Trzy filary – szwajcarski system emerytalny w pigułce

Senioren-Wandern_Schweiz_Fotolia_137994184-835x470

Aktywni seniorzy to częsty widok w Szwajcarii. Fot. fotolia.com

Każdemu, kto pracował w Szwajcarii i odprowadzał składki na ubezpieczenie społeczne przysługuje szwajcarska emerytura. Tutejszy system trzech filarów jest uznawany za jeden z najbardziej wiarygodnych i bezpiecznych na świecie. Choć może się wydawać nieco skomplikowany, to warto dobrze go zrozumieć, aby poznać swoje prawa i różne opcje planowania emerytury. Ten przewodnik powstał po to, aby przybliżyć Wam specyfikę trzech filarów. Tekst stworzyłam we współpracy z firmą doradczą Swissential, z siedzibą w Nyon, regulowaną przez FINMA – szwajcarski nadzór finansowy. Dowiecie się z niego nie tylko, jak zaplanować swoją finansową przyszłość, ale także, jak już teraz wykorzystać możliwości systemu, aby np. obniżyć podatek oraz jak ubiegać się o pieniądze ze składek po opuszczeniu Szwajcarii. Czytelnicy bloga I’m not Swiss mogą również skontaktować się z doradcą firmy Swissential (kontakt na końcu artykułu), aby otrzymać bezpłatną poradę finansową w języku polskim.

Pierwszy filar – podstawowy poziom życia na emeryturze

Pierwszy filar to państwowy plan emerytalny o nazwie AHV (niem)/AVS (fr). Innymi słowy, jest to rządowy system redystrybucji, który obejmuje dodatkowo ubezpieczenie na wypadek inwalidztwa i ubezpieczenie od bezrobocia. Składka, jaką wpłacamy do pierwszego filaru, to 10,25% naszej pensji, z czego 50% jest płacone przez pracodawcę, a 50% jest odciągane z pensji pracownika.

Jeśli ktoś odprowadzał składki od 20. roku życia do osiągnięcia wieku emerytalnego, to maksymalna emerytura, na jaką może liczyć z pierwszego filaru wynosi 2370 CHF miesięcznie (na osobę) lub 3555 CHF miesięcznie (dla małżeństwa). W Szwajcarii związek małżeński oznacza ograniczenia podatkowe i emerytalne, ale w sytuacji wypadku lub śmierci partnera/partnerki, można liczyć na wsparcie w postaci przejęcia części emerytury i pieniędzy z ubezpieczenia na życie, wbudowanego w szwajcarski system trzech filarów. 

Przydatne porady:

Drugi filar – dodatek do pierwszego filaru

Drugi filar, czyli BVG/LPP, to pracowniczy plan emerytalny, ubezpieczenie wypadkowe i ubezpieczenie na życie. Drugi filar jest obowiązkowy dla wszystkich pracowników od 25. roku życia, a składka w zależności od wieku pracownika wynosi minimum 7%, 10%, 15% i 18%. Pracownicy, którzy zarabiają więcej niż 21 339 CHF rocznie, są automatycznie objęci pracowniczym funduszem emerytalnym. Osoby, które pracują na własny rachunek mogą opłacać składki dobrowolnie, wykorzystując trzeci filar w podobny sposób jak drugi. W połączeniu ze składkami z pierwszego filaru możemy spodziewać się, że do momentu przejścia na emeryturę wypracujemy 60% wartości naszej ostatniej pensji. Dodatkowo można wykorzystać swój drugi filar jako depozyt na zakup nieruchomości, budżet na otworzenie własnej firmy lub na dodatkową edukację.

Drugi filar może być naszym pierwszym i najważniejszym źródłem dochodu na emeryturze. Wszyscy wiemy, ile mamy pieniędzy w banku, ale wielu z nas nie wie, że może na bieżąco śledzić informacje znajdujące się na podsumowaniu drugiego filaru. Te informacje otrzymujemy raz do roku (w lutym) od pracodawcy lub mamy do nich dostęp za pośrednictwem portalu powiązanego z naszym drugim filarem.

3Pillar System PL- OK.001

Przydatne porady:

  • Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mogą uzyskać dostęp do całości pieniędzy zebranych w drugim filarze już w wieku 58 lat.
  • Jeśli opuszczasz Szwajcarię, możesz poprosić o wypłacenie części swoich oszczędności z drugiego filaru w formie jednorazowej transzy.
  • Jeśli opuszczasz Szwajcarię i wyjeżdżasz poza Europę możesz poprosić o wypłacenie całości swoich oszczędności z drugiego filaru w formie jednorazowej transzy.
  • W zależności od kantonu przy wypłacie zapłacimy różnej wysokości stawkę podatkową. Można znacząco obniżyć ten podatek, jeśli zaplanuje się wyjazd z wyprzedzeniem i przeniesie pieniądze do innego kantonu.
  • Dodatkowym sposobem na obniżenie podatku jest włożenie swoich oszczędności do drugiego filaru (tzw. buy back), co zwiększa naszą emeryturę. Kwota, którą możemy wpłacić zależy od czasu pracy w Szwajcarii i zarobków.
  • Pamiętaj, że kiedy wyjeżdżasz ze Szwajcarii, musisz samodzielnie ubiegać się o wypłatę z tak zwanego vested benefit account, do którego są przenoszone składki osób opuszczających Szwajcarii. W tej chwili nieodebrana kwota na tych kontach w całym kraju wynosi 5 mld CHF.

