Kapitan Corona. Kim jest człowiek, który strzeże Szwajcarii przed wirusem?

6293581292016454

65-letni Daniel Koch od dwunastu lat zarządza departamentem chorób zakaźnych w szwajcarskim ministerstwie zdrowia (BAG). Fot. watson.ch

Kryzys to jego drugie imię. W ciągu ostatniego miesiąca stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy w Szwajcarii. Nieznajomi zatrzymują go na ulicy, dziękując za opanowanie i profesjonalizm w czasach, kiedy najłatwiej jest spanikować. Lekarz z Berna. Od lat odpowiedzialny za departament chorób zakaźnych w szwajcarskim ministerstwie zdrowia, stanął na czele sztabu specjalistów toczących nierówną walkę z koronawirusem. Prywatnie – miłośnik psów i biegacz. Wytrwałość z jaką pokonuje maratony przydaje mu się teraz – na dyżurze 24h. Wkrótce, 13 kwietnia, skończy 65 lat i właściwie mógłby już odpocząć na emeryturze. Ale szwajcarski ekspert od epidemii nie zamierza się poddawać. Kapitan nie może przecież pierwszy opuścić statku. 

Nie ma dnia bez Daniela Kocha. Jego charakterystyczna twarz patrzy na nas z telewizora. Jego głos słychać w radio. Gazety wypełniają coraz to nowe wywiady, w których tłumaczy, informuje, rozwiewa wątpliwości, dementuje plotki. Nie owija w bawełnę, co w Szwajcarii rzadkie. Uspokaja – to nie wojna, ale kiedy trzeba, nie boi się powiedzieć, że sytuacja jest dramatyczna. Potrafi też przyznać, że czegoś nie wie. „Nie mam w uchu mikrofonu, do którego redakcja podpowiada mi aktualne liczby” – odpowiada na powtarzane przez dziennikarzy pytania o bieżącą liczbę osób zakażonych przebywających w szpitalach.

Mówienie po raz setny o tym samym na pewno go męczy, jednak nie traci cierpliwości. Przy czym jego wypowiedzi zaskakują szczerością. Jak wtedy, kiedy przyznał, że nie nadąża już z liczeniem chorych. Przyzwyczajonych do okrągłych formułek płynących z ust rządzących, ta otwartość może szokować. Kiedy początkową reakcją na lawinowo rosnącą liczbę chorych była panika, Koch bez emocji wyjaśniał mechanizmy społeczne, które nie tracą na aktualności w kryzysie. Wielu naciskało, żeby się spieszyć, on twierdził, że lepiej jest poczekać. W wywiadzie udzielonym tabloidowi Blick 15 marca (wówczas w Szwajcarii było ponad 2 tysiące zakażonych, teraz już ponad 7 tysięcy) tłumaczył, dlaczego szwajcarski rząd wstrzymuje się z zamknięciem granic i wprowadzeniem zakazu wychodzenia z domu. 

„Musimy się zastanowić, jakie działania są do zaakceptowania przez obywateli. Zareagujemy za wcześnie, ludzie nie dostosują się do wytycznych, nie widząc sensu ich wdrażania. Aby coś przedsięwziąć, potrzebna jest motywacja. (…) Szwajcarzy akceptują zakazy, tylko wtedy, gdy rozumieją ich sens. Jeśli chodzi o to, jesteśmy inni niż pozostałe kraje: w Szwajcarii należy obywatelom najpierw wytłumaczyć, o co chodzi”

Te słowa krytykowało wówczas wielu (łącznie z piszącą ten tekst), ale wkrótce miało się okazać, że jest w nich dużo zrozumienia dla działania Szwajcarów, którzy z początku sceptycznie reagowali na zamykanie sklepów i apel rządu, aby pozostać w domu. Musiało upłynąć jeszcze trochę wody w Renie i wiele godzin powtarzania, tłumaczenia, odpowiadania na wciąż te same pytania, aby ulice szwajcarskich miast zaczęły się wyludniać.

daniel-koch-coronavirus-bag

Internauci ochrzcili już Kocha „Misterem Corona”. Memy z jego wypowiedziami obiegły internet. Fot. nau.ch

Koch zyskał już w Szwajcarii przydomek „Mister Corona”. Nie raz udowodnił, że przy całej powadze sytuacji, wciąż można zachować dystans. Jego błyskotliwe odpowiedzi na pytania dziennikarzy sprawiły, że stał się nawet gwiazdą internetowych memów. Podczas jednej z konferencji prasowych na prośbę dziennikarza o wyjaśnienie, dlaczego w swoich wypowiedziach tak często posługuje się trybem przypuszczającym (niem. Konjunktiv), odparł, że nie jest ekspertem od języków, żeby tłumaczyć takie rzeczy. Można to obejrzeć TUTAJ.

