Stoliczku nakryj się – zero waste po szwajcarsku

Food_Waste_Karotten_595

Unikatowe marchewki można tylko kochać. Fot. nachhaltigleben.ch

Niedawno pisałam o tym, co Szwajcarzy robią z odpadami atomowymi. Teraz też będzie o śmieciach, ale tych nam bliższych, bo codziennych.

Zajrzyjcie do swoich lodówek. Ile ze zgromadzonego tam jedzenia trafi za kilka dni na śmietnik? Przeciętny mieszkaniec Szwajcarii wyrzuca co roku ok. 120 kilogramów żywności, a te statystyki stają się jeszcze bardziej smutne, jeśli wiemy, że połowa produktów spożywczych pochodzi tutaj z importu. Marnujemy więc nie tylko to, co sami wytworzymy, ale też to, co jest efektem pracy ludzi z innych, często uboższych krajów.

Wiadomo, że świat nie jest idealny i zazwyczaj nie zjadamy wszystkiego, co kupujemy. Co się dzieje z resztkami? W szwajcarskich kuchniach warzywa i owoce, a także chleb, jajka, mięso i inne pozostałości organiczne lądują w kompostownikach (listę tego, co wolno tam wrzucić znajdziecie tutaj), a następnie fermentują w specjalnych zielonych kontenerach pod domem, skąd trafiają do stacji przerabiających je na biogaz. Rocznie w samych tylko gospodarstwach domowych kompostuje się 300 tysięcy ton odpadów, a Szwajcarzy chcą, aby do 2030 roku z tego odnawialnego źródła pochodziło 30 procent energii cieplnej wytwarzanej w kraju.

Odpady organiczne to tylko czubek góry lodowej, a w tym przypadku wielkiej góry śmieci. W Szwajcarii rocznie wyrzuca się 2,3 miliony ton żywności. Wydawałoby się, że to głównie wina supermarketów, przecież to tam marnuje się najwięcej jedzenia. I tu zaskoczenie. Połowa z tych ponad dwóch milionów ton to nasz chleb powszedni, czyli żywność, którą wyrzucamy w domach. To oznacza, że w koszach na śmieci ląduje jedna piąta jedzeniowych zakupów każdego z nas. Na drugim miejscu w niechlubnym rankingu jest przetwórstwo żywności, a na trzecim rolnictwo. Natomiast owiany złą sławą handel detaliczny odpowiada tylko za kilka procent odpadów (podobnie jak gastronomia). Z tego wniosek, że największymi szkodnikami jesteśmy my sami, w zaciszu swoich kuchni i jadalni.

(Krótka przerwa na samobiczowanie)

Wróćmy do marketów, które w Szwajcarii robią wszystko, aby unikać wyrzucania dużej ilości jedzenia (utylizacja odpadów kosztuje). Przede wszystkim starają się jak najwięcej opchnąć nam. Jednym ze sposobów jest przecena świeżych produktów – gotowych kanapek, sałatek, ciast – pod koniec dnia. Innym, obniżanie cen żywności, której zbliża się końcowy termin sprzedaży (oznaczany literką A), ale ma jeszcze kilka dni przydatności do spożycia (data B). Moim hitem jest natomiast sprzedawanie taniej brzydkich warzyw i owoców. W Coopie natknęłam się ostatnio na „unikatowe” marchewki po 0,95 CHF za kilogram. Super sprawa, a w dodatku ubawiły mnie ich kształty. Podsumowując, markety sprzedają nam żywność za pół ceny, po to, żebyśmy to my, a nie one ją potem wyrzucili. Zagranie, co by nie mówić, sprytne i opłacalne.

20688871261_3907121720_z

Wielkanocne zajączki można zjeść i po świętach albo oddać innym. Na zdjęciu sortownia szwajcarskiej organizacji pomocowej Stoliczku nakryj się. Fot. www.tischlein.ch

Co się dzieje z jedzeniem, którego nie uda się wcisnąć konsumentom? Weźmy np. wczorajsze pieczywo, przecież jeszcze zjadliwe, ale już nie do wystawienia obok pachnących, świeżych, nadmuchanych bułeczek. Szwajcarskie piekarnie przekazują je do tzw. äss-barów, które następnie sprzedają chleb, bułki i słodkie wypieki za symboliczną cenę (od 0,50 CHF) tym, którym na świeżości aż tak bardzo nie zależy. W 2016 roku (ostatnie dostępne dane) äss-bary „uratowały” w ten sposób ok. 300 ton żywności, karmiąc wczorajszym chlebem pół miliona ludzi w całym kraju. Secondhandowe piekarnie działają w całej Szwajcarii, a ich listę można znaleźć tutaj.

