Pocztówka ze Szwajcarii

Preview.PreviewServlet-5

Parking w Kloten. Rok 1985. Źródło: ETH-Bibliothek Zürich, Bildarchiv/ Comet Photo AG

Niespodzianki nie ma. Doroczny raport mierzący globalny dobrobyt ludzkości potwierdził, że Szwajcaria pozostaje najbogatszym krajem na świecie. A mnie przypomina się jedno zdanie z opowiadania Olgi Tokarczuk pt. „Obywatele najbogatszych państw świata”:

„Okazuje się, że obywateli najbogatszych państw świata czasami nie stać na życie we własnym kraju.”

No właśnie.

Dzisiaj temat, który o bogactwo zahacza. Samochody. Naiwnie wierzyłam w to, że im zamożniejsze państwo, tym mniejsza potrzeba podkreślania społecznego statusu za pomocą prostych symboli. Dla Szwajcara, w którego garażu stoi nie jedno, ale nawet dwa czy trzy, auto będzie miało inne znaczenie, niż choćby dla Albańczyka (w raporcie dobrobytu Albania to jeden z najuboższych krajów w Europie), na którego używane bmw często musi się zrzucić cała rodzina.

Tak mi się wydawało, dopóki w któryś sobotni poranek nie zaczęłam się uważniej przyglądać kierowcom spędzającym czas na myjni samochodowej. Z jakim zaangażowaniem i czułością, jeden obok drugiego, niespiesznie i z uwagą, pucują na błysk maski swoich rumaków. To musi być miłość.

Później się dowiedziałam, że w Szwajcarii pożyczyć komuś samochód, to jak oddać mu na przechowanie portfel pełen banknotów. Najwyższa forma zaufania do drugiego człowieka.

Szwajcarzy kochają auta. Z ponad 4,5 miliona zarejestrowanych samochodów osobowych Szwajcaria jest jednym z najbardziej zmotoryzowanych krajów w Europie. Ponad dwa miliony ludzi codziennie wsiada tu za kółko, żeby dojechać do pracy czy szkoły. Gdybym chciała wysłać komuś szczerą pocztówkę ze Szwajcarii, to zamiast połyskującej w słońcu tafli jeziora i ośnieżonych szczytów Alp, umieściłabym na niej sznurek aut.

Number_of_passenger_cars_per_thousand_inhabitants,_2017

Liczba samochodów osobowych na tysiąc mieszkańców. Źródło: Eurostat

Bo tam, gdzie na niewielkiej powierzchni jest tyle samochodów, są i korki. Tak się składa, że najbardziej zatłoczona autostrada w kraju to trasa z Winterthuru do Zurychu, niedaleko której mieszkałam przez ostatnie pięć lat. Ta droga korkuje się przez 349 dni w roku.

W Zurychu kierowcy tracą rocznie 156 godzin (prawie tydzień) stojąc w korku. To więcej niż w Berlinie, Barcelonie czy Krakowie. Wyliczono, że przestoje w transporcie kosztują Szwajcarię rocznie prawie 2 miliardy franków. Co robi w tej sytuacji najbogatszy kraj świata? Ogłasza wielki plan rozbudowy autostrad.

Fakt, auto to szybkość i wygoda, a autostrady w Szwajcarii są wręcz absurdalnie tanie (winieta na cały rok kosztuje 40 franków). Stąd powszechne przekonanie, że samochód jest tańszy w użytku niż korzystanie z transportu publicznego. Nie zawsze tak jest. Eksperci z Touring Club Suisse, największego klubu motoryzacyjnego w Szwajcarii policzyli, że wszystkie koszty użytkowania samochodu (ubezpieczenia, parkingi, serwis) mogą sięgać w Szwajcarii nawet 10 tysięcy franków rocznie. Za roczny bilet komunikacji publicznej w 2. klasie płaci się prawie trzy razy mniej. 

Z miłością do aut i nawykami społeczeństwa dobrobytu trudno jednak dyskutować. Niedługo miną dwa lata odkąd w moim domu zdecydowaliśmy się spróbować żyć bez samochodu. Pisałam o tym w tekście pt. „Wózeczkowcy” (dla przypomnienia, jest tutaj). Choć mąż czasem płacze w poduszkę, to wytrwaliśmy, jesteśmy zdrowi, wózeczek ma się dobrze. A co jest najpiękniejsze? Nie stoimy w korkach. Kiedy zdarza się sytuacja, że bez auta ani rusz, wtedy korzystamy z wypożyczalni.

Kiedy opowiadam o tym znajomym i nieznajomym Szwajcarom reakcje są różne. Niektórzy dziwią się tak, jakbyśmy przyznali się co najmniej do tego, że nie płacimy podatków. Nie mieć samochodu w kraju, w którym posiadanie go jest czymś tak naturalnym jak oddychanie, to wstyd. Coś, do czego lepiej się nie przyznawać, jak do tego, że aby oszczędzić kilka franków, jeździ się na zakupy do Niemiec.

gr-d-00.17.09.01.01.01-ind-computed_thumbnail

W 2018 roku kierowcy w Szwajcarii stali w korkach łącznie ponad 25 tysięcy godzin. Źródło: Bundesamt für Statistik

Samochód jest nieekologiczny. Szwajcaria ma ambicje stać się krajem neutralnym także klimatycznie. Z jednej strony mamy korki, z drugiej demonstracje w obronie klimatu. W dodatku Zieloni po ostatnich wyborach wdarli się przebojem do Berna i są czwartą siłą polityczną w parlamencie. Może jednak wszystko zmierza ku dobremu?

