Szwajcarskie sposoby na świąteczny stres

Grudniowe święta kojarzą się Wam z nerwową atmosferą, pogonią za prezentami, myciem okien i godzinami spędzonymi w kuchni? Przeczytajcie, jak to robią Szwajcarzy.

web_zurich_weihnachten_weihnachtsmaerkte_1600x900

Fot. Zürich Tourismus

Grzaniec dobry na wszystko

Zamiast snuć się po centrach handlowych, lepiej postać na świeżym zimowym powietrzu, rozgrzewając się grzańcem i roztopionym serem z ziemniakami. Początek adwentu to w Szwajcarii start sezonu na świąteczne jarmarki (większość otwiera się już pod koniec listopada). W całym kraju jest ich ponad czterysta, właściwie każde miasto i miasteczko ma swoją bożonarodzeniową wioskę, a do najpiękniejszych i najliczniej odwiedzanych zalicza się m.in. jarmarki w Einsiedeln (trwa tylko tydzień), Montreux, St. Gallen czy w Zurychu na placu pod operą (na zdjęciu powyżej).

Co można robić na jarmarku? Pić grzane wino albo ciepły poncz, jeść chleb czosnkowy, raclette lub ciasto z jabłkami, kupić mniej lub bardziej przaśne rękodzieło, a przede wszystkim spotkać się ze znajomymi i wdychać (dosłownie, zważywszy na różnorodność zapachów) atmosferę świąt. Przyznam, że jeszcze do niedawna jarmarki uwielbiałam, ale ostatnio jakoś mi zbrzydły. Wino za słodkie, ludzi za dużo, dekoracje nieznośnie kiczowate.. Tak, w tym roku jestem wyjątkowym Grinchem.

Znacznie bardziej podobają mi się za to Fonduestube, czyli budowane specjalnie na okoliczność świąt drewniane chatki w stylu alpejskim, gdzie można usiąść i w cieple zjeść fondue i inne zimowe kulinarne specjały. Jeśli ktoś lubi rustykalne klimaty rodem z krainy Heidi, grzanie pupy na owczych kożuchach przy nakrytych obrusem w kratkę stołach, a przede wszystkim zapach sera z kirschem, szwajcarskie Fonduestube to idealne miejsce na zrelaksowanie się przed świętami. Zwłaszcza te w miastach są oblegane, więc miejsce warto zarezerwować wcześniej.

Czekoladki i gotówka 

Rzecz dzieje się cztery lata temu. To moja pierwsza zima w Szwajcarii i świąteczne spotkanie z rodziną męża. Polskim zwyczajem nerwowo buszuję w poszukiwaniu idealnych prezentów, żeby zrobić jak najlepsze wrażenie na przyszłej teściowej. Mąż kompletnie nie rozumie mojego przejęcia. – Co dla mamy? Czekoladki, jak co roku.

Takie podejście do prezentów potwierdzają ogólnokrajowe statystyki. Trzy czwarte Szwajcarów obdarowuje swoich bliskich słodyczami lub innymi produktami spożywczymi. Czekoladki i wino to żelazny zestaw prezentowy, który – w co mocno wierzą Szwajcarzy – ma uszczęśliwić każdego. Kolejne miejsca na szwajcarskiej liście życzeń zajmują książki, a także bony podarunkowe oraz – pragmatycznie do bólu – gotówka.

W Szwajcarii nie ma zwyczaju dawania drogich prezentów. Przeciętny Szwajcar wydaje na podarunki mniej niż 300 franków, a zakupy wciąż lubi robić tradycyjnie – raczej w sklepach i centrach handlowych niż przez internet.

slide-4

Fot. santaclaus.ch

Potęga przytulności

Nie wiem jak Wy, ale ja nie widzę w Szwajcarii przed świętami masowego mycia okien. O wiele ważniejsze niż sterylna czystość wydaje się być odpowiednie udekorowanie mieszkania. Szwajcarzy są w tym mistrzami świata. Zaczynają na początku grudnia od stroików adwentowych, a ledwo się człowiek obejrzy, już upstrzone światełkami są okna, balkony i ogródki. Sklepy wnętrzarskie właściwie od listopada przeżywają oblężenie, a katalogi co roku lansują nowe mody – a to czarno-biały minimalizm, a to wręcz odwrotnie – kolory i wzory jak w amazońskiej dżungli, nawet na choinkowych bombkach.

Szwajcarzy lubią urządzać swoje domy przez cały rok, ale święta dają im wyjątkowo duże pole do popisu. Najważniejsza zasada – ma być „gemütlich”, czyli przytulnie i jak najbliższej natury, stąd nawet drewniany kołek z wyciętymi gwiazdkami i miejscem na świeczkę może stać się pożądaną ozdobą świątecznego stołu.