Sklepy i restauracje przekazują to, czego nie sprzedały także organizacjom pomocowym. Takie umowy mają z handlem i gastronomią m.in. Caritas, Schweizer Tafel (Szwajcarski stół) czy Tischlein, deck dich (Stoliczku nakryj się). Działające non-profit stowarzyszenia rozdzielają otrzymaną żywność między potrzebujących: biednych, bezdomnych, chorych, przebywających w ośrodkach pomocy społecznej. Ludzie ze Schweizer Tafel rozdają dziennie 16 ton żywności w 12 regionach kraju, pracownicy Tischlein, deck dich tylko w 2017 roku rozdysponowali 4,2 tysiące ton jedzenia. Również mniejsze sklepy mogą przekazać swoje nadwyżki, co częściej jest też dla nich tańszym rozwiązaniem niż wywóz odpadów. Aby dystrybucję uczynić jeszcze bardziej skuteczną, w 2016 roku zaczął działać w Szwajcarii pierwszy bank żywności online – Food Bridge, który włącza w cały proces ratowania jedzenia również producentów oraz przetwórców, gdzie pozostałości są problemem znacznie większym niż w sprzedaży detalicznej.

To działania systemowe, a schodząc na niższy poziom, ciekawą lokalną inicjatywą jest organizowane przez stowarzyszenie foodwaste.ch wspólne miejskie gotowanie pod hasłem „Twoje miasto podaje do stołu”. Wolontariusze przygotowują posiłki ze wspomnianych już brzydkich warzyw i żywności, która się nie sprzedała, a następnie karmią wszystkich, którzy przyjdą z talerzem. Takie zero waste’owe kulinarne uczty odbyły się już w Bernie, Bazylei, Zurychu, Aarau i Chur. Informacje o kolejnych wydarzeniach znajdziecie tutaj. 

Co możemy na co dzień zrobić my, pozornie trybiki w machinie, a w rzeczywistości przecież aktorzy grający na planecie Ziemia główną rolę (szkodników)? Jedna z opcji to nocne nurkowanie w kontenerach z żywnością, którą wyrzucają markety. W Szwajcarii, w odróżnieniu choćby od Niemiec, nie jest to uznawane za kradzież, więc droga wolna. Jeśli ktoś woli mniej radykalne rozwiązania, może np. ściągnąć sobie na telefon aplikację Too Good to Go i za jej pomocą wyszukać miejsca – sklepy, piekarnie, kawiarnie, restauracje – które pod koniec dnia oddają za kilka franków świeże produkty spożywcze i dania, które się nie sprzedały. W ten sposób można sobie zarezerwować rogaliki na śniadanie albo zestaw sushi na kolację, w zależności od tego, jakie miejsca w naszej okolicy biorą udział w akcji. W Szwajcarii „uratowano” już dzięki temu ponad 230 tysięcy posiłków. Jak to działa? Obejrzyjcie wideo.

Kiedy natomiast zdarzy nam się kupić za dużo albo po wiosennym grillowaniu zostanie kilka paczek całkiem smacznych kiełbasek (oczywiście wegańskich), których już nie sposób przejeść, nasze jedzenie także możemy przekazać dalej. Na rarytasy czekają na przykład tzw. restessbary, czyli miejsca w większych i mniejszych szwajcarskich miastach (pierwsze powstało w 2012 roku w centrum Winterthuru), gdzie można zostawić wciąż nadającą się do spożycia żywność, której nie potrzebujemy. Dla zainteresowanych więcej informacji pod linkiem.

W Szwajcarii robi się wiele, aby nie dopuszczać do wyrzucania jedzenia. Alternatyw dla śmietnika jest sporo, wystarczy tylko chcieć i zadać sobie minimum trudu. Najlepsze rozwiązanie dla nas, konsumentów wydaje się być proste – kupować mniej, maksymalnie wykorzystywać resztki i starać się nie robić zapasów świeżych produktów, które i tak kończą potem w koszu na śmieci. Jeśli ktoś nie potrafi, są już na rynku inteligentne lodówki, które planują optymalną ilość jedzenia, uwzględniając potrzeby całej rodziny. Wszystkie chwyty dozwolone. Byleby nie marnować. Żywności ani pieniędzy.

