Jedną nogą w Unii – trudny mariaż Szwajcarii z Europą

csm_Schweiz_EU_092f3fc3f4

Wybory do Parlamentu Europejskiego za pasem. Myślicie, że Szwajcarii to nie dotyczy? Błąd. Co szósta mieszkająca tu osoba to obywatel lub obywatelka jednego z krajów Wspólnoty. Czy pójdą na wybory? Czy my pójdziemy? Nasze decyzje mają wpływ na Unię Europejską, więc pośrednio również na to, co dzieje się w Szwajcarii. Powiecie, że przecież Szwajcaria nie jest w Unii. Tylko formalnie. W praktyce wzajemne zależności są tak ścisłe, że Szwajcarzy bez UE może mogliby istnieć, ale byłoby im trudniej. A może jednak łatwiej? Zobaczmy.

Kiedy po drugiej wojnie światowej Winston Churchill wzywał w Zurychu do utworzenia czegoś na kształt Stanów Zjednoczonych Europy, Szwajcaria, owszem, była zainteresowana integracją z zachodnimi państwami. Gospodarka po wojnie intensywnie się rozwijała, dlatego dostęp do europejskiego rynku był jak najbardziej w interesie Helwetów. Już na początku lat 60. XX wieku Szwajcaria wzięła udział w tworzeniu podwalin wspólnej strefy gospodarczej, tworząc jako jeden z siedmiu krajów Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu (EFTA).

W międzyczasie w siłę rosła inna międzynarodowa organizacja – Europejska Wspólnota Gospodarcza, która za jakiś czas miała przekształcić się w Unię Europejską. Kraje członkowskie EFTA  – wówczas oprócz Szwajcarii były to Islandia, Norwegia i Lichtenstein – porozumiały się z państwami EWG, aby umożliwić swobodny przepływ nie tylko towarów i usług, ale również kapitału i ludzi. Kiedy miało dojść do podpisania traktatu o utworzeniu wspólnego obszaru handlowego – Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG), Szwajcaria zaczęła robić problemy. Współpraca handlowa, jak najbardziej, ale z zachowaniem samostanowienia i suwerenności krajów. Helweci nie byli gotowi na to, żeby ryzykować oddanie części władzy w ręce ponadnarodowego tworu, jaki rodził się w Europie. Nie chcieli, aby ich neutralność została poddana w wątpliwość. Chcieli mieć ciastko i zjeść ciastko, albo jak kto woli – szukali złotego środka.

Ostateczny głos miał należeć, jak zawsze w podobnych przypadkach, do obywateli. W grudniu 1992 roku odbyło się ogólnokrajowe referendum w sprawie przystąpienia do EOG. Temat budził duże emocje, więc Szwajcarzy tłumnie ruszyli do urn, frekwencja wyniosła prawie 80 proc. To referendum, jedno z najważniejszych w historii Federacji, pokazało wyraźnie, jak podzielone było wówczas szwajcarskie społeczeństwo, jeśli chodzi o wizję przyszłości kraju. Opcja przeciwko wejściu do wspólnej Europy przeważyła nieznacznie, tylko 23 tysiącami głosów. Geograficzna linia między zwolennikami i przeciwnikami zjednoczenia przebiegała dokładnie tam, gdzie w Szwajcarii znajduje się symboliczna granica kulturowa, językowa i mentalna, tzw. Röstigraben – na nie były kantony niemieckojęzyczne i włoskie Ticino, na tak – Szwajcaria Zachodnia z przewagą wpływów francuskich.

2fbe93c7-81c9-46c5-a348-0ff57a647ad1

Kampania przeciwników EOG przed referendum w 1992 roku. Fot. watson.ch

Choć większość Szwajcarów, w obawie przed utratą niezależności, napływem cudzoziemców i wzrostem bezrobocia, opowiedziała się przeciwko unifikacji, to kraj nie mógł sobie pozwolić na pozostanie samotną wyspą w środku Europy. W 1995 roku aż 80 procent szwajcarskiego importu pochodziło z krajów UE, a 62 procent eksportu trafiało na rynki ówczesnej „piętnastki”. Szwajcaria dawała obywatelom krajów Unii ponad pół miliona miejsc pracy. Czy Szwajcarzy tego chcieli, czy nie, byli częścią europejskiej wspólnoty de facto i wycofanie się z tej raz wprawionej w ruch machiny nie wchodziło w grę.

Dlatego Szwajcaria przyjęła strategię trzeciej drogi. Fachowo nazywa się to bilateralizmem, czyli polityką umów dwustronnych. Chodzi o to, że zamiast formalnie być częścią wspólnoty, Szwajcaria podpisuje dziesiątki rożnych umów, regulujących każdą sprawę osobno. Odtąd relacje Berna z Brukselą to nieustanne balansowanie na cienkiej granicy, oddzielającej zaangażowanie Szwajcarii w sprawy wspólnej Europy od podążania własną drogą. Pierwszy pakiet umów podpisano już w 1998 roku, a regulowały one takie podstawowe kwestie, jak transport lądowy, powietrzny, współpracę badawczą i swobodny (choć tylko z nazwy, bo Szwajcaria zastrzegła sobie tutaj dodatkowe działania chroniące pracowników) przepływ osób. Unia, żeby uniknąć wybiórczego dostosowywania się Szwajcarii do przepisów, objęła ją tzw. gilotyną. Jeśli doszłoby do zerwania jednej z umów, automatycznie przestają obowiązywać też wszystkie inne.