Kim jest Daniel Koch? Lekarzem z Berna. Skończył medycynę na lokalnej uczelni, a potem zrobił jeszcze magistra ze zdrowia publicznego na Uniwersytecie Johna Hopkinsa w Baltimore (to od nich bierzemy teraz informacje o globalnych statystykach koronawirusa). W szwajcarskim resorcie zdrowia pracuje od 2002 roku. Koronawirus to nie jest jego pierwsza epidemia. Jako człowiek na służbie przeżył już pandemię SARS i tzw. ptasiej grypy. W 2008 roku objął dowodzenie w departamencie chorób zakaźnych. Wcześniej działał w Międzynarodowym Komitecie Czerwonego Krzyża jako koordynator medyczny na obszarach objętych kryzysem. Pracował m.in. w Sierra Leone, Ugandzie i Południowej Afryce. Nie jedno tam widział i niewykluczone, że właśnie doświadczenia z pracy w tych krajach nauczyły go opanowania w trudnych sytuacjach. 

Jego szczupła sylwetka zdradza sportowca. Koch to biegacz-długodystansowiec. Ma na koncie kilka szwajcarskich pełnych i półmaratonów. Krótsze dystanse woli pokonywać w towarzystwie swoich psów – Akiry, Chili i Buntschi – uprawiając canine crossing. W tej dyscyplinie sportu ma spore osiągnięcia – w ubiegłym roku został mistrzem Europy w swojej kategorii na zawodach w Belgii, a dwa lata temu, w Polsce(!), zdobył tytuł wicemistrza świata. Szwajcarski specjalista od epidemii ma w ogóle duże serce dla zwierząt. Działa w stowarzyszeniu Certodog, które zajmuje się m.in. szkoleniami dla hodowców i instruktorów psów.

Daniel Koch wkrótce skończy 65 lat. To wiek, w którym mężczyzna pracujący w Szwajcarii może powiedzieć „danke vielmal” i udać się na zasłużoną emeryturę. Czy Koch zejdzie z posterunku, kiedy – jak sam podkreśla – najgorsze wciąż przed nami? Jeszcze nie zdecydował, choć jego następca już czeka na przejęcie sterów (to Stefan Kuster ze Szpitala Uniwersyteckiego w Zurychu). Z dnia na dzień widać po Kochu, że jest coraz bardziej zmęczony, mimo że twierdzi, że starcza mu czasu na sen i jedzenie. – Ja zawsze byłem taki chudy – uspokaja w swoim stylu wszystkich zmartwionych. Oprócz tego, że codziennie musi udzielać informacji i dawać rady całej Szwajcarii, od niedawna ma też inne – równie odpowiedzialne zadanie. Trzy miesiące temu został dziadkiem. Z wnukiem niestety póki co nie wolno mu się widywać. Zasady w czasach epidemii są święte. W końcu to on sam je ustala.

—————————————————————————————————————————————–

Źródła:

https://www.schweizer-illustrierte.ch/people/daniel-koch-vom-bag-der-marathon-mann

https://www.nau.ch/politik/regional/coronavirus-stefan-kuster-wird-unser-neuer-mr-corona-65675442

https://www.nau.ch/politik/bundeshaus/coronavirus-bag-koch-wird-fur-seine-schlagfertigkeit-gefeiert-65681642

https://de.wikipedia.org/wiki/Daniel_Koch

https://www.blick.ch/news/politik/bag-koch-ueber-das-zoegerliche-vorgehen-des-bundesrats-warum-zu-schnelles-handeln-nichts-bringt-id15797355.html

To nie jest kolejna wizyta w muzeum, czyli dlaczego warto przyjechać do Susch

Droga pociągiem z Zurychu do najdzikszego kantonu Szwajcarii zajmuje około dwóch godzin. W niedzielę przed południem nie ma też dużego ruchu na drogach. Jedyne utrudnienie zimą to czasochłonna i kosztowna (39 CHF za auto w jedną stronę) przeprawa przed tunel Vereina w Klosters. Ale czymkolwiek byśmy nie jechali do Gryzonii, ta podróż będzie jak wyprawa do innego świata. 

5F72A743-6CFA-4AD7-94AB-23819017EF33

Zatrzymujemy się pomiędzy Zernez a Guardą, tuż przy drodze prowadzącej do turystycznego Scuol. Miasteczko, otoczone ośnieżonymi szczytami Alp, jest podobne do wielu innych w tej urokliwej okolicy. Kilka ładnie odnowionych i pobielonych domów z charakterystycznymi dla regionu tradycyjnymi malunkami na elewacjach, kościół, drewniany most przecinający rzekę Inn, która wypływa wiele kilometrów dalej u podnóża Alp Retyckich.

W Susch, gdzie słychać czwarty język narodowy Szwajcarii, a na stałe mieszka ok. 200 osób, nieliczni o tej porze przechodnie kierują kroki w jedno miejsce. Miejsce wyjątkowe, które od ponad roku ubarwia życie lokalnej społeczności i przyciąga ludzi z całego świata. 

Zrekonstruowany budynek browaru z zewnątrz wygląda dość skromnie. W XII wieku był częścią kompleksu klasztornego, stąd chroniona rejestrem zabytków dawna surowość. Muzeum Susch – oznajmiają litery na ścianie, stylem przypominające retoromańskie napisy na okolicznych chatach. Cuda zaczynają dziać się po przekroczeniu progu miejsca, które przez lokalną i zagraniczną prasą zostało już okrzyknięte „mekką” miłośników sztuki nowoczesnej.

