Stoliczku nakryj się – zero waste po szwajcarsku

Food_Waste_Karotten_595

Unikatowe marchewki można tylko kochać. Fot. nachhaltigleben.ch

Niedawno pisałam o tym, co Szwajcarzy robią z odpadami atomowymi. Teraz też będzie o śmieciach, ale tych nam bliższych, bo codziennych.

Zajrzyjcie do swoich lodówek. Ile ze zgromadzonego tam jedzenia trafi za kilka dni na śmietnik? Przeciętny mieszkaniec Szwajcarii wyrzuca co roku ok. 120 kilogramów żywności, a te statystyki stają się jeszcze bardziej smutne, jeśli wiemy, że połowa produktów spożywczych pochodzi tutaj z importu. Marnujemy więc nie tylko to, co sami wytworzymy, ale też to, co jest efektem pracy ludzi z innych, często uboższych krajów.

Wiadomo, że świat nie jest idealny i zazwyczaj nie zjadamy wszystkiego, co kupujemy. Co się dzieje z resztkami? W szwajcarskich kuchniach warzywa i owoce, a także chleb, jajka, mięso i inne pozostałości organiczne lądują w kompostownikach (listę tego, co wolno tam wrzucić znajdziecie tutaj), a następnie fermentują w specjalnych zielonych kontenerach pod domem, skąd trafiają do stacji przerabiających je na biogaz. Rocznie w samych tylko gospodarstwach domowych kompostuje się 300 tysięcy ton odpadów, a Szwajcarzy chcą, aby do 2030 roku z tego odnawialnego źródła pochodziło 30 procent energii cieplnej wytwarzanej w kraju.

Odpady organiczne to tylko czubek góry lodowej, a w tym przypadku wielkiej góry śmieci. W Szwajcarii rocznie wyrzuca się 2,3 miliony ton żywności. Wydawałoby się, że to głównie wina supermarketów, przecież to tam marnuje się najwięcej jedzenia. I tu zaskoczenie. Połowa z tych ponad dwóch milionów ton to nasz chleb powszedni, czyli żywność, którą wyrzucamy w domach. To oznacza, że w koszach na śmieci ląduje jedna piąta jedzeniowych zakupów każdego z nas. Na drugim miejscu w niechlubnym rankingu jest przetwórstwo żywności, a na trzecim rolnictwo. Natomiast owiany złą sławą handel detaliczny odpowiada tylko za kilka procent odpadów (podobnie jak gastronomia). Z tego wniosek, że największymi szkodnikami jesteśmy my sami, w zaciszu swoich kuchni i jadalni.

(Krótka przerwa na samobiczowanie)

Wróćmy do marketów, które w Szwajcarii robią wszystko, aby unikać wyrzucania dużej ilości jedzenia (utylizacja odpadów kosztuje). Przede wszystkim starają się jak najwięcej opchnąć nam. Jednym ze sposobów jest przecena świeżych produktów – gotowych kanapek, sałatek, ciast – pod koniec dnia. Innym, obniżanie cen żywności, której zbliża się końcowy termin sprzedaży (oznaczany literką A), ale ma jeszcze kilka dni przydatności do spożycia (data B). Moim hitem jest natomiast sprzedawanie taniej brzydkich warzyw i owoców. W Coopie natknęłam się ostatnio na „unikatowe” marchewki po 0,95 CHF za kilogram. Super sprawa, a w dodatku ubawiły mnie ich kształty. Podsumowując, markety sprzedają nam żywność za pół ceny, po to, żebyśmy to my, a nie one ją potem wyrzucili. Zagranie, co by nie mówić, sprytne i opłacalne.

