Neutralni, ale z giwerą – o broni w Szwajcarii

286049-b23cff48ac1cc2d12faf66050ded3c29

Fot. news.ch/EQ Images

Na hasło „armia Szwajcarii” przeciętnemu Europejczykowi w głowie pojawiają się przeważnie dwie odpowiedzi: „karabin maszynowy w każdym domu” i „scyzoryki Victorinox”.

Na początku spróbujmy odnieść się do kwestii karabinu w każdym domu – Szwajcaria posiada zakorzenioną kulturę posiadania broni przez obywateli. Związane jest to z faktem, że przez długi czas armia Szwajcarii bazowała na oddziałach typu milicyjnego (skojarzenia z ZOMO są tu nieuprawione – nie chodzi o pałowanie opozycjonistów w swetrach, tylko o budowę obrony na zasadzie pospolitego ruszenia). Wystarczy wspomnieć, że w dzisiejszej Szwajcarii ciągle obowiązuje powszechny pobór do wojska (przypomnijmy – w Polsce zlikwidowany faktycznie w 2009). Stąd też każdy szwajcarski rezerwista bądź rezerwistka ma prawo posiadać w domu karabin szturmowy (obecnie jest ich w kraju ok. 900 tys. sztuk). Widok uzbrojonych rezerwistów w pociągach czy autobusach jest normalny i na nikim nie robi specjalnego wrażenia. Co ciekawe, każdego roku ok. 80 karabinów gnie w niewyjaśnionych okolicznościach. 

Jeszcze do niedawna razem z bronią otrzymywało się zaplombowaną puszkę z amunicją, którą można było odbezpieczyć jedynie w przypadku wybuchu konfliktu zbrojnego. Wysoka liczba śmiertelnych wypadków z użyciem broni (głównie smobójstw) spowodowała jednak, że od 2007 roku trzymanie razem z bronią amunicji jest zabronione (ponad tysiąc puszek do tej pory nie wróciło do arsenału). 

Oprócz tego łatwe jest uzyskanie pozwolenia na broń prywatną, ale uwaga – wyłącznie do przechowywania w domu. Aby spokojnie przechadzać się z giwerą po ulicach Zurychu czy Genewy wymagane jest już tzw. Waffentragbewilligung, wydawane przeważnie pracownikom ochrony. O pozwolenie na broń mogą starać się również mieszkający w Szwajcarii obcokrajowcy, z wyjątkiem  pochodzących z krajów będących na szwajcarskiej „czarnej liście”, m.in. Albanii, Serbii, Turcji i Kosowa. 

Szwajcaria należy do światowej czołówki krajów o największej liczbie broni w odniesieniu do liczby mieszkańców. Szacuje się, że obecnie zarejestrowanych jest ok. 2 milionów sztuk broni (wojskowej i prywatnej). Wypadki należą jednak do rzadkości. W 2015 roku w wyniku użycia broni zginęło 231 osób, z czego ponad 90 proc. to samobójstwa. W Stanach Zjednoczonych liczba wypadków z użyciem broni na milion mieszkańców wynosi 29,7, w Szwajcarii tylko 7,7.

Szwajcarzy są mocno przywiązani do swojej tradycji – na terenie kraju prężnie działa organizacja Schweizer Schiesssportverband, zrzeszająca miłośników broni oraz, działająca bardziej na niwie prawnej i lobbystycznej, ProTell, mająca za cel podtrzymanie liberalnego prawa do posiadania broni. Działania tej organizacji są w kontrze do inicjatyw mających na celu ograniczenie uzbrojenia Szwajcarów, inicjowanych przez Szwajcarską lewicę.

