Prezydent glamour

IMG_4730

Źródło: Keystone

Jeździ Volkswagenem i zawsze ma przy sobie scyzoryk. Socjaldemokrata Alain Berset robi wiele, aby pokazać, że jest człowiekiem, jak każdy inny. Umiejętnie pielęgnowany wizerunek chłopaka z podwórka nie przeszkadza mu jednak brylować na salonach. Nie bez powodu szwajcarscy dziennikarze nazywają go prezydentem glamour. 

Polityk z krwi i kości 

Kiedy jako 39-latek wszedł w skład Szwajcarskiej Rady Federacyjnej (organu pełniącego funkcję rządu i kolegialnej głowy państwa) jako jeden z najmłodszych członków w jej historii, media rozpływały się w pochwałach nad jego błyskotliwą karierą. Rzeczywiście, Berset bardzo wcześnie postawił wszystko na jedną kartę, zaangażował się w politykę i skutecznie dążył do celu. A tym było wejście na sam szczyt.

Studiował nauki polityczne na Uniwersytecie w Neuenburgu, gdzie następnie pracował naukowo, żeby w 2005 roku obronić doktorat z ekonomii. W międzyczasie zaczynał już działać w polityce, najpierw jako radny w rodzinnym Belfaux, liczącej 2,5 tys. mieszkańców wiosce w kantonie Fryburg. Wejście do Rady Kantonów (Ständerat) w wieku zaledwie 31 lat, a następnie jej przewodnictwo, ugruntowały pozycję Berseta na szwajcarskiej scenie politycznej. Jako wiceszef parlamentarnej frakcji socjaldemokratów odegrał znaczącą rolę w odwołaniu z rządu przewodniczącego partii SVP Christopha Blochera w grudniu 2007 roku. Pisał historię, ponieważ taka sytuacja zdarzyła się dopiero po raz czwarty w dziejach Konfederacji. 

W 2012 roku, wchodząc do siedmioosobowej Rady Federacyjnej i obejmując Departament Spraw Wewnętrznych, Berset stanął na szczycie szwajcarskiego systemu politycznego. W tym roku (prezydentura w Szwajcarii jest rotacyjna) pełni funkcję głowy państwa. 

topelement-5

Prezydent i biegacz. Źródło: lematin.ch

Po prostu Alain 

Jest politykiem z powołania. Lubi podkreślać, że w sektorze prywatnym nie zarobił ani rappena. A pomyśleć, że mógł zostać zawodowym sportowcem.

Rodzina Berseta to biegacze. On sam, jako 17-latek zdobył tutuł mistrza juniorów zachodniej Szwajcarii w biegu na 800 metrów. Sport do dzisiaj pełni ważną rolę w jego życiu. Lubi jeździć na nartach i chodzić po górach. Choć na co dzień urzęduje w Bernie, co roku 1 sierpnia w Narodowe Święto Szwajcarii, wraca w rodzinne strony, aby razem z rodziną i przypadkowo napotkanymi miłośnikami natury, wędrować w okolicach Schwarzsee, a potem zjeść Zmittag w lokalnej restauracji.

web-nr-6448.jpg

Wizyta w rodzinnych stronach. Źródło: Schweizer Illustrierte

Berset jest blisko ludzi, nie boi się z nimi rozmawiać, nie uznaje sztucznych podziałów. – Röstigraben (symboliczna granica językowa i kulturowa pomiędzy Szwajcarią niemiecką a francuską – przyp. red.) nie istnieje – to jedno z jego słynnych zdań. – Szwajcaria należy do wszystkich, którzy tu mieszkają – odpowiada, pytany o to, jak pojmuje patriotyzm. 

Ludzie cenią jego otwartość i szczere zainteresowanie ich problemami. Od jedenastu lat, w grudniu, przed świętami, jeździ do Fryburga gotować zupę w jadłodajni dla biednych i bezdomnych. – Znam tu wszystkich. Dla nich jestem po prostu Alain – mówi. Po skończonym obiedzie pomaga zamiatać podłogę. 

