Szwajcaria w czasach zarazy. Odcinek 2: Świat kurczy się do minimum

swiss2

Tekst: Emilia Sułek* Ilustracja: Quarantine Collages*

W okolicy wylądował statek kosmiczny. Jego ponury cień kładzie się na podalpejskie ulice. Drzwi statku są zamknięte. Kosmici jeszcze nie zeszli na ziemię. Nie wiadomo czego chcą, ale lepiej ich nie prowokować. Mniej więcej taką atmosferę mamy w Kriens. Ludzie chodzą jak na palcach. Jest w nich coś nienaturalnego. 

Tydzień V. Sytuacja jest poważna

Grozę sytuacji czuje się w sklepach. Sobotnie zakupy przypominają sceny z filmu science fiction. Zanim otworzą się główne drzwi musisz odczekać na ulicy. Potem dwa kroki do żółtej linii. Zamaskowana pracownica sklepu klika coś na aparacie, jakby liczyła pasażerów wsiadających na pokład. Kiwa głową, możesz iść dalej. Dalej, czyli do kolejnej linii. Potem następnej i następnej. „Ile może być osób w sklepie”, pytam kontrolerkę ruchu sklepowego. „Teoretycznie 150, ale wszyscy idą na warzywa, więc mieści się mniej.” Faktycznie, między ziemniakami a pomidorem ukrywa się facet z kabelkiem w uchu. Czujnym okiem liczy kupujących. Kiedy zagęszczenie między straganami się rozrzedzi, kolejna osoba może wejść na pokład. 

Nie można szwendać się między półkami czekając na kulinarne olśnienie. Z głośników, z których na wiosnę płyną reklamy ravioli z czosnkiem niedźwiedzim i sosu holandaise, słychać: „Prosimy kupować szybko i przemyślanie. W ten sposób umożliwimy innym skorzystanie z usług sklepu.” Ale nie wszystko jest na sprzedaż: sprzęt AGD, zabawki i kilka innych regałów obwiązanych jest taśmą. „Nie są niezbędne do życia”, informuje ekspedientka. Przed wyjściem kolejka do mycia rąk. „Ciekawe, kiedy moje palce będą świecić jak u E.T.”, myślę wcierając w skórę płyn do dezynfekcji. Butelka z nim króluje przy drzwiach, przywiązana sznurkiem do stolika. W kraju, gdzie sklepy zostawiają na ulicy palety pelargonii i nikt ich w nocy nie kradnie, okazuje się, że jest coś co podważa wiarę w uczciwość obywateli. A może powab płynu do dezynfekcji mocniejszy jest niż morale?

W czasie wojny trzeba sobie radzić. A Szwajcaria jest w stanie wojny z wirusem. To sformułowanie powtarza się w wypowiedziach ekspertów: od medycyny, gospodarki, życia społecznego. Wszyscy podkreślają: takiej sytuacji Szwajcaria nie widziała od lat. Mobilizacja wojska (żołnierze pomagają służbom medycznym) pierwsza w tej skali od drugiej wojny światowej. Kontrole na granicach, kłopoty z aprowizacją. Nawet wiosenny rytuał Sechseläuten w Zurychu, stały punkt w kalendarzu miasta, został odwołany. Pierwszy raz od czasu wojny. Mimo że dla Szwajcarii wojna jest abstrakcją, porównania te mają wielką moc. 

To że ludzie pojęli grozę sytuacji jest zasługą telewizji. Teraz oglądają ją wszyscy, nawet przeciwnicy płacenia abonamentu. Sobotnie wiadomości osiągają szczyt dramatyzmu. Pokazują nagranie ze szpitala w Romandii. Lekarze dzwonią do kobiety, której matka leży – w stanie agonalnym – na ich oddziale. Córka dzielnie przyjmuje tragiczną wiadomość – widzimy jej twarz na ekranie telewizora. Zaraz potem relacja z anonimowego szpitala we Włoszech. Rzędy łóżek. Na łóżkach zaintubowani pacjenci podłączeni do skomplikowanej aparatury. Obok lekarze ubrani jakby usuwali skutki eksplozji w Czarnobylu. Kolejny materiał z Madrytu: kawalkada samochodów wiezie ciała do hali hokeja zamienionej w kostnicę. Komentarz mówi, że na COVID-19 umiera się samotnie. Nawet na pogrzebie nieboszczyk jest sam. 

Po wiadomościach telewizja podaje środek łagodzący szok. Program Zäme dihei czyli „razem w domu”. Różni ludzie, bardziej i mniej znani, na kanapie albo za kuchennym stołem, opowiadają o życiu w samoizolacji. Taki Big Brother, ale w innym stylu. Telewizja straszy, ale i uspokaja. Zakazu wychodzenia nie będzie, ogłasza minister zdrowia. Ale wychodzić nie należy. Kanton Uri zbytnio wysunął się przed szereg, wprowadzając – z czystej troski o mieszkanców – zakaz wychodzenia dla seniorów. Szybko dostał po łapach, bo taki zakaz jest niekonstytucyjny. Mimo stanu pandemii rząd liczy na rozsądek obywateli. To rozsądek i samodyscyplina mają być kluczem do sukcesu.

Kraj podzielony jest jednak w opiniach. W Romandii i Tessynie ludność domaga się radykalnych kroków, włącznie z zakazem wychodzenia z domu. W niemieckojęzycznych kantonach panuje większy relaks. Albo zaufanie do rządu jest tu większe albo fakt, że ofiar jest mniej, sprawia, że ludzie biorą chorobę mniej serio. A ona jest tuż-tuż. Urodziny kolegi. Narzeczony dzwoni z życzeniami. „Nie, nie ma imprezy. Nastroju zresztą też nie”, kolega mówi ponuro. Obydwoje rodzice są pozytywni. Byli na nartach w Gryzonii. Po powrocie zadzwonił znajomy, z którym spędzali ferie. Wykryto u niego wirusa. Następnego dnia matka jest już na intensywnej terapii. 

Tydzień VI. Społeczeństwo się organizuje

Liczba zachorowań skacze o kilkaset przypadków dziennie. Za jakiś czas przestaną podawać te liczby w mediach. Za to jak grzyby po deszczu pojawiają się apele o pomoc. Szpital kantonalny w Lucernie poszukuje wszystkich: od medyków po niewykwalifikowanych wolontariuszy. Zgłaszam się następnego dnia. Ze względu na liczbę zgłoszeń, nie przyjmują więcej ochotników. Miasto Kriens też szuka. Spotkanie informacyjne odbywa się w kościele, tymczasowo zamienionym w punkt dowodzenia. W nawie głównej, rozsadzeni daleko od siebie jak na egzaminie maturalnym, chłoniemy informacje, co wolno a czego nie. Nie podajemy rąk. Nie wchodzimy do mieszkania. Robimy co trzeba: zakupy, wynieść śmieci i surowce wtórne (choćby świat się walił, w tej dziedzinie musi panować porządek), wyjść z psem. Zakupy tylko podstawowe, żadnego preppingu. Gdyby ktoś zażyczył sobie pięć kilo cukru i kopę jaj, mamy meldować do centrali. 

Kilka dni później dostaję pierwsze zlecenie: odebrać leki z przychodni. Tam prawie apokalipsa. Emeryci szturmują recepcję. Kobieta, której dostarczam leki przyznaje, że ma zapas na parę miesięcy. Nie dziwię się, że w aptekach wprowadzono limit na aspirynę i tabletki przeciwbólowe. Kolejne zlecenia to zakupy spożywcze. Listy zakupów są fascynujące. Sałatka makaronowa, parówki, purée ziemniaczane. Widać, że samotny mężczyzna, który gotować nie chce albo nie umie. Dla takich osób gazety publikują teraz „ABC gotowania dla dorosłych.” Inni nasi podopieczni mają bardziej rozbudowane plany. Cztery sznycle, ale nie grubsze niż na centymetr (mają być ucięte przy mnie, na stoisku masarskim, jak zapisane jest w instrukcji), fenkuł, oliwki i rukola, jogurt bez laktozy. Do tego wskazówki, do którego sklepu pójść. Niektórym jest wszystko jedno. Inni zaznaczają, że do delikatesów. Przed mieszkaniem, gdzie deponuję zakupy, znajduję kopertę. W niej podziękowania i 5 franków, żebym miała „na kawę”. Oczywiście, jak otworzą kawiarnie. To prędko nie nastąpi. 

Naród popiera decyzje rządu. Może tylko fakt, że sklepy ogrodnicze są zamknięte trochę denerwuje. No bo siedzisz w domu, jest wiosna, to można by chociaż kwiatki posadzić na balkonie. No ale właśnie nie można. W osiedlowym sklepiku, emeryt w kaszkiecie i swetrze na guziki rozpaczliwie rozgląda się po regale z jarzyną. „Sadzonek szukam”, mówi z mało szwajcarskim akcentem. Żona go wysłała. „Przykro mi, sadzonek nie mamy”. „To może chociaż cebula?” Mężczyzna nie chce wracać z pustymi rękami. „Z tej sklepowej i tak nic panu nie wyrośnie”. Ta pustynia konsumpcyjna jest sucha tylko pozornie. Pod powierzchnią tego co wygląda na przerwę od zakupomanii, bujnie kwitnie podziemie. Kto umie nawigować online, kupi wszystko. Sadzonki i ziemię do kwiatków też. Na naszej ulicy samochód firmy kurierskiej jeździ tam i z powrotem. Poczta wprowadziła już ograniczenia na dostawę paczek. Sortownie pękają w szwach, a listonosze narzekają na bóle krzyża.

Zamknięty fryzjer też irytuje. Warstwa żelu we włosach mężczyzn wyraźnie się zwiększa, a odrosty na głowach kobiet dekamuflują ukrywaną siwiznę. Narzeczony męczy mnie, żebym go ostrzygła. Bronię się jak mogę: „Zobacz, pani Sommaruga też ma fryzurę na Limahla. To hit tej wiosny.” Od początku podejrzliwie obserwuję członków rządu: czy mają prywatnego fryzjera, podczas gdy naród cierpi na permanentny bad hair day? Okazuje się, że w porządnej demokracji ludzie – pod tym względem – naprawdę są równi. 

Obowiązkowe dwa metry dystansu powoli wchodzą w społeczny krwioobieg. Na chodniku sąsiedzi omijają się szerokim łukiem. Nastolatki jedzą lody przed sklepem, na dwóch końcach ławki, jakby się właśnie pokłóciły. Dwóch facetów na murku pije trzecie piwo. Między nimi dwa metry. Nasza comfort zone rozszerza się do niekomfortowych rozmiarów. Jedni uśmiechają się skrępowani, robiąc unik na trawnik. Inni odwracają oczy. Ci co się zamyślą i zapomną o nowym savoir-vivre, usłyszą bolesną uwagę pod swoim adresem. „Proszę się ode mnie odsunąć!” Taka bezpośredniość (bez słynnego koniunktiwu) jest w Szwajcarii czymś niesłychanym.

Przez okno mieszkania słychać serenady: kosiarkę sąsiada i karetkę na sygnale. Czy mi się zdaje, czy tę drugą słychać teraz częściej? Na karetkę zaparkowaną dwa domy dalej wpadam wracając z zakupów. Zimny dreszcz przebiega mi po plecach. W domu narzeczony wita mnie z plastikową butelką w ręce. „Zwinąłem z pracy”, oznajmia rzeczowo. „Zdezynfekuj.” Do kompletu maseczka. Od tej pory na zakupy chodzimy zamaskowani. Bonnie and Clyde epoki COVID-19. 

Tydzień VII. Taki mały kraj

Po pustych ulicach dobrze jeździ się samochodem. Zwłaszcza jeśli od dawna nie siedziało się za kółkiem. Codziennie wymykam się z domu, zrobić kurs po okolicy. Miejskie chodniki są puste, ale tam, gdzie zaczyna się życie prywatne, panuje większy luz. Schowani na opuszczonym placu zabaw młodzieńcy palą marihuanę, a grupa emerytów delektuje się cuvée na pikniku na pobliskiej górce. Życie balkonowo-ogródkowe kwitnie. U sąsiadów grill jest codziennie. Są goście, piwo i kiełbaski. Trudno się dziwić, w sklepach zaczynają się promocje. 

Wielkanoc zbliża się wielkimi krokami. Czas rodzinnych wycieczek i wizyt w kościele. Żeby zniechęcić ludność do spacerów, Lucerna planuje zamknąć główną promenadę. To samo zrobił już Zurych. Miasto Zug wprowadziło patrole konne, które rozganiają spacerowiczów. Nad jeziorem w Lucernie wciąż widać amatorow pięknych widoków. Tu ktoś z psem, tam rodzina z lodami. Na trawniku przed zamkniętym hotelem piętrzy się góra zdemontowanych ławek. Człowiek jak gołąb, lubi usiąść. Żeby go do tego zniechęcić, miasto zarządziło demontaż. Kościoły są otwarte, mszy jednak się nie odprawia. Woda święcona wyparowała. Ze względów bezpieczeństwa, jak czytam na drzwiach jednej świątyni. Proboszcz zachęca do modlitwy za tych, których dotknęła tragedia. I informuje, że pogrzeby odprawia się bezpośrednio na cmentarzu, tylko w gronie najbliższych. Fakt, nekrologi w gazecie opatrzone jest komentarzem: „Pogrzeb w gronie najbliższych. Msza w intencji odbędzie się w terminie późniejszym”. Czyli po zakończeniu stanu wyjątkowego. 

Zapuszczam korzenie w domowym biuro-areszcie i szukam dobrych stron życia w samoizolacji. Pasjami nadrabiam zaległości kulturalne. Moje ulubione radio przestawiło się na szwajcarską muzykę (tę współczesną, nie mam na myśli jodłowania). To w ramach wspierania miejscowych artystów. Całymi dniami puszczają szwajcarskie the best of z kolejnych dekad. W innej sytuacji nie miałabym okazji jej poznać. Szwajcarscy pisarze czytają fragmenty książek online. Kilka szwajcarskich filmów obejrzę w internecie, gdzie teraz są dostępne legalnie i tanio. 

Ucieczka w to, co nam znane, jest wygodnym rozwiązaniem: dodaje siły w czasie kryzysu, ale zawęża horyzont odczuwania. Szwajcarska telewizja informuje głównie o sytuacji w Szwajcarii. Dodatkowo o Włoszech, Hiszpanii i innych „ważnych” sąsiadach. Europa nie-zachodnia w mediach praktycznie nie istnieje. Od wybuchu pandemii w wiadomościach padło kilka słów o Chorwacji, ale to z okazji trzęsienia ziemi. Z Kosowa nadali relację o kryzysie rządu. No i z Węgier, kiedy Viktor Orbán, pod przykrywką pandemii, podarował sobie władzę absolutną. Inne kontynenty też prawie nie istnieją. Zglobalizowany świat skurczył się nam do minimum. 

Tymczasem w sklepach rzucili nowy towar. Szwajcarskie flagi z hasłem w czterech językach: „Razem odpowiedzialnie i solidarnie.” Solidarna wydaje się być nasza sąsiadka, kiedy ogłasza całkiem na poważnie: „Wszyscy powinni się pozarażać. W ten sposób się uodpornią”. „A ci co przy okazji umrą?” Pytam. „Przecież nie umiera aż tyle. Włosi są po prostu gorzej zorganizowani.” Podobną opinię słyszę wielokrotnie. Poza tym „świat jest przeludniony, więc lepiej, jak liczba ludności się zmniejszy.” Włosy stają mi dęba. „A gdyby to o twoich rodziców miałaby się ona zmniejszyć?” W tym samym czasie, w Indiach, tysiące ludzi maszerują pieszo do domu (bo pociągi zjechały na bocznicę) a moje kuzynki w Lubelskiem szyją w domu maski (bo – to nie prima aprilis – w szpitalach ich zabrakło). Czy krótkowzroczność to konieczny efekt uboczny pielęgnacji własnej tożsamości? 

Choroba jakby powoli traciła walor grozy. Być może ludzie uodparniają się psychicznie na wirusa? Zdiagnozowanych jest już 24.000. Tych liczb telewizja już jednak nie podaje. O zdrowiu mówi się już coraz mniej. Więcej o gospodarce i jej ratowaniu. Kolejne branże zgłaszają swoje roszczenia. Fryzjerzy, przedszkolanki, każdy kto może. Nawet kolej chce odszkodowań za straty spowodowane brakiem pasażerów. Z etapu siania przestrachu przeszliśmy na etap radzenia sobie z kryzysem. Rząd obiecuje, że pod koniec kwietnia rozluźni uścisk. Ale warunkiem jest to, by w Wielkanoc zostać w domu. Dla Szwajcarów, którzy w święta masowo ruszają na południe kraju, to brzmi jak asceza. 

Tydzień VIII. Święta, święta i po świętach

Wielkanoc minęła spokojnie. W sklepach kolejki. U sąsiadów grill jak zawsze. W naszym ogródku pierwsze rzodkiewki nieśmiało wypuszczają listki. Zaaferowana wirusem nie zauważyłam, że od kilku tygodni nie padał deszcz. „To straszne. Znowu będzie susza”, zagaduje mnie sąsiad z przepisowych dwóch metrów. Po chwili się miarkuje. „Pewnie uważasz, że my w Szwajcarii nie mamy problemów?” 

Po świętach rząd ogłosił plan wychodzenia z kryzysu. Krok po kroku. Będzie można kupić kwiatki i pójść do fryzjera. 

 


*Emilia Sułek: antropolożka, dziennikarka, menedżerka kultury. Przyjechała do Szwajcarii za pracą, została z miłości. Nie tylko do gór. Specjalistka od Azji Środkowej we wszystkich odmianach. 

*Quarantine Collages – kolaże w czasach zarazy, więcej na: instagram.com/quarantinecollages

Szwajcaria w czasach zarazy. Odcinek 1: Twierdza zostaje zdobyta

Szwajcaria w czasach zarazy

Tekst: Emilia Sułek*  Ilustracja: Quarantine Collages*

Wuhan. Miasto w środkowych Chinach. Tak daleko, a tak blisko. 

Zdjęcia z Wuhanu stały się naszym chlebem powszednim. W Szwajcarii oglądał je każdy. Od grudnia, dzień w dzień, telewizja pokazywała opustoszałe ulice miasta i ubranych w kombinezony ratowników medycznych. Do tego astronomiczne liczby ofiar. Tak samo abstrakcyjne jak i miasto, o którym wcześniej wielu nie słyszało.

Pod koniec stycznia przyszedł czas na Włochy, kraj lepiej nam znany. Pierwsi zakażeni, a potem tragiczna eksplozja zachorowań. W telewizji zdjęcia z przepełnionych szpitali w Lombardii i raporty o lekarzach, którzy nie dają sobie rady. Niby bliżej, ale wciąż abstrakcja. 

A potem w Szwajcarii pojawiła się pierwsza osoba, u której wykryto COVID-19. 25 lutego, czas karnawału. To jednak nie był żart. Właśnie mija miesiąc.

Tydzień I. Abstrakcja trwa 

Patrząc na historię epidemii wirusa COVID-19 wśród Helwetów, można rzec: dobre złego początki. Kiedy gruchnęła wiadomość, że w Wallis wykryto „pacjenta zero”, niewiele osób wzięło to serio. Wśród moich najbliższych zaobserwowałam zdziwienie, że i tutaj wirus dotarł. Oznak niepokoju brak. Choroba wciąż wydaje się być daleko. 

Kolejne dni przynoszą wzrost zachorowań. Towarzyszy im wiadomość, że osoby, które miały kontakt z zakażonym, objęte są kwarantanną. Ta mrówcza, niemalże detektywistyczna robota, poraża skrupulatnością. Wiara w system jest duża: „Jeśli mieliśmy kontakt z kimś chorym (ale niby gdzie?), lekarz sam się po nas zgłosi”. Posługując się tą logiką, na Literaturfest w Lucernie, dobrowolnie wpisuję się na listę gości i podaję numer telefonu. Co tam ochrona danych osobowych! Gdyby odkryto, że inny miłośnik książek miał wirusa, lekarze mnie znajdą. 

Rząd zaleca unikać imprez masowych. Te powyżej 1000 osób są powoli odwoływane. Rozdanie Swiss Music Awards w Lucernie odbywa się przy połowie sali. Kiedy odwołują maraton narciarski w Engandynie, Narzeczony i koledzy narciarze łapią się za głowę. W Bazylei nie będzie też karnawału. W kraju, w którym rzadko coś się odwołuje, ludzie się dziwią, ale do paniki im daleko. Przesadna ostrożność – dla jednych. Odpowiedzialny krok – dla innych. I jedni i drudzy zakładają, że to rozwiąże problem.

W pociągach tłok. Rząd zaleca unikać transportu publicznego, ale jak to zrobić w kraju, gdzie miliony dojeżdżają do pracy i szkoły. Poza tym to pracodawca ma zdecydować o przejściu w tryb Home Office. I tak, czekając na decyzję „z góry”, krążę między Lucerną, Bernem i Zurychem. Wdycham morowe powietrze i nasłuchuję, czy ktoś kaszle. Razem ze mną słucha cały wagon, pełen ludzi skazanych na dojeżdżanie. Może tylko zrobiło się ciszej. Nie ma już głośnych rozmów przez telefon – tak jakby, żeby zminimalizować ryzyko wchłonięcia wirusa, pasażerowie przestali się odzywać. 

Nowy termin, social distancing, powoli wkracza do mediów, ale w pociągach tłok jak zawsze. Apele o trzymanie odstępu pasażerowie przyjmują zakłopotanym uśmiechem: „W godzinach szczytu nawet sardynki w puszce mają luźniej. Mam powiedzieć, że puste miejsce obok jest zajęte?”

Tydzień II. Bierzemy to na lekko

Po dużych imprezach przyszedł czas na mniejsze. Tokarczuk nie przyjedzie do Szwajcarii. Konferencja w Zurichu odwołana. Wystawa, której jestem kuratorką, przesunięta na za rok. W kalendarzu robi się pusto.

Szwajcarzy przyjmują to ze zdziwieniem. „Jak to, wystawa miała być w maju? Do tego czasu będzie po wszystkim.” Na wieść, że Azja Środkowa – Kazachstan i Mongolia – do których miałam jechać na wiosnę, wprowadzają restrykcje wjazdu, znajomi robią wielkie oczy. Tak jakbyśmy to tylko my w „rozwiniętej” Europie mogli komuś pozwalać wjechać albo nie. Polska już zamknęła granice. Szwajcaria nadal jest otwarta.

Apele o social distancing przynoszą niewiele. W Nordbrücke, ulubionej knajpie w Zurychu, tłok tak gęsty, że niemal intymny. Dopiero co poznane osoby wylewnie całują mnie na pożegnanie. To jeszcze nie dekadencja życia na tonącym statku, raczej chęć pokazania, że nic nas nie rusza. Albo błogie myślenie, że kryzysy to gdzieś indziej, ale nie tu. 

W pracy po staremu. Tylko kolega z Niemiec mówi, że jego matka ma kwarantannę. Córka znajomej też. Oho, więc to już nie tylko choroba telewizyjna. Zdarza się w prawdziwym życiu. Dla innych to nadal abstrakcja. Na seminarium w Bernie student kaszle jakby miał suchoty. „To tylko przeziębienie”, tłumaczy. Za parę dni okaże się, że następnych zajęć nie będzie. Przynajmniej nie twarzą w twarz. 

Pierwszy raz zauważam, że pociąg powrotny do Lucerny jest dość pusty. Może dlatego, że to „osobowy” przez Entlebuch? Przy oknie Japonka w szaliku naciągniętym na twarz. Poza tym cisza i spokój. „Gdyby dojeżdżanie do pracy zawsze było takie komfortowe!”, myślę patrząc na zielony krajobraz za oknem. Na szosie korek: ludzie wciąż dojeżdżają, tyle że samochodem.  

Pod koniec tygodnia przychodzi fala wiadomości z różnych kantonów. Politechnika w Zurychu zamyka podwoje. Uniwersytet w Lozannie i Lucernie też. Berno próbuje systemu rotacyjnego: połowa studentów na sali, druga w domu. Uniwersytet Zuryski uparcie chce dalej funkcjonować. Mimo tego, że to właśnie on był prekursorem w rozsiewaniu wirusa w tym mieście. W końcu i Zurych się poddaje. 

Lubię pracować w domu ale na fajrant dobry jest sport. Od paru dni z ciekawością obserwuję strony klubów fitness. Wszystkie otwarte, mimo że są miejscem intensywnej interakcji społecznej, gdzie różne rzeczy można „złapać”. W piątek wieczorem idę do Fitnesspark Allmend. „Państwo są otwarci?” „Oczywiście, do 22-ej”, słyszę na recepcji. „Mam na myśli Coronę.” Zaskoczenie. W środku zalecają trzymać dystans (sala i tak jest przepełniona) i wymyć po sobie sprzęt. Ale to robi się tu tak czy siak. Za dwa dni przyjdzie wiadomość, że z fitnessem koniec. 

A co z życiem towarzyskim? W weekend mamy zaplanowaną kolację dla znajomych. Bigos stoi już od kilku dni na balkonie. Goście stawili się prawie wszyscy. Przy drzwiach zamiast wylewnych powitań rozdzielamy komendy: zdjąć buty, powitanie łokciem albo skarpetką, potem mycie rąk. Każdy ma pilnować widelca i szklanki. Goście są zirytowani. Na hasło: „Umyj ręce”, słyszę: „Myłem w domu”. Posłuch w narodzie jest ograniczony. 

Corona jest jednym z wielu tematów przy stole. Głównie w kontekście tego, gdzie można pojechać na narty. Tu zamknięte, tam zamknięte. Ponoć w Berner Oberland niektóre trasy są otwarte. Ekologicznie uświadomieni Szwajcarzy mówią, że nareszcie mniej samolotów i środowisko będzie czyściejsze. Tylko że gospodarka straci. Wciąż są to rozmowy abstrakcyjne, wokół tematów-haseł: „klimat”, „gospodarka”. Na konkrety trzeba poczekać.

W sobotnią noc wykonuję rundę rowerem po mieście. Liczba osób, które mogą legalnie przebywać w jednym miejscu stopniała już do 50. Mimo to życie nocne kwitnie. Przed przepełnionym klubem wytacza się z taksówki zalany gość. Na parkiecie tłoczy się gęsta masa ludzi. W oknie innej knajpy napisane: „No Corona. Only local beer.” „Klient nr 51. nie zostanie obsłużony”. Jak to wygląda w praktyce, nie sprawdziłam. 

Przynajmniej pogoda dopisuje. Góry i świeże powietrze wciąż są dozwolone (Tatry i Mount Everest jednak zamknęli). Kolejki linowe wprawdzie nie działają, ale za to gastronomia ma się jak najlepiej. Uprzejmy komunikat w górskim Beizu mówi, że powyżej 50 osób lokal obsłużyć nie może, ale każdy stolik jest zajęty. Warunki do dalszego rozprzestrzeniania się wirusa można uznać za dobre. 

Tydzień III. Panika

W poniedziałek telewizja podała, że w ciągu jednej doby zanotowano wzrost zachorowań o ponad 800 osób. Szwajcaria wprowadza stan wyjątkowy. To sielankowe sceny ze szlaków narciarskich skłoniły rząd do akcji. Zważywszy brak solidarności między kantonami (vide: próba zarobienia na narciarzach z sąsiednich kantonów), teraz to państwo przejmuje dowodzenie. 

Szlaban dostają lokale, które nie są „niezbędne do przeżycia” (dla klientów, dla właścicieli sprawa wygląda inaczej). Otwarte będą spożywczaki, apteki, stacje benzynowe. Bez reszty obywatel musi się obejść. Do fryzjera nie pójdzie, butów nie naprawi. Sobotni targ w Lucernie odwołany do… odwołania. Zarządzenie wchodzi w życie we wtorek. Nieświadoma niczego, w poniedziałek idę do biblioteki pożyczyć książkę o ogrodnictwie (czuję, że wkrótce będę mieć czas na uprawianie ogródka). Bibliotekarka schowana za warstwą pleksi uśmiecha się blado. Dzień później biblioteka zostaje zamknięta. Podobnie jak inne instytucje kultury. 

Naród coś musi robić, więc biegnie do spożywczego. Puste półki w Coop i Migros to nie fake news. Zieją w nich dziury, szczególnie rażące w zestawieniu z ogólnym dobrobytem. Spaceruję między regałami tropiąc, co kupuje Szwajcar na czarną godzinę (für regnerische Tage, po szwajcarsku?). Na regale z mąką pusto. Nie ma makaronu i sosu pomidorowego. Ryż też wygląda blado. Sektor jajeczny opustoszał (Czy to już na Wielkanoc? Chyba tak, bo widzę, jak jakiś gość niesie koszyk wielkanocny „made in Migros”). Po papierze toaletowym nie został ślad.  

Za regałem, gdzie kiedyś stało müesli, czai się facet z aparatem. „Fotografuje pan pustkę?” Zagajam. „To trzeba udokumentować”, mówi. „Za dziesięć lat pokażę dzieciom. Inaczej mi nie uwierzą.” Jako Polka rocznik ’76 myślę: „Oj, szczęśliwy narodzie, co po raz pierwszy widzisz puste półki!” Makaron z sosem to dieta studencka. Każdy ugotować potrafi. Ale mąka? Czyżby każdy Szwajcar umiał piec chleb? Pewnie raczej pizzę. Telewizja podaje, że piekarnie ponoszą straty. Czyżby ludzie przestali kupować chleb? Jedzą już tylko ryż i makaron? 

Kombinacja tego czego „nie ma” jest frapująca. Za kryzysu kubańskiego, berlińskiego i wszystkich innych, dziadkowie chomikowali mąkę, cukier, spirytus i inne cuda. W późniejszym PRL-u było tak samo. Ale wtedy niewiele było. W bogatej Szwajcarii, myślałam, że ludzie będą kupować wino i łososia, coś lepszego niż mąkę typ 405. Okazuje się, że nawet w kraju dobrobytu naród władzy nie ufa i zaopatrzyć się musi.  

Idę wysłać rodzicom paczkę. W niej PADMA Grippe-Formel. Numerkomat na poczcie nie działa. To logiczne: hasło «be in touch» nacechowane jest teraz negatywnie. Na podłodze narysowane «krzyżyki», gdzie można stać (dla dowcipu wolałabym raz kółko, raz krzyżyk). Poczciarka, bezpieczny metr od lady, kiwa na mnie głową. Zaczynamy taniec „krok w przód, krok w tył”. Podchodzę, «Grüezi», kładę paczkę, krok w tył. Kobieta podchodzi, patrzy na adres. «Do Polski nie wysyłamy». Znowu krok w tył. Teraz ja do przodu. Biorę paczkę, dziękuję, wychodzę. Przy sąsiednim okienku klientka z „grupy ryzyka”, na oko 70+. Rozmawia, śmieje się, nie chce odejść. Kto jak kto, ale emeryci w przestrzeni publicznej widoczni są jak nigdy. 

Wiedza o sytuacji w kraju jest znikoma, ale wszyscy wiedzą, że kraj przygotowany jest na wirusa. Oglądam konferencję prasową. Daniel Koch, państwowy ekspert od chorób zakaźnych – przyciśnięty przez dziennikarza – przyznaje, że służba zdrowia ledwo dyszy. Wolnych łóżek na intensywnej terapii niewiele. Pytam znajomych Szwajcarów, jak myślą, ile. Rzucają: „1500?” Nie, 160. Są zdumieni. Telewizyjna propaganda mycia rąk też nie działa: wielu wciąż trudno zrozumieć, że wirus przenosi się przez dotyk. Klamki, pieniędzy, czegokolwiek. Ekspedientki w Kriens, miasteczku gdzie mieszkam, wydają resztę bez rękawiczek, a sklepowy podaje mi ser, do spróbowania, ręką. Zaufanie społeczne na prowincji jest duże. Chociaż u mojego dentysty w niewielkim Sarnen zniknęła półka z gazetami: na papierze COVID-19 też umie przeżyć. 

Bez tłumu turystów w Lucernie można spokojnie popatrzeć na Kappellbrücke, główną atrakcję miasta. Normalnie, w czasach nie-zarazy, omijasz to miejsce szerokim łukiem. Na moście zaczepia mnie facet, „Jakie pustki! Kto by pomyślał?” Dobre pytanie. Z tym, że Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła stan pandemii już 11 marca, a zdjęcia z Wuhanu oglądamy całą zimę. „No ale turystów z Chin nie ma!”, facet zauważa przytomnie. Obawiam się, że wielu myślało podobnie: skoro Chińczyk nie przyjeżdża, to choroby nie przywlecze. A że Szwajcar jeździ po świecie i coś może przywieźć, mniej nam się w głowie mieści. Zdumiewające, że mimo globalizacji i bycia w (prawie) sercu Europy, Szwajcaria nadal czuje się bezpiecznie schowana w górach. Twierdza nie do zdobycia. A jednak, Coronie się udało. 

Przy kolacji w środę konsternacja. Główne wydanie wiadomości spóźnia się o 17 minut. Tak po prostu, jak mówi komunikat, „z przyczyn technicznych”. Patrzymy po sobie. Takie rzeczy się tu NIE zdarzają. 

W czwartek wieczorem zapalam świeczkę na balkonie. Mówili w telewizji, żeby zapalić, na znak solidarności z tymi, co siedzą w domu sami. Wyglądam przez wszystkie okna, widzę zaledwie dwa światełka. Ja mam to w kościach, jeszcze z PRL-u, te akcje okienne. „Zamrugaj lampą, jak słuchasz Podziemnego Radia Solidarność”. Następnego dnia, o 12:30 ludzie klaszczą, jako umówiony znak podziękowań dla tych, co niosą pomoc medyczną. Może nie trwa to zalecanej przez media minuty, ale jednak. Społeczeństwo musi się jeszcze rozruszać. 