W 2011 większość kantonów opowiedziała się przeciwko wprowadzeniu większych restrykcji w dostępie do broni (postulowano m.in. weryfikację, czy osoba ubiegająca się o pozwolenie na broń rzeczywiście jej potrzebuje oraz przechowywanie broni rezerwistów poza domem). Kolejne zakusy na szwajcarską wolność przyszły ze strony Unii Europejskiej, z racji przynależności do strefy Schengen. Restrykcyjna dyrektywa, znana jako „EU gun ban”. Tym razem to ProTell wysunął propozycję referendum dotyczącego przyjęcia dyrektywy (notabene której zapisy są i tak złagodzone w stosunku do innych krajów Europy) , licząc na powtórkę wyników z 2011.

Odnośnie zaś drugiego skojarzenia – myliłby się ten, kto kojarzyłby neutralność Szwajcarii z bezbronnością. Ten mały kraj posiada świetnie rozwinięty przemysł zbrojeniowy. W światowej czołówce, jeśli chodzi o produkcję broni małokalibrowej pozostaje szwajcarsko-niemiecki SigSauer, mający w swojej ofercie zarówno pistolety, jak i typowo wojskowe karabiny szturmowe. Te ostatnie produkowane są również przez producenta o nazwie (a jakżeby inaczej!) Swiss Arms.

Grubszy kaliber to produkcja czołgów. Obecnie Szwajcaria odeszła od projektowania swoich czołgów, choć jeszcze w latach 60-tych wprowadzono do służby liniowej czołg Pz. 68, będący udaną konstrukcją i jednocześnie równorzędnym konkurentem dla amerykańskich M-60, niemieckich Leopardów 1 i radzieckich T-55. Obecnie zaś w szwajcarskiej armii najpopularniejszym czołgiem jest Pz. 87. Pod tą nazwą kryje się produkowany na licencji niemiecki Leopard 2A4, znany i u nas ze służby w świętoszowskiej i żagańskiej brygadzie. Jeszcze tylko małe porównanie liczbowe – Szwajcaria posiada tych czołgów w sumie 380 (część w rezerwie), a Polska 249. Wszystko to sprawia, że w statystykach Global Fire Power za 2018 Szwajcaria zajmuje 34 miejsce na 136 możliwych.

Jak widać, Szwajcarom do pełni szczęścia brakuje jedynie okrętów podwodnych..

Autor (gościnnie): Karol Szupryczyński, socjolog, absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych im. gen. Tadeusza Kościuszki, miłośnik lotnictwa, autor opowiadań kryminalnych, mieszka na Islandii

Rewolucji nie będzie. Szwajcarzy odrzucili Vollgeld

csm_Vollgeldinitiative-Nein-Logo-822-435_06fcf75cd1

Fot. https://vollgeldinitiative-nein.ch

Tekst został opublikowany na portalu Business Insider Polska.

Mały alpejski kraj miał okazję wywrócić do góry nogami cały świat finansów, głosując w niedzielę 10 czerwca nad wprowadzeniem tzw. pieniądza suwerennego. Do rewolucji jednak nie dojdzie, bo większość głosujących odrzuciła kontrowersyjny projekt. Przeciwko było ponad 75 proc. głosujących. Jednogłośnie na „nie” były wszystkie kantony, co jest w Szwajcarii rzadkością. Największą liczbę zwolenników (ponad 40 proc.) inicjatywa miała w Genewie.

Postulaty Vollgeld

Banki tworzą pieniądz elektroniczny z niczego, udzielając kredytów i zarabiając na ryzykownych operacjach na rynku finansowym. Nie podoba nam się to. Chcemy, aby pełną kontrolę nad kreacją pieniądza miał bank centralny – tak w kilku zdaniach można streścić postulaty inicjatywy Vollgeld (w dosłownym tłumaczeniu „pieniądz pełny, całkowity”), w której sprawie referendum trwa w Szwajcarii. Szalony, zdaniem wielu, pomysł grupy Helwetów, wcielony w życie, byłby wyzwaniem nie tylko dla sektora bankowego, ale i dla polityki pieniężnej prowadzonej przez bank centralny.

Na straży depozytów

Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) emituje, głównie w postaci gotówki, jedynie niewielki ułamek pieniądza krążącego w gospodarce. Reszta to tzw. pieniądz depozytowy, czyli tworzony w wyniku akcji kredytowej banków. Załóżmy, że przynosimy do banku 10 tys. franków (ok. 37 tys. złotych). Cała kwota zapisywana jest na rachunku i jest do naszej dyspozycji. Jednak tylko niewielką jej część (w Szwajcarii to 2,5 proc., w Polsce 3,5 proc.) bank odkłada w postaci rezerwy, czyli zabezpieczenia naszego depozytu, w banku centralnym. Resztą obraca na rynku, pomnażając pieniądze m.in. poprzez udzielanie oprocentowanych kredytów. Operacja powtarzana jest wielokrotnie i nazywamy to kreacją pieniądza.

Pomysłodawcy inicjatywy Vollgeld uważają, że w takim układzie pieniądze obywateli nie są bezpieczne. I zaproponowali, aby wszystkie zgromadzone na rachunkach bankowych środki (tzw. depozyty na żądanie, których wartość to ok. 300 mld franków) przeszły pod kontrolę SNB. Bank centralny byłby gwarantem depozytów i decydował o wielkości akcji kredytowej, udzielając pożyczek bankom, a te następnie przekazywałyby je osobom prywatnym i firmom. Dzięki temu każdy pożyczony frank miałby podbudowę w – jak twierdzą zwolennicy Vollgeld – realnym pieniądzu. Główną ideą, przyświecającą zwolennikom Vollgeld jest bezpieczeństwo oszczędności obywateli i zapobieganie kryzysom finansowym, wywołanym przez nietrafione inwestycje banków i bańki finansowe.

Większa władza? Nie, dziękuję

Prezes banku centralnego, choć docenia pokładane w SNB zaufanie, nie jest jednak zainteresowany rozszerzeniem swoich kompetencji o udzielanie kredytów. W obszernym wywiadzie, który pojawił się niedawno na łamach zuryskiego dziennika „Tagesanzeiger”, Thomas Jordan wyjaśnia, że takie rozwiązanie utrudniłoby bankowi centralnemu prowadzenie polityki pieniężnej i zagroziłoby jego niezależności.

– Banki centralne mają pieniądz krążący w gospodarce pod bardzo dobrą kontrolą, nawet jeśli nie mają monopolu na jego kreację. Tę kontrolę osiąga się choćby poprzez ustalanie stóp procentowych – tłumaczy Jordan. Obecnie stopy procentowe w Szwajcarii są ujemne i wynoszą -0,75 proc. Szef SBN przestrzega przed potencjalnymi konsekwencjami przyjęcia przez Szwajcarów pieniądza suwerennego. – To byłoby jak piasek w skrzyni biegów (systemu bankowego – red.), znacznie utrudniając przyznawanie kredytów. Wzrosłyby stopy procentowe. (…) Bank centralny natomiast musiałby darować kredyty bez odsetek – mówi Jordan. Zwraca też uwagę na to, że przejście do systemu pieniądza suwerennego mogłoby ograniczyć bankowi centralnego interwencje na rynku walutowym, a tym samym kontrolę nad wartością franka szwajcarskiego. Działalność banku centralnego zostałaby więc mocno zaburzona, a waluta narażona na znaczne wahania wartości (zła wiadomość dla polskich frankowiczów).

„Financial Times” jest na tak

Sama idea pieniądza suwerennego, nad którym kontrolę sprawują obywatele poprzez bank centralny, nie jest nowa i była już dyskutowana w wielu krajach, m.in. w Wielkiej Brytanii czy Islandii po globalnym kryzysie finansowym w 2008 roku. Jednak to Szwajcaria jako pierwsza zrobiła krok dalej i wykorzystując możliwości, jakie daje demokracja bezpośrednia, doprowadziła do referendum w tej sprawie.