To, że polityków, nawet tych wysoko postawionych, można spotkać bez ochrony w pociągu czy kawiarni w centrum miasta, nikogo w Szwajcarii nie dziwi. Berset natomiast wyjątkowo chętnie daje się „przyłapać” w sytuacjach prywatnych. Na przykład, kiedy podczas wizyty w Lichtensteinie, przed uroczystą kolacją w pałacu książęcym, przyszywa sobie guzik w marynarce. Prezydent, co igły i nitki się nie boi. 

web-il50_reportage_berset02.jpg

Berset gotuje zupę dla bezdomnych. Źródło: Schweizer Illustrierte

Lew salonowy 

Właśnie wylądowałem w Nowym Jorku – informuje Berset ponad 7 tys. osób obserwujących go na Instagramie. Prezydent poleciał akurat reprezentować Szwajcarię podczas 73. sesji ONZ. W rozjazdach jest często, bo tego wymaga jego funkcja. W tym roku był już z wizytą m.in. w Bangladeszu (gdzie przyjęto go jak króla), Japonii (skąd wrzucił selfie z zawodnikami sumo), Nairobi, Kenii i Bejrucie. 

Odwiedził też sportowców podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Seulu, a na mundialu w Rosji kibicował reprezentacji w grupowym meczu z Brazylią. Chętnie wizytuje też festiwale filmowe. W maju był w Cannes, a w sierpniu otwierał Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Locarno, gdzie spotkał się też z amerykańską aktorką Meg Ryan, odbierającą w Szwajcarii nagrodę honorową.

Berset lubi bywać i wie, jak się zachować na salonach. W nienagannie skrojonym smokingu witał niemieckiego prezydenta Franka-Waltera Steinmeiera podczas jego wizyty w Szwajcarii. W czasie swojego urzędowania miał już okazję spotkać się z prezydentem USA Donaldem Trumpem i papieżem Franciszkiem. Z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem jest w dobrych relacjach oficjalnych i prywatnych, a na narty jeździ razem z księciem Lichtensteinu. 

Wieczorami grywa na pianinie. Podczas obchodów 125-lecia Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii dał koncert na cztery ręce z koleżanką z rządu Simonettą Sommarugą. 

Berset-zu-Treffen-mit-Trump-Es-war-ein-Gespraech-auf-Augenhoehe_article_full

Z Donalden Trumpem w Davos. Źródło: Keystone

„Afera obrączkowa” 

Berset często podkreśla, jak ważna jest dla niego rodzina (ma trójkę dzieci) i jak wielkie znaczenie dla niego i jego kariery politycznej ma żona Muriel, artystka i znawczyni literatury. 

Jakiś czas temu szukający sensacji tabloid zauważył jednak, że prezydent nie zawsze nosi na palcu małżeński symbol miłości i wierności. – Są dni, kiedy pan Berset obrączkę nosi i takie, kiedy nie – tłumaczyła wtedy lakonicznie szefowa biura komunikacji prezydenta. To chyba jedyny, choć ewidentnie nakręcony przez nudzących się dziennikarzy, obyczajowy incydent związany z Bersetem. Przez mijające właśnie dziewięć miesięcy prezydentury udało mu się uniknąć skandali.

Choć jego sposób bycia wzbudza w Szwajcarach sympatię, nie wszyscy akceptują jego działania polityczne, bo chce np. podwyższać podatki i ciąć pensje najlepiej zarabiającym lekarzom. W zamian zaś proponuje dodatek emerytalny dla kobiet, walkę z rosnącymi premiami ubezpieczycieli i regulację rynku leków. Choć społeczną wrażliwość wyssał z mlekiem matki (też była działaczką polityczną), często brakuje mu odwagi, aby odnieść się do budzących kontrowersje spraw, jak obecność kobiet w parlamencie czy legalizacja marihuany.

Krytycy zarzucają mu skłonność do uników i operowania okrągłymi zdaniami. Być może dlatego nie potrafił przekonać obywateli do swojego wielkiego projektu, jakim jest reforma systemu emerytalnego, co uważa się za jego największą polityczną porażkę. 