Trzeci filar – prywatna emerytura

Trzeci filar to prywatna, indywidualna opcja, która składa się z dwóch części (A i B). Wykorzystuje się go do zbudowania dodatkowego kapitału, aby w momencie przejścia na emeryturę zabezpieczyć się przed znacznym spadkiem dochodów. Trzeci filar zazwyczaj przyjmuje formę konta oszczędnościowego na emeryturę i często oznacza też dodatkowe korzyści podatkowe. Maksimum, jakie można wpłacić na trzeci filar A i odliczyć od podstawy podatku to 6826 CHF rocznie. Zwrot podatku z części B zależy od prawa kantonalnego.

Przydatne porady:

  • Korzystanie z kont bankowych dla trzeciego filaru części A jest przydatnym rozwiązaniem dla osób, które planują zostać w Szwajcarii przez 12 do 24 miesięcy. Przy dłuższych pobytach warto rozważyć rozwiązania, które oferują wyższy zwrot z inwestycji, zabezpieczenie kapitału, jak również ubezpieczenie na życie.  
  • Trzeci filar może zostać wykorzystany do spłacenia kredytu na mieszkanie. 
  • Osoby mieszkajace w kanonie Genewa lub Fryburg mogą uzyskać dodatkowe ulgi podatkowe z trzeciego filaru B.
  • Jeśli planujesz w przyszłości opuścić Szwajcarię, trzeci filar to jedyna część systemu, którą można kontunuować jako formę prywatnego konta emerytalnego. 

Kontakt z doradcą:

Krzysztof Cieślik, specjalista firmy Swissential ds. szwajcarskiego systemu trzech filarów. Możesz poprosić o bezpłatną konsultację telefoniczną z ekspertem, wysyłając email na adres ccieslik@swissential.com. 

https://swissential.com

https://www.facebook.com/swiss3pillarsystem

Ja kontra Szwajcaria – 1:0

86173405-300B-4434-A563-4B807200E64D

Autorka, Jezioro Lemańskie i pies Leo. Fot. Katarzyna Schiller

Przejrzałam ostatnio treści na blogu i wygląda na to, że mniej więcej raz do roku publikuję tekst o sobie. Zazwyczaj ta potrzeba pojawia się w okolicach kolejnej rocznicy pobytu w Szwajcarii. Tym razem dopadła mnie wcześniej, a wszystko za sprawą pewnej wiadomości od czytelniczki. „Uczę się języka, szukam pracy i opadam z sił. Jak udało ci się zmienić podejście do życia tutaj?”. No właśnie, jak?

W październiku minie pięć lat odkąd jestem w Szwajcarii. Czy mogę już mówić, że wygrałam nierówną walkę z alpejskim potworem? Nie do końca, ale na tej emigracyjnej szali przechylam się coraz mocniej w kierunku zwycięstwa i właśnie teraz, bezwzględnie nadszedł czas na podsumowania oraz.. uchylenie rąbka pewnej tajemnicy. Dzień zwierzeń jest dzisiaj.

Zacznę tam, gdzie ostatnio skończyłam, czyli w mojej firmie. Udało się ją założyć, działa coraz prężniej, przynosi dochody – niewielkie i nieregularne, ale własne – wypracowuje przyszłą emeryturę – z którą chyba będę się musiała wynieść na Filipiny, żeby wyżyć – ale, ale.. nie narzekam, jestem na swoim, to była moja decyzja i jest mi z nią dobrze.

Udało się z Waszą pomocą. Choć blog nigdy nie dał i pewnie nigdy nie da mi ani pół franka, to dzięki niemu zyskałam coś o wiele ważniejszego, a w Szwajcarii może i najważniejszego – kontakty, za którymi idą konkretne propozycje. Wysłanie setki CV może nie mieć takiej siły rażenia, jak poznanie jednej odpowiedniej osoby. Nie chcę uogólniać i odradzać Wam udziału w procesach rekrutacji. Na szwajcarskim rynku z pewnością są branże i stanowiska, o które warto się bić w konwencjonalny sposób. U mnie to nie zagrało. Dlatego już dawno przestałam katować się odmowami i wzięłam sprawy w swoje ręce. 

Spotkania z Wami, te online, te przy kawie, te przy winie, otworzyły mi oczy na wiele obszarów, które dotąd były dla mnie niedostępne. Szwajcarii jest tyle, ile ludzi, którzy próbują zbudować tu swoją własną układankę. A mnie, może dlatego, że od dziecka nie miałam cierpliwości do puzzli, zajmuje to trochę dłużej niż innym. 

Na początku ubiegłego roku, tak jak Ty, Droga Czytelniczko, nie miałam już siły. Chciałam uciec stąd jak najdalej. Najlepiej na drugi koniec świata. I tak zrobiłam. Polecieliśmy z mężem na trzy tygodnie do Nowej Zelandii. Nie tylko na wakacje. W Auckland szukaliśmy pracy. On miał nawet kilka rozmów. Ja słyszałam to, co wszędzie, a ponieważ tam ludzie są znacznie bardziej szczerzy niż w Europie, brzmiało bezlitośnie. We don’t need new people to tell us the same bullshit. Maybe you should try in wine? Dziękuję, w winie już próbowałam. W porównaniu z tym, jakie wymagania stawia przyjezdnym NZ, to Szwajcaria prowadzi politykę otwartych granic. Gdyby nie to, że nie udało nam się przejść z sukcesem procedur wizowych, pewnie dzisiaj ten blog już by nie istniał. A może tylko zmieniłby nazwę.

