My, Odyseusze XXI wieku. Krystian Lada w rozmowie z Marzeną Mikosz

Zdjęcia z prób w Bazylei. Fot. Tomasz Herman

Czasem z ciekawości, czasem z przymusu wyruszamy w drogę. W niektórych miejscach zatrzymujemy się na chwilę, w innych pozostajemy na dłużej, budując nowe relacje, oswajając nieznane, na nowo definiujemy pojęcie „domu”. We współczesnym świecie zostaliśmy klasycznymi Odyseuszami, którzy swoją Itakę mogą znaleźć np. w Szwajcarii. 

Na skrzyżowaniu szlaków, gdzieś pomiędzy innymi obowiązkami udało mi się spotkać z Krystianem Ladą, reżyserem operowym. Tłem naszego spotkania był wieczorny, choć wcale nie uśpiony, dworzec w Bazylei, a koniec rozmowy wyznaczył odjazd mojego pociągu. Chciałam spotkać artystę, który już wiele lat temu ruszył na studia do Amsterdamu, zdobył uznanie operowych scen, między innymi w Berlinie, Brukseli czy Hadze. Obecnie dla Basel Theater przygotowuje „Powrót Ulissesa do Ojczyzny”, najstarszą znaną operę opartą na homerowych przygodach Odyseusza. 

Krystian Lada jest reżyserem operowym, librecistą, dramaturgiem z doświadczeniem w showbiznesie. W nobliwe instytucje operowe wprowadza lokalny koloryt, odmładzając widownię i zapraszając publiczność, która teatr najczęściej omijała. W wieku 30 lat został najmłodszym dyrektorem ds. dramaturgii w Królewskiej Operze La Monnaie w Brukseli. Współpracował m.in. z Theater an der Wien w Wiedniu, Staatsoper w Berlinie, Teatrem Wielkim w Warszawie. Jest zdobywcą Mortier Next Generation Award oraz był dwukrotnie nominowany do Paszportów „Polityki”. 

Zaproszony do współpracy przez Benedikta von Petera, dyrektora artystycznego Basel Theater musiał w lustrze ustawić samego siebie. Dlatego też jego Odyseusz jest jednym z nas, ekspatem, migrantem, uchodźcą. Od 7 listopada bazylejska publiczność będzie mogła poznać klasyczną operę we współczesnej interpretacji (jak mówi sam reżyser, stali bywalcy opery mogą poczekać na inne przedstawienie). Kierownictwo muzyczne nad przedstawieniem objął Johannes Keller, w postać Penelopy wciela się Katarina Brandić, Amorem, Ino i jednym z zalotników Theo Imart, Minewrą Steafanie Knorr, Telemachem Jamez McCorkle a Odyseuszem? O tym przeczytacie w wywiadzie. 

Premiera: 7 listopada, godz. 18:30

Kolejne przedstawienia: 12, 14, 16 listopada.

Theater Basel, Elisabethenstr. 6; bilety dostępne na stronie www.theater-basel.ch

Marzena Mikosz: Spotykamy się w drodze, na dworcu w Bazylei, oboje jesteśmy w podróży. Ty nieustannie zmieniasz miejsce zamieszkania. Czujesz się Odyseuszem?

Krystian Lada: Trochę tak. W ogóle uważam, że Odyseusz jest palimpsestem. Zawsze fascynowało mnie u Homera, że zanim czytelnik poznaje Odyseusza, to najpierw słyszy od innych bohaterów, co oni o nim myślą i potem strasznie ciężko jest mu podejść do niego w sposób obiektywny. Już wiemy, co o Odyseuszu myśli żona, co myśli syn, co przeciwnicy, a co wspólnicy. Dostajemy przeźrocza, które nakładają się na siebie. Ich zbiór jest naszym Odyseuszem. Z jednej strony jest on wyidealizowanym mężem, który cały czas wraca do żony. Z drugiej strony jest facetem, który gubi się w przygodach i odwleka moment powrotu. Te przeciwności są ciekawe. Jako Polak, który ukończył studia zagranicą i obecnie mieszka już dłużej poza Polską niż w kraju, który dla Belgów jestem Polakiem mówiącym po niderlandzku. Gdy zaś przyjeżdżam do Polski, ludzie biorą mnie za Belga, który nauczył się nieźle mówić po polsku. Jako ktoś, kto stale jest w drodze, kto nie do końca wie, gdzie tak naprawdę czuje się jak u siebie w domu, ale też ktoś, komu stawiane są pewne oczekiwania, mogę powiedzieć: czuję się Odyseuszem. 

Bierzesz na warsztat najstarszą znaną operę, ale sięgasz też chętnie do klasyki, do mitu. Twoje przedstawienia zawsze jednak wykorzystują współczesne obserwacje. Co nowego, a co tradycyjnego pojawi się w bazylejskim przedstawieniu?

Zawsze staram się dotrzeć do esencji, ducha, spiritus movens dzieła. Nie jest to przecież tylko istota kompozycyjna, muzyczna czy dramaturgiczna, tylko coś, co te wszystkie elementy spaja w całość. W operze Monteverdiego fascynuje mnie to, że to tak naprawdę szkic, początek historii opery. Swoje przedstawienie przygotowuję na podstawie manuskryptów, a nie gotowego opracowania muzycznego. Podczas gdy edytorzy opracowań “Ulissessa” rozpisują wszystko tak, jakby to była opera skomponowana w XIX wieku, manuskrypt odkrywa być może przed nami pierwotne zamysły twórców. Przykład? Zamiast symfonii w jednej ze scen w manuskrypcie znajduję tylko jeden akord z dopiskiem: „Proszę grać tak długo jak trwa akacja sceniczna”. To dla mnie jakby zaproszenie kompozytora do teatru. 

Chcesz powiedzieć, że Monteverdi pozostawia Ci przestrzeń do tworzenia?

Mam wrażenie, że “Ulisses” to dzieło prototypiczne. Monteverdi szukał jeszcze właściwej formy opery, budując coś zupełnie nowego. Jego tworzenie nowych scen, nowych konstelacji odczytałem jako zaproszenie, aby tej kreatywnej podróży, którą odbywał Monteverdi, nie zamykać, tylko dołączyć do niego i zastanowić się, jak mogę tę podróż w jego duchu kontynuować. Nawiązań do współczesności nie trzeba daleko szukać. W naszych czasach powrót do domu nie jest wcale oczywistością. Wiele osób nie może lub nie chce do domu wrócić, ponieważ ten dom albo już nie istnieje, albo położony jest w strefie wojny, albo też osoby te ze względu na wyznanie, orientację seksualną czy poglądy polityczne zostały wykluczone ze społeczności. Pasjonuje mnie możliwość powrotu do pierwotnych założeń opery budowanej na melodii tekstu oraz rozmowy z imigrantami, którzy są naszymi Odyseuszami w tym spektaklu. 

Nie ukrywam, że ciekawi mnie, co zaczerpnąłeś z Bazylei, miasta położonego na styku trzech krajów, miasta kosmopolitycznego, w którym co chwila słyszy się inny język?

Odyseusza! Przy tym Odyseuszem w naszym spektaklu jest grupa ludzi. To bohater zbiorowy. To nawiązuje zresztą trochę do najnowszych badań literaturoznawczych, które wskazują, że Homer nie był jednostką, ale najprawdopodobniej kolektywem ludzi opowiadających historie, społecznością, która pielęgnowała narracje i historie dziś przypisywane jednemu poecie. Stąd wziął się pomysł przedstawienia Odyseusza jako grupy ludzi, mężczyzn, którzy wybrali Bazyleę na swoją nową ojczyznę. Ich historie są bardzo różne. Jedni są uchodźcami, a inni – tak jak ty i ja – to migranci. W tych różnych historiach bycia tym innym, obcym, kimś z zewnątrz jest coś, co nas łączy. Wszyscy poddani jesteśmy procesowi projektowania na nas schematów i różnego rodzaju oczekiwań.

Czy w momencie spotkania z inną kulturą, obyczajami, sposobem zachowania, mentalnością nie zmieniamy też swoich własnych oczekiwań wobec samych siebie? Czy nie musimy na nowo się określić i przedefiniować?

Jak najbardziej. Wszyscy jesteśmy uzależnieni od własnego odbicia w drugim człowieku. Jako “ci obcy” jesteśmy nieustannie wywoływani do tablicy. Musimy ciągle określać, kim jesteśmy. Odnosząc to do mojej sytuacji, jako Polak na stałe mieszkający w Belgii nieustannie proszony jestem o komentarz do wydarzeń w Polsce. Polacy w kraju nie muszą tego robić. Nie muszą mieć opinii na każdy temat. Ja z kolei muszę tłumaczyć się z decyzji politycznych zapadających w Polsce, i nie ma tu znaczenia, że są to decyzje podejmowane wbrew moim poglądom i bez mojego udziału. Nagle okazuje się, że jesteśmy takim Polakiem pars pro toto: nacjonalistą, dewotką, walczącą na manifestacjach lesbijką, alkoholikiem albo miłośnikiem Chopina. Wszystko w jednym.

Często prowadzisz swoje reżyserie w postaci dialogu: dialogu z aktorami, muzykami, technikami. Wszystkim im dajesz prawo głosu, dodania czegoś od siebie na potrzeby przedstawienia. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że kiedy widzisz scenę realizowaną dokładnie według Twoich wyobrażeń, to czujesz, że coś poszło nie tak. 

