Wschodni zapaszek a Zurych odrealniony

8f1beca330b82530ffff8049ffffffe7

Heini Andermatt „Girls in der Bahnhofstrasse” heiniandermatt.ch

Fragment opowiadania Stefana Chwina „Szwajcaria” ze zbioru ”Dieser Mont Blanc verdeckt doch die ganze Aussicht!” : Der literarische Blick auf Alpen, Tatra und Kaukasus. („Ten Mont Blanc zasłania cały widok!”: Literackie spojrzenie na Alpy, Tatry i Kaukaz”). Redakcja: Gianna Frölicher, Małgorzata Gerber, Sylvia Sasse, Nina Seiler. Edition Schublade. Zürich 2016.

Na publikację trafiłam przypadkiem, buszując w książkach w jednym z zuryskich second handów. Nie wiem, kiedy Chwin był w Zurychu i napisał te słowa, ale urzekła mnie trafność jego spostrzeżeń. Fragment nieco przydługi, ale myślę, że warto.

„Ulice Zurychu były pełne ludzi, a wyglądały na zupełnie puste. Ludzie szli zamknięci w szklanych kulach swoich spraw, na dnie oczu spokój, rezygnacja i bezwzględny błysk stanowczości, żadnych głośniejszych rozmów. Jakież to wszystko było niepodobne do polskich ulic i patrząc na twarze, sklepy i światła, nie wiedzieliśmy, czy to dobrze, czy źle, że ta różnica stała się tak jawna. Tu wszyscy szli tak, jakby nie chcieli zadrasnąć nikogo swoją obecnością, toczyli się ulicami jak kule sprawnie toczące się po zielonym suknie bilardowego pola, zręcznie wymijając przechodniów, żeby nikogo nie potrącić, nie dotknąć, nie popchnąć, szybkie spokojne kroki, prawie nikt nie szedł, wszyscy gdzieś dążyli, a każdy osobno, w swoją stronę. Przy stolikach w kawiarnianych ogródkach siedziały eleganckie damy trzymające na wodzy każdy swój gest, rozmawiające o swoich domowych i romansowych sprawach tak, jak się mówi o sprawach handlowych, nie widziałem nigdzie żywszej gestykulacji, uniesionych rąk, uniesionych brwi, nie słyszałem wybuchów śmiechu, ta elegancja wszystko pokrywała leciutkim, srebrnym nalotem, uciszając głosy i wygładzając skórę na policzkach i dłoniach.

A u nas, w Polsce? Na naszych ulicach unosił się zapaszek z lekka łobuzerski, ruch był bardziej chaotyczny, na przystanku czy chodniku pojawiały się niespodziewane zawirowania, ludzie nie wytrzymywali czekania na zmianę świateł z czerwonych na zielone, wchodzili przed samochodami na jezdnię, psychicznie mocując się z kierowcami, kto kogo, dziewczyny wstrząsały włosami, szły z lekka bezczelnie, młodzi mężczyźni w dresach, w kurtkach z kapturem, w luźnych portkach, szli po chodniku rozkołysani, z tatuażami na rękach, z mocno wygolonym karkiem, odgrywając rolę króla ulicy, nie ustępowali nikomu z drogi, kto kogo, ludzie się sobie przyglądali, każdy miał zdanie o każdym, które mogło w każdej chwili wybuchnąć ordynarnym bluzgiem. Na ulicy w Zurychu nikt z idących nie przyglądał się nikomu, nikt nie interesował się tym, kto jak jest ubrany, uczesany, umalowany. U nas nad ulicą unosiła się atmosfera zaczepki, nieprzyzwoitego gestu, każdy oceniał każdego, każdy wyrażał obojętność, która wcale nie była obojętnością, na twarzach malowała się aprobata i dezaprobata.