Marzenia o Antypodach rozpłynęły jak śnieg w marcu na lotnisku w Zurychu, kiedy wróciłam i uświadomiłam sobie, że próba ucieczki się nie udała. Zostaję w Szwajcarii. Na długo, może nawet „na zawsze”. Kochana, żarty się skończyły, teraz trzeba sobie to wszystko tutaj jakoś ułożyć, żeby nie zwariować. To chyba wtedy, kiedy zatrzasnęło się wyjście bezpieczeństwa, nastąpiła „zmiana podejścia do życia w Szwajcarii”. I rzeczy nagle zaczęły się układać.

Moja firma, o oryginalnej nazwie Sprachbüro Kaminska, właśnie kończy pół roku. Zajmuję się przede wszystkim tłumaczeniami ustnymi z języka niemieckiego na polski. Towarzyszę ludziom podczas spotkań w urzędach, wszędzie tam, gdzie trzeba się porozumieć w lokalnym języku. Tłumaczę konsekutywnie szkolenia dla branży budowlanej, co jest męczące, wymagało dużych przygotowań i na początku było dla mnie źródłem sporego stresu, bo nie dość, że to wyłącznie męski świat, to moi klienci swoją wiedzą i doświadczeniem biją mnie na głowę. Na szczęście starają się nie dać mi tego odczuć. Mała prywata – szepnijcie słówko znajomym, że jeśli potrzebują tłumaczki, to jestem do dyspozycji.

Co poza tym? Uczę polskiego, co pozwala mi nie tylko lepiej poznać język niemiecki, ale i zmusza do zgłębiania gramatycznych zawiłości mowy matczynej (jak to dobrze, że w szkole zawsze miałam świetne polonistki!). Od pewnego czasu współpracuję też z miastem Winterthur  – staramy się przybliżyć Szwajcarom i mieszkającym tu obcokrajowcom polską kulturę. Były warsztaty polskiej kuchni, które przyciągnęły dużo zainteresowanych – ponoć o lepieniu klusek krążą teraz w mieście legendy! Język polski zagościł już dwukrotnie w Bistro International podczas wymiany językowej, która odbywa się co miesiąc w centrum kultury Alte Kaserne.

Chcę, żeby Szwajcarzy poznali Polskę, a jednocześnie robię wszystko, by i Szwajcaria dała się trochę oswoić Polakom w Polsce i przestała się kojarzyć tylko z pieniędzmi, nudą, czekoladą i kurortami narciarskimi. Tematy społeczne kręcą mnie – dziennikarkę i socjolożkę – bardziej niż produkowanie kolejnych cykli „miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić w Szwajcarii”. To znajdziecie i bez mojej pomocy.

Dla tych, którzy dopiero mnie poznają: linki do publikacji i występów gościnnych w polskich mediach możecie przejrzeć w zakładce O MNIE.

Przez cztery poprzednie lata spędzone w Szwajcarii głównie narzekałam. Na urzędników, nieprzyjaznych ludzi, trudny język, dialekty, na to, że nie mogę znaleźć pracy i wszystko jest tu takie trudne. Sięgnijcie do moich poprzednich tekstów, znajdziecie tego mnóstwo. Tym razem postanowiłam, że będę się chwalić. Bo akurat jest czym.

Był koniec lutego, poranek po nieprzespanej nocy oscarowej (galę oglądam co roku, odkąd pamiętam). Na wpół otwartymi ze zmęczenia oczami przeczytałam wiadomość, która wpadła mi do skrzynki mailowej. Przeczytałam ją kilka razy, a potem jeszcze – dla potwierdzenia, że na pewno to mi się nie śni – wysłałam do paru znajomych. To była wiadomość od redakcji jednego z polskich wydawnictw. Wiadomość z propozycją. Z propozycją napisania książki. Książki o Szwajcarii. Pierwszej w Polsce książki o Szwajcarii w kategorii literatura faktu. Książki, której autorką mam być ja. Autorką. Książki. O Szwajcarii. Ja!

Początkowy szok i niedowierzanie zajęła najpierw panika, potem stres, a następnie mobilizacja. Teraz, kiedy umowa podpisana, a książka nabiera kształtów, mogę się ujawnić i jednocześnie wytłumaczyć z rzadszych ostatnio publikacji na blogu. Musicie uzbroić się w cierpliwość. Wszystko, co najciekawsze o Szwajcarii, przeczytacie w papierze. Już w przyszłym roku. No i uwaga, to będzie też Wasza książka, więc od teraz miejcie się na baczności. Wszystko co powiecie o Szwajcarii, może być użyte.. jako moja inspiracja.

Tymczasem mecz ze Szwajcarią trwa.

Wygrywam 1:0.

Ale to dopiero pierwsza połowa…

Szwajcarski dwugłos #3: Czy Szwajcaria jest kobietą?