Dużym zaskoczeniem dla opinii publicznej jest aprobata kontrowersyjnego pomysłu Szwajcarów ze strony głównego ekonomisty brytyjskiego dziennika „Financial Times”. Martin Wolf obliczył, że w latach 1970-2011 aż 147 banków na całym świecie potrzebowało ratunku z programów pomocowych Międzynarodowego Funduszu Walutowego.Jego zdaniem, branża finansowa produkuje jeden chaos za drugim i jest systemem stworzonym, aby upaść („designed to fail”). Dlatego też szwajcarska inicjatywa wydaje mu się godna zaufania, ponieważ oddziela bezpieczeństwo, które należy się pieniądzom obywateli od ryzyka, które jest wpisane w działalność banków.

Eksperyment szkodliwy dla gospodarki

Ekonomiści w większości są jednak Vollgeld przeciwni. Pomysł jest nazywany „trzęsieniem ziemi”, radykalnym i szkodliwym eksperymentem. Cała operacja wyprowadzania depozytów do SNB oznaczałaby dla banków koszty, a dla gospodarki – silne ograniczenie akcji kredytowej. – Przejście do systemu Vollgeld osłabiłoby finansową stabilność Szwajcarii i nadwerężyło zaufanie do systemu monetarnego – ostrzega Philippe Bacchetta, profesor Swiss Finance Institute z Uniwersytetu w Lozannie. Do odrzucenia inicjatywy nawoływali też szwajcarski rząd i parlament.

Referendum w tej sprawie jest precedensem na skalę światową i może zachęcić zwolenników suwerennego pieniądza w innych krajach do większej aktywności na tym polu. Gdyby Szwajcarzy powiedzieli „tak”, rząd musiałby zaakceptować wolę obywateli i znaleźć sposób na wdrożenie projektu. Banki komercyjne i bank centralny dostałyby z pewnością sporo czasu na dostosowanie się do nowej rzeczywistości.

Vollgeld to nie pierwszy kontrowersyjny pomysł gospodarczy, na którego temat Szwajcarzy wypowiadają się w referendum. W czerwcu 2016 roku głosowano nad wprowadzeniembezwarunkowego dochodu gwarantowanego dla każdego obywatela w wysokości 2,5 tys. franków miesięcznie (równowartość ok. 10 tys. zł). Helweci, większością ponad 76 proc., powiedzieli wówczas stanowcze „nie”. Wcześniej, w grudniu 2014 r., Szwajcarzy równie dobitnie (przeciwnych było ponad 77 proc.) wypowiedzieli się przeciwko zwiększeniu przez bank centralny rezerw złota i obowiązkowi składowania go wyłącznie w Szwajcarii.

Link do oryginału: https://businessinsider.com.pl/finanse/makroekonomia/referendum-w-szwajcarii-inicjatywa-vollgeld-ws-pieniadza-suwerennego/vpt1gdn

Szwajcarska miłość do gotówki

topelement-3

Fot. Martin Ruetschi/Keystone

Zajrzyjcie do portfela. Ile macie gotówki? Ja dokładnie 1 franka i 60 rappenów.

Takie samo pytanie zadał ostatnio Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) w ankiecie skierowanej do prawie 2 tys. osób. Okazuje się, że wbrew nowym trendom w płatnościach, szwajcarska miłość do gotówki pozostaje niewzruszona.

Przeciętnie Szwajcar nosi przy sobie na co dzień aż 133 franków. Papierowy pieniądz to też ulubiony środek płatniczy w kraju. Aż 70 proc. transakcji dokonuje się właśnie za pomocą banknotów i monet.

Po co takie badania? SNB chciał sprawdzić, czy jest sens dalej drukować banknot 1000-frankowy. Wyobrażacie sobie prawie 4 tys. złotych w jednym papierku? Aż strach nosić to w portfelu! Mnie przez prawie cztery lata mieszkania w Szwajcarii zdarzyło się chyba tylko raz trzymać w ręku taki banknot. W badaniu SNB 40 proc. osób przyznało, że płaciło nim co najmniej raz w ostatnich dwóch latach, kupując coś większego, jak samochód, meble czy płacąc rachunki na poczcie. Sprawdziłam, że w obiegu znajduje się aż ponad 47 mln sztuk tych banknotów (dane za 2017 r.). Gdzie się podziewają? Można podejrzewać, że w szwajcarskich tapczanach. Pod tym względem tutejsi emeryci niewiele różnią się od polskich, którzy też nie ufają bankom.