Najbardziej znienawidzona kobieta w Szwajcarii

web-ren_3512.jpg

Urodziła się w Bernie, ale dzieciństwo spędziła na Sardynii. Fot. Schweizer Illustrierte

Aktywistka, która nigdy nie ma czasu. Feministka od stóp do głów. Socjalistka z krwi i kości. Dumna idealistka. Antynacjonalistka z przekonania, antykapitalistka z rozsądku. Prawdziwa lewaczka i utopistka z pociągiem do polityki. Tamara Funiciello – głos szwajcarskich Młodych Socjalistów (Juso), naczelna feministka kraju, zmora „prawdziwych Szwajcarów” z SVP, tych, którzy wierzą, że chciwość jest dobra oraz każdego, komu zajdzie za skórę. A w tym akurat jest niezła.

Rocznik 1990. Urodzona w Bernie, dzieciństwo spędza na Sardynii, wychowywana przez mamę sklepową i ojca pracownika fabryki. Wie, co to ciężka praca i trudy emigracji. Kiedy rodzina wraca do Szwajcarii, ojczyzny matki, Tamara musi się nauczyć berneńskiego dialektu i przystosować do helweckiej mentalności. Z włoskim temperamentem nie zawsze jest to łatwe.

Nie jest grzeczną dziewczynką. W szkole bywa pyskata, zwraca uwagę nauczycielom, kiedy traktują sprawy stereotypowo i jednostronnie. Waleczność ma we krwi. Mówi, że to matka nauczyła ją, jak się sprzeciwiać i dążyć do celu. Przykład. Trenuje hokej na trawie. Chce być bramkarką, ale mówią jej, że jest za niska. Niemożliwe? Nie dla Tamary. Zdobywa złoty medal w mistrzostwach kraju. Na bramce.

Choć pochodzi z rodziny robotniczej, wybiera drogę akademicką. Studiuje historię i nauki społeczne, jednocześnie dorabiając w call center. Potem wiąże się zawodowo z Unią – organizacją zrzeszającą szwajcarskie związki zawodowe. Bliska jest jej walka o prawa pracowników, kobiet, migrantów. To dlatego angażuje się w politykę. Młodzieżówka szwajcarskich socjaldemokratów jest naturalnym wyborem.

1495277_450603275041424_1532517187_o

Moje ciało, mój wybór. Prowokacja to środek do politycznych celów. Fot. tamarafuniciello.ch

W swoim programie politycznym, który prowokacyjnie nazwała WTF, czyli Wähle Tamara Funiciello (wybierz Tamarę Funiciello), wzywa do zmiany tego, co ją wkurza. „Chcę mówić głośno, że to nie ludzie z innym kolorem paszportu są winni niskich płac i wysokich czynszów, ale pracodawcy i właściciele nieruchomości. Chcę żyć w społeczeństwie, gdzie rasizm, seksizm i homofobia są potępiane. Chcę świata, w którym każdy ma równe szanse, niezależnie od pochodzenia, płci czy rodziny, z jakiej pochodzi. I chcę tego teraz”. Nierealne? Nie dla Tamary. W 2016 zostaje przewodniczącą Juso. Oprócz tego zasiada w radzie miasta Berno oraz jest wiceprzewodniczącą Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii.

W konserwatywnej Szwajcarii każde jej działanie uznawane jest za prowokację. Bez stanika zachęca do udziału w marszu kobiet i występuje na na plakatach kampanii społecznej „Moje ciało, mój wybór”. Nagość jest dla niej środkiem w walce o polityczne cele, a ponieważ nie ma figury modelki, nie wszystkim się to podoba. Polityk prawicowej, antyimigranckiej partii SVP (Szwajcarska Partia Ludowa) publicznie wyśmiewa jej wygląd, porównując ją do Bibendum – ludzika reklamującego opony Michelin.

Tamara ma to gdzieś. Ma 1,52 m wzrostu i niewyparzony język. Choć kocha pandy, to lepiej z nią nie zadzierać. Kiedy w zeszłym roku przeciwnicy aborcji organizują pod parlamentem w Bernie marsz życia, Funiciello występuje z wnioskiem o kontrdemonstrację zwolenników wolnego wyboru. Policja jednak nie wyraża na to zgody. „To bezczelność. Totalne pogwałcenie praw człowieka. Jeśli tym ludziom się wydaje, że mogą decydować o naszych ciałach, to chyba wciąż żyją w średniowieczu” – komentowała wówczas szefowa Juso. Kto nie jest z nią, ten jest przeciwko niej.

35_funiciello-980x632

Uwaga, ona ma broń. Fot. tageswoche.ch

Ostatni skandal z jej udziałem wylał się nawet poza Szwajcarię, a Tamara została okrzyknięta najbardziej znienawidzoną kobietą w kraju. Poszło o piosenkę, letni hit berneńskiego zespołu Lo&Leduc pod niewinnie brzmiącym tytułem „079”. W banalnym tekście, w którym chłopak stara się wyciągnąć od dziewczyny jej numer telefonu, Funiciello doszukała się źródeł ważnego problemu, jakim jest przemoc wobec kobiet. Nie znaczy nie, nawet jeśli chodzi o pozornie niegroźne nagabywanie na imprezie.