SCHWEIZER FILMPREIS QUARZ, VERLEIHUNG, PREISVERLEIHUNG,

Z żoną Muriel Zeender Berset. Źródło: Keystone/Martial Trezzini

Alain Berset za trzy miesiące pożegna się ze swoją funkcją. Zostanie po nim dobre wrażenie i dużo fajnych zdjęć. Fakt, że lubi się „lansować”, ale czy nie na tym właśnie polega rola prezydenta Szwajcarii? Berset jest doskonałym przykładem profesjonalizacji szwajcarskiej polityki. Dobrze wykształcony i oddany służbie publicznej. Do tego przystojny i medialny – regularnie pojawia się rankingach najpiękniejszych i najlepiej ubranych. Potrafi się ładnie wypowiedzieć – swoją mowę inauguracyjną wygłosił w czterech oficjalnych językach kraju. Lepszego prezydenta Szwajcaria nie mogła sobie wymarzyć.

IMG_4731

Źródło: tagesanzeiger.ch


Źródła:

Schweizer Illustrierte

Handelszeitung

NZZ

Tagesanzeiger

Blick

20 Minuten

Szwajcarska miłość do gotówki

topelement-3

Fot. Martin Ruetschi/Keystone

Zajrzyjcie do portfela. Ile macie gotówki? Ja dokładnie 1 franka i 60 rappenów.

Takie samo pytanie zadał ostatnio Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) w ankiecie skierowanej do prawie 2 tys. osób. Okazuje się, że wbrew nowym trendom w płatnościach, szwajcarska miłość do gotówki pozostaje niewzruszona.

Przeciętnie Szwajcar nosi przy sobie na co dzień aż 133 franków. Papierowy pieniądz to też ulubiony środek płatniczy w kraju. Aż 70 proc. transakcji dokonuje się właśnie za pomocą banknotów i monet.

Po co takie badania? SNB chciał sprawdzić, czy jest sens dalej drukować banknot 1000-frankowy. Wyobrażacie sobie prawie 4 tys. złotych w jednym papierku? Aż strach nosić to w portfelu! Mnie przez prawie cztery lata mieszkania w Szwajcarii zdarzyło się chyba tylko raz trzymać w ręku taki banknot. W badaniu SNB 40 proc. osób przyznało, że płaciło nim co najmniej raz w ostatnich dwóch latach, kupując coś większego, jak samochód, meble czy płacąc rachunki na poczcie. Sprawdziłam, że w obiegu znajduje się aż ponad 47 mln sztuk tych banknotów (dane za 2017 r.). Gdzie się podziewają? Można podejrzewać, że w szwajcarskich tapczanach. Pod tym względem tutejsi emeryci niewiele różnią się od polskich, którzy też nie ufają bankom.

W ogóle jak na kraj kojarzony z instytucjami finansowymi, Szwajcaria jest dość konserwatywna, jeśli chodzi o korzystanie z nowoczesnych usług płatniczych. Szwajcarzy mają konta w banku, karty debetowe i kredytowe, ale tylko co czwarta dokonywana w kraju transakcja jest bezgotówkowa, choć kartą można spokojnie zapłacić niemal wszędzie. Ja dopiero w tym roku dostałam od mojego banku kartę z funkcją płatności zbliżeniowych. Aplikacje płatnicze, płacenie telefonem, owszem, istnieją, ale raczej jako gadżety, z których korzysta młodzież.

Jako osoba, która nigdy nie ma przy sobie gotówki, przyzwyczaiłam się do tego, że w nielicznych miejscach, gdzie nie da się zapłacić kartą, zawsze mogę liczyć na męża, który, jako Szwajcar z dziada pradziada (boję się, że niedługo wystawią go w muzeum), papier w portfelu zawsze ma. Do momentu, kiedy jakiś czas temu wybraliśmy się razem na festiwal food trucków do Zurychu.

Impreza odbywała się daleko od centum miasta, gdzieś pod lasem. Byliśmy głodni jak wilki (po niemiecku: jak psy), no bo przecież przez cały dzień trzeba było trzymać miejsce na te wszystkie pyszności, które już z daleka pachniały, tak, że ślinka ciekła. Po drodze planowaliśmy, co zjemy. Przed oczami stały nam te wszystkie wegańskie burgery, hot dogi z kimchi, makarony bez glutenu i eklery bez cukru. Mniam ;P

Pierwszy upatrzony truck, wyciągamy portfele i.. o-o-ł. Oboje nie mieliśmy gotówki. Kartą płacić nie szło, najbliższy bankomat za 5 km. Wspólnych zaskórniaków starczyło na jednego hot doga i piwo na spółę.