W ogóle jak na kraj kojarzony z instytucjami finansowymi, Szwajcaria jest dość konserwatywna, jeśli chodzi o korzystanie z nowoczesnych usług płatniczych. Szwajcarzy mają konta w banku, karty debetowe i kredytowe, ale tylko co czwarta dokonywana w kraju transakcja jest bezgotówkowa, choć kartą można spokojnie zapłacić niemal wszędzie. Ja dopiero w tym roku dostałam od mojego banku kartę z funkcją płatności zbliżeniowych. Aplikacje płatnicze, płacenie telefonem, owszem, istnieją, ale raczej jako gadżety, z których korzysta młodzież.

Jako osoba, która nigdy nie ma przy sobie gotówki, przyzwyczaiłam się do tego, że w nielicznych miejscach, gdzie nie da się zapłacić kartą, zawsze mogę liczyć na męża, który, jako Szwajcar z dziada pradziada (boję się, że niedługo wystawią go w muzeum), papier w portfelu zawsze ma. Do momentu, kiedy jakiś czas temu wybraliśmy się razem na festiwal food trucków do Zurychu.

Impreza odbywała się daleko od centum miasta, gdzieś pod lasem. Byliśmy głodni jak wilki (po niemiecku: jak psy), no bo przecież przez cały dzień trzeba było trzymać miejsce na te wszystkie pyszności, które już z daleka pachniały, tak, że ślinka ciekła. Po drodze planowaliśmy, co zjemy. Przed oczami stały nam te wszystkie wegańskie burgery, hot dogi z kimchi, makarony bez glutenu i eklery bez cukru. Mniam ;P

Pierwszy upatrzony truck, wyciągamy portfele i.. o-o-ł. Oboje nie mieliśmy gotówki. Kartą płacić nie szło, najbliższy bankomat za 5 km. Wspólnych zaskórniaków starczyło na jednego hot doga i piwo na spółę.

Wiecie, że niczego mnie ta historia nie nauczyła i nadal nie noszę gotówki? A Wy?

Wózeczkowcy. Szwajcaria bez auta

180991.autofrei

25 listopada 1973 roku, z powodu niedoborów benzyny, ogłoszono niedzielę bez auta w całej Szwajcarii. Fot. Keystone

Dojrzewaliśmy do tej decyzji długo. Poprzedziliśmy ją skrupulatnymi wyliczeniami, rachunkiem plusów i minusów, przeglądem opcji, przyzwyczajaniem się do myśli o alternatywie. Po drodze pojawiło się sporo wątpliwości: bo jak to tak? Przecież wszyscy je mają. Odezwali się znajomi: toż to wolność, niezależność i mobilność. Rodzina: a co zrobicie, jak coś się stanie i trzeba będzie szybko wsiąść i jechać?

W końcu stało się. Od 19 stycznia 2018 nie mamy samochodu.

Wyliczyliśmy sobie, że koszt posiadania auta to w naszym przypadku prawie 800 franków miesięcznie (rata leasingu, opłata za miejsce parkingowe, ubezpieczenie, serwis, benzyna). Dużo, niedużo? Zależy. Można to wydać np. na ubezpieczenie zdrowotne, bo tyle mniej więcej wynosi miesięczny koszt pakietu obowiązkowego i dodatkowego dla dwóch dorosłych osób. Można gdzieś pojechać. Albo po prostu odłożyć.

Minęły ponad dwa tygodnie, a my wciąż żyjemy. Fakt, auto to wygoda. – Widziałeś, dzisiaj mają wyprzedaż win w Wädenswil. Skoczymy? – Hmm, nie skoczymy.