Kiedy gdańską ulicą szła ze mną K. w jednym ze swoich zwariowanych kapeluszy, choćby w tym toczku kremowym z jasną kokardą na czubku, czuliśmy, że jesteśmy widziani, że zaczepiają nas cudze spojrzenia, że komuś zależy na tym, żebyśmy nie wyglądali tak, jak wyglądamy, albo żebyśmy wyglądali, tak jak wyglądamy. A tu, na ulicy w Zurychu, nikt nie zwracał uwagi na fantazyjny kapelusz K., szliśmy ulicą, której było zupełnie obojętne, czy wyglądamy tak, czy siak, żadnego odzewu, piłka rzucona i nieodbita, zresztą mijały nas postacie równie fantazyjne, jacyś mężczyźni z włosami ufarbowanymi na różowo, na których nikt nie zwracał żadnej uwagi, jakieś kobiety z szyjami wytatuowanymi na  oletowo, z nosami przebi- tymi srebrnym gwoździem, na które nikt nawet nie rzucił okiem. Cały ten uliczny teatr rozmaitości grał do pustej widowni, chociaż ulica była pełna, był wyzwaniem rzuconym w powietrze, gestem nie trafiającym na żaden opór, powietrze rozrzedzone, nad jezdnią chmurka świateł, a w niej płynące złote rybki w metropolitalnym akwarium Zurychu, geje w rurkowatych spodniach, lesbijki w kolorowych ciuszkach z Orientu. Każdy grał tu przedstawienie nawet nie dla samego siebie, tylko dla drzew i domów.

Szliśmy ulicą Zurychu wyczyszczeni z istnienia, higieniczni, odrealnieni i brakowało, och, jak brakło nam tego łobuzerskiego, wschodniego zapaszku, w którym się wychowaliśmy, tych spojrzeń ironiczno-karcących w autobusie, w tramwaju, na przystanku, na dworcu, tej atmosfery zaczepki, wyzwania, chociaż chwilami marzyliśmy o zupełnie obojętnym tłumie, w którym można by zatonąć, o gnieździe świętego spokoju, o zupełnej niewidzialności, ale teraz brakowało nam tych spojrzeń, tych drobnych nakłuć naskórka twarzy taksującymi spojrzeniami, tych drobnych oparzeń na skórze, które nas tak drażniły i cieszyły, gdyśmy wychodzili na ulice Gdańska – K. w swoich fantazyjnych kapeluszach, w papieskich narzutkach, z torebkami z pchlego targu, jakich nikt nie nosił, ja – w czarnym kapeluszu, w czarnym płaszczu z białą brodą, a wiadomo, kto chodzi w czarnym kapeluszu, w czarnym płaszczu, z białą brodą.

Istoty wędrujące ulicami Zurychu przepływały obok nas równym rytmem, a my nie zostawialiśmy nawet śladu w ich spokojnych źrenicach, zajętych czym innym niż obserwacja wyglądu przechodniów. A tam, w Gdańsku, o żadnej niewidzialności nie mogliśmy nawet marzyć. Tak, odstawaliśmy od reszty, która była wyczulona na każdą odmienność, na każde drgnienie obcości, więc wychodząc na ulicę czuliśmy lekki dreszczyk, że jesteśmy wystawieni na cios, ale było się od czego odbić, uliczny teatr był gorący, kto wystawiał się na widok, mógł oberwać, ulica mówiła: nie lubimy obcych, ale lubimy drażnić się z obcymi, czuła ich jak drzazgę pod paznokciem. Tu, w Zurychu, płynęliśmy metropolitalną ulicą w jasnym nurcie wieczornego powietrza, pośród mnogich dziwadeł, elegantów, korporacyjnych bubków z roleksem na przegubie, pań o siwych włosach uczesanych w falę nad czołem, śniadych Arabów w białych koszulach, Murzynów w skórzanych kurtkach i jaskrawych swetrach.”

Czy Szwajcaria to kraj ksenofobów?

96972A49-8C90-4E77-8C0B-3110B3396B84

Fot. tagesanzeiger.ch

Na początek dwie scenki rodzajowe.