DIGI5x7templateHORIZ

Dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Kobiet. Z tej okazji postanowiłam wejść w rolę adwokatki diabła i odpowiedzieć twierdząco na postawione w tytule pytanie. Szybko przekonałam się, że wyszukanie argumentów na potwierdzenie tezy, że Szwajcaria jest kobietą to zadanie karkołomne, a im głębiej wchodzę w ten społeczny las, tym więcej widzę drzew, wyrastających na glebie helweckiego patriarchatu (ja to napisałam?). Jednak dwugłos musi być, więc biorę tego byka (czemu nie tę krowę?) za rogi i udowodnię Wam (oraz sobie), że Szwajcaria – wbrew wszelkim moim doświadczeniom i obserwacjom – jednak JEST kobietą.

Zacznijmy od podstaw. Die Schweiz, la Suisse, la Svizzera, la Svizra. W każdym z czterech oficjalnych języków kraju Szwajcaria jest kobietą. Nawet po polsku i po rosyjsku. Po czesku nie. Švýcarsko.

Na koniec 2017 roku Szwajcarię zamieszkiwało 4 miliony 277 tysięcy 696 kobiet. To dokładnie o 71 tysięcy 262 więcej niż mężczyzn. Patrząc na rzecz statystycznie, Szwajcaria jest kobietą. Wśród najbardziej sfeminizowanych kantonów znajdują się Berno, Vaud, Genewa i włoskie Ticino. Przewaga liczebna wynika między innymi z tego, że kobiety częściej dożywają późnej starości. Przewidywana długość ich życia to ponad 85 lat w porównaniu z 81 lat w przypadku mężczyzn. Kobiety w Szwajcarii są też z reguły lepiej wykształcone niż mężczyźni, przynajmniej jeśli chodzi o szkolnictwo średniego stopnia. Szwajcaria jest kobietą – starą bernenką bez magistra.

Więcej statystycznych przewag kobiet nad mężczyznami w Szwajcarii nie znalazłam. Właściwie na tym ten wpis mógłby się zakończyć. Ale ja wciąż, desperacko chcę Wam udowodnić, że Szwajcaria jest kobietą! Od teraz pełna powaga.

Szwajcaria jest kobietą..

… ponieważ pozwala kobietom decydować o własnym ciele, nie mówi, ile i czy w ogóle mają mieć dzieci, nie próbuje przekupić prorozrodczymi programami, ładnie nazwanymi polityką prorodzinną. Szwajcarskie prawo aborcyjne jest jednym z najbardziej liberalnych na świecie. Kobieta ma prawo na żądanie przerwać ciążę do 12 tygodnia, a koszty zabiegu co do zasady pokrywa podstawowe obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne. Pigułki „dzień po” są legalne i można je dostać w aptece bez recepty. Środki antykoncepcyjne również są łatwo dostępne i w porównaniu do zarobków tanie (15-30 CHF/mies.). Dziewczynki uczą się o seksualności w szkołach, a w zachodniej Szwajcarii elementy edukacji seksualnej wprowadzane są już w przedszkolach. Z bezdzietności nie robi się wielkiego halo. W Szwajcarii mniej więcej co piąta kobieta pod koniec swojego wieku reprodukcyjnego, z różnych powodów, nie ma potomstwa. Pomaga się kobietom, które dzieci mieć nie mogą, ale ich chcą, a te, które mogą, a nie chcą, po prostu zostawia się w spokoju.

Szwajcaria jest kobietą..

… ponieważ pozwala kobietom sypiać z kim chcą. Od 2007 roku związki partnerskie osób jednej płci są w Szwajcarii właściwie zrównane w prawach z małżeństwami. Różnice dotyczą możliwości adopcji dziecka i korzystania z zabiegów in vitro. Ostatnio szwajcarski parlament dał zielone światło do zmiany przepisów regulujących również te kwestie. Być może całkiem niedługo Szwajcaria, podobnie jak wcześniej Niemcy, Austria i wiele innych krajów w Europie, pozwoli na zawieranie małżeństw osobom tej samej płci. Ankieta społeczna z 2016 roku pokazała, że 7 na 10 mieszkańców Szwajcarii jest za takim rozwiązaniem.

Szwajcaria jest kobietą..

… ponieważ nie piętnuje matek, które chcą zostać z dziećmi w domu. Możemy narzekać na to, że kobiety w Szwajcarii nie mogą mieć wszystkiego. Że jak pojawia się dziecko, to są wypychane z rynku pracy i na siłę zamykane w złotych klatkach domowych obowiązków. Że praca na 20 czy 40 procent nie starcza nawet na żłobek. Że zostaje im status Hausfrau w papierach, robienie zakupów o godz.10 w Coopie i popołudniowe kawki z podobnymi sobie ofiarami helweckiego patriarchatu. To wszystko prawda. Bycie matką na pełen etat to nie jest zadanie dla każdego, ale są kobiety, które po prostu tego chcą. Są też takie, którym praca dwa razy w tygodniu zupełnie do szczęścia wystarczy. One chcą być przede wszystkim matkami. Gdzie będzie im lepiej niż w Szwajcarii?

Na koniec, aby uleciały z głowy ostatnie wątpliwości, co do tego, że Szwajcaria jednak jest kobietą, argument wagi ciężkiej. 

Szwajcaria jest kobietą..

… ponieważ stała się domem dla nas – migrantek. Polek, Włoszek, Niemek, Brazylijek. Pielęgniarek, lekarek, właścicielek firm, artystek, menedżerek banków, naukowczyń, prawniczek. Matek, niematek, studentek, gospodyń domowych, babć. To my zmieniamy Szwajcarię. Tak, żeby każdego dnia stawała się coraz bardziej.. kobietą.