Nagle trzeba więcej myśleć, planować każdy wypad na zakupy, żyć zgodnie z rozkładem jazdy pociągów i autobusów, wsiąść na rower nawet kiedy leje i wieje. Na szczęście mieszkamy w Szwajcarii i – w mieście. Transport publiczny działa tu bez zarzutu – praktycznie wszędzie można dostać się pociągiem, autobusem, tramwajem czy promem. Jest wygodnie, czysto i punktualnie. Jak to w Szwajcarii, wszystko na tip top. Oczywiście, trochę dłużej to trwa i słono kosztuje, choć w naszym przypadku i tak mniej niż auto. Generalabonnement (GA), czyli bilet roczny na transport publiczny w całym kraju kosztuje 3860 CHF.

Nie byłabym sobą, gdybym nie sięgnęła po statystyki. Prawie 80 proc. gospodarstw domowych w Szwajcarii ma co najmniej jeden samochód. W 2016 roku zarejestrowanych było 4,6 mln prywatnych pojazdów osobowych, co daje 1,6 człowieka na jedno auto. Mieszkaniec/mieszkanka Szwajcarii pokonuje dziennie średnio 36,8 km, a dwie trzecie tego dystansu siedząc za kierownicą. Te liczby pokazują, że choć narzekamy na zakorkowane autostrady, zdecydowana większość Szwajcarek i Szwajcarów wciąż na co dzień wybiera samochód. Choć, jak bliżej przyjrzeć się statystykom, sprzedaż nowych aut rośnie z roku na rok w coraz wolniejszym tempie, w aglomeracjach miejskich zwiększa się liczba osób korzystających z komunikacji miejskiej (w kantonie Zurych abonament na komunikację miejską ma 7 na 10 mieszkańców i mieszkanek), a 65 proc. narodu ma w domu rower.

Bez auta w Szwajcarii na pewno da się dobrze żyć. I sporo ludzi już się o tym przekonało. Są miasta, jak Bazylea, gdzie połowa mieszkających tam osób z różnych powodów nie ma samochodu. W statystykach bezautowców przodują też Zurych i Genewa, a także moje Winterthur. Wszystkie dane pochodzą z badania Mikrozensus Mobilität und Verkehr 2015. W Szwajcarii znajdziecie też całe miejscowości wolne od aut, jak choćby górskie kurorty Zermatt, Wengen czy Saas-Fee – cała lista takich miejsc dostępna jest tutaj.

Ja, choć mam prawo jazdy od 13 lat, samochodem właściwie nie jeździłam nigdy. Nie lubię, nie mam cierpliwości, a w dodatku teraz w Szwajcarii bałabym się mandatów. Dlatego dla mnie przyzwyczajanie się do nowej sytuacji nie jest ani trochę trudne. Rower i ÖV (skrót od Öffentlicher Verkehr – transport publiczny) to moja codzienność. Znacznie gorzej ma mój mąż, który za kółkiem siedzi odkąd skończył 16 lat i w dodatku pracuje w branży motoryzacyjnej. Choć i on przyznaje, że to tylko kwestia zmiany nawyków. A plusów mnóstwo: nie trujemy środowiska, więcej się ruszamy i oddychamy, wspieramy komunikację miejską i krajową, nie płacimy mandatów.. Z naszej decyzji zdecydowanie najbardziej zadowolony jest pies, który na jazdę samochodem reaguje alergicznie.

Chciałam Wam napisać trochę o całym procesie dostosowywania się do życia „na piechotę” i jego kosztach. Pierwszy poważny nabytek to wózek na zakupy. Kojarzący nam się do tej pory głównie ze szwajcarskimi emerytami, okazał się zbawienny, gdy z Coopa czy innego Aldika trzeba przydźwigać do domu kilogramy strawy lub przetransportować puste butelki do najbliższego punktu recyklingu. Koszt: od 50 do 200 CHF (w zależności od pojemności, materiału i rodzaju kółek).