Ponieważ rok w rok święta spędzam w Polsce, nie biorę udziału w szwajcarskim wyścigu zdobień, ale z zaciekawieniem go obserwuję. Nie udało mi się znaleźć informacji, ile Szwajcarzy wydają rocznie na dekoracje świąteczne, ale wiem, że jest opcja wypożyczenia nie tylko choinki, ale i choinkowych ozdób. Tanie używane błyskotki można też kupić w Brockenstube, czyli tutejszych secondhandach ze wszystkim.

 

resized_480x280_orig_fondue_chinoise_1

Fot. Zug Tourismus

Nieważne co, ważne, że z mięsem

Podczas gdy polskiej tradycji przyświeca zasada „zastaw się, a postaw się”, zwłaszcza jeśli chodzi o to, co na stole, Szwajcarzy podchodzą do sprawy znacznie mniej ambicjonalnie. Żadnego wystawania godzinami w kuchni, przygotowywania wymyślnych potraw, zapełniania lodówek i szerzenia terroru pod hasłem „no zjedz jeszcze kawałek”.

Szwajcar po prostu stawia na stole gar gotującego się bulionu i deskę mięsa, które następnie wszyscy w owym garze maczają i zajadają. Nazywa się to fondue chinoise i jest popularną potrawą świąteczną od St. Gallen po Genewę. Do tego wino w dużych ilościach, a na koniec obowiązkowy deser w postaci Weihnachtsguetzli, czyli ciasteczek najlepiej domowego wypieku. Chyba, że jesteśmy we włoskiej części kraju. Tam tradycyjnym zimowym ciastem jest Panettone, czyli babka z rodzynkami i kandyzowanymi owocami.

Tak to wygląda w dużym uproszczeniu, bo oczywiście w święta w Szwajcarii je się też inne potrawy, w zależności od regionu i rodzinnych tradycji. Na przykład w kantonie Aargau na stołach często goszczą paszteciki wypełnione wołowym gulaszem z dodatkiem marchewki i groszku. Do świątecznych klasyków należy też pieczeń z ziemniakami i brązowym sosem. Ogólnie szwajcarskie potrawy – w tym te uroczyste – to nie jest kuchnia najwyższych lotów, a jej podstawą jest mięso. Bez niego świąt nie wyobraża sobie aż ponad 60 procent Szwajcarów.

Święta pod palmami 

Na narty albo do ciepłych krajów. Co piąty Szwajcar, chcąc uniknąć stresu i niepewnej pogody, w czasie świąt po prostu wyjeżdża. W tym roku najpopularniejszym kierunkiem jest Tajlandia, bo tanio, można wylegiwać się na plaży i smacznie zjeść. Wśród innych często wybieranych na zimowe wyjazdy miejsc znajdują się też duże miasta, m.in. Nowy Jork, Londyn czy Wiedeń.

Ci, którzy święta chcą spędzić aktywnie, robią w tym czasie wypady na narciarskie stoki w szwajcarskich albo austriackich Alpach, choć deficyt śniegu w ostatnich latach krzyżuje pewnie plany wielu fanom białego szaleństwa.

Na koniec chyba najważniejsze. Zdecydowana większość Szwajcarów, pytanych o to, co robią w święta, odpowiada, że po prostu cieszy się spokojem. I tego właśnie sobie i Wam w najbliższych dniach gorąco życzę.

karibisches-Weihnachten

Szwajcarski dwugłos #1 Hip hop czy jodłowanie

DIGI5x7templateHORIZ

„Szwajcarski dwugłos” to seria pytań i odpowiedzi, w której autorzy blogów I’m Not Swiss – Agnieszka Kamińska i Swiss Tales – Lambert Król wypowiadają się na różne tematy związane ze szwajcarską rzeczywistością. Na początek pięć trudnych wyborów.

Poniżej przeczytacie moje odpowiedzi na pytania, a jeśli jesteście ciekawi, co myśli Lambert, zapraszam na jego bloga (link na końcu tekstu). Kolejny odcinek serii już wkrótce.

Szwajcarska muzyka: jodłowanie czy hip hop?

Odkąd odkryłam radio SRF Virus, niemal codziennie pracuję przy dźwiękach szwajcarskiej muzyki i to nie tej najbardziej popularnej. Na początku rapowe i hip hopowe numery wykonywane w dialekcie (zwłaszcza tym z Berna) były dla mnie bełkotem i w najlepszym wypadku powodowały niekontrolowane ataki śmiechu. Im cześciej jednak ich słuchałam, tym bardziej zaczęłam się przekonywać do ich specyfiki. To ciekawy sposób na zapoznanie się z różnymi odsłonami języka mówionego. Zainteresowanym polecam m.in. Gleis Zwei z Zurychu, Sektion Kuchikäschtli z Gryzonii, Greis z Lozanny czy młodego i bardziej popowego NEMO z Berna. Poza oczywiście najbardziej znanym i lubianym Bliggiem. Co zaś do jodłowania.. Od dawna odgrażam się mężowi, że zapiszę się do Jodelklub i zostanę prawdopodobnie pierwszą jodłującą Polką w historii Szwajcarii ;) Kiedyś dotrzymam słowa.