W międzyczasie w Szwajcarii miały miejsce kolejne próby przekonania społeczeństwa do tego, że bycie w Europie jest fajne. W 2001 roku z inicjatywy obywatelskiej „Yes to Europe” odbyło się referendum, którego wyniki (77 proc. głosów dla „no to Europe”) potwierdziły negatywny stosunek Szwajcarów do integracji. Teoretycznie otwartą furtkę do Unii Szwajcarzy pozostawili sobie aż do 2016 roku, kiedy decyzją parlamentu ostatecznie wycofano martwy i tak wniosek o rozpoczęcie negocjacji akcesyjnych.

Z biegiem lat Szwajcaria coraz ściślej wiązała się z Europą, podpisując kolejne umowy dwustronne i towarzyszące. Dzisiaj jest ich już ponad sto i dotyczą wielu różnych spraw, od transportu towarów i osób drogą lądową i powietrzną, przez handel produktami rolnymi, po wymianę informacji na temat przestępców i współpracę w badaniach naukowych. Ujednolicenie przepisów handlowych i norm jest ważne dla szwajcarskich firm, które robią interesy z klientami z Europy. Szwajcaria wciąż broni jednak swojego rynku, m.in. utrzymując kontyngenty celne i wymagając dostosowań do lokalnego prawa pracy w przypadku delegacji pracowników.

Układ Szwajcarii z Unią nie dotyczy tylko biznesu, ale ma wpływ na życie każdego z nas – możemy wjechać tu bez paszportu, ale jeśli chcemy zostać dłużej i pracować, wymagane jest specjalne pozwolenie. Ponieważ Szwajcaria otworzyła swój rynek pracy dla obywateli UE, procedury są łagodniejsze niż dla osób przybywających spoza Europy. Dzięki umowom dwustronnym, nasze szwajcarskie ubezpieczenia zdrowotne są ważne w Polsce, nie musimy płacić podwójnych podatków, możemy natomiast w Szwajcarii studiować i korzystać z tutejszych stypendiów naukowych. Wciąż musimy jednak uważać na to, co do Szwajcarii wwozimy i liczyć się z wysokimi podatkami na granicy. Podobnie jak – uwaga, turyści – z zawrotnymi stawkami w roamingu.

juncker-und-sommaruga

Szwajcaria-UE: miłość czy nienawiść? Fot. Keystone

Wydawałoby się, że bilateralne umowy to dla Szwajcarii układ idealny: bierzemy, co dla nas dobre, ale pozostajemy z boku. Dzisiaj co trzeci szwajcarski frank pochodzi z wymiany handlowej z Unią. Do krajów UE płynie 55 procent szwajcarskiego eksportu, o wartości ok. 120 miliardów franków, a sprowadzane stamtąd produkty za ponad 130 miliardów franków rocznie stanowią aż trzy czwarte wszystkich importowanych przez Szwajcarię. Helweci handlują z Europą głównie wyrobami przemysłu chemicznego i farmaceutycznego, maszynami i elektroniką oraz przyrządami precyzyjnymi.

Do tego dochodzą jeszcze inwestycje bezpośrednie. Ponad 80 proc. zagranicznego kapitału krążącego w szwajcarskiej gospodarce pochodzi z krajów UE. To ponad 500 miliardów franków. Co równie ważne, Szwajcaria korzysta też na swobodnym przepływie osób. Do Szwajcarii przyjechało prawie 1,5 miliona pracowników z Unii, a kolejne 300 tysięcy to pracownicy przygraniczni, którzy w Szwajcarii pracują, a mieszkają w jednym z krajów sąsiedzkich (rzadziej odwrotnie).

Ekonomiści Szwajcarskiej Federacji Biznesowej, economiesuisse, wyliczyli, że bez porozumień z Unią, tempo wzrostu szwajcarskiej gospodarki w latach 2002-2014 byłoby wolniejsze o prawie 6 procent. Przekładając to na konkrety – przeciętny obywatel zarobiłby rocznie ok. 4,4 tys. CHF mniej. Szwajcaria czerpie z Unii pełnymi garściami. Co ma Unia ze Szwajcarii? Trochę pieniędzy (Szwajcaria płaci tzw. składkę solidarnościową, a oprócz tego okazjonalnie sypie kasą, m.in. na projekty wspierające integrację nowych członków UE) i sporo problemów.

Każda zmiana w unijnych przepisach, która dotyczy umów bilateralnych, musi przejść przez szwajcarskie sito. Kiedy Szwajcarzy wyciągają oręże w postaci referendum, zawsze pojawia się pytanie: jak decyzja obywateli będzie się miała do umów z Unią? Straszakiem, który wyciągają wtedy zwolennicy współpracy z UE (są w Szwajcarii i tacy), jest groźba wyrzucenia ze strefy Schengen (Szwajcaria otworzyła granice w 2008 roku). Zdarza się, że dopiero jak już mleko się rozlało, czytaj decyzja została podjęta, okazuje się, że nie da się jej pogodzić z umowami dwustronnymi. Tak było w 2014 roku, kiedy w kontrowersyjnym referendum większość Helwetów poparła ograniczenie imigracji. Podejście Szwajcarów? Stało się, tak chciał naród, teraz zobaczymy, czy da się jakoś dogadać z Brukselą. Nie udało się do dzisiaj.

Szwajcaria jest dla UE uciążliwym partnerem w negocjacjach, które często prowadzone są metodą kija i marchewki. Tak było m.in. w przypadku unijnej dyrektywy o opodatkowaniu oszczędności, której wdrożenie przez Szwajcarię oznaczałoby konieczność dzielenia się informacjami o ulokowanym w bankach kapitale zagranicznych klientów, więc w praktyce koniec słynnej tajemnicy bankowej, na której kraj zbudował swoją finansową potęgę. Negocjacje z Unią trwały długimi latami, a wypracowany w bólach kompromis Szwajcaria zaakceptowała ostatecznie w 2004 roku.