Drugi zakup to halb-tax, czyli karta, która obniża nam koszty transportu publicznego w całym kraju o połowę (czasami mniej), co jest sporym odciążeniem dla finansów. Koszt: 165 CHF rocznie (zwraca się już po dwóch dalszych wycieczkach pociągiem).

Ruch numer trzy to sprawdzenie wszelkich możliwości szybkiego i sprawnego wejścia w posiadanie auta. Na wszelki wypadek. Tutaj opcji jest sporo. Można skorzystać z usług tradycyjnych wypożyczalni, których jest mnóstwo, mają różne stawki i pojazdy (od kompaktów, przez limuzyny, po małe ciężarówki). Wypożyczenie małego auta kosztuje już od 30 CHF za dzień (bez dodatkowych ubezpieczeń). Popularną od pewnego czasu opcją stał się carsharing, czyli współkorzystanie z aut udostępnianych przez firmy, organizacje czy osoby prywatne. Plusem jest tu duża elastyczność, bo auto możemy sobie wziąć skąd chcemy (najbliższą lokalizację sprawdzamy na mapie, za pomocą aplikacji), nawet na godzinę i odstawić je tam, gdzie nam akurat pasuje. Płaci się za czas (od 2 CHF za godzinę) i przejechane kilometry (od 0,55 CHF za km). W Szwajcarii system nazywa się mobility. O szczegółach przeczytacie tutaj https://www.mobility.ch/de/.

Krok czwarty to zainwestowanie w rower i jego odpowiednie wyposażenie. Na szwajcarskie tereny przyda się na pewno kilka przerzutek, sprawnie działające hamulce i działające oświetlenie. Plus dla człowieka kask i spodnie przeciwdeszczowe (są dość drogie, ale to must have). Z perspektywy rowerzystki muszę przyznać, że szwajcarskie miasta są nam bardzo przyjazne. Kierowcy na nas uważają (czasem mam wrażenie, że panuje tu jakaś dyktatura dwukółkowców na drogach), mamy gdzie parkować (zazwyczaj, bo w Winterthur w okolicach dworca szpilki nie wbijesz) i po czym jeździć (ścieżki rowerowe – luksus!). Nie wiem, jak Wy, ale ja póki co mam same pozytywne doświadczenia.

Ten tekst to początek poradnika dla bezautowców w Szwajcarii. Chcę na bieżąco dzielić się w Wami naszymi doświadczeniami wózeczkowców i proszę o wsparcie w postaci komentarzy. Jakie są Wasze spostrzeżenia? Jeździcie autem czy raczej wybieracie inne środki komunikacji? Co Was, jako kierowców/rowerzystów (kierowczynie/rowerzystki) wkurza w Szwajcarii, a co uwielbiacie? Czy pozbylibyście/byłybyście się auta czy nigdy w życiu? Czekam na Wasz głos!

Życie z otwartym rachunkiem

Grafik_Rechnung_2016_01032017

Fot. crif.ch

Część z Was na pewno dobrze wie, co mam na myśli. Wyprzedaż na Zalando, ale wypłata dopiero za dwa tygodnie? W Szwajcarii to żaden problem. Kupujesz, klikasz „auf Rechnung”, dostajesz i płacisz za miesiąc. Dzisiaj będzie o systemie opóźnionych płatności i o tym, że w Szwajcarii (odkrycie!) nie wszyscy są krezusami.

Nie wiem, czy podobne rzeczy działają w innych krajach, może Wy macie na ten temat lepsze informacje. Ja spotkałam się z tym po raz pierwszy, i póki co jedyny, w Szwajcarii, i przyznam, że na początku byłam w szoku. Bo jak to, kupić, ale nie zapłacić? Zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. A robi tak, uwaga, 80 proc. kupujących online (badania GFK z marca 2017 r. – patrz zdjęcie u góry).