Przeczytałam ostatnio wywiad z przedstawicielem Zielonych w szwajcarskim parlamencie, w którym mówi on wprost, że aby zachęcić ludzi do korzystania z transportu publicznego, należałoby im obrzydzić jazdę samochodem. Na przykład polikwidować parkingi w miastach, zmniejszyć liczbę pasów na autostradach, obniżyć limity prędkości, podnieść cenę benzyny. Tak jakby stanie w godzinnych korkach już nie było wystarczająco uciążliwe.

A może zamiast obrzydzać, lepiej uatrakcyjniać? Zwiększyć pulę tanich biletów kolejowych i oferowanych przez gminy dziennych kart na całą Szwajcarię? Budować miasta z myślą o rowerzystach, a nie o kierowcach? Tak harmonizować rozkłady jazdy pociągów i autobusów, aby droga do pracy trwała jak najkrócej? W stolicy Estonii, Tallinie, komunikacja miejska jest bezpłatna. Dlaczego nie w Winterthurze? Przecież Szwajcaria to najbogatszy kraj na świecie. Możliwości są nieograniczone.

Choćbyśmy żyli w najbardziej zielonym kraju na świecie, zawsze będą tacy, którzy bez auta żyć nie mogą. Ci znaleźli sobie alternatywę. Na baterię. Szwajcarscy kierowcy wprost zakochali się w elektroautach. Jeśli chodzi o ich sprzedaż, Szwajcaria to piąty największy rynek w Europie. Pół roku temu przeprowadziłam się do nowego budynku, gdzie w podziemnym parkingu każde miejsce ma już ładowarkę. Władze Zurychu planują budować specjalne parkingi w mieście, przeznaczone wyłącznie dla elektroaut. Cicha i tak Szwajcaria za kilka lat stanie się prawdopodobnie bezszelestna.

Skąd wziąć na to wszystko prąd, skoro zamykamy elektrownie atomowe? Dobre pytanie. Ale to już temat na zupełnie inny tekst. 

Un witz, ou bien? czyli jakim językiem mówią Szwajcarzy w Romandii 

Autorka: Kasia Schiller, absolwentka filologii francuskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, specjalizuje się w lingwistyce i dydaktyce. Absolwentka Didactique des langues et ingénierie pédagogique numérique na Uniwersytecie Stendhal w Grenoble we Francji. W Szwajcarii francuskiej pracowała w latach 2008-2015. Obecnie pracuje w kantonie Zurych. 

Sprachen_CH_2000_fr

Językowa mapa Szwajcarii. Fot. Wikipedia, Marco Zanoli

Krajobraz językowy Szwajcarii francuskiej (po francusku Suisse romande lub nieoficjalnie Romandie, termin wprowadzony po raz pierwszy w 1723 roku przez historyka Arbrahama Ruchat) fascynuje i jest przedmiotem zainteresowania wielu lingwistów. Badania w 2015 roku na uniwersytetach w Neuchâtel, Genewie i Zurychu wykazały, że Szwajcarzy francuscy są dumni ze swoich regionalizmów i starają się je pielęgnować. Co ciekawe, regionalizmy są częściej przekazywane dzieciom przez ojców niż przez matki, które wolą uczyć dzieci „poprawnej” francuszczyzny. 

Szwajcarski francuski ma wiele ciekawych różnic w słownictwie, gramatyce, a nawet wymowie w porównaniu do francuskiego standardowego. W większości przypadków Francuzi i Szwajcarzy francuscy rozumieją się, w przeciwieństwie do Totos (określenie Szwajcarów z Romandii na swoich sąsiadów z drugiej strony Röstigraben) i Niemców. Ale pamiętajmy, że mówimy tu o regionalizmach. Jest wiele wyrażeń, które spotkamy tylko w kantonie Vaud, których nie usłyszymy w Neuchâtel, nie mówiąc już o kantonie Jura czy dwujęzycznym Valais. 

Jedną z najbardziej ewidentnych różnic między językiem Szwajcarów i Francuzów są liczby. W standardowym francuskim jeśli chcemy powiedzieć 95, mówimy quatre-vingt-quinze czyli dosłownie 4 x 20 + 15. W Szwajcarii 95 będzie po prostu nonante-cinq. Tak samo septante – 70, zamiast soixante-dix (60+10). Taki sam sposób liczenia jest w Belgii. Liczba 80 jest bardziej enigmatyczna. Huitante jest to znowu regionalizm używany głównie w kantonach Vaud, Valais i Fribourg. W Genewie powiemy quatre-vingts, chociaż huitante też jest rozumiane. 

Inną ciekawą różnicą są posiłki. W Szwajcarii, ale też Belgii i Quebecu mówi się déjeuner, dîner, souper na odpowiednio śniadanie, obiad, kolację. Takie samo nazewnictwo obowiązywało w Paryżu aż do początku XIX wieku. Potem z powodu różnych wpływów społecznych, Paryżanie na śniadanie zaczęli mówić petit-déjeuner, na obiad – déjeuner, dîner to kolacja. Pamiętajmy że we Francji są regiony, gdzie nadal używa się takiej samej nomenklatury jak w Szwajcarii. Są to np. niektóre części Alzacji czy Lotaryngi. 