310666119

„Nie, dziękuję!” – Szwajcaria nie zajmie miejsca w Unii po Wielkiej Brytanii. Fot. sputniknews.de

Aktualnie kością niezgody w relacjach między Szwajcarią a Unią jest tzw. umowa ramowa, która ma skupić wszystkie zawarte dotąd porozumienia między Szwajcarią a UE (jest ich aż 120) i jednocześnie zapewnić automatyczne wprowadzanie do nich bieżących zmian zgodnych z prawem unijnym. To rozwiązanie budzi sprzeciw pewnej grupy Szwajcarów, którzy są za samostanowieniem i obawiają się, że Unia przejmie kontrolę nad tym, co się dzieje w państwie. Ponadto UE wymaga od Szwajcarii pójścia na spory kompromis i rezygnacji z mechanizmów ochronnych rynku pracy (m.in. kontroli firm delegujących pracowników). Wojna nerwów trwa od 2014 roku.

Pod koniec 2018 roku brukselskim urzędnikom skończyła się cierpliwość i zagrozili, że jeśli do porozumienia nie dojdzie, Szwajcaria dostanie zakaz handlu akcjami na giełdach w UE. Oczywiście to było tylko grożenie palcem, bo Unia ostatecznie dała Szwajcarii ultimatum do końca czerwca tego roku. Czy Berno wywiąże się z zobowiązania czy szwajcarscy politycy dalej bedą się bawić z unijnymi urzędnikami w kotka i myszkę? Niedługo się przekonamy. Umowa jest na tyle ważna, że bez jej przyjęcia nie będzie możliwe podpisanie kolejnych porozumień, w tym w sprawie ważnego dla Szwajcarów dostępu do unijnego rynku energetycznego.

Przewodniczący Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker, przyznał niedawno, że współpraca ze Szwajcarią to dla niego nieustanne źródło stresu. Rozmowy o umowie ramowej prowadził już z czterema prezydentami Federacji, a każdy miał inną jej wizję. „Szwajcaria nie ma jednej polityki europejskiej, tylko siedem różnych” – podsumował Juncker, nawiązując do siedmiorga przedstawicieli szwajcarskiego rządu.

Słuchając takich wypowiedzi, można odnieść wrażenie, że unijni urzędnicy tak niewygodnego partnera, jakim jest Szwajcaria, najchętniej by się pozbyli. Tymczasem, według badań opinii publicznej, prawie trzy czwarte obywateli UE z chęcią przyjęłaby Szwajcarów w swoje szeregi. Co na to sami zainteresowani? W ciągu lat sprzeciw wobec wejścia do UE w społeczeństwie wzrósł. Gdyby referendum w sprawie ewentualnej akcesji odbyło się dzisiaj, to można by się było spodziewać, że – inaczej niż w 1992 roku – wyraźna większość Helwetów powiedziałaby Unii zdecydowane nie.


 

Źródła:

Schweiz und die Europäische Union, Eidgenössisches Department für auswärtige Angelegenheiten, 2016

Polityka Szwajcarii wobec Unii Europejskiej, Michał Tomczyk, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, 2014

Szwajcaria wobec integracji europejskiej, Czesław Porębski, Ośrodek Myśli Politycznej, 2005

https://www.skarbiec.biz/prawo/prawnik-radzi/21_08_2009.htm (o tajemnicy bankowej)

https://www.swissinfo.ch/ger/essay_-fuer-die-eu-ist-die-schweiz-ein-staendiger-stresstest-/44321778

https://www.swissinfo.ch/eng/economists-dispute_does-switzerland-really-benefit-from-eu-bilateral-accords/42100894

 

Windą na Matterhorn, czyli gdzie są granice szwajcarskiej turystyki

st0005807_la-chaux-de-fonds_sommer_36518

La Chaux de Fonds z lotu ptaka. Fot. myswitzerland.com

Majówka 2019. Jadę na drugą stronę Röstigraben, czyli do francuskojęzycznej Szwajcarii. Najpierw Neuchatel/Neuenburg – błękitne jezioro, ośnieżone szczyty Alp (ledwo widoczne, ale wiem, że tam są), kamienice z piaskowca, brukowane uliczki, zamek. Potem Yverdon les Bains z campingowym, urlopowym klimatem, takim, że aż chce się zanucić „Chałupy welcome to”. Ładnie, jak to w Szwajcarii. Z tą różnicą, że na cüpli, czyli kieliszek prosecco mówi się tu flute i wszyscy udają, że nie znają słowa po niemiecku, choć uczyli się tego języka w szkole (wybaczam, też się uczyłam francuskiego, z marnym skutkiem).

Kiedy po pół godziny jazdy pociągiem z pocztówkowego Neuchatel wysiadłam na dworcu w La Chaux de Fonds poczułam się trochę, jakbym z Melediwów trafiła do Wejherowa. Niezrażona estetyką terenów okołodworcowych, ruszyłam w miasto, w którym urodzili się Le Corbusier i Louis Chevrolet (i jeden i drugi opuścił Szwajcarię), a w 2009 roku dostąpiło zaszczytu wpisania na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Wspinając się po stromych ulicach (miasto leży na 1000 m npm w górach Jury), których układ przypomina nowojorski Manhattan w miniaturze, powoli odkrywałam Szwajcarię, jakiej jeszcze nie miałam okazji oglądać. Zamiast ozdobnych kamienic z kolorowymi okiennicami, proste, kilkupiętrowe budynki, przytulone do siebie tak, jakby ktoś chciał wygrać konkurs na upchnięcie jak największej liczby domów na jednej przecznicy. Wąskie, przecinające się pod kątem prostym ulice, które nie zostawiają miejsca na przestronne place. Z góry widok na blokowiska, betonowe mosty, cegłę, kominy i szklane plomby. Miasto-fabryka. Symbol minionej epoki przemysłowej.

La Chaux de Fonds odbudowano w duchu urbanistycznego pragmatyzmu po pożarze w 1794 roku. Przestrzeń miejską zaaranżowano tak, aby pasowała do intensywnie rozwijającej się tu produkcji zegarków (ten region Szwajcarii jest nazywany Watch Valley). Najważniejszy stał się przemysł i robotnik. Miało być funkcjonalnie, bez wydziwionych architektonicznych form i zbędnych dekoracji. Dzisiaj to położone kilka kilometrów od granicy z Francją miasto, z bezrobociem znacznie przekraczającym szwajcarską średnią i wysokim odsetkiem imigrantów, wydaje się być miejscem zapomnianym, do którego nie docierają spragnieni instagramowych kadrów turyści.

Fakt, trudno tutaj o malownicze tło do selfie. W dzień wolny od pracy całe życie miejskie zdawało się koncentrować wokół przydworcowego macdonalda. Obiecująca wiele swoją nazwą Promenda Le Corbusiera okazała się być wyłożoną betonowymi płytami aleją przy torach kolejowych, z obskurnymi garażami po jednej i nowoczesnymi klockowatymi apartamentami po drugiej stronie. La Chaux de Fonds to chyba jedno z tych miejsc, które odwiedza się raz i już tu nie wraca. Które nawet w słoneczny, majówkowy wieczór, nie przyciąga turystów.

A takich miejsc w Szwajcarii nie ma zbyt wiele. Gospodarka zarabia na turystach prawie 50 miliardów franków rocznie. W samych tylko hotelach i innych miejscach noclegowych zwiedzający zostawili w 2018, rekordowym roku, ponad 38 miliardów franków. Turystyka jest jedną z najważniejszych helweckich branż eksportowych, generując roczne obroty porównywalne ze sprzedażą zegarków za granicę. To ogromny biznes, który skutkuje coraz bardziej uciążliwym dla mieszkańców przeludnieniem oraz podziałem kraju na miejsca „turystyczne” i takie, które dopiero się nimi staną.

Samą Lucernę, uwielbianą przez zagranicznych turystów, odwiedza rocznie ponad dziewięć milionów osób. Na każdego mieszkańca przypada tu 116 zwiedzających, więcej niż w przesyconej turystami Wenecji. Najwięcej emocji wzbudzają przybywające do Lucerny na zaproszenie międzynarodowych firm grupy pracowników z Azji. W przyszłym tygodniu miasto odwiedzi rekordowo liczna grupa 12 tysięcy sprzedawców kosmetyków z Chin. Władze zapewniają, że mają wszystko pod kontrolą. Choć Szwajcarzy narzekają na zastawione autokarami centrum miasta, wylewające się na ulice tłumy i podbijanie cen, to wiedzą, że turyści równa się kasa. Szacuje się, że sama tylko wspomniana wizyta z Chin da regionowi zastrzyk gotówki w wysokości 4 milionów franków.

Lucerna i okolice stały się ofiarą swojego turystycznego sukcesu. Podobny los spotkał m.in. słynną górską restaurację Äescher-Wildkirchli, przyklejoną do skał Ebenalp na wysokości 1640 m npm. Dawniej było to miejsce, do którego docierali głównie lokalni mieszkańcy i szukający schronienia miłośnicy alpejskich wędrówek. Do czasu, kiedy w 2014 roku pojawiło się na okładce National Geographic jako turystyczny „kierunek życia”. Miejsce ze 170-letnią tradycją nie wytrzymało nalotu turystów uzbrojonych w smartfony. Dotychczasowi zarządzający restauracją, przytłoczeni ogromem chcących skorzystać z ich gościny osób, zrezygnowali z jej prowadzenia. Dopiero w miniony weekend Äescher otworzyła swoje podwoje pod nowym kierownictwem.

W wielu miejscach Szwajcarii sezon turystyczny trwa właściwie przez cały rok. Zimą przyjeżdża się na narty i świąteczne jarmarki, latem – na górskie wędrówki, wycieczki słynnymi trasami kolejowymi, zwiedzanie miast. Oprócz tego są gondole-kabriolety, wagoniki z przeszkloną podłogą, wykładane kryształkami Swarovskiego, kolejki, którymi da się wjechać na niedostępne dla przeciętnego turysty szczyty Alp. Nie chodzisz po górach? Nie ma problemu – my cię na nie wwieziemy, choćbyś miał tam brodzić w śniegu w samych klapkach. Byle wyżej, dalej, drożej.

Uruchomiona w ubiegłym roku kolejka linowa Matterhorn Glacier Ride pozwala każdemu, kogo na to stać, wjechać na wysokość ponad 3800 metrów npm. To najwyższy dostępny dla masowej turystyki punkt w Europie. Co będzie następne? Winda na Matterhorn? Całym sercem jestem za swobodą podróżowania i korzystania z dobrodziejstw techniki. Sama często jestem turystką w Szwajcarii i poza nią. Alpejskie szczyty wolę jednak oglądać z dołu, a te, na które nie mogę wejść, zwykle zostawiam w spokoju.

Aby zachować dystans do ekspansywnej szwajcarskiej turystyki, dobrze jest czasem pojechać w miejsca, o których nie pisze się na pierwszych stronach przewodników. Zamiast szukać punktów widokowych i panoram, posłuchać historii i odkryć, że Szwajcaria ma różne oblicza. Nawet, jeśli nigdy nie wrócę do La Chaux de Fonds, to pozostanie ono jednym z moich tutejszych zaskoczeń. Jestem pewna, że nie ostatnim.

Stoliczku nakryj się – zero waste po szwajcarsku

Food_Waste_Karotten_595

Unikatowe marchewki można tylko kochać. Fot. nachhaltigleben.ch

Niedawno pisałam o tym, co Szwajcarzy robią z odpadami atomowymi. Teraz też będzie o śmieciach, ale tych nam bliższych, bo codziennych.

Zajrzyjcie do swoich lodówek. Ile ze zgromadzonego tam jedzenia trafi za kilka dni na śmietnik? Przeciętny mieszkaniec Szwajcarii wyrzuca co roku ok. 120 kilogramów żywności, a te statystyki stają się jeszcze bardziej smutne, jeśli wiemy, że połowa produktów spożywczych pochodzi tutaj z importu. Marnujemy więc nie tylko to, co sami wytworzymy, ale też to, co jest efektem pracy ludzi z innych, często uboższych krajów.

Wiadomo, że świat nie jest idealny i zazwyczaj nie zjadamy wszystkiego, co kupujemy. Co się dzieje z resztkami? W szwajcarskich kuchniach warzywa i owoce, a także chleb, jajka, mięso i inne pozostałości organiczne lądują w kompostownikach (listę tego, co wolno tam wrzucić znajdziecie tutaj), a następnie fermentują w specjalnych zielonych kontenerach pod domem, skąd trafiają do stacji przerabiających je na biogaz. Rocznie w samych tylko gospodarstwach domowych kompostuje się 300 tysięcy ton odpadów, a Szwajcarzy chcą, aby do 2030 roku z tego odnawialnego źródła pochodziło 30 procent energii cieplnej wytwarzanej w kraju.

Odpady organiczne to tylko czubek góry lodowej, a w tym przypadku wielkiej góry śmieci. W Szwajcarii rocznie wyrzuca się 2,3 miliony ton żywności. Wydawałoby się, że to głównie wina supermarketów, przecież to tam marnuje się najwięcej jedzenia. I tu zaskoczenie. Połowa z tych ponad dwóch milionów ton to nasz chleb powszedni, czyli żywność, którą wyrzucamy w domach. To oznacza, że w koszach na śmieci ląduje jedna piąta jedzeniowych zakupów każdego z nas. Na drugim miejscu w niechlubnym rankingu jest przetwórstwo żywności, a na trzecim rolnictwo. Natomiast owiany złą sławą handel detaliczny odpowiada tylko za kilka procent odpadów (podobnie jak gastronomia). Z tego wniosek, że największymi szkodnikami jesteśmy my sami, w zaciszu swoich kuchni i jadalni.

(Krótka przerwa na samobiczowanie)

Wróćmy do marketów, które w Szwajcarii robią wszystko, aby unikać wyrzucania dużej ilości jedzenia (utylizacja odpadów kosztuje). Przede wszystkim starają się jak najwięcej opchnąć nam. Jednym ze sposobów jest przecena świeżych produktów – gotowych kanapek, sałatek, ciast – pod koniec dnia. Innym, obniżanie cen żywności, której zbliża się końcowy termin sprzedaży (oznaczany literką A), ale ma jeszcze kilka dni przydatności do spożycia (data B). Moim hitem jest natomiast sprzedawanie taniej brzydkich warzyw i owoców. W Coopie natknęłam się ostatnio na „unikatowe” marchewki po 0,95 CHF za kilogram. Super sprawa, a w dodatku ubawiły mnie ich kształty. Podsumowując, markety sprzedają nam żywność za pół ceny, po to, żebyśmy to my, a nie one ją potem wyrzucili. Zagranie, co by nie mówić, sprytne i opłacalne.

20688871261_3907121720_z

Wielkanocne zajączki można zjeść i po świętach albo oddać innym. Na zdjęciu sortownia szwajcarskiej organizacji pomocowej Stoliczku nakryj się. Fot. www.tischlein.ch

Co się dzieje z jedzeniem, którego nie uda się wcisnąć konsumentom? Weźmy np. wczorajsze pieczywo, przecież jeszcze zjadliwe, ale już nie do wystawienia obok pachnących, świeżych, nadmuchanych bułeczek. Szwajcarskie piekarnie przekazują je do tzw. äss-barów, które następnie sprzedają chleb, bułki i słodkie wypieki za symboliczną cenę (od 0,50 CHF) tym, którym na świeżości aż tak bardzo nie zależy. W 2016 roku (ostatnie dostępne dane) äss-bary „uratowały” w ten sposób ok. 300 ton żywności, karmiąc wczorajszym chlebem pół miliona ludzi w całym kraju. Secondhandowe piekarnie działają w całej Szwajcarii, a ich listę można znaleźć tutaj.

Sklepy i restauracje przekazują to, czego nie sprzedały także organizacjom pomocowym. Takie umowy mają z handlem i gastronomią m.in. Caritas, Schweizer Tafel (Szwajcarski stół) czy Tischlein, deck dich (Stoliczku nakryj się). Działające non-profit stowarzyszenia rozdzielają otrzymaną żywność między potrzebujących: biednych, bezdomnych, chorych, przebywających w ośrodkach pomocy społecznej. Ludzie ze Schweizer Tafel rozdają dziennie 16 ton żywności w 12 regionach kraju, pracownicy Tischlein, deck dich tylko w 2017 roku rozdysponowali 4,2 tysiące ton jedzenia. Również mniejsze sklepy mogą przekazać swoje nadwyżki, co częściej jest też dla nich tańszym rozwiązaniem niż wywóz odpadów. Aby dystrybucję uczynić jeszcze bardziej skuteczną, w 2016 roku zaczął działać w Szwajcarii pierwszy bank żywności online – Food Bridge, który włącza w cały proces ratowania jedzenia również producentów oraz przetwórców, gdzie pozostałości są problemem znacznie większym niż w sprzedaży detalicznej.

To działania systemowe, a schodząc na niższy poziom, ciekawą lokalną inicjatywą jest organizowane przez stowarzyszenie foodwaste.ch wspólne miejskie gotowanie pod hasłem „Twoje miasto podaje do stołu”. Wolontariusze przygotowują posiłki ze wspomnianych już brzydkich warzyw i żywności, która się nie sprzedała, a następnie karmią wszystkich, którzy przyjdą z talerzem. Takie zero waste’owe kulinarne uczty odbyły się już w Bernie, Bazylei, Zurychu, Aarau i Chur. Informacje o kolejnych wydarzeniach znajdziecie tutaj. 

Co możemy na co dzień zrobić my, pozornie trybiki w machinie, a w rzeczywistości przecież aktorzy grający na planecie Ziemia główną rolę (szkodników)? Jedna z opcji to nocne nurkowanie w kontenerach z żywnością, którą wyrzucają markety. W Szwajcarii, w odróżnieniu choćby od Niemiec, nie jest to uznawane za kradzież, więc droga wolna. Jeśli ktoś woli mniej radykalne rozwiązania, może np. ściągnąć sobie na telefon aplikację Too Good to Go i za jej pomocą wyszukać miejsca – sklepy, piekarnie, kawiarnie, restauracje – które pod koniec dnia oddają za kilka franków świeże produkty spożywcze i dania, które się nie sprzedały. W ten sposób można sobie zarezerwować rogaliki na śniadanie albo zestaw sushi na kolację, w zależności od tego, jakie miejsca w naszej okolicy biorą udział w akcji. W Szwajcarii „uratowano” już dzięki temu ponad 230 tysięcy posiłków. Jak to działa? Obejrzyjcie wideo.

Kiedy natomiast zdarzy nam się kupić za dużo albo po wiosennym grillowaniu zostanie kilka paczek całkiem smacznych kiełbasek (oczywiście wegańskich), których już nie sposób przejeść, nasze jedzenie także możemy przekazać dalej. Na rarytasy czekają na przykład tzw. restessbary, czyli miejsca w większych i mniejszych szwajcarskich miastach (pierwsze powstało w 2012 roku w centrum Winterthuru), gdzie można zostawić wciąż nadającą się do spożycia żywność, której nie potrzebujemy. Dla zainteresowanych więcej informacji pod linkiem.

W Szwajcarii robi się wiele, aby nie dopuszczać do wyrzucania jedzenia. Alternatyw dla śmietnika jest sporo, wystarczy tylko chcieć i zadać sobie minimum trudu. Najlepsze rozwiązanie dla nas, konsumentów wydaje się być proste – kupować mniej, maksymalnie wykorzystywać resztki i starać się nie robić zapasów świeżych produktów, które i tak kończą potem w koszu na śmieci. Jeśli ktoś nie potrafi, są już na rynku inteligentne lodówki, które planują optymalną ilość jedzenia, uwzględniając potrzeby całej rodziny. Wszystkie chwyty dozwolone. Byleby nie marnować. Żywności ani pieniędzy.

Kim jest Gottfried Stutz, czyli jak przeklinać po szwajcarsku

1782550656060035

Fot. watson.ch

Gopferdeckel, Gopfertammi, Gopferdelli, Gopfertoori – rzuci mięsem Hansruedi, kiedy ucieknie mu pociąg albo wbijając gwóźdź w ścianę stuknie się młotkiem w palec. To kilka wariacji na temat ulubionego przekleństwa niemieckojęzycznej Szwajcarii.

Spróbujcie wymówić je głośno – zamieniając G na twarde H, z akcentem na przedostatnią sylabę. Prawda, że słodkie? Brzmienie tych słów to dowód na to, że w szwajcarskich dialektach nawet bluźnierstwa są zbyt zabawne, aby wyrazić nimi prawdziwą złość.

Gopferdeckel i jemu pokrewne to łagodna wersja „Gott verdamme mich”, powszechnego w krajach niemieckojęzycznych przekleństwa, które można przetłumaczyć jako „do diabła”, „niech mnie szlag”, „do cholery” (choć w języku niemieckim brzmi to o wiele bardziej dobitnie, bo oznacza dosłownie, że przeklął nas sam Bóg). Ponieważ Szwajcarzy są ludźmi delikatnymi, cichymi i nieśmiałymi, to stworzyli sobie własną, eufemistyczną wersję i na jej potrzeby powołali do życia niejakiego Gottfrieda Stutza. 

Gottfried (wymawiany Gopfried) to imię, które brzmieniem przypomina wspomniane „Gott verdamme”. Stutz ma natomiast po niemiecku wiele znaczeń, ale chodzi głównie o twarde brzmienie tego słowa, które dodaje Gottfriedowi nieco pikanterii. Całość przypomina imię i nazwisko człowieka, który nigdy nie istniał, ale zapisał się na stałe w językowym krajobrazie Szwajcarii. 

