Polki zmieniają Szwajcarię: Iwona Fluda i tworzenie kreatywnego świata

Iwonę poznałam dwa lata temu. Przyjechała do Winterthuru, aby wziąć udział w wydarzeniu, podczas którego ja prezentowałam Szwajcarom polską kuchnię. Wtedy głównie jadłyśmy (kluski śląskie!), a teraz spotkałyśmy się, żeby porozmawiać. W życiu nas obu w międzyczasie sporo się wydarzyło. Firma Iwony zaczęła dynamicznie się rozwijać, ja napisałam książkę. Są rzeczy, które nas łączą: studiowałyśmy na tej samej uczelni i przyjechałyśmy do Szwajcarii bez planu. Obie też podjęłyśmy niełatwą decyzję, aby łączyć pracę z pasją. 

Poznajcie Iwonę Fludę, przedsiębiorczynię, kreatorkę, mówczynię, publicystkę i – przede wszystkim – założycielkę Ministry of Creativity GmbH i Creative Switzerland – przestrzeni, w której ludzie przypominają sobie o tym, że są i zawsze byli kreatywni. 

Kreatywność jest wszystkim. Fot. archiwum prywatne

Właściwie to nie wiem, skąd się wzięłaś w Szwajcarii…

Nie przyjechałam tu tak jak Ty, z miłości :D To był przypadek, albo jak kto woli: przeznaczenie, zrządzenie losu, Limmat tak chciał. Zostałam zaproszona do Zurychu na roczne stypendium organizacji pozarządowej, Szwajcarskiej Rady Pokoju. Zajmowałam się kwestiami konfliktów na świecie, praw człowieka, wpływu polityki na życie ludzi w różnych krajach. Po roku, kiedy skończyło mi się tymczasowe pozwolenie na pobyt, nie widziałam dla siebie dalszych możliwości w Szwajcarii. W międzyczasie pojawiła się propozycja wyjazdu do Hongkongu. Przyjęłam ją, pracowałam tam dla Niemieckiej Izby Handlowej, poznawałam życie lokalnej ludności i sceny startupowej. To był ciekawy czas i bardzo chciałam zostać w Azji, ale choć znalazłam pracę w Hongkongu, to niestety nie udało mi się otrzymać wizy. Nie za bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić i wtedy odezwała się do mnie znajoma Szwajcarka: hej, mamy wolny pokój gościnny, przyjeżdżaj. I tak w ciągu dziesięciu dni byłam z powrotem w Szwajcarii. Bez pracy, planu, znajomości. Szczerze, czułam ogromne rozczarowanie. Musiałam budować wszystko od początku. Teraz, z perspektywy trzech lat, widzę, że wszystko, co się wtedy wydarzyło, miało sens. To była niesamowita przygoda. 

Jak wyglądały początki tej szwajcarskiej przygody? 

Pierwsze miesiące spędziłam na rozmyślaniach, co ja właściwie mam ze sobą zrobić. W tym czasie przeczytałam wiele ciekawych książek, np. biografię Alberta Einsteina. Historia jego życia jest niesamowita, była dla mnie bardzo inspirująca i polecam przeczytać ją każdemu. Inną ciekawą książką jest „Understanding Power” Noama Chomsky’ego, o tym jak rozłożone są siły na świecie. Czytałam też wiele na temat biznesu i innowacji. Czułam, że Szwajcaria to kraj wielu możliwości, ale trzeba się na nie otworzyć. Od razu postawiłam więc na integrację z tutejszym społeczeństwem. Oczywiście, kiedy znasz język, jest to wiele łatwiejsze. Zaczęłam brać udział w różnych wydarzeniach, poznawać ludzi, zastanawiać się, czy umiejętności, które już mam w dziedzinie marketingu, można jakoś wykorzystać. Okazało się, że można. To właśnie dzięki spotkaniom networkingowym poznałam swoich przyszłych klientów. 

Mam takie przemyślenia, że to, że możemy uczyć się od innych, także od ludzi z przeszłości, jest niesamowitym przywilejem naszego pokolenia. Uświadamia nam, co było wtedy możliwe, a co jest możliwe teraz. Pomyśl choćby o nas, siedzących tutaj w kawiarni. Jeszcze sto lat temu dla takich kobiet jak my – dziennikarki i przedsiębiorczyni, nie było miejsca w tym kraju. 

Fakt, o tej porze musiałybyśmy być w domu i gotować obiad dla męża, który wraca z pracy… 

Dokładnie! Zobacz, jak bardzo jesteśmy uprzywilejowane. W Szwajcarii nauczyłam się, że każdy dzień to jest dzień pierwszy, w którym mam szansę się czegoś nauczyć, mogę budować, tworzyć, po prostu działać. Dotyczy to i prowadzenia biznesu, i życia prywatnego. Okazuje się, że z takim podejściem, nawet przejściowe zawirowania w życiu sprawiają, że w końcu wszystko może się całkiem dobrze poukładać. 

Tobie poukładało się całkiem fajnie! Wybrałaś ścieżkę pt. marketing i od początku się jej trzymałaś. 

Mimo że nie mam wykształcenia marketingowego. Jestem germanistką, skończyłam również studia magisterskie z geografii społeczno-ekonomicznej i turystyki. Mam wrażenie, że często próbujemy wpasować się w boksy, które są nam podsuwane też przez innych. Dla mnie jedyne znaczenie przy wyborze ścieżki zawodowej była odpowiedź na pytanie: czy jest to coś, co chcę robić i dlaczego chcę to robić? Tak długo, jak praca daje mi radość i się w niej spełniam, jest  wartością dla moich klientów czy społeczności, a przy okazji jestem w stanie się dzięki niej utrzymać – nie widzę problemu. Szwajcaria jest krajem, w którym pracując na umowie o pracę i zarabiając nawet przeciętnie, można żyć całkiem wygodnie i właściwie na wszystko sobie pozwolić. Kiedy zakładasz biznes, jest zupełnie odwrotnie. Nie ma zabezpieczeń chroniących przez problemami egzystencjalnymi, a każda inwestycja rodzi wątpliwości: czy to jest w tym momencie dobre dla mojego biznesu. Ma to swoje negatywne strony, ale otwiera też wiele możliwości kreatywnych. 

Szwajcaria to kraj oparty na zaufaniu, które często zdobywa się prezentując np. certyfikat ukończonego kursu czy dyplom uczelni. Jak zdobywałaś pierwsze zlecenia? 

Tak, jak teraz z Tobą, siedziałam z potencjalnym klientem przy kawie, rozmawialiśmy i nagle okazywało się, że to, co robię odpowiada temu, czego ta osoba potrzebuje. Potem, jak często bywa w Szwajcarii, jedni opowiadali o mnie drugim i tak rozwijała się moja działalność. Kiedy miałam już klientów marketingowych, postanowiłam zarejestrować firmę, a jednocześnie pracowałam nad stroną Creative Switzerland. Stworzyłam ją sama, choć – znowu – nie jestem z branży IT. Ważną lekcją biznesową w Szwajcarii było dla mnie to, aby nauczyć się wymagać więcej niż np. w polskich czy niemieckich warunkach. Prosty przykład: cena. Jeśli klient jest w stanie zapłacić za naszą usługę tyle, ile ona na tutejszym rynku naprawdę jest warta, to inaczej wyglądają potem nasze wzajemne relacje. Klient ma poczucie, że zainwestował w rozwój swojej firmy, a my zyskujemy pewność, że jakość, jaką oferujemy, jest warta swojej ceny. Kolejną rzeczą, jaką wyniosłam z bycia freelancerką, a potem przedsiębiorczynią w Szwajcarii, jest to, aby nie rozmieniać się na drobne. Kiedy zaczynasz robić wiele rzeczy na raz, szybko wpadasz w pułapkę zbyt wielu możliwości. Najlepiej wyznaczyć sobie jasne cele: w tym roku koncentruję się na maksymalnie dwóch, trzech projektach, a jeśli wpadnie coś innego, to podziękuję. To jest bardzo trudne, ponieważ nie jest łatwo odmawiać pieniądzom, które np. pomagają rozwijać nowe projekty, ale długoterminowo – bardzo dobre dla biznesu i dla mnie. Tutaj oczywiście wychodząc z założenia, że chce się pracować samemu albo z małym zespołem, sytuacja wygląda inaczej, jeśli ma się plan szybkiego skalowania biznesu.

Hasło Twojej firmy, Creative Switzerland, brzmi „Explore your creative potential”, a Twoje prywatne to „Kreatywność jest wszystkim”. Co to właściwie znaczy?

A nie jest? Kreatywność to wrodzona umiejętność każdego człowieka, niezależnie, czy zawodowo jest prawnikiem, naukowcem czy przedsiębiorcą. Niestety nasza naturalna kreatywność jest umiejętnie niszczona przez system edukacji, w jakim funkcjonujemy. Nie ćwiczymy tej umiejętności. Miałam w szkole zajęcia z plastyki, ale nie dowiedziałam się, jak prowadzić biznes czy poszukiwać sposobów na rozwiązanie problemów współczesnego świata. Najsmutniejsze jest, że taki system nauczania sięga aż uczelni wyższych, czyli miejsc kształcących ludzi, od których potem oczekuje się, aby wyszli w świat i rozwiązywali światowe problemy. Zabijanie kreatywności odbywa się zresztą też na późniejszych etapach życia, kiedy idziemy do pracy. Wykonywanie zadań „od do”, niewychylanie się, słuchanie menedżerow, którzy określają, co mamy robić, brak tzw. wymiany kreatywnej. Na szczęście jest mnóstwo ludzi, także w Szwajcarii, którzy dali sobie szansę na to, aby być w pełni kreatywnymi osobami. 

Przykłady? 

Jedna z moich ulubionych kreatorek to dziewczyna, która była profesorką na uniwersytecie, przeżyła wypalenie zawodowe, a potem oddała się malarstwu – pasji, która była w niej od zawsze. Założyła swój biznes, uczy ludzi malarstwa i idzie jej świetnie. To jest jedna z osób, która żyje w cudownej zgodzie ze sobą i ze światem, głównie dlatego, że to, co robi, mówi, czuje i myśli jest spójne. Nie udaje przed sobą, że musi spędzić resztę swojego życia pracując w kancelarii prawnej, ponieważ ma kredyt. Zamiast tego dała sobie szansę na to, aby żyć w pełni swoim życiem. Dla mnie to jest właśnie przykład kreatywności. Bo w gruncie rzeczy ona objawia się w naszych decyzjach, jak chcemy spędzić życie. Znam osoby, które wiecznie na wszystko narzekają, w tym na Szwajcarię. A wystarczy czasem powiedzieć sobie: jest dobrze, Europa jest wolnym kontynentem, nie ma wojen, mieszkam w kraju, który daje mi wiele możliwości. Czy chcę spędzać swoje dni rozwijając się, rozwiązując problemy, starając się pomóc innym, czy robiąc coś odwrotnego, na przykład obrażając się na cały świat? Staram się być kreatywna każdego dnia, na tym poletku, które sama dla siebie stworzyłam. To jest filozofia mojego życia i tylko w ten sposób, kładąc się spać, mogę sobie powiedzieć: ale to był fajny dzień.

Czy są sposoby na to, aby przywrócić tę wrodzoną, ale stłumioną, kreatywność?

Odpowiem pytaniem na pytanie. Piszesz jeszcze czasem długopisem? 

Staram się robić to jak najczęściej i mam w domu dziesiątki notesów, które dostaję od przyjaciół albo kupuję sobie sama. Mam jednak wrażenie, że moje pismo nie jest takie, jakie było kiedyś. Pewnie przez to, że dużo piszę na komputerze. 

I to jest właśnie jedna z tych umiejętności, do których powinniśmy bardzo szybko wrócić i potwierdzają to badania naukowe. Jeśli pracujemy rękami, których każdy ruch wysyła sygnały do naszego mózgu, to jego stymulowane obszary zupełnie inaczej się rozwijają. Często o tym zapominamy, ponieważ przyzwyczailiśmy się do stukania całymi dniami w klawiaturę komputera i telefonu. Rąk można używać na różne sposoby, pobudzające kreatywność: pisać, tworzyć ceramikę, malować. W ten sposób odcinamy się trochę od życia, które prowadzimy na co dzień. Spójrzmy na nasze pasje z dzieciństwa. To zazwyczaj były właśnie pasje kreatywne. Dlaczego mielibyśmy do nich nie wrócić? 

Mam znajomą, która po latach pracy w korporacjach, odkryła, że jej powołaniem jest zajmowanie się kwiatami. Teraz ma swoje atelier w Warszawie i prowadzi kwiatowy biznes z dużym sukcesem. 

Sir Ken Robinson, lider w dziedzinie rozwoju kreatywności, powiedziałby, że odnalazła swój element. 

Czy można go odnaleźć biorąc udział w warsztatach tworzenia czekoladowych pralin czy wydruków 3D? Takie m.in. zajęcia oferuje Twoja firma, Creative Switzerland. 

Chodzi o nowe doznania i otwarcie się na nie. Z doświadczenia wiem, że kiedy uczestnicy warsztatów wybabrają się w czekoladzie, to często w nich coś „klika”. Nagle pojawiają się myśli: o, mogę zrobić to ze swoimi dziećmi albo przyjaciółmi. Przy okazji można się dowiedzieć, dlaczego warto kupić czekoladę wytworzoną w zrównoważony sposób. Oczywiście, to są doświadczenia bardzo indywidualne i trzeba być otwartym na tego typu doznania. Z mojego doświadczenia wynika, że kreatywne zadania otwierają w ludziach nowe przestrzenie i pozwalają im dostrzec nowe możliwości działania w różnych obszarach – w pracy, życiu prywatnym, w rodzinie, w czasie wolnym. Popatrz na to, co się działo na wiosnę, kiedy wprowadzono lockdown w związku z pandemią koronawirusa. Nagle wszyscy zaczęli piec chleb. Potrzeba kreatywności w nas jest, tylko często nie dajemy jej szansy, bo nie mamy czasu albo jesteśmy przebodźcowani. 

A z drugiej strony Covid zagnał nas już kompletnie w świat wirtualny, w którym życie zawodowe toczy się między spotkaniami na zoomie, a prywatne bombarduje powiadomieniami z komunikatorów…

Nie wszystko da się przenieść online. Kiedy wybuchła pandemia, odwołałam warsztaty stacjonarne, ponieważ nie chciałam ryzykować zdrowia uczestników. Wiele osób pytało wówczas o przeniesienie ich do sieci. Jednak dla mnie atmosfera, kiedy różni ludzie zjeżdżają z całego kantonu, żeby ulepić czekoladki, jest niepowtarzalna. Podobnie jest z prowadzonymi przeze mnie zajęciami z kreatywności. Trudno jest się odciąć od swojej codzienności siedząc przed ekranem komputera i zamiast pogrążąć się w burzy mózgów, używając porozlepianych wszędzie karteczek post-it, patrzeć w arkusz excela. To już nie jest to samo doświadczenie. W tym roku testowaliśmy różne możliwości. Mimo wielu świetnie odbieranych zajęć z kreatywności online, gdzie używamy naszych umiejętności kreatywnych w praktyce, tworząc pomysły i rozwiązania, nadal uważam, że wersja na żywo jest dużo lepsza. 

W felietonie dla Forbesa piszesz o tym, że powrót do „normalności” po pandemii nie jest możliwy i potrzebne są trwałe zmiany, m.in. w podejściu do podróżowania i turystyki. 

Niestety to, co do tej pory się działo w turystyce na całym świecie pokazuje, że ludzie nie biorą odpowiedzielności za miejsca, które odwiedzają. Jest to szczególnie widoczne w Afryce czy w Azji Południowo-Wschodniej. Śmieci na plażach, plastik w oceanach… A my powinniśmy traktować wszystkie miejsca, do których podróżujemy, jak nasz własny dom. Ostatnio przemawiałam na konferencji w Rwandzie, która ze względu na Covid odbyła się online, i byłam zadziwiona tym, jak wiele się tam mówiło o przystosowaniu się do potrzeb europejskich turystów. Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby w krajach afrykańskich budować hotele po to, aby turyści z Niemiec, Francji czy Szwajcarii mogli się poczuć jak u siebie? To jest niszczenie potencjału kulturowego tych miejsc, tworzenie sztucznych enklaw. Powinniśmy oferować turystom to, co jest na miejscu, a jeśli brakuje np. miejsc noclegowych, to zbudować kolejną wykonaną przez lokalnych rzemieślników na lokalnych zasadach chatkę albo dom, nie „marioty” w środku puszczy. Potem taki szwajcarski turysta wraca z podróży z przekonaniem, że to jest świetna destynacja: mają „marioty”, jedzenie jak w Europie, kraj jest rozwinięty i niczego im nie brakuje. A w wielu krajach ludzie umierają na ulicach, tylko, że ty, drogi turysto, nie zobaczysz tego z okien swojego hotelu. 

Szwajcarzy też przez długi czas orientowali się na turystę z Azji. Byłam niedawno w Interlaken, gdzie sklepy i restauracje z napisami po chińsku stoją puste. Wiadomo, bogaty kraj sobie poradzi…

Tak, to są zjawiska, które obserwujemy także w Europie. Jednym z nich jest tworzenie rzeczy tylko po to, aby turyści mieli co zabrać ze sobą na pamiątkę. Weźmy Portugalię, piękny kraj, który przeżywał – do wybuchu pandemii – turystyczny boom. Jedną z typowych turystycznych pamiątek są tam kolorowe ceramiczne kafelki, którymi wykłada się fasady domów. Turyści kupują potem te „tradycyjne” kafelki, często zresztą wyprodukowane w Chinach, w sklepach z pamiątkami, a są i tacy, którzy wolą oderwać oryginalne ze ścian na ulicy. To tak jakbyś zaprosiła mnie do domu, a ja odrąbałabym Ci kawałek ściany w łazience, bo spodobała mi się glazura. 

Trwałe zmiany są konieczne, nie tylko w turystyce. Świadome podróżowanie, myślenie o długoterminowych konsekwencjach naszych działań i branie za nie odpowiedzialności jako goście w różnych krajach – a nawet globalnie, goście na Ziemi – powinny być jednymi z głównych celów rozwoju destynacji. 

A Ty co przywozisz z podróży? 

Zdarza mi się przywozić jedzenie, którego nie znajdę tutaj. Ale przede wszystkim przywożę doświadczenia, ponieważ to one zostają ze mną na zawsze i mają lepszy wpływ na moje życie, niż kupowanie kolejnego obrazka czy kafelka. Najważniejsze są rozmowy z ludźmi, wiedza i umiejętności, jakie wyniosłam z kontaktów z lokalną ludnością. Przykładowo, Hongkong nauczył mnie tolerancji kulinarnej, ponieważ je się tam rzeczy, które nam Europejczykom nie przeszłyby przez gardło. Oczywiście, ja nie muszę tego samego robić w domu, ale ta obserwacja poszerza mój horyzont poznawczy.

Masz czas na to, żeby podróżować po Szwajcarii? 

Bardzo lubię chodzić po górach. W tym roku byłam w Zermatt przez tydzień i zdobyłam – z przewodnikiem – mój pierwszy czterotysięcznik, Breithorn, ponoć najłatwiejszy w Szwajcarii. Góry dają mi poczucie, że jestem tylko kruszynką w świecie, perspektywa wszystkiego zmienia się na czterech tysiącach metrów nad poziomem morza.

Na koniec wróćmy do pomysłu, który rozpoczął cykl moich rozmów, czyli prezentowania Polek-refermatorek w Szwajcarii. Czy czujesz, że Twoja działalność w jakiś sposób zmienia ludzi i otoczenie, w którym żyjesz? 

Myślę, że jestem w tak uprzywilejowanej sytuacji w życiu, prywatnie i zawodowo, że jeżeli mogę komuś w jakikolwiek sposób pomóc, to już jest duża zmiana. To działa jak kula śnieżna. Pomagamy jednej osobie, potem kolejnej i w ten sposób dokładamy swoją cegiełkę do szczęśliwszego społeczeństwa. Można zacząć od małych kręgów, np. znajomych. Jeśli ktoś odkryje nowe zainteresowania albo drogę zawodową, to już jest bardzo ważne. Duże zmiany na poziomie kraju są możliwe tylko wtedy, kiedy zaczniemy się zmieniać jako jednostki. Tego typu transformacje zajmują dużo czasu i często są bolesne: musimy się pozbyć starego sposobu myślenia i działania, żeby stworzyć coś nowego. Najpiękniejszym ich wynikiem jest prowadzenie życie w zgodzie ze sobą, gdzie wszystko co myślimy, mówimy, czujemy i robimy jest spójne. Ja czuję sie ogromnie uprzywilejowana, że osiągnęłam taki stan, to także czyni mnie pokorną.

Nie mam w planach przeprowadzać rewolucji, ani pokazywać Szwajcarom, jak mają żyć. Robię tyle, co mogę, a jeśli to przełoży się na jakieś pozytywne trendy, to tym lepiej. Zresztą, my zmieniamy Szwajcarię, ale Szwajcaria też zmienia nas. 

Ciebie zmieniła?

Streotypowo, dla wielu ludzi Szwajcaria jest małym, bogatym krajem, w którym wielu rzeczy się nie da. Mnie Szwajcaria pokazała, że można wszystko.


IWONA FLUDA, od 10 lat mieszka za granicą: w Niemczech, Austrii, Holandii, Hongkongu, drugi raz w Szwajcarii od 2017 roku.Właścicielka firmy Ministry of Creativity GmbH, której jednym z brandów jest Creative Switzerland. Doradca marketingowy. Magister geografii społeczno-ekonomicznej/turystyki i języka niemieckiego. Zafascynowana kreatywnością i możliwościami, jakie z niej wynikają. Z Iwoną możesz skontaktować się poprzez LinkedIn https://www.linkedin.com/in/fluda/ albo e-mail: iwona.fluda@gmail.com.  

Więcej informacji:

Creative Switzerland https://creativeswitzerland.com

FB www.facebook.com/creativeswitzerland

IG www.instagram.com/creativeswitzerland

Artykuł Iwony w Forbes https://www.forbes.at/artikel/re-imagining-the-way-we-travel.html

Wywiad dla UJ: https://alumni.uj.edu.pl/aktualnosci/-/journal_content/56_INSTANCE_sPa0bH1azAiq/143565668/144306900

Artykuł Iwony o marketingu w sieci: https://www.linkedin.com/pulse/redefining-digital-marketing-human-centered-design-iwona-fluda/

Wykład Iwony o edukacji: https://www.linkedin.com/pulse/power-education-iwona-fluda/

Polki zmieniają Szwajcarię: Anna Stando i praca, która daje sens

Zostawiła ciekawe stanowisko w korporacji, aby zająć się tym, co sprawia jej najwięcej radości. Pomaganiem innym. Mistrzyni wszechstronności. Pracuje w trzech organizacjach, jest mamą, a od niedawna prowadzi też własny biznes. Mieszkała w Holandii, Danii, Tajlandii, Meksyku i Gwatemali, ale dopiero w Szwajcarii odkryła, że jej zawodową misją jest stwarzanie ludziom warunków do rozwoju, bez względu na to, kim są i skąd pochodzą. Poznajcie Annę Stando, specjalistkę od promocji kobiet w biznesie w Advance, członkinię zarządu dwóch organizacji non-profit: Capacity Zurich i Lean In Switzerland oraz właścicielkę firmy BabyMiles. 