Wiecie, że niczego mnie ta historia nie nauczyła i nadal nie noszę gotówki? A Wy?

Wschodni zapaszek a Zurych odrealniony

8f1beca330b82530ffff8049ffffffe7

Heini Andermatt „Girls in der Bahnhofstrasse” heiniandermatt.ch

Fragment opowiadania Stefana Chwina „Szwajcaria” ze zbioru ”Dieser Mont Blanc verdeckt doch die ganze Aussicht!” : Der literarische Blick auf Alpen, Tatra und Kaukasus. („Ten Mont Blanc zasłania cały widok!”: Literackie spojrzenie na Alpy, Tatry i Kaukaz”). Redakcja: Gianna Frölicher, Małgorzata Gerber, Sylvia Sasse, Nina Seiler. Edition Schublade. Zürich 2016.

Na publikację trafiłam przypadkiem, buszując w książkach w jednym z zuryskich second handów. Nie wiem, kiedy Chwin był w Zurychu i napisał te słowa, ale urzekła mnie trafność jego spostrzeżeń. Fragment nieco przydługi, ale myślę, że warto.

„Ulice Zurychu były pełne ludzi, a wyglądały na zupełnie puste. Ludzie szli zamknięci w szklanych kulach swoich spraw, na dnie oczu spokój, rezygnacja i bezwzględny błysk stanowczości, żadnych głośniejszych rozmów. Jakież to wszystko było niepodobne do polskich ulic i patrząc na twarze, sklepy i światła, nie wiedzieliśmy, czy to dobrze, czy źle, że ta różnica stała się tak jawna. Tu wszyscy szli tak, jakby nie chcieli zadrasnąć nikogo swoją obecnością, toczyli się ulicami jak kule sprawnie toczące się po zielonym suknie bilardowego pola, zręcznie wymijając przechodniów, żeby nikogo nie potrącić, nie dotknąć, nie popchnąć, szybkie spokojne kroki, prawie nikt nie szedł, wszyscy gdzieś dążyli, a każdy osobno, w swoją stronę. Przy stolikach w kawiarnianych ogródkach siedziały eleganckie damy trzymające na wodzy każdy swój gest, rozmawiające o swoich domowych i romansowych sprawach tak, jak się mówi o sprawach handlowych, nie widziałem nigdzie żywszej gestykulacji, uniesionych rąk, uniesionych brwi, nie słyszałem wybuchów śmiechu, ta elegancja wszystko pokrywała leciutkim, srebrnym nalotem, uciszając głosy i wygładzając skórę na policzkach i dłoniach.

A u nas, w Polsce? Na naszych ulicach unosił się zapaszek z lekka łobuzerski, ruch był bardziej chaotyczny, na przystanku czy chodniku pojawiały się niespodziewane zawirowania, ludzie nie wytrzymywali czekania na zmianę świateł z czerwonych na zielone, wchodzili przed samochodami na jezdnię, psychicznie mocując się z kierowcami, kto kogo, dziewczyny wstrząsały włosami, szły z lekka bezczelnie, młodzi mężczyźni w dresach, w kurtkach z kapturem, w luźnych portkach, szli po chodniku rozkołysani, z tatuażami na rękach, z mocno wygolonym karkiem, odgrywając rolę króla ulicy, nie ustępowali nikomu z drogi, kto kogo, ludzie się sobie przyglądali, każdy miał zdanie o każdym, które mogło w każdej chwili wybuchnąć ordynarnym bluzgiem. Na ulicy w Zurychu nikt z idących nie przyglądał się nikomu, nikt nie interesował się tym, kto jak jest ubrany, uczesany, umalowany. U nas nad ulicą unosiła się atmosfera zaczepki, nieprzyzwoitego gestu, każdy oceniał każdego, każdy wyrażał obojętność, która wcale nie była obojętnością, na twarzach malowała się aprobata i dezaprobata.

Kiedy gdańską ulicą szła ze mną K. w jednym ze swoich zwariowanych kapeluszy, choćby w tym toczku kremowym z jasną kokardą na czubku, czuliśmy, że jesteśmy widziani, że zaczepiają nas cudze spojrzenia, że komuś zależy na tym, żebyśmy nie wyglądali tak, jak wyglądamy, albo żebyśmy wyglądali, tak jak wyglądamy. A tu, na ulicy w Zurychu, nikt nie zwracał uwagi na fantazyjny kapelusz K., szliśmy ulicą, której było zupełnie obojętne, czy wyglądamy tak, czy siak, żadnego odzewu, piłka rzucona i nieodbita, zresztą mijały nas postacie równie fantazyjne, jacyś mężczyźni z włosami ufarbowanymi na różowo, na których nikt nie zwracał żadnej uwagi, jakieś kobiety z szyjami wytatuowanymi na  oletowo, z nosami przebi- tymi srebrnym gwoździem, na które nikt nawet nie rzucił okiem. Cały ten uliczny teatr rozmaitości grał do pustej widowni, chociaż ulica była pełna, był wyzwaniem rzuconym w powietrze, gestem nie trafiającym na żaden opór, powietrze rozrzedzone, nad jezdnią chmurka świateł, a w niej płynące złote rybki w metropolitalnym akwarium Zurychu, geje w rurkowatych spodniach, lesbijki w kolorowych ciuszkach z Orientu. Każdy grał tu przedstawienie nawet nie dla samego siebie, tylko dla drzew i domów.

Szliśmy ulicą Zurychu wyczyszczeni z istnienia, higieniczni, odrealnieni i brakowało, och, jak brakło nam tego łobuzerskiego, wschodniego zapaszku, w którym się wychowaliśmy, tych spojrzeń ironiczno-karcących w autobusie, w tramwaju, na przystanku, na dworcu, tej atmosfery zaczepki, wyzwania, chociaż chwilami marzyliśmy o zupełnie obojętnym tłumie, w którym można by zatonąć, o gnieździe świętego spokoju, o zupełnej niewidzialności, ale teraz brakowało nam tych spojrzeń, tych drobnych nakłuć naskórka twarzy taksującymi spojrzeniami, tych drobnych oparzeń na skórze, które nas tak drażniły i cieszyły, gdyśmy wychodzili na ulice Gdańska – K. w swoich fantazyjnych kapeluszach, w papieskich narzutkach, z torebkami z pchlego targu, jakich nikt nie nosił, ja – w czarnym kapeluszu, w czarnym płaszczu z białą brodą, a wiadomo, kto chodzi w czarnym kapeluszu, w czarnym płaszczu, z białą brodą.

Istoty wędrujące ulicami Zurychu przepływały obok nas równym rytmem, a my nie zostawialiśmy nawet śladu w ich spokojnych źrenicach, zajętych czym innym niż obserwacja wyglądu przechodniów. A tam, w Gdańsku, o żadnej niewidzialności nie mogliśmy nawet marzyć. Tak, odstawaliśmy od reszty, która była wyczulona na każdą odmienność, na każde drgnienie obcości, więc wychodząc na ulicę czuliśmy lekki dreszczyk, że jesteśmy wystawieni na cios, ale było się od czego odbić, uliczny teatr był gorący, kto wystawiał się na widok, mógł oberwać, ulica mówiła: nie lubimy obcych, ale lubimy drażnić się z obcymi, czuła ich jak drzazgę pod paznokciem. Tu, w Zurychu, płynęliśmy metropolitalną ulicą w jasnym nurcie wieczornego powietrza, pośród mnogich dziwadeł, elegantów, korporacyjnych bubków z roleksem na przegubie, pań o siwych włosach uczesanych w falę nad czołem, śniadych Arabów w białych koszulach, Murzynów w skórzanych kurtkach i jaskrawych swetrach.”

Kradzież niemile widziana, czyli o zakazach

Szwajcarskie koleje planują wprowadzenie zakazu palenia na peronach – przeczytałam ostatnio w „Neue Zürcher Zeitung” i pomyślałam: Alleluja! Nareszcie! Lepiej późno, niż wcale. Zachodnia cywilizacja dotarła do Szwajcarii.