To głównie sklepy internetowe, choć nie tylko, oferują możliwość płatności w formie rachunku. Zakupiony przedmiot czy też usługę otrzymujemy natychmiast, natomiast zapłata jest odroczona w czasie. Dostajemy rachunek razem z przesyłką i, o ile firma nie ustali inaczej, na jego uregulowanie mamy 30 dni od momentu wystawienia. W Szwajcarii zakupy na raty czy kredyty konsumpcyjne nie są tak popularne i łatwo dostępne, jak w Polsce. Może dlatego Szwajcarzy wymyślili sobie taką właśnie formę kupowania „na krechę”. Od ręki nie płaci się też za wizytę u lekarza (nie dotyczy weterynarzy i dentystów), ale to akurat wynika z systemu rozliczeń między placówkami medycznymi a ubezpieczycielami.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że coraz więcej osób rachunków nie płaci. W 2016 roku jedna czwarta społeczeństwa miała zaległości finansowe – i nie chodzi tu tylko o przedawniony rachunek z Galaxusa (internetowy sklep ze wszystkim), ale też nieopłacony prąd, telefon czy nawet wynajem mieszkania (Intrum Justitia: Payment Report). Firmy ubezpieczeniowe alarmują, że ponad 100 tys. osób w całym kraju zalega z opłatami za ubezpieczenie zdrowotne (w Szwajcarii jest ono obowiązkowe). Tylko w kantonie Zurych w 2014 roku (ostatnie dostępne dane) otwarte były rachunki warte łącznie 37,8 mln franków i w ciągu siedmiu lat zaległości się podwoiły. Szwajcarzy spóźniają się nie tylko z bieżącymi opłatami, ale też m.in. z płaceniem podatków. W połowie grudnia ubiegłego roku lokalna gazeta z Lucerny informowała, że tylko w tym mieście do fiskusa nie trafił podatek od 115 tys. osób (miały czas do końca roku).

Tzw. „system odroczonych płatności” jest bardzo atrakcyjny dla konsumenta, ale z punktu widzenia przedsiębiorstw to porażka. W wielu sytuacjach jest zupełnie niewydolny, bo – tak, jak wiele relacji społecznych w Szwajcarii – opiera się na zaufaniu. To oznacza, że nie ma zapisów prawnych ani o obowiązujących terminach płacenia rachunków (wspomniane wyżej 30 dni to też zwyczaj, nie prawo), ani o opcjach ściągania zaległości. Zainteresowanym polecam dobry tekst na ten temat (niem.). Otwarte rachunki zaczynają być zmorą szwajcarskiej gospodarki.

Dlaczego ludzie nie płacą? Bo czują się bezkarni, i/lub najzwyczajniej ich na kupione „na rachunek” rzeczy nie stać. Co piąty mieszkaniec Szwajcarii przyznaje, że przejada wszystko, co zarobi (po niemiecku nazywa się to życie von der Hand in den Mund) i nie jest w stanie odłożyć pieniędzy na niespodziewane wydatki (BFS: 2017).

Bo, niespodzianka, Szwajcaria to też ludzie biedni. Szacuje się, że nawet milion osób żyje tu na granicy ubóstwa, ustalonej na poziomie 2,2 tys. CHF miesięcznie dla osoby samotnej i 4 tys. CHF dla rodziny 2+2. I niech nikt mi nie mówi, że 2 tys. franków to jest dużo.

Zaskoczeni? Kompletnie kłóci się to z rozpowszechnionym w świecie obrazem Szwajcarii, jako kraju szczęśliwości, przodującego w rankingach liczby milionerów na kilometr kwadratowy, prawda? A to tylko jedna z nieoczywistości, które sprawiają, że ten kraj – czasem mam wrażenie, że wielu zupełnie nieznany – jest tak interesujący.

Zapraszam Was do poszukiwania ze mną szwajcarskich nieoczywistości i wychodzenia poza stereotypy kraju sera, czekolady i bankierów. To tylko jedna z wielu „twarzy” Szwajcarii.