Szwajcaria w czasach zarazy. Odcinek 1: Twierdza zostaje zdobyta

Szwajcaria w czasach zarazy

Tekst: Emilia Sułek*  Ilustracja: Quarantine Collages*

Wuhan. Miasto w środkowych Chinach. Tak daleko, a tak blisko. 

Zdjęcia z Wuhanu stały się naszym chlebem powszednim. W Szwajcarii oglądał je każdy. Od grudnia, dzień w dzień, telewizja pokazywała opustoszałe ulice miasta i ubranych w kombinezony ratowników medycznych. Do tego astronomiczne liczby ofiar. Tak samo abstrakcyjne jak i miasto, o którym wcześniej wielu nie słyszało.

Pod koniec stycznia przyszedł czas na Włochy, kraj lepiej nam znany. Pierwsi zakażeni, a potem tragiczna eksplozja zachorowań. W telewizji zdjęcia z przepełnionych szpitali w Lombardii i raporty o lekarzach, którzy nie dają sobie rady. Niby bliżej, ale wciąż abstrakcja. 

A potem w Szwajcarii pojawiła się pierwsza osoba, u której wykryto COVID-19. 25 lutego, czas karnawału. To jednak nie był żart. Właśnie mija miesiąc.

Tydzień I. Abstrakcja trwa 

Patrząc na historię epidemii wirusa COVID-19 wśród Helwetów, można rzec: dobre złego początki. Kiedy gruchnęła wiadomość, że w Wallis wykryto „pacjenta zero”, niewiele osób wzięło to serio. Wśród moich najbliższych zaobserwowałam zdziwienie, że i tutaj wirus dotarł. Oznak niepokoju brak. Choroba wciąż wydaje się być daleko. 

Kolejne dni przynoszą wzrost zachorowań. Towarzyszy im wiadomość, że osoby, które miały kontakt z zakażonym, objęte są kwarantanną. Ta mrówcza, niemalże detektywistyczna robota, poraża skrupulatnością. Wiara w system jest duża: „Jeśli mieliśmy kontakt z kimś chorym (ale niby gdzie?), lekarz sam się po nas zgłosi”. Posługując się tą logiką, na Literaturfest w Lucernie, dobrowolnie wpisuję się na listę gości i podaję numer telefonu. Co tam ochrona danych osobowych! Gdyby odkryto, że inny miłośnik książek miał wirusa, lekarze mnie znajdą. 

Rząd zaleca unikać imprez masowych. Te powyżej 1000 osób są powoli odwoływane. Rozdanie Swiss Music Awards w Lucernie odbywa się przy połowie sali. Kiedy odwołują maraton narciarski w Engandynie, Narzeczony i koledzy narciarze łapią się za głowę. W Bazylei nie będzie też karnawału. W kraju, w którym rzadko coś się odwołuje, ludzie się dziwią, ale do paniki im daleko. Przesadna ostrożność – dla jednych. Odpowiedzialny krok – dla innych. I jedni i drudzy zakładają, że to rozwiąże problem.

W pociągach tłok. Rząd zaleca unikać transportu publicznego, ale jak to zrobić w kraju, gdzie miliony dojeżdżają do pracy i szkoły. Poza tym to pracodawca ma zdecydować o przejściu w tryb Home Office. I tak, czekając na decyzję „z góry”, krążę między Lucerną, Bernem i Zurychem. Wdycham morowe powietrze i nasłuchuję, czy ktoś kaszle. Razem ze mną słucha cały wagon, pełen ludzi skazanych na dojeżdżanie. Może tylko zrobiło się ciszej. Nie ma już głośnych rozmów przez telefon – tak jakby, żeby zminimalizować ryzyko wchłonięcia wirusa, pasażerowie przestali się odzywać. 

Nowy termin, social distancing, powoli wkracza do mediów, ale w pociągach tłok jak zawsze. Apele o trzymanie odstępu pasażerowie przyjmują zakłopotanym uśmiechem: „W godzinach szczytu nawet sardynki w puszce mają luźniej. Mam powiedzieć, że puste miejsce obok jest zajęte?”

Tydzień II. Bierzemy to na lekko

Po dużych imprezach przyszedł czas na mniejsze. Tokarczuk nie przyjedzie do Szwajcarii. Konferencja w Zurichu odwołana. Wystawa, której jestem kuratorką, przesunięta na za rok. W kalendarzu robi się pusto.

Szwajcarzy przyjmują to ze zdziwieniem. „Jak to, wystawa miała być w maju? Do tego czasu będzie po wszystkim.” Na wieść, że Azja Środkowa – Kazachstan i Mongolia – do których miałam jechać na wiosnę, wprowadzają restrykcje wjazdu, znajomi robią wielkie oczy. Tak jakbyśmy to tylko my w „rozwiniętej” Europie mogli komuś pozwalać wjechać albo nie. Polska już zamknęła granice. Szwajcaria nadal jest otwarta.

Apele o social distancing przynoszą niewiele. W Nordbrücke, ulubionej knajpie w Zurychu, tłok tak gęsty, że niemal intymny. Dopiero co poznane osoby wylewnie całują mnie na pożegnanie. To jeszcze nie dekadencja życia na tonącym statku, raczej chęć pokazania, że nic nas nie rusza. Albo błogie myślenie, że kryzysy to gdzieś indziej, ale nie tu. 

W pracy po staremu. Tylko kolega z Niemiec mówi, że jego matka ma kwarantannę. Córka znajomej też. Oho, więc to już nie tylko choroba telewizyjna. Zdarza się w prawdziwym życiu. Dla innych to nadal abstrakcja. Na seminarium w Bernie student kaszle jakby miał suchoty. „To tylko przeziębienie”, tłumaczy. Za parę dni okaże się, że następnych zajęć nie będzie. Przynajmniej nie twarzą w twarz. 

Pierwszy raz zauważam, że pociąg powrotny do Lucerny jest dość pusty. Może dlatego, że to „osobowy” przez Entlebuch? Przy oknie Japonka w szaliku naciągniętym na twarz. Poza tym cisza i spokój. „Gdyby dojeżdżanie do pracy zawsze było takie komfortowe!”, myślę patrząc na zielony krajobraz za oknem. Na szosie korek: ludzie wciąż dojeżdżają, tyle że samochodem.  

Pod koniec tygodnia przychodzi fala wiadomości z różnych kantonów. Politechnika w Zurychu zamyka podwoje. Uniwersytet w Lozannie i Lucernie też. Berno próbuje systemu rotacyjnego: połowa studentów na sali, druga w domu. Uniwersytet Zuryski uparcie chce dalej funkcjonować. Mimo tego, że to właśnie on był prekursorem w rozsiewaniu wirusa w tym mieście. W końcu i Zurych się poddaje. 

Lubię pracować w domu ale na fajrant dobry jest sport. Od paru dni z ciekawością obserwuję strony klubów fitness. Wszystkie otwarte, mimo że są miejscem intensywnej interakcji społecznej, gdzie różne rzeczy można „złapać”. W piątek wieczorem idę do Fitnesspark Allmend. „Państwo są otwarci?” „Oczywiście, do 22-ej”, słyszę na recepcji. „Mam na myśli Coronę.” Zaskoczenie. W środku zalecają trzymać dystans (sala i tak jest przepełniona) i wymyć po sobie sprzęt. Ale to robi się tu tak czy siak. Za dwa dni przyjdzie wiadomość, że z fitnessem koniec. 

A co z życiem towarzyskim? W weekend mamy zaplanowaną kolację dla znajomych. Bigos stoi już od kilku dni na balkonie. Goście stawili się prawie wszyscy. Przy drzwiach zamiast wylewnych powitań rozdzielamy komendy: zdjąć buty, powitanie łokciem albo skarpetką, potem mycie rąk. Każdy ma pilnować widelca i szklanki. Goście są zirytowani. Na hasło: „Umyj ręce”, słyszę: „Myłem w domu”. Posłuch w narodzie jest ograniczony. 

Corona jest jednym z wielu tematów przy stole. Głównie w kontekście tego, gdzie można pojechać na narty. Tu zamknięte, tam zamknięte. Ponoć w Berner Oberland niektóre trasy są otwarte. Ekologicznie uświadomieni Szwajcarzy mówią, że nareszcie mniej samolotów i środowisko będzie czyściejsze. Tylko że gospodarka straci. Wciąż są to rozmowy abstrakcyjne, wokół tematów-haseł: „klimat”, „gospodarka”. Na konkrety trzeba poczekać.

W sobotnią noc wykonuję rundę rowerem po mieście. Liczba osób, które mogą legalnie przebywać w jednym miejscu stopniała już do 50. Mimo to życie nocne kwitnie. Przed przepełnionym klubem wytacza się z taksówki zalany gość. Na parkiecie tłoczy się gęsta masa ludzi. W oknie innej knajpy napisane: „No Corona. Only local beer.” „Klient nr 51. nie zostanie obsłużony”. Jak to wygląda w praktyce, nie sprawdziłam. 

Przynajmniej pogoda dopisuje. Góry i świeże powietrze wciąż są dozwolone (Tatry i Mount Everest jednak zamknęli). Kolejki linowe wprawdzie nie działają, ale za to gastronomia ma się jak najlepiej. Uprzejmy komunikat w górskim Beizu mówi, że powyżej 50 osób lokal obsłużyć nie może, ale każdy stolik jest zajęty. Warunki do dalszego rozprzestrzeniania się wirusa można uznać za dobre. 

Tydzień III. Panika

W poniedziałek telewizja podała, że w ciągu jednej doby zanotowano wzrost zachorowań o ponad 800 osób. Szwajcaria wprowadza stan wyjątkowy. To sielankowe sceny ze szlaków narciarskich skłoniły rząd do akcji. Zważywszy brak solidarności między kantonami (vide: próba zarobienia na narciarzach z sąsiednich kantonów), teraz to państwo przejmuje dowodzenie. 

Szlaban dostają lokale, które nie są „niezbędne do przeżycia” (dla klientów, dla właścicieli sprawa wygląda inaczej). Otwarte będą spożywczaki, apteki, stacje benzynowe. Bez reszty obywatel musi się obejść. Do fryzjera nie pójdzie, butów nie naprawi. Sobotni targ w Lucernie odwołany do… odwołania. Zarządzenie wchodzi w życie we wtorek. Nieświadoma niczego, w poniedziałek idę do biblioteki pożyczyć książkę o ogrodnictwie (czuję, że wkrótce będę mieć czas na uprawianie ogródka). Bibliotekarka schowana za warstwą pleksi uśmiecha się blado. Dzień później biblioteka zostaje zamknięta. Podobnie jak inne instytucje kultury. 

Naród coś musi robić, więc biegnie do spożywczego. Puste półki w Coop i Migros to nie fake news. Zieją w nich dziury, szczególnie rażące w zestawieniu z ogólnym dobrobytem. Spaceruję między regałami tropiąc, co kupuje Szwajcar na czarną godzinę (für regnerische Tage, po szwajcarsku?). Na regale z mąką pusto. Nie ma makaronu i sosu pomidorowego. Ryż też wygląda blado. Sektor jajeczny opustoszał (Czy to już na Wielkanoc? Chyba tak, bo widzę, jak jakiś gość niesie koszyk wielkanocny „made in Migros”). Po papierze toaletowym nie został ślad.  

Za regałem, gdzie kiedyś stało müesli, czai się facet z aparatem. „Fotografuje pan pustkę?” Zagajam. „To trzeba udokumentować”, mówi. „Za dziesięć lat pokażę dzieciom. Inaczej mi nie uwierzą.” Jako Polka rocznik ’76 myślę: „Oj, szczęśliwy narodzie, co po raz pierwszy widzisz puste półki!” Makaron z sosem to dieta studencka. Każdy ugotować potrafi. Ale mąka? Czyżby każdy Szwajcar umiał piec chleb? Pewnie raczej pizzę. Telewizja podaje, że piekarnie ponoszą straty. Czyżby ludzie przestali kupować chleb? Jedzą już tylko ryż i makaron? 

Kombinacja tego czego „nie ma” jest frapująca. Za kryzysu kubańskiego, berlińskiego i wszystkich innych, dziadkowie chomikowali mąkę, cukier, spirytus i inne cuda. W późniejszym PRL-u było tak samo. Ale wtedy niewiele było. W bogatej Szwajcarii, myślałam, że ludzie będą kupować wino i łososia, coś lepszego niż mąkę typ 405. Okazuje się, że nawet w kraju dobrobytu naród władzy nie ufa i zaopatrzyć się musi.  

Idę wysłać rodzicom paczkę. W niej PADMA Grippe-Formel. Numerkomat na poczcie nie działa. To logiczne: hasło «be in touch» nacechowane jest teraz negatywnie. Na podłodze narysowane «krzyżyki», gdzie można stać (dla dowcipu wolałabym raz kółko, raz krzyżyk). Poczciarka, bezpieczny metr od lady, kiwa na mnie głową. Zaczynamy taniec „krok w przód, krok w tył”. Podchodzę, «Grüezi», kładę paczkę, krok w tył. Kobieta podchodzi, patrzy na adres. «Do Polski nie wysyłamy». Znowu krok w tył. Teraz ja do przodu. Biorę paczkę, dziękuję, wychodzę. Przy sąsiednim okienku klientka z „grupy ryzyka”, na oko 70+. Rozmawia, śmieje się, nie chce odejść. Kto jak kto, ale emeryci w przestrzeni publicznej widoczni są jak nigdy. 

Wiedza o sytuacji w kraju jest znikoma, ale wszyscy wiedzą, że kraj przygotowany jest na wirusa. Oglądam konferencję prasową. Daniel Koch, państwowy ekspert od chorób zakaźnych – przyciśnięty przez dziennikarza – przyznaje, że służba zdrowia ledwo dyszy. Wolnych łóżek na intensywnej terapii niewiele. Pytam znajomych Szwajcarów, jak myślą, ile. Rzucają: „1500?” Nie, 160. Są zdumieni. Telewizyjna propaganda mycia rąk też nie działa: wielu wciąż trudno zrozumieć, że wirus przenosi się przez dotyk. Klamki, pieniędzy, czegokolwiek. Ekspedientki w Kriens, miasteczku gdzie mieszkam, wydają resztę bez rękawiczek, a sklepowy podaje mi ser, do spróbowania, ręką. Zaufanie społeczne na prowincji jest duże. Chociaż u mojego dentysty w niewielkim Sarnen zniknęła półka z gazetami: na papierze COVID-19 też umie przeżyć. 

Bez tłumu turystów w Lucernie można spokojnie popatrzeć na Kappellbrücke, główną atrakcję miasta. Normalnie, w czasach nie-zarazy, omijasz to miejsce szerokim łukiem. Na moście zaczepia mnie facet, „Jakie pustki! Kto by pomyślał?” Dobre pytanie. Z tym, że Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła stan pandemii już 11 marca, a zdjęcia z Wuhanu oglądamy całą zimę. „No ale turystów z Chin nie ma!”, facet zauważa przytomnie. Obawiam się, że wielu myślało podobnie: skoro Chińczyk nie przyjeżdża, to choroby nie przywlecze. A że Szwajcar jeździ po świecie i coś może przywieźć, mniej nam się w głowie mieści. Zdumiewające, że mimo globalizacji i bycia w (prawie) sercu Europy, Szwajcaria nadal czuje się bezpiecznie schowana w górach. Twierdza nie do zdobycia. A jednak, Coronie się udało. 

Przy kolacji w środę konsternacja. Główne wydanie wiadomości spóźnia się o 17 minut. Tak po prostu, jak mówi komunikat, „z przyczyn technicznych”. Patrzymy po sobie. Takie rzeczy się tu NIE zdarzają. 

W czwartek wieczorem zapalam świeczkę na balkonie. Mówili w telewizji, żeby zapalić, na znak solidarności z tymi, co siedzą w domu sami. Wyglądam przez wszystkie okna, widzę zaledwie dwa światełka. Ja mam to w kościach, jeszcze z PRL-u, te akcje okienne. „Zamrugaj lampą, jak słuchasz Podziemnego Radia Solidarność”. Następnego dnia, o 12:30 ludzie klaszczą, jako umówiony znak podziękowań dla tych, co niosą pomoc medyczną. Może nie trwa to zalecanej przez media minuty, ale jednak. Społeczeństwo musi się jeszcze rozruszać. 

U Narzeczonego Home Office nie ma. W piątek wraca z pracy zdruzgotany. Ponoć jego fizjoterapeuta jest Corona-pozytywny. Pierwszy raz widzę przerażenie na jego twarzy. Jeszcze mu nie wspomniałam, że koleżanka z biura leży w łóżku z kaszlem i gorączką. Niedawno była w Paryżu. „To pewnie Corona”, napisała na WhatsAppie. Ale takich jak ona się nie testuje. „Cóż, francuskie metro to może nie był najlepszy pomysł”, rzuciła, nie bez francuskiej elegancji. 

Tydzień IV. Poczekamy, zobaczymy 

Zakazu wychodzenia z domu na razie nie będzie. Szwajcar musi się ruszać. Politycy mówią, że to jedna z podstawowych wolności. Poza tym zapobiegamy w ten sposób przemocy domowej. A ja myślałam, że w Szwajcarii przemocy domowej brak. Kto wie, ile jeszcze ciekawego nauczymy się dzięki wirusowi.


 

 

 

*Emilia Sułek: antropolożka, dziennikarka, menedżerka kultury. Przyjechała do Szwajcarii za pracą, została z miłości. Nie tylko do gór. Specjalistka od Azji Środkowej we wszystkich odmianach. 

*Quarantine Collages – kolaże w czasach zarazy, więcej na: instagram.com/quarantinecollages

Helwecja wezwała kobiety, ale rewolucji nie będzie

Autorka: Katarzyna Waniek, pedagożka socjalna i antropolożka kultury zajmująca się feminizmem i prawami kobiet. W latach 2008-2015 była asystentką językową w Ambulatorium Gynmed w Wiedniu, gdzie doradzała w zakresie antykoncepcji i aborcji. W Szwajcarii mieszka od czterech lat. Jest współinicjatorką nieformalnej grupy Dziewuchy Szwajcaria i absolwentką pierwszej edycji fakultetu feministycznego fem!.

Women's strike switzerland 2019_3

Generalny strajk kobiet w Szwajcarii. Czerwiec 2019. Fot. Olgierd Kajak

Latem 2019 roku tysiące kobiet wyszło na ulice Szwajcarii, między innymi po to, aby zażądać większego udziału we władzy politycznej kraju. Kilka miesięcy później postulaty równości płci przełożyły się na wynik wyborów do szwajcarskiego parlamentu. Po 20 października udział polityczek w pierwszej izbie parlamentu (Rada Narodowa) wzrósł do rekordowych w historii Szwajcarii 42% w porównaniu z 32% w 2015 roku. W Radzie Kantonów natomiast zasiądzie przynajmniej 5 kobiet, a ostateczny wynik znany będzie po drugiej turze wyborów w listopadzie.

Taka sytuacja spowodowała, że jeśli chodzi o odsetek kobiet w polityce, to w porównaniu z innymi państwami Szwajcaria awansowała na 15. miejsce z miejsca 38. i tym samym wyprzedziła Norwegię, Danię, Nową Zelandię, Francję i Włochy. 

Polityka małych kroków 

Jeśli prześledzimy historię alpejskiej Federacji od momentu uzyskania przez Szwajcarki pełni praw wyborczych w 1971 roku do ostatnich wyborów, to zobaczymy, że zmiany na korzyść kobiet nabierają tempa. Oto kilka kluczowych momentów na drodze Szwajcarek do równouprawnienia, która nadal trwa.

W 1990 roku wszystkie kantony (jako ostatni Appenzell Ausserrhoden) wprowadziły czynne i bierne prawo wyborcze kobiet. Wcześniej, w 1988 roku, weszło w życie nowe prawo rodzinne, w którym usunięto zapis o tym, że mężczyzna jest głową rodziny, a kobieta ma prowadzić dom. Do tej pory w szwajcarskich rodzinach to mężczyzna mógł decydować o tym, czy jego żona podejmie pracę, czy będzie zajmować się tylko domem. W 1981 roku równouprawnienie kobiet i mężczyzn zostało zapisane w konstytucji, choć ustawy je faktycznie gwarantujące weszły w życie dopiero 15 lat później. Dopiero ustawa z 1996 roku o równouprawnieniu kobiet i mężczyzn mówiła o usunięciu strukturalnych nierówności dotykających kobiety w życiu zawodowym, w tym niższych płac, dyskryminacji w procesie rekrutacyjnym i na drodze awansu i molestowania seksualnego w miejscu pracy. 

Rok 2000 przyniósł zmiany w prawie rozwodowym, a od 2004 roku przemoc w związku i małżeństwie jest uznana za czyn karalny. Od 2012 roku wprowadzono wyjątek dopuszczający aborcję do końca 12 tygodnia ciąży. Przerwanie ciąży po 12 tygodniu jest możliwe w przypadku zagrożenia zdrowia lub uszkodzenia płodu. Po podjęciu decyzji o przerwaniu ciąży nie wymaga się konsultacji psychologicznej, opinii lekarza lub czasu do namysłu. Antykoncepcja awaryjna jest dostępna bez recepty od 2001 roku. 

Urlop macierzyński w Szwajcarii trwa 14 tygodni i wprowadzono go dopiero w 2005 roku. Możliwość sądowego nakazania opuszczenia wspólnego mieszkania osobie dopuszczającej się przemocy weszła w życie w 2006 roku. W tym samym czasie zaczęło obowiązywać prawo gwarantujące jednorazowe lub okresowe dodatki pieniężne częściowo wyrównujące obciążenie finansowe związane z wychowaniem jednego lub więcej dzieci. 