Zacznijmy od trudnego pytania. Kim jesteś? 

Jestem osobą, która lubi być zaangażowana w wiele różnych tematów. Szczególnie bliskie mojemu sercu są dwa obszary: wsparcie kobiet w biznesie oraz pomoc migrantom i uchodźcom, którzy chcą ruszyć z własną inicjatywą w Szwajcarii. Przede wszystkim jednak jestem kobietą, która głęboko wierzy w siłę solidarności z innymi kobietami. Uświadomiłam to sobie, kiedy przeprowadziłam się do Zurychu i zaczęłam przychodzić na spotkania kółka Lean In. To było jakieś sześć lat temu. 

Wyjaśnijmy: Lean In to nazwa organizacji, która zmieniła życie kobiet na całym świecie, ale i fraza oznaczająca podejmowanie wyzwań i aktywne korzystanie z możliwości, aby osiągnąć zawodowe cele.

Tak, dokładnie. Lean In to światowa organizacja non-profit, wywodząca się ze Stanów Zjednoczonych, która – mówiąc najogólniej – zrzesza kobiety, zainteresowane rozwojem osobistym i karierą zawodową. Główym celem jest wzajemne wspieranie się, motywowanie się i uczenie się od siebie nawzajem nowych umiejętności. Lean In założyła Sheryl Sandberg, obecna szefowa operacyjna Facebooka i jedna z najbardziej wpływowaych kobiet w Stanach, której TEDTalk „Why we have too few women leaders” obejrzały miliony kobiet na świecie. W swojej książce „Lean In. Women, Work and The Will to Lead” dzieli się poradami, jak osiągnąć pozycję w biznesie, która byłaby zgodna z naszymi ambicjami i potencjałem. Ta książka bardzo dobrze się przyjęła, także dlatego, że Sheryl dała nam słownictwo pozwalające wyrazić własne odczucia i doświadczenia. Jednym z takich określeń jest właśnie lean in. Innym, które dobrze oddaje to, co czuje wiele kobiet aktywnych zawodowo to impostor syndrom, co jest tłumaczone na język polski jako syndrom oszusta. 

Wiem o czym mówisz. Pracuję w branży, w której jest to bardzo częste. Za chwilę ukaże się moja książka i już słyszę jak wewnętrzna oszustka zaczyna swój monolog… 

Ogromne gratulacje i już nie mogę się doczekać, żeby ją przeczytać! A z negatywnym wewnętrzym monologiem zmaga się wiele kobiet, ze mną włącznie. Nawet jeśli udało nam się osiągnąć jakiś sukces, np. zająć wysoką pozycję w firmie, to w tyle głowy wciąż tkwi myśl: dlaczego wybrali akurat mnie, a co, jeśli odkryją, że jednak nie jestem taka dobra, że się nie nadaję? Teraz wiemy już, jak to działa – potrafimy to uczucie nazwać i próbować je przezwyciężyć. Popularność książki Sheryl Sandberg sprawiła, że kobiety w Stanach Zjednoczonych zaczęły się spotykać w małych grupach, tzw. kółkach (Lean In Circles) w celu omawiania treści książki. Kilka lat temu ta koncepcja pojawiła się także w Europie. Kiedy przyjechałam do Szwajcarii, zaczęłam chodzić właśnie na takie kółko, organizowane w Zurychu. Gdy nasza liderka zrezygnowała z działalności, razem z kilkoma innymi kobietami postanowiłyśmy przejąć jej rolę. Z czasem grupa kobiet, zainteresowanych Lean In zaczęła się powiększać, aż w końcu z kółka powstała cała sieć, łącząca setki kobiet, które dołączają na różne nasze eventy. W 2018 zostałyśmy uznane przez globalną fundację Lean In jako oficjalne liderki regionalne w Szwajcarii i wzięłyśmy udział w spotkaniu w Palo Alto w Kalifornii, na które zaproszono liderki lokalnych ogranizacji z całego świata. Poznałam wtedy niesamowite kobiety, które przenoszą góry, ale też samą Sheryl Sandberg, co było dla mnie emocjonującym, ważnym wydarzeniem, które ciepło wspominam do dzisiaj. 

Czy Lean In jest wyłącznie dla kobiet chcących osiągać zawodowe szczyty?

Niekoniecznie. Każde kółko, czyli mała grupa wsparcia działa nieco inaczej, a niektóre grupy koncentrują się na konkretnym obszarze: skupiają np. kobiety w branży IT, pracujące matki, przedsiębiorczynie. Spotkania odbywają się najczęściej co miesiąc, a liderka kółka za każdym razem przygotowuje temat do dyskusji. Ważnym elementem tych spotkań jest wsparcie w konkretnych sytuacjach, w jakich się znalazłyśmy albo znajdziemy. Przykład: masz dobry pomysł, ale na zebraniu w firmie nikt cię nie słucha. Dwie minuty później Twój pomysł pada z ust mężczyzny i nagle okazuje się, że to strzał w dziesiątkę. Kolega zbiera laury, sukces jest jego. Brzmi znajomo? W Lean In przepracowujemy podobne sytuacje i uczymy się, jak można się w nich zachować. To dotyczy też przygotowań do rozmowy o pracę albo o awans. Przeglądamy wzajemnie swoje dokumenty, zastanawiamy się, jak odpowiadać na trudne pytania. Najważniejsze w kółku jest to, żeby kobiety czuły się bezpiecznie i mogły sobie zaufać. Oprócz tego organizujemy też większe wydarzenia. W zeszłym roku odbyła się konferencja Lean In Switzerland dla 250 osób, głównie kobiet. Atmosfera była wspaniała. Do tej pory jak o tym pomyślę, mam gęsią skórkę. 

Pierwsza konferencja Lean In Switzerland w 2019 roku.

Mówi się, że w Szwajcarii szklany sufit jest dla kobiet wyjątkowo trudny do przebicia.

Można powiedzieć, że przebijaniem tego sufitu zajmuję się zawodowo. Jestem specjalistką od równości genderowej w Advance, organizacji, która stara się zwiększyć liczbę kobiet na menedżerskich stanowiskach w Szwajcarii. To, co różni nas od wielu innych organizacji, zajmujących się równouprawnieniem kobiet w biznesie, jest praca z firmami, nie z indywidualnymi osobami. Wychodzimy z założenia, że przedsiębiorstwa mogą działać szybciej niż dzieje się to na szczeblu państwa, prawa, przepisów i norm społecznych. Naszymi członkami są korporacje, m.in. Credit Suisse, ABB, IKEA, Biogen, , Swiss Re, Axa, ale i szwajcarska poczta czy koleje. Zapraszamy do rozmów np. osoby odpowiedzialne za rekrutację i dyskutujemy na temat dobrych praktyk związanych z promocją kobiet w biznesie czy też w jaki sposób wyelminować nieświadome uprzedzenia. Bardzo nam zależy również na włączeniu do procesów zwiększania świadomości menedżerów najwyższego szczebla, dlatego organizujemy np. śniadania dla dyrektorów generalnych naszych firm członkowskich czy różne kampanie marketingowe. Wierzymy w to, że jeśli kobiety mają wsparcie z góry, to o wiele łatwiej będzie wprowadzić zmiany na wszystkich poziomach zatrudnienia. Oferujemy też program mentoringowy i wszelkiego rodzaju treningi, które pomagają kobietom nabyć umiejętności pomagające we wspinaniu się po szczeblach kariery.

Jak prezentuje się Szwajcaria jeśli chodzi o liczbę kobiet-menedżerek? 

Wciąż jest tu sporo do zrobienia. Razem z Uniwersytetem w Sankt Gallen przeprowadzamy regularnie badanie „Gender Intelligence Report”, w którym biorą udział szwajcarskie firmy. Tegoroczne wyniki pokazały, że w 75 firmach, które przeanalizowaliśmy, prawie połowa pracowników na stanowiskach niezarządzających to kobiety. To dobra reprezentacja. Ale im wyżej idziemy, jeśli chodzi o pozycję zawodową, tym bardziej kobiet ubywa. Jeśli weźmiemy pod uwagę wyłącznie top management, kobiety stanowią już tylko 18 procent wszystkich pracowników. Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem, określanym w amerykańskiej literaturze jako broken rung, złamany szczebel drabiny kariery. Kobietom jest bardzo trudno otrzymać przede wszystkim pierwsze stanowisko kierownicze, co jest związane z uprzedzeniami, ale i z tym, że przeważająca liczba awansów dokonuje się między 30. a 40. rokiem życia. A kobiety w tym wieku zazwyczaj próbują godzić pracę i życie rodzinne. W Szwajcarii wiele kobiet ogranicza wymiar etatu, a badania pokazują, że full time is still a king – najszybciej awansuje się pracując na 100 procent. Jeśli spojrzymy na indeks SMI, czyli 50 największych szwajcarskich firm, notowanych na giełdzie, widzimy, że tylko jedna z nich ma kobietę jako CEO, dyrektor generalną.

Niska reprezentacja kobiet na najwyższych szczeblach w biznesie to chyba nie jest wyłącznie problem Szwajcarii..

To prawda, ale tutaj jest on większy niż w innych krajach w Europie. Spójrzmy choćby na wymiar urlopu macierzyńskiego. W Szwajcarii trwa on tylko 14 tygodni. Tak, jakbyśmy się nie spodziewali, że kobiety po urodzeniu dziecka będą chciały wrócić do pracy. I rzeczywiście często nie wracają. Mam wrażenie, że w Szwajcarii nie sprzyja się matkom w dokonaniu wyboru, aby być aktywną zawodowo. A przecież to wybór jest najważniejszy. Jeśli kobieta chce zostać w domu i zająć się dziećmi, ponieważ właśnie to daje jej największą satysfakcję, to mam nadzieję, że sytuacja rodzinna jej na to pozwoli, a ona sama nie będzie oceniana przez innych negatywnie. Jeżeli jednak kobieta chce wrócić do pracy, jest to również jej prawo. Dobrze byłoby akceptować taki wybór i stworzyć system wsparcia dla kobiet, które chcą się realizować w swojej profesji. Jeśli spojrzymy na to, kto kończy studia, jest to tyle samo kobiet, co i mężczyzn, z delikatną przewagą tych pierwszych. Wypadałoby, żebyśmy jako społeczeństwo zaczęli z tego potencjału korzystać. 

Czy jako specjalistka od promowania kobiet w biznesie widzisz na tym polu zmiany w dobrym kierunku?

Przed nami długa droga, a każda firma zaczyna w innym miejscu. W Advance pracujemy z wieloma otwartymi, zaangażowanymi i świadomymi  ludźmi, którzy chętnie się uczą i chcą zmieniać swoje firmy na lepsze. To jest jeden promyk nadziei. Drugim jest to, że pokolenie baby boomu będzie wkrótce przechodzić na emeryturę. Obecnie jedna trzecia pracujących mężczyzn jest powyżej 50. roku życia, a tylko jedna piąta kobiet. W najbliższych latach więcej mężczyzn niż kobiet będzie odchodziło z pracy i to może być szansa na awansowanie kobiet. Żeby tak się stało, firmy muszą pracować nad uczciwymi praktykami, tak, aby procent promocji był bliższy procentowi zatrudnionych kobiet. 

Jak to się stało, że zawodowo zajęłaś się wspieraniem kobiet? 

Musimy się cofnąć do czasu, kiedy skończyłam 18 lat i wyprowadziłam się z Polski. Miałam jechać do Angli, a wylądowałam w Holandii. Tam pracowałam jako au pair i skończyłam studia, komunikację międzykulturową. Podczas studiów pracowałam też jako wolontariuszka w Gwatemali i byłam na wymianie w Meksyku. Później zaczęłam pracować dla ECCO, firmy produkującej buty. To był ekscytujący czas, bardzo dużo podróżowałam. W Danii, gdzie znajduje się główna siedziba firmy, pracowałam przez siedem miesięcy, a potem przez kolejne cztery w fabryce w Tajlandii. To właśnie praca w ECCO przywiodła mnie do Szwajcarii. Plan był taki, że zostaję tu pół roku, a potem przenoszę się do Stanów Zjednoczonych, ale w Szwajcarii bardzo mi się spodobało. Dostałam propozycję pracy na stanowisku sales managerki, najpierw na rynki EMEA, a potem na Azję i Stany Zjednoczone. To, co robiłam było bardzo ciekawe, ale po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że szukam czegoś więcej. Tylko jeszcze nie wiedziałam, co to dokładnie miałoby być. Zmieniłam nawet firmę, licząc na to, że ta zmiana da mi nową energię, ale szybko się okazało, że nie o to chodziło. Był to też czas, kiedy zaczęłam angażować się w działalność Lean In w Zurychu i ilekroć wychodziłam z tych spotkań, czułam, że robię coś, co ma sens. Chciałam w mojej pracy mieć takie poczucie na co dzień. Zaczęłam pracować z coachem, panią z Polski, ale mieszkającą w Holandii i to ona pomogła mi uświadomić sobie, co jest dla mnie jedną z najważniejszych wartości w życiu i w pracy. Wyszło na to, że jest to uczciwość i sprawiedliwość. Wtedy stało się dla mnie jasne, że potrzebuję pracy, która ma sens. Znajoma powiedziała mi o Advance, gdzie pomagałam najpierw jako wolontariuszka, a po miesiącu otrzymałam propozycję pracy. W tym czasie dołączyłam też do zespołu Capacity, organizacji, która zajmuje się pomocą migrantom i uchodźcom w usamodzielnieniu się w Szwajcarii. 

Wychodzi na to, że Twoją zawodową misją jest pomaganie innym. 

To wynika z moich osobistych doświadczeń, z tego, że sama w życiu otrzymałam wiele wsparcia od innych. Pochodzę ze Śląska, a moi rodzice są oboje niestety uzależnieni od alkoholu, więc nie zawsze mogli mnie wspierać kiedy tego potrzebowałam. Miałam dość trudne dzieciństwo, musiałam ciężko pracować nad sobą i swoimi możliwościami i dużo zawdzięczam ludziom, którzy pojawili się na mojej drodze. Przede wszystkim najbliższej rodzinie, babci, ciociom i wujkom, ale też obcym ludziom, na przykład rodzinie, u której pracowałam w Holandii i która dała mi przestrzeń do rozwoju i wspierała moje plany. Potem pojawili się też inni wspierający ludzie i oni wszyscy pokazali mi, że my naprawdę możemy zrobić wiele dla innych. Teraz sama staram się pomagać, angażując się w organizacje dające innym możliwości rozwoju, a czasem nawet pozwalają poczuć się jak w domu. Tak jak w Capacity, gdzie ludzie przychodzą z otwartą głową i otwartym sercem, i gdzie spotykają innych ludzi, którzy ich rozumieją. Czasem wystarczy trafić na kogoś, kto uwierzy, że masz w sobie więcej potencjału niż mówi metka, którą ktoś inny ci przypiął. 

Czym zajmuje się Capacity? 

Jest to organizacja, która narodziła się z myślą o budowaniu społeczeństwa otwartego i wspierającego wszystkich, niezależnie od ich pochodzenia. W centrum tego co robimy znajdują się uchodźcy i migranci w Szwajcarii, którzy budują tutaj na nowo swoje życie. Z jednej strony, dajemy im wiedzę na temat przedsiębiorczości i narzędzia do tego jak otworzyć swój biznes lub organizację non-profit. Z drugiej, tworzymy środowisko, gdzie każdy może czuć się sobą, zdobyć nowych przyjaciół, odbudować wiarę w siebie i znaleźć nadzieję na lepsze jutro. Każda osoba w Capacity otrzymuje mentora, który jest albo Szwajcarem albo mieszka tu od dłuższego czasu i zna tutejsze realia. W związku z tym, że nie każdy uchodźca ma pozwolenie na pracę, w programie Capacity mamy też osoby, którym nie wolno prowadzić działalności biznesowej, ale które mają ciekawe pomysły nienakierowane na zysk. Są to głównie inicjatywy skupiające się na pomaganiu innym, mimo, że sami pomysłodawcy często znajdują się w trudnej sytuacji. To są osoby, które są wdzięczne za nowe szanse, chcą być aktywne i przyczyniać się do rozwoju społeczeństwa, a umiejętności, których się uczą, przydadzą im się, gdziekolwiek się ostatecznie znajdą. 

Możesz podać kilka przykładów najciekawszych inicjatyw?

Trudny wybór! Jest u nas Natalia, która studiowała sztukę w Kolumbii i która teraz robi tutaj magistra. Natalia organizuje wycieczki po Zurychu, np. Zurich Street Art Tour, pokazując sztukę w przestrzeni miejskiej, a dzięki jej spojrzeniu i my możemy poznać to miasto w nieco inny sposób. Natalia i jej rodzina przez cztery lata żyli w zawieszeniu, dopiero niedawno otrzymali status uchodźców i pewność tego, że mogą zostać w Szwajcarii. Inna kobieta – Emilce, zajmuje się upcyklingiem kanap skórzanych. Zbiera z ulicy wyrzucone meble, zdziera z nich skórę i robi z nich przepiękne torby, portfele, etui na długopisy. Każdy produkt jest inny, tak jak każda sofa ma inną historię. Kolejny z naszych projektów łączy Szwajcarię i Nepal. Małżeństwo, Carmen i Tashi, założyli firmę, która nazywa się „Thank God It’s Fair Wear”. Szyją wysokiej jakości ubrania w Nepalu i sprzedają je w Szwajcarii. To zrównoważona, ręcznie wykonana moda, która bardzo dobrze się tu przyjęła. Wśród absolwentów naszego programu jest też Sunita, która odniosła sukces w Indiach, sprzedając niesłodzoną herbatę. Kiedy przeniosła się do Szwajcarii, potrzebowała wsparcia, aby kontynuować tutaj swój biznes. Między innymi dzięki programowi Capacity otworzyła swój online sklep i pierwszy stacjonarny sklep w Bazylei. Pracować z tymi ludźmi to sama przyjemność i ogromna inspiracja! 

Jak można wesprzeć Waszą działalność?

Capacity jest organizacją non-profit, która działa dzięki wsparciu finansowym przeróżnych fundacji i firm. W momentach kryzysu, z jakim mamy do czynienia teraz, budżety niestety często są cięte lub przeznaczane na inne cele. W związku z tym, że nie wiemy co przyniesie rok 2021, zdecydowaliśmy się na rozpoczęcie naszej pierwszej kampanii crowdfundingowej. Naszym celem jest zebranie 30.000 CHF na sfinansowanie co najmniej 5 stypendiów dla migrantów i uchodźców w naszym programie przedsiębiorczości w przyszłym roku. Kampania właśnie wystartowała, pierwsze stypendium już sfinansowane, a my jesteśmy niesamowicie wdzięczni za każdą dotację!

Nowy biznes Ani, Baby Miles, powstał z chęci wsparcia matek w doświadczeniu, jakim jest karmienie piersią.

Link do kampanii podaję na końcu tekstu i życzę Wam powodzenia. Zaprosiłam Cię do rozmowy z cyklu „Polki zmieniają Szwajcarię”, ponieważ kilka innych kobiet odezwało się do mnie po lekturze poprzednich wywiadów, mówiąc: musisz porozmawiać z Anną Stando. Czy Ty sama masz poczucie, że to co robisz, zmienia Szwajcarię?

Bardzo bym chciała, aby moja działalność w Lean In i w Advance pomogła zmienić obraz kobiety w Szwajcarii. A to idzie ręka w rękę z tym, co robię w Capacity. Prezentując działalność naszych przedsiębiorców i aktywistów, próbujemy uczynić Szwajcarię nieco bardziej otwartą na ludzi z różnych kultur i zmienić stereotyp uchodźcy. To są wspaniali, zaangażowani, dobrzy ludzie, którzy ubogacają społeczeństwo, a pracując lokalnie w Szwajcarii, często wspierają też miejsca, z których pochodzą i robią rzeczy zorientowane na przyszłość. Zarówno w pracy z migrantami, jak i z kobietami moim głównym celem jest wsparcie ludzi w tym, aby mogli realizować swój potencjał, bez względu na to, kim są i skąd pochodzą. To właśnie my, cudzoziemcy i cudzoziemki przyjeżdżamy tu z nową energią, z pomysłami i wypełniamy rożnorodne nisze, których w Szwajcarii wciąż jest sporo. Ja na przykład zauważyłam, że są rzeczy, których w Szwajcarii kobiety nie znają, a które mogłyby ułatwić im godzenie obowiązków macierzyńskich z pracą czy pomóc lepiej organizować sobie czas. Wystarczy tylko skorzystać z rozwiązań, które już istnieją. Właśnie dlatego postanowiłam ruszyć z własnym małym biznesem..

…i połączyć dwie kolejne role: mamy i przedsiębiorczyni.

Przyznaję, że gorączką przedsiębiorczości zarazili mnie ludzie w Capacity, a pomysł na własny biznes pojawił się za sprawą prostej wydawałoby się rzeczy – silikonowej pompki do ściągania mleka pokarmowego. Zupełnie przez przypadek zdałam sobie sprawę z tego, że mało która kobieta tutaj zna i korzysta z urządzenia, które mnie bardzo pomogło i zrobiło ogromną różnicę w doświadczeniu, jakim jest karmienie piersią. Zaczęłam opowiadać o pompce moim koleżankom z Capacity, które mają dzieci i sprowadzać ją dla nich za zagranicy. I to one mnie zachęciły, żebym zajęła się tym oficjalnie. Tak zaczęła się przygoda z Baby Miles, moim własnym mini-biznesem. W podziękowaniu za inspirację i w celu dalszego wspierania tej organizacji, za każdą sprzedaną pomkę przekazuję jednego franka szwajcarskiego do Capacity. Ziarnko do ziarnka aż zbierze się miarka… 

Dla mnie jesteś żywym przykładem tego, że w tak wyspecjalizowanym kraju jak Szwajcaria, wszechstronność jednak może być zaletą. 

Zmiana ścieżki kariery zajęła mi dużo czasu. I na pewno znacznie szybciej znalazłabym pracę w obszarze, w którym miałam już doświadczenie. Teraz z perspektywy czasu widzę, że choć robię wiele różnych rzeczy, to one wszystkie mają ze sobą wiele wspólnego. Jest mi też coraz łatwiej prezentować i komunikować moją wszechstronność tak, aby inni dostrzegali, że jest w tym wszystkim jakiś wspólny mianownik. Że to działa i ma sens. W Szwajcarii często jesteśmy zawodowo szufladkowane, na przykład na podstawie tego, skąd pochodzimy. Mam koleżankę z Polski, która pracuje w banku i zdarzyło jej się spotykać z reakcją: sprzątasz tam? Mnie chyba się udało stworzyć „szufladkę” dla samej siebie. Na własnych zasadach. 