U Narzeczonego Home Office nie ma. W piątek wraca z pracy zdruzgotany. Ponoć jego fizjoterapeuta jest Corona-pozytywny. Pierwszy raz widzę przerażenie na jego twarzy. Jeszcze mu nie wspomniałam, że koleżanka z biura leży w łóżku z kaszlem i gorączką. Niedawno była w Paryżu. „To pewnie Corona”, napisała na WhatsAppie. Ale takich jak ona się nie testuje. „Cóż, francuskie metro to może nie był najlepszy pomysł”, rzuciła, nie bez francuskiej elegancji. 

Tydzień IV. Poczekamy, zobaczymy 

Zakazu wychodzenia z domu na razie nie będzie. Szwajcar musi się ruszać. Politycy mówią, że to jedna z podstawowych wolności. Poza tym zapobiegamy w ten sposób przemocy domowej. A ja myślałam, że w Szwajcarii przemocy domowej brak. Kto wie, ile jeszcze ciekawego nauczymy się dzięki wirusowi.


 

 

 

*Emilia Sułek: antropolożka, dziennikarka, menedżerka kultury. Przyjechała do Szwajcarii za pracą, została z miłości. Nie tylko do gór. Specjalistka od Azji Środkowej we wszystkich odmianach. 

*Quarantine Collages – kolaże w czasach zarazy, więcej na: instagram.com/quarantinecollages

Prezydent glamour

IMG_4730

Źródło: Keystone

Jeździ Volkswagenem i zawsze ma przy sobie scyzoryk. Socjaldemokrata Alain Berset robi wiele, aby pokazać, że jest człowiekiem, jak każdy inny. Umiejętnie pielęgnowany wizerunek chłopaka z podwórka nie przeszkadza mu jednak brylować na salonach. Nie bez powodu szwajcarscy dziennikarze nazywają go prezydentem glamour. 

Polityk z krwi i kości 

Kiedy jako 39-latek wszedł w skład Szwajcarskiej Rady Federacyjnej (organu pełniącego funkcję rządu i kolegialnej głowy państwa) jako jeden z najmłodszych członków w jej historii, media rozpływały się w pochwałach nad jego błyskotliwą karierą. Rzeczywiście, Berset bardzo wcześnie postawił wszystko na jedną kartę, zaangażował się w politykę i skutecznie dążył do celu. A tym było wejście na sam szczyt.

Studiował nauki polityczne na Uniwersytecie w Neuenburgu, gdzie następnie pracował naukowo, żeby w 2005 roku obronić doktorat z ekonomii. W międzyczasie zaczynał już działać w polityce, najpierw jako radny w rodzinnym Belfaux, liczącej 2,5 tys. mieszkańców wiosce w kantonie Fryburg. Wejście do Rady Kantonów (Ständerat) w wieku zaledwie 31 lat, a następnie jej przewodnictwo, ugruntowały pozycję Berseta na szwajcarskiej scenie politycznej. Jako wiceszef parlamentarnej frakcji socjaldemokratów odegrał znaczącą rolę w odwołaniu z rządu przewodniczącego partii SVP Christopha Blochera w grudniu 2007 roku. Pisał historię, ponieważ taka sytuacja zdarzyła się dopiero po raz czwarty w dziejach Konfederacji. 

W 2012 roku, wchodząc do siedmioosobowej Rady Federacyjnej i obejmując Departament Spraw Wewnętrznych, Berset stanął na szczycie szwajcarskiego systemu politycznego. W tym roku (prezydentura w Szwajcarii jest rotacyjna) pełni funkcję głowy państwa. 

topelement-5

Prezydent i biegacz. Źródło: lematin.ch

Po prostu Alain 

Jest politykiem z powołania. Lubi podkreślać, że w sektorze prywatnym nie zarobił ani rappena. A pomyśleć, że mógł zostać zawodowym sportowcem.

Rodzina Berseta to biegacze. On sam, jako 17-latek zdobył tutuł mistrza juniorów zachodniej Szwajcarii w biegu na 800 metrów. Sport do dzisiaj pełni ważną rolę w jego życiu. Lubi jeździć na nartach i chodzić po górach. Choć na co dzień urzęduje w Bernie, co roku 1 sierpnia w Narodowe Święto Szwajcarii, wraca w rodzinne strony, aby razem z rodziną i przypadkowo napotkanymi miłośnikami natury, wędrować w okolicach Schwarzsee, a potem zjeść Zmittag w lokalnej restauracji.

web-nr-6448.jpg

Wizyta w rodzinnych stronach. Źródło: Schweizer Illustrierte

Berset jest blisko ludzi, nie boi się z nimi rozmawiać, nie uznaje sztucznych podziałów. – Röstigraben (symboliczna granica językowa i kulturowa pomiędzy Szwajcarią niemiecką a francuską – przyp. red.) nie istnieje – to jedno z jego słynnych zdań. – Szwajcaria należy do wszystkich, którzy tu mieszkają – odpowiada, pytany o to, jak pojmuje patriotyzm. 

Ludzie cenią jego otwartość i szczere zainteresowanie ich problemami. Od jedenastu lat, w grudniu, przed świętami, jeździ do Fryburga gotować zupę w jadłodajni dla biednych i bezdomnych. – Znam tu wszystkich. Dla nich jestem po prostu Alain – mówi. Po skończonym obiedzie pomaga zamiatać podłogę. 

To, że polityków, nawet tych wysoko postawionych, można spotkać bez ochrony w pociągu czy kawiarni w centrum miasta, nikogo w Szwajcarii nie dziwi. Berset natomiast wyjątkowo chętnie daje się „przyłapać” w sytuacjach prywatnych. Na przykład, kiedy podczas wizyty w Lichtensteinie, przed uroczystą kolacją w pałacu książęcym, przyszywa sobie guzik w marynarce. Prezydent, co igły i nitki się nie boi. 

web-il50_reportage_berset02.jpg

Berset gotuje zupę dla bezdomnych. Źródło: Schweizer Illustrierte

Lew salonowy 

Właśnie wylądowałem w Nowym Jorku – informuje Berset ponad 7 tys. osób obserwujących go na Instagramie. Prezydent poleciał akurat reprezentować Szwajcarię podczas 73. sesji ONZ. W rozjazdach jest często, bo tego wymaga jego funkcja. W tym roku był już z wizytą m.in. w Bangladeszu (gdzie przyjęto go jak króla), Japonii (skąd wrzucił selfie z zawodnikami sumo), Nairobi, Kenii i Bejrucie. 

Odwiedził też sportowców podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Seulu, a na mundialu w Rosji kibicował reprezentacji w grupowym meczu z Brazylią. Chętnie wizytuje też festiwale filmowe. W maju był w Cannes, a w sierpniu otwierał Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Locarno, gdzie spotkał się też z amerykańską aktorką Meg Ryan, odbierającą w Szwajcarii nagrodę honorową.