Od 2012 roku obrzezanie kobiet ma w Szwajcarii kwalifikację czynu karalnego. Pary biorące ślub w Szwajcarii mogą od 2013 roku zachować nazwisko rodowe lub łączone, kobieta nie jest już zmuszona do przyjęcia nazwiska po mężu. Szwajcaria ratyfikowała wszystkie istotne konwencje międzynarodowe i zobowiązała się do zapobiegania dyskryminacji ze względu na płeć, podpisując w 1997 roku Konwencję o prawach politycznych kobiet ONZ. W 2017 roku Szwajcaria ratyfikowała konwencję stambulską o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. 

Helwecja wzywa 

Widzimy więc, że rosnąca rola kobiet w życiu politycznym znajduje przełożenie na zmiany prawne, a te gwarantują realną poprawę w życiu kobiet. W odniesieniu do przyszłości potwierdza to Flavia Kleiner, jedna z inicjatorek ruchu Helvetia ruft (Helwecja wzywa), który promuje ponadpartyjne zaangażowanie kobiet w życie polityczne. Jej zdaniem, kobiety w polityce prezentują inne punkty ciężkości – częściej niż w przypadku polityków interesuje je ekologia i zrównoważony rozwój, równość płci oraz przeciwdziałanie przemocy i dyskryminacji. 

Tymczasem analiza szczebli szwajcarskiej polityki federacyjnej, kantonalnej i komunalnej od 1848 (rok uchwalenia Konstytucji Federalnej) pokazała, że w tym czasie na 2733 wybranych polityków przypadło tylko 246 polityczek. Helwecja, alegoryczna postać symbolizująca jedność narodową Szwajcarii, tradycyjnie przedstawiana w todze z włócznią i w diademie, na współczesnym plakacie wskazuje palcem wzywając kobiety do kandydowania w wyborach niezależnie od poglądów politycznych. Aktywistki z ruchu Helvetia ruft proponowały wszystkim kandydatkom wsparcie w postaci programu z udziałem mentorek i ponadto zaangażowała się w rozmowy promujące kobiety ze wszystkimi partiami, co okazało się bardzo skuteczne.  

Jak pokazała analiza dziennika Neue Zürcher Zeitung (NZZ), podczas ostatnich wyborów do parlamentu siedem partii szwajcarskich zwiększyło udział kobiet na swoich listach. Tym samym udział kobiet wzrósł z 36% do 42% w porównaniu z 2015 rokiem. Kobiety zajęły 46% miejsc na szczytach list wyborczych. Przed czterema laty udział ten wynosił jedynie 33%. Ta różnica w dużej części zaistniała dzięki zmianom na listach partii konserwatywnych i prawicowych – Szwajcarska Partia Ludowa, znana także jako Demokratyczna Unia Centrum (SVP) oraz Radykalno-Demokratyczna Partia Szwajcarii (FDP), które w porównaniu partią Zielonych i Socjaldemokratyczną Partią Szwajcarii musiały nadrobić zaległości. 

stat-frauen-anteil-d

Udział kobiet w szwajcarskiej Radzie Narodowej i Radzie Kantonów w latach 1975-2019 (bez ostatnich wyborów). Źródło: parlament.ch

W Szwajcarii wiele kobiet dopasowuje się do roli, która jest im kulturowo przypisywana i która ma kluczowe znaczenie w utrzymaniu dotychczasowego porządku. Widać to szczególnie w połączeniu kobiecości i opiekuńczości. Kobiety za darmo, z miłości, troszczą się o dzieci, chorych i starszych, inaczej opieka poważnie uszczupliłaby produkt krajowy brutto. Bo nieodpłatna praca kobiet przynosi gospodarce wymierne korzyści. Zgodnie z danymi Szwajcarskiego Urzędu Statystycznego obecnie 79% Szwajcarek jest czynnych zawodowo, wykonując jednocześnie większość prac domowych i opiekuńczych. Aż 60% kobiet pracuje na część etatu, otrzymując często wynagrodzenie niewystarczające do samodzielnej egzystencji. Przez to wiele kobiet (8,1%) żyje poniżej granicy ubóstwa, a 15,5% kobiet zagrożonych jest ubóstwem. W przypadku mężczyzn jest to odpowiednio 6,1% i 13,8%. Niższe zarobki kobiet to też niższe emerytury w przyszłości.

Osiem miliardów godzin

Kobiety obciążone są podwójnie – pracą zawodową i domową (przygotowywanie posiłków, wychowanie dzieci, sprzątanie, pranie, prasowanie etc.). W ciągu roku wykonują 8,7 miliarda godzin nieodpłatnej pracy opiekuńczej i domowej. Szwajcarskie rodziny po urodzeniu się dziecka lub dzieci pielęgnują tradycyjny model: mężczyzna pracuje i utrzymuje rodzinę, kobieta pracuje w domu i dorabia na część etatu. Sprzyja temu realna różnica w wysokości zarobków (w zależności od wyliczeń kobiety zarabiają w Szwajcarii od 18% do 8% mniej niż mężczyźni) oraz fakt, że Szwajcaria jest krajem o najkrótszym urlopie macierzyńskim w Europie, a mężczyznom jeszcze niedawno przysługiwał tylko jeden dzień wolnego z okazji urodzenia dziecka. Również miejsca w żłobkach i przedszkolach są pomimo ulg bardzo drogie. Widoczne są podwójne standardy – podczas gdy przejście na część etatu po urodzeniu się dziecka jest w przypadku kobiety oczekiwane, mężczyźni nadal nie spotykają się z akceptacją pracodawcy w związku z decyzją o redukcji etatu.

Przed wyborami parlamentarnymi w październiku 2019 lansowane były projekty ustaw dotyczących równouprawnienia kobiet i mężczyzn, co do zarobków, urlopów rodzicielskich, przemocy, redukcji czasu pracy, pracy opiekuńczej i opieki nad dziećmi. Dwa tematy zyskały najwięcej zainteresowania: 38 tygodni urlopu rodzicielskiego i obniżenie tygodnia pracy do 35 godzin. Komentarze medialne nie pozostawiają złudzeń – żaden z tych projektów nie zostanie powitany z radością ani przez politykę, ani przez przedsiębiorców. Mnożą się wątpliwości wobec planów podniesienia urlopu wychowawczego z 14 do 38 tygodni, co może bez dodatkowych instrumentów gwarantujących faktycznie rozdzielenie tego czasu pomiędzy obojgiem rodziców, spowodować wycofanie kobiet z rynku pracy. Powodem tego jest tradycyjny podział ról w szwajcarskich rodzinach, według którego to matki rezygnują z pracy, podczas gdy ojcowie podejmują się pracy w pełnym wymiarze godzin, by utrzymać rodzinę.

Ostatecznie Rada Narodowa i Rada Kantonów we wrześniu przegłosowały dwutygodniowy urlop ojcowski dla Szwajcarów. Koszt tego rozwiązania będzie finansowany po połowie ze strony pracowników oraz pracodawcy i będzie wynosił 0,06% wynagrodzenia. Rozwiązanie to jest krytykowane przez organizacje skupiające mężczyzn i ojców, które żądają dłuższych urlopów rodzicielskich wnoszących więcej do zrównoważenia życia rodzinnego i zawodowego. Urlop ten, według nowych obywatelskich inicjatyw ustawodawczych, trwałby przykładowo 30 tygodni i byłby dzielony po równo pomiędzy oboje rodziców.

topelement-11

Prawnie zagwarantowane dwa tygodnie urlopu ojcowskiego szwajcarski parlament przegłosował dopiero we wrześniu 2019 roku Fot. Keystone

Co z tą równością?

Wynik wyborów nastraja optymistycznie i daje nadzieję na poprawę sytuacji kobiet w szwajcarskim społeczeństwie. Jednak powolność zmian, która charakteryzuje demokrację bezpośrednią, powściągliwe zaangażowanie państwa w politykę rodzinną, równościową i antyprzemocową oraz brak parytetów nie pozostawia złudzeń – rewolucji nie będzie. Polityka małych kroków zapowiada konieczność wieloletniego podtrzymywania postulatów równościowych oraz prawdopodobieństwo nowej mobilizacji i ponowny strajk. Z drugiej strony wprowadzony po czerwcowych demonstracjach urlop ojcowski pokazuje, że protesty społeczne są skuteczne. Jakkolwiek trudno oczekiwać spektakularnej zmiany z dnia na dzień –  Szwajcarki są tego świadome i zapowiadają dalsze długofalowe działania, a ich upór wzmacniają kolektywne doświadczenia nierówności płci.

Mówiła o tym socjolożka Franziska Schutzbach zajmująca się tematem płci w ujęciu kulturowym. Przy okazji obchodów Dnia Kobiet w 2018 roku wyraziła ona przekonanie, że debata #MeToo postawiła równouprawnienie pod znakiem zapytania. Urodzona w 1984 roku Schutzbach wychowała się w przekonaniu, że generacja jej matki wywalczyła ustawowe równouprawnienie dla wszystkich kobiet, nie pozostało nic więcej do zrobienia, wszystko już jest „dobrze”. O tym, że żyła w błędzie, przekonała się, gdy podczas studiów została matką. Według Schutzbach fakt, że u sterów polityki i na wysokich stanowiskach w gospodarce znajduje się coraz więcej kobiet, nie oznacza wymiernej zmiany dla pozostałych kobiet. To mit, że dobrobyt i władza stają się wtedy automatycznie udziałem większości. W rzeczywistości przywileje pozostają udziałem tych, którzy te przywileje już posiedli.

Mit ma się jednak dobrze i karmi następne kobiety złudną nadzieją, że wszystko zależy od nich, muszą się tylko bardziej postarać. Skojarzenia z identyczną sytuacją kobiet w Polsce nasuwają się same. 

Un witz, ou bien? czyli jakim językiem mówią Szwajcarzy w Romandii 

Autorka: Kasia Schiller, absolwentka filologii francuskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, specjalizuje się w lingwistyce i dydaktyce. Absolwentka Didactique des langues et ingénierie pédagogique numérique na Uniwersytecie Stendhal w Grenoble we Francji. W Szwajcarii francuskiej pracowała w latach 2008-2015. Obecnie pracuje w kantonie Zurych. 

Sprachen_CH_2000_fr

Językowa mapa Szwajcarii. Fot. Wikipedia, Marco Zanoli

Krajobraz językowy Szwajcarii francuskiej (po francusku Suisse romande lub nieoficjalnie Romandie, termin wprowadzony po raz pierwszy w 1723 roku przez historyka Arbrahama Ruchat) fascynuje i jest przedmiotem zainteresowania wielu lingwistów. Badania w 2015 roku na uniwersytetach w Neuchâtel, Genewie i Zurychu wykazały, że Szwajcarzy francuscy są dumni ze swoich regionalizmów i starają się je pielęgnować. Co ciekawe, regionalizmy są częściej przekazywane dzieciom przez ojców niż przez matki, które wolą uczyć dzieci „poprawnej” francuszczyzny. 

Szwajcarski francuski ma wiele ciekawych różnic w słownictwie, gramatyce, a nawet wymowie w porównaniu do francuskiego standardowego. W większości przypadków Francuzi i Szwajcarzy francuscy rozumieją się, w przeciwieństwie do Totos (określenie Szwajcarów z Romandii na swoich sąsiadów z drugiej strony Röstigraben) i Niemców. Ale pamiętajmy, że mówimy tu o regionalizmach. Jest wiele wyrażeń, które spotkamy tylko w kantonie Vaud, których nie usłyszymy w Neuchâtel, nie mówiąc już o kantonie Jura czy dwujęzycznym Valais. 

Jedną z najbardziej ewidentnych różnic między językiem Szwajcarów i Francuzów są liczby. W standardowym francuskim jeśli chcemy powiedzieć 95, mówimy quatre-vingt-quinze czyli dosłownie 4 x 20 + 15. W Szwajcarii 95 będzie po prostu nonante-cinq. Tak samo septante – 70, zamiast soixante-dix (60+10). Taki sam sposób liczenia jest w Belgii. Liczba 80 jest bardziej enigmatyczna. Huitante jest to znowu regionalizm używany głównie w kantonach Vaud, Valais i Fribourg. W Genewie powiemy quatre-vingts, chociaż huitante też jest rozumiane. 

Inną ciekawą różnicą są posiłki. W Szwajcarii, ale też Belgii i Quebecu mówi się déjeuner, dîner, souper na odpowiednio śniadanie, obiad, kolację. Takie samo nazewnictwo obowiązywało w Paryżu aż do początku XIX wieku. Potem z powodu różnych wpływów społecznych, Paryżanie na śniadanie zaczęli mówić petit-déjeuner, na obiad – déjeuner, dîner to kolacja. Pamiętajmy że we Francji są regiony, gdzie nadal używa się takiej samej nomenklatury jak w Szwajcarii. Są to np. niektóre części Alzacji czy Lotaryngi. 

Jest wiele słów, których użyjemy tylko w Romandii np. un cornet (siatka na zakupy w sklepie, po francusku un sac), kołdra to un duvet po szwajcarsku francusku, w standardowym francuskim powiemy une couette. Un linge to po szwajcarsku francusku ręcznik. Po francusku powiemy raczej une serviette, za to un linge to termin ogólny na szmatkę, kawałek materiału. Ścierka to une panosse w Romandie, a we Francji – une serpillère. Service to wyrażenie, które zastępuje po francusku de rien czyli nie ma za co. Les Frouzes to określenie na français frontaliers (Francuzów mieszkających przy granicy). Un natel to szwajcarska mot-valise (kontaminacja) pochodząca od słów national oraz téléphone. Oznacza po francusku un téléphone portable czyli telefon przenośny. 

W Szwajcarii francuskiej często usłyszymy też wyrażenie ou bien?, odpowiednik francuskiego n’est-ce pas? – nieprawdaż? 

expo-helvetismes-mots-suisses-2

Un cornet – plastikowa siatka, ale mówi się tak tylko w Romandii. Fot. Pinterest.ch

W języku francuskim w Szwajcarii znajdziemy też sporo zapożyczeń z niemieckiego. Im bliżej granicy Rösti, tym bardziej widoczne są germanizmy. I tak jeśli chcemy coś zapieczętować, Szwajcar użyje germanizmu stämpfer, Francuz powie tamponner. Szwajcarzy na suszenie włosów użyją zapożyczenia z niemieckiego foehner, podczas gdy Francuzi powiedzą sécher les cheveux. Żart to z niemieckiego un witz. Po francusku powiemy une blague albo une plaisanterie. Kolejnym helwetyzmem jest słowo un bancomat, które we francuskim standardowym brzmi un distributeur des billets. Nettoyer czyli czyścić po francusku to poutzer od niemieckiego putzen. Ciekawe są też kalki językowe składni czy wyrażeń, które są dokładnymi tłumaczeniami z niemieckiego np. tenir les pouces czyli Daumen drücken (trzymać kciuki). Francuz powie croiser les doigts czyli dosłownie krzyżować palce.

