jeśli jesteśmy tu tylko tymczasowo?

Jak się nauczyć szwajcarskiego?

Ponieważ jest to głównie język mówiony, najlepiej uczyć się go w codziennych sytuacjach, poprzez powtarzanie, rozmawianie z ludźmi stąd. Są też specjalne kursy języka szwajcarskiego, przeznaczone dla osób, które mają opanowany niemiecki co najmniej na poziomie B1. Niektórzy obcokrajowcy, po przyjeździe do Szwajcarii, od razu uczą się dialektu, ponieważ np. pracują ze Szwajcarami i chcą się z nimi dobrze rozumieć. Często orientują się potem, że brakuje im gramatyki, a pisanie przychodzi z dużym trudem. Dlatego o wiele lepiej jest mieć podstawę w postaci języka niemieckiego, dzięki czemu prościej jest pojąć pewne konstrukcje językowe czy słownictwo (wiele słów szwajcarskich to po prostu skrócone lub zdrobnione wersje słów niemieckich). Poza tym znajomość Hochdeutsch daje nam o wiele większe możliwości, także zawodowe – możemy komunikować się z Niemcami i Austriakami. Dialekt przydaje nam się tylko tak długo, jak mieszkamy w Szwajcarii.

W porównaniu z niemieckim szwajcarski wydaje się łatwy – mamy tylko jeden czas przeszły, a do całej reszty używamy czasu teraźniejszego. Szwajcarzy nie używają dopełniacza (Genitiv) oraz upraszczają wiele konstrukcji gramatycznych, np. zaimki względne. To dlatego język ten, w porównaniu z niemieckim, ma opinię prostego, a wręcz prymitywnego. Ogólnie przyjmuje się, że osoba znająca niemiecki na średnim poziomie jest w stanie w ciągu pół roku nauczyć się szwajcarskiego na poziomie umożliwiającym codzienne komunikowanie się.

Tekst powstał na podstawie rozmowy z Danielą Stukaliną, wykładowczynią języka szwajcarskiego w Winterthurze. Korzystałam też z podręcznika „Hoi Zäme” wydanego przez Bergli Books, który polecam każdemu, kto chce zapoznać się z dialektem. 

Prezydent glamour

IMG_4730

Źródło: Keystone

Jeździ Volkswagenem i zawsze ma przy sobie scyzoryk. Socjaldemokrata Alain Berset robi wiele, aby pokazać, że jest człowiekiem, jak każdy inny. Umiejętnie pielęgnowany wizerunek chłopaka z podwórka nie przeszkadza mu jednak brylować na salonach. Nie bez powodu szwajcarscy dziennikarze nazywają go prezydentem glamour. 

Polityk z krwi i kości 

Kiedy jako 39-latek wszedł w skład Szwajcarskiej Rady Federacyjnej (organu pełniącego funkcję rządu i kolegialnej głowy państwa) jako jeden z najmłodszych członków w jej historii, media rozpływały się w pochwałach nad jego błyskotliwą karierą. Rzeczywiście, Berset bardzo wcześnie postawił wszystko na jedną kartę, zaangażował się w politykę i skutecznie dążył do celu. A tym było wejście na sam szczyt.

Studiował nauki polityczne na Uniwersytecie w Neuenburgu, gdzie następnie pracował naukowo, żeby w 2005 roku obronić doktorat z ekonomii. W międzyczasie zaczynał już działać w polityce, najpierw jako radny w rodzinnym Belfaux, liczącej 2,5 tys. mieszkańców wiosce w kantonie Fryburg. Wejście do Rady Kantonów (Ständerat) w wieku zaledwie 31 lat, a następnie jej przewodnictwo, ugruntowały pozycję Berseta na szwajcarskiej scenie politycznej. Jako wiceszef parlamentarnej frakcji socjaldemokratów odegrał znaczącą rolę w odwołaniu z rządu przewodniczącego partii SVP Christopha Blochera w grudniu 2007 roku. Pisał historię, ponieważ taka sytuacja zdarzyła się dopiero po raz czwarty w dziejach Konfederacji. 

W 2012 roku, wchodząc do siedmioosobowej Rady Federacyjnej i obejmując Departament Spraw Wewnętrznych, Berset stanął na szczycie szwajcarskiego systemu politycznego. W tym roku (prezydentura w Szwajcarii jest rotacyjna) pełni funkcję głowy państwa. 

topelement-5

Prezydent i biegacz. Źródło: lematin.ch

Po prostu Alain 

Jest politykiem z powołania. Lubi podkreślać, że w sektorze prywatnym nie zarobił ani rappena. A pomyśleć, że mógł zostać zawodowym sportowcem.

Rodzina Berseta to biegacze. On sam, jako 17-latek zdobył tutuł mistrza juniorów zachodniej Szwajcarii w biegu na 800 metrów. Sport do dzisiaj pełni ważną rolę w jego życiu. Lubi jeździć na nartach i chodzić po górach. Choć na co dzień urzęduje w Bernie, co roku 1 sierpnia w Narodowe Święto Szwajcarii, wraca w rodzinne strony, aby razem z rodziną i przypadkowo napotkanymi miłośnikami natury, wędrować w okolicach Schwarzsee, a potem zjeść Zmittag w lokalnej restauracji.

web-nr-6448.jpg

Wizyta w rodzinnych stronach. Źródło: Schweizer Illustrierte

Berset jest blisko ludzi, nie boi się z nimi rozmawiać, nie uznaje sztucznych podziałów. – Röstigraben (symboliczna granica językowa i kulturowa pomiędzy Szwajcarią niemiecką a francuską – przyp. red.) nie istnieje – to jedno z jego słynnych zdań. – Szwajcaria należy do wszystkich, którzy tu mieszkają – odpowiada, pytany o to, jak pojmuje patriotyzm. 

Ludzie cenią jego otwartość i szczere zainteresowanie ich problemami. Od jedenastu lat, w grudniu, przed świętami, jeździ do Fryburga gotować zupę w jadłodajni dla biednych i bezdomnych. – Znam tu wszystkich. Dla nich jestem po prostu Alain – mówi. Po skończonym obiedzie pomaga zamiatać podłogę. 

To, że polityków, nawet tych wysoko postawionych, można spotkać bez ochrony w pociągu czy kawiarni w centrum miasta, nikogo w Szwajcarii nie dziwi. Berset natomiast wyjątkowo chętnie daje się „przyłapać” w sytuacjach prywatnych. Na przykład, kiedy podczas wizyty w Lichtensteinie, przed uroczystą kolacją w pałacu książęcym, przyszywa sobie guzik w marynarce. Prezydent, co igły i nitki się nie boi. 

web-il50_reportage_berset02.jpg

Berset gotuje zupę dla bezdomnych. Źródło: Schweizer Illustrierte

Lew salonowy 

Właśnie wylądowałem w Nowym Jorku – informuje Berset ponad 7 tys. osób obserwujących go na Instagramie. Prezydent poleciał akurat reprezentować Szwajcarię podczas 73. sesji ONZ. W rozjazdach jest często, bo tego wymaga jego funkcja. W tym roku był już z wizytą m.in. w Bangladeszu (gdzie przyjęto go jak króla), Japonii (skąd wrzucił selfie z zawodnikami sumo), Nairobi, Kenii i Bejrucie. 

Odwiedził też sportowców podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Seulu, a na mundialu w Rosji kibicował reprezentacji w grupowym meczu z Brazylią. Chętnie wizytuje też festiwale filmowe. W maju był w Cannes, a w sierpniu otwierał Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Locarno, gdzie spotkał się też z amerykańską aktorką Meg Ryan, odbierającą w Szwajcarii nagrodę honorową.

Berset lubi bywać i wie, jak się zachować na salonach. W nienagannie skrojonym smokingu witał niemieckiego prezydenta Franka-Waltera Steinmeiera podczas jego wizyty w Szwajcarii. W czasie swojego urzędowania miał już okazję spotkać się z prezydentem USA Donaldem Trumpem i papieżem Franciszkiem. Z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem jest w dobrych relacjach oficjalnych i prywatnych, a na narty jeździ razem z księciem Lichtensteinu. 