Jest wiele słów, których użyjemy tylko w Romandii np. un cornet (siatka na zakupy w sklepie, po francusku un sac), kołdra to un duvet po szwajcarsku francusku, w standardowym francuskim powiemy une couette. Un linge to po szwajcarsku francusku ręcznik. Po francusku powiemy raczej une serviette, za to un linge to termin ogólny na szmatkę, kawałek materiału. Ścierka to une panosse w Romandie, a we Francji – une serpillère. Service to wyrażenie, które zastępuje po francusku de rien czyli nie ma za co. Les Frouzes to określenie na français frontaliers (Francuzów mieszkających przy granicy). Un natel to szwajcarska mot-valise (kontaminacja) pochodząca od słów national oraz téléphone. Oznacza po francusku un téléphone portable czyli telefon przenośny. 

W Szwajcarii francuskiej często usłyszymy też wyrażenie ou bien?, odpowiednik francuskiego n’est-ce pas? – nieprawdaż? 

expo-helvetismes-mots-suisses-2

Un cornet – plastikowa siatka, ale mówi się tak tylko w Romandii. Fot. Pinterest.ch

W języku francuskim w Szwajcarii znajdziemy też sporo zapożyczeń z niemieckiego. Im bliżej granicy Rösti, tym bardziej widoczne są germanizmy. I tak jeśli chcemy coś zapieczętować, Szwajcar użyje germanizmu stämpfer, Francuz powie tamponner. Szwajcarzy na suszenie włosów użyją zapożyczenia z niemieckiego foehner, podczas gdy Francuzi powiedzą sécher les cheveux. Żart to z niemieckiego un witz. Po francusku powiemy une blague albo une plaisanterie. Kolejnym helwetyzmem jest słowo un bancomat, które we francuskim standardowym brzmi un distributeur des billets. Nettoyer czyli czyścić po francusku to poutzer od niemieckiego putzen. Ciekawe są też kalki językowe składni czy wyrażeń, które są dokładnymi tłumaczeniami z niemieckiego np. tenir les pouces czyli Daumen drücken (trzymać kciuki). Francuz powie croiser les doigts czyli dosłownie krzyżować palce.

Bardzo ciekawie przedstawia się gramatyka szwajcarskiego francuskiego. Pewnych konstrukcji słownych nie spotkamy we francuskim. Częściej są one używane przez osoby starsze, które powiedzą np. je n’ai personne vu zamiast je n’ai vu personne (nikogo nie widziałem/am). Dla Francuzów niepoprawne gramatycznie jest wyrażenie szwajcarskie à l’emporter zamiast à emporter, co znaczy dosłownie na wynos. Tłumaczy się to uproszczeniem fonetycznym. Widząc dwie samogłoski obok siebie, Szwajcarzy łączą je z l na początku. Jest też słynny regionalizm il veut pleuvoir zamiast il va pleuvoir, które personifikuje deszcz i znaczy dosłownie chce padać zamiast będzie padać. Powróćmy do je n’ai personne vu. Wiele badaczy językowych twierdziło, że jest to kalka z germanizmu ich habe niemanden gesehen. Ale badania z 2015 roku wykazały, że pochodzi z patois romand, czyli dialektów francuskojęzycznej Szwajcarii. To tłumaczyłoby częstsze użycie przez ludzi starszych.

Etymologia słowa patois pochodzi z 1285 roku i oznacza dosłownie język niezrozumiały, ordynarny. Najpierw pisany jako patoi, ma pochodzenie odczasownikowe z patoier, czyli gestykulować. Pierwotne znaczenie było więc związane z porozumiewaniem się za pomocą rąk, później z ordynarnym, niegrzecznym zachowaniem. 

Sam termin patois jest używany we Francji, Belgii, Włoszech i Szwajcarii na określenie języków mniejszościowych lub dialektów. Wielu lingwistów francuskich używa bardziej precyzyjnych sformułowań np. valaisan na określenie patois w Valais albo jurassien (dialekt z kantonu Jura), ponieważ patois może mieć wydźwięk pejoratywny. Patois romand to zespół języków lokalnych, które były używane w Szwajcarii francuskiej. Językami patois romand mówi się nadal w części Valais, Fribourg i w Jura, ale nie na co dzień. Co ciekawe, wszystkie oprócz jurassien, mowy najmłodszego szwajcarskiego kantonu Jura, pochodzą z języka frankoprowansalskiego. 

Języki patois romand narażone były od dawna na wyginięcie i są głównie używane przez osoby starsze. Powodem zaniku dialektów w Romandii w porównaniu z dialektami w części niemieckiej jest wielki wpływ i dominacja Francji pomiędzy XVII i XIX wiekiem. W XVII wieku najbogatsze rodziny berneńskie mówiły mieszanką dialektu berneńskiego i języka francuskiego, a Fribourg tylko po francusku. W czasie reformacji, a potem Rewolucji Francuskiej stopniowo zanikał frankoprowansalski, który zaczął być używany tylko przez niektóre rodziny katolickie i wiejskie. Już w XIX wieku pedagodzy francuscy zalecali rodzicom naukę francuskiego jako pierwszego języka, żeby ułatwić edukację dzieci w szkołach, a pod koniec XIX wieku dialekty były zabronione pod groźbą kary. 

Od kilkunastu lat dialekty patois romand cieszą się większą popularnością, dzięki coraz większej promocji wśród organizacji, które chcą zapobiec ich wyginięciu. Szwajcarzy francuscy bardzo dumnymi że swoich dialektów i regionalizmów, dlatego dbają o to, żeby chociaż język pisany był dobrze udokumentowany. Ale nie tylko pisany język ma się coraz lepiej. W Radio Fribourg (w języku patois Radyô Friboua) od ponad 30 lat działa audycja radiowa prowadzona całkowicie w dialekcie fryburskim o nazwie Intrè-no. Ma ona ponad 10 000 słuchaczy, w tym również dzieci. 

Oglądałam wywiad z młodym mieszkańcem Fryburga Maximem Pittet, który opowiadał, że język usłyszał u dziadków. Najpierw uczył się go poprzez piosenki i wyliczanki dziecięce, a potem wziął go sobie jako przedmiot w szkole w Bulle. Niestety jest mało młodych Szwajcarów, z którymi może porozmawiać w tym dialekcie. Maxime mówi, że działa to na niego motywująco, chce bardziej popularyzować ten język i uczestniczy w audycji Intrè-no. Co ciekawe według Maxime’a język francuski brzmi o wiele bardziej prosto i wiejsko niż patois. Podoba mu się też bardziej fonetyka patois. 

Arpitan_en_Suisse

Dialekty frankoprowansalskie. Fot. Wikimedia Commons

Dialekty Szwajcarii francuskiej, jeśli nie w mowie, to na pewno przetrwają w piśmie. W 1899 roku wybitny lingwista Louis Gauchat stworzył instytucję o nazwie Glossaire des Patois de la Suisse Romande (GPSR), która miała na celu studiowanie i dokumentację języka patois romand. Badacze kontynuujący jego dzieło do tej pory zgromadzili około 3 000 000 fiszek z wyrażeniami patois romand. Uniwersytet w Neuchâtel postanowił pójść z duchem postępu i od 2018 zaczął dygitalizować zgromadzony materiał. Jest on dostępny za darmo na stronie http://gaspar.unine.ch/ Dokładna analiza i dokumentowanie GPSR jest prowadzona obecnie przez 8 redaktorów, którzy w 2016 roku ukończyli literę g. Obliczono, że żeby skończyć cały słownik do litery z, trzeba poczekać do roku 2062.

W Szwajcarii francuskiej jest region, w którym patois używane jest na co dzień w szkołach. Gmina Evolène w kantonie Valais to ostatnie miejsce, w którym dzieci mówią w patois. Według badań z 2000 roku, 55% mieszkańców Evolène mówiło dialektem frankoprowansalskim w domu lub w pracy. Jeszcze w 1970 roku, patois évolénard był pierwszym językiem uczonym w domu, francuskiego uczono dopiero w szkole. W 1995 roku 11 z 29 dzieci zaczynających edukację szkolną mówiło patois jako językiem ojczystym. Jednym z powodów ocalenia patois w tym regionie jest fakt, że zamieszkała część regionu jest usytuowana na wysokości 1200 – 2000 m. 

Oglądałam wywiady z dziećmi, które zdecydowały się na naukę tego języka w szkole. Zapytanie o motywację, mówiły, że chciały „poznać język używany przez ich dziadków”, „wyrazić szacunek dla starszych mieszkanców”. Kolejny niesamowity przykład jak nawet najmłodsi są przywiązani do swojej lokalnej kultury. 

Patois romand przeżywa odrodzenie i nadzieja w młodych Szwajcarach, że wysiłki lingwistów nie pójdą na marne.

Oto kilka przykładów patois évolénard wraz z tłumaczeniem na francuski.

bonzò – bonjour

ajyoú – adieu

Adì, koumènn tè va tù ?-Salut, comment vas-tu ?

ì y’è tù, stu fèmèla ? stu màta ? – Qui est cette femme ? cette fille ?

Ché yó. – C’est moi.

ééthre – être 

(yò) ché(tt) – je suis 

t’ é(th) – tu es 

(y’)/l’ è(th) – il/elle est 

(nò) chèïng – nous sommes 

(voj) ééthe – vous êtes 

(yu)/lè chònn – ils/elles sont


 

Źródła: 

Federica Diémoz, Mathieu AVANZI, Le « Corpus oral de français de Suisse romande » (OFROM) et les variétés du français en Suisse, 2012 

André Thibault, Dictionnaire suisse romand : Particularités lexicales du français contemporain, 2014

Interview radio Parlez-vous suisse romand ?, RTN, 2015   

Définition selon CNRTL, un ensemble de ressources linguistiques informatisées 

François Grin, Compétences et récompenses – La valeur des langues en Suisse, Éditions universitaires Fribourg, Suisse, 1999

Interview télévision Panorama des patois de Suisse Romande, RTS, 2016 

Site officiel de l’Université de Neuchâtel sur GPSR 

Marinette MATTHEY, Quand ça a besoin de place, ça pousse. Dans Discours familial intergénérationnel sur la (non-)transmission du patois d’Évolène, Université de Grenoble, 2012

Manuel MEUNE, Parler patois ou de patois ? Locuteurs gruériens et néo locuteurs vaudois : le discours sur le francoprovençal dans les associations de patoisants, Université de Montréal, 2012

Stoliczku nakryj się – zero waste po szwajcarsku

Food_Waste_Karotten_595

Unikatowe marchewki można tylko kochać. Fot. nachhaltigleben.ch

Niedawno pisałam o tym, co Szwajcarzy robią z odpadami atomowymi. Teraz też będzie o śmieciach, ale tych nam bliższych, bo codziennych.

Zajrzyjcie do swoich lodówek. Ile ze zgromadzonego tam jedzenia trafi za kilka dni na śmietnik? Przeciętny mieszkaniec Szwajcarii wyrzuca co roku ok. 120 kilogramów żywności, a te statystyki stają się jeszcze bardziej smutne, jeśli wiemy, że połowa produktów spożywczych pochodzi tutaj z importu. Marnujemy więc nie tylko to, co sami wytworzymy, ale też to, co jest efektem pracy ludzi z innych, często uboższych krajów.

Wiadomo, że świat nie jest idealny i zazwyczaj nie zjadamy wszystkiego, co kupujemy. Co się dzieje z resztkami? W szwajcarskich kuchniach warzywa i owoce, a także chleb, jajka, mięso i inne pozostałości organiczne lądują w kompostownikach (listę tego, co wolno tam wrzucić znajdziecie tutaj), a następnie fermentują w specjalnych zielonych kontenerach pod domem, skąd trafiają do stacji przerabiających je na biogaz. Rocznie w samych tylko gospodarstwach domowych kompostuje się 300 tysięcy ton odpadów, a Szwajcarzy chcą, aby do 2030 roku z tego odnawialnego źródła pochodziło 30 procent energii cieplnej wytwarzanej w kraju.

Odpady organiczne to tylko czubek góry lodowej, a w tym przypadku wielkiej góry śmieci. W Szwajcarii rocznie wyrzuca się 2,3 miliony ton żywności. Wydawałoby się, że to głównie wina supermarketów, przecież to tam marnuje się najwięcej jedzenia. I tu zaskoczenie. Połowa z tych ponad dwóch milionów ton to nasz chleb powszedni, czyli żywność, którą wyrzucamy w domach. To oznacza, że w koszach na śmieci ląduje jedna piąta jedzeniowych zakupów każdego z nas. Na drugim miejscu w niechlubnym rankingu jest przetwórstwo żywności, a na trzecim rolnictwo. Natomiast owiany złą sławą handel detaliczny odpowiada tylko za kilka procent odpadów (podobnie jak gastronomia). Z tego wniosek, że największymi szkodnikami jesteśmy my sami, w zaciszu swoich kuchni i jadalni.

(Krótka przerwa na samobiczowanie)

Wróćmy do marketów, które w Szwajcarii robią wszystko, aby unikać wyrzucania dużej ilości jedzenia (utylizacja odpadów kosztuje). Przede wszystkim starają się jak najwięcej opchnąć nam. Jednym ze sposobów jest przecena świeżych produktów – gotowych kanapek, sałatek, ciast – pod koniec dnia. Innym, obniżanie cen żywności, której zbliża się końcowy termin sprzedaży (oznaczany literką A), ale ma jeszcze kilka dni przydatności do spożycia (data B). Moim hitem jest natomiast sprzedawanie taniej brzydkich warzyw i owoców. W Coopie natknęłam się ostatnio na „unikatowe” marchewki po 0,95 CHF za kilogram. Super sprawa, a w dodatku ubawiły mnie ich kształty. Podsumowując, markety sprzedają nam żywność za pół ceny, po to, żebyśmy to my, a nie one ją potem wyrzucili. Zagranie, co by nie mówić, sprytne i opłacalne.

20688871261_3907121720_z

Wielkanocne zajączki można zjeść i po świętach albo oddać innym. Na zdjęciu sortownia szwajcarskiej organizacji pomocowej Stoliczku nakryj się. Fot. www.tischlein.ch

Co się dzieje z jedzeniem, którego nie uda się wcisnąć konsumentom? Weźmy np. wczorajsze pieczywo, przecież jeszcze zjadliwe, ale już nie do wystawienia obok pachnących, świeżych, nadmuchanych bułeczek. Szwajcarskie piekarnie przekazują je do tzw. äss-barów, które następnie sprzedają chleb, bułki i słodkie wypieki za symboliczną cenę (od 0,50 CHF) tym, którym na świeżości aż tak bardzo nie zależy. W 2016 roku (ostatnie dostępne dane) äss-bary „uratowały” w ten sposób ok. 300 ton żywności, karmiąc wczorajszym chlebem pół miliona ludzi w całym kraju. Secondhandowe piekarnie działają w całej Szwajcarii, a ich listę można znaleźć tutaj.

Sklepy i restauracje przekazują to, czego nie sprzedały także organizacjom pomocowym. Takie umowy mają z handlem i gastronomią m.in. Caritas, Schweizer Tafel (Szwajcarski stół) czy Tischlein, deck dich (Stoliczku nakryj się). Działające non-profit stowarzyszenia rozdzielają otrzymaną żywność między potrzebujących: biednych, bezdomnych, chorych, przebywających w ośrodkach pomocy społecznej. Ludzie ze Schweizer Tafel rozdają dziennie 16 ton żywności w 12 regionach kraju, pracownicy Tischlein, deck dich tylko w 2017 roku rozdysponowali 4,2 tysiące ton jedzenia. Również mniejsze sklepy mogą przekazać swoje nadwyżki, co częściej jest też dla nich tańszym rozwiązaniem niż wywóz odpadów. Aby dystrybucję uczynić jeszcze bardziej skuteczną, w 2016 roku zaczął działać w Szwajcarii pierwszy bank żywności online – Food Bridge, który włącza w cały proces ratowania jedzenia również producentów oraz przetwórców, gdzie pozostałości są problemem znacznie większym niż w sprzedaży detalicznej.

To działania systemowe, a schodząc na niższy poziom, ciekawą lokalną inicjatywą jest organizowane przez stowarzyszenie foodwaste.ch wspólne miejskie gotowanie pod hasłem „Twoje miasto podaje do stołu”. Wolontariusze przygotowują posiłki ze wspomnianych już brzydkich warzyw i żywności, która się nie sprzedała, a następnie karmią wszystkich, którzy przyjdą z talerzem. Takie zero waste’owe kulinarne uczty odbyły się już w Bernie, Bazylei, Zurychu, Aarau i Chur. Informacje o kolejnych wydarzeniach znajdziecie tutaj. 

Co możemy na co dzień zrobić my, pozornie trybiki w machinie, a w rzeczywistości przecież aktorzy grający na planecie Ziemia główną rolę (szkodników)? Jedna z opcji to nocne nurkowanie w kontenerach z żywnością, którą wyrzucają markety. W Szwajcarii, w odróżnieniu choćby od Niemiec, nie jest to uznawane za kradzież, więc droga wolna. Jeśli ktoś woli mniej radykalne rozwiązania, może np. ściągnąć sobie na telefon aplikację Too Good to Go i za jej pomocą wyszukać miejsca – sklepy, piekarnie, kawiarnie, restauracje – które pod koniec dnia oddają za kilka franków świeże produkty spożywcze i dania, które się nie sprzedały. W ten sposób można sobie zarezerwować rogaliki na śniadanie albo zestaw sushi na kolację, w zależności od tego, jakie miejsca w naszej okolicy biorą udział w akcji. W Szwajcarii „uratowano” już dzięki temu ponad 230 tysięcy posiłków. Jak to działa? Obejrzyjcie wideo.

Kiedy natomiast zdarzy nam się kupić za dużo albo po wiosennym grillowaniu zostanie kilka paczek całkiem smacznych kiełbasek (oczywiście wegańskich), których już nie sposób przejeść, nasze jedzenie także możemy przekazać dalej. Na rarytasy czekają na przykład tzw. restessbary, czyli miejsca w większych i mniejszych szwajcarskich miastach (pierwsze powstało w 2012 roku w centrum Winterthuru), gdzie można zostawić wciąż nadającą się do spożycia żywność, której nie potrzebujemy. Dla zainteresowanych więcej informacji pod linkiem.

W Szwajcarii robi się wiele, aby nie dopuszczać do wyrzucania jedzenia. Alternatyw dla śmietnika jest sporo, wystarczy tylko chcieć i zadać sobie minimum trudu. Najlepsze rozwiązanie dla nas, konsumentów wydaje się być proste – kupować mniej, maksymalnie wykorzystywać resztki i starać się nie robić zapasów świeżych produktów, które i tak kończą potem w koszu na śmieci. Jeśli ktoś nie potrafi, są już na rynku inteligentne lodówki, które planują optymalną ilość jedzenia, uwzględniając potrzeby całej rodziny. Wszystkie chwyty dozwolone. Byleby nie marnować. Żywności ani pieniędzy.

Kim jest Gottfried Stutz, czyli jak przeklinać po szwajcarsku

1782550656060035

Fot. watson.ch

Gopferdeckel, Gopfertammi, Gopferdelli, Gopfertoori – rzuci mięsem Hansruedi, kiedy ucieknie mu pociąg albo wbijając gwóźdź w ścianę stuknie się młotkiem w palec. To kilka wariacji na temat ulubionego przekleństwa niemieckojęzycznej Szwajcarii.

Spróbujcie wymówić je głośno – zamieniając G na twarde H, z akcentem na przedostatnią sylabę. Prawda, że słodkie? Brzmienie tych słów to dowód na to, że w szwajcarskich dialektach nawet bluźnierstwa są zbyt zabawne, aby wyrazić nimi prawdziwą złość.

Gopferdeckel i jemu pokrewne to łagodna wersja „Gott verdamme mich”, powszechnego w krajach niemieckojęzycznych przekleństwa, które można przetłumaczyć jako „do diabła”, „niech mnie szlag”, „do cholery” (choć w języku niemieckim brzmi to o wiele bardziej dobitnie, bo oznacza dosłownie, że przeklął nas sam Bóg). Ponieważ Szwajcarzy są ludźmi delikatnymi, cichymi i nieśmiałymi, to stworzyli sobie własną, eufemistyczną wersję i na jej potrzeby powołali do życia niejakiego Gottfrieda Stutza. 

Gottfried (wymawiany Gopfried) to imię, które brzmieniem przypomina wspomniane „Gott verdamme”. Stutz ma natomiast po niemiecku wiele znaczeń, ale chodzi głównie o twarde brzmienie tego słowa, które dodaje Gottfriedowi nieco pikanterii. Całość przypomina imię i nazwisko człowieka, który nigdy nie istniał, ale zapisał się na stałe w językowym krajobrazie Szwajcarii. 

Jako pierwsi określenia Gottfried Stutz jako przekleństwa użyli prawdopodobnie studenci z Bazylei na początku dwudziestego stulecia. Rozpropagował je natomiast słynny szwajcarski śpiewak Polo Hofer w piosence „Kiosk”. Poniżej cover utworu w wykonaniu zespołu Rumpelstilz. 

Modę na Gopferdeckel wznowił niedawno szwajcarski sprinter Alex Wilson. Wywiad, jakiego udzielił po zdobyciu brązowego medalu podczas Lekkoatletycznych Mistrzostw Świata w Londynie, stał się internetowym hitem.

Choć brzmią niewinnie, pamiętajcie, że wszelkie odmiany Gottfrieda to wciąż przekleństwa, więc raczej nie radzę używać ich w sytuacjach oficjalnych jak rozmowa o pracę czy niedzielny obiad z teściową. Ale jak następnym razem ucieknie Wam autobus, spróbujcie zamiast siarczystych polskich, rzucić Gopferdecklem. Uznanie w oczach Szwajcarów gwarantowane. 

Jeśli mieszkacie w Szwajcarii i przysłuchujecie się czasem lokalnym konwersacjom, słyszeliście pewnie wtrącane na potęgę do codziennego języka (głównie przez młodzież) i używane w różnych konfiguracjach słówko „huere”. Huere guet! Huere schön! Huere Glück! Huere kalt! Tutaj trzeba wyjątkowo uważać, ponieważ huere jest stosowane jako wzmocnienie (uhuere – od niemieckiego ungeheuer – niezwykle), podkreślające coś pozytywnego lub negatywnego, ale ma podobną genezę jak nasze polskie przekleństwo na K.

Podobnie jest z powszechnie używanym w Szwajcarii słowem geil, które przyjęło się używać wymiennie z mega na określenie czegoś ekstra, odlotowego, wyjątkowego. Geil natomiast ma też drugie znaczenie – napalony, lubieżny.

Szwajcarskie dialekty są niezwykle bogate w fantazyjne niekiedy określenia powszechnie uznawane za obraźliwe. Oto krótki słowniczek wybranych obelg, które warto znać, choćby po to, aby wiedzieć, czy ktoś na przypadkiem nie obraża (nie uczcie tego swoich dzieci!):

Chotzbrocke – od słowa kotzen – rzygać -> osoba wstrętna, obrzydliwa, arogancka, nieprzychylna innym

Glünggi -> łajdak, drań

Gorilla blau Arsch – to określenie popularne w latach 90. dzisiaj jest już mocno vintage (dosłownie – goryl z niebieskim tyłkiem)  -> głupia małpa

Gumslä/Tschäddärä/dumme Zwetschge -> niezbyt lotna kobieta (Zwetschge oznacza dosłownie śliwkę)

Lappi -> niezdara, ciamajda

Rätschbäsä – pochodzi od czasownika rätschen (dialekt berneński), czyli skarżyć i rzeczownika Besen – miotła -> donosiciel, skarżypyta

Seifesüder -> zbyt powolny kierowca

Schofseckel/Schoofseggel – dosłownie organ rozrodczy barana -> idiota, kretyn

Truubehüeter – dosłownie uprawiający winorośl -> osoba leniwa, nieprzydatna

Tschumpel/Totsch, ale też Tschooli, Löli, Lappi, Duubel -> głupek, dureń, naiwniak

Tüpflischiiser -> osoba przesadnie dokładna, nadgorliwa, czepiająca się szczegółów

To takie rzeczy dzieją się w Szwajcarii? Słów kilka o bezpieczeństwie

SBB, TRANSPORT, TRANSPORT POLIZEI, TRANSPORTPOLIZEI, SBB TRANSPORTPOLIZEI, POLIZEI, POLIZIST, POLIZISTEN, OEFFENTLICHER VERKEHR, OEV, BAHN, ZUG, ZUEGE, BAHNHOF, BAHNHOEFE, REISEN, BAHNPOLIZEI, BAHNPOLIZIST, BAHNPOLIZISTEN, HUND, HUNDE, POLIZEIHUND, DIENSTH

Przestępczość w Szwajcarii od 2014 roku spadła o prawie 20 procent. Fot. admin.ch 

Wczesne popołudnie. Jadę autobusem nr 2 od siebie z domu do centrum Winterthuru. Mniej więcej w połowie drogi na przystanku wpada kobieta, na oko po czterdziestce, choć widać, że mocno zmęczona życiem. Siada koło mnie i zaczyna się gapić. Nie reaguję, robię coś w telefonie. Nagle kobieta zaczyna krzyczeć, na mnie, po szwajcarsku. Delikatnie zwracam jej uwagę, że nie rozumiem i czy mogłaby przestać. To ją rozsierdza, zaczyna uderzać palcem w mój telefon i krzyczeć głośniej (z tego, co udaje mi się zrozumieć, chyba mnie obraża). Próbuję zachować spokój, choć robi mi się coraz mniej fajnie. Ludzie w autobusie – ukradkowe spojrzenia w naszą stronę, zero reakcji. Kobieta staje się coraz bardziej agresywna, a ja marzę o tym, żeby zniknąć. W końcu pluje mi pod nogi i wybiega na kolejnym przystanku. To był pierwszy i póki co ostatni raz, kiedy w Szwajcarii poczułam się zagrożona.