To nie jest klasyczne muzeum z salami, odgrodzonymi od człowieka eksponatami i przysypiającym na krześle panem ochroniarzem. Tu jest trochę jak w scenerii z Wiedźmina. Mroczne podziemne przestrzenie, korytarze wykute w skale z charakterystycznego dla regionu minerału amfibolitu, groty gdzie niegdyś przechowywano beczki z piwem, kamienne nacieki i ukryte otwory. Po jednej ze ścian płynie woda, prosto ze źródła, z którego dawniej czerpali browarnicy. Architektura, która jest ultra nowoczesna, a zarazem nawiązuje do tradycji i szanuje naturę – to koncepcja, która bardzo do mnie przemawia. Wnętrza są dopracowane w najmniejszych detalach (nawet kafle w łazience zwracają uwagę), a wydobyty w trakcie przebudowy materiał przerobiono tak, aby posłużył do stworzenia minimalistycznych, pełnych charakteru przestrzeni, które wciąż noszą ślady dawnej użyteczności. Jak tam, gdzie podłogę przecina rynna służąca pierwotnie za kanał wentylacyjny w browarze. Kapelusz z głowy dla architektów i lokalnych rzemieślników.

IMG_1474

Przebudowa budynku i tworzenie dodatkowych pomieszczeń (przestrzeń wystawiennicza liczy 1500 m2) to praca, która trwała dwa lata. Efekt? Przemyślana w najmniejszych szczegółach estetyka sprawia, że równie dobrze mogłoby być to muzeum architektury, sztuka sama w sobie, niezależna od wystawianych w nim prac artystów i artystek. Przyznaje to zresztą sama twórczyni tego miejsca, Grażyna Kulczyk, z którą udało mi się na chwilę spotkać. Przestrzenie budynku wydały jej się na tyle piękne, że właściwie takie puste i surowe mogłyby pozostać. Kolekcję sztuki należało w nich więc umieścić tak, aby jak najlepiej wkomponowana w architekturę nie przysłoniła jej doskonałości. 

I to się udało. Dzieła polskich artystów w stałej ekspozycji – jak Schody Moniki Sosnowskiej czy Narcissussusch Mirosława Bałki – sprawiają wrażenie jakby wrośniętych w przestrzeń muzeum. Jedno z nich budzi we mnie wyjątkowe silne emocje. To bezgłowy tłum Magdaleny Abakanowicz, postaci umieszczone w osobnym, ciasnym, piwnicznym pomieszczeniu, co pokazuje, jak sama przestrzeń może wpłynąć na odbiór sztuki. Dłużej zatrzymałam się też przy instalacji Piotra Uklańskiego „Prawdziwi naziści”. Dwadzieścia lat po słynnej wystawie „Naziści” w warszawskiej Zachęcie, artysta powrócił z serią ponad 200 zdjęć ukazujących tym razem realne, nie aktorskie wcielenia zła.

Mury muzeum w Susch kryją kolekcje, które równie dobrze mogłyby się znaleźć w galeriach Nowego Jorku czy Londynu. Ale to, że są właśnie tutaj, nie jest przypadkowe. W tradycyjnym szwajcarskim miasteczku Grażyna Kulczyk prezentuje sztukę kobiet -zaangażowaną, feministyczną, polityczną, odważną. Mocna wystawa na otwarcie muzeum, zatytuowana „A Woman Looking at Men Looking at Women”, pokazywała dzieła artystek awangardowych, jak Alina Szapocznikow, Birgit Jürgenssen, Mária Bartuszová czy Evelyne Axell. Ta eksperymentalna twórczość, mocno osadzona w czasach, kiedy tradycyjne role społeczne ulegały przewartościowaniu, a cielesność wyzwalała się ze społecznego tabu, to głosy kobiet wybrzmiewające z niespotykaną wcześniej siłą. Później muzeum przypomniało abstrakcyjną twórczość Szwajcarki Emmy Kunz, artystki i uzdrowicielki, tworzącej w latach 40. ubiegłego wieku i zainteresowanej duchowością, naturą i holistycznym podejściem do człowieka. Natomiast otwarta z początkiem tego roku wystawa „Up to and Including Limits: After Carolee Schneemann” to powrót do ciała i seksualności w sztuce. Carolee Schneemann, która zmarła w marcu 2019 roku, to amerykańska artystka, tworząca w latach 60. i 70., jedna z prekursorek sztuki performance. Jej eksperymenty z formą – ciałem jako przekaźnikiem treści inspirowało twórców kolejnych pokoleń i ten dialog wypełnia teraz przestronne pomieszczenia muzeum.