Kompletna samowolka palaczy dziwiła mnie, odkąd tu przyjechałam. Palić można właściwie wszędzie – rownież na przystankach autobusowych, peronach, halach dworców, czyli w tzw. miejscach publicznych, gdzie w Polsce i wielu innych krajach obowiązuje „zakaz palenia”. Przepisy pozwalają właścicielowi knajpy wydzielić w lokalu specjalną przestrzeń dla palaczy (dziękuję za info Auslanderce w Szwajcarii!), co w praktyce oznacza, że papierosowy dym i tak czuć wszędzie. Na walające się wszędzie pety narzekałam już nie raz na tych łamach, dlatego planowane ograniczenie na początku tak mnie ucieszyło. Dopóki temat nie pojawił się w rozmowie z kolegą-Szwajcarem (swoją drogą, palaczem).

Oburzony z zapałem bronił prawa do dymka, powołując się na wolność jednostki i prawo do decydowania o własnym zdrowiu i życiu, wytoczył ciężkie działa, padły różne -izmy, na czele z liberalizmem, na koniec przeklął państwo za wtrącanie się w życie obywateli i orzekł, że padł ostatni bastion wolności w Szwajcarii.

Tyle dymu o zakaz dymka na peronie? Cieszcie się, że możecie poleżeć sobie na trawce i wypić piwo w centrum miasta – pomyślałam, przypominając sobie obwarowane zakazami polskie skwerki. Bo gdy się nad tym głębiej zastanowić, szwajcarskie społeczeństwo ma dość sporą swobodę w przestrzeni publicznej. Palenie – wiadomo, ale również alkoholem można się raczyć w parkach, na skwerkach, nad jeziorem, w pociągu, autobusie, na ulicy – właściwie wszędzie tam, gdzie nie jest wyraźnie powiedziane, że nie wolno. Trawniki są po to, żeby na nich siedzieć, leżeć, piknikować, a nie po to, żeby ładnie wyglądały. Psy mogą biegać bez smyczy, poza kilkoma wyjątkami, jak np. cmentarze czy tereny gospodarstw rolnych, gdzie mogłyby przestraszyć krówki. A jak zauważył niemiecki komik Kayah Yanar w jednym ze swoich genialnych skeczów, nawet kradzież w Szwajcarii nie jest zabroniona (niem. verboten), ale niemile widziana (niem. nicht erwünscht).

Dotyczy to też poważniejszych spraw. Dlaczego dyskusja o zakazie noszenia burki przez muzułmanki, która przetoczyła się przez całą Europę, w Szwajcarii skończyła się, zanim jeszcze na dobre się zaczęła?

Szwajcarzy boją się zakazów. Ale kochają porządek i święty spokój. Dlatego obywatelom, którym wolno palić na dworcach i pić na ulicach, zabrania się odkurzania w mieszkaniu codziennie pomiędzy godz. 12 i 13 i koszenia przydomowego trawnika po godz. 18. Czyli inaczej niż to było w historii o „Pawle i Gawle”, wolnoć Tomku, ale nie w swoim domku.

Muszę przyznać, że to poszanowanie przestrzeni prywatnej z jednoczesnym uwolnieniem przestrzeni publicznej (mam wrażenie, że w Polsce jest dokładnie na odwrót) bardzo mi się w Szwajcarii podoba. Dlatego, choć cieszę się, że być może niedługo nie będę musiała wdychać dymu z papierosa czekając na pociąg, to rozumiem protesty palaczy i ich obawy o ograniczenie swobody. I sama zaczynam się trochę martwić. Bo co, jeśli to jest początek zabraniania? Nie chcę tu tabliczek „nie deptać trawnika”, nie chcę zakazu pływania w jeziorze w centrum Zurychu, nie chcę czuć się jak przestępca, otwierając piwo w pociągu. Szwajcario, nie idź tą drogą!

Szwajcario! Kiedyś Cię oswoję!

 

 

 

Tekst powstał w ramach projektu Klubu Polek na Obczyźnie. Piszące kobiety-emigrantki z różnych miejsc na świecie opowiadają o tym, jak zmieniło się ich postrzeganie kraju, w którym mieszkają. Ja podeszłam do tematu nieco inaczej i postanowiłam opisać, jak emigracja zmieniła mnie.