Ja się wtedy strasznie nudzę, bo już to wszystko widziałem w swojej głowie (śmiech). Ten dialog się czasem udaje, a czasem nie. W Bazylei pracuję z bardzo różnorodną obsadą, zarówno z ludźmi młodymi jak i z doświadczonymi śpiewakami. Ja jestem ich wszystkich ogromnie ciekaw! Chce się dowiedzieć, kim są. Dziś przyszedł wreszcie taki moment, kiedy po czterech tygodniach prób, dostrzegłem, co sami z siebie aktorzy wkładają w role. To już nie jest jakaś hipotetyczna Penelopa, tylko bardzo konkretna Katarina Bradić, emanacja kobiecości i asertywności, która w graną postać wkłada coś, czego ja nigdy nie widziałem ani nie wyobrażałem sobie w bohaterce Homera i operze Monteverdiego. 

Czyli parafrazując Tadeusza Kantora, reżyser też nie wchodzi do teatru bezkarnie?

Żyjemy w takim świecie, w którym rzeczywistość jest ujednolicona, kontrolowana, poprawna, a ja chcę, żeby teatr nas rozbudził, rozwibrował emocjonalnie, intelektualnie, empatycznie. Szczerze mówiąc, jest mi wszystko jedno, czy ja się w teatrze uśmieję, zamyślę, wynudzę czy wypłaczę. Chcę tylko, żeby ta emocja była głęboka, intensywna, i żeby rozwibrowała mi sensarium moich emocji, mojego ciała, psychiki. Chcę, żeby teatr mnie obudził. Chcę poczuć, że żyję. Dlatego lubię dialog. Bo w dialogu jest energia, poruszająca siła. 

Czy w takim razie osoby, które do teatru chodzą sporadycznie odnajdą coś dla siebie w Twoim przedstawieniu? Czy odkryją siebie w tej grupie Odyseuszy?

Myślę, że tak. To jest taki spektakl, w którym „gmeramy w Monteverdim”. To jest raczej adaptacja czy wręcz interpretacja Monteverdiego. Myślę, że widzowie, którzy kanonicznie podchodzą do muzyki klasycznej, mogą spokojnie poczekać na inne przedstawienie. Osoby, które ciekawe są współczesnych kreacji, na pewno znajdą coś dla siebie w naszym spektaklu.

Rozmawiała Marzena Mikosz. Za redakcję tekstu dziękuję Emilii Sułek.

Marzena Mikosz – producent, manager i animator kultury. Swoją pracę zawodową zaczynała w wieku 16 lat jako wolontariusz festiwalu Jazz Jamboree, jak sama mówi nie było jej stać na bilety, a nie chciała prosić rodziców o fundusze. Pracowała dla agencji koncertowych organizując festiwale, koncerty i sesje nagraniowe w Polsce, Niemczech, Francji i Szwajcarii. Od kilku lat jest prezesem założonego w 1997 r. w Bazylei Stowarzyszenia Peregrina. Wspólnie z zespołem Ensemble Peregrina jest laureatką International Classical Music Awards, od 2018 r. corocznie do tej nagrody nominowaną. Miłośniczka opery, muzyki średniowiecza i jazzu. Obecnie możecie ją spotkać w drodze pomiędzy Zugiem, Bazyleą, a Susch. 

Szwajcarski dwugłos #1 Hip hop czy jodłowanie

DIGI5x7templateHORIZ

„Szwajcarski dwugłos” to seria pytań i odpowiedzi, w której autorzy blogów I’m Not Swiss – Agnieszka Kamińska i Swiss Tales – Lambert Król wypowiadają się na różne tematy związane ze szwajcarską rzeczywistością. Na początek pięć trudnych wyborów.

Poniżej przeczytacie moje odpowiedzi na pytania, a jeśli jesteście ciekawi, co myśli Lambert, zapraszam na jego bloga (link na końcu tekstu). Kolejny odcinek serii już wkrótce.

Szwajcarska muzyka: jodłowanie czy hip hop?

Odkąd odkryłam radio SRF Virus, niemal codziennie pracuję przy dźwiękach szwajcarskiej muzyki i to nie tej najbardziej popularnej. Na początku rapowe i hip hopowe numery wykonywane w dialekcie (zwłaszcza tym z Berna) były dla mnie bełkotem i w najlepszym wypadku powodowały niekontrolowane ataki śmiechu. Im cześciej jednak ich słuchałam, tym bardziej zaczęłam się przekonywać do ich specyfiki. To ciekawy sposób na zapoznanie się z różnymi odsłonami języka mówionego. Zainteresowanym polecam m.in. Gleis Zwei z Zurychu, Sektion Kuchikäschtli z Gryzonii, Greis z Lozanny czy młodego i bardziej popowego NEMO z Berna. Poza oczywiście najbardziej znanym i lubianym Bliggiem. Co zaś do jodłowania.. Od dawna odgrażam się mężowi, że zapiszę się do Jodelklub i zostanę prawdopodobnie pierwszą jodłującą Polką w historii Szwajcarii ;) Kiedyś dotrzymam słowa.