Jako pierwsi określenia Gottfried Stutz jako przekleństwa użyli prawdopodobnie studenci z Bazylei na początku dwudziestego stulecia. Rozpropagował je natomiast słynny szwajcarski śpiewak Polo Hofer w piosence „Kiosk”. Poniżej cover utworu w wykonaniu zespołu Rumpelstilz. 

Modę na Gopferdeckel wznowił niedawno szwajcarski sprinter Alex Wilson. Wywiad, jakiego udzielił po zdobyciu brązowego medalu podczas Lekkoatletycznych Mistrzostw Świata w Londynie, stał się internetowym hitem.

Choć brzmią niewinnie, pamiętajcie, że wszelkie odmiany Gottfrieda to wciąż przekleństwa, więc raczej nie radzę używać ich w sytuacjach oficjalnych jak rozmowa o pracę czy niedzielny obiad z teściową. Ale jak następnym razem ucieknie Wam autobus, spróbujcie zamiast siarczystych polskich, rzucić Gopferdecklem. Uznanie w oczach Szwajcarów gwarantowane. 

Jeśli mieszkacie w Szwajcarii i przysłuchujecie się czasem lokalnym konwersacjom, słyszeliście pewnie wtrącane na potęgę do codziennego języka (głównie przez młodzież) i używane w różnych konfiguracjach słówko „huere”. Huere guet! Huere schön! Huere Glück! Huere kalt! Tutaj trzeba wyjątkowo uważać, ponieważ huere jest stosowane jako wzmocnienie (uhuere – od niemieckiego ungeheuer – niezwykle), podkreślające coś pozytywnego lub negatywnego, ale ma podobną genezę jak nasze polskie przekleństwo na K.

Podobnie jest z powszechnie używanym w Szwajcarii słowem geil, które przyjęło się używać wymiennie z mega na określenie czegoś ekstra, odlotowego, wyjątkowego. Geil natomiast ma też drugie znaczenie – napalony, lubieżny.

Szwajcarskie dialekty są niezwykle bogate w fantazyjne niekiedy określenia powszechnie uznawane za obraźliwe. Oto krótki słowniczek wybranych obelg, które warto znać, choćby po to, aby wiedzieć, czy ktoś na przypadkiem nie obraża (nie uczcie tego swoich dzieci!):

Chotzbrocke – od słowa kotzen – rzygać -> osoba wstrętna, obrzydliwa, arogancka, nieprzychylna innym

Glünggi -> łajdak, drań

Gorilla blau Arsch – to określenie popularne w latach 90. dzisiaj jest już mocno vintage (dosłownie – goryl z niebieskim tyłkiem)  -> głupia małpa

Gumslä/Tschäddärä/dumme Zwetschge -> niezbyt lotna kobieta (Zwetschge oznacza dosłownie śliwkę)

Lappi -> niezdara, ciamajda

Rätschbäsä – pochodzi od czasownika rätschen (dialekt berneński), czyli skarżyć i rzeczownika Besen – miotła -> donosiciel, skarżypyta

Seifesüder -> zbyt powolny kierowca

Schofseckel/Schoofseggel – dosłownie organ rozrodczy barana -> idiota, kretyn

Truubehüeter – dosłownie uprawiający winorośl -> osoba leniwa, nieprzydatna

Tschumpel/Totsch, ale też Tschooli, Löli, Lappi, Duubel -> głupek, dureń, naiwniak

Tüpflischiiser -> osoba przesadnie dokładna, nadgorliwa, czepiająca się szczegółów

To takie rzeczy dzieją się w Szwajcarii? Słów kilka o bezpieczeństwie

SBB, TRANSPORT, TRANSPORT POLIZEI, TRANSPORTPOLIZEI, SBB TRANSPORTPOLIZEI, POLIZEI, POLIZIST, POLIZISTEN, OEFFENTLICHER VERKEHR, OEV, BAHN, ZUG, ZUEGE, BAHNHOF, BAHNHOEFE, REISEN, BAHNPOLIZEI, BAHNPOLIZIST, BAHNPOLIZISTEN, HUND, HUNDE, POLIZEIHUND, DIENSTH

Przestępczość w Szwajcarii od 2014 roku spadła o prawie 20 procent. Fot. admin.ch 

Wczesne popołudnie. Jadę autobusem nr 2 od siebie z domu do centrum Winterthuru. Mniej więcej w połowie drogi na przystanku wpada kobieta, na oko po czterdziestce, choć widać, że mocno zmęczona życiem. Siada koło mnie i zaczyna się gapić. Nie reaguję, robię coś w telefonie. Nagle kobieta zaczyna krzyczeć, na mnie, po szwajcarsku. Delikatnie zwracam jej uwagę, że nie rozumiem i czy mogłaby przestać. To ją rozsierdza, zaczyna uderzać palcem w mój telefon i krzyczeć głośniej (z tego, co udaje mi się zrozumieć, chyba mnie obraża). Próbuję zachować spokój, choć robi mi się coraz mniej fajnie. Ludzie w autobusie – ukradkowe spojrzenia w naszą stronę, zero reakcji. Kobieta staje się coraz bardziej agresywna, a ja marzę o tym, żeby zniknąć. W końcu pluje mi pod nogi i wybiega na kolejnym przystanku. To był pierwszy i póki co ostatni raz, kiedy w Szwajcarii poczułam się zagrożona.