Wszystkiego dobrego Dziewczyny!

CHCECIE WIEDZIEĆ, JAK ODPOWIEDZIAŁ LAMBERT KRÓL Z BLOGA SWISS TALES? Czytajcie tutaj http://swisstales.pl/dwuglos-3-czy-szwajcaria-jest-kobieta/

Kobieta od kultury – rozmowa z Joanną Olczak

Joanna Olczak. Łodzianka, od dziewięciu lat w Szwajcarii. Kobieta od kultury – z wykształcenia teatrolog, w Polsce pracowała jako kierownik literacki w Teatrze Powszechnym w Łodzi, pisała też scenariusze do filmów i seriali telewizyjnych. Pamiętacie serial „Na dobre i na złe”? Historie przypadków medycznych i prywatnych perypetii bohaterów to dzieło Joanny i jej konsultanta, lekarza, a prywatnie męża, Michała.

W Szwajcarii Joanna również zajmuje się kulturą. Działa w Polskim Towarzystwie Winterthur organizując spotkania z polskimi pisarzami, a od niedawna prowadzi też Klub Książki w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu. To miejsce spotkań Polaków zainteresowanych literaturą i nałogowych pochłaniaczy książek, otwarte dla każdego, kto lubi czytać.

Specjalnie dla Was, czytelników i czytelniczek bloga I’m not Swiss, Joanna opowiada o miłości do książek, głodzie dyskusji i o tym, jak żyjąc za granicą możemy pielęgnować kontakt z polską kulturą.

IMG_7872

Na tarasie Hotelu Schatzalp w Davos, gdzie Tomasz Mann,  popijając kawę ze śmietanką, wpadł na pomysł napisania „Czarodziejskiej Góry”. Fot. archiwum prywatne

Co teraz czytasz?

„Listy z Polski” Josepha Rotha. Autor to Żyd pochodzący ze wschodniej Galicji, Austriak z wyboru, w latach 20. XX wieku był dziennikarzem „Frankfurter Zeitung”. Ta książka to zapis jego korespondencji z czasów międzywojnia, w formie krótkich listów. Szalenie ciekawa lektura, która pokazuje ówczesną Polskę oczami obserwatora z zewnatrz. Okazuje się, że nasze problemy, niechęci, kompleksy wcale się tak bardzo od tamtej pory nie zmieniły. Chętnie czytam reportaże historyczne, świadectwa minionego czasu, aby dotrzeć do źródeł zjawisk, które w dzisiejszym świecie są dla mnie trudne do zrozumienia.

Lubię też reportaż podrożniczy. Moją wielką miłością jest Tiziano Terzani, włoski dziennikarz, który wędrował po Azji, a podróż była dla niego nie tylko przemieszczeniem się w sensie geograficznym, ale też doświadczeniem duchowym i intelektualnym. Poza tym uwielbiam kryminały, to moja wielka pasja. Często je sobie dawkuję, żeby przyjemność z czytania mogła trwać dłużej. Staram się też być na bieżąco z polską literaturą.

Organizujesz w Szwajcarii spotkania z polskimi pisarzami. Skąd ten pomysł i kogo już miałaś okazję gościć?

Zapraszanie raz do roku polskiego pisarza do Szwajcarii to już tradycja. Zapoczątkowało ją Towarzystwo Polskie Winterthur, ludzie, którzy do Szwajcarii emigrowali w latach 80. XX i byli szalenie spragnieni polskiej kultury. To było pokolenie, które czytało książki, więc tęsknota za polskim słowem była wtedy bardzo duża. Między innymi z tej tęsknoty narodziła się idea zapraszania polskich twórców do Szwajcarii, a ja po przyjeździe tutaj miałam okazję poznać osoby, które się tym zajmowały.

Kiedy w 2017 roku miał przyjechać do nas Ziemowit Szczerek, okazało się, że brakuje kogoś, kto poprowadziłby spotkanie z nim. Wtedy ówczesny prezes Towarszystwa Jakub Siczek poprosił o to mnie, a ja bardzo chętnie się zgodziłam i tak zostałam do dzisiaj. Obecnie przy organizacji wizyt współpracujemy z Instytutem Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu, który udostępnia nam salę i jest gospodarzem i współorganizatorem spotkań.

Dzięki Towarzystwu Polskiemu Winterhur w Szwajcarii gościł cały przekrój twórców polskiej literatury. Była Olga Tokarczuk, był Andrzej Stasiuk, Jacek Hugo-Bader, Andrzej Sapkowski, Marek Krajewski, Janusz Wiśniewski. Chcemy prezentować autorów, zajmujących się różnymi gatunkami literackimi. W ubiegłym roku w aurze skandalu przyjechał do nas Janusz Rudnicki. Spotkanie było bardzo kameralne, czytaliśmy na głos teksty autora, który okazał się świetnym rozmówcą. To była jedna z fajniejszych wizyt.

Jak wyglądają takie spotkania i kogo możemy się spodziewać w najbliższym czasie?

Staramy się, żeby formuła była dość otwarta, ponieważ w spotkaniach uczestniczą bardzo różni ludzie. Część z nich to stara emigracyjna gwardia, Polacy mieszkający w Szwajcarii od lat, ale przychodzą też młode osoby, które są tutaj od niedawna i chcą poznać innych Polaków o podobnych zainteresowaniach. Ciekawą grupą są natomiast studenci polonistyki z Uniwersytetu w Zurychu. To Szwajcarzy i obcokrajowcy w wieku od 20 do nawet 60 lat, którzy uczą się polskiego i zależy im na kontakcie z językiem i kulturą.

Rozmowę na forum publicznym prowadzimy wspólnie z Małgorzatą Gerber, wykładowczynią polonistyki w Instytucie Slawistyki, a później dyskusja przenosi się w kuluary, gdzie przy polskich albo szwajcarskich przekąskach i kieliszku wina mamy okazję poznać osobiście twórcę, zapytać o interesujące nas kwestie czy poprosić o autograf. W listopadzie ubiegłego roku gościliśmy krytyczkę literacką Justynę Sobolewską, która opowiadała o najnowszej literaturze polskiej. Na to spotkanie przyszło ok. 50 osób, ledwo pomieściliśmy się w sali. Widać, że zainteresowanie jest duże, tym bardziej cieszymy się, że udało się nam pozyskać współfinasowanie tej inicjatywy. Fundusze uruchomił Uniwersytet w Zurychu oraz polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dzięki temu będziemy mogli zapraszać kolejnych ciekawych twórców, być może również z innych dziedzin kultury oraz częściej niż raz do roku.

Tymczasem lista pisarek i pisarzy, których chcielibyśmy gościć jest bardzo długa. Moim wielkim marzeniem jest na przykład to, żeby odwiedził nas Mariusz Szczygieł, jeden z moich ulubionych polskich pisarzy. Najbliższym naszym gościem będzie Magdalena Grzebałkowska, autorka takich książek jak „1945. Wojna i pokój”, „Beksińscy – portret podwójny” czy biografii Krzysztofa Komedy. Spotkanie odbędzie się 8 kwietnia, oczywiście tradycyjnie w gościnnych progach Instytutu Slawistyki.

Niedawno wystartowałaś ze swoją autorską inicjatywą Klubu Książki. Pierwsze spotkanie odbyło się w lutym. Brakowało Ci dyskusji o literaturze?

Od dziecka cierpię na jednostkę chorobową zdiagnozowaną jako chroniczna abibliofobia, czyli strach przed tym, że nie będę miała co czytać. Kiedy wracamy z Polski do Szwajcarii nasze auto zwykle jest wypakowane książkami, co nieustannie rozczarowuje szwajcarskich celników. Literatura zawsze była ważna w moim życiu. Wciąż jestem mocno przywiązana do formy papierowej, kocham trzymać w ręku książkę, czuć zapach papieru. Książka to dla mnie po prostu piękny przedmiot i choć mam czytnik ebooków, to póki co leży sobie nieużywany na półce. W Szwajcarii czułam się nieco osamotniona w mojej miłości do literatury, nie miałam towarzystwa, z którym mogłabym wymieniać się książkami, pomysłami na lektury, rozmowami o tym, co ostatnio przeczytałam. Szukałam pomysłu na to, aby stworzyć grono ludzi, którzy chętnie czytają, dla których to jest ważne i którzy to zwyczajnie lubią.

Do założenia Klubu Książki ośmieliła mnie właśnie wspomniana Justyna Sobolewska, która powiedziała, że dyskusyjne kluby książki, działające np. w bibliotekach, są bardzo powszechne w Polsce i skupiają środowiska ludzi zainteresowanych literaturą. To mnie przekonało, żeby spróbować stworzyć coś podobnego tutaj w Szwajcarii. Udało mi się pozyskać salę od Instytutu Slawistyki, zupełnie bezkosztowo, i w lutym tego roku odbyło się pierwsze spotkanie. Na zachętę zaproponowałam opowiadania Olgi Tokarczuk z jej ostatniej pozycji „Opowiadania bizarne”. Zjawiło się dziesięć kobiet, o różnych preferencjach czytelniczych, ustaliłyśmy ramy naszych spotkań, a co najważniejsze powstał zaczyn klubu, który mam nadzieję będzie działał intensywnie i będzie dla nas comiesięcznym świętem literatury. Liczę na to, że do naszego grona dołączą też czytający mężczyźni.

Jakie książki będą omawiane na kolejnych spotkaniach?

Chciałabym, żeby te spotkania odbywały się na zasadzie klasycznego klubu dyskusyjnego. Wybieramy książkę, jest miesiąc na to, aby ją przeczytać, a następnie zbieramy się i o niej rozmawiamy. Dobrze byłoby z czasem tę formułę wzbogacić, wprowadzając np. rekomendacje książek czy prezentacje swoich ulubionych pisarzy. Chciałabym, żeby każdy uczestnik klubu mógł do niego dołożyć swoją cegiełkę, ale też wyjść poza to, co czyta na co dzień i poznać inne tematy, gatunki literackie i różnych autorów.

Następne spotkanie mamy zaplanowane na 19 marca i będziemy rozmawiać o książce Zyty Rudzkiej „Krótka wymiana ognia”, która została uznana za jedną z najważniejszych powieści minionego roku wydawniczego, a ja uważam ją za jedną z lepszych polskich książek jakie wyszły w ostatnich latach w ogóle. Spotkania będą się odbywały co miesiąc, a lektury będziemy wybierać na bieżąco. Technologia idzie nam na rękę, dostępność książek jest duża, również w formie audiobooków, ebooków, więc każdy ma możliwość dotarcia do konkretnego tytułu.

Moją pierwotną ideą było to, abyśmy czytali polską literaturę. Mieszkamy za granicą, czytamy w różnych językach, po niemiecku, angielsku, ale nie zawsze jesteśmy na bieżąco z tym, co dzieje się w dziedzinie literatury na rodzimym podwórku. Polska literatura przeżywa rozwit, mamy wielu wspaniałych twórców, jak Olga Tokarczuk, która jest autorką światowego formatu, jak Szczepan Twardoch, który porusza trudne tematy i szuka dla nich popularnej formy. Oprócz literatury pięknej powstaje w Polsce świetny reportaż, dobre kryminały. Pojawiają się też nowe trendy, gdzie gatunki stają się płynne i wychodzi się poza ich ustalone ramy. Książka Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” czy najnowsza pozycja Mariusza Szczygła „Nie ma” to są rzeczy, które trudno jest wepchnąć do szuflady z napisem powieść, reportaż czy wspomnienia. Dlatego mam nadzieję, że będziemy czytać polską literaturę w całym jej spektrum – nowości, ale też tytuły, które są warte odświeżenia.

Oczywiście jestem też otwarta na różne inne propozycje, np. na autorów szwajcarskich, którzy są ważni. Nie chcę tworzyć sztywnych ram klubu, ale działać na zasadach demokratycznych. W końcu mieszkamy w Szwajcarii. Chciałabym, żeby każdy mógł się poczuć częścią tego przedsięwzięcia. To ma być wymiana – myśli, opinii, pasji, dlatego zapraszam serdecznie wszystkich na kolejne spotkania. Można dołączyć w każdej chwili i nie ma się czego bać, bo jak to mówią, książki nie gryzą, książki pochłaniają w całości.

Co jeszcze poleciłabyś zainteresowanym kulturą Polakom mieszkającym w Szwajcarii?

W naszej wciąż w gruncie rzeczy niewielkiej społeczności polonijnej jest sporo inicjatyw kulturalnych. Od ponad 30 lat działa Klub Miłośników Żywego Słowa Barbary Młynarskiej, aktualnie w Brugg i tam raz na kwartał odbywają się wydarzenia kulturalne z naprawdę wysokiej półki, którę przyciągają liczną publiczność. W tym roku przyjeżdża Hanna Banaszak, Piotr Machalica z piosenkami Jonasza Kofty, Dorota Miśkiewicz z recitalem, Jerzy Bralczyk z Michałem Ogórkiem w duecie. W ubiegłym roku z okazji 100-lecia odzyskania niepodłegłości Polski w Teatrze Stok w Zurychu odbył się Festiwal Kultury Polskiej, zorganizowany przez polską pianistkę Agnieszkę Bryndal, mieszkającą w Szwajcarii od lat. Poza tym są inicjatywy lokalne, skupiające Polaków w różnych częściach Szwajcarii. Jest naprawdę dużo ludzi, którzy działają tutaj na niwie kultury. Bo jak śpiewał Wojciech Młynarski :

Jeśli za mało książek znasz –

To ci wychodzi na twarz.

Gdy nie wiesz kim był J.S. Bach –

To spłaszcza ci czółka dach.

Nieznany Ci Edypa los –

To deformuje ci nos…

Rozmawiała Agnieszka Kamińska

—————————————————————————————————————————————–

Spotkanie z Magdaleną Grzebałkowską odbędzie się 8 kwietnia (poniedziałek) w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu przy Plattenstrasse 43. Początek o godz. 18.15. Wstęp: 20 CHF.

Kolejne spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki odbędzie się 19 marca (wtorek) o godz. 18.30 w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu przy Plattenstrasse 43. Będziemy rozmawiać o książce Zyty Rudzkiej „Krótka wymiana ognia”.

Razem z Joanną serdecznie Was zapraszamy!

Najbardziej znienawidzona kobieta w Szwajcarii

web-ren_3512.jpg

Urodziła się w Bernie, ale dzieciństwo spędziła na Sardynii. Fot. Schweizer Illustrierte

Aktywistka, która nigdy nie ma czasu. Feministka od stóp do głów. Socjalistka z krwi i kości. Dumna idealistka. Antynacjonalistka z przekonania, antykapitalistka z rozsądku. Prawdziwa lewaczka i utopistka z pociągiem do polityki. Tamara Funiciello – głos szwajcarskich Młodych Socjalistów (Juso), naczelna feministka kraju, zmora „prawdziwych Szwajcarów” z SVP, tych, którzy wierzą, że chciwość jest dobra oraz każdego, komu zajdzie za skórę. A w tym akurat jest niezła.

Rocznik 1990. Urodzona w Bernie, dzieciństwo spędza na Sardynii, wychowywana przez mamę sklepową i ojca pracownika fabryki. Wie, co to ciężka praca i trudy emigracji. Kiedy rodzina wraca do Szwajcarii, ojczyzny matki, Tamara musi się nauczyć berneńskiego dialektu i przystosować do helweckiej mentalności. Z włoskim temperamentem nie zawsze jest to łatwe.

Nie jest grzeczną dziewczynką. W szkole bywa pyskata, zwraca uwagę nauczycielom, kiedy traktują sprawy stereotypowo i jednostronnie. Waleczność ma we krwi. Mówi, że to matka nauczyła ją, jak się sprzeciwiać i dążyć do celu. Przykład. Trenuje hokej na trawie. Chce być bramkarką, ale mówią jej, że jest za niska. Niemożliwe? Nie dla Tamary. Zdobywa złoty medal w mistrzostwach kraju. Na bramce.