W październiku miną trzy lata odkąd przeprowadziłam się do Szwajcarii. Niby niedługo, ale dla mnie ten czas był chyba najbardziej intensywnym i pouczającym czasem w życiu.

Nie jestem ekspatką, jestem emigrantką. Nie dostałam zagranicznego kontraktu od firmy, nie siedzę w korporacji, nie dostaję co miesiąc czterozerowych przelewów we frankach. Dziwne, co? Przecież Szwajcaria to kraj bankierów, więc jak to emigrować tu nie do pracy? Moja emigracja nie była przymusowa, nie przyjechałam „za chlebem”, ale dobrowolnie, choć nie do końca racjonalnie, bo kierując się sercem. Nie była to też moja pierwsza przeprowadzka za granicę i być może dlatego myślałam, że skoro poprzednio nie było trudno, to tym razem pewnie też „jakoś to będzie”. No cóż..

Wyjazd do Szwajcarii przydarzył mi się w kluczowym momencie życia. Od kilku lat mieszkałam w Warszawie, spełniałam się zawodowo, można nawet powiedzieć, że robiłam karierę, jeśli zarobki równe dwóch-trzech średnich krajowych uznamy za jej wyznacznik. Tym bardziej rezygnacja z wygodnego, łatwego i dobrze rokującego życia nie przyszła mi łatwo. Choć teraz wiem, że przyszła w odpowiednim momencie.

Ponieważ jestem tu już na tyle długo, aby móc zaobserwować kilka etapów mierzenia się z krajem i emigracyjną rzeczywistością, postanowiłam podzielić mój tekst, a tym samym moje doświadczenia, na kilka rozdziałów. Pierwszy to..

Szwajcario – nienawidzę Cię!

Szwajcaria jest trudnym miejscem do emigracji. Tu nie przyjeżdża się z nastawieniem: jakoś to będzie. O tym przekonałam się dość szybko i stało się to przyczyną mojej początkowej frustracji. Ja, z magisterką i podyplomówką, po studiach na trzech uniwersytetach w Polsce i za granicą, z wyuczonym angielskim, kilkuletnim doświadczeniem zawodowym, mającą przed sobą świetlaną przyszłość w branży.. nagle.. nie mogę znaleźć pracy! Szok, wstyd, płacz. Moje życie wyhamowało i pojawiła się nieznana mi dotąd wizja siedzenia w domu i gotowania obiadków dla męża. Nigdy nie zapomnę wizyty w biurze doradztwa zawodowego, gdzie opowiadałam schludnej siwej pani z zegarkiem szwajcarskiej kolei SBB na nadgarstku o swoim życiu, a jej oczy robiły się coraz większe i większe.. „To co Pani chce tu u nas właściwie robić?” – zapytała. No właśnie, co? Musiałam znaleźć pomysł na siebie, a Szwajcarzy mi tego nie ułatwiali. Niby uśmiechnięci, ale mistrzowie świata we wbijaniu szpil. Nie byłabym sobą, gdybym po prostu się z tym pogodziła. Postanowiłam wycisnąć z nowej sytuacji, ile się da. Mniej więcej po roku życia na emigracji, pełnym rozczarowań, wielu momentów załamania i depresyjnych nastrojów, weszłam w kolejną fazę..

Szwajcario – jesteś piękna!

