Mieszkam w Szwajcarii. Jestem szczęściarą!

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. To powiedzenie było moim mottem przez całe dorosłe życie. Nosiło mnie. Odkąd pamiętam. W czasie studiów zmieniałam miasta i uniwersytety. Odkryłam podróżowanie i to, że można inaczej. Nielinearnie, nie po kolei, po swojemu. To dlatego cieszyłam się życiem w Amsterdamie, kiedy inni bronili prac magisterskich i wygrywali pierwsze staże w korporacjach (inna sprawa, kto lepiej na tym wyszedł). Przecież ja mam czas, a jest jeszcze tyle ciekawych miejsc, w których można pomieszkać. Szybko się nudziłam.

A teraz mija mi pięć lat w Szwajcarii. W jednym miejscu. Kiedyś osiągnięcie z gatunku niemożliwych. Nie licząc rodzinnego miasta, Winterthur to póki co jedyny teren, który oznaczyłam jako swój na tak długi czas. Nie myślcie jednak, że niespokojna dusza właśnie tutaj – w najbrzydszym mieście Szwajcarii – znalazła ukojenie. Nic takiego się nie wydarzyło. Każda bliższa czy dalsza podróż otwiera we mnie czakry odpowiadające za nomadyzm. Przecież TU (wstawić miejsce, w którym akurat się znalazłam) jest tak pięknie/ciekawie/inaczej/fascynująco, że natychmiast, od dzisiaj mogłabym TU zamieszkać. Do głowy uderza znajome „rzuć wszystko i zacznij od nowa”, a Google aż furczy od szukania ofert pracy i wolnych mieszkań. Może właśnie to jest moje miejsce na ziemi?

Właśnie wróciłam do Szwajcarii po trzech tygodniach w Azji. I wiecie co? To była pierwsza podróż, z której nie przywiozłam rozdzierającego duszę poczucia, że „tam jest lepiej i co ja właściwie robię w tym nudnym kraju”. Odwrotnie. Już mniej więcej na półmetku pobytu w Malezji złapałam się na niepokojących myślach, które zewnętrzny  obserwator mógłby łatwo pomylić z tęsknotą. „Jak to dobrze, że w Szwajcarii..”, „A w Szwajcarii to..”, „Pierwsza rzecz, jaką zrobię po powrocie do Szwajcarii..”. Zaraz, zaraz.. Czyżbym ja tęskniła? Dajcie mi cuchnący ser, spóźniony o trzy minuty pociąg i jakieś referendum!

Zapytałam raz koleżankę Włoszkę, która od lat mieszka w Szwajcarii, czy po tak długim czasie w ogóle wyobraża sobie powrót? „A po co? Przecież my tutaj jesteśmy uprzywilejowani”. Nie bez powodu te słowa przypomniały mi się właśnie teraz, kiedy szwajcarskie atuty, które wcześniej najwyraźniej bagatelizowałam, zaczęły się sypać jak monety z portfela emerytki. Pozwólcie, że wymienię kilka.

00afa83100967179e90150dac1c679ed

Plakat promujący wystawę „Paradies Schweiz” w zuryskim muzeum. Fot. Museum für Gestaltung.

Powietrze pachnie jak złoto

Nalewam do szklanki wody z kranu i otwieram drzwi na balkon. To jedne z pierwszych czynności, które wykonuję o poranku. Automatycznie, jak coś oczywistego, bez zastanowienia. Z powietrzem jest podobnie jak ze zdrowiem. Zaczynamy doceniać dopiero wtedy, kiedy zabraknie. Po trzech tygodniach wiszącego nad głową smogu, zasłaniającego drapacze chmur i niebo, nawet przesycony zapachem spalin z silników samolotów wdech na lotnisku w Zurychu wydaje się luksusem cenniejszym niż złoto. A szklanka zwykłej kranówki smakuje jak napój bogów.

I love SBB!

Obiecuję, że odtąd już nigdy, przenigdy, nie będę narzekać na spóźniające się pociągi. Trzy minuty, sześć, dwanaście. Take your time, poczekam z przyjemnością. Po Malezji poruszaliśmy się autobusami. Były nowoczesne, wygodne, zazwyczaj czyste i klimatyzowane (wściekle!). Ale pół godziny spóźnienia to standard, o którym nawet nie informowano. Godzina to norma, przyjmowana przez lokalnych bez grymasu. Podróż ma trwać cztery godziny, okazuje się, że trwa siedem. Najdłuższa trasa, jaką pokonaliśmy (ok. 700 kilometrów) zajęła prawie trzynaście. Mam wrażenie, jakbym połowę wakacji spędziła na oglądaniu plantacji palm zza szyb autobusu. Szwajcario, kocham Twój rozmiar i Twoje koleje. To, że w godzinę mogę być w górach, a w trzy przemierzyć cały kraj. Przysięgam inwestować w bilety wszystkie pieniądze jakie mam (w sumie już to robię).

Niech żyje swoboda

Palenia, picia i jedzenia, śmiecenia, żucia gumy, wprowadzania psów, jazdy na rowerze, słuchania muzyki, siadania na trawniku, pływania, śmierdzących owoców, nieprzyzwoitego zachowania.. ZAKAZ goni ZAKAZ. To nie dla mnie. Choć lubię ład i porządek, to wierzę, że przestrzeganie reguł nie wyklucza zaufania do człowieka i pozostawienia swobody wyboru, a wymuszane odgórnie tylko szkodzi. Naiwne? Być może. Ale w Szwajcarii jakoś działa. Mam wrażenie, że ludzie tu jak ognia boją się ograniczeń. W tym roku gorącą dyskusję wywołało wprowadzenie zakazu palenia na dworcach. Żeby przypadkiem nikt nie poczuł, że to zamach na jego wolność, na peronach pojawiły się plakaty komunikujące nowe zasady, które przekonywały, że tak naprawdę to nic się nie zmieni. Palacz będzie mógł kurzyć nadal, tyle, że w wyznaczonych miejscach, a niepalący nie dostanie chmury dymu w twarz w oczekiwaniu na pociąg, jeśli wie, gdzie stanąć. Wilk syty i owca cała. Kwintesencja słynnego szwajcarskiego kompromisu.