Wieczorami grywa na pianinie. Podczas obchodów 125-lecia Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii dał koncert na cztery ręce z koleżanką z rządu Simonettą Sommarugą. 

Berset-zu-Treffen-mit-Trump-Es-war-ein-Gespraech-auf-Augenhoehe_article_full

Z Donalden Trumpem w Davos. Źródło: Keystone

„Afera obrączkowa” 

Berset często podkreśla, jak ważna jest dla niego rodzina (ma trójkę dzieci) i jak wielkie znaczenie dla niego i jego kariery politycznej ma żona Muriel, artystka i znawczyni literatury. 

Jakiś czas temu szukający sensacji tabloid zauważył jednak, że prezydent nie zawsze nosi na palcu małżeński symbol miłości i wierności. – Są dni, kiedy pan Berset obrączkę nosi i takie, kiedy nie – tłumaczyła wtedy lakonicznie szefowa biura komunikacji prezydenta. To chyba jedyny, choć ewidentnie nakręcony przez nudzących się dziennikarzy, obyczajowy incydent związany z Bersetem. Przez mijające właśnie dziewięć miesięcy prezydentury udało mu się uniknąć skandali.

Choć jego sposób bycia wzbudza w Szwajcarach sympatię, nie wszyscy akceptują jego działania polityczne, bo chce np. podwyższać podatki i ciąć pensje najlepiej zarabiającym lekarzom. W zamian zaś proponuje dodatek emerytalny dla kobiet, walkę z rosnącymi premiami ubezpieczycieli i regulację rynku leków. Choć społeczną wrażliwość wyssał z mlekiem matki (też była działaczką polityczną), często brakuje mu odwagi, aby odnieść się do budzących kontrowersje spraw, jak obecność kobiet w parlamencie czy legalizacja marihuany.

Krytycy zarzucają mu skłonność do uników i operowania okrągłymi zdaniami. Być może dlatego nie potrafił przekonać obywateli do swojego wielkiego projektu, jakim jest reforma systemu emerytalnego, co uważa się za jego największą polityczną porażkę. 

SCHWEIZER FILMPREIS QUARZ, VERLEIHUNG, PREISVERLEIHUNG,

Z żoną Muriel Zeender Berset. Źródło: Keystone/Martial Trezzini

Alain Berset za trzy miesiące pożegna się ze swoją funkcją. Zostanie po nim dobre wrażenie i dużo fajnych zdjęć. Fakt, że lubi się „lansować”, ale czy nie na tym właśnie polega rola prezydenta Szwajcarii? Berset jest doskonałym przykładem profesjonalizacji szwajcarskiej polityki. Dobrze wykształcony i oddany służbie publicznej. Do tego przystojny i medialny – regularnie pojawia się rankingach najpiękniejszych i najlepiej ubranych. Potrafi się ładnie wypowiedzieć – swoją mowę inauguracyjną wygłosił w czterech oficjalnych językach kraju. Lepszego prezydenta Szwajcaria nie mogła sobie wymarzyć.

IMG_4731

Źródło: tagesanzeiger.ch


Źródła:

Schweizer Illustrierte

Handelszeitung

NZZ

Tagesanzeiger

Blick

20 Minuten

Historia pewnej porażki

Ponieważ od czasu do czasu piszecie do mnie maile lub zostawiacie komentarze pod dawnymi tekstami, dotyczącymi bezowocnego poszukiwania pracy w Szwajcarii, jestem Wam winna aktualizację. 

W październiku miną cztery lata od mojej przeprowadzki. Początkowe nieudolne poszukiwania stałego zatrudnienia przyniosły, jak się możecie domyślić, rozczarowanie i obniżenie samooceny do poziomów, o których mają pojęcie jedynie emigranci. Dlatego mniej więcej po dwóch latach chaotycznego wysyłania Lebenslauf i Bewerbungsschreiben powiedziałam: dość.