Wyjaśnienia, że nie chodzi o krytykę muzyków, lecz zwrócenie uwagę na pewne zjawisko społeczne nic nie dają. Hejt na Tamarę uderza przez wszystkie możliwe kanały. Seksistowskie żarty, wyzwiska, a nawet grożenie śmiercią. Jej numer telefonu krąży w sieci. W mediach społecznościowych wrze, a w gazecie „Schaffhauser Nachrichten” ukazuje się karykatura wściekłej Funiciello, wymachującej stanikiem nad chłopcami z zespołu i pytającej, dlaczego właściwie nie zadzwonili do niej. Wyjątkowo niesmaczny żart.

„W tym kraju można dyskutować na każdy nawet najbardziej absurdalny temat, dopóki nie krytykuje się mężczyzn i tego, co robią kobietom” – mówi Tamara i zapewnia, że nie zamierza – ja sugeruje jej wielu – stulić pyska. W patriarchalnym społeczeństwie walczy z seksizmem. W kraju bankierów dąży do opodatkowania zysków kapitałowych. Wbrew antyimigranckim nastrojom, broni praw cudzoziemców i chce dać im głos. Kobieta, migrantka, lewaczka, która mówi, to, co myśli. W Szwajcarii to mieszanka wybuchowa. Polityczni przeciwnicy nazywają ją populistką, histeryczką i egoistką, która przed oczami ma tylko jeden cel: stołek w parlamencie.

Funiciello nie ukrywa, że chciałaby do Rady Narodu. Gdyby udało jej się to już po wyborach w tym roku, byłaby jedną z niewielu kobiet przed 30-tką na tak wysokim politycznym szczeblu w Szwajcarii. Niemożliwe? Nie dla Tamary.

Gov nie taki easy, czyli zakładam firmę w Szwajcarii

sz_icon_08_online_gruenden_web

Fot. startzentrum.ch

To proste, mówili. Szwajcaria to kraj przyjazny przedsiębiorcom, mówili. Dzisiaj masz pomysł, jutro masz firmę, mówili.

Jest początek grudnia 2018. Dostaję zlecenie na regularne tłumaczenia i w końcu postanawiam założyć własną działalność. Słyszę, że najłatwiej zrobić to przez internet. Wchodzę na stronę easygov.swiss. Ma być łatwo.

Na razie rzeczywiście idzie gładko. Tworzę konto, wypełniam dane osobowe, a następnie wybieram formę prawną, cel działalności i branżę. Teraz najważniejsze – nazwa firmy (tu poszaleć się nie da – musi być nazwisko i to, czym się zajmujemy), data rozpoczęcia działalności i przewidywane obroty. Jeśli to poniżej 100 tysięcy CHF rocznie, formalności dodatkowo się upraszczają – nie muszę rejestrować działalności w rejestrze handlowym ani rozliczać podatku VAT.

Jeszcze tylko dane i zarobki męża (po co im to?), kwota zainwestowanego kapitału, dotychczas wystawione rachunki i opłacone składki na ubezpieczenie społeczne (jak to, przecież dopiero rejestruję firmę?). Sprawy trochę się komplikują, ale nie myślę o tym, mam, jest! Nie mija godzina, a ja zostaję właścicielką Sprachbüro Kaminska. Czuję się jak CEO.

Program mówi mi, że jedyne, co muszę teraz zrobić, to wysłać podpisany formularz do szwajcarskiego ZUS-u, czekać na potwierdzenie i nadanie numeru mojej działalności (taki polski NIP). Drukuję, podpisuję, wysyłam. I czekam. Czekam tydzień, czekam dwa. Myślę sobie, że idą święta i pewnie już wszyscy są na urlopach, dlatego trwa to trochę dłużej niż zwykle.

Święta minęły, a wraz z nimi miesiąc odkąd zarejestrowałam działalność. Pracuję, wystawiam rachunki (bez numeru), niby nic się nie dzieje. Kiedy klient w Bazylei zaczyna mnie ścigać, chcąc potwierdzenia, że jestem samozatrudniona, moja cierpliwość się kończy. Dzwonię. Przeuprzejmy pan tłumaczy, że easygov wcale nie jest taki easy, bo przez internet to nie wystarczy, trzeba jeszcze dosłać kilka dokumentów. Proszę czekać na list (poczta znowu rządzi!).

Czekam (ileż ja się w tej Szwajcarii naczekam), mija kolejny tydzień, a listu brak. Czuję się jak szwajcarski emeryt, wypatrując przez okno listonosza. Po dziesięciu dniach bez wieści – usycham przy skrzynce na listy- dzwonię. Tym razem inny, już jakby mniej sympatyczny pan przekonuje mnie, że skoro data rozpoczęcia działalności to 1 stycznia, a jest ponad dwa tygodnie później, to mamy jeszcze czas i dlaczego ja się w ogóle gorączkuję. Obiecuje, że przyspieszy sprawę. Chyba pomaga, bo trzy dni później w skrzynce leży pismo.

Pismo, a w nim cała lista rzeczy, które mam dosłać: oferty, wystawione rachunki, wpłaty od klientów, potwierdzenie wynajmu biura i zainwestowanego kapitału, materiały reklamowe, umowy z klientami oraz opis tego, gdzie i w jaki sposób pracuję.

To takie łatwe, mówili.. Idź i rób biznesy, mówili..

Może mam pecha do urzędów. Może urzędnicy robią mi na złość. Może czegoś tu nie rozumiem. Ale jak wytłumaczyć to, że do potwierdzenia działalności potrzebuję rachunków, których nie mogę wystawić bez potwierdzenia działalności? Typowe biurokratyczne błędne koło, które przerabiałam już kilka lat temu starając się o pozwolenie na pobyt.

Szwajcaria ma opinię kraju, gdzie łatwo i bez zbędnych formalności robi się interesy. Tymczasem regulacje dotyczące firm i obywateli kosztują Szwajcarów rocznie ok. 60 miliardów franków, czyli jedną dziesiątą produktu krajowego brutto. Jednak ten gov nie taki easy.

Pamiętam, jak w 2011 roku otwierałam działalność gospodarczą w Polsce. Jedno okienko i po sprawie. Nie myślałam, że kiedykolwiek będę tęsknić za polską biurokracją. Pani Halinko wiecznie pijąca kawę – wróć!

Ciąg dalszy nastąpi.

Obcy w Szwajcarii głosu nie mają. Czy na pewno?

3106022-v4-bwtnfrwcyaasdb-jpg-large

Wrzesień 2014. Głosowanie w prawie przyznania obcokrajowcom praw wyborczych w kantonie Schaffhausen. 85 proc. Szwajcarów jest na nie.

Zurych, jedno z najbardziej światowych miast na mapie Szwajcarii, gdzie trzecia część mieszkańców to obcokrajowcy. Zjeżdżają tu, aby pracować w globalnych korporacjach lub zakładać własne biznesy. Niektórzy nawet uczą się lokalnego języka i szybko integrują z lokalną społecznością. Świetnie zarabiają, płacą podatki i ubezpieczenia, sporo konsumują, przyczyniając się do wzrostu szwajcarskiego dobrobytu. Choć przeważnie są nieźle zorientowani w lokalnej i krajowej polityce, to brakuje im jednego – nie mogą decydować o bezpośrednio dotyczących ich sprawach w miejscu, w którym żyją często przez długie lata.

Prawa wyborcze cudzoziemców to temat, który powraca przy każdej możliwej okazji i choć wciąż ma więcej przeciwników niż zwolenników, to powoli (bardzo powoli) Szwajcaria otwiera się na dwa miliony przybyszów z zagranicy. Czy kraj, który chwali się, że rządzą nim zwykli ludzie może tak po prostu pomijać w życiu publicznym jedną czwartą populacji? Czy można wyznawać szwajcarskie wartości nie mając szansy zasmakować tej podstawowej – demokracji bezpośredniej? Z kolei, jeśli damy obcokrajowcom głos, komu z nich będzie się jeszcze chciało starać o szwajcarskie obywatelstwo? Wszak prawa wyborcze powinny być nagrodą za przyjęcie do grona obywateli danego kraju, a nie zachętą do integracji.

Profesor Joachim Blatter z Uniwersytetu w Lozannie przyjrzał się głębiej całej sprawie na zlecenie Federalnej Komisji ds. Migracji. W opublikowanym niedawno raporcie przyznał, że szwajcarska demokracja cierpi na tym, że jeden na czterech mieszkańców kraju jest z niej wyłączony. Co na to poradzić? Dać prawa wyborcze cudzoziemcom, którzy w Szwajcarii mieszkają dłużej niż pięć lat. Gdyby to było takie proste.