ANNA STANDO 

W Szwajcarii od 2013 roku. Relations Manager w Advance – Gender Equality in Business. Członkini zarządu w Capacity Zurich i Lean In Switzerland. Właścicielka firmy BabyMiles. Magister komunikacji międzykulturowej. Regularnie przemawia na tematy związane z różnorodnością, integracją, zasadami równego zatrudnienia i walką z dyskryminacją. Mówi też o swojej historii pokonywania trudności, determinacji w dążeniu do celu i rozwijaniu kariery w zgodzie ze swoimi wartościami i zasadami. Z Anią możesz skontaktować się poprzez LinkedIn albo e-mail: anna.stando@gmail.com


WIĘCEJ INFORMACJI:

Link do kampanii crowfundingowej Capacity  https://wemakeit.com/projects/aid-refugee-migrant-talent-2020

Capacity: www.capacityzurich.ch 

Instagram: @pttp.walks – ‘Power To The People’ – wycieczki po Zurychu z Natalią 

https://www.amunemi.com/ – torby Emilce z upcyklingowej skóry 

https://www.tgifw.com/ – Thank God It’s Fair Wear – ubrania z Nepalu 

https://www.timetotea.ch/ – herbaty Sunity

Advance – Gender Equality In Business: https://weadvance.ch/

Advance & HSG Gender Intelligence Report: https://weadvance.ch/gender-intelligence/ 

Lean In Switzerland: www.leaninswitzerland.org 

Lean In & McKinsey yearly report: ‘Women In The Workplace’: https://womenintheworkplace.com/  

BabyMiles: www.babymiles.ch

Pięć i pół „ponieważ”. Szwajcaria? Ja tu nie pasuję!

Jedną stopą w górskim bucie. Drugą w piasku nad Bałtykiem.

„Proszę dowiedz się, czemu jest mi tutaj aż tak źleeeee”. Wyje w głowie Dawid Podsiadło, podbijając jeszcze to ssanie, które niektórzy nazywają nostalgią. Męczą wątpliwości: minęło prawie sześć lat i co ja tu właściwie robię? A może już czas, żeby… No właśnie, żeby co? 

Znajomi z dłuższym emigracyjnym stażem, oficjalnie przyznaję Wam rację! Mówiliście, że prędzej czy później dopadnie każdego. Ponoć lubi przychodzić po pięciu latach. Czasem daje znaki ostrzegawcze, ale bywa, że atakuje bez zapowiedzi. Mój wdarł się ukradkiem, podszył pod tęsknotę, żeby zbić mnie z tropu. I nawet się udało. Jednak uważna autodiagnoza wykazała jednostkę chorobową. Cierpią na nią ci, którzy wyjechali. Ci w wiecznym rozkroku. Ci, którzy się zastanawiają. Bo są trochę tam, trochę tu. Bo nie wiedzą czego chcą. A czują, że nie pasują. Na pewno tu, a może już i tam? Ci, którzy zadają sobie pytanie: wracać?

Diagnoza: kryzys migracyjny. Objawy: nadmierna melancholia, deficyt decyzyjności, poczucie zawieszenia, uwierający „kamyk w bucie”. Stan pacjentki: zmienny. Rokowania: niepewne.

Kryzys w raju. Niechętnie o nim mówimy. Bo jak komukolwiek może być źle w Szwajcarii? Brzmi jak najgorsze bluźnierstwo. Reakcje? Od „nie narzekaj, przecież tu się oddycha” po „nie podoba się, droga wolna”.

Klincz. Dół. Zapaść. Impas. Martwy punkt.

Sprawił, że to, co powinno zachwycać, spowszedniało. Bo ileż można łazić po tych górach? Prawda, są piękne, ale i nudne, bo wciąż takie same. Stoją niewzruszone i drwią sobie ze świata. Ze mnie, której marzy się zmiana. Nie to, co morze. Ono jest przecież w ciągłym ruchu. 

Sprawił, że to co dobre, zaczęło kłuć jak bliżej niezlokalizowany nerwoból. Odgrywany na co dzień teatr powierzchownej uprzejmości, w którym dotychczas z powodzeniem grałam swoją rolę, zamienił się w spektakl pociąganych za sznurki marionetek. Pod maskami te same sztuczne twarze. Jak krasnale ogrodowe, z przyklejonym grymasem na ceramicznym obliczu – nic nie jest w stanie wytrącić ich z równowagi. Łapię się na tym, że nie odpowiadam sąsiadom na miłe Grüezi, świadomie zwlekam z zapłaceniem rachunku, zostawiam parasol na klatce schodowej, nie czyszczę filtra w pralce. Mój bunt. Jaki kraj, taka rebelia.

Sprawił, że to co wcześniej niegroźnie wkurzało, teraz jątrzy. Lubuję się w obrzydzaniu, wyszukiwaniu wad, szukaniu potwierdzenia, że to nie jest kraj dla mnie. Przecież ja tu nie pasuję! Dlaczego?

Ponieważ nr 1: Lubię spontaniczność

Papierowy, w skórzanej okładce, dla tradycjonalistów. W telefonie, dla nowoczesnych. Ewentualnie w Outlooku, dla technologicznie zaawansowanych. Kalendarz. Terminarz. Agenda. Rzecz, bez której w Szwajcarii nie przeżyjesz. Nie hokej i nie piłka nożna. Helweckim sportem narodowym jest umawianie się. Na kolację, na kawę, na drinka, na spotkanie, na telefon, na email. Wyznaczanie sobie terminów – na za trzy miesiące, na 12 lutego i 25 kwietnia, na od.. do.., na urodziny za dwa lata i ślub za pięć. Dyktatura kalendarza. Społeczeństwo zaplanowane na kolejne trzy dekady. Powtarzam sobie, że za każdym razem, kiedy wyznaczam datę znajomym, umiera mały ptaszek. Trochę ich przez te lata zginęło (ptaszków, nie znajomych).. Nie chcę, żeby rytm mojego dnia wyznaczały rubryki w kalendarzu i przyjęty kodeks zachowań. Nie jestem emocjonalnym robotem. Lubię spontanicznie (i głośno) roześmiać się w pociągu czy autobusie. Rzucić głupi żart do kelnera w restauracji, wytracając go choć na chwilę z wyuczonej roli. Wejść po zamknięciu drzwi albo nie pojawić się wcale. Bo czy pięciominutowe spóźnienie (tak jak wyjście na wino bez planu) nie jest po prostu ludzkie? Na pewno bardziej niż skazywanie niepokornych na społeczne potępienie.

Ponieważ nr 2: Źle się czuję w szufladce 

Nie jestem opiekunką, pielęgniarką, kelnerką, sprzątaczką. Nie sprzedaję ubezpieczeń ani funduszy inwestycyjnych. Nie pracuję na uniwersytecie. Ani w fabryce. Nie wysłała mnie tu żadna korporacja. Nie mam prostej i przejrzystej ścieżki kariery. Nie mam ładnego CV. Nie jestem bezrobotna, nie jestem zatrudniona. W Szwajcarii wolni strzelcy są podejrzani. Prawie jak żyjący tu nomadzi. „Napisałaś książkę! Świetnie. A czym się zajmujesz zawodowo?”. Wartość człowieka w kraju dobrobytu wyznacza trzeci filar emerytalny, stan konta oszczędnościowego i liczba lat przepracowanych w jednej firmie. Żyjesz od zlecenia do zlecenia? Pandemia dała Ci w kość? Nie wiesz co dalej? Spokojnie, damy Ci ostatnią szansę. Na stole leżą dwa wnioski: przedłużenie pobytu w Szwajcarii o pięć lat i podanie o szwajcarski paszport. Nie wiem, gdzie będę za pięć lat. Nawet nie wiem, gdzie będę za pięć miesięcy. Jakie to nieszwajcarskie.

Ponieważ nr 3: Nie jestem matką-imigrantką

Szwajcaria to raj dla matek. A matka-imigrantka to nierozerwalny związek frazeologiczny. To, że matki nie pracują, nikogo w Szwajcarii nie dziwi. Zwłaszcza, jeśli to matki przyjezdne. Współczynnik zatrudnienia wśród cudzoziemek mających dzieci jest znacznie niższy niż wśród matek-Szwajcarek. Te ostatnie jakoś znalazły sobie (wywalczyły?) miejsce na rynku pracy. Matki-imigrantki mają absolutne społeczne przyzwolenie na to, żeby zostać z dzieckiem w domu, najlepiej do momentu, aż to nie pójdzie do przedszkola. Jeśli bardzo brakuje im pracy (albo pieniędzy) matki mogą zatrudnić się na „procent” – ale nie więcej niż jedną trzecią etatu, inaczej ucierpi na tym dziecko. Miejsce matki-cudzoziemki jest przecież w domu. A miejsce cudzoziemki-niematki? W pracy. Chcesz pracować na pół etatu, a nie masz dzieci? Zapomnij. Te stanowiska w Szwajcarii już są zarezerwowane.

Ponieważ nr 4: Nie nauczyłam się dyplomacji 

Lista pytań i stwierdzeń, które w rozmowach ze Szwajcarkami i Szwajcarami nie mają prawa paść: Ile zarabiasz? Jeździsz na zakupy do Niemiec? Szwajcaria jest taka zależna od Unii Europejskiej. Czytałaś tę książkę o deportacji Żydów podczas drugiej wojny światowej? A o handlu złotem z Hitlerem? Szwajcarska bankowość jest niezwykle skostniała, zupełnie jak model rodziny. Szwajcaria potrzebuje urlopu ojcowskiego i darmowych żłobków. Dlaczego te bilety są tak drogie? Wstydzisz się mówić po niemiecku? Serwis w tutejszych restauracjach jest fatalny. Co studiowałeś? Nie stać mnie. Masz czas za godzinę?

Wszystkie powyższe pytania i stwierdzenia padły.

Ponieważ nr 5: Nie chcę się odciąć 

Co Ty się tak przejmujesz tymi wyborami? Daj sobie spokój. Przecież nie mieszkasz w Polsce. Ciebie to nie dotyczy. Mówią mi Polacy w Polsce. Mówią mi Polacy w Szwajcarii. A mnie dotyczy. Dotyczy, że hej. Nie chcę być Polką, która hiperwentylowana czystym alpejskim powietrzem, zapomniała skąd jest. Ani taką, która płaci frankami za amnezję. „Bardziej szwajcarską od Szwajcarów”. Chcę pozostać Polką, która wie, co się dzieje w Polsce. Która zaczyna dzień od informacji z Polski. Która czytając je śmieje się i płacze, czasem jednocześnie. Polką, która cierpliwie tłumaczy swój kraj Szwajcarom. Nawet w momentach, kiedy wstydzi się za ten kraj najbardziej na świecie. Nawet wtedy, kiedy sama go nie rozumie. Dlatego będę chodzić na wybory (i o tym pisać) nawet gdy zostanę tu kolejnych 5, 10, 20 lat. Choć wiem, że wielu Polaków w Polsce (i w Szwajcarii) wolałoby, żebym już oddała paszport.

Ponieważ nr 5 i pół: Kocham góry, ale nie potrafię żyć bez morza. Sorry Szwajcario!

Szwajcaria w czasach zarazy. Odcinek 2: Świat kurczy się do minimum

swiss2

Tekst: Emilia Sułek* Ilustracja: Quarantine Collages*

W okolicy wylądował statek kosmiczny. Jego ponury cień kładzie się na podalpejskie ulice. Drzwi statku są zamknięte. Kosmici jeszcze nie zeszli na ziemię. Nie wiadomo czego chcą, ale lepiej ich nie prowokować. Mniej więcej taką atmosferę mamy w Kriens. Ludzie chodzą jak na palcach. Jest w nich coś nienaturalnego. 