To przyszło nagle, jak oświecenie.. Zrozumiałam, że skoro moje życie nie będzie już wyglądać tak, jak przedtem, to po co za wszelką cenę próbować w nowej rzeczywistości wpisywać się w stary schemat. Zaczynam wszystko od nowa – to szansa, którą wielu chciałoby mieć, a ja ją właśnie dostałam i mogę teraz pokierować sobą, tak, jak tylko chcę. Najpierw zaczęłam biegać. To pomagało mi pozbierać myśli i dało zajęcie, którego tak bardzo potrzebowałam. W ten sposób powoli, stopniowo – ja, pracoholiczka! – zaczęłam odkrywać, że życie to nie tylko praca. Doceniłam wartość pasji. Zajęłam się winem, które zawsze mnie interesowało, ale w Warszawie miałam jedynie czas, aby je pić, a nie zajmować się nim na poważnie. Zaczęłam pracować w winnicy (tak, Pani Dziennikarka w polu!), zrobiłam kurs w Toskanii i tak powoli, powoli oswajałam się z myślą, że może to będzie kiedyś mój nowy zawód. Tym razem jednak podeszłam do sprawy bez niezdrowej ambicji – uda się, to fajnie, nie uda – trudno. Było kilka dorywczych prac, nowe kontakty, ciekawi ludzie po drodze. Inwestowanie w siebie i w swoje pasje stało się moim sposobem na radzenie sobie z emigracyjną rzeczywistością. Wrzuciłam kolejny bieg.

Szwajcario – chcę Cię oswoić!

Nie mam pracy, co dla mnie oznacza tylko tyle, że nie siedzę osiem godzin dziennie za biurkiem, czekając z utęsknieniem na piąteczek. Mam zajęcia. Piszę bloga, bardzo dużo podróżuję, jeżdżę na rowerze, chodzę po górach, zajmuję się psem, uczę się języków.. Życie znów przyspieszyło, tym razem jednak to ja nadaję mu tempo. Emigracja pozwoliła mi zrozumieć, że praca to nie tylko zarabianie pieniędzy, że moja rola w rodzinie, społeczeństwie, świecie nie ogranicza się do „dokładania” do budżetu czy robienia zakupów i powiększania produktu krajowego brutto. Wiele z Was pomyśli pewnie – no tak, szczęściara, nie pracuje, bo nie musi. Wiem, że to ogromny przywilej (nie brak pracy, ale możliwość poszukiwania tej wymarzonej), za który codziennie jestem wdzięczna. Tylko tyle i aż tyle.

Co poza wizją pracy zmieniła we mnie Szwajcaria? Podejście do obcych ludzi. Mówienie Grüezi (szwajcarskie dzień dobry) mijając sąsiadów, pytanie o wolne miejsce w pociągu, dziękuję, proszę, z uśmiechem, choćby wyuczonym, ale jak bardzo ułatwiającym codzienne życie. Szwajcaria (głównie w osobie mojego męża i jego przyjaciół) nauczyła mnie też podchodzenia do życia minimalistycznie, koncentrowania się na doświadczeniach, zamiast na przedmiotach. Butelka wina, wycieczka za miasto, dobra kolacja, wyjście do kina – to wystarczy, żeby poczuć się wyjątkowo. I jeszcze jedno – tym razem z kobiecego punktu widzenia – Szwajcarki nauczyły mnie, że niepofarbowane włosy i brak makijażu to nic złego. Ba, nawet można z tym żyć i dobrze wyglądać ;)

Teraz to, co najważniejsze – pogodziłam się z krajem, który, z pomocą losu i przypadku, wybrałam do życia. Szwajcaria, choć ma swoje wady, jest piękna, bezpieczna, dostatnia i daje ogrom możliwości – czuje się szczęściarą, że mogę tu mieszkać! Polska wciąż jest moją ojczyzną, ba – za każdym razem, kiedy tam jestem, odkrywam ją na nowo. Wiem też, że tak jak mówi nazwa mojego bloga – I’m not Swiss – nie jestem i nigdy nie będę Szwajcarką. Gdzie jest w takim razie mój dom? Tu i tu. I tak już pewnie będzie zawsze, więc zaakceptowałam to i zaczęłam myśleć: to jest przygoda mojego życia!

Na koniec powiem Wam w tajemnicy – od niedawna nabrałam odwagi, aby zacząć kreować także mój świat zawodowy. Zniechęcona poszukiwaniem „idealnej” pracy, staram się wystartować z własnym biznesem, bo niby dlaczego nie spróbować? Zamierzam też nadal podróżować – lokalnie i globalnie – bycie w drodze stało się sensem mojego życia. Jestem w fazie EMIGRANTKA-JESZCZE-NIE-DO-KOŃCA-SZCZĘŚLIWA-ALE-ZADOWOLONA. Szwajcario – kiedyś Cię oswoję!

Agnieszka Kamińska

I’m not Swiss