Gourmet z Migrosa

Wchodzę do pierwszego lepszego marketu i przebieram w bio warzywach i wegańskich serach. Czekają na mnie ryby certyfikowane przez WWF i mięso, o którego pochodzeniu mogę się dowiedzieć ze szczegółowych informacji na etykiecie. Mogę kupić naturalne wino, czekoladę bez oleju palmowego i sos do sałaty bez konserwantów. Żywność dobrej jakości. Sezonowa, od lokalnych producentów, bezpieczna i smaczna. Nie muszę szukać. Mam ją na wyciągnięcie ręki.

Można? Można!

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak to się dzieje, że w Szwajcarii wszystko działa? Samochody jeżdżą jak po sznurku, poczta dostarcza listy (zazwyczaj) na czas, nie trzeba czekać w kolejkach do lekarza, a urzędnicy nawet jeśli bywają niekompetentni, to przynajmniej starają się pomóc. Macie jakiś pomysł? Socjologiczno-ekonomiczno-historyczno-psychologiczną metateorię na ten temat? Bardzo chętnie posłucham. Wiem jedno. Do tego komfortu bardzo łatwo się przyzwyczaić. Wiadomo, że na wakacjach przymykamy oko na rozgardiasz, biorąc go za lokalny koloryt. Ale po powrocie oddychamy z ulgą. Pewnie dlatego Szwajcarzy tak rzadko emigrują. Bo gdzie byłoby im lepiej?

Franek ma moc, my mamy franka

Ludzie zazwyczaj wracają z wakacji spłukani. Ale nie Szwajcarzy. Oni mają poczucie, że oszczędzili pieniądze. Dlatego podróżują chętnie, często i daleko. Tam, gdzie za cenę tygodniowych zakupów w Coopie mogą mieć luksus, na który pewnie nie byłoby ich stać u siebie. Frank szwajcarski jest jedną z najbardziej mocarnych walut na świecie, co w praktyce oznacza, że osobę zarabiającą w Szwajcarii gdziekolwiek by nie pojechała (może z wyjątkiem Singapuru i Islandii) po prostu stać na więcej. A że weekend w szwajcarskim Zermatt kosztuje mniej więcej tyle, ile tygodniowe wczasy all inclusive w Grecji, to nic tylko jeździć tam, gdzie użytek z franka można zrobić jeśli nie lepszy, to na pewno większy. Na pohybel lokalnemu patriotyzmowi.

Powiem Wam, że człowiek chyba tak już ma, że czasem musi oddalić się na odległość tysięcy kilometrów, żeby docenić to, co ma na co dzień na własnym podwórku. I choć potrzebowałam paru dobrych lat i podróży na drugi koniec świata, aby zacząć bardziej doceniać Szwajcarię, to gdzieś tam głęboko w zwojach mózgowych wierci mi dziurę zalążek pewnej myśli. Choć wielu powie, że jestem szczęściarą, to ja niewdzięczna już się zastanawiam, gdzie by tu się znowu z tego naszego raju ewakuować..

Trzy filary – szwajcarski system emerytalny w pigułce

Senioren-Wandern_Schweiz_Fotolia_137994184-835x470

Aktywni seniorzy to częsty widok w Szwajcarii. Fot. fotolia.com

Każdemu, kto pracował w Szwajcarii i odprowadzał składki na ubezpieczenie społeczne przysługuje szwajcarska emerytura. Tutejszy system trzech filarów jest uznawany za jeden z najbardziej wiarygodnych i bezpiecznych na świecie. Choć może się wydawać nieco skomplikowany, to warto dobrze go zrozumieć, aby poznać swoje prawa i różne opcje planowania emerytury. Ten przewodnik powstał po to, aby przybliżyć Wam specyfikę trzech filarów. Tekst stworzyłam we współpracy z firmą doradczą Swissential, z siedzibą w Nyon, regulowaną przez FINMA – szwajcarski nadzór finansowy. Dowiecie się z niego nie tylko, jak zaplanować swoją finansową przyszłość, ale także, jak już teraz wykorzystać możliwości systemu, aby np. obniżyć podatek oraz jak ubiegać się o pieniądze ze składek po opuszczeniu Szwajcarii. Czytelnicy bloga I’m not Swiss mogą również skontaktować się z doradcą firmy Swissential (kontakt na końcu artykułu), aby otrzymać bezpłatną poradę finansową w języku polskim.

Pierwszy filar – podstawowy poziom życia na emeryturze

Pierwszy filar to państwowy plan emerytalny o nazwie AHV (niem)/AVS (fr). Innymi słowy, jest to rządowy system redystrybucji, który obejmuje dodatkowo ubezpieczenie na wypadek inwalidztwa i ubezpieczenie od bezrobocia. Składka, jaką wpłacamy do pierwszego filaru, to 10,25% naszej pensji, z czego 50% jest płacone przez pracodawcę, a 50% jest odciągane z pensji pracownika.

Jeśli ktoś odprowadzał składki od 20. roku życia do osiągnięcia wieku emