Szwajcaria w czasach zarazy. Odcinek 3: Czy to naprawdę już koniec?

Tatsuya Tanaka http://www.miniature-calendar.com

Tekst: Emilia Sułek*

Początki euforii

Feeria barw. Taki widok wita mnie pod supersamem. Jest poniedziałek rano, idę po mleko. Staję w pół kroku, nie rozumiejąc co się dzieje. Po chwili myśl: prawda, rząd zarządził otwarcie fryzjerów i sklepów ogrodniczych. Znowu można sprzedawać pelargonie, sadzonki ogórka i czego tam jeszcze. Ludzie tłoczą się, cali w euforii, pakując do koszyków kolejne doniczki. Ten widok regałów z kwiatami jest jak olśnienie. Jakby ktoś przełączył telewizor z wersji czarno-białej na kolor. Jakby Szwajcaria zmieniła się w Andaluzję.

Większy porządek jest pod fryzjerem, choć i tam zbiegowisko. Na chodniku stoją grupki mężczyzn. Zamarli pod ścianą, w stanie charakterystycznego bezruchu, jakby się zawiesili. Można by pomyśleć, że to robotnicy sezonowi czekają na okazję zarobku. Na to aż pracodawca podjedzie i rzuci z samochodu: „pięciu do ziemniaków” albo „trzech do kładzenia fug”. Trzech albo pięciu poderwie się z letargu, wskoczy na pakę i odjedzie w nieznane. Ale to Lucerna. Tłumek na chodniku czeka, żeby się ogolić i ostrzyc. Swoją drogą, pod fryzjerem damskim kolejek brak. 

To dopiero początek wracania do normalności, programu który rząd ogłosił po Wielkanocy. Podano daty – kroki milowe w maju, w czerwcu, w lipcu. Gastronomia, handel, szkoły, kultura, wszystko ma znowu stać się dostępne. Na razie jest na pół gwizdka. Na razie radość jest powściągliwa. 

Odkrywanie świata 

Przez ostatnie miesiące po dworcu w Lucernie hulał wiatr. Ani śladu po turystach z zagranicy ani po młodzieży z okolicznych wiosek, która do miasta zjeżdża na imprezy. Zwiedzanie odwołane, imprezy też. Z pociągów w rozkładzie zostały niedobitki. Na co drugim peronie komunikat: „Pociąg odwołany z powodu pandemii.” Pojedynczy pasażerowie przemykali chyłkiem przez halę dworcową, jakby była wypełniona morowym powietrzem. Atmosferę zagrożenia potęgował widok policji, która pilnowała porządku. Pilnowała w sensie dosłownym. Bo porządek – nawet aż zanadto – tu był i niewiele osób chciało go zakłócać. 

Teraz ma się to zmienić. Kolejny krok ku normalności to powrót do zdrowego, tzn. starego rozkładu jazdy. I ja zbieram się na odwagę. Jako kierunek wybieram Zurych. Podróż, którą kiedyś odbywałam rutynowo, kilka razy w tygodniu, teraz przypomina wyprawę w nieznane. Towarzyszy mi lekki skok adrenaliny. Na peronie ktoś rozdaje chusteczki odkażające. Pasażerowie siedzą daleko od siebie. Jakby na szkolnej wycieczce ktoś ich rozsadził. Za karę, że rozrabiali. W wagonie cisza. Przez całą drogę każde skrzypniecie kół słychać będzie podwójnie. Niemrawo uśmiecham się do pasażera siedzącego dwa metry ode mnie. Uśmiecham się oczami, bo usta zasłania mi maska. Bez odpowiedzi. Czyżby strach dał się nam tak we znaki, że nawet uśmiech wydaje się niebezpieczny?

Kolejom nie jest do śmiechu, bo straty poniosły ogromne. Podobnie jak wiele firm, również i one zwróciły się do rządu po pokrycie części strat. Lista gospodarczych kolosów, które rząd musi ratować (bo to w końcu on wprowadził lockdown) jest długa. Ci mniejsi też mogą otrzymać odszkodowanie za stracony zarobek. Inni – których pracodawca jeszcze jakoś przędzie – przeszli w tryb tzw. pracy krótkiej: pracują krócej i za mniejsze pieniądze. To spotkało Narzeczonego. Nastroje są minorowe, ale najważniejsze to nie stracić pracy. W bliskim otoczeniu spotkało to aż trzy osoby. 

W Zurychu spotykam się z przyjaciółką, która jest na bezrobociu. Choć ona raczej cieszy się z pandemii. Paraliż rynku sprawił, że Urząd Pracy, normalnie wymagający, teraz wrzucił na luz. W końcu żadne rozmowy o pracę nie były w ostatnim czasie możliwe. Nie posiadamy się z radości: to nasze pierwsze spotkanie od wybuchu pandemii. Mimo to zachowujemy bezpieczny dystans. Na powitanie stajemy dwa metry od siebie i zaczynamy się ściskać, każda własnymi rękami. Do tego okrzyk: „Jak to fajnie się spotkać!” Żeby to oblać idziemy na kieliszek szampana. Lokale gastronomiczne zaczęły się powoli otwierać. To też trzeba uczcić! 

Stoliki rozstawione są daleko od siebie. Zamaskowany kelner przyjmuje zamówienie. Szampana podaje w rękawiczkach, mimo że to nie hotel Hilton ani nawet Bristol. W innych lokalach między stolikami stoją parawany, czasem rozwieszona jest zasłona. Zależnie od inwencji i budżetu właścicieli. Całe szczęście jest wiosna, toteż życie toczy się na ulicy. Ale i tu musi być porządek. Przed jedną z kawiarni kelnerka chodzi z centymetrem: mierzy odległość między stolikami. Teraz każdy lokal jest azylem dla wybranych. Jednego dnia, kiedy na ulicy złapie mnie ulewa, będę chciała schować się w kawiarni. Obsługa wyprosi mnie na deszcz. Przykro nam, pani się nie zmieści.  

Wiwat konsumpcja! 

Też w Zurychu, udaję się do ulubionego serowara i centrali rybnej (po tygodniach kupowania w supermarkecie można pójść do normalnego sklepu!). To wszystko ma taki posmak, jakbyśmy spotykali się po wojnie albo innym kataklizmie – każdy small talk zaczyna się od pytania, jak przeżyliście? 

Niby jest tak jak było, ale jednak inaczej. U serowara do lady podejść się nie da. Drogę zagradza ławka, taka jak ze zwykłego garden party. Rozmawiasz ze sprzedawcą trochę jak przez płot. U rybaka jest podobnie. Jak czapla wyciągam szyję, żeby dojrzeć flądrę i śledzia chłodzącego się w lodzie. Nie tylko ryby, ale i sprzedawca ukryty jest za warstwą szkła i plastyku. Fartuch, rękawiczki i pleksi-maska na twarzy. 

To plastyk jest zdecydowanym zwycięzcą pandemii. Plastyk w każdej postaci. Plastykowe rękawiczki, plastykowe zasłony na twarz, plastykowe pieniądze. Sklepy proszą o płacenie „bezdotykowo”, kartą zamiast gotówki, która nawet w kraju, gdzie pieniądz zawsze wygląda jak prosto z mennicy, zaczęła uchodzić za „niehigieniczną”. W jednym ze sklepów, zafascynowana oglądam akrobacje towarzyszące transakcji. Sprzedawca (w plastykowych rękawiczkach) podaje mi terminal przez szmatkę. Wklepuję (niestety bez rękawiczki) numer PIN. Po zakończeniu procedury, terminal zostaje opryskany z dezynfekatora i wytarty (wyszorowany!) kolejną szmatką, która za chwilę wyląduje w koszu. Niech żyje kubeł na śmieci! Ideologia no-waste ma przerwę. 

Przerwę ma też filozofia „mniej znaczy więcej”. Może i pialiśmy z radości przez ostatnie miesiące, że naród przestał kupować w neurotycznym szale, ale jak otworzyli sklepy trzeba było nadrobić zaległości. W księgarni jestem już pierwszego dnia, dziesięć minut po otwarciu. Przy drzwiach (tradycyjnie już) butelka z płynem do dezynfekcji. Dodatkowo pudełko rękawiczek. Wymytymi i ogumionymi rękami oglądam książki. Nowe wydania biorę do ręki jakby każde było białym krukiem, który na chwilę wyleciał z bibliotecznej gabloty. Kupuję od razu dwie, z samej radości, że mogę. W tym samym tygodniu zajrzę do paru innych księgarni, dokupię jeszcze dwa tytuły. Na wszelki wypadek, cokolwiek miałoby to znaczyć. 

To samo powtórzy się w odzieżowym. Pobieram numerek (w sklepie nie może przebywać więcej niż dziesięć osób) i plastykowy kaptur, na wypadek gdybym chciała coś przymierzyć. Wszystko to jest jakieś nieziemskie. Prostota środków zapobiegawczych: spryskiwacz do rąk, rękawiczki, kaptur… czy to naprawdę działa? 

Przychodzi tez czas na kulturę. W trybie analogowym, bo w internecie można było pójść do kina i na koncert bez opuszczania kanapy. Kino i teatr muszą jeszcze poczekać, ale muzea i galerie stoją otworem. W Bourbaki-Panorama (odpowiedniku naszej Racławickiej) seria eksponatów zalepionych taśmą. Wszystko co interaktywne, jest wyłączone z użytku: interakcje są niebezpieczne, nawet te z muzealnym eksponatem. W muzealnym kiblu dwie umywalki też obklejone są taśmą, jak miejsce zbrodni w filmie kryminalnym. W pustym hallu ojciec z synkiem bawią się piłką. Chłopiec rzuca ją do mnie. Instynktownie łapię i odrzucam. Po chwili reakcja: czy powinnam była? Czy zostanę zrugana za zły dotyk?

Bliskość wciąż podejrzana 

Powrót do konsumpcji jest prostszy niż do społeczeństwa. To jest wciąż nastawione „na dystans”. Na schodach ruchomych kobieta przede mną syczy ostrzegawczo, bo podeszłam o jeden krok za blisko. Tego rodzaju syki i obrażone chrząknięcia były mi tu do tej pory nieznane. Pewnie można zaryzykować tezę, że pandemia doprowadziła do (lekkiego) upadku obyczajów. Zwłaszcza w środkach transportu ludzie patrzą na siebie bykiem. Torby i plecaki jeżdżą już prawie legalnie na siedzeniach w autobusie, stanowiąc bufor bezpieczeństwa dla bojących się o zdrowie pasażerów.

Życie towarzyskie powoli się odradza, choć w dość specyficznej formie. Po raz pierwszy (od zimy!) idziemy na Apero do znajomych. Na szczęście mają taras, więc przy odrobinie wysiłku jesteśmy w stanie zachować dystans. Ale kiedy popsuje się pogoda i będziemy musieli wejść do domu, nagle zrobi się zbyt tłoczno. Pożegnamy się – powoli wchodzi nam to w krew – łokciem. 

Podawania rąk nadal się unika. Nie wspominając już o innych kontaktach fizycznych. I właśnie przez to zwykły uścisk rąk staje się teraz niemal wywrotowy, prawie intymny, dowód prawdziwego zaufania, prawie jak seks bez kondomu. Dla osoby przywykłej do fizycznego kontaktu, ten odwyk od bliskości jest wyzwaniem, zwłaszcza wśród przyjaciół i bliskich. Tworzą się różne strefy wtajemniczenia i … wykluczenia. Ta sama osoba, która dzień wcześniej wyściskała mnie na powitanie (jak smakuje taki uścisk po miesiącach abstynencji!), dzień później poda mi tylko łokieć. Szepnie przy tym: muszę uważać, tu dużo ludzi. Trzeba dawać przykład. 

Bliskość w ogóle stała się podejrzana. Korzystając z wolnego dnia, jadę w góry, popatrzeć na świat z innej (wyższej) perspektywy. Szczyt wybieram niefortunnie. Już autobus zapakowany jest na ścisk. Podobnie jest na szlaku. Ludzie tłoczą się, nawet przepychają. Gorzej niż na Giewoncie. Z góry schodzi grupa podchmielonych wyrostków, w plecaku gra muzyka. Ten z lewej zatacza się na mnie. Niestety, nie wiedziałam, że cel mojej wycieczki jest ulubionym miejscem oglądania wschodu słońca. A że noce są chłodne, trzeba się czymś rozgrzać. Przy pierwszej okazji zbaczam w inną stronę. Nawet w telewizji będą mówić, że naród beztrosko popędził w góry, zapominając o środkach bezpieczeństwa. Policja nie reaguje.  

Widmo policji dopada mnie gdzie indziej. Tak, wreszcie i ja idę zrobić coś zrobić z włosami. W malutkim salonie fryzjerka w masce na twarzy. Ale inaczej niż u Zorro, to nie oczy są zasłonięte. Ja zresztą też w masce. Takie są przepisy. Mycie głowy odbywa się jeszcze normalnie. Strzyżenie troszkę gorzej. Trudno ciąć w ciemno. W końcu dziewczyna mówi: zdejmij te maskę, ja cię przecież w ogóle nie widzę. 

Od razu robi się sympatyczniej. Dostaję nawet kawę i ciastko. Radośnie rozmawiamy o życiu w Londynie i o brytyjskim poczuciu humoru. Nagle sytuacja robi się jak z komedii: „Policja!” Fryzjerka rzuca nożyczki i czmycha na zaplecze. Ja w popłoch. Cholera, gdzie maska?! Z podołka spadła mi na podłogę! Rzucam się pod fotel. Za chwilę ostrożnie wyjrzę przez okno. To drogówka, mówię, widząc, jak policjantka wypisuje mandat na źle zaparkowany samochód. Drogówka chyba nie kontroluje fryzjerów? Moja fryzjerka nie jest przekonana. W ostatnim czasie słyszało się historie w rodzaju: facet przyszedł do pracy z nową fryzurą. Fryzjera zamknęli. Brzmi nieprawdopodobnie. Może to legenda miejska?

Leczenie ran

W kolejną niedzielę jadę do Thun. To miasteczko jak z pocztówki: szafirowe jezioro, panorama gór jakby wycięta z opakowania czekolady. Właściwie to jadę służbowo, ale ponieważ jest niedziela, całość ma lekko wycieczkowy charakter. Pogoda piękna, świeci słońce, pierwszy raz po dłuższym okresie niepogody. 

Spacerowiczów masa. Długi ogonek ciągnie się wzdłuż rzeki w drodze do jeziora. Ja też wędruję nabrzeżem. Po lewej stronie woda, po prawej metalowy płot, za nim pas dzikiej zieleni. Moje myśli błądzą nie wiadomo gdzie, wzrok wędruje przez kępy dzikiej roślinności za płotem. Przez tygodnie siedzenia w domu rozwinęłam pasję ogrodniczą i także tę szukania jadalnego zielska na każdej łące i poboczu drogi. Na wpół automatycznie skanuję wzrokiem co rośnie w Thun. A nuż zobaczę coś ciekawego. 

Nagle wzrok mój pada na kawałek papieru. Zapisany i zwinięty, leży na poduszce z trawy, jakby ktoś zrzucił go z chmury. Automatycznie spoglądam w górę, chyba żeby sprawdzić, czy to niebo wysłało mi wiadomość. Ledwie dosięgam papieru przez płot. Za chwilę rozprostowany leży w mojej dłoni. 

Obie strony zapisane, każda innym charakterem pisma. „Drogi/droga Nikt”, pisze autorka, w liście skierowanym do mnie i do każdego, kto przechodzi nabrzeżem. „Myślałam, że samobójstwo rozwiąże mój problem”, relacjonuje swoje zmagania z życiem. „Chciałam czuć się potrzebna, ale wylądowałam w ciemności. Kaleczyłam się, ale to tylko zwiększało ból. ‘Proszę, pozwól mi umrzeć’, myślę o tym każdego dnia”. Czuję, jak serce zmienia mi się w ciasny węzeł. „Jestem taka samotna. Mimo że to czas pandemii, proszę zostaw mi wiadomość. Będę tu przychodzić codziennie.”

Na drugiej stronie odpowiedz, napisana inna ręką. Słowa otuchy, zachęty by wytrwać. „Czasami ogarnia nas ciemność. Pamiętaj, że promyk światła dosięgnie i ciebie.” Ja też dopisuję coś od siebie. Podaję kontakt, gdyby autorka chciała mnie znaleźć. Wygrzebanym z portmonetki spinaczem przypinam list do drucianego ogrodzenia i patrzę na wodę. Sądząc po tym, że litery lekko rozmył deszcz, list musi tu być od dobrych kilku dni. Czy autorka była tu, żeby sprawdzić wiadomość? Czy w ogóle jeszcze jest

Przechodnie mijają mnie radosnym krokiem. Za chwilę i ja dołączę do nich w tym strumieniu niedzielnego życia. Z domu zadzwonię do pogotowia dla samobójców, sprawdzić, co można zrobić w sprawie nieznajomej kobiety z Thun. Nie mają wiele do zaproponowania. Szwajcaria ma wysoki poziom samobójstw. Dopiero co w styczniu znajomy był świadkiem tego, jak mężczyzna wskoczył pod pociąg. Czy przymusowa izolacja czasu pandemii podniesie ten poziom o poprzeczkę wyżej? To okaże się pewnie dość niedługo. 

Wątpliwości rosną

W połowie czerwca po dawnych środkach bezpieczeństwa nie ma śladu. Euforia z powrotu do życia, aktywności, konsumpcji – wszystko to tłumi inne rozważania. Pewnie rozsądek też. Maski znikają z przestrzeni publicznej, tak szybko jak ostatnie łachy śniegu w Alpach. W supermarkecie płyn do dezynfekcji jeszcze stoi, ale z boku, zdetronizowany przez górę koszyków, które zachęcają do pakowania kolejnych zakupów. Otwierają się kina, lada chwila rząd pozwoli na organizację koncertów nawet na kilkaset osób. Zurych (gdzie po północy obowiązywała godzina policyjna) „uwalnia” życie nocne. Można bawić się do woli, na własną (a nie rządu) odpowiedzialność. I nawet nocne autobusy wróciły na ulice. 

Gdzieś na boku słychać jednak pytania. I pierwsze wątpliwości. Bo jak pogodzić to, co mówią epidemiolodzy, że wirus wciąż jest wśród nas z parciem na powrót do maksymalnej aktywności? Granice są otwarte, ale samolotów właściwie niet. Co i rusz telewizja bąka, że na świecie wirus nadal szaleje. Uniwersytet zapowiedział, że zajęcia jesienią będą online. Mimo tego, że teraz można imprezować pełną parą. To jak to jest z tą chorobą?

Zaplanowane w bezpiecznych odstępach czasu kroki milowe przyspieszyły tempo. Co miało się dziać w lipcu, zdarzyło się już w czerwcu. Co w czerwcu, to w maju itd. Sąsiadka na schodach wyrzeka: Rząd nie kieruje się dobrem społeczeństwa, tylko gospodarki. W najgorszym okresie pandemii, sprawiał wrażenie jedności, teraz każda partia ciągnie w swoja stronę. To wszystko lobby biznesowe, sąsiadka krzywi się z niesmakiem. „Nie lubię tego partyjniactwa”, dodaje. 

Wirus wciąż jest wśród nas, nawet jeśli o nim trochę zapomnieliśmy. Na wszelki wypadek, zaopatrzyłam się w kolekcję masek na twarz. Niewiele osób podziela mój entuzjazm dla tego dodatku do stroju. Członkowie rządu też nie pokazali się w masce. Szwajcaria cały czas wstrzymuje się z wprowadzeniem nakazu noszenia ich, choćby w transporcie publicznym (choć konduktorzy apelowali). Rząd pozostał przy zaleceniu, że nosić… warto: „Szwajcarom nie należy zakazywać. Liczymy na rozsądek obywateli”. W gazecie pojawiła się debata, dlaczego rozsądek pozostaje głuchy i ludzie nie zakładają maski. Wygrała teoria, że to dlatego, że maska bardziej chroni innych niż nas samych. Po co się wysilać dla innych, głosił autor, rekonstruując statystyczną logikę mieszkańca kraju. To by przeczyło wizji solidarnych obywateli, którzy troszczą się o siebie nawzajem. 

Znajoma – młoda, choć z grupy ryzyka – spytała mnie niedawno, czy ma prawo wymagać, by ludzie nosili maski, żeby osoby z mniejszości – takie jak ona – chronić przed wirusem. Jasne, że tak. Mniejszości się chroni. Czy to nie jest jakaś żelazna zasada demokracji? Ale jak choroby nie widać (a i słychać o niej też niewiele), wszelkie środki prewencyjne wydają się zbędne. Sensowność całego lockdownu zaczęła być poddawana w wątpliwość. Ale to tak jak w ogóle z prewencją, mówi ta sama znajoma, która notabene pracuje w ośrodku pomocy narkomanom. Skuteczność prewencji jest jednocześnie jej gwoździem do trumny. Ludzie skłonni są zapominać, że problemy lubią wracać. 

Odwrót od rzodkiewki

Zaległości w kontaktach towarzyskich nadrabiam, gdzie się da. Zresztą, nie tylko kontaktów jestem spragniona. Nieprzewidywalności, beztroski, śmiechu. Przypadkowych interakcji, small talków, wszelkich elementów, który wychodziłyby poza korona-rutynę. Powrót do życia towarzyskiego oznacza, że rzodkiewki popadają w zapomnienie. Ogród już nie jest kompensatą braku towarzystwa. To samo dotyczy sklepów spożywczych. Podczas lockdownu, kupienie nawet jednej cebuli było dobrą wymówką, żeby wyjść z domu. Co ja zrobię, że potrzebuję ludzi, interakcji, nawet w minimalnym stopniu. Siedzenie w domu to nie dla mnie. Ale dzięki home office odkryłam, że sąsiad z drugiego piętra maltretuje dorosłą córkę. Rząd miał chyba rację mówiąc, że zakaz wychodzenia z domu wpłynie na przyrost przemocy domowej.

Patrząc na kwitnący ogród, myślę: Całe szczęście, że pandemia wybuchła na wiosnę. A kiedy będzie druga fala? Od jakiegoś czasu do mediów przebijają się wiadomości o ponownym wzroście liczby zachorowań. Niby niewiele, ale jednak: sto, sto kilkadziesiąt na dzień. To i tak luksus w porównaniu do krajów, które akurat przeżywają masową tragedię i śmierć tysięcy ludzi. Prędzej czy później choroba dociera wszędzie. Cóż, efekt globalizacji. 

W obliczu rosnącej liczby nowych zachorowań, rząd robi jednak ten radykalny krok, z którym tyle się wstrzymywał. Maski będą obowiązywać, przynajmniej w transporcie publicznym. Teraz kiedy jadę pociągiem patrzą na mnie same oczy. Oczy i tylko oczy. Zwielokrotniony big brother i big sister. (Kosmetyczka w drogerii próbuje mnie namówić na prelekcje o podkreślaniu oczu: kiedyś były zwierciadłem duszy, teraz głównym medium komunikacji – mówi z przekonaniem).

W kraju, w którym nie chcą burek i czadorów (choć poza niektórymi turystkami z krajów arabskich nikt ich nie nosi), a inne sposoby zasłaniania twarzy, na demonstracji czy meczu, też są przez państwo niezbyt lubiane, obowiązek zasłaniania twarzy brzmi jak złośliwość losu.

*Emilia Sułek: antropolożka, dziennikarka, menedżerka kultury. Przyjechała do Szwajcarii za pracą, została z miłości. Nie tylko do gór. Specjalistka od Azji Środkowej we wszystkich odmianach. 

Kapitan Corona. Kim jest człowiek, który strzeże Szwajcarii przed wirusem?

6293581292016454

65-letni Daniel Koch od dwunastu lat zarządza departamentem chorób zakaźnych w szwajcarskim ministerstwie zdrowia (BAG). Fot. watson.ch

Kryzys to jego drugie imię. W ciągu ostatniego miesiąca stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy w Szwajcarii. Nieznajomi zatrzymują go na ulicy, dziękując za opanowanie i profesjonalizm w czasach, kiedy najłatwiej jest spanikować. Lekarz z Berna. Od lat odpowiedzialny za departament chorób zakaźnych w szwajcarskim ministerstwie zdrowia, stanął na czele sztabu specjalistów toczących nierówną walkę z koronawirusem. Prywatnie – miłośnik psów i biegacz. Wytrwałość z jaką pokonuje maratony przydaje mu się teraz – na dyżurze 24h. Wkrótce, 13 kwietnia, skończy 65 lat i właściwie mógłby już odpocząć na emeryturze. Ale szwajcarski ekspert od epidemii nie zamierza się poddawać. Kapitan nie może przecież pierwszy opuścić statku. 

Nie ma dnia bez Daniela Kocha. Jego charakterystyczna twarz patrzy na nas z telewizora. Jego głos słychać w radio. Gazety wypełniają coraz to nowe wywiady, w których tłumaczy, informuje, rozwiewa wątpliwości, dementuje plotki. Nie owija w bawełnę, co w Szwajcarii rzadkie. Uspokaja – to nie wojna, ale kiedy trzeba, nie boi się powiedzieć, że sytuacja jest dramatyczna. Potrafi też przyznać, że czegoś nie wie. „Nie mam w uchu mikrofonu, do którego redakcja podpowiada mi aktualne liczby” – odpowiada na powtarzane przez dziennikarzy pytania o bieżącą liczbę osób zakażonych przebywających w szpitalach.

Mówienie po raz setny o tym samym na pewno go męczy, jednak nie traci cierpliwości. Przy czym jego wypowiedzi zaskakują szczerością. Jak wtedy, kiedy przyznał, że nie nadąża już z liczeniem chorych. Przyzwyczajonych do okrągłych formułek płynących z ust rządzących, ta otwartość może szokować. Kiedy początkową reakcją na lawinowo rosnącą liczbę chorych była panika, Koch bez emocji wyjaśniał mechanizmy społeczne, które nie tracą na aktualności w kryzysie. Wielu naciskało, żeby się spieszyć, on twierdził, że lepiej jest poczekać. W wywiadzie udzielonym tabloidowi Blick 15 marca (wówczas w Szwajcarii było ponad 2 tysiące zakażonych, teraz już ponad 7 tysięcy) tłumaczył, dlaczego szwajcarski rząd wstrzymuje się z zamknięciem granic i wprowadzeniem zakazu wychodzenia z domu. 

„Musimy się zastanowić, jakie działania są do zaakceptowania przez obywateli. Zareagujemy za wcześnie, ludzie nie dostosują się do wytycznych, nie widząc sensu ich wdrażania. Aby coś przedsięwziąć, potrzebna jest motywacja. (…) Szwajcarzy akceptują zakazy, tylko wtedy, gdy rozumieją ich sens. Jeśli chodzi o to, jesteśmy inni niż pozostałe kraje: w Szwajcarii należy obywatelom najpierw wytłumaczyć, o co chodzi”

Te słowa krytykowało wówczas wielu (łącznie z piszącą ten tekst), ale wkrótce miało się okazać, że jest w nich dużo zrozumienia dla działania Szwajcarów, którzy z początku sceptycznie reagowali na zamykanie sklepów i apel rządu, aby pozostać w domu. Musiało upłynąć jeszcze trochę wody w Renie i wiele godzin powtarzania, tłumaczenia, odpowiadania na wciąż te same pytania, aby ulice szwajcarskich miast zaczęły się wyludniać.

daniel-koch-coronavirus-bag

Internauci ochrzcili już Kocha „Misterem Corona”. Memy z jego wypowiedziami obiegły internet. Fot. nau.ch

Koch zyskał już w Szwajcarii przydomek „Mister Corona”. Nie raz udowodnił, że przy całej powadze sytuacji, wciąż można zachować dystans. Jego błyskotliwe odpowiedzi na pytania dziennikarzy sprawiły, że stał się nawet gwiazdą internetowych memów. Podczas jednej z konferencji prasowych na prośbę dziennikarza o wyjaśnienie, dlaczego w swoich wypowiedziach tak często posługuje się trybem przypuszczającym (niem. Konjunktiv), odparł, że nie jest ekspertem od języków, żeby tłumaczyć takie rzeczy. Można to obejrzeć TUTAJ.

Kim jest Daniel Koch? Lekarzem z Berna. Skończył medycynę na lokalnej uczelni, a potem zrobił jeszcze magistra ze zdrowia publicznego na Uniwersytecie Johna Hopkinsa w Baltimore (to od nich bierzemy teraz informacje o globalnych statystykach koronawirusa). W szwajcarskim resorcie zdrowia pracuje od 2002 roku. Koronawirus to nie jest jego pierwsza epidemia. Jako człowiek na służbie przeżył już pandemię SARS i tzw. ptasiej grypy. W 2008 roku objął dowodzenie w departamencie chorób zakaźnych. Wcześniej działał w Międzynarodowym Komitecie Czerwonego Krzyża jako koordynator medyczny na obszarach objętych kryzysem. Pracował m.in. w Sierra Leone, Ugandzie i Południowej Afryce. Nie jedno tam widział i niewykluczone, że właśnie doświadczenia z pracy w tych krajach nauczyły go opanowania w trudnych sytuacjach. 

Jego szczupła sylwetka zdradza sportowca. Koch to biegacz-długodystansowiec. Ma na koncie kilka szwajcarskich pełnych i półmaratonów. Krótsze dystanse woli pokonywać w towarzystwie swoich psów – Akiry, Chili i Buntschi – uprawiając canine crossing. W tej dyscyplinie sportu ma spore osiągnięcia – w ubiegłym roku został mistrzem Europy w swojej kategorii na zawodach w Belgii, a dwa lata temu, w Polsce(!), zdobył tytuł wicemistrza świata. Szwajcarski specjalista od epidemii ma w ogóle duże serce dla zwierząt. Działa w stowarzyszeniu Certodog, które zajmuje się m.in. szkoleniami dla hodowców i instruktorów psów.

Daniel Koch wkrótce skończy 65 lat. To wiek, w którym mężczyzna pracujący w Szwajcarii może powiedzieć „danke vielmal” i udać się na zasłużoną emeryturę. Czy Koch zejdzie z posterunku, kiedy – jak sam podkreśla – najgorsze wciąż przed nami? Jeszcze nie zdecydował, choć jego następca już czeka na przejęcie sterów (to Stefan Kuster ze Szpitala Uniwersyteckiego w Zurychu). Z dnia na dzień widać po Kochu, że jest coraz bardziej zmęczony, mimo że twierdzi, że starcza mu czasu na sen i jedzenie. – Ja zawsze byłem taki chudy – uspokaja w swoim stylu wszystkich zmartwionych. Oprócz tego, że codziennie musi udzielać informacji i dawać rady całej Szwajcarii, od niedawna ma też inne – równie odpowiedzialne zadanie. Trzy miesiące temu został dziadkiem. Z wnukiem niestety póki co nie wolno mu się widywać. Zasady w czasach epidemii są święte. W końcu to on sam je ustala.

—————————————————————————————————————————————–

Źródła:

https://www.schweizer-illustrierte.ch/people/daniel-koch-vom-bag-der-marathon-mann

https://www.nau.ch/politik/regional/coronavirus-stefan-kuster-wird-unser-neuer-mr-corona-65675442

https://www.nau.ch/politik/bundeshaus/coronavirus-bag-koch-wird-fur-seine-schlagfertigkeit-gefeiert-65681642

https://de.wikipedia.org/wiki/Daniel_Koch

https://www.blick.ch/news/politik/bag-koch-ueber-das-zoegerliche-vorgehen-des-bundesrats-warum-zu-schnelles-handeln-nichts-bringt-id15797355.html

Pandemia koronawirusa: Szwajcaria idzie własną drogą

Władze Szwajcarii wstrzymują się z wprowadzeniem stanu wyjątkowego w całym kraju. Twierdzą, że na zamykanie granic jest już za późno. Czy to ustrojowa niemoc? Próba zachowania spokoju za wszelką cenę? A może jedyne rozsądne działanie w kryzysowej sytuacji? 

530485

Zalecenia dotyczące ochrony przed wirusem obejmują m.in. zachowanie dystansu i podstawowych zasad higieny. Fot. SRF

Berno, 4 marca. Trwa kolejna już w ostatnich dniach konferencja ministra zdrowia, podczas której Alain Berset informuje przed kamerami o nowych zaleceniach rządu, dotyczących ochrony obywateli przed koronawirusem. Mówi o potrzebie zachowania społecznego dystansu, powstrzymania się od całusów w policzek na powitanie oraz wymiany uścisków dłoni w sytuacjach zawodowych i prywatnych. Chwilę później, oddając głos Heidi Hanselmann, dyrektor departamentu zdrowia publicznego, wyciąga w jej kierunku dłoń. Nagranie natychmiast obiegło internet, a niekonsekwencja Berseta wynikająca przecież ze zwykłego przyzwyczajenia (w Szwajcarii uścisk dłoni to podstawa społecznych relacji), jest dobrym przykładem tego, że i politykom z trudnością przychodzi odnalezienie się w nowej sytuacji, w jakiej znalazł się kraj. 

Od momentu, kiedy w Szwajcarii potwierdzono pierwszy przypadek SARS-CoV-2 (w kantonie Tessyn, mężczyzna wrócił z Mediolanu) minęły ponad dwa tygodnie. Obecnie zakażonych jest już 858, sześć osób zmarło (dane z 12 marca). Jeśli odnieść liczbę przypadków wirusa do liczby mieszkańców, to Szwajcaria jest w pierwszej piątce najbardziej zainfekowanych krajów na świecie. Wirus opanował niemalże wszystkie kantony, a największą liczbę przypadków zanotowano we włoskojęzycznym Tessynie.  

To tam, w Gambarogno na południu Szwajcarii, mieszka Anna. Gmina bezpośrednio graniczy z włoską Lombardią, regionem, gdzie wirus zrobił największe spustoszenie. I choć Włochy pozostają krajem w całości objętym kwarantanną, na granicy ze Szwajcarią ruch – choć ograniczony – wciąż się odbywa. 

– Na teren Szwajcarii mogą wjechać osoby mające pozwolenie na pracę. Ograniczenia w ruchu i zamknięcie niektórych przejść granicznych powoduje ogromne korki, dlatego kierowcy są proszeni o umieszczanie dokumentów przy samej szybie, na masce samochodu, aby nie trzeba było wszystkich aut zatrzymywać do kontroli – mówi Anna, Polka mieszkająca w Gambagorno, która to co się dzieje przy granicy, może obserwować ze swojego balkonu. 

Do Szwajcarii przyjeżdża dzień w dzień ok. 330 tysięcy pracowników z przygranicznych miejscowości we Włoszech, Francji i Niemczech. Powód: wyższe zarobki oraz zapotrzebowanie na pracowników w różnych branżach, m.in. medycznej. Między Włochami a Szwajcarią codziennie kursuje 68 tysięcy pracowników przygranicznych. Wielu pracuje w szpitalach. – Obecnie trwa organizacja nowych zasad pracy. Dla pracujących w placówkach opieki medycznej mieszkańców Lombardii przygotowywane są tymczasowe miejsca zakwaterowania – relacjonuje Anna. 

Położenie geograficzne sprawiło, że włoskojęzyczny kanton Tessyn, będący na pierwszej linii frontu walki z wirusem, wielu zaczęło postrzegać jako tamę, która albo wirusa powstrzyma, albo pękając sprawi, że ten wyleje się na cały kraj. Niestety stało się to drugie. 

Po tym, jak w Tessynie liczba przypadków zakażenia wirusem przekroczyła 120, władze kantonu zdecydowały się wprowadzić tam stan wyjątkowy. Życie spowolniło. Zamknięte są kina, baseny, kluby i niektóre szkoły. W restauracjach nie może przebywać jednocześnie więcej niż 50 osób. – Wszyscy są proszeni o unikanie zgromadzeń i przemieszczania się bez konieczności. Odwołano imprezy, w tym tradycyjne rozpoczęcie sezonu turystycznego, w trakcie slynnego festiwalu kamelii. Nie ma paniki, ale czuje się niepokój – opowiada Anna.

Granica wciąż pozostaje otwarta, a sytuacja w Szwajcarii zmienia się jak w kalejdoskopie. Podobnie jak reakcje ludzi i komentarze ekspertów (prawdziwych i samozwańczych) na temat działań rządu. Tylko te ostatnie tak jakby.. zamarły. 

Kiedy pod koniec lutego wiadomo było, że wirus pokonał Alpy i dotarł do Szwajcarii, reakcja państwa była szybka. Już trzy dni od rozpoznania pierwszego przypadku wirusa wprowadzono zakaz zgromadzeń publicznych z udziałem więcej niż tysiąca osób. Odwołane zostały duże imprezy, m.in. salon motoryzacyjny w Genewie czy karnawał w Bazylei. Szczegółowym ustalaniem i wprowadzaniem środków zapobiegającym rozprzestrzeniania się wirusa miały się już zająć – zgodnie z zasadą federalizmu – władze poszczególnych kantonów. 

Tym samym i odpowiedzialność za bezpieczeństwo obywateli stała się w dużej mierze wewnętrzną sprawą 26 kantonów. A te reagowały różnie, podobnie zresztą, jak prywatne firmy, które zaczęły testować granice pomiędzy dobrem pracowników, a własnym interesem. Bardziej zapobiegliwe skracały czas pracy albo umożliwiały wykonywanie zawodowych obowiązków z domu. Mniej ostrożne ograniczyły się do zaopatrzenia biur w butelki ze środkiem dezynfekującym. Jednocześnie głosy, aby zamknąć południową granicę Szwajcarii tonęły w zalewie uspokajającego przesłania rządzących: wszystko jest pod kontrolą.

W dniu, w którym polski rząd podjął decyzję o zamknięciu szkół i przedszkoli, Szwajcaria miała już 650 przypadków koronawirusa i cztery ofiary śmiertelne. Życie w miastach wciąż toczyło się w nieco zwolnionym, ale jednak normalnym tempie. Na Uniwersytecie Zuryskim, mimo potwierdzonych zakażeń, zajęcia odbywały się regularnie. Dzieci chodziły do szkół i przedszkoli. Dopiero dwa tygodnie po tym, jak w kraju zdiagnozowano pierwszy przypadek wirusa, szwajcarskie koleje i linie lotnicze zawiesiły połączenia z Zurychu do Wenecji i Mediolanu. 

W międzyczasie przez internet przetacza się burza. Komentarze są różne, od „Szwajcario, obudź się i zrób coś wreszcie” po „Przecież i tak nie mamy nad tym kontroli, to po co siać panikę”. Jakie zatem powinno być „modelowe” działanie w przypadku pandemii koronawirusa? Trudno powiedzieć. 

Wydaje się, że Szwajcaria, jak wielokrotnie w historii, tak i w obecnej sytuacji idzie własną drogą. Zalecając stosowanie się do podstawowych zasad higieny i społeczną izolację, ale wciąż zostawiając otwarte granice władze nie wprowadziły kwarantanny, która przyniosła dobre rezultaty w Chinach i – jak się póki co tylko ufa – mają pomóc opanować dramatyczną sytuację we Włoszech.

Z dużą rezerwą podchodzi się tu też do wykonywania testów na obecność koronawirusa. Aby nie dopuścić do oblężenia szpitali, osobom z objawami choroby zaleca się pozostanie w domu. Opieką objęci są starsi, chorzy, z grup ryzyka. – Przy tylu przypadkach nie da się już stwierdzić, kto miał kontakt z zarażonymi osobami, a też nie wszyscy potrzebują specjalistycznego leczenia, więc testuje się celowo osoby, które są najbardziej zagrożone – tłumaczy mi pracownik Szpitala Uniwersyteckiego w Zurychu.

Szwajcaria to kraj z dużym odsetkiem osób starszych. Tych powyżej 65. roku życia mieszka tu ponad 1,5 miliona. – Wprowadzono dodatkowe środki ostrożności, takie jak zakaz odwiedzin w szpitalach czy domach starości, żeby nie narażać starszych osób. Szpitale są dobrze wyposażone, dopasowały środki izolacji do najnowszych danych o wirusie, jest wystarczająco dużo personelu, nie brakuje miejsc na oddziałach. Właściwie wszystko działa normalnie – dodaje pracownik szpitala.

W przeliczeniu na milion mieszkańców w Szwajcarii wykonuje się w szpitalach o połowę mniej testów niż we Włoszech. To sprawia, że brak jest rzeczywistych danych o nosicielach wirusa.

Czy powtarzane przez polityków jak mantra zalecenia: myć ręce i zostać w domu wystarczą, aby zapanować nad pandemią? – Bez wprowadzenia drastycznych środków zapobiegawczych liczba zachorowań będzie eskalować, co doprowadzi do niewydolności systemu opieki zdrowotnej – twierdzi Richard Neher, profesor biofizyki z Instytutu Biologii Uniwersytetu w Bazylei. Jego zdaniem, rząd powinien wprowadzić m.in. nakaz pracy zdalnej, ograniczenie przemieszczania się środkami transportu publicznego oraz zamknąć szkoły.

Choć jest jeszcze za wcześnie, aby oceniać politykę państwa i ferować wyroki, to trudno się oprzeć wrażeniu, że w porównaniu do strategii obserwowanych w innych państwach, Szwajcaria jest zdecydowanie po stronie zachowawczego podejścia do tematu epidemii. Rządzący zachowują spokój, a obywatele ufają, że będzie dobrze. Warto też pamiętać o specyfice tutejszego ustroju. W normalnej sytuacji rzadko kiedy decyzje w Szwajcarii płyną „z góry”. Wytyczne pozostają w gestii cieszących się dużą swobodą kantonów. Pytanie, czy obecną sytuację jeszcze można nazywać normalną.

Póki co koronawirus krążący w alpejskim powietrzu działa jak magnes wyciagając na powierzchnię strukturalne słabości szwajcarskiej gospodarki i systemu opieki zdrowotnej. Pokazuje, jak bardzo Szwajcaria jest zależna od pracowników (także opieki zdrowotnej) i dostaw z zagranicy. Wstrzymany transport masek ochronnych z Niemiec wywołał niedawno dyplomatyczny zgrzyt między Bernem i Berlinem. Otwarta granica dla pracowników z Włoch dzieli Szwajcarów. 

W tej sytuacji słowa szwajcarskiego ministra Ignazio Cassisa, że w powstrzymaniu rozprzestrzeniania się wirusa w Europie pomoże tylko współpraca między krajami nosi znamiona jeśli nie naiwności, to politycznego myślenia życzeniowego. 

Co nowego w Szwajcarii w 2020 roku

I tak Szanowni Czytelnicy wstępujemy razem w lata 20. Jak co roku przedstawiam najważniejsze regulacje prawne, które wchodzą w życie z początkiem stycznia lub w kolejnych miesiącach i będą miały wpływ na nas, mieszkających w Szwajcarii. Życzę Wam, aby Wasz prywatny Nowy Rok przyniósł zmiany tam, gdzie ich oczekujecie, a oszczędził ich tam, gdzie lepiej, żeby wszystko zostało po staremu. Jak mawiają Szwajcarzy – Guten Rutsch, dobrego wślizgu w 2020!

Bild_zur_freien_Verwendung_AHV_Alter_Vorsorge_Geld_Finanzen_Finanzierung_Rente_Pension_Ausweis_Dokument_Ruhestand_nach_dem_Arbeitsleben

Od 2020 roku składka na AHV wyniesie 8,7 proc. wynagrodzenia brutto.

Wyższe składki emerytalne

W majowym referendum Szwajcarzy opowiedzieli się za reformą systemu emerytalnego. Jedną z konsekwencji tej decyzji jest zwiększenie składki na fundusz emerytalny (niem. AHV, pierwszy filar emerytalny). Od stycznia 2020 roku wzrośnie ona o 0,3 proc. W praktyce oznacza to niższe zarobki netto. Potrącenie będzie wynosiło odtąd 8,7 proc. wynagrodzenia brutto, z czego tak jak dotychczas połowę (4,35 proc.) płaci pracodawca, a połowę pracownik. Informację o zmianach powinniście już otrzymać od swojego pracodawcy. Wyższe AHV zapłacą również osoby samozatrudnione. Zwiększenie składek pozwoli dosypać do państwowej kasy emerytalnej 1,2 miliarda franków rocznie.

Zwrot podatku za zakupy po nowemu

Jeśli często jeździcie na zakupy do Niemiec, to z pewnością nie raz prosiliście przy kasie o zieloną kartkę, uprawniającą do zwrotu niemieckiego podatku VAT. Wkrótce roku taki dokument otrzymacie tylko za paragony na kwotę przekraczającą 50 euro. Taki minimalny limit wprowadziło od 2020 roku niemieckie ministerstwo finansów. 

Niższe koszty wynajmu mieszkania 

Według prognoz specjalistów od rynku nieruchomości już w marcu 2020 roku może zmienić się w Szwajcarii referencyjna stopa procentowa, na podstawie której banki ustalają oprocentowanie kredytów hipotecznych. Oczekiwania mówią o obniżce z obecnych 1,5 proc. do 1,25 proc. Jeśli rzeczywiście tak się stanie, również wynajmujący mieszkania będą mogli się ubiegać o obniżenie kosztów wynajmu. Najlepiej jest wówczas napisać pismo w tej sprawie do swojego administratora. Pozostając w temacie, właścicielom nieruchomości będą od 2020 roku przysługiwały nowe możliwości odpisów od podatku federalnego. Chodzi m.in. o koszty inwestycji energooszczędnych.

Krótszy kurs na prawo jazdy 

Szwajcarskie przepisy dla nowych kierowców zakładają, że po pomyślnym zdaniu egzaminu na prawo jazdy mamy rok na tzw. doszkolenie. Kurs doszkalający, podczas którego kierowcy testują bardziej zaawansowane umiejętności, jak np. gwałtowne hamowanie, trwał dotychczas dwa dni. Od 2020 roku zostanie skrócony do jednego dnia (a dokładnie siedmiu godzin).

Preise2020

Paczki opłacone przez internet wyślemy z rabatem. Fot. post.ch

Obowiązek rejestracji paczek wysyłanych za granicę

Kto regularnie przesyła rodzinie w Polsce szwajcarską czekoladę, musi od przyszłego roku mieć się na baczności. Paczkę wysyłaną pocztą za granicę trzeba będzie najpierw zgłosić i zarejestrować przez internet (wypełnienie formularza w okienku pocztowym będzie kosztowało 3 franki). Dotyczy to przesyłek do dwóch kilogramów. W ten sposób szwajcarska poczta dostosowuje się do międzynarodowych regulacji. Z kolei lokalne przesyłki, opłacone samodzielnie przez internet i opatrzone wydrukowaną etykietą, nadamy od przyszłego roku z rabatem, nawet do 3 franków (w zależności od wagi paczki). 

Szybsze zawieranie małżeństw

Mniej biurokracji dla osób planujących zawarcie związku małżeńskiego (i mniej czasu na ewentualne rozmyślenie się). Według dotychczasowych przepisów od momentu pozytywnego zakończenia procedury przygotowawczej (kończącej się spotkaniem w urzędzie stanu cywilnego) do dnia ceremonii musiało upłynąć co najmniej 10 dni. Od przyszłego roku ten „okres ochronny” przestanie obowiązywać.