Ponieważ zarówno moje wykształcenie (socjologia), jak i wykonywany zawód (dziennikarstwo) wydawały się bezużyteczne w kraju, w którego języku dopiero zaczynałam raczkować, pierwsza myśl była taka, że należy porzucić złudzenia i spróbować w innej branży. Padło na wino.

Zaczęły się inwestycje w kursy, wyjazdy do winnic, bieganie po degustacjach, praca w winnicy, nawiązywanie kontaktów. Dwa miesiące zmagań jako sprzedawczyni w sklepie z winem uświadomiły mi jedno: to nie dla mnie. Okazało się, że w całym winiarskim biznesie najbardziej odpowiada mi tyranie w polu przy roślinkach, a z tego wyżyć się nie da. W dodatku jeszcze wysiadł mi kręgosłup, więc żegnaj kariero rolniczki. Wino pozostało tylko (albo aż) moim hobby. Wciąż mnie fascynuje, jest ważnym celem moich podroży, lubię opowiadać o nim znajomym, chodzę na winobranie. Pogodziłam się z myślą, że kasy z tego nie będzie. 

Później pomysły były różne. A może się zatrudnić w barze, sklepie z ciuchami, pójść układać produkty na półkach w Coopie.. Przecież żadna praca nie hańbi, a najważniejsze, że daje franki i święty spokój. Takie myślenie trwało chwilę. Oczy otworzył mi jeden z bardzo mądrych doradców zawodowych (tak, oni istnieją). Widząc moją desperację, zadał mi dwa pytania. Pierwsze, czy zamierzam zostać w Szwajcarii na dłużej. Drugie, co lubię i umiem robić. Odpowiedzi były proste: tak i pisać. 

To był moment, kiedy w mojej głowie coś przeskoczyło. Hej, przecież nie przyjechałam tu z przymusu, to nie jest emigracja zarobkowa, zawsze mogę wrócić! A póki tutaj jestem, to chcę mieć pracę, która sprawia mi przyjemność i daje satysfakcję, a nie mokre od potu i łez kolorowe banknoty i depresję. Wzięłam się w garść. 

Wcześniej patrzyłam na moje początki w Szwajcarii jak na historię porażki i byłam na siebie zła. Dziecko we mgle, które naiwne i nieprzygotowane nie wiedziało, jak się zabrać za budowanie życia od nowa. Dziewczynka, która myślała, że jakoś to będzie i traciła czas. Twardzielka, która się uśmiechała i mówiła, że jest ok, po to, aby nikt – poza mężem – się nie zorientował, że jest źle. Jedyną rozsądną decyzją, jaką wtedy podjęłam, była intensywna nauka języka (w moim zawodzie to podstawa). Teraz sobie myślę, że taki kop bardzo mi się przydał.

Dzisiaj mam na koncie pierwszą publikację w szwajcarskiej gazecie. Co prawda lokalnej, ale od czegoś trzeba zacząć. Współpracuję z organizacją integracyjną w Winterthur. Tłumaczę i uczę polskiego. Piszę o Szwajcarii. Kokosów z tego nie mam, nie stać mnie na drogie ciuchy, bo wszystko, co zarobię, wydaję na podróże, książki i wino ;), ale jest ciekawie, ciągle się rozwijam i mam poczucie, że idę w dobrą stronę. W poniedziałek zdaję egzamin Goethe C1 (trzymajcie kciuki!), który razem z praktykami translatorskimi, w trakcie których jestem, otworzy (mam nadzieję) nowy rozdział w moim zawodowym życiu. Może kiedyś zwróci mi się koszt tych wszystkich kursów niemieckiego.. :) Robię to, co lubię i umiem, bez wyrzutów sumienia, bez stresu i krok po kroku. Przede mną wciąż długa droga, ale odkąd się z tym pogodziłam, jest mi łatwiej. Czy ktoś mi pomógł? Mąż, który pomimo licznych wyrzeczeń, cierpliwie mnie wspiera i zawsze we mnie wierzy. 

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Wiem, że historia wielu z Was jest podobna do mojej. Zwłaszcza Wy, kobiety, przyjeżdżacie za mężem/partnerem/facetem, wykształcone, ambitne, świetne babki, czasem tuż po studiach, często już z doświadczeniem zawodowym w Polsce. Szybko orientujecie się, że tutaj łatwo nie będzie, bo zawód nie ten, bo brak specjalizacji, bo potrzebny język, którego nie znacie, bo za stara/za młoda/z dziećmi/bez dzieci/(wpiszcie sobie, co tylko chcecie). I co dalej? Możecie siedzieć w domu z oficjalnym statusem Hausfrau w papierach, wpaść w pułapkę pracy poniżej swoich kompetencji (a z tej w Szwajcarii łatwo się nie wychodzi), albo próbować, walczyć, pokazać wszystkim, na co Was stać.

Ta ostatnia opcja będzie Was dużo kosztowała – czasu, energii, cierpliwości (Geduld – to najważniejsze słowo w Waszym nowym słowniku), czasem nawet zdrowia i przede wszystkim pieniędzy. Będziecie musiały zdobyć papier, może skończyć kolejną szkołę, zrobić praktykę, czasem pracować za darmo (warto, ale tylko wtedy, jeśli to inwestycja), wkuwać słówka, czuć się, jakbyście się cofały („Przecież tam byłabym już dawno menedżerką/lekarką/gwiazdą estrady/słynną blogerką!”). Znajomi w Polsce będą robić kariery, zarabiać pieniądze, kupować domy na kredyt, a Wy – skakać z radości, jak napiszecie „Entschuldigung” bez błędów.

Upewnijcie się odpowiednio wcześnie, że zarówno Wy, jak i Wasi najbliżsi jesteście na to gotowi. Zadajcie sobie pytania: czy warto i czy tego chcecie. Weźcie kartkę i wypiszcie wszystkie plusy i minusy. Nie twierdzę, że trzeba tkwić tu na siłę, czasami najbardziej rozsądną decyzją jest powrót.

Pamiętaj: cokolwiek postanowisz, to nie jest porażka! Więc jak będzie z Tobą? 

O futbolu i tęsknocie za ojczyzną

Schweiz-Polen

Polska-Kolumbia. Mecz o wszystko. Zebrało się trochę szwajcarskiej Polonii i oglądamy. Wybrzmiewa pierwsza zwrotka hymnu narodowego. Wokół buzują patriotyczne emocje. U mnie ledwo się tlą pod przyciasną koszulką z napisem Polska Euro 2016. Jest mi głupio, bo jak to możliwe, żeby mieszkać za granicą i nie wzruszać się na dźwięk Mazurka Dąbrowskiego? To tak, jakby nie tęsknić za Polską.

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie tęsknię. Czasem tylko dopada mnie w dziwnych momentach, np. kiedy biegnę przez las i przypomina mi się zapach igliwia nad Bałtykiem. Nic tak nie pachnie, jak polskie sosny. Albo kiedy kroję koperek i wraca do mnie wspomnienie rodzinnych weekendów na działce, kiedy byłam dzieckiem. Ostatnio jechałam rowerem i bezwiednie zaczęłam śpiewać kościelną piosenkę o chwaleniu łąk umajonych (sic!), którą zapamiętałam z komunii, choć wcale nie jestem religijna.

Chciałabym obejrzeć „Zimną wojnę” Pawlikowskiego i smutno mi, że nie mogę. Pójść protestować z dziewuchami pod Sejm. Spotkać się ze znajomymi na piwo, tak po prostu, spontanicznie, bez umawiania się miesiąc wcześniej. Zjeść twarożek z rzodkiewką, prawdziwy, w kostce, nie serek wiejski z coopa. Czy to podchodzi pod uczucia patriotyczne?