Berset lubi bywać i wie, jak się zachować na salonach. W nienagannie skrojonym smokingu witał niemieckiego prezydenta Franka-Waltera Steinmeiera podczas jego wizyty w Szwajcarii. W czasie swojego urzędowania miał już okazję spotkać się z prezydentem USA Donaldem Trumpem i papieżem Franciszkiem. Z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem jest w dobrych relacjach oficjalnych i prywatnych, a na narty jeździ razem z księciem Lichtensteinu. 

Wieczorami grywa na pianinie. Podczas obchodów 125-lecia Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii dał koncert na cztery ręce z koleżanką z rządu Simonettą Sommarugą. 

Berset-zu-Treffen-mit-Trump-Es-war-ein-Gespraech-auf-Augenhoehe_article_full

Z Donalden Trumpem w Davos. Źródło: Keystone

„Afera obrączkowa” 

Berset często podkreśla, jak ważna jest dla niego rodzina (ma trójkę dzieci) i jak wielkie znaczenie dla niego i jego kariery politycznej ma żona Muriel, artystka i znawczyni literatury. 

Jakiś czas temu szukający sensacji tabloid zauważył jednak, że prezydent nie zawsze nosi na palcu małżeński symbol miłości i wierności. – Są dni, kiedy pan Berset obrączkę nosi i takie, kiedy nie – tłumaczyła wtedy lakonicznie szefowa biura komunikacji prezydenta. To chyba jedyny, choć ewidentnie nakręcony przez nudzących się dziennikarzy, obyczajowy incydent związany z Bersetem. Przez mijające właśnie dziewięć miesięcy prezydentury udało mu się uniknąć skandali.

Choć jego sposób bycia wzbudza w Szwajcarach sympatię, nie wszyscy akceptują jego działania polityczne, bo chce np. podwyższać podatki i ciąć pensje najlepiej zarabiającym lekarzom. W zamian zaś proponuje dodatek emerytalny dla kobiet, walkę z rosnącymi premiami ubezpieczycieli i regulację rynku leków. Choć społeczną wrażliwość wyssał z mlekiem matki (też była działaczką polityczną), często brakuje mu odwagi, aby odnieść się do budzących kontrowersje spraw, jak obecność kobiet w parlamencie czy legalizacja marihuany.

Krytycy zarzucają mu skłonność do uników i operowania okrągłymi zdaniami. Być może dlatego nie potrafił przekonać obywateli do swojego wielkiego projektu, jakim jest reforma systemu emerytalnego, co uważa się za jego największą polityczną porażkę. 

SCHWEIZER FILMPREIS QUARZ, VERLEIHUNG, PREISVERLEIHUNG,

Z żoną Muriel Zeender Berset. Źródło: Keystone/Martial Trezzini

Alain Berset za trzy miesiące pożegna się ze swoją funkcją. Zostanie po nim dobre wrażenie i dużo fajnych zdjęć. Fakt, że lubi się „lansować”, ale czy nie na tym właśnie polega rola prezydenta Szwajcarii? Berset jest doskonałym przykładem profesjonalizacji szwajcarskiej polityki. Dobrze wykształcony i oddany służbie publicznej. Do tego przystojny i medialny – regularnie pojawia się rankingach najpiękniejszych i najlepiej ubranych. Potrafi się ładnie wypowiedzieć – swoją mowę inauguracyjną wygłosił w czterech oficjalnych językach kraju. Lepszego prezydenta Szwajcaria nie mogła sobie wymarzyć.

IMG_4731

Źródło: tagesanzeiger.ch


Źródła:

Schweizer Illustrierte

Handelszeitung

NZZ

Tagesanzeiger

Blick

20 Minuten

Wschodni zapaszek a Zurych odrealniony

8f1beca330b82530ffff8049ffffffe7

Heini Andermatt „Girls in der Bahnhofstrasse” heiniandermatt.ch

Fragment opowiadania Stefana Chwina „Szwajcaria” ze zbioru ”Dieser Mont Blanc verdeckt doch die ganze Aussicht!” : Der literarische Blick auf Alpen, Tatra und Kaukasus. („Ten Mont Blanc zasłania cały widok!”: Literackie spojrzenie na Alpy, Tatry i Kaukaz”). Redakcja: Gianna Frölicher, Małgorzata Gerber, Sylvia Sasse, Nina Seiler. Edition Schublade. Zürich 2016.

Na publikację trafiłam przypadkiem, buszując w książkach w jednym z zuryskich second handów. Nie wiem, kiedy Chwin był w Zurychu i napisał te słowa, ale urzekła mnie trafność jego spostrzeżeń. Fragment nieco przydługi, ale myślę, że warto.

„Ulice Zurychu były pełne ludzi, a wyglądały na zupełnie puste. Ludzie szli zamknięci w szklanych kulach swoich spraw, na dnie oczu spokój, rezygnacja i bezwzględny błysk stanowczości, żadnych głośniejszych rozmów. Jakież to wszystko było niepodobne do polskich ulic i patrząc na twarze, sklepy i światła, nie wiedzieliśmy, czy to dobrze, czy źle, że ta różnica stała się tak jawna. Tu wszyscy szli tak, jakby nie chcieli zadrasnąć nikogo swoją obecnością, toczyli się ulicami jak kule sprawnie toczące się po zielonym suknie bilardowego pola, zręcznie wymijając przechodniów, żeby nikogo nie potrącić, nie dotknąć, nie popchnąć, szybkie spokojne kroki, prawie nikt nie szedł, wszyscy gdzieś dążyli, a każdy osobno, w swoją stronę. Przy stolikach w kawiarnianych ogródkach siedziały eleganckie damy trzymające na wodzy każdy swój gest, rozmawiające o swoich domowych i romansowych sprawach tak, jak się mówi o sprawach handlowych, nie widziałem nigdzie żywszej gestykulacji, uniesionych rąk, uniesionych brwi, nie słyszałem wybuchów śmiechu, ta elegancja wszystko pokrywała leciutkim, srebrnym nalotem, uciszając głosy i wygładzając skórę na policzkach i dłoniach.

A u nas, w Polsce? Na naszych ulicach unosił się zapaszek z lekka łobuzerski, ruch był bardziej chaotyczny, na przystanku czy chodniku pojawiały się niespodziewane zawirowania, ludzie nie wytrzymywali czekania na zmianę świateł z czerwonych na zielone, wchodzili przed samochodami na jezdnię, psychicznie mocując się z kierowcami, kto kogo, dziewczyny wstrząsały włosami, szły z lekka bezczelnie, młodzi mężczyźni w dresach, w kurtkach z kapturem, w luźnych portkach, szli po chodniku rozkołysani, z tatuażami na rękach, z mocno wygolonym karkiem, odgrywając rolę króla ulicy, nie ustępowali nikomu z drogi, kto kogo, ludzie się sobie przyglądali, każdy miał zdanie o każdym, które mogło w każdej chwili wybuchnąć ordynarnym bluzgiem. Na ulicy w Zurychu nikt z idących nie przyglądał się nikomu, nikt nie interesował się tym, kto jak jest ubrany, uczesany, umalowany. U nas nad ulicą unosiła się atmosfera zaczepki, nieprzyzwoitego gestu, każdy oceniał każdego, każdy wyrażał obojętność, która wcale nie była obojętnością, na twarzach malowała się aprobata i dezaprobata.

