Chräbeli, Grittibänz, Christkind.. czyli alpejskie święta

Chciałam pisać o tym, jak się szuka pracy w Szwajcarii, ale to taki mało nastrojowy temat.. Będzie więc o świętach :)

Szwajcarzy uwielbiają świąteczne dekoracje. Mniej więcej w połowie listopada w sklepach pojawiają się specjalne działy z choinkami, stroikami, bombkami, akcesoriami kuchennymi, czekoladkami i wszystkim, co tylko można sobie wyobrazić, oczywiście w świątecznym stylu. To też czas, kiedy na balkonach wiesza się lampki, mikołaje, renifery, pingwiny, a na drzwiach – gwiazdy i świąteczne stroiki. W upiększanie miast angażuje się biznes. W Zurychu misterne dekoracje ustawił obok swojej siedziby bank UBS, a choinkę na dworcowej hali głównej ustroił błyskotkami Swarovski.

Na miesiąc przed Wigilią w szwajcarskich domach pojawiają się adwentowe stroiki z czterema świecami (Adventkranz) – w niedzielę zapala się jedną i tak co tydzień aż do świąt. Mój stroik taki trochę biedny, na wpół polski, tylko z jedną świeczką ;)

W ostatni weekend listopada startują słynne świąteczne jarmarki. Choć tutaj nie mają one aż takiego rozmachu jak w Niemczech, to są nieodzownym elementem świątecznego nastroju. Sprawiają, że centra miast pachną topionym na specjalnym grillu serem (Raclette) i grzanym winem (Glühwein). Święta to też czas wypieków. Tu królują ciasteczka: cynamonowe gwiazdki (Zimtsterne), kakaowe Brunsli, Spitzbuben z marmoladowym środkiem, anyżowe, twarde jak zaraza Chräbeli.. Dla mnie najbardziej zabawne są Grittibänzen, chlebowe ludki z oczami z rodzynków, sprzedawane jako typowy upominek na 6 grudnia.

A jeśli już mowa o Św. Mikołaju.. to w Szwajcarii obok tego dobrego, rozdającego prezenty, w domach odwiedza dzieci też Schmutzli, czyli Zły Mikołaj z rózgą :) A tak w ogóle, to 25 grudnia prezenty rozdaje tu nie Mikołaj, a Christkind, czyli Aniołek.

Świąteczną ciekawostką jest stojąca w centrum Zurychu śpiewająca choinka. Mali kolędnicy, z zapałem i bez względu na pogodę, umilają przechodniom zakupy świątecznymi piosenkami. Instalacja przyciąga tłumy turystów i mieszkańców, a także specjalistów od świątecznych biznesów ;)

I jedyne, czego brakuje w tym roku w Alpach do pełni przedświątecznego szczęścia, to śnieg..

Dyniowa kraina

– Mam ochotę na zupę dyniową – myślę sobie. – O to dobrze się składa, bo mamy tu niedaleko dyniową farmę – mówi Thomas. – Naprawdę?! Jedziemy! Dwadzieścia minut samochodem na południe od Winterthur, w Seegraben nad jeziorem Pfaffikersee leży sobie Junker Farm. Rosną tu różne owoce i warzywa, ale w sezonie przedhalloweenowym największą atrakcją są dynie. Jest niedziela, więc farma jest pełna dzieciaków skrobiących oczy pomarańczowym kulom. Oprócz warsztatów skrobania, można tu obejrzeć dyniowe rzeźby, zjeść dyniowe dania w restauracji, napić się się soku świeżo wyciśniętego z wielkiej wyciskarki jabłek, kupić dziesiątki rodzajów dyni (nawet nie wiedziałam, że niektóre nadają się tylko do dekoracji, bo są trujące), a także powidła, olej i.. prosecco (!) z dyni. A dookoła sielsko-anielsko: zwierzątka, domki, jezioro i góry, do tego słońce i dwadzieścia parę stopni ciepła w powietrzu, ach.. pięknie :) W drodze powrotnej, niedaleko domu odkryłam łąkę ze słonecznikami i innymi kwiatkami, a przy niej cennik. Można narwać sobie samemu kwiatków, a pięniądze wrzucić do puszki. I wszyscy karnie wrzucają. Takie rzeczy tylko w Szwajcarii ;)

Metzgete, czyli świniobicie po szwajcarsku

Po czym poznać, że nadeszła jesień? Szwajcarscy restauratorzy świętują Metzegete! O ile dobrze zrozumiałam, po naszemu oznacza to „świeżonkę”, czyli wszystko, co po świniobiciu trzeba zjeść od razu, głównie krew i wątrobę. Po pełnej emocji sobocie (przeprowadzka do nowego mieszkania, wygrana Polski z Niemcami..), w niedzielny wieczór postanowiłam wybrać się na Metzegete do jednej z lokalnych restauracji. Specjalne menu serwowane jest zazwyczaj w weekendy, przez cały październik i listopad. Można zjeść kiełbasę (Bratwurst), wątróbkę (Leverwurst), kaszankę (Blutwurst..).. podawane z kapustą, musem jabłkowym lub czymś w rodzaju ogromnego placka ziemniaczanego (Rösti). Do tego oczywiście wino :) Na zdjęciach nie wygląda to może zbyt apetycznie, ale było smaczne i wcale nie miałam przed oczami sceny z „Wesela” ;) Kolacja dla dwóch osób z dwiema małymi karafkami wina: 50 CHF (ok. 175 PLN). I pomyśleć, że zarobić można nawet na świńskich wnętrznościach..

Wielkanoc przez cały rok

Pamiętam, kiedy pierwszy raz odwiedziłam Thomasa (przyczynę mojej przeprowadzki tutaj) w jego kraju.. Środek zimy, więc możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy przy śniadaniu na stół wjechały farbowane jajka :) Gdyby to był kwiecień, nawet marzec, ucieszyłabym się pewnie, że Szwajcarzy kultywują podobną do naszej tradycję. Ale luty? Otóż patrząc przez pryzmat polskich zwyczajów, Wielkanoc w Szwajcarii trwa przez cały rok. A przyczyna jest banalna. Kolorowe jajka to po prostu jajka ugotowane, które można kupić w każdym sklepie, a żeby w lodówce nie pomyliły się z nieugotowanymi, oznacza się je właśnie poprzez farbowanie. Proste? Proste :) Z ugotowanymi na twardo jajkami, a także obranymi ziemniakami, pokrojoną w paski marchewką i poszatkowaną kapustą spotkałam się już wcześniej w krajach Zachodniej Europy (Polacy pod tym względem wciąż nie przekroczyli jeszcze ostatecznej granicy lenistwa), ale żeby farbować.. Być może jestem w błędzie i nie jest to wyłącznie szwajcarska przypadłość (dajcie znać, jak spotkaliście się z tym w innych krajach), w każdym razie jest wesoło :) Dodam tylko, że kolory są różne! Od stonowanej żółci po wściekły róż. Ostatnio w modzie jest ombre (dziewczyny wiedzą o co chodzi)! Prawdziwe jajkowe szaleństwo zaczyna się jednak w okolicach 1 sierpnia, kiedy Szwajcarzy celebrują swoje święto narodowe (co samo w sobie jest bardzo ciekawe, na któryś z kolejnych postów). Wówczas jajka przybierają barwy narodowe i każdy szanujący się mieszkaniec Helwecji obiera na śniadanie jajeczko ze szwajcarskiej flagi. Mała rzecz a cieszy :) Wyobrażacie sobie biało-czerwone jajka na 11 listopada?? Guten Appetit! En Guete!