Bardzo ciekawie przedstawia się gramatyka szwajcarskiego francuskiego. Pewnych konstrukcji słownych nie spotkamy we francuskim. Częściej są one używane przez osoby starsze, które powiedzą np. je n’ai personne vu zamiast je n’ai vu personne (nikogo nie widziałem/am). Dla Francuzów niepoprawne gramatycznie jest wyrażenie szwajcarskie à l’emporter zamiast à emporter, co znaczy dosłownie na wynos. Tłumaczy się to uproszczeniem fonetycznym. Widząc dwie samogłoski obok siebie, Szwajcarzy łączą je z l na początku. Jest też słynny regionalizm il veut pleuvoir zamiast il va pleuvoir, które personifikuje deszcz i znaczy dosłownie chce padać zamiast będzie padać. Powróćmy do je n’ai personne vu. Wiele badaczy językowych twierdziło, że jest to kalka z germanizmu ich habe niemanden gesehen. Ale badania z 2015 roku wykazały, że pochodzi z patois romand, czyli dialektów francuskojęzycznej Szwajcarii. To tłumaczyłoby częstsze użycie przez ludzi starszych.

Etymologia słowa patois pochodzi z 1285 roku i oznacza dosłownie język niezrozumiały, ordynarny. Najpierw pisany jako patoi, ma pochodzenie odczasownikowe z patoier, czyli gestykulować. Pierwotne znaczenie było więc związane z porozumiewaniem się za pomocą rąk, później z ordynarnym, niegrzecznym zachowaniem. 

Sam termin patois jest używany we Francji, Belgii, Włoszech i Szwajcarii na określenie języków mniejszościowych lub dialektów. Wielu lingwistów francuskich używa bardziej precyzyjnych sformułowań np. valaisan na określenie patois w Valais albo jurassien (dialekt z kantonu Jura), ponieważ patois może mieć wydźwięk pejoratywny. Patois romand to zespół języków lokalnych, które były używane w Szwajcarii francuskiej. Językami patois romand mówi się nadal w części Valais, Fribourg i w Jura, ale nie na co dzień. Co ciekawe, wszystkie oprócz jurassien, mowy najmłodszego szwajcarskiego kantonu Jura, pochodzą z języka frankoprowansalskiego. 

Języki patois romand narażone były od dawna na wyginięcie i są głównie używane przez osoby starsze. Powodem zaniku dialektów w Romandii w porównaniu z dialektami w części niemieckiej jest wielki wpływ i dominacja Francji pomiędzy XVII i XIX wiekiem. W XVII wieku najbogatsze rodziny berneńskie mówiły mieszanką dialektu berneńskiego i języka francuskiego, a Fribourg tylko po francusku. W czasie reformacji, a potem Rewolucji Francuskiej stopniowo zanikał frankoprowansalski, który zaczął być używany tylko przez niektóre rodziny katolickie i wiejskie. Już w XIX wieku pedagodzy francuscy zalecali rodzicom naukę francuskiego jako pierwszego języka, żeby ułatwić edukację dzieci w szkołach, a pod koniec XIX wieku dialekty były zabronione pod groźbą kary. 

Od kilkunastu lat dialekty patois romand cieszą się większą popularnością, dzięki coraz większej promocji wśród organizacji, które chcą zapobiec ich wyginięciu. Szwajcarzy francuscy bardzo dumnymi że swoich dialektów i regionalizmów, dlatego dbają o to, żeby chociaż język pisany był dobrze udokumentowany. Ale nie tylko pisany język ma się coraz lepiej. W Radio Fribourg (w języku patois Radyô Friboua) od ponad 30 lat działa audycja radiowa prowadzona całkowicie w dialekcie fryburskim o nazwie Intrè-no. Ma ona ponad 10 000 słuchaczy, w tym również dzieci. 

Oglądałam wywiad z młodym mieszkańcem Fryburga Maximem Pittet, który opowiadał, że język usłyszał u dziadków. Najpierw uczył się go poprzez piosenki i wyliczanki dziecięce, a potem wziął go sobie jako przedmiot w szkole w Bulle. Niestety jest mało młodych Szwajcarów, z którymi może porozmawiać w tym dialekcie. Maxime mówi, że działa to na niego motywująco, chce bardziej popularyzować ten język i uczestniczy w audycji Intrè-no. Co ciekawe według Maxime’a język francuski brzmi o wiele bardziej prosto i wiejsko niż patois. Podoba mu się też bardziej fonetyka patois. 

Arpitan_en_Suisse

Dialekty frankoprowansalskie. Fot. Wikimedia Commons

Dialekty Szwajcarii francuskiej, jeśli nie w mowie, to na pewno przetrwają w piśmie. W 1899 roku wybitny lingwista Louis Gauchat stworzył instytucję o nazwie Glossaire des Patois de la Suisse Romande (GPSR), która miała na celu studiowanie i dokumentację języka patois romand. Badacze kontynuujący jego dzieło do tej pory zgromadzili około 3 000 000 fiszek z wyrażeniami patois romand. Uniwersytet w Neuchâtel postanowił pójść z duchem postępu i od 2018 zaczął dygitalizować zgromadzony materiał. Jest on dostępny za darmo na stronie http://gaspar.unine.ch/ Dokładna analiza i dokumentowanie GPSR jest prowadzona obecnie przez 8 redaktorów, którzy w 2016 roku ukończyli literę g. Obliczono, że żeby skończyć cały słownik do litery z, trzeba poczekać do roku 2062.

W Szwajcarii francuskiej jest region, w którym patois używane jest na co dzień w szkołach. Gmina Evolène w kantonie Valais to ostatnie miejsce, w którym dzieci mówią w patois. Według badań z 2000 roku, 55% mieszkańców Evolène mówiło dialektem frankoprowansalskim w domu lub w pracy. Jeszcze w 1970 roku, patois évolénard był pierwszym językiem uczonym w domu, francuskiego uczono dopiero w szkole. W 1995 roku 11 z 29 dzieci zaczynających edukację szkolną mówiło patois jako językiem ojczystym. Jednym z powodów ocalenia patois w tym regionie jest fakt, że zamieszkała część regionu jest usytuowana na wysokości 1200 – 2000 m. 

Oglądałam wywiady z dziećmi, które zdecydowały się na naukę tego języka w szkole. Zapytanie o motywację, mówiły, że chciały „poznać język używany przez ich dziadków”, „wyrazić szacunek dla starszych mieszkanców”. Kolejny niesamowity przykład jak nawet najmłodsi są przywiązani do swojej lokalnej kultury. 

Patois romand przeżywa odrodzenie i nadzieja w młodych Szwajcarach, że wysiłki lingwistów nie pójdą na marne.

Oto kilka przykładów patois évolénard wraz z tłumaczeniem na francuski.

bonzò – bonjour

ajyoú – adieu

Adì, koumènn tè va tù ?-Salut, comment vas-tu ?

ì y’è tù, stu fèmèla ? stu màta ? – Qui est cette femme ? cette fille ?

Ché yó. – C’est moi.