20688871261_3907121720_z

Wielkanocne zajączki można zjeść i po świętach albo oddać innym. Na zdjęciu sortownia szwajcarskiej organizacji pomocowej Stoliczku nakryj się. Fot. www.tischlein.ch

Co się dzieje z jedzeniem, którego nie uda się wcisnąć konsumentom? Weźmy np. wczorajsze pieczywo, przecież jeszcze zjadliwe, ale już nie do wystawienia obok pachnących, świeżych, nadmuchanych bułeczek. Szwajcarskie piekarnie przekazują je do tzw. äss-barów, które następnie sprzedają chleb, bułki i słodkie wypieki za symboliczną cenę (od 0,50 CHF) tym, którym na świeżości aż tak bardzo nie zależy. W 2016 roku (ostatnie dostępne dane) äss-bary „uratowały” w ten sposób ok. 300 ton żywności, karmiąc wczorajszym chlebem pół miliona ludzi w całym kraju. Secondhandowe piekarnie działają w całej Szwajcarii, a ich listę można znaleźć tutaj.

Sklepy i restauracje przekazują to, czego nie sprzedały także organizacjom pomocowym. Takie umowy mają z handlem i gastronomią m.in. Caritas, Schweizer Tafel (Szwajcarski stół) czy Tischlein, deck dich (Stoliczku nakryj się). Działające non-profit stowarzyszenia rozdzielają otrzymaną żywność między potrzebujących: biednych, bezdomnych, chorych, przebywających w ośrodkach pomocy społecznej. Ludzie ze Schweizer Tafel rozdają dziennie 16 ton żywności w 12 regionach kraju, pracownicy Tischlein, deck dich tylko w 2017 roku rozdysponowali 4,2 tysiące ton jedzenia. Również mniejsze sklepy mogą przekazać swoje nadwyżki, co częściej jest też dla nich tańszym rozwiązaniem niż wywóz odpadów. Aby dystrybucję uczynić jeszcze bardziej skuteczną, w 2016 roku zaczął działać w Szwajcarii pierwszy bank żywności online – Food Bridge, który włącza w cały proces ratowania jedzenia również producentów oraz przetwórców, gdzie pozostałości są problemem znacznie większym niż w sprzedaży detalicznej.

To działania systemowe, a schodząc na niższy poziom, ciekawą lokalną inicjatywą jest organizowane przez stowarzyszenie foodwaste.ch wspólne miejskie gotowanie pod hasłem „Twoje miasto podaje do stołu”. Wolontariusze przygotowują posiłki ze wspomnianych już brzydkich warzyw i żywności, która się nie sprzedała, a następnie karmią wszystkich, którzy przyjdą z talerzem. Takie zero waste’owe kulinarne uczty odbyły się już w Bernie, Bazylei, Zurychu, Aarau i Chur. Informacje o kolejnych wydarzeniach znajdziecie tutaj. 

Co możemy na co dzień zrobić my, pozornie trybiki w machinie, a w rzeczywistości przecież aktorzy grający na planecie Ziemia główną rolę (szkodników)? Jedna z opcji to nocne nurkowanie w kontenerach z żywnością, którą wyrzucają markety. W Szwajcarii, w odróżnieniu choćby od Niemiec, nie jest to uznawane za kradzież, więc droga wolna. Jeśli ktoś woli mniej radykalne rozwiązania, może np. ściągnąć sobie na telefon aplikację Too Good to Go i za jej pomocą wyszukać miejsca – sklepy, piekarnie, kawiarnie, restauracje – które pod koniec dnia oddają za kilka franków świeże produkty spożywcze i dania, które się nie sprzedały. W ten sposób można sobie zarezerwować rogaliki na śniadanie albo zestaw sushi na kolację, w zależności od tego, jakie miejsca w naszej okolicy biorą udział w akcji. W Szwajcarii „uratowano” już dzięki temu ponad 230 tysięcy posiłków. Jak to działa? Obejrzyjcie wideo.

Kiedy natomiast zdarzy nam się kupić za dużo albo po wiosennym grillowaniu zostanie kilka paczek całkiem smacznych kiełbasek (oczywiście wegańskich), których już nie sposób przejeść, nasze jedzenie także możemy przekazać dalej. Na rarytasy czekają na przykład tzw. restessbary, czyli miejsca w większych i mniejszych szwajcarskich miastach (pierwsze powstało w 2012 roku w centrum Winterthuru), gdzie można zostawić wciąż nadającą się do spożycia żywność, której nie potrzebujemy. Dla zainteresowanych więcej informacji pod linkiem.

W Szwajcarii robi się wiele, aby nie dopuszczać do wyrzucania jedzenia. Alternatyw dla śmietnika jest sporo, wystarczy tylko chcieć i zadać sobie minimum trudu. Najlepsze rozwiązanie dla nas, konsumentów wydaje się być proste – kupować mniej, maksymalnie wykorzystywać resztki i starać się nie robić zapasów świeżych produktów, które i tak kończą potem w koszu na śmieci. Jeśli ktoś nie potrafi, są już na rynku inteligentne lodówki, które planują optymalną ilość jedzenia, uwzględniając potrzeby całej rodziny. Wszystkie chwyty dozwolone. Byleby nie marnować. Żywności ani pieniędzy.

Chräbeli, Grittibänz, Christkind.. czyli alpejskie święta

Chciałam pisać o tym, jak się szuka pracy w Szwajcarii, ale to taki mało nastrojowy temat.. Będzie więc o świętach :)

Szwajcarzy uwielbiają świąteczne dekoracje. Mniej więcej w połowie listopada w sklepach pojawiają się specjalne działy z choinkami, stroikami, bombkami, akcesoriami kuchennymi, czekoladkami i wszystkim, co tylko można sobie wyobrazić, oczywiście w świątecznym stylu. To też czas, kiedy na balkonach wiesza się lampki, mikołaje, renifery, pingwiny, a na drzwiach – gwiazdy i świąteczne stroiki. W upiększanie miast angażuje się biznes. W Zurychu misterne dekoracje ustawił obok swojej siedziby bank UBS, a choinkę na dworcowej hali głównej ustroił błyskotkami Swarovski.

Na miesiąc przed Wigilią w szwajcarskich domach pojawiają się adwentowe stroiki z czterema świecami (Adventkranz) – w niedzielę zapala się jedną i tak co tydzień aż do świąt. Mój stroik taki trochę biedny, na wpół polski, tylko z jedną świeczką ;)

W ostatni weekend listopada startują słynne świąteczne jarmarki. Choć tutaj nie mają one aż takiego rozmachu jak w Niemczech, to są nieodzownym elementem świątecznego nastroju. Sprawiają, że centra miast pachną topionym na specjalnym grillu serem (Raclette) i grzanym winem (Glühwein). Święta to też czas wypieków. Tu królują ciasteczka: cynamonowe gwiazdki (Zimtsterne), kakaowe Brunsli, Spitzbuben z marmoladowym środkiem, anyżowe, twarde jak zaraza Chräbeli.. Dla mnie najbardziej zabawne są Grittibänzen, chlebowe ludki z oczami z rodzynków, sprzedawane jako typowy upominek na 6 grudnia.

A jeśli już mowa o Św. Mikołaju.. to w Szwajcarii obok tego dobrego, rozdającego prezenty, w domach odwiedza dzieci też Schmutzli, czyli Zły Mikołaj z rózgą :) A tak w ogóle, to 25 grudnia prezenty rozdaje tu nie Mikołaj, a Christkind, czyli Aniołek.

Świąteczną ciekawostką jest stojąca w centrum Zurychu śpiewająca choinka. Mali kolędnicy, z zapałem i bez względu na pogodę, umilają przechodniom zakupy świątecznymi piosenkami. Instalacja przyciąga tłumy turystów i mieszkańców, a także specjalistów od świątecznych biznesów ;)

I jedyne, czego brakuje w tym roku w Alpach do pełni przedświątecznego szczęścia, to śnieg..

Dyniowa kraina

– Mam ochotę na zupę dyniową – myślę sobie. – O to dobrze się składa, bo mamy tu niedaleko dyniową farmę – mówi Thomas. – Naprawdę?! Jedziemy! Dwadzieścia minut samochodem na południe od Winterthur, w Seegraben nad jeziorem Pfaffikersee leży sobie Junker Farm. Rosną tu różne owoce i warzywa, ale w sezonie przedhalloweenowym największą atrakcją są dynie. Jest niedziela, więc farma jest pełna dzieciaków skrobiących oczy pomarańczowym kulom. Oprócz warsztatów skrobania, można tu obejrzeć dyniowe rzeźby, zjeść dyniowe dania w restauracji, napić się się soku świeżo wyciśniętego z wielkiej wyciskarki jabłek, kupić dziesiątki rodzajów dyni (nawet nie wiedziałam, że niektóre nadają się tylko do dekoracji, bo są trujące), a także powidła, olej i.. prosecco (!) z dyni. A dookoła sielsko-anielsko: zwierzątka, domki, jezioro i góry, do tego słońce i dwadzieścia parę stopni ciepła w powietrzu, ach.. pięknie :) W drodze powrotnej, niedaleko domu odkryłam łąkę ze słonecznikami i innymi kwiatkami, a przy niej cennik. Można narwać sobie samemu kwiatków, a pięniądze wrzucić do puszki. I wszyscy karnie wrzucają. Takie rzeczy tylko w Szwajcarii ;)

Metzgete, czyli świniobicie po szwajcarsku

Po czym poznać, że nadeszła jesień? Szwajcarscy restauratorzy świętują Metzegete! O ile dobrze zrozumiałam, po naszemu oznacza to „świeżonkę”, czyli wszystko, co po świniobiciu trzeba zjeść od razu, głównie krew i wątrobę. Po pełnej emocji sobocie (przeprowadzka do nowego mieszkania, wygrana Polski z Niemcami..), w niedzielny wieczór postanowiłam wybrać się na Metzegete do jednej z lokalnych restauracji. Specjalne menu serwowane jest zazwyczaj w weekendy, przez cały październik i listopad. Można zjeść kiełbasę (Bratwurst), wątróbkę (Leverwurst), kaszankę (Blutwurst..).. podawane z kapustą, musem jabłkowym lub czymś w rodzaju ogromnego placka ziemniaczanego (Rösti). Do tego oczywiście wino :) Na zdjęciach nie wygląda to może zbyt apetycznie, ale było smaczne i wcale nie miałam przed oczami sceny z „Wesela” ;) Kolacja dla dwóch osób z dwiema małymi karafkami wina: 50 CHF (ok. 175 PLN). I pomyśleć, że zarobić można nawet na świńskich wnętrznościach..

Wielkanoc przez cały rok

Pamiętam, kiedy pierwszy raz odwiedziłam Thomasa (przyczynę mojej przeprowadzki tutaj) w jego kraju.. Środek zimy, więc możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy przy śniadaniu na stół wjechały farbowane jajka :) Gdyby to był kwiecień, nawet marzec, ucieszyłabym się pewnie, że Szwajcarzy kultywują podobną do naszej tradycję. Ale luty? Otóż patrząc przez pryzmat polskich zwyczajów, Wielkanoc w Szwajcarii trwa przez cały rok. A przyczyna jest banalna. Kolorowe jajka to po prostu jajka ugotowane, które można kupić w każdym sklepie, a żeby w lodówce nie pomyliły się z nieugotowanymi, oznacza się je właśnie poprzez farbowanie. Proste? Proste :) Z ugotowanymi na twardo jajkami, a także obranymi ziemniakami, pokrojoną w paski marchewką i poszatkowaną kapustą spotkałam się już wcześniej w krajach Zachodniej Europy (Polacy pod tym względem wciąż nie przekroczyli jeszcze ostatecznej granicy lenistwa), ale żeby farbować.. Być może jestem w błędzie i nie jest to wyłącznie szwajcarska przypadłość (dajcie znać, jak spotkaliście się z tym w innych krajach), w każdym razie jest wesoło :) Dodam tylko, że kolory są różne! Od stonowanej żółci po wściekły róż. Ostatnio w modzie jest ombre (dziewczyny wiedzą o co chodzi)! Prawdziwe jajkowe szaleństwo zaczyna się jednak w okolicach 1 sierpnia, kiedy Szwajcarzy celebrują swoje święto narodowe (co samo w sobie jest bardzo ciekawe, na któryś z kolejnych postów). Wówczas jajka przybierają barwy narodowe i każdy szanujący się mieszkaniec Helwecji obiera na śniadanie jajeczko ze szwajcarskiej flagi. Mała rzecz a cieszy :) Wyobrażacie sobie biało-czerwone jajka na 11 listopada?? Guten Appetit! En Guete!