W ubiegłym tygodniu helweckim społeczeństwem wstrząsnęła szokująca zbrodnia. W Bazylei, w biały dzień, na ulicy 75-letnia Szwajcarka zaatakowała nożem 7-letniego chłopca. Dziecko nie przeżyło, a sprawczyni jest pod obserwacją psychiatryczną. Medialna burza nasiliła się, kiedy ujawniono, że rodzina chłopca to kosowscy Albańczycy. Zbrodnia na tle narodowościowym? Przypadkowa ofiara amoku chorej psychicznie staruszki? Nie nam to osądzać.

Kilka dni temu gazety donosiły o napaści na nastolatka w Schaffhausen. Trzech mężczyzn, grożąc nożem, ograbiło go z telefonu i słuchawek. Tego samego dnia w Zurychu, o 5.30 rano, 47-letni Szwajcar zaatakował przechodniów żelaznym prętem. Na koniec sam, pobity, trafił do szpitala z urazami głowy. Parę dni wcześniej – policja w Rüti pojmała 33-letniego ekshibicjonistę, który nagabywał dzieci pod szkołą.

Wszystkie te sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego, poza tym, że wydarzyły się w Szwajcarii w ciągu ostatniego tygodnia. Oczywiście, przestępstwa jak to w Bazylei nie mają tutaj miejsca codziennie, więc ich naturalną konsekwencją jest ogólnonarodowa dyskusja na temat bezpieczeństwa obywateli. Nad codziennymi napadami, kradzieżami, oszustwami się nie pochylamy. Wracamy z imprezy po nocy, puszczamy dzieci same do szkoły, chodzimy z otwartą torebką i nie przypinamy roweru pod sklepem. Złe rzeczy dzieją się gdzie indziej. Przecież w Szwajcarii jest tak bezpiecznie!

I rzeczywiście tak czuje się w swoim kraju 95 procent Szwajcarów. To niezwykle wysokie poczucie spokoju wynika z zaufania do policji, sądów i armii, a także przekonania, że sprawy w kraju idą w dobrym kierunku, m.in. te związane z przeciwdziałaniem aktom terroryzmu. Podobnie wysoki odsetek helweckich obywateli wierzy w siłę polityki neutralności, utożsamia ją z ideą szwajcarskiego państwa i upatruje w niej źródła stabilności.

Subiektywne poczucie bezpieczeństwa to jedno. Jak wyglądają policyjne statystyki? Według raportu za 2018 rok, w Szwajcarii popełniono ponad 430 tysięcy czynów karalnych, a w porównaniu z 2014 rokiem przestępczość zmniejszyła się aż o 18 procent. Oczywiście, to tylko oficjalne oblicze problemu, ponieważ wiele aktów przemocy, np. domowej nie jest w ogóle zgłaszanych.

Każdego roku w Szwajcarii ma miejsce ok. 50 morderstw, co wydaje się liczbą niewielką, jak na ponad 8 milionowy kraj. Połowa przypadków to zbrodnie, do których dochodzi w domu. Liczba popełnianych aktów przemocy na 1000 mieszkańców pozostaje w Szwajcarii bardzo niska. W 2018 roku w całym kraju 152 razy usiłowano zabójstwa, z czego 22 z użyciem broni. Z przestępstw lżejszego kalibru, spada też liczba kradzieży, od rekordowego 2012 roku aż o połowę. Za to w ostatnim czasie policja notuje duży wzrost wszelkiego rodzaju oszustw. Coraz większym problemem są szantażyści i hakerzy. Spadła natomiast liczba oskarżeń o handel narkotykami, co autorzy raportu tłumaczą legalizacją posiadania niewielkiej ilości marihuany na własny użytek. Z ciekawostek, miastem o najwyższym wskaźniku przestępczości jest Bazylea, a najwięcej rowerów kradnie się w Solothurn.

Piszę o przestępczości w Szwajcarii nie po to, żeby Was straszyć ani uspokajać. Mamy szczęście, bo omijają nas zamachy terrorystyczne, a codzienność upływa w poczuciu względnej pewności, że nam i naszym bliskim nie stanie się nic złego. Co by nie mówić o szwajcarskiej penalizacji metodą kija i marchewki, zgodnie z którą za przekroczenie prędkości na drodze grozi niekiedy wyższa kara niż za molestowanie seksualne, to efekt jest taki, że żyjemy w jednym z najbezpieczniejszych krajów na świecie. Według Global Peace Index, Szwajcarię wyprzedza pod tym względem tylko jedenaście krajów, w tym w Europie Islandia, Dania, Portugalia, Czechy, Irlandia i Słowenia. Szwajcaria została też okrzyknięta najbezpieczniejszym miejscem do życia w ankiecie przeprowadzanej regularnie wśród ekspatów (Expat Insider Survey 2017).

Piszę o tym wszystkim po to, żeby zwrócić uwagę na jedną rzecz. Szwajcaria nie jest mydlaną bańką, w której zamknięci jesteśmy chronieni przed całym brudem tego świata. To, co się stało w Bazylei jest niepojęte, ale nie ma co łapać się za głowę i dziwić, że „takie rzeczy dzieją się w Szwajcarii”. W Szwajcarii, w Polsce, we Francji, w Norwegii, w Nowej Zelandii. Zło dzieje się wszędzie i kraj naszej emigracji – choć bezpieczny na tle świata – nie jest tutaj wyjątkiem. To banał, o którym jednak warto pamiętać, aby nie wpaść w pułapkę złudzeń i uproszczeń. Ja po historii z autobusu nie przestałam korzystać z komunikacji publicznej, ale siadam odtąd na wszelki wypadek nieco bliżej kierowcy.