Choć pochodzi z rodziny robotniczej, wybiera drogę akademicką. Studiuje historię i nauki społeczne, jednocześnie dorabiając w call center. Potem wiąże się zawodowo z Unią – organizacją zrzeszającą szwajcarskie związki zawodowe. Bliska jest jej walka o prawa pracowników, kobiet, migrantów. To dlatego angażuje się w politykę. Młodzieżówka szwajcarskich socjaldemokratów jest naturalnym wyborem.

1495277_450603275041424_1532517187_o

Moje ciało, mój wybór. Prowokacja to środek do politycznych celów. Fot. tamarafuniciello.ch

W swoim programie politycznym, który prowokacyjnie nazwała WTF, czyli Wähle Tamara Funiciello (wybierz Tamarę Funiciello), wzywa do zmiany tego, co ją wkurza. „Chcę mówić głośno, że to nie ludzie z innym kolorem paszportu są winni niskich płac i wysokich czynszów, ale pracodawcy i właściciele nieruchomości. Chcę żyć w społeczeństwie, gdzie rasizm, seksizm i homofobia są potępiane. Chcę świata, w którym każdy ma równe szanse, niezależnie od pochodzenia, płci czy rodziny, z jakiej pochodzi. I chcę tego teraz”. Nierealne? Nie dla Tamary. W 2016 zostaje przewodniczącą Juso. Oprócz tego zasiada w radzie miasta Berno oraz jest wiceprzewodniczącą Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii.

W konserwatywnej Szwajcarii każde jej działanie uznawane jest za prowokację. Bez stanika zachęca do udziału w marszu kobiet i występuje na na plakatach kampanii społecznej „Moje ciało, mój wybór”. Nagość jest dla niej środkiem w walce o polityczne cele, a ponieważ nie ma figury modelki, nie wszystkim się to podoba. Polityk prawicowej, antyimigranckiej partii SVP (Szwajcarska Partia Ludowa) publicznie wyśmiewa jej wygląd, porównując ją do Bibendum – ludzika reklamującego opony Michelin.

Tamara ma to gdzieś. Ma 1,52 m wzrostu i niewyparzony język. Choć kocha pandy, to lepiej z nią nie zadzierać. Kiedy w zeszłym roku przeciwnicy aborcji organizują pod parlamentem w Bernie marsz życia, Funiciello występuje z wnioskiem o kontrdemonstrację zwolenników wolnego wyboru. Policja jednak nie wyraża na to zgody. „To bezczelność. Totalne pogwałcenie praw człowieka. Jeśli tym ludziom się wydaje, że mogą decydować o naszych ciałach, to chyba wciąż żyją w średniowieczu” – komentowała wówczas szefowa Juso. Kto nie jest z nią, ten jest przeciwko niej.

35_funiciello-980x632

Uwaga, ona ma broń. Fot. tageswoche.ch

Ostatni skandal z jej udziałem wylał się nawet poza Szwajcarię, a Tamara została okrzyknięta najbardziej znienawidzoną kobietą w kraju. Poszło o piosenkę, letni hit berneńskiego zespołu Lo&Leduc pod niewinnie brzmiącym tytułem „079”. W banalnym tekście, w którym chłopak stara się wyciągnąć od dziewczyny jej numer telefonu, Funiciello doszukała się źródeł ważnego problemu, jakim jest przemoc wobec kobiet. Nie znaczy nie, nawet jeśli chodzi o pozornie niegroźne nagabywanie na imprezie.

Wyjaśnienia, że nie chodzi o krytykę muzyków, lecz zwrócenie uwagę na pewne zjawisko społeczne nic nie dają. Hejt na Tamarę uderza przez wszystkie możliwe kanały. Seksistowskie żarty, wyzwiska, a nawet grożenie śmiercią. Jej numer telefonu krąży w sieci. W mediach społecznościowych wrze, a w gazecie „Schaffhauser Nachrichten” ukazuje się karykatura wściekłej Funiciello, wymachującej stanikiem nad chłopcami z zespołu i pytającej, dlaczego właściwie nie zadzwonili do niej. Wyjątkowo niesmaczny żart.

„W tym kraju można dyskutować na każdy nawet najbardziej absurdalny temat, dopóki nie krytykuje się mężczyzn i tego, co robią kobietom” – mówi Tamara i zapewnia, że nie zamierza – ja sugeruje jej wielu – stulić pyska. W patriarchalnym społeczeństwie walczy z seksizmem. W kraju bankierów dąży do opodatkowania zysków kapitałowych. Wbrew antyimigranckim nastrojom, broni praw cudzoziemców i chce dać im głos. Kobieta, migrantka, lewaczka, która mówi, to, co myśli. W Szwajcarii to mieszanka wybuchowa. Polityczni przeciwnicy nazywają ją populistką, histeryczką i egoistką, która przed oczami ma tylko jeden cel: stołek w parlamencie.

Funiciello nie ukrywa, że chciałaby do Rady Narodu. Gdyby udało jej się to już po wyborach w tym roku, byłaby jedną z niewielu kobiet przed 30-tką na tak wysokim politycznym szczeblu w Szwajcarii. Niemożliwe? Nie dla Tamary.