Do tej pory tylko osiem z 26 kantonów dopuściło obcokrajowców (pod określonymi warunkami) do lokalnej polityki. Czynne prawo wyborcze na szczeblu gminnym mają mieszkańcy Genewy, Neuchâtel, Vaud, Jury i Fyburga oraz niektórych miejscowości kantonów Bazylea-Miasto, Gryzonia i Appenzell Ausserrhoden. W siedmiu z tych kantonów (wyłączając Genewę) cudzoziemcy mogą startować w wyborach na lokalne urzędy. Dodatkowo rezydenci w Jurze i Neuchâtel mają prawo głosować w referendach i wybierać polityków na szczeblu kantonalnym. Mapę gmin i kantonów, w których cudzoziemcy mają prawo głosu znajdziecie tutaj www.bfs.admin.ch/bfs/de/home/statistiken/bevoelkerung/migration-integration/integrationindikatoren/indikatoren/gemeinde-kantone-recht.html. W całej Szwajcarii natomiast obcokrajowcy nie mogą starać się o wybór do władz kantonalnych ani głosować w sprawach dotyczących federacji.

Jeśli chodzi o nasz multi-kulti Zurych, to w 2013 roku wszystkie gminy kantonu odrzuciły w referendum pomysł nadania cudzoziemcom praw wyborczych na szczeblu lokalnym. Teraz jednak władze miasta wracają do dyskusji i proponują kilka rozwiązań, które mają zwiększyć obywatelską aktywność zagranicznych rezydentów. Oto kilka pomysłów: 

  1. Uprościć procedurę nadawania obywatelstwa

Osób uprawnionych do głosowania byłoby więcej, gdyby nie wyśrubowane wymagania, skomplikowana procedura nadawania obywatelstwa i wysokie koszty całej zabawy. To sprawia, że rocznie z 1,3 mln tych, którzy mogliby się o szwajcarski paszport starać, podejmuje się tego tylko ok. 40 tys. Choć w ubiegłym roku politycy poszli cudzoziemcom nieco na rękę, skracając z 12 do 10 lat czas, który należy spędzić w Szwajcarii, aby starać się o paszport, to jednocześnie metodą kija i marchewki, podniesiono kryteria dotyczące znajomości lokalnego języka. Pytanie, czy czerwona książeczka wciąż jest dla cudzoziemców na tyle atrakcyjna, że warto się o nią bić? Poza prawami wyborczymi, płaceniem podatków po szwajcarsku czy swobodnym podróżowaniem do większości krajów na świecie korzyści związanych z jej posiadaniem właściwie nie ma zbyt wiele. Dumy związanej z byciem Szwajcarem nie liczę.

2. Zaprosić obcych do dialogu

Budują Ci pod domem parking, a wolałbyś park? Władze Zurychu chcą dać mieszkańcom, także obcego pochodzenia, prawo współdecydowania przynajmniej o tym, co się dzieje w ich dzielnicy. Warsztaty, dyskusje, negocjacje, na które zainteresowani będą otrzymywać imienne zaproszenia – to jedna z proponowanych dobrych praktyk. Druga to aplikacje, taka jak Züri wie neu (Zurych jak nowy), za pomocą których można zgłaszać szkody w najbliższym otoczeniu. Podobne narzędzia mają też dotyczyć np. projektów zabudowy przestrzeni i działań kreatywnych w mieście. Również lokalni politycy mogliby w przyszłości konsultować się ze społecznością, nie tylko rdzennie szwajcarską, w podlegających im okręgach, zanim sprawa trafi pod debatę w Radzie Miasta.

3. Dać dostęp do budżetu obywatelskiego

Pewna część miejskiej kasy oddawana jest regularnie w ręce obywateli, ponieważ to oni często lepiej niż politycy wiedzą, jakie inwestycje są im najbardziej potrzebne. W praktyce odbywa się to poprzez zgłaszanie i głosowanie na konkretne projekty budynków czy usług. Władze Zurychu chcą do rozporządzania obywatelskim budżetem dopuścić również obcokrajowców. Kto miałby otrzymać takie prawo głosu i na jakich zasadach? Tego nie wiadomo.

Choć jeszcze mało tu konkretów to jedno jest pewne – w dużym stopniu zależna od migrantów Szwajcaria nie może już dłużej udawać, że demokracja bezpośrednia to ustrój ograniczony tylko do jej obywateli. Pytanie, czy my, obcokrajowcy, w ogóle chcemy w tym wszystkim uczestniczyć? Niechlubnym przykładem jest kanton Neuchâtel, gdzie 17 proc. mieszkańców to uprawnieni do głosowania zagraniczni rezydenci (posiadacze pozwolenia na pobyt w kraju typu C). W latach 2012-2016 wśród kandydatów do władz lokalnych udział obcokrajowców był tam mniejszy niż 5 proc. Również frekwencja cudzoziemców w referendach była nieporównywalnie niższa (18 proc.) niż Szwajcarów (48 proc.).