IMG_1480

 

Nie będę udawać, że jest to sztuka dla każdego. Jeśli idziecie do muzeum po to, aby pooglądać landszafty, to w Susch macie je na żywo (można usiąść w przyjemnym bistro i podziwiać przez okna). W bieżącej ekspozycji właściwie nie ma obrazów. Są zdjęcia, instalacje, dużo sztuki performance zarejestrowanej kamerą wideo, twórczości konceptualnej – nieoczywistej, często hermetycznej i niezrozumiałej bez wgłębienia się w kontekst. Czy jest to sztuka kontrowersyjna? Tak i nie. Tak, jeśli zatrzymamy się tylko na nagości i seksie. Nie, jeśli wcześniej poczytamy o artystkach i zorientujemy się, w jakich czasach tworzyły i co chciały wyrazić. Dlatego, aby z wystawy wynieść jak najwięcej, najlepiej byłoby zwiedzić ją z przewodnikiem. Jest natomiast jedna rzecz, którą mogę Wam zagwarantować. To, co zobaczycie w Susch, prowokuje. Do przemyśleń, dyskusji i odkrywania sztuki, która nie jest łatwa i przyjemna.

Po południu w muzeum nieco się zagęszcza. Słychać różne języki, w tym polski. Grażyna Kulczyk przyznaje, że zainteresowanie stworzonym przez nią miejscem jest duże. Są dni, kiedy odwiedza je nawet dwieście osób. Obawy, jak odważną sztukę przyjmą lokalni mieszkańcy, okazały się niepotrzebne. Gryzończycy z wyrozumiałością i zaciekawieniem odbierają to, co dzieje się w ich wiosce. A dzieje się dużo. Poza wystawami odbywają się w Susch wykłady artystów, koncerty, pokazy performance, dyskusje o sztuce. Twórcy przyjeżdżają też na stypendia, bo gdzie indziej jak nie w spokojnym szwajcarskim miasteczku można idealnie odciąć się od świata i w spokoju popracować, mając jednocześnie artystyczny ferment na wyciągnięcie ręki.

IMG_1485

Kiedy popijam kawę w ciepłym, wyłożonym drewnem muzealnym bistro, w którym na ścianach wiszą ryciny Stanisława Witkiewicza, czuję się jakbym przeniosła się do góralskiej chaty gdzieś pod Zakopanem. W mini-sklepie tuż obok kasy biletowej można kupić specjalnie stworzoną dla muzeum biżuterię polskiej projektantki Orskiej (z kamieniami z Susch) i maskotki-wilki od Ugly Toys. Drobne rzeczy, które cieszą miłośników designu i promują polskie rzemiosło w nowoczesnym wydaniu. Proszę o więcej! Jest jeszcze jedna rzecz, która w muzeum Susch sprawia, że rozpływam się jak bałwan na wiosnę. Biblioteka na poddaszu. Jasne drewno, miękkie fotele, książki o sztuce. Mogłabym tam zamieszkać.

Wychodząc do świata po kilku godzinach spędzonych w przestrzeniach muzeum czułam się jak wybudzona po długim śnie. Grażyna Kulczyk powiedziała w jednym z wywiadów, że dla niej jest to miejsce-marzenie. I właśnie dlatego warto się tam wybrać. Żeby kawałek tego marzenia, choć na tych parę godzin, uszczknąć też dla siebie.

Królowa z alpejskim rogiem

eliana-burki-bg-2-l-1024x627

Sesja zdjęciowa do najnowszej płyty „Arcadia” Fot. Eva Müller/eliana-burki.com

Rozwiany blond włos, kolczyk w nosie, mini spódnica i kowbojki, do tego przyciągająca wzrok biżuteria. Ta dziewczyna wygląda jak gwiazda rocka. Tylko, że zamiast gitary przez ramię przewieszony ma alphorn, róg alpejski.

Tradycyjny instrument szwajcarskich górali, który niegdyś służył do zaganiania stada i komunikacji pomiędzy pasterzami, kojarzy się dzisiaj ze szwajcarskim folklorem i atrakcją dla turystów. Żaden świąteczny jarmark, festiwal jodłowania czy wiejskie wesele nie obędą się bez dmuchania w wielką tubę. Wydobywane z niej monotonne dźwięki na stałe wpisały się w alpejski krajobraz i kiedy wydawałoby się, że jeśli chodzi o walory muzyczne, to alphorn niczym już nie może nas zaskoczyć, pojawiła się ona.

Eliana Burki pochodzi z Feldbrunnen w kantonie Solura i zaczynała w wieku sześciu lat, na początku tak jak wszyscy, od grania na festynach ludowych. Ale kurczowe trzymanie się tradycji raczej nie było jej pisane. Już jako nastolatka odkryła blues i jazz, jednak z alpejskim rogiem wcale nie chciała się rozstawać. Nie każdemu się to podobało. Na kolejnych festiwalach jodłowania, w których brała udział, łamała wszystkie zasady, a jurorzy nie zawsze byli wyrozumiali dla jej niecodziennego stylu gry. Muzyczni fundamentaliści pisali skargi do jej rodziców, że alphorniska z duszą rewolucjonistki profanuje narodowy instrument Szwajcarii. Na szczęście więcej było tych, którym podobały się improwizacje w stylu Milesa Davisa na starym dobrym rogu.

Eliana-Burki-Solis-String-Quartet-3-1024x683

Z kwartetem Solis String z Neapolu. Fot. Francesco Truono/eliana-burki.com

Burki zaczęła muzyczną karierę. Najpierw występowała na koncertach w kraju, podczas których na pianinie akompaniowała jej mama. Potem zaczęły się podróże po Europie. W międzyczasie studiowała jazz w Bazylei i nie rozstawała się z alpejskim rogiem.

Z czasem jej muzyczny styl zaczęto nazywać „funky swiss alphorn”, bo łączy muzykę ludową z popem, jazzem, klasyką, a nawet motywami orientalnymi i latynoamerykańskimi. W kraju uchodzi za buntowniczkę. Zamiast ludowego trachtu nosi krótkie spodenki, a jej instrumenty, które sama nazywa „Burki-horn”, są zrobione z karbonu (aby były lżejsze), a nie z drewna, jak nakazywałaby tradycja. Róg alpejski nie jest najłatwiejszy w obsłudze. Dźwięki wydobywa się z niego wyłącznie przy pomocy wdmuchiwanego powietrza i aby wycisnąć z alphornu więcej niż górale, Burki modyfikuje tradycyjną tubę tak, aby bardziej przypominała inne instrumenty dęte. A do tego jeszcze śpiewa.

Najbardziej znana szwajcarska alphornistka dzieli życie między Zurych a Los Angeles. To na amerykańskim rynku jej kariera muzyczna nabrała rozpędu i to tam dziewczyna z Solury jest dzisiaj znana jak żadna inna helwecka gwiazda. Współpracowała m.in. z wytwórnią, która wydaje płyty Norah Jones i z producentem zespołu Queen. Ze swoim zespołem I Alpinisti Burki koncertuje na całym świecie. Występowała jako solistka z orkiestrami z Armenii, Stuttgartu i Zurychu. Prezentowała róg alpejski przed milionową publicznością w Chinach. Była też raz w Polsce, w 2005 roku grała na targach książki w Warszawie.

Angażuje się w ciekawe projekty, zwłaszcza jeśli jej talent może dodatkowo przysłużyć się czemuś dobremu. W 2005 roku zagrała z młodymi pasjonatami alpejskiego rogu w rosyjskiej Republice Baszkorostanu, a wydarzenie odbyło się przy wsparciu Szwajcarskiej Organizacji Współpracy i Rozwoju. Zawsze znajdzie też czas na to, aby w szpitalu dziecięcym w szwajcarskim Davos poprowadzić muzykoterapię dla dzieci chorych na mukowiscydozę.

W czasie wolnym od pracy i pomagania Elena Burki także realizuje się artystycznie, tym razem jako aktorka. Skończyła prestiżową akademię dramatu w Los Angeles i zagrała w filmie we Francji. Sama szyje swoje sceniczne kreacje. Praktykuje też jogę i organizuje wyjazdy medytacyjne. Mówi o sobie, że jest obywatelką świata i nomadką. Gdyby nie poświęciła się muzyce, być może zostałaby weterynarką, bo kocha zwierzęta. Ma dwa psy, Milesa i Lulu.

„Królowa alphornu” w pełni sobie na ten tytuł zasłużyła, ponieważ jak nikt inny wypromowała ten nieco przykurzony instrument w świecie. Pokazała, że można być ambasadorką tradycji, jednocześnie kompletnie się z niej wyłamując. Dzięki niej gra na rogu alpejskim, a przy okazji i Szwajcaria, stały się sexy. Bo przecież hymn narodowy można zagrać i tak..

Więcej informacji o Elianie Burki znajdziecie na jest stronie internetowej http://eliana-burki.com. Fragmenty koncertów i teledyski są dostępne na Youtube.

 

Pocztówka ze Szwajcarii

Preview.PreviewServlet-5

Parking w Kloten. Rok 1985. Źródło: ETH-Bibliothek Zürich, Bildarchiv/ Comet Photo AG

Niespodzianki nie ma. Doroczny raport mierzący globalny dobrobyt ludzkości potwierdził, że Szwajcaria pozostaje najbogatszym krajem na świecie. A mnie przypomina się jedno zdanie z opowiadania Olgi Tokarczuk pt. „Obywatele najbogatszych państw świata”:

„Okazuje się, że obywateli najbogatszych państw świata czasami nie stać na życie we własnym kraju.”

No właśnie.

Dzisiaj temat, który o bogactwo zahacza. Samochody. Naiwnie wierzyłam w to, że im zamożniejsze państwo, tym mniejsza potrzeba podkreślania społecznego statusu za pomocą prostych symboli. Dla Szwajcara, w którego garażu stoi nie jedno, ale nawet dwa czy trzy, auto będzie miało inne znaczenie, niż choćby dla Albańczyka (w raporcie dobrobytu Albania to jeden z najuboższych krajów w Europie), na którego używane bmw często musi się zrzucić cała rodzina.

Tak mi się wydawało, dopóki w któryś sobotni poranek nie zaczęłam się uważniej przyglądać kierowcom spędzającym czas na myjni samochodowej. Z jakim zaangażowaniem i czułością, jeden obok drugiego, niespiesznie i z uwagą, pucują na błysk maski swoich rumaków. To musi być miłość.