Pontonem bez limitów 

Kojarzycie dmuchane gumowe łódki, którymi Szwajcarzy uwielbiają latem pływać po jeziorach i rzekach? Ponieważ takie wycieczki często przeradzały się w zakrapiane imprezy, w 2014 roku wprowadzono ograniczenie maksymalnej ilości spożytego alkoholu przez „kapitana” łódki do 0,5 promila. Szybko się okazało, że ten przepis jest martwy, ponieważ kontrola bawiącego się na pontonach towarzystwa była mocno utrudniona. Dlatego od 2020 roku limit zostanie zniesiony. Roztropność wciąż zalecana!

Drobne przewinienia karane od zaraz

Grzywny w Szwajcarii nie dotyczą tylko łamiących przepisy kierowców. Od przyszłego roku postępowanie identyczne jak w przypadku mandatów drogowych będzie obowiązywać również za takie przewinienia jak rozmawianie przez telefon podczas jazdy rowerem, palenie tytoniu w miejscach publicznych czy konsumpcja marihuany. Maksymalna wysokość kary to 300 franków, a szczegółowe regulacje leżą w gestii poszczególnych gmin i kantonów.

3562701_pic_970x641

Szwajcarskie koleje życzą pasażerom dużo cierpliwości w 2020 roku.

Dalsze opóźnienia pociągów

Niestety problemy z punktualnością kolei mogą się w przyszłym roku tylko pogłębić. Szwajcaria planuje ogromne inwestycje na łączną kwotę dwóch miliardów franków, więc robotom na torach nie będzie końca. Dlatego w 2020 roku trzeba się spodziewać nie tylko wydłużających się opóźnień, ale również zmian tras i odwołania połączeń. Największe utrudnienia będą miały miejsca na trasach między Genewą a Lozanną, w okolicach jeziora Zug, Berna, pomiędzy Olten i Aarau oraz Bazyleą i Liestal. Pozostaje nam tylko życzyć sobie nieskończonej cierpliwości.

O wybranych przeze mnie zmianach i wielu innych przeczytacie tutaj (źródła w języku niemieckim):

https://www.tagesanzeiger.ch/schweiz/standard/neue-gesetze-was-sich-2020-alles-aendert/story/23334883

https://www.20min.ch/finance/news/story/Das-aendert-sich-im-neuen-Jahr-24245180

https://www.blick.ch/news/wirtschaft/konsumenten-steuerzahler-mieter-autofahrer-was-uns-im-2020-aufs-portemonnaie-drueckt-id15679636.html

Helwecja wezwała kobiety, ale rewolucji nie będzie

Autorka: Katarzyna Waniek, pedagożka socjalna i antropolożka kultury zajmująca się feminizmem i prawami kobiet. W latach 2008-2015 była asystentką językową w Ambulatorium Gynmed w Wiedniu, gdzie doradzała w zakresie antykoncepcji i aborcji. W Szwajcarii mieszka od czterech lat. Jest współinicjatorką nieformalnej grupy Dziewuchy Szwajcaria i absolwentką pierwszej edycji fakultetu feministycznego fem!.

Women's strike switzerland 2019_3

Generalny strajk kobiet w Szwajcarii. Czerwiec 2019. Fot. Olgierd Kajak

Latem 2019 roku tysiące kobiet wyszło na ulice Szwajcarii, między innymi po to, aby zażądać większego udziału we władzy politycznej kraju. Kilka miesięcy później postulaty równości płci przełożyły się na wynik wyborów do szwajcarskiego parlamentu. Po 20 października udział polityczek w pierwszej izbie parlamentu (Rada Narodowa) wzrósł do rekordowych w historii Szwajcarii 42% w porównaniu z 32% w 2015 roku. W Radzie Kantonów natomiast zasiądzie przynajmniej 5 kobiet, a ostateczny wynik znany będzie po drugiej turze wyborów w listopadzie.

Taka sytuacja spowodowała, że jeśli chodzi o odsetek kobiet w polityce, to w porównaniu z innymi państwami Szwajcaria awansowała na 15. miejsce z miejsca 38. i tym samym wyprzedziła Norwegię, Danię, Nową Zelandię, Francję i Włochy. 

Polityka małych kroków 

Jeśli prześledzimy historię alpejskiej Federacji od momentu uzyskania przez Szwajcarki pełni praw wyborczych w 1971 roku do ostatnich wyborów, to zobaczymy, że zmiany na korzyść kobiet nabierają tempa. Oto kilka kluczowych momentów na drodze Szwajcarek do równouprawnienia, która nadal trwa.

W 1990 roku wszystkie kantony (jako ostatni Appenzell Ausserrhoden) wprowadziły czynne i bierne prawo wyborcze kobiet. Wcześniej, w 1988 roku, weszło w życie nowe prawo rodzinne, w którym usunięto zapis o tym, że mężczyzna jest głową rodziny, a kobieta ma prowadzić dom. Do tej pory w szwajcarskich rodzinach to mężczyzna mógł decydować o tym, czy jego żona podejmie pracę, czy będzie zajmować się tylko domem. W 1981 roku równouprawnienie kobiet i mężczyzn zostało zapisane w konstytucji, choć ustawy je faktycznie gwarantujące weszły w życie dopiero 15 lat później. Dopiero ustawa z 1996 roku o równouprawnieniu kobiet i mężczyzn mówiła o usunięciu strukturalnych nierówności dotykających kobiety w życiu zawodowym, w tym niższych płac, dyskryminacji w procesie rekrutacyjnym i na drodze awansu i molestowania seksualnego w miejscu pracy. 

Rok 2000 przyniósł zmiany w prawie rozwodowym, a od 2004 roku przemoc w związku i małżeństwie jest uznana za czyn karalny. Od 2012 roku wprowadzono wyjątek dopuszczający aborcję do końca 12 tygodnia ciąży. Przerwanie ciąży po 12 tygodniu jest możliwe w przypadku zagrożenia zdrowia lub uszkodzenia płodu. Po podjęciu decyzji o przerwaniu ciąży nie wymaga się konsultacji psychologicznej, opinii lekarza lub czasu do namysłu. Antykoncepcja awaryjna jest dostępna bez recepty od 2001 roku. 

Urlop macierzyński w Szwajcarii trwa 14 tygodni i wprowadzono go dopiero w 2005 roku. Możliwość sądowego nakazania opuszczenia wspólnego mieszkania osobie dopuszczającej się przemocy weszła w życie w 2006 roku. W tym samym czasie zaczęło obowiązywać prawo gwarantujące jednorazowe lub okresowe dodatki pieniężne częściowo wyrównujące obciążenie finansowe związane z wychowaniem jednego lub więcej dzieci. 

Od 2012 roku obrzezanie kobiet ma w Szwajcarii kwalifikację czynu karalnego. Pary biorące ślub w Szwajcarii mogą od 2013 roku zachować nazwisko rodowe lub łączone, kobieta nie jest już zmuszona do przyjęcia nazwiska po mężu. Szwajcaria ratyfikowała wszystkie istotne konwencje międzynarodowe i zobowiązała się do zapobiegania dyskryminacji ze względu na płeć, podpisując w 1997 roku Konwencję o prawach politycznych kobiet ONZ. W 2017 roku Szwajcaria ratyfikowała konwencję stambulską o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. 

Helwecja wzywa 

Widzimy więc, że rosnąca rola kobiet w życiu politycznym znajduje przełożenie na zmiany prawne, a te gwarantują realną poprawę w życiu kobiet. W odniesieniu do przyszłości potwierdza to Flavia Kleiner, jedna z inicjatorek ruchu Helvetia ruft (Helwecja wzywa), który promuje ponadpartyjne zaangażowanie kobiet w życie polityczne. Jej zdaniem, kobiety w polityce prezentują inne punkty ciężkości – częściej niż w przypadku polityków interesuje je ekologia i zrównoważony rozwój, równość płci oraz przeciwdziałanie przemocy i dyskryminacji. 

Tymczasem analiza szczebli szwajcarskiej polityki federacyjnej, kantonalnej i komunalnej od 1848 (rok uchwalenia Konstytucji Federalnej) pokazała, że w tym czasie na 2733 wybranych polityków przypadło tylko 246 polityczek. Helwecja, alegoryczna postać symbolizująca jedność narodową Szwajcarii, tradycyjnie przedstawiana w todze z włócznią i w diademie, na współczesnym plakacie wskazuje palcem wzywając kobiety do kandydowania w wyborach niezależnie od poglądów politycznych. Aktywistki z ruchu Helvetia ruft proponowały wszystkim kandydatkom wsparcie w postaci programu z udziałem mentorek i ponadto zaangażowała się w rozmowy promujące kobiety ze wszystkimi partiami, co okazało się bardzo skuteczne.  

Jak pokazała analiza dziennika Neue Zürcher Zeitung (NZZ), podczas ostatnich wyborów do parlamentu siedem partii szwajcarskich zwiększyło udział kobiet na swoich listach. Tym samym udział kobiet wzrósł z 36% do 42% w porównaniu z 2015 rokiem. Kobiety zajęły 46% miejsc na szczytach list wyborczych. Przed czterema laty udział ten wynosił jedynie 33%. Ta różnica w dużej części zaistniała dzięki zmianom na listach partii konserwatywnych i prawicowych – Szwajcarska Partia Ludowa, znana także jako Demokratyczna Unia Centrum (SVP) oraz Radykalno-Demokratyczna Partia Szwajcarii (FDP), które w porównaniu partią Zielonych i Socjaldemokratyczną Partią Szwajcarii musiały nadrobić zaległości. 

stat-frauen-anteil-d

Udział kobiet w szwajcarskiej Radzie Narodowej i Radzie Kantonów w latach 1975-2019 (bez ostatnich wyborów). Źródło: parlament.ch

W Szwajcarii wiele kobiet dopasowuje się do roli, która jest im kulturowo przypisywana i która ma kluczowe znaczenie w utrzymaniu dotychczasowego porządku. Widać to szczególnie w połączeniu kobiecości i opiekuńczości. Kobiety za darmo, z miłości, troszczą się o dzieci, chorych i starszych, inaczej opieka poważnie uszczupliłaby produkt krajowy brutto. Bo nieodpłatna praca kobiet przynosi gospodarce wymierne korzyści. Zgodnie z danymi Szwajcarskiego Urzędu Statystycznego obecnie 79% Szwajcarek jest czynnych zawodowo, wykonując jednocześnie większość prac domowych i opiekuńczych. Aż 60% kobiet pracuje na część etatu, otrzymując często wynagrodzenie niewystarczające do samodzielnej egzystencji. Przez to wiele kobiet (8,1%) żyje poniżej granicy ubóstwa, a 15,5% kobiet zagrożonych jest ubóstwem. W przypadku mężczyzn jest to odpowiednio 6,1% i 13,8%. Niższe zarobki kobiet to też niższe emerytury w przyszłości.

Osiem miliardów godzin

Kobiety obciążone są podwójnie – pracą zawodową i domową (przygotowywanie posiłków, wychowanie dzieci, sprzątanie, pranie, prasowanie etc.). W ciągu roku wykonują 8,7 miliarda godzin nieodpłatnej pracy opiekuńczej i domowej. Szwajcarskie rodziny po urodzeniu się dziecka lub dzieci pielęgnują tradycyjny model: mężczyzna pracuje i utrzymuje rodzinę, kobieta pracuje w domu i dorabia na część etatu. Sprzyja temu realna różnica w wysokości zarobków (w zależności od wyliczeń kobiety zarabiają w Szwajcarii od 18% do 8% mniej niż mężczyźni) oraz fakt, że Szwajcaria jest krajem o najkrótszym urlopie macierzyńskim w Europie, a mężczyznom jeszcze niedawno przysługiwał tylko jeden dzień wolnego z okazji urodzenia dziecka. Również miejsca w żłobkach i przedszkolach są pomimo ulg bardzo drogie. Widoczne są podwójne standardy – podczas gdy przejście na część etatu po urodzeniu się dziecka jest w przypadku kobiety oczekiwane, mężczyźni nadal nie spotykają się z akceptacją pracodawcy w związku z decyzją o redukcji etatu.

Przed wyborami parlamentarnymi w październiku 2019 lansowane były projekty ustaw dotyczących równouprawnienia kobiet i mężczyzn, co do zarobków, urlopów rodzicielskich, przemocy, redukcji czasu pracy, pracy opiekuńczej i opieki nad dziećmi. Dwa tematy zyskały najwięcej zainteresowania: 38 tygodni urlopu rodzicielskiego i obniżenie tygodnia pracy do 35 godzin. Komentarze medialne nie pozostawiają złudzeń – żaden z tych projektów nie zostanie powitany z radością ani przez politykę, ani przez przedsiębiorców. Mnożą się wątpliwości wobec planów podniesienia urlopu wychowawczego z 14 do 38 tygodni, co może bez dodatkowych instrumentów gwarantujących faktycznie rozdzielenie tego czasu pomiędzy obojgiem rodziców, spowodować wycofanie kobiet z rynku pracy. Powodem tego jest tradycyjny podział ról w szwajcarskich rodzinach, według którego to matki rezygnują z pracy, podczas gdy ojcowie podejmują się pracy w pełnym wymiarze godzin, by utrzymać rodzinę.

Ostatecznie Rada Narodowa i Rada Kantonów we wrześniu przegłosowały dwutygodniowy urlop ojcowski dla Szwajcarów. Koszt tego rozwiązania będzie finansowany po połowie ze strony pracowników oraz pracodawcy i będzie wynosił 0,06% wynagrodzenia. Rozwiązanie to jest krytykowane przez organizacje skupiające mężczyzn i ojców, które żądają dłuższych urlopów rodzicielskich wnoszących więcej do zrównoważenia życia rodzinnego i zawodowego. Urlop ten, według nowych obywatelskich inicjatyw ustawodawczych, trwałby przykładowo 30 tygodni i byłby dzielony po równo pomiędzy oboje rodziców.

topelement-11

Prawnie zagwarantowane dwa tygodnie urlopu ojcowskiego szwajcarski parlament przegłosował dopiero we wrześniu 2019 roku Fot. Keystone

Co z tą równością?

Wynik wyborów nastraja optymistycznie i daje nadzieję na poprawę sytuacji kobiet w szwajcarskim społeczeństwie. Jednak powolność zmian, która charakteryzuje demokrację bezpośrednią, powściągliwe zaangażowanie państwa w politykę rodzinną, równościową i antyprzemocową oraz brak parytetów nie pozostawia złudzeń – rewolucji nie będzie. Polityka małych kroków zapowiada konieczność wieloletniego podtrzymywania postulatów równościowych oraz prawdopodobieństwo nowej mobilizacji i ponowny strajk. Z drugiej strony wprowadzony po czerwcowych demonstracjach urlop ojcowski pokazuje, że protesty społeczne są skuteczne. Jakkolwiek trudno oczekiwać spektakularnej zmiany z dnia na dzień –  Szwajcarki są tego świadome i zapowiadają dalsze długofalowe działania, a ich upór wzmacniają kolektywne doświadczenia nierówności płci.

Mówiła o tym socjolożka Franziska Schutzbach zajmująca się tematem płci w ujęciu kulturowym. Przy okazji obchodów Dnia Kobiet w 2018 roku wyraziła ona przekonanie, że debata #MeToo postawiła równouprawnienie pod znakiem zapytania. Urodzona w 1984 roku Schutzbach wychowała się w przekonaniu, że generacja jej matki wywalczyła ustawowe równouprawnienie dla wszystkich kobiet, nie pozostało nic więcej do zrobienia, wszystko już jest „dobrze”. O tym, że żyła w błędzie, przekonała się, gdy podczas studiów została matką. Według Schutzbach fakt, że u sterów polityki i na wysokich stanowiskach w gospodarce znajduje się coraz więcej kobiet, nie oznacza wymiernej zmiany dla pozostałych kobiet. To mit, że dobrobyt i władza stają się wtedy automatycznie udziałem większości. W rzeczywistości przywileje pozostają udziałem tych, którzy te przywileje już posiedli.

Mit ma się jednak dobrze i karmi następne kobiety złudną nadzieją, że wszystko zależy od nich, muszą się tylko bardziej postarać. Skojarzenia z identyczną sytuacją kobiet w Polsce nasuwają się same.