A może ja po tych czterech latach już się „zeszwajcarzyłam”? Polubiłam ciszę, spokój i punktualność. Interesuję się szwajcarską polityką (o polskiej już nawet nie czytam), głosuję (póki co za pomocą męża) w każdym referendum, nie narzekam na ceny biletów, sprzątam po swoim psie (i po obcych ludziach), maluję biały krzyż na policzku i cieszę się, kiedy Szwajcarzy strzelają gole. Lubię moje wygodne, szwajcarskie życie i nie wyobrażam sobie powrotu do Polski. Może powinnam się wstydzić?

Czytając ostatnio dziennik Andy Rottenberg „Berlińska depresja”, natknęłam się na fragment o szwajcarskim patriotyzmie:

„Cichy szwajcarski patriotyzm zobaczyłam (…) w starannej ochronie pejzażu, powściągliwości w okazywaniu niechęci, konsensusie co do dobra wspólnego, poszanowaniu przeszłości i tradycji, które nie kłóci się ze sprzedawaniem ziemi tym, których inwestycje mogą ożywić gospodarczo jakiś skrawek tego małego kraju. Jasne, Szwajcaria stoi na kapitale gromadzonym od wieków w tutejszych bankach. Lecz nikt, żaden polityk, nawet ten prawicowy nacjonalista (Christoph Blocher – przyp. red.), nie wpadł na pomysł, aby te banki uczynić bardziej szwajcarskimi, a więc aby je „znacjonalizować”, skoro są dochodowe. Więc Blocher będzie głosił swoje poglądy i pokazywał swoją kolekcję (sztuki szwajcarskiej w muzeum Oskara Reinharta w Winterthur – przyp. red.), jedno i drugie publicznie, a Szwajcarzy i tak wybiorą złoty środek. Bo to im się najbardziej opłaci. Nieprzypadkowo ktoś zauważył, że co prawda rewolucjoniści i anarchiści z całego świata spotykali się w kawiarniach Zurychu, lecz bunty wzniecali u siebie.”

Wspomniany Christoph Blocher – ojciec chrzestny populistycznej partii SVP, która właśnie chce zerwać umowę Szwajcarii z Unią Europejską o swobodnym przepływie osób – też ostatnio wypowiedział się na temat patriotyzmu. Chodziło o zachowanie pochodzących z Kosowa szwajcarskich piłkarzy, którzy podczas meczu z Serbią pokazywali przeciwnikom albańskie podwójne orzełki. Rozpętała się burza: czy reprezentantom Szwajcarii wypada demonstrować solidarność z krajem pochodzenia i angażować się w polityczne spory? Przecież grają w szwajcarskich barwach i są opłacani we frankach. Blocher stawia sprawę jasno: to, że mają szwajcarskie paszporty nie oznacza jeszcze, że są Szwajcarami. Dodam tylko, że jeden z piłkarzy urodził się w Szwajcarii, a drugi przyjechał tu z rodziną jako dziecko. Skończyli szwajcarskie szkoły, mówią po szwajcarsku. Kim więc są?

W reakcji na „orzełek gate” padła pewna propozycja ze strony SZPN (Szwajcarski Związek Piłki Nożnej), a mianowicie, żeby ci zawodnicy, którzy naprawdę, całym swoim sercem pragną reprezentować Szwajcarię, zrzekali się podwójnego obywatelstwa. Jeden paszport=jedna ojczyna. Żeby tylko to było takie proste..

Emigracyjny patriotyzm jest skomplikowany i schizofreniczny, niektórych boli, a innych – tak, jak mnie – paraliżuje. Niedługo wybieram się do Polski i spędzę tam prawie cały miesiąc. Ciekawe, czy będę tęsknić za Szwajcarią..

Swoją drogą, tak wyglądałaby reprezentacja Szwajcarii bez tzw. Doppelbürger. Kiepsko. Fot. Blick.

Fussball-Nati2

Ile zarabia się w Szwajcarii i dlaczego tak dużo?

bild

Keystone

Mam nadzieję, że tytuł Was zachęcił!