Później się dowiedziałam, że w Szwajcarii pożyczyć komuś samochód, to jak oddać mu na przechowanie portfel pełen banknotów. Najwyższa forma zaufania do drugiego człowieka.

Szwajcarzy kochają auta. Z ponad 4,5 miliona zarejestrowanych samochodów osobowych Szwajcaria jest jednym z najbardziej zmotoryzowanych krajów w Europie. Ponad dwa miliony ludzi codziennie wsiada tu za kółko, żeby dojechać do pracy czy szkoły. Gdybym chciała wysłać komuś szczerą pocztówkę ze Szwajcarii, to zamiast połyskującej w słońcu tafli jeziora i ośnieżonych szczytów Alp, umieściłabym na niej sznurek aut.

Number_of_passenger_cars_per_thousand_inhabitants,_2017

Liczba samochodów osobowych na tysiąc mieszkańców. Źródło: Eurostat

Bo tam, gdzie na niewielkiej powierzchni jest tyle samochodów, są i korki. Tak się składa, że najbardziej zatłoczona autostrada w kraju to trasa z Winterthuru do Zurychu, niedaleko której mieszkałam przez ostatnie pięć lat. Ta droga korkuje się przez 349 dni w roku.

W Zurychu kierowcy tracą rocznie 156 godzin (prawie tydzień) stojąc w korku. To więcej niż w Berlinie, Barcelonie czy Krakowie. Wyliczono, że przestoje w transporcie kosztują Szwajcarię rocznie prawie 2 miliardy franków. Co robi w tej sytuacji najbogatszy kraj świata? Ogłasza wielki plan rozbudowy autostrad.

Fakt, auto to szybkość i wygoda, a autostrady w Szwajcarii są wręcz absurdalnie tanie (winieta na cały rok kosztuje 40 franków). Stąd powszechne przekonanie, że samochód jest tańszy w użytku niż korzystanie z transportu publicznego. Nie zawsze tak jest. Eksperci z Touring Club Suisse, największego klubu motoryzacyjnego w Szwajcarii policzyli, że wszystkie koszty użytkowania samochodu (ubezpieczenia, parkingi, serwis) mogą sięgać w Szwajcarii nawet 10 tysięcy franków rocznie. Za roczny bilet komunikacji publicznej w 2. klasie płaci się prawie trzy razy mniej. 

Z miłością do aut i nawykami społeczeństwa dobrobytu trudno jednak dyskutować. Niedługo miną dwa lata odkąd w moim domu zdecydowaliśmy się spróbować żyć bez samochodu. Pisałam o tym w tekście pt. „Wózeczkowcy” (dla przypomnienia, jest tutaj). Choć mąż czasem płacze w poduszkę, to wytrwaliśmy, jesteśmy zdrowi, wózeczek ma się dobrze. A co jest najpiękniejsze? Nie stoimy w korkach. Kiedy zdarza się sytuacja, że bez auta ani rusz, wtedy korzystamy z wypożyczalni.

Kiedy opowiadam o tym znajomym i nieznajomym Szwajcarom reakcje są różne. Niektórzy dziwią się tak, jakbyśmy przyznali się co najmniej do tego, że nie płacimy podatków. Nie mieć samochodu w kraju, w którym posiadanie go jest czymś tak naturalnym jak oddychanie, to wstyd. Coś, do czego lepiej się nie przyznawać, jak do tego, że aby oszczędzić kilka franków, jeździ się na zakupy do Niemiec.

gr-d-00.17.09.01.01.01-ind-computed_thumbnail

W 2018 roku kierowcy w Szwajcarii stali w korkach łącznie ponad 25 tysięcy godzin. Źródło: Bundesamt für Statistik

Samochód jest nieekologiczny. Szwajcaria ma ambicje stać się krajem neutralnym także klimatycznie. Z jednej strony mamy korki, z drugiej demonstracje w obronie klimatu. W dodatku Zieloni po ostatnich wyborach wdarli się przebojem do Berna i są czwartą siłą polityczną w parlamencie. Może jednak wszystko zmierza ku dobremu?

Przeczytałam ostatnio wywiad z przedstawicielem Zielonych w szwajcarskim parlamencie, w którym mówi on wprost, że aby zachęcić ludzi do korzystania z transportu publicznego, należałoby im obrzydzić jazdę samochodem. Na przykład polikwidować parkingi w miastach, zmniejszyć liczbę pasów na autostradach, obniżyć limity prędkości, podnieść cenę benzyny. Tak jakby stanie w godzinnych korkach już nie było wystarczająco uciążliwe.

A może zamiast obrzydzać, lepiej uatrakcyjniać? Zwiększyć pulę tanich biletów kolejowych i oferowanych przez gminy dziennych kart na całą Szwajcarię? Budować miasta z myślą o rowerzystach, a nie o kierowcach? Tak harmonizować rozkłady jazdy pociągów i autobusów, aby droga do pracy trwała jak najkrócej? W stolicy Estonii, Tallinie, komunikacja miejska jest bezpłatna. Dlaczego nie w Winterthurze? Przecież Szwajcaria to najbogatszy kraj na świecie. Możliwości są nieograniczone.