Tydzień V. Sytuacja jest poważna

Grozę sytuacji czuje się w sklepach. Sobotnie zakupy przypominają sceny z filmu science fiction. Zanim otworzą się główne drzwi musisz odczekać na ulicy. Potem dwa kroki do żółtej linii. Zamaskowana pracownica sklepu klika coś na aparacie, jakby liczyła pasażerów wsiadających na pokład. Kiwa głową, możesz iść dalej. Dalej, czyli do kolejnej linii. Potem następnej i następnej. „Ile może być osób w sklepie”, pytam kontrolerkę ruchu sklepowego. „Teoretycznie 150, ale wszyscy idą na warzywa, więc mieści się mniej.” Faktycznie, między ziemniakami a pomidorem ukrywa się facet z kabelkiem w uchu. Czujnym okiem liczy kupujących. Kiedy zagęszczenie między straganami się rozrzedzi, kolejna osoba może wejść na pokład. 

Nie można szwendać się między półkami czekając na kulinarne olśnienie. Z głośników, z których na wiosnę płyną reklamy ravioli z czosnkiem niedźwiedzim i sosu holandaise, słychać: „Prosimy kupować szybko i przemyślanie. W ten sposób umożliwimy innym skorzystanie z usług sklepu.” Ale nie wszystko jest na sprzedaż: sprzęt AGD, zabawki i kilka innych regałów obwiązanych jest taśmą. „Nie są niezbędne do życia”, informuje ekspedientka. Przed wyjściem kolejka do mycia rąk. „Ciekawe, kiedy moje palce będą świecić jak u E.T.”, myślę wcierając w skórę płyn do dezynfekcji. Butelka z nim króluje przy drzwiach, przywiązana sznurkiem do stolika. W kraju, gdzie sklepy zostawiają na ulicy palety pelargonii i nikt ich w nocy nie kradnie, okazuje się, że jest coś co podważa wiarę w uczciwość obywateli. A może powab płynu do dezynfekcji mocniejszy jest niż morale?

W czasie wojny trzeba sobie radzić. A Szwajcaria jest w stanie wojny z wirusem. To sformułowanie powtarza się w wypowiedziach ekspertów: od medycyny, gospodarki, życia społecznego. Wszyscy podkreślają: takiej sytuacji Szwajcaria nie widziała od lat. Mobilizacja wojska (żołnierze pomagają służbom medycznym) pierwsza w tej skali od drugiej wojny światowej. Kontrole na granicach, kłopoty z aprowizacją. Nawet wiosenny rytuał Sechseläuten w Zurychu, stały punkt w kalendarzu miasta, został odwołany. Pierwszy raz od czasu wojny. Mimo że dla Szwajcarii wojna jest abstrakcją, porównania te mają wielką moc. 

To że ludzie pojęli grozę sytuacji jest zasługą telewizji. Teraz oglądają ją wszyscy, nawet przeciwnicy płacenia abonamentu. Sobotnie wiadomości osiągają szczyt dramatyzmu. Pokazują nagranie ze szpitala w Romandii. Lekarze dzwonią do kobiety, której matka leży – w stanie agonalnym – na ich oddziale. Córka dzielnie przyjmuje tragiczną wiadomość – widzimy jej twarz na ekranie telewizora. Zaraz potem relacja z anonimowego szpitala we Włoszech. Rzędy łóżek. Na łóżkach zaintubowani pacjenci podłączeni do skomplikowanej aparatury. Obok lekarze ubrani jakby usuwali skutki eksplozji w Czarnobylu. Kolejny materiał z Madrytu: kawalkada samochodów wiezie ciała do hali hokeja zamienionej w kostnicę. Komentarz mówi, że na COVID-19 umiera się samotnie. Nawet na pogrzebie nieboszczyk jest sam. 

Po wiadomościach telewizja podaje środek łagodzący szok. Program Zäme dihei czyli „razem w domu”. Różni ludzie, bardziej i mniej znani, na kanapie albo za kuchennym stołem, opowiadają o życiu w samoizolacji. Taki Big Brother, ale w innym stylu. Telewizja straszy, ale i uspokaja. Zakazu wychodzenia nie będzie, ogłasza minister zdrowia. Ale wychodzić nie należy. Kanton Uri zbytnio wysunął się przed szereg, wprowadzając – z czystej troski o mieszkanców – zakaz wychodzenia dla seniorów. Szybko dostał po łapach, bo taki zakaz jest niekonstytucyjny. Mimo stanu pandemii rząd liczy na rozsądek obywateli. To rozsądek i samodyscyplina mają być kluczem do sukcesu.

Kraj podzielony jest jednak w opiniach. W Romandii i Tessynie ludność domaga się radykalnych kroków, włącznie z zakazem wychodzenia z domu. W niemieckojęzycznych kantonach panuje większy relaks. Albo zaufanie do rządu jest tu większe albo fakt, że ofiar jest mniej, sprawia, że ludzie biorą chorobę mniej serio. A ona jest tuż-tuż. Urodziny kolegi. Narzeczony dzwoni z życzeniami. „Nie, nie ma imprezy. Nastroju zresztą też nie”, kolega mówi ponuro. Obydwoje rodzice są pozytywni. Byli na nartach w Gryzonii. Po powrocie zadzwonił znajomy, z którym spędzali ferie. Wykryto u niego wirusa. Następnego dnia matka jest już na intensywnej terapii. 

Tydzień VI. Społeczeństwo się organizuje

Liczba zachorowań skacze o kilkaset przypadków dziennie. Za jakiś czas przestaną podawać te liczby w mediach. Za to jak grzyby po deszczu pojawiają się apele o pomoc. Szpital kantonalny w Lucernie poszukuje wszystkich: od medyków po niewykwalifikowanych wolontariuszy. Zgłaszam się następnego dnia. Ze względu na liczbę zgłoszeń, nie przyjmują więcej ochotników. Miasto Kriens też szuka. Spotkanie informacyjne odbywa się w kościele, tymczasowo zamienionym w punkt dowodzenia. W nawie głównej, rozsadzeni daleko od siebie jak na egzaminie maturalnym, chłoniemy informacje, co wolno a czego nie. Nie podajemy rąk. Nie wchodzimy do mieszkania. Robimy co trzeba: zakupy, wynieść śmieci i surowce wtórne (choćby świat się walił, w tej dziedzinie musi panować porządek), wyjść z psem. Zakupy tylko podstawowe, żadnego preppingu. Gdyby ktoś zażyczył sobie pięć kilo cukru i kopę jaj, mamy meldować do centrali. 

Kilka dni później dostaję pierwsze zlecenie: odebrać leki z przychodni. Tam prawie apokalipsa. Emeryci szturmują recepcję. Kobieta, której dostarczam leki przyznaje, że ma zapas na parę miesięcy. Nie dziwię się, że w aptekach wprowadzono limit na aspirynę i tabletki przeciwbólowe. Kolejne zlecenia to zakupy spożywcze. Listy zakupów są fascynujące. Sałatka makaronowa, parówki, purée ziemniaczane. Widać, że samotny mężczyzna, który gotować nie chce albo nie umie. Dla takich osób gazety publikują teraz „ABC gotowania dla dorosłych.” Inni nasi podopieczni mają bardziej rozbudowane plany. Cztery sznycle, ale nie grubsze niż na centymetr (mają być ucięte przy mnie, na stoisku masarskim, jak zapisane jest w instrukcji), fenkuł, oliwki i rukola, jogurt bez laktozy. Do tego wskazówki, do którego sklepu pójść. Niektórym jest wszystko jedno. Inni zaznaczają, że do delikatesów. Przed mieszkaniem, gdzie deponuję zakupy, znajduję kopertę. W niej podziękowania i 5 franków, żebym miała „na kawę”. Oczywiście, jak otworzą kawiarnie. To prędko nie nastąpi. 

Naród popiera decyzje rządu. Może tylko fakt, że sklepy ogrodnicze są zamknięte trochę denerwuje. No bo siedzisz w domu, jest wiosna, to można by chociaż kwiatki posadzić na balkonie. No ale właśnie nie można. W osiedlowym sklepiku, emeryt w kaszkiecie i swetrze na guziki rozpaczliwie rozgląda się po regale z jarzyną. „Sadzonek szukam”, mówi z mało szwajcarskim akcentem. Żona go wysłała. „Przykro mi, sadzonek nie mamy”. „To może chociaż cebula?” Mężczyzna nie chce wracać z pustymi rękami. „Z tej sklepowej i tak nic panu nie wyrośnie”. Ta pustynia konsumpcyjna jest sucha tylko pozornie. Pod powierzchnią tego co wygląda na przerwę od zakupomanii, bujnie kwitnie podziemie. Kto umie nawigować online, kupi wszystko. Sadzonki i ziemię do kwiatków też. Na naszej ulicy samochód firmy kurierskiej jeździ tam i z powrotem. Poczta wprowadziła już ograniczenia na dostawę paczek. Sortownie pękają w szwach, a listonosze narzekają na bóle krzyża.

Zamknięty fryzjer też irytuje. Warstwa żelu we włosach mężczyzn wyraźnie się zwiększa, a odrosty na głowach kobiet dekamuflują ukrywaną siwiznę. Narzeczony męczy mnie, żebym go ostrzygła. Bronię się jak mogę: „Zobacz, pani Sommaruga też ma fryzurę na Limahla. To hit tej wiosny.” Od początku podejrzliwie obserwuję członków rządu: czy mają prywatnego fryzjera, podczas gdy naród cierpi na permanentny bad hair day? Okazuje się, że w porządnej demokracji ludzie – pod tym względem – naprawdę są równi. 

Obowiązkowe dwa metry dystansu powoli wchodzą w społeczny krwioobieg. Na chodniku sąsiedzi omijają się szerokim łukiem. Nastolatki jedzą lody przed sklepem, na dwóch końcach ławki, jakby się właśnie pokłóciły. Dwóch facetów na murku pije trzecie piwo. Między nimi dwa metry. Nasza comfort zone rozszerza się do niekomfortowych rozmiarów. Jedni uśmiechają się skrępowani, robiąc unik na trawnik. Inni odwracają oczy. Ci co się zamyślą i zapomną o nowym savoir-vivre, usłyszą bolesną uwagę pod swoim adresem. „Proszę się ode mnie odsunąć!” Taka bezpośredniość (bez słynnego koniunktiwu) jest w Szwajcarii czymś niesłychanym.

Przez okno mieszkania słychać serenady: kosiarkę sąsiada i karetkę na sygnale. Czy mi się zdaje, czy tę drugą słychać teraz częściej? Na karetkę zaparkowaną dwa domy dalej wpadam wracając z zakupów. Zimny dreszcz przebiega mi po plecach. W domu narzeczony wita mnie z plastikową butelką w ręce. „Zwinąłem z pracy”, oznajmia rzeczowo. „Zdezynfekuj.” Do kompletu maseczka. Od tej pory na zakupy chodzimy zamaskowani. Bonnie and Clyde epoki COVID-19. 

Tydzień VII. Taki mały kraj

Po pustych ulicach dobrze jeździ się samochodem. Zwłaszcza jeśli od dawna nie siedziało się za kółkiem. Codziennie wymykam się z domu, zrobić kurs po okolicy. Miejskie chodniki są puste, ale tam, gdzie zaczyna się życie prywatne, panuje większy luz. Schowani na opuszczonym placu zabaw młodzieńcy palą marihuanę, a grupa emerytów delektuje się cuvée na pikniku na pobliskiej górce. Życie balkonowo-ogródkowe kwitnie. U sąsiadów grill jest codziennie. Są goście, piwo i kiełbaski. Trudno się dziwić, w sklepach zaczynają się promocje. 