ééthre – être 

(yò) ché(tt) – je suis 

t’ é(th) – tu es 

(y’)/l’ è(th) – il/elle est 

(nò) chèïng – nous sommes 

(voj) ééthe – vous êtes 

(yu)/lè chònn – ils/elles sont


 

Źródła: 

Federica Diémoz, Mathieu AVANZI, Le « Corpus oral de français de Suisse romande » (OFROM) et les variétés du français en Suisse, 2012 

André Thibault, Dictionnaire suisse romand : Particularités lexicales du français contemporain, 2014

Interview radio Parlez-vous suisse romand ?, RTN, 2015   

Définition selon CNRTL, un ensemble de ressources linguistiques informatisées 

François Grin, Compétences et récompenses – La valeur des langues en Suisse, Éditions universitaires Fribourg, Suisse, 1999

Interview télévision Panorama des patois de Suisse Romande, RTS, 2016 

Site officiel de l’Université de Neuchâtel sur GPSR 

Marinette MATTHEY, Quand ça a besoin de place, ça pousse. Dans Discours familial intergénérationnel sur la (non-)transmission du patois d’Évolène, Université de Grenoble, 2012

Manuel MEUNE, Parler patois ou de patois ? Locuteurs gruériens et néo locuteurs vaudois : le discours sur le francoprovençal dans les associations de patoisants, Université de Montréal, 2012

Kim jest Gottfried Stutz, czyli jak przeklinać po szwajcarsku

1782550656060035

Fot. watson.ch

Gopferdeckel, Gopfertammi, Gopferdelli, Gopfertoori – rzuci mięsem Hansruedi, kiedy ucieknie mu pociąg albo wbijając gwóźdź w ścianę stuknie się młotkiem w palec. To kilka wariacji na temat ulubionego przekleństwa niemieckojęzycznej Szwajcarii.

Spróbujcie wymówić je głośno – zamieniając G na twarde H, z akcentem na przedostatnią sylabę. Prawda, że słodkie? Brzmienie tych słów to dowód na to, że w szwajcarskich dialektach nawet bluźnierstwa są zbyt zabawne, aby wyrazić nimi prawdziwą złość.

Gopferdeckel i jemu pokrewne to łagodna wersja „Gott verdamme mich”, powszechnego w krajach niemieckojęzycznych przekleństwa, które można przetłumaczyć jako „do diabła”, „niech mnie szlag”, „do cholery” (choć w języku niemieckim brzmi to o wiele bardziej dobitnie, bo oznacza dosłownie, że przeklął nas sam Bóg). Ponieważ Szwajcarzy są ludźmi delikatnymi, cichymi i nieśmiałymi, to stworzyli sobie własną, eufemistyczną wersję i na jej potrzeby powołali do życia niejakiego Gottfrieda Stutza. 

Gottfried (wymawiany Gopfried) to imię, które brzmieniem przypomina wspomniane „Gott verdamme”. Stutz ma natomiast po niemiecku wiele znaczeń, ale chodzi głównie o twarde brzmienie tego słowa, które dodaje Gottfriedowi nieco pikanterii. Całość przypomina imię i nazwisko człowieka, który nigdy nie istniał, ale zapisał się na stałe w językowym krajobrazie Szwajcarii. 

Jako pierwsi określenia Gottfried Stutz jako przekleństwa użyli prawdopodobnie studenci z Bazylei na początku dwudziestego stulecia. Rozpropagował je natomiast słynny szwajcarski śpiewak Polo Hofer w piosence „Kiosk”. Poniżej cover utworu w wykonaniu zespołu Rumpelstilz. 

Modę na Gopferdeckel wznowił niedawno szwajcarski sprinter Alex Wilson. Wywiad, jakiego udzielił po zdobyciu brązowego medalu podczas Lekkoatletycznych Mistrzostw Świata w Londynie, stał się internetowym hitem.

Choć brzmią niewinnie, pamiętajcie, że wszelkie odmiany Gottfrieda to wciąż przekleństwa, więc raczej nie radzę używać ich w sytuacjach oficjalnych jak rozmowa o pracę czy niedzielny obiad z teściową. Ale jak następnym razem ucieknie Wam autobus, spróbujcie zamiast siarczystych polskich, rzucić Gopferdecklem. Uznanie w oczach Szwajcarów gwarantowane. 

Jeśli mieszkacie w Szwajcarii i przysłuchujecie się czasem lokalnym konwersacjom, słyszeliście pewnie wtrącane na potęgę do codziennego języka (głównie przez młodzież) i używane w różnych konfiguracjach słówko „huere”. Huere guet! Huere schön! Huere Glück! Huere kalt! Tutaj trzeba wyjątkowo uważać, ponieważ huere jest stosowane jako wzmocnienie (uhuere – od niemieckiego ungeheuer – niezwykle), podkreślające coś pozytywnego lub negatywnego, ale ma podobną genezę jak nasze polskie przekleństwo na K.

Podobnie jest z powszechnie używanym w Szwajcarii słowem geil, które przyjęło się używać wymiennie z mega na określenie czegoś ekstra, odlotowego, wyjątkowego. Geil natomiast ma też drugie znaczenie – napalony, lubieżny.

Szwajcarskie dialekty są niezwykle bogate w fantazyjne niekiedy określenia powszechnie uznawane za obraźliwe. Oto krótki słowniczek wybranych obelg, które warto znać, choćby po to, aby wiedzieć, czy ktoś na przypadkiem nie obraża (nie uczcie tego swoich dzieci!):

Chotzbrocke – od słowa kotzen – rzygać -> osoba wstrętna, obrzydliwa, arogancka, nieprzychylna innym

Glünggi -> łajdak, drań

Gorilla blau Arsch – to określenie popularne w latach 90. dzisiaj jest już mocno vintage (dosłownie – goryl z niebieskim tyłkiem)  -> głupia małpa

Gumslä/Tschäddärä/dumme Zwetschge -> niezbyt lotna kobieta (Zwetschge oznacza dosłownie śliwkę)

Lappi -> niezdara, ciamajda

Rätschbäsä – pochodzi od czasownika rätschen (dialekt berneński), czyli skarżyć i rzeczownika Besen – miotła -> donosiciel, skarżypyta

Seifesüder -> zbyt powolny kierowca

Schofseckel/Schoofseggel – dosłownie organ rozrodczy barana -> idiota, kretyn

Truubehüeter – dosłownie uprawiający winorośl -> osoba leniwa, nieprzydatna

Tschumpel/Totsch, ale też Tschooli, Löli, Lappi, Duubel -> głupek, dureń, naiwniak

Tüpflischiiser -> osoba przesadnie dokładna, nadgorliwa, czepiająca się szczegółów

Najbardziej niebezpieczne miejsce w Szwajcarii

ZWILAG_Wrenlingen1

Magazyn Zwilag na brzegu rzeki Aare. Fot. kernenergie.ch

Nie jest to ani winterthurska dzielnica Hegi, gdzie podobno organizują się terroryści, ani nawet obszar najwyższego zagrożenia lawinowego w gminie St. Stephan w Berneńskim Oberlandzie. Najbardziej niebezpieczne miejsce w Szwajcarii znajduje się w pobliżu niewielkiej, zamieszkałej przez niespełna pięć tysięcy osób miejscowości Würenlingen w kantonie Aargau. To tam, na północno-zachodnich peryferiach, tuż nad rzeką Aaare, w ogromnych betonowych halach składowane są odpady ze wszystkich szwajcarskich elektrowni atomowych, a także napromieniowane pozostałości z sektora medycznego, przemysłowego i powstałe przy badaniach naukowych. Łącznie ponad 3,5 tysiąca metrów sześciennych radioaktywnych śmieci.

W Szwajcarii działa pięć reaktorów jądrowych, odpowiadających za ponad 30 proc. wytwarzanej w całym kraju energii. Produktem ubocznym ich pracy są promieniotwórcze śmieci, z którymi trzeba coś zrobić. Do początku lat 80. XX wieku Szwajcarzy, zresztą nie tylko oni, topili odpady u wybrzeży północnego Atlantyku. Nieładnie. Dopiero na początku lat 90. wpadli na pomysł, żeby z radioaktywnymi przedmiotami i substancjami obchodzić się nieco bardziej odpowiedzialnie. Wtedy powstał projekt stworzenia specjalnego magazynu, gdzie składowane będą odpady pochodzące m.in. z elektrowni.

Budowa Zwilag, bo tak się nazywa to specjalne wysypisko, ruszyła w 1996 roku, kilka lat po tym, jak mieszkańcy Würenlingen większością głosów 214 do 174 zgodzili się na to w przeprowadzonym referendum. Samo postawienie i wyposażenie hal kosztowało 500 mln franków (koszty przechowywania atomowych śmieci są wliczone w rachunek za energię), a pierwszy transport z elektrowni trafił do stacji w połowie 2001 roku. Dlaczego padło akurat na Würenlingen? Ze względów logistycznych. Trzy z pięciu reaktorów znajdują się w niewielkiej odległości od miasteczka. Jak Szwajcarzy przewożą atomowe śmieci? Zazwyczaj pociągiem. Wygląda to mniej więcej tak, jak na zdjęciu poniżej. Terminy i trasy przejazdu niecodziennego załadunku trzymane są w tajemnicy.

teaserbreit.jpg

Radioaktywni pasażerowie. Fot. Greenpeace za 20min.ch

Co się dzieje ze śmieciami, które trafiają do Zwilag? To zależy, czy są wysoce czy nisko radioaktywne. Te pierwsze, np. odpady powstałe w wyniku wypalania paliwa jądrowego, pakuje się już przed ich transportem do wysokich na 6 metrów i ważących ok. 140 ton stalowych pojemników, które są ponoć tak wytrzymałe, że przetrwają nawet trzęsienie ziemi czy uderzenie samolotu. Ani jednego ani drugiego w Szwajcarii nie można wykluczyć. Codziennie ziemia trzęsie się tutaj ok. dwa-trzy razy, z czego rocznie tylko 10-15 takich ruchów jest na tyle silnych, że możemy je poczuć. A katastrofy samolotu? Tak się składa, że ostatnia, w 1970 roku, w której zginęło 47 osób zdarzyła się niedaleko miejsca, gdzie dzisiaj stoi Zwilag. Jeśli więc chodzi o kontenery z atomowymi odpadami, trzeba dmuchać na zimne.

Wbrew pozorom i tytułowi tego tekstu, Zwilag uchodzi za najbezpieczniejszy budynek w całej Szwajcarii. Wszystko przez standardy i procedury, których należy tam przestrzegać, obchodząc się z radioaktywnym załadunkiem. Przykładowo, pojemniki z wysoce promieniotwórczą zawartością, np. z prętami paliwowymi, które trafiają do magazynu w Würenlingen, są tam następnie przepakowywane przez specjalne roboty „z zastosowaniem środków bezpieczeństwa na najwyższym poziomie”, a na koniec umieszczane w pomieszczeniu izolowanym tak, że – jak zapewnia Zwilag – nie są w stanie nikomu i niczemu zaszkodzić. W wysoce wyspecjalizowanym magazynie pracuje niewielu ludzi, bo wszystko co się da jest tam zautomatyzowane.

Część odpadów o niskiej promieniotwórczości (stanowiące ponad 90 proc. wszystkich magazynowanych w Zwilag) po uprzedniej dekontaminacji, czyli odpromieniowaniu, staje się normalnymi śmieciami i podlega recyklingowi. Inne, które nadają się do spalania, wrzucane są w beczce do pieca plazmowego. To najbardziej innowacyjna metoda na świecie, która nie zmniejsza co prawda radioaktywności, ale redukuje objętość, dzięki czemu można odpady potem łatwiej składować. W ubiegłym roku udało się w ten sposób ograniczyć liczbę beczek ze śmieciami z 638 do 155. Jest to bardzo ważne, ponieważ przestrzeń w Zwilag jest ograniczona, a odpadów stale przybywa.

W 2016 roku magazyn składował pochodzące z reaktorów jądrowych resztki o łącznej objętości ponad 2 tys. metrów sześciennych. W najbliższych latach elektrownie atomowe mają być w Szwajcarii stopniowo zamykane. Likwidacja pierwszej z nich, w Mühleberg, ma ruszyć już w tym roku. Szacuje się, że w wyniku rozbiórki wszystkich tych obiektów zostanie ok. 100 tysięcy metrów sześciennych śmieci, co zapełniłoby halę dworca głównego w Zurychu.

03

Beczki z odpadami promieniotwórczymi. Fot. zwilag.ch

Choć nazywany składowiskiem tymczasowym, Zwilag będzie musiał gromadzić odpady z elektrowni jądrowych jeszcze przez dobrych kilka dekad, zanim Szwajcarzy nie znajdą odpowiedniego miejsca i nie wywiercą głębokiego podziemnego wysypiska, gdzie śmieci spoczną na wieczność. Wytypowano już trzy potencjalne lokalizacje – wszystkie w północno-wschodniej części kraju, w kantonach Argau, Zurych i Thurgau, tuż przy granicy z Niemcami.

Zakopywanie emitujących promieniowanie odpadów setki metrów pod powierzchnią ziemi na setki tysięcy lat na pewno nie jest rozwiązaniem idealnym, ale świat do tej pory lepszego nie wymyślił. Zanim doczekamy się podziemnego cmentarzyska atomowego w Szwajcarii minie jeszcze pewnie kilka dekad i odbędzie się co najmniej kilka referendów, ale nawet jeśli ono kiedyś powstanie, to nie znaczy, że Zwilag przestanie istnieć.

Ponieważ atomowe śmieci emitują ciepło (wspomniane pręty paliwowe nawet do 300 stopni Celsjusza), to zanim trafią na cmentarz i tak będą najpierw musiały przez ok. 30-40 lat leżakować w poczekalni. Zwilag uspokaja, że kontenery, w których zamykane są odpady mogą bezpiecznie składować tego typu nieczystości nawet przez sto lat, a ich szczelność jest regularnie kontrolowana.

Jak praca w Zwilagu wygląda od kuchni, możecie zobaczyć na 10-minutowym filmie, dostępnym w języku angielskim, niemieckim albo francuskim.

Zwilag – A look behind the scenes from Zwilag on Vimeo.

Możecie też odwiedzić magazyn w Würenlingen  i na własne oczy zobaczyć te wszystkie przypominające ogromne kanki na mleko pojemniki z niebezpieczną zawartością. Zwilag organizuje zwiedzanie z przewodnikiem dla grup od 8 do 20 osób. Więcej informacji i rezerwacja tutaj: http://www.zwilag.ch.

Na koniec jeszcze jedna rzecz, bo zastanawiacie się pewnie, jak się mieszka koło takiego atomowego wysypiska śmieci? Otóż, na bogato. Gmina Würenlingen za to, że zgodziła się przyjąć na swoje terytorium tak wątpliwą atrakcję otrzymuje od Zwilag rocznie prawie 2 mln franków. Jak widać, nawet strach przed promieniowaniem ma swoją cenę.