Może większość tzw. ekspatów przyjeżdża do Szwajcarii tylko po to, aby wygodnie żyć i dobrze zarabiać, a ich identyfikacja z krajem emigracji jest znikoma. Polityka? Wybory? Referenda? W to niech się bawi Hansruedi z Appenzellu i inni rolnicy-aktywiści. Ekspat woli raczej z daleka ponarzekać sobie na sytuację w kraju pochodzenia, nawet jeśli tam też już nie głosuje. Po co się przejmować sprawami kraju, który pewnie i tak za parę lat się opuści? A ilu jest takich, którzy nawet po otrzymaniu szwajcarskiego paszportu, obywatelami są tylko na papierze? Czy przypadkiem czasem my sami, obojętnością i ignorancją, nie odbieramy sobie prawa do udziału w życiu publicznym?

Jako zwierzę polityczne nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie w skrzynce na listy znajdę zaadresowaną na moje nazwisko kopertę wypchaną referendami. Marzę o pierwszym własnoręcznie wpisanym JA i NEIN. Śnię o założeniu partii SVP+, złożonej z samych polityków obcego pochodzenia (żart). Jestem gotowa przejść przez najbardziej wredne testy na obywatelstwo tylko po to, żeby razem z czerwoną książeczkę przyszło do mnie coś znacznie ważniejszego. Mój głos.


Do poczytania:

https://www.thelocal.ch/20181220/swiss-democracy-is-failing-countrys-foreign-population-report

https://www.swissinfo.ch/eng/directdemocracy/five-proposals_zurich-wants-to-ease-political-participation-for-non-swiss

https://www.swissinfo.ch/eng/call-of-duty_foreigners-in-switzerland-shunning-the-ballot-boxes

https://www.swissinfo.ch/eng/directdemocracy/political-rights-for-foreigners-_-voting-rights-in-switzerland-must-not-come-for-free

https://www.beobachter.ch/burger-verwaltung/einburgerungen-wer-bekommt-den-roten-pass

Co nowego w Szwajcarii w 2019 roku

To będzie dobry rok dla seniorów i świeżo upieczonych milionerów. Pierwsi dostaną wyższe emerytury, drudzy – zwolnienie z podatku od wygranej na loterii. Wszyscy zapłacimy natomiast niższy abonament radiowo-telewizyjny i nie będziemy już wdychać dymu papierosowego na dworcach. Poniżej o najważniejszych zmianach w szwajcarskich przepisach, jakie niesie 2019 rok.

topelement-7

Trudniej o rezydencję w Szwajcarii

Zacznę od kwestii, która najbardziej dotyczy obcokrajowców, czyli od zmian w przepisach dotyczących pozwolenia na pobyt stały w Szwajcarii. Od przyszłego roku wejdą w życie ostrzejsze wymogi integracji dla rezydentów. Osoba ubiegająca się o pozwolenie typu C będzie musiała udowodnić, że wystarczająco dobrze zna lokalny język, a jeśli odnawiając dokument nie będzie mogła się pochwalić odpowiednim stopniem integracji, może zostać cofnięta do niższej kategorii przebywających w kraju cudzoziemców, np. zamiast pozwolenia typu C (na pobyt stały) dostanie B (na pięć lat). Przy wcześniejszym staraniu się o rezydencję (normalnie można to zrobić po 10 latach przebywania w kraju), wymogi językowe zostaną podwyższone.

Ograniczenia będą też dotyczyły długotrwałego pobierania zasiłków przez uchodźców i warunkowo przyjętych do kraju imigrantów. Ci, którzy za długo są na garnuszku państwa, będą kierowani na warsztaty integracyjne, a w przypadku dalszego braku zatrudnienia, zostaną ukarani obniżeniem świadczeń. Jednocześnie złagodzono też dostęp azylantów do rynku pracy, dając im możliwość rejestracji w lokalnych urzędach pracy, co ma zwiększyć zatrudnienie i odciążyć system pomocy społecznej.

Niższy Billag, wyższe emerytury

Również w przyszłym roku wchodzą w życie zmiany, które dadzą ulgę portfelom 3,6 milionów gospodarstw domowych w Szwajcarii. Chodzi o Billag, czyli potocznie nazywany abonament radiowo-telewizyjny. Od stycznia pobieranie opłat przejmuje firma Serafe, a roczny odbiór sygnału będzie kosztował 365 CHF zamiast obecnych 451 CHF. Przy czym nie będzie już można płacić tylko za radio lub tylko za telewizję, opłata abonamentowa będzie odtąd dla wszystkich taka sama. Przy okazji przypomnę, że w marcu tego roku Szwajcarzy odrzucili w referendum pomysł całkowitego zniesienia abonamentu.