Szwajcaria uchodzi za kraj, gdzie żyje się w dostatku, cokolwiek by się nie robiło. I owszem, zarabiający średnią krajową singiel ma tu jak pączek w maśle. Czteroosobowa rodzina z jedną pensją – już niekoniecznie. Szwajcaria to też kraj, w którym różnice dochodów między tymi na górze drabinki a tymi na dole są jednymi z największych na świecie. A tak w ogóle, to tutaj o pieniądzach się przecież nie rozmawia.

Raz w roku pensje przestają być w Szwajcarii tematem tabu. I to jest właśnie ten moment. Kanton Zurych opublikował właśnie dokument, który zawsze wzbudza emocje, czyli Lohnbuch Schweiz 2018 – księgę płac. Całość ma ponad 760 stron i kosztuje 65 franków, więc wybaczcie, że nie sięgam do źródła.. Na podstawie kilku artykułów prasowych przybliżę Wam najciekawsze informacje z raportu.

Zanim zacznę sypać liczbami z portfeli pracowników różnych zawodów, przydałby się jakiś punkt odniesienia. Zazwyczaj jest nim średnia krajowa, ale w przypadku krajów z dużymi rozbieżnościami płacowymi znacznie lepiej sprawdza się mediana, czyli wartość środkowa. I tak przeciętne wynagrodzenie w Szwajcarii wynosi, według najnowszych wyliczeń, 6189 franków miesięcznie. Jak to wygląda w różnych branżach?

 Wynagrodzenie miesięczne brutto, w CHF 

szef dyplomacji  13555
dyrektor szpitala  12888
bankowiec (stanowisko menedżerskie) 10192
ksiądz  9084
oficer szkoleniowy w wojsku 8192
nauczyciel w szkole podstawowej (Primarschule)  6981
dziennikarz 6440
położna 6229
murarz (> 4 lata doświadczenia) 5553
piekarz (szef) 5036
nauczyciel przedszkolny 4977
ogrodnik  4700
stolarz 4435
pracownik stadniny konnej  3500
sprzątacz 3422

źródło: Lohnbuch Schweiz 2018

Żałuję, że nie zostałam księdzem, a Wy?

Kolejna ciekawa sprawa, to komu wzrosło, a komu zmalało? Dobrą informacją jest to, że ogólnie wynagrodzenia w Szwajcarii rosną. Najbardziej zadowoleni mogą być nauczyciele, którzy dostali największe podwyżki. Przykładowo, w szkołach podstawowych (Primarschule) od 2006 roku pensje urosły aż o 36 proc. Lepszymi zarobkami mogą też cieszyć się nauczyciele w przedszkolach (+33 proc. od 2006 r.). Na drugim końcu stołu siedzą stolarze – jeden z nielicznych zawodów, gdzie wynagrodzenia spadają – od 2006 r. o 5 proc. Jeszcze gorzej mają taksówkarze, którym spadło aż o 15 proc. (średnia płaca 3 200 CHF miesięcznie).

Na koniec kwestia, o której rzadko się wspomina, czyli szwajcarska bieda. Raport potwierdza, że rośnie grupa osób, które miesięcznie mają do dyspozycji mniej niż 2247 CHF (3981 w rodzinie z 2 dzieci), tyle bowiem wynosi w Szwajcarii tzw. granica ubóstwa. Jest ich już 615 tysięcy, czyli 7,5 proc. mieszkańców. To wciąż mniej niż średnia europejska, ale liczba biednych w Szwajcarii z roku na rok się powiększa (w 2004 r. odsetek ten wynosił 6,7 proc.). Mowa tu głównie o osobach korzystających z różnych form zasiłków państwowych.

Ale rośnie też klasa tzw. „working poor”, czyli ubogich pracujących. To ludzie, którzy co prawda zarabiają, ale niewystarczająco, aby utrzymać się w kraju o tak wysokich kosztach życia. W Szwajcarii w takiej sytuacji jest ok. 140 tysięcy osób.

Korzystałam z artykułów w „Tagesanzeiger”, „Basler Zeitung”, „Blick”, „Swiss Info”.