Choćbyśmy żyli w najbardziej zielonym kraju na świecie, zawsze będą tacy, którzy bez auta żyć nie mogą. Ci znaleźli sobie alternatywę. Na baterię. Szwajcarscy kierowcy wprost zakochali się w elektroautach. Jeśli chodzi o ich sprzedaż, Szwajcaria to piąty największy rynek w Europie. Pół roku temu przeprowadziłam się do nowego budynku, gdzie w podziemnym parkingu każde miejsce ma już ładowarkę. Władze Zurychu planują budować specjalne parkingi w mieście, przeznaczone wyłącznie dla elektroaut. Cicha i tak Szwajcaria za kilka lat stanie się prawdopodobnie bezszelestna.

Skąd wziąć na to wszystko prąd, skoro zamykamy elektrownie atomowe? Dobre pytanie. Ale to już temat na zupełnie inny tekst. 

Mieszkam w Szwajcarii. Jestem szczęściarą!

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. To powiedzenie było moim mottem przez całe dorosłe życie. Nosiło mnie. Odkąd pamiętam. W czasie studiów zmieniałam miasta i uniwersytety. Odkryłam podróżowanie i to, że można inaczej. Nielinearnie, nie po kolei, po swojemu. To dlatego cieszyłam się życiem w Amsterdamie, kiedy inni bronili prac magisterskich i wygrywali pierwsze staże w korporacjach (inna sprawa, kto lepiej na tym wyszedł). Przecież ja mam czas, a jest jeszcze tyle ciekawych miejsc, w których można pomieszkać. Szybko się nudziłam.

A teraz mija mi pięć lat w Szwajcarii. W jednym miejscu. Kiedyś osiągnięcie z gatunku niemożliwych. Nie licząc rodzinnego miasta, Winterthur to póki co jedyny teren, który oznaczyłam jako swój na tak długi czas. Nie myślcie jednak, że niespokojna dusza właśnie tutaj – w najbrzydszym mieście Szwajcarii – znalazła ukojenie. Nic takiego się nie wydarzyło. Każda bliższa czy dalsza podróż otwiera we mnie czakry odpowiadające za nomadyzm. Przecież TU (wstawić miejsce, w którym akurat się znalazłam) jest tak pięknie/ciekawie/inaczej/fascynująco, że natychmiast, od dzisiaj mogłabym TU zamieszkać. Do głowy uderza znajome „rzuć wszystko i zacznij od nowa”, a Google aż furczy od szukania ofert pracy i wolnych mieszkań. Może właśnie to jest moje miejsce na ziemi?

Właśnie wróciłam do Szwajcarii po trzech tygodniach w Azji. I wiecie co? To była pierwsza podróż, z której nie przywiozłam rozdzierającego duszę poczucia, że „tam jest lepiej i co ja właściwie robię w tym nudnym kraju”. Odwrotnie. Już mniej więcej na półmetku pobytu w Malezji złapałam się na niepokojących myślach, które zewnętrzny  obserwator mógłby łatwo pomylić z tęsknotą. „Jak to dobrze, że w Szwajcarii..”, „A w Szwajcarii to..”, „Pierwsza rzecz, jaką zrobię po powrocie do Szwajcarii..”. Zaraz, zaraz.. Czyżbym ja tęskniła? Dajcie mi cuchnący ser, spóźniony o trzy minuty pociąg i jakieś referendum!

Zapytałam raz koleżankę Włoszkę, która od lat mieszka w Szwajcarii, czy po tak długim czasie w ogóle wyobraża sobie powrót? „A po co? Przecież my tutaj jesteśmy uprzywilejowani”. Nie bez powodu te słowa przypomniały mi się właśnie teraz, kiedy szwajcarskie atuty, które wcześniej najwyraźniej bagatelizowałam, zaczęły się sypać jak monety z portfela emerytki. Pozwólcie, że wymienię kilka.

00afa83100967179e90150dac1c679ed

Plakat promujący wystawę „Paradies Schweiz” w zuryskim muzeum. Fot. Museum für Gestaltung.

Powietrze pachnie jak złoto

Nalewam do szklanki wody z kranu i otwieram drzwi na balkon. To jedne z pierwszych czynności, które wykonuję o poranku. Automatycznie, jak coś oczywistego, bez zastanowienia. Z powietrzem jest podobnie jak ze zdrowiem. Zaczynamy doceniać dopiero wtedy, kiedy zabraknie. Po trzech tygodniach wiszącego nad głową smogu, zasłaniającego drapacze chmur i niebo, nawet przesycony zapachem spalin z silników samolotów wdech na lotnisku w Zurychu wydaje się luksusem cenniejszym niż złoto. A szklanka zwykłej kranówki smakuje jak napój bogów.

I love SBB!