W ubiegłym tygodniu helweckim społeczeństwem wstrząsnęła szokująca zbrodnia. W Bazylei, w biały dzień, na ulicy 75-letnia Szwajcarka zaatakowała nożem 7-letniego chłopca. Dziecko nie przeżyło, a sprawczyni jest pod obserwacją psychiatryczną. Medialna burza nasiliła się, kiedy ujawniono, że rodzina chłopca to kosowscy Albańczycy. Zbrodnia na tle narodowościowym? Przypadkowa ofiara amoku chorej psychicznie staruszki? Nie nam to osądzać.

Kilka dni temu gazety donosiły o napaści na nastolatka w Schaffhausen. Trzech mężczyzn, grożąc nożem, ograbiło go z telefonu i słuchawek. Tego samego dnia w Zurychu, o 5.30 rano, 47-letni Szwajcar zaatakował przechodniów żelaznym prętem. Na koniec sam, pobity, trafił do szpitala z urazami głowy. Parę dni wcześniej – policja w Rüti pojmała 33-letniego ekshibicjonistę, który nagabywał dzieci pod szkołą.

Wszystkie te sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego, poza tym, że wydarzyły się w Szwajcarii w ciągu ostatniego tygodnia. Oczywiście, przestępstwa jak to w Bazylei nie mają tutaj miejsca codziennie, więc ich naturalną konsekwencją jest ogólnonarodowa dyskusja na temat bezpieczeństwa obywateli. Nad codziennymi napadami, kradzieżami, oszustwami się nie pochylamy. Wracamy z imprezy po nocy, puszczamy dzieci same do szkoły, chodzimy z otwartą torebką i nie przypinamy roweru pod sklepem. Złe rzeczy dzieją się gdzie indziej. Przecież w Szwajcarii jest tak bezpiecznie!

I rzeczywiście tak czuje się w swoim kraju 95 procent Szwajcarów. To niezwykle wysokie poczucie spokoju wynika z zaufania do policji, sądów i armii, a także przekonania, że sprawy w kraju idą w dobrym kierunku, m.in. te związane z przeciwdziałaniem aktom terroryzmu. Podobnie wysoki odsetek helweckich obywateli wierzy w siłę polityki neutralności, utożsamia ją z ideą szwajcarskiego państwa i upatruje w niej źródła stabilności.

Subiektywne poczucie bezpieczeństwa to jedno. Jak wyglądają policyjne statystyki? Według raportu za 2018 rok, w Szwajcarii popełniono ponad 430 tysięcy czynów karalnych, a w porównaniu z 2014 rokiem przestępczość zmniejszyła się aż o 18 procent. Oczywiście, to tylko oficjalne oblicze problemu, ponieważ wiele aktów przemocy, np. domowej nie jest w ogóle zgłaszanych.

Każdego roku w Szwajcarii ma miejsce ok. 50 morderstw, co wydaje się liczbą niewielką, jak na ponad 8 milionowy kraj. Połowa przypadków to zbrodnie, do których dochodzi w domu. Liczba popełnianych aktów przemocy na 1000 mieszkańców pozostaje w Szwajcarii bardzo niska. W 2018 roku w całym kraju 152 razy usiłowano zabójstwa, z czego 22 z użyciem broni. Z przestępstw lżejszego kalibru, spada też liczba kradzieży, od rekordowego 2012 roku aż o połowę. Za to w ostatnim czasie policja notuje duży wzrost wszelkiego rodzaju oszustw. Coraz większym problemem są szantażyści i hakerzy. Spadła natomiast liczba oskarżeń o handel narkotykami, co autorzy raportu tłumaczą legalizacją posiadania niewielkiej ilości marihuany na własny użytek. Z ciekawostek, miastem o najwyższym wskaźniku przestępczości jest Bazylea, a najwięcej rowerów kradnie się w Solothurn.

Piszę o przestępczości w Szwajcarii nie po to, żeby Was straszyć ani uspokajać. Mamy szczęście, bo omijają nas zamachy terrorystyczne, a codzienność upływa w poczuciu względnej pewności, że nam i naszym bliskim nie stanie się nic złego. Co by nie mówić o szwajcarskiej penalizacji metodą kija i marchewki, zgodnie z którą za przekroczenie prędkości na drodze grozi niekiedy wyższa kara niż za molestowanie seksualne, to efekt jest taki, że żyjemy w jednym z najbezpieczniejszych krajów na świecie. Według Global Peace Index, Szwajcarię wyprzedza pod tym względem tylko jedenaście krajów, w tym w Europie Islandia, Dania, Portugalia, Czechy, Irlandia i Słowenia. Szwajcaria została też okrzyknięta najbezpieczniejszym miejscem do życia w ankiecie przeprowadzanej regularnie wśród ekspatów (Expat Insider Survey 2017).

Piszę o tym wszystkim po to, żeby zwrócić uwagę na jedną rzecz. Szwajcaria nie jest mydlaną bańką, w której zamknięci jesteśmy chronieni przed całym brudem tego świata. To, co się stało w Bazylei jest niepojęte, ale nie ma co łapać się za głowę i dziwić, że „takie rzeczy dzieją się w Szwajcarii”. W Szwajcarii, w Polsce, we Francji, w Norwegii, w Nowej Zelandii. Zło dzieje się wszędzie i kraj naszej emigracji – choć bezpieczny na tle świata – nie jest tutaj wyjątkiem. To banał, o którym jednak warto pamiętać, aby nie wpaść w pułapkę złudzeń i uproszczeń. Ja po historii z autobusu nie przestałam korzystać z komunikacji publicznej, ale siadam odtąd na wszelki wypadek nieco bliżej kierowcy.