Sytuacja nr 1 – zawodowa. Sklep z winem. Wchodzi pani, na oko po 60-tce, w futrze, starannym makijażu, z drogą torebką. Uśmiecha się do mnie od progu. Witam ją serdecznie moim niemieckim z akcentem. Mina jej wyraźnie rzednie, bez silenia się na dyskrecję spogląda na moją przypinkę z nazwiskiem. Krzywi się. „Czy mogłabym rozmawiać z kimś, kto mówi po szwajcarsku?”.

Sytuacja nr 2 – prywatna. Impreza. Sami Szwajcarzy (nie wszyscy 100-procentowi) i ja. Pijemy piwo, jest wesoło. Kolega wznosi toast, stukają kufle, pada szwajcarskie „Prost”. Po chwili ten sam kolega zaprasza do kolejnego toastu.. ale tym razem tylko Szwajcarów. Ja, ta bez czerwonego paszportu, przyglądam się i już nie jest mi do śmiechu.

Przesadzasz, jesteś przewrażliwiona, uprzedzona, albo po prostu masz pecha, trafiasz na niedobrych ludzi – mówi mój mąż. Szwajcar.

Czyżby? Co trzeci Szwajcar przyznaje, że przeszkadzają mu ludzie o innej narodowości, wyznaniu, kolorze skóry, posługujący się obcym językiem czy prowadzący nieosiadły tryb życia. To opublikowane właśnie wyniki ogólnokrajowego badania przeprowadzanego przez Szwajcarski Urząd Statystyczny.

Jak to możliwe, że w kraju z niemal najwyższym w Europie odsetkiem przyjezdnych, panuje taka niechęć do obcych? W kraju, gdzie 35 procent mieszkańców ma obce pochodzenie, a w miastach, jak Genewa czy Bazylea – rodzice co drugiej osoby to imigranci. W ubiegłym roku po raz pierwszy więcej dzieci urodzili tu obcokrajowcy niż Szwajcarzy. Postęp deszwajcaryzacji jest nieubłagany i za jakiś czas autochtoni znajdą się w mniejszości. Ksenofobia to lęk przed obcymi. Szwajcarska ksenofobia to prawdopodobnie lęk przed tym, że obcy zagarną nam nasz kraj. Kraj, który swój dobrobyt w dużej mierze zbudował na pracy emigrantów. Jak to możliwe, że to właśnie oni czują się tutaj często jak intruzi?

InterNations, organizacja zrzeszająca ekspatów na całym świecie, opublikowała niedawno raport, z którego wynika, że największym wyzwaniem na szwajcarskiej emigracji są właśnie sami Szwajcarzy, których ankietowani obcokrajowcy – głównie pracownicy międzynarodowych korporacji – nazwali dosłownie „unwelcoming”. Zdystansowany, trudny w kontaktach, stawiający bariery, choćby w postaci niezrozumiałego dialektu – taki jest Szwajcar w oczach obcych. Diccon Bewes, Anglik mieszkający na stałe w Bernie, autor książki „Swiss Watching”, porównał Szwajcarów do orzechów kokosowych. Trudno dostać się do środka.

Ostatecznym dowodem szwajcarskiej ksenofobii były wyniki referendum, przeprowadzonego w lutym 2014 roku. Jak pewnie pamiętacie, ponad połowa obywateli kupiła populistyczne hasełka prawicowej partii SVP i powiedziała „stop” imigracji. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby kolejnym pomysłem Christopha Blochera i jego wesołej drużyny było postawienie muru na granicy, podobnie, jak marzy się pewnemu znacznie potężniejszemu politykowi.

Może w takim razie coś jest na rzeczy i nie mam paranoi za każdym razem, kiedy kolejna miła z pozoru pani usztywnia się na dźwięk mojego akcentu. Albo kiedy słyszę wypowiadane z wyższością: bo u nas w Szwajcarii robimy to tak i tak.

Jak żyć, kiedy jest się obcym w kraju ksenfobów? Ja póki co walczę – zwracam uwagę, nie zgadzam się, tłumaczę, dyskutuję, a kiedy nie da się inaczej – po prostu wychodzę. Ale może jedyna właściwa droga to nauczyć się odpuszczać?