Szwajcarska kuchnia: fondue czy raclette?

Któregoś razu odwiedzili nas przyjaciele z Polski i w planach obowiązkowo było fondue. Polacy postanowili jednak urozmaicić tradycyjną (!) szwajcarską (!) potrawę, maczając w serze oprócz chleba także – o zgrozo! – ziemniaki, paprykę, kalafior i inne wynalazki. Z przerażeniem obserwowałam coraz bardziej blednącą twarz mojego męża. Na koniec wyżerki goście zgodnie stwierdzili, że z chlebem jednak smakuje najlepiej. Triumf w oczach Szwajcara – bezcenny. Choć lubię fondue, jestem w stanie jeść je góra raz, dwa razy do roku (popite dużą ilością wina) i zazwyczaj po kilku chlebkach mam dosyć. Raclette, z racji tego, że jest to danie bardziej urozmaicone (ziemniaki, ogóreczki i inne piklowane warzywa) bardziej odpowiada moim smakom.

Niemiecki: wysoki czy szwajcarski?

Zdecydowanie niemiecki. Kiedy przyjechałam do Szwajcarii, musiałam nauczyć się języka od zera, co kosztowało mnie dużo czasu, energii i pieniędzy. Pewnie dlatego teraz tak cenię sobie jego znajomość i nie za bardzo chciałabym deformować wymowy dialektowymi łamańcami. Zresztą bawią mnie przyjezdni pocący się nad tymi wszystkimi „üüä”, „tschtsch”, „chäsch”, „üet”, „isch”, „hää”.. Hure Schiissdräck! Tylko przekleństwa wydają mi się godne uwagi ;) W Szwajcarii przecież wystarczy tylko rozumieć język mówiony, aby z powodzeniem funkcjonować zarówno w pracy ze Szwajcarami, jaki i sytuacjach prywatnych. Wcale nie trzeba się silić na udawanie Heidi. Choć dialekty są dla mnie fascynujące, często zabawne, czasem absurdalne (np. moje ulubione słowo „bö”, które oznacza „nie wiem” – koniecznie wypowiadane ze wzruszeniem ramionami), to pozostaną raczej lokalnym folklorem, niż językową ambicją.

Szwajcarskie miasta: Zurych czy Bazylea?

Zurych, Zurych, Zurych. Kompaktowy, ale z wielkomiejską atmosferą. Bogaty, ale miejscami brudnawy i alternatywny. Z tradycjami, ale wielokulturowy i nowoczesny. Choć to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, to odkryłam swoje miejsca i teraz zawsze chętnie tam bywam. Jezioro jest oczywiście centrum wszelakich aktywności, jednak ja znacznie bardziej wolę np. okolice Hardbrücke i ich pofabryczny klimat czy Langstrasse, gdzie w azjatyckich budach krawaciarze siedzą obok bezdomnych. Kiedyś marzyłam o tym, żeby zamieszkać w Zurychu. Teraz mi przeszło i doceniam moje skromniejsze, ale też bardzo ciekawe Winterthur. W Bazylei byłam póki co raz, więc nie zdążyłyśmy jeszcze zbudować silniejszej relacji.

Szwajcarski sport: Federer czy Amann?

Roger Federer – niekwestionowany król Szwajcarii i moja platoniczna miłość. Na koncie 20 wygranych Grand Slamów, 8 Wimbledonów, 6 Australian Open i 5 US Open. W wieku 37 lat, po dwudziestu latach kariery, wciąż numer 3 w światowym tenisie. Choć wiem, że to w dużej mierze jego medialny wizerunek, to pomijając jego wielkość, Federer wydaje się po prostu sympatycznym gościem. Świadczy o tym choćby fakt, że co roku na zakończenie turnieju tenisowego w Bazylei (tam Federer zaczynał jako ball boy) funduje pizzę łapaczom piłek i spędza z nimi czas. Chociaż nie gram w tenisa ani zbyt dobrze się na nim nie znam, to mecze Rogera oglądam z ciekawością. Chciałabym go kiedyś poznać! Przy okazji polecam Wam film dokumentalny „Strokes of Genius” o rywalizacji Federera z Rafaelem Nadalem.

Odpowiedzi Lamberta przeczytacie tutaj:

http://swisstales.pl/szwajcarski-dwuglos-1-hip-hop-czy-jodlowanie/