Szwajcarska kuchnia: fondue czy raclette?

Któregoś razu odwiedzili nas przyjaciele z Polski i w planach obowiązkowo było fondue. Polacy postanowili jednak urozmaicić tradycyjną (!) szwajcarską (!) potrawę, maczając w serze oprócz chleba także – o zgrozo! – ziemniaki, paprykę, kalafior i inne wynalazki. Z przerażeniem obserwowałam coraz bardziej blednącą twarz mojego męża. Na koniec wyżerki goście zgodnie stwierdzili, że z chlebem jednak smakuje najlepiej. Triumf w oczach Szwajcara – bezcenny. Choć lubię fondue, jestem w stanie jeść je góra raz, dwa razy do roku (popite dużą ilością wina) i zazwyczaj po kilku chlebkach mam dosyć. Raclette, z racji tego, że jest to danie bardziej urozmaicone (ziemniaki, ogóreczki i inne piklowane warzywa) bardziej odpowiada moim smakom.

Niemiecki: wysoki czy szwajcarski?

Zdecydowanie niemiecki. Kiedy przyjechałam do Szwajcarii, musiałam nauczyć się języka od zera, co kosztowało mnie dużo czasu, energii i pieniędzy. Pewnie dlatego teraz tak cenię sobie jego znajomość i nie za bardzo chciałabym deformować wymowy dialektowymi łamańcami. Zresztą bawią mnie przyjezdni pocący się nad tymi wszystkimi „üüä”, „tschtsch”, „chäsch”, „üet”, „isch”, „hää”.. Hure Schiissdräck! Tylko przekleństwa wydają mi się godne uwagi ;) W Szwajcarii przecież wystarczy tylko rozumieć język mówiony, aby z powodzeniem funkcjonować zarówno w pracy ze Szwajcarami, jaki i sytuacjach prywatnych. Wcale nie trzeba się silić na udawanie Heidi. Choć dialekty są dla mnie fascynujące, często zabawne, czasem absurdalne (np. moje ulubione słowo „bö”, które oznacza „nie wiem” – koniecznie wypowiadane ze wzruszeniem ramionami), to pozostaną raczej lokalnym folklorem, niż językową ambicją.

Szwajcarskie miasta: Zurych czy Bazylea?

Zurych, Zurych, Zurych. Kompaktowy, ale z wielkomiejską atmosferą. Bogaty, ale miejscami brudnawy i alternatywny. Z tradycjami, ale wielokulturowy i nowoczesny. Choć to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, to odkryłam swoje miejsca i teraz zawsze chętnie tam bywam. Jezioro jest oczywiście centrum wszelakich aktywności, jednak ja znacznie bardziej wolę np. okolice Hardbrücke i ich pofabryczny klimat czy Langstrasse, gdzie w azjatyckich budach krawaciarze siedzą obok bezdomnych. Kiedyś marzyłam o tym, żeby zamieszkać w Zurychu. Teraz mi przeszło i doceniam moje skromniejsze, ale też bardzo ciekawe Winterthur. W Bazylei byłam póki co raz, więc nie zdążyłyśmy jeszcze zbudować silniejszej relacji.

Szwajcarski sport: Federer czy Amann?

Roger Federer – niekwestionowany król Szwajcarii i moja platoniczna miłość. Na koncie 20 wygranych Grand Slamów, 8 Wimbledonów, 6 Australian Open i 5 US Open. W wieku 37 lat, po dwudziestu latach kariery, wciąż numer 3 w światowym tenisie. Choć wiem, że to w dużej mierze jego medialny wizerunek, to pomijając jego wielkość, Federer wydaje się po prostu sympatycznym gościem. Świadczy o tym choćby fakt, że co roku na zakończenie turnieju tenisowego w Bazylei (tam Federer zaczynał jako ball boy) funduje pizzę łapaczom piłek i spędza z nimi czas. Chociaż nie gram w tenisa ani zbyt dobrze się na nim nie znam, to mecze Rogera oglądam z ciekawością. Chciałabym go kiedyś poznać! Przy okazji polecam Wam film dokumentalny „Strokes of Genius” o rywalizacji Federera z Rafaelem Nadalem.

Odpowiedzi Lamberta przeczytacie tutaj:

http://swisstales.pl/szwajcarski-dwuglos-1-hip-hop-czy-jodlowanie/