Obiecuję, że odtąd już nigdy, przenigdy, nie będę narzekać na spóźniające się pociągi. Trzy minuty, sześć, dwanaście. Take your time, poczekam z przyjemnością. Po Malezji poruszaliśmy się autobusami. Były nowoczesne, wygodne, zazwyczaj czyste i klimatyzowane (wściekle!). Ale pół godziny spóźnienia to standard, o którym nawet nie informowano. Godzina to norma, przyjmowana przez lokalnych bez grymasu. Podróż ma trwać cztery godziny, okazuje się, że trwa siedem. Najdłuższa trasa, jaką pokonaliśmy (ok. 700 kilometrów) zajęła prawie trzynaście. Mam wrażenie, jakbym połowę wakacji spędziła na oglądaniu plantacji palm zza szyb autobusu. Szwajcario, kocham Twój rozmiar i Twoje koleje. To, że w godzinę mogę być w górach, a w trzy przemierzyć cały kraj. Przysięgam inwestować w bilety wszystkie pieniądze jakie mam (w sumie już to robię).

Niech żyje swoboda

Palenia, picia i jedzenia, śmiecenia, żucia gumy, wprowadzania psów, jazdy na rowerze, słuchania muzyki, siadania na trawniku, pływania, śmierdzących owoców, nieprzyzwoitego zachowania.. ZAKAZ goni ZAKAZ. To nie dla mnie. Choć lubię ład i porządek, to wierzę, że przestrzeganie reguł nie wyklucza zaufania do człowieka i pozostawienia swobody wyboru, a wymuszane odgórnie tylko szkodzi. Naiwne? Być może. Ale w Szwajcarii jakoś działa. Mam wrażenie, że ludzie tu jak ognia boją się ograniczeń. W tym roku gorącą dyskusję wywołało wprowadzenie zakazu palenia na dworcach. Żeby przypadkiem nikt nie poczuł, że to zamach na jego wolność, na peronach pojawiły się plakaty komunikujące nowe zasady, które przekonywały, że tak naprawdę to nic się nie zmieni. Palacz będzie mógł kurzyć nadal, tyle, że w wyznaczonych miejscach, a niepalący nie dostanie chmury dymu w twarz w oczekiwaniu na pociąg, jeśli wie, gdzie stanąć. Wilk syty i owca cała. Kwintesencja słynnego szwajcarskiego kompromisu.

Gourmet z Migrosa

Wchodzę do pierwszego lepszego marketu i przebieram w bio warzywach i wegańskich serach. Czekają na mnie ryby certyfikowane przez WWF i mięso, o którego pochodzeniu mogę się dowiedzieć ze szczegółowych informacji na etykiecie. Mogę kupić naturalne wino, czekoladę bez oleju palmowego i sos do sałaty bez konserwantów. Żywność dobrej jakości. Sezonowa, od lokalnych producentów, bezpieczna i smaczna. Nie muszę szukać. Mam ją na wyciągnięcie ręki.

Można? Można!

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak to się dzieje, że w Szwajcarii wszystko działa? Samochody jeżdżą jak po sznurku, poczta dostarcza listy (zazwyczaj) na czas, nie trzeba czekać w kolejkach do lekarza, a urzędnicy nawet jeśli bywają niekompetentni, to przynajmniej starają się pomóc. Macie jakiś pomysł? Socjologiczno-ekonomiczno-historyczno-psychologiczną metateorię na ten temat? Bardzo chętnie posłucham. Wiem jedno. Do tego komfortu bardzo łatwo się przyzwyczaić. Wiadomo, że na wakacjach przymykamy oko na rozgardiasz, biorąc go za lokalny koloryt. Ale po powrocie oddychamy z ulgą. Pewnie dlatego Szwajcarzy tak rzadko emigrują. Bo gdzie byłoby im lepiej?

Franek ma moc, my mamy franka

Ludzie zazwyczaj wracają z wakacji spłukani. Ale nie Szwajcarzy. Oni mają poczucie, że oszczędzili pieniądze. Dlatego podróżują chętnie, często i daleko. Tam, gdzie za cenę tygodniowych zakupów w Coopie mogą mieć luksus, na który pewnie nie byłoby ich stać u siebie. Frank szwajcarski jest jedną z najbardziej mocarnych walut na świecie, co w praktyce oznacza, że osobę zarabiającą w Szwajcarii gdziekolwiek by nie pojechała (może z wyjątkiem Singapuru i Islandii) po prostu stać na więcej. A że weekend w szwajcarskim Zermatt kosztuje mniej więcej tyle, ile tygodniowe wczasy all inclusive w Grecji, to nic tylko jeździć tam, gdzie użytek z franka można zrobić jeśli nie lepszy, to na pewno większy. Na pohybel lokalnemu patriotyzmowi.

Powiem Wam, że człowiek chyba tak już ma, że czasem musi oddalić się na odległość tysięcy kilometrów, żeby docenić to, co ma na co dzień na własnym podwórku. I choć potrzebowałam paru dobrych lat i podróży na drugi koniec świata, aby zacząć bardziej doceniać Szwajcarię, to gdzieś tam głęboko w zwojach mózgowych wierci mi dziurę zalążek pewnej myśli. Choć wielu powie, że jestem szczęściarą, to ja niewdzięczna już się zastanawiam, gdzie by tu się znowu z tego naszego raju ewakuować..