Rok 2019 będzie też dobry dla szwajcarskich emerytów i rencistów, którzy otrzymają podwyżki, w ślad za wzrostem średnich wynagrodzeń w kraju. Minimalne świadczenie (z AHV, czyli pierwszego filaru systemu emerytalnego) wyniesie od stycznia 1185 CHF miesięcznie, czyli o 10 CHF więcej niż dotychczas, natomiast maksymalne wzrośnie o 20 CHF, do 2370 CHF.

Są tacy, którym nie chce się ciułać do emerytury i próbują szczęścia na loterii. Dla nich (a raczej tylko tych, którym się udało) przyszły rok też niesie dobre wieści – zwolnienie z podatku od wygranej do kwoty miliona franków.

topelement-8

Zmiany dla kierowców i dłużników

Choć mandaty pozostaną wysokie, złagodzenie przepisów czeka kandydatów na kierowców i starych drogowych wyjadaczy. Dotychczas kto uczył się jeździć tzw. automatem, po zdaniu egzaminu na prawo jazdy nie miał prawa prowadzić samochodów z manualną skrzynią biegów. Od przyszłego roku to ograniczenie będzie zniesione.

Na drogach możemy też się spodziewać więcej kierowców-emerytów. Do tej pory każdy posiadacz prawa jazdy, który skończył 70 lat, musiał co dwa lata poddać się medycznemu testowi, określającemu zdolność prowadzenia pojazdów. Jeśli nie dostał od lekarza zielonego światła, musiał oddać prawko. Od 2019 roku wiek grożącej seniorom drogowej emerytury zostaje podniesiony do 75 roku życia.

Przyszły rok przyniesie też zmiany dla osób, które zostały bezpodstawnie obciążone   zalegającymi płatnościami. Dłużnicy, którzy otrzymali wezwanie do zapłaty z zajmującego się ściąganiem należności urzędu (Betreibungsamt), ale sprawa okazała się nieporozumieniem czy pomyłką, będą mogły po dostarczeniu odpowiednich dowodów wyczyścić swoje konto płacąc za to jednorazowo 40 CHF. Taki wpis do rejestru dłużników nie będzie już dłużej udostępniany np. przy staraniu się o wynajem mieszkania czy w innych sytuacjach wymagających zaświadczenia o niezaleganiu z płatnościami.

Dworce bez dymka, poczta bez worków

Jedna z przyszłorocznych zmian w przepisach jest mi szczególnie bliska. Prawdę mówiąc, czekałam na nią odkąd zamieszkałam w Szwajcarii. Chodzi o zakaz palenia tytoniu na dworcach. Od czerwca 2019 roku puścić dymka będzie można tylko w wyznaczonych miejscach – jednym lub dwóch, w zależności od długości peronu. Dziękuję i czekam na ograniczenie palenia na przystankach autobusowych.

Nie dość, że czekając na pociąg nie przesiąkniemy zapachem dymu z papierosów, to jeszcze będziemy podróżować taniej. Szwajcarskie koleje w 2019 roku dostaną obniżkę cen prądu i częścią zaoszczędzonych pieniędzy chcą się podzielić z pasażerami. Możemy się więc spodziewać większej puli tańszych biletów.

Na koniec zmiana, która dotknie stałych bywalców poczty. Najważniejsza szwajcarska instytucja ma być łatwiej dostępna. Zgodnie z ustawą, dla co najmniej 90 proc. mieszkańców najbliższe okienko musi się znajdować nie dalej niż 20 minut piechotą od domu. Poczta będzie blisko, ale worków na śmieci już tam nie dostaniemy. Od stycznia placówki zaprzestają sprzedaży oficjalnych, jedynych właściwych, zatwierdzonych przez gminę toreb na odpady, będących formą podatku od wywozu nieczystości. Może w zamian pojawi się coś równie praktycznego.

331574210-640x426

To tylko wybór moim zdaniem najważniejszych nowości, jakie czekają Szwajcarię w przyszłym roku. Więcej obowiązujących wkrótce przepisów znajdziecie tutaj https://www.tagesanzeiger.ch/schweiz/standard/neue-gesetze-und-regelungen-ab-2019-und-wen-sie-betreffen/story/30032621

Życzę Wam samych dobrych zmian w 2019 roku!