Kiedy gdańską ulicą szła ze mną K. w jednym ze swoich zwariowanych kapeluszy, choćby w tym toczku kremowym z jasną kokardą na czubku, czuliśmy, że jesteśmy widziani, że zaczepiają nas cudze spojrzenia, że komuś zależy na tym, żebyśmy nie wyglądali tak, jak wyglądamy, albo żebyśmy wyglądali, tak jak wyglądamy. A tu, na ulicy w Zurychu, nikt nie zwracał uwagi na fantazyjny kapelusz K., szliśmy ulicą, której było zupełnie obojętne, czy wyglądamy tak, czy siak, żadnego odzewu, piłka rzucona i nieodbita, zresztą mijały nas postacie równie fantazyjne, jacyś mężczyźni z włosami ufarbowanymi na różowo, na których nikt nie zwracał żadnej uwagi, jakieś kobiety z szyjami wytatuowanymi na  oletowo, z nosami przebi- tymi srebrnym gwoździem, na które nikt nawet nie rzucił okiem. Cały ten uliczny teatr rozmaitości grał do pustej widowni, chociaż ulica była pełna, był wyzwaniem rzuconym w powietrze, gestem nie trafiającym na żaden opór, powietrze rozrzedzone, nad jezdnią chmurka świateł, a w niej płynące złote rybki w metropolitalnym akwarium Zurychu, geje w rurkowatych spodniach, lesbijki w kolorowych ciuszkach z Orientu. Każdy grał tu przedstawienie nawet nie dla samego siebie, tylko dla drzew i domów.

Szliśmy ulicą Zurychu wyczyszczeni z istnienia, higieniczni, odrealnieni i brakowało, och, jak brakło nam tego łobuzerskiego, wschodniego zapaszku, w którym się wychowaliśmy, tych spojrzeń ironiczno-karcących w autobusie, w tramwaju, na przystanku, na dworcu, tej atmosfery zaczepki, wyzwania, chociaż chwilami marzyliśmy o zupełnie obojętnym tłumie, w którym można by zatonąć, o gnieździe świętego spokoju, o zupełnej niewidzialności, ale teraz brakowało nam tych spojrzeń, tych drobnych nakłuć naskórka twarzy taksującymi spojrzeniami, tych drobnych oparzeń na skórze, które nas tak drażniły i cieszyły, gdyśmy wychodzili na ulice Gdańska – K. w swoich fantazyjnych kapeluszach, w papieskich narzutkach, z torebkami z pchlego targu, jakich nikt nie nosił, ja – w czarnym kapeluszu, w czarnym płaszczu z białą brodą, a wiadomo, kto chodzi w czarnym kapeluszu, w czarnym płaszczu, z białą brodą.

Istoty wędrujące ulicami Zurychu przepływały obok nas równym rytmem, a my nie zostawialiśmy nawet śladu w ich spokojnych źrenicach, zajętych czym innym niż obserwacja wyglądu przechodniów. A tam, w Gdańsku, o żadnej niewidzialności nie mogliśmy nawet marzyć. Tak, odstawaliśmy od reszty, która była wyczulona na każdą odmienność, na każde drgnienie obcości, więc wychodząc na ulicę czuliśmy lekki dreszczyk, że jesteśmy wystawieni na cios, ale było się od czego odbić, uliczny teatr był gorący, kto wystawiał się na widok, mógł oberwać, ulica mówiła: nie lubimy obcych, ale lubimy drażnić się z obcymi, czuła ich jak drzazgę pod paznokciem. Tu, w Zurychu, płynęliśmy metropolitalną ulicą w jasnym nurcie wieczornego powietrza, pośród mnogich dziwadeł, elegantów, korporacyjnych bubków z roleksem na przegubie, pań o siwych włosach uczesanych w falę nad czołem, śniadych Arabów w białych koszulach, Murzynów w skórzanych kurtkach i jaskrawych swetrach.”

Ucieczka z raju, czyli gdzie emigrują Szwajcarzy

Od dawna naczelnym tematem w szwajcarskich mediach jest to, kto do kraju „napływa” i w jakiej liczbie (albo, jak lubią niektórzy dziennikarze, ilości). Niemal codziennie atakują nas niusy, że już jedna trzecia mieszkańców ma imigranckie korzenie, że z roku na rok „obcych” jest coraz więcej, że w szpitalach co drugi niemowlak ma na imię Amar, że biednym Szwajcarom – my, ekspaci, migranci, azylanci – zabieramy pracę, narzucamy zwyczaje i zmieniamy kulturę.

„Pani mąż to Szwajcar? Ale taki 100-procentowy? Niemożliwe..” – usłyszałam od rekruterki podczas jednej z rozmów o pracę. Tak, „prawdziwego” Szwajcara niedługo będzie można spotkać jedynie w muzeum.. Jakie szczęście, że mam w domu taki eksponat ;P

Nie wiem, czy to inwazja „obcych” powoduje, że Szwajcarzy z bólem serca porzucają swoją krainę mlekiem i miodem płynącą, ale faktem jest, że robią to coraz częściej. Statystyki, opublikowane właśnie przez szwajcarskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, mówią, że już 760 tys. posiadaczy szwajcarskiego paszportu wybrało do życia inny kraj. To rekordowa liczba, która oznacza, że ze Szwajcarii emigrowało ok. 11 proc. mieszkańców. Sporo, jak na społeczeństwo, które uważa swój kraj za najlepszy na świecie.

Decyzja o emigracji na pewno nie jest dla Szwajcara łatwa. No bo jak tu wybrać miejsce, które pozwoli cieszyć się podobnym dobrobytem? Nie dziwi, że na pierwszym miejscu Szwajcarzy przeprowadzają się do sąsiadów  – Francji, Niemiec i Włoch. Ze względu na odległość, język i podobną kulturę. Kolejne kierunki w Europie to Hiszpania i Wielka Brytania. Poza Europą najbardziej popularna jest Azja – Bangkok, Hong Kong, Manila i Singapur, potem Kanada i Stany Zjednoczone. Sporo Helwetów mieszka też w Australii i Nowej Zelandii.

Trudno powiedzieć, czy to potrzeba zmiany, strach przed obcymi czy inne powody, skłaniają Szwajcarów do emigracji (na pewno nie jest to wyjazd „za chlebem”). Być może kierunki dobierane są pod względem dostępności sera.. Czy Szwajcarzy mają dosyć własnej ojczyzny? Nie czują się u siebie jak w domu?

Mam swoją teorię, że to prawicowi radykałowie swoimi kampaniami, zamiast – tak, jak chcieli – wypędzić migrantów, wykurzają z kraju Szwajcarów? :) Brawo SVP!