Wielkanoc zbliża się wielkimi krokami. Czas rodzinnych wycieczek i wizyt w kościele. Żeby zniechęcić ludność do spacerów, Lucerna planuje zamknąć główną promenadę. To samo zrobił już Zurych. Miasto Zug wprowadziło patrole konne, które rozganiają spacerowiczów. Nad jeziorem w Lucernie wciąż widać amatorow pięknych widoków. Tu ktoś z psem, tam rodzina z lodami. Na trawniku przed zamkniętym hotelem piętrzy się góra zdemontowanych ławek. Człowiek jak gołąb, lubi usiąść. Żeby go do tego zniechęcić, miasto zarządziło demontaż. Kościoły są otwarte, mszy jednak się nie odprawia. Woda święcona wyparowała. Ze względów bezpieczeństwa, jak czytam na drzwiach jednej świątyni. Proboszcz zachęca do modlitwy za tych, których dotknęła tragedia. I informuje, że pogrzeby odprawia się bezpośrednio na cmentarzu, tylko w gronie najbliższych. Fakt, nekrologi w gazecie opatrzone jest komentarzem: „Pogrzeb w gronie najbliższych. Msza w intencji odbędzie się w terminie późniejszym”. Czyli po zakończeniu stanu wyjątkowego. 

Zapuszczam korzenie w domowym biuro-areszcie i szukam dobrych stron życia w samoizolacji. Pasjami nadrabiam zaległości kulturalne. Moje ulubione radio przestawiło się na szwajcarską muzykę (tę współczesną, nie mam na myśli jodłowania). To w ramach wspierania miejscowych artystów. Całymi dniami puszczają szwajcarskie the best of z kolejnych dekad. W innej sytuacji nie miałabym okazji jej poznać. Szwajcarscy pisarze czytają fragmenty książek online. Kilka szwajcarskich filmów obejrzę w internecie, gdzie teraz są dostępne legalnie i tanio. 

Ucieczka w to, co nam znane, jest wygodnym rozwiązaniem: dodaje siły w czasie kryzysu, ale zawęża horyzont odczuwania. Szwajcarska telewizja informuje głównie o sytuacji w Szwajcarii. Dodatkowo o Włoszech, Hiszpanii i innych „ważnych” sąsiadach. Europa nie-zachodnia w mediach praktycznie nie istnieje. Od wybuchu pandemii w wiadomościach padło kilka słów o Chorwacji, ale to z okazji trzęsienia ziemi. Z Kosowa nadali relację o kryzysie rządu. No i z Węgier, kiedy Viktor Orbán, pod przykrywką pandemii, podarował sobie władzę absolutną. Inne kontynenty też prawie nie istnieją. Zglobalizowany świat skurczył się nam do minimum. 

Tymczasem w sklepach rzucili nowy towar. Szwajcarskie flagi z hasłem w czterech językach: „Razem odpowiedzialnie i solidarnie.” Solidarna wydaje się być nasza sąsiadka, kiedy ogłasza całkiem na poważnie: „Wszyscy powinni się pozarażać. W ten sposób się uodpornią”. „A ci co przy okazji umrą?” Pytam. „Przecież nie umiera aż tyle. Włosi są po prostu gorzej zorganizowani.” Podobną opinię słyszę wielokrotnie. Poza tym „świat jest przeludniony, więc lepiej, jak liczba ludności się zmniejszy.” Włosy stają mi dęba. „A gdyby to o twoich rodziców miałaby się ona zmniejszyć?” W tym samym czasie, w Indiach, tysiące ludzi maszerują pieszo do domu (bo pociągi zjechały na bocznicę) a moje kuzynki w Lubelskiem szyją w domu maski (bo – to nie prima aprilis – w szpitalach ich zabrakło). Czy krótkowzroczność to konieczny efekt uboczny pielęgnacji własnej tożsamości? 

Choroba jakby powoli traciła walor grozy. Być może ludzie uodparniają się psychicznie na wirusa? Zdiagnozowanych jest już 24.000. Tych liczb telewizja już jednak nie podaje. O zdrowiu mówi się już coraz mniej. Więcej o gospodarce i jej ratowaniu. Kolejne branże zgłaszają swoje roszczenia. Fryzjerzy, przedszkolanki, każdy kto może. Nawet kolej chce odszkodowań za straty spowodowane brakiem pasażerów. Z etapu siania przestrachu przeszliśmy na etap radzenia sobie z kryzysem. Rząd obiecuje, że pod koniec kwietnia rozluźni uścisk. Ale warunkiem jest to, by w Wielkanoc zostać w domu. Dla Szwajcarów, którzy w święta masowo ruszają na południe kraju, to brzmi jak asceza. 

Tydzień VIII. Święta, święta i po świętach

Wielkanoc minęła spokojnie. W sklepach kolejki. U sąsiadów grill jak zawsze. W naszym ogródku pierwsze rzodkiewki nieśmiało wypuszczają listki. Zaaferowana wirusem nie zauważyłam, że od kilku tygodni nie padał deszcz. „To straszne. Znowu będzie susza”, zagaduje mnie sąsiad z przepisowych dwóch metrów. Po chwili się miarkuje. „Pewnie uważasz, że my w Szwajcarii nie mamy problemów?” 

Po świętach rząd ogłosił plan wychodzenia z kryzysu. Krok po kroku. Będzie można kupić kwiatki i pójść do fryzjera. 

 


*Emilia Sułek: antropolożka, dziennikarka, menedżerka kultury. Przyjechała do Szwajcarii za pracą, została z miłości. Nie tylko do gór. Specjalistka od Azji Środkowej we wszystkich odmianach. 

*Quarantine Collages – kolaże w czasach zarazy, więcej na: instagram.com/quarantinecollages

Szwajcaria w czasach zarazy. Odcinek 1: Twierdza zostaje zdobyta

Szwajcaria w czasach zarazy

Tekst: Emilia Sułek*  Ilustracja: Quarantine Collages*

Wuhan. Miasto w środkowych Chinach. Tak daleko, a tak blisko. 

Zdjęcia z Wuhanu stały się naszym chlebem powszednim. W Szwajcarii oglądał je każdy. Od grudnia, dzień w dzień, telewizja pokazywała opustoszałe ulice miasta i ubranych w kombinezony ratowników medycznych. Do tego astronomiczne liczby ofiar. Tak samo abstrakcyjne jak i miasto, o którym wcześniej wielu nie słyszało.

Pod koniec stycznia przyszedł czas na Włochy, kraj lepiej nam znany. Pierwsi zakażeni, a potem tragiczna eksplozja zachorowań. W telewizji zdjęcia z przepełnionych szpitali w Lombardii i raporty o lekarzach, którzy nie dają sobie rady. Niby bliżej, ale wciąż abstrakcja. 

A potem w Szwajcarii pojawiła się pierwsza osoba, u której wykryto COVID-19. 25 lutego, czas karnawału. To jednak nie był żart. Właśnie mija miesiąc.

Tydzień I. Abstrakcja trwa 

Patrząc na historię epidemii wirusa COVID-19 wśród Helwetów, można rzec: dobre złego początki. Kiedy gruchnęła wiadomość, że w Wallis wykryto „pacjenta zero”, niewiele osób wzięło to serio. Wśród moich najbliższych zaobserwowałam zdziwienie, że i tutaj wirus dotarł. Oznak niepokoju brak. Choroba wciąż wydaje się być daleko. 

Kolejne dni przynoszą wzrost zachorowań. Towarzyszy im wiadomość, że osoby, które miały kontakt z zakażonym, objęte są kwarantanną. Ta mrówcza, niemalże detektywistyczna robota, poraża skrupulatnością. Wiara w system jest duża: „Jeśli mieliśmy kontakt z kimś chorym (ale niby gdzie?), lekarz sam się po nas zgłosi”. Posługując się tą logiką, na Literaturfest w Lucernie, dobrowolnie wpisuję się na listę gości i podaję numer telefonu. Co tam ochrona danych osobowych! Gdyby odkryto, że inny miłośnik książek miał wirusa, lekarze mnie znajdą. 

Rząd zaleca unikać imprez masowych. Te powyżej 1000 osób są powoli odwoływane. Rozdanie Swiss Music Awards w Lucernie odbywa się przy połowie sali. Kiedy odwołują maraton narciarski w Engandynie, Narzeczony i koledzy narciarze łapią się za głowę. W Bazylei nie będzie też karnawału. W kraju, w którym rzadko coś się odwołuje, ludzie się dziwią, ale do paniki im daleko. Przesadna ostrożność – dla jednych. Odpowiedzialny krok – dla innych. I jedni i drudzy zakładają, że to rozwiąże problem.

W pociągach tłok. Rząd zaleca unikać transportu publicznego, ale jak to zrobić w kraju, gdzie miliony dojeżdżają do pracy i szkoły. Poza tym to pracodawca ma zdecydować o przejściu w tryb Home Office. I tak, czekając na decyzję „z góry”, krążę między Lucerną, Bernem i Zurychem. Wdycham morowe powietrze i nasłuchuję, czy ktoś kaszle. Razem ze mną słucha cały wagon, pełen ludzi skazanych na dojeżdżanie. Może tylko zrobiło się ciszej. Nie ma już głośnych rozmów przez telefon – tak jakby, żeby zminimalizować ryzyko wchłonięcia wirusa, pasażerowie przestali się odzywać. 

Nowy termin, social distancing, powoli wkracza do mediów, ale w pociągach tłok jak zawsze. Apele o trzymanie odstępu pasażerowie przyjmują zakłopotanym uśmiechem: „W godzinach szczytu nawet sardynki w puszce mają luźniej. Mam powiedzieć, że puste miejsce obok jest zajęte?”

Tydzień II. Bierzemy to na lekko

Po dużych imprezach przyszedł czas na mniejsze. Tokarczuk nie przyjedzie do Szwajcarii. Konferencja w Zurichu odwołana. Wystawa, której jestem kuratorką, przesunięta na za rok. W kalendarzu robi się pusto.

Szwajcarzy przyjmują to ze zdziwieniem. „Jak to, wystawa miała być w maju? Do tego czasu będzie po wszystkim.” Na wieść, że Azja Środkowa – Kazachstan i Mongolia – do których miałam jechać na wiosnę, wprowadzają restrykcje wjazdu, znajomi robią wielkie oczy. Tak jakbyśmy to tylko my w „rozwiniętej” Europie mogli komuś pozwalać wjechać albo nie. Polska już zamknęła granice. Szwajcaria nadal jest otwarta.

Apele o social distancing przynoszą niewiele. W Nordbrücke, ulubionej knajpie w Zurychu, tłok tak gęsty, że niemal intymny. Dopiero co poznane osoby wylewnie całują mnie na pożegnanie. To jeszcze nie dekadencja życia na tonącym statku, raczej chęć pokazania, że nic nas nie rusza. Albo błogie myślenie, że kryzysy to gdzieś indziej, ale nie tu. 

W pracy po staremu. Tylko kolega z Niemiec mówi, że jego matka ma kwarantannę. Córka znajomej też. Oho, więc to już nie tylko choroba telewizyjna. Zdarza się w prawdziwym życiu. Dla innych to nadal abstrakcja. Na seminarium w Bernie student kaszle jakby miał suchoty. „To tylko przeziębienie”, tłumaczy. Za parę dni okaże się, że następnych zajęć nie będzie. Przynajmniej nie twarzą w twarz. 

Pierwszy raz zauważam, że pociąg powrotny do Lucerny jest dość pusty. Może dlatego, że to „osobowy” przez Entlebuch? Przy oknie Japonka w szaliku naciągniętym na twarz. Poza tym cisza i spokój. „Gdyby dojeżdżanie do pracy zawsze było takie komfortowe!”, myślę patrząc na zielony krajobraz za oknem. Na szosie korek: ludzie wciąż dojeżdżają, tyle że samochodem.  

Pod koniec tygodnia przychodzi fala wiadomości z różnych kantonów. Politechnika w Zurychu zamyka podwoje. Uniwersytet w Lozannie i Lucernie też. Berno próbuje systemu rotacyjnego: połowa studentów na sali, druga w domu. Uniwersytet Zuryski uparcie chce dalej funkcjonować. Mimo tego, że to właśnie on był prekursorem w rozsiewaniu wirusa w tym mieście. W końcu i Zurych się poddaje. 

Lubię pracować w domu ale na fajrant dobry jest sport. Od paru dni z ciekawością obserwuję strony klubów fitness. Wszystkie otwarte, mimo że są miejscem intensywnej interakcji społecznej, gdzie różne rzeczy można „złapać”. W piątek wieczorem idę do Fitnesspark Allmend. „Państwo są otwarci?” „Oczywiście, do 22-ej”, słyszę na recepcji. „Mam na myśli Coronę.” Zaskoczenie. W środku zalecają trzymać dystans (sala i tak jest przepełniona) i wymyć po sobie sprzęt. Ale to robi się tu tak czy siak. Za dwa dni przyjdzie wiadomość, że z fitnessem koniec. 

A co z życiem towarzyskim? W weekend mamy zaplanowaną kolację dla znajomych. Bigos stoi już od kilku dni na balkonie. Goście stawili się prawie wszyscy. Przy drzwiach zamiast wylewnych powitań rozdzielamy komendy: zdjąć buty, powitanie łokciem albo skarpetką, potem mycie rąk. Każdy ma pilnować widelca i szklanki. Goście są zirytowani. Na hasło: „Umyj ręce”, słyszę: „Myłem w domu”. Posłuch w narodzie jest ograniczony. 

Corona jest jednym z wielu tematów przy stole. Głównie w kontekście tego, gdzie można pojechać na narty. Tu zamknięte, tam zamknięte. Ponoć w Berner Oberland niektóre trasy są otwarte. Ekologicznie uświadomieni Szwajcarzy mówią, że nareszcie mniej samolotów i środowisko będzie czyściejsze. Tylko że gospodarka straci. Wciąż są to rozmowy abstrakcyjne, wokół tematów-haseł: „klimat”, „gospodarka”. Na konkrety trzeba poczekać.

W sobotnią noc wykonuję rundę rowerem po mieście. Liczba osób, które mogą legalnie przebywać w jednym miejscu stopniała już do 50. Mimo to życie nocne kwitnie. Przed przepełnionym klubem wytacza się z taksówki zalany gość. Na parkiecie tłoczy się gęsta masa ludzi. W oknie innej knajpy napisane: „No Corona. Only local beer.” „Klient nr 51. nie zostanie obsłużony”. Jak to wygląda w praktyce, nie sprawdziłam. 

Przynajmniej pogoda dopisuje. Góry i świeże powietrze wciąż są dozwolone (Tatry i Mount Everest jednak zamknęli). Kolejki linowe wprawdzie nie działają, ale za to gastronomia ma się jak najlepiej. Uprzejmy komunikat w górskim Beizu mówi, że powyżej 50 osób lokal obsłużyć nie może, ale każdy stolik jest zajęty. Warunki do dalszego rozprzestrzeniania się wirusa można uznać za dobre. 

Tydzień III. Panika

W poniedziałek telewizja podała, że w ciągu jednej doby zanotowano wzrost zachorowań o ponad 800 osób. Szwajcaria wprowadza stan wyjątkowy. To sielankowe sceny ze szlaków narciarskich skłoniły rząd do akcji. Zważywszy brak solidarności między kantonami (vide: próba zarobienia na narciarzach z sąsiednich kantonów), teraz to państwo przejmuje dowodzenie. 

Szlaban dostają lokale, które nie są „niezbędne do przeżycia” (dla klientów, dla właścicieli sprawa wygląda inaczej). Otwarte będą spożywczaki, apteki, stacje benzynowe. Bez reszty obywatel musi się obejść. Do fryzjera nie pójdzie, butów nie naprawi. Sobotni targ w Lucernie odwołany do… odwołania. Zarządzenie wchodzi w życie we wtorek. Nieświadoma niczego, w poniedziałek idę do biblioteki pożyczyć książkę o ogrodnictwie (czuję, że wkrótce będę mieć czas na uprawianie ogródka). Bibliotekarka schowana za warstwą pleksi uśmiecha się blado. Dzień później biblioteka zostaje zamknięta. Podobnie jak inne instytucje kultury. 

Naród coś musi robić, więc biegnie do spożywczego. Puste półki w Coop i Migros to nie fake news. Zieją w nich dziury, szczególnie rażące w zestawieniu z ogólnym dobrobytem. Spaceruję między regałami tropiąc, co kupuje Szwajcar na czarną godzinę (für regnerische Tage, po szwajcarsku?). Na regale z mąką pusto. Nie ma makaronu i sosu pomidorowego. Ryż też wygląda blado. Sektor jajeczny opustoszał (Czy to już na Wielkanoc? Chyba tak, bo widzę, jak jakiś gość niesie koszyk wielkanocny „made in Migros”). Po papierze toaletowym nie został ślad.  

Za regałem, gdzie kiedyś stało müesli, czai się facet z aparatem. „Fotografuje pan pustkę?” Zagajam. „To trzeba udokumentować”, mówi. „Za dziesięć lat pokażę dzieciom. Inaczej mi nie uwierzą.” Jako Polka rocznik ’76 myślę: „Oj, szczęśliwy narodzie, co po raz pierwszy widzisz puste półki!” Makaron z sosem to dieta studencka. Każdy ugotować potrafi. Ale mąka? Czyżby każdy Szwajcar umiał piec chleb? Pewnie raczej pizzę. Telewizja podaje, że piekarnie ponoszą straty. Czyżby ludzie przestali kupować chleb? Jedzą już tylko ryż i makaron? 

Kombinacja tego czego „nie ma” jest frapująca. Za kryzysu kubańskiego, berlińskiego i wszystkich innych, dziadkowie chomikowali mąkę, cukier, spirytus i inne cuda. W późniejszym PRL-u było tak samo. Ale wtedy niewiele było. W bogatej Szwajcarii, myślałam, że ludzie będą kupować wino i łososia, coś lepszego niż mąkę typ 405. Okazuje się, że nawet w kraju dobrobytu naród władzy nie ufa i zaopatrzyć się musi.  

Idę wysłać rodzicom paczkę. W niej PADMA Grippe-Formel. Numerkomat na poczcie nie działa. To logiczne: hasło «be in touch» nacechowane jest teraz negatywnie. Na podłodze narysowane «krzyżyki», gdzie można stać (dla dowcipu wolałabym raz kółko, raz krzyżyk). Poczciarka, bezpieczny metr od lady, kiwa na mnie głową. Zaczynamy taniec „krok w przód, krok w tył”. Podchodzę, «Grüezi», kładę paczkę, krok w tył. Kobieta podchodzi, patrzy na adres. «Do Polski nie wysyłamy». Znowu krok w tył. Teraz ja do przodu. Biorę paczkę, dziękuję, wychodzę. Przy sąsiednim okienku klientka z „grupy ryzyka”, na oko 70+. Rozmawia, śmieje się, nie chce odejść. Kto jak kto, ale emeryci w przestrzeni publicznej widoczni są jak nigdy. 

Wiedza o sytuacji w kraju jest znikoma, ale wszyscy wiedzą, że kraj przygotowany jest na wirusa. Oglądam konferencję prasową. Daniel Koch, państwowy ekspert od chorób zakaźnych – przyciśnięty przez dziennikarza – przyznaje, że służba zdrowia ledwo dyszy. Wolnych łóżek na intensywnej terapii niewiele. Pytam znajomych Szwajcarów, jak myślą, ile. Rzucają: „1500?” Nie, 160. Są zdumieni. Telewizyjna propaganda mycia rąk też nie działa: wielu wciąż trudno zrozumieć, że wirus przenosi się przez dotyk. Klamki, pieniędzy, czegokolwiek. Ekspedientki w Kriens, miasteczku gdzie mieszkam, wydają resztę bez rękawiczek, a sklepowy podaje mi ser, do spróbowania, ręką. Zaufanie społeczne na prowincji jest duże. Chociaż u mojego dentysty w niewielkim Sarnen zniknęła półka z gazetami: na papierze COVID-19 też umie przeżyć. 

Bez tłumu turystów w Lucernie można spokojnie popatrzeć na Kappellbrücke, główną atrakcję miasta. Normalnie, w czasach nie-zarazy, omijasz to miejsce szerokim łukiem. Na moście zaczepia mnie facet, „Jakie pustki! Kto by pomyślał?” Dobre pytanie. Z tym, że Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła stan pandemii już 11 marca, a zdjęcia z Wuhanu oglądamy całą zimę. „No ale turystów z Chin nie ma!”, facet zauważa przytomnie. Obawiam się, że wielu myślało podobnie: skoro Chińczyk nie przyjeżdża, to choroby nie przywlecze. A że Szwajcar jeździ po świecie i coś może przywieźć, mniej nam się w głowie mieści. Zdumiewające, że mimo globalizacji i bycia w (prawie) sercu Europy, Szwajcaria nadal czuje się bezpiecznie schowana w górach. Twierdza nie do zdobycia. A jednak, Coronie się udało. 

Przy kolacji w środę konsternacja. Główne wydanie wiadomości spóźnia się o 17 minut. Tak po prostu, jak mówi komunikat, „z przyczyn technicznych”. Patrzymy po sobie. Takie rzeczy się tu NIE zdarzają. 

W czwartek wieczorem zapalam świeczkę na balkonie. Mówili w telewizji, żeby zapalić, na znak solidarności z tymi, co siedzą w domu sami. Wyglądam przez wszystkie okna, widzę zaledwie dwa światełka. Ja mam to w kościach, jeszcze z PRL-u, te akcje okienne. „Zamrugaj lampą, jak słuchasz Podziemnego Radia Solidarność”. Następnego dnia, o 12:30 ludzie klaszczą, jako umówiony znak podziękowań dla tych, co niosą pomoc medyczną. Może nie trwa to zalecanej przez media minuty, ale jednak. Społeczeństwo musi się jeszcze rozruszać. 

U Narzeczonego Home Office nie ma. W piątek wraca z pracy zdruzgotany. Ponoć jego fizjoterapeuta jest Corona-pozytywny. Pierwszy raz widzę przerażenie na jego twarzy. Jeszcze mu nie wspomniałam, że koleżanka z biura leży w łóżku z kaszlem i gorączką. Niedawno była w Paryżu. „To pewnie Corona”, napisała na WhatsAppie. Ale takich jak ona się nie testuje. „Cóż, francuskie metro to może nie był najlepszy pomysł”, rzuciła, nie bez francuskiej elegancji. 

Tydzień IV. Poczekamy, zobaczymy 

Zakazu wychodzenia z domu na razie nie będzie. Szwajcar musi się ruszać. Politycy mówią, że to jedna z podstawowych wolności. Poza tym zapobiegamy w ten sposób przemocy domowej. A ja myślałam, że w Szwajcarii przemocy domowej brak. Kto wie, ile jeszcze ciekawego nauczymy się dzięki wirusowi.


 

 

 

*Emilia Sułek: antropolożka, dziennikarka, menedżerka kultury. Przyjechała do Szwajcarii za pracą, została z miłości. Nie tylko do gór. Specjalistka od Azji Środkowej we wszystkich odmianach. 

*Quarantine Collages – kolaże w czasach zarazy, więcej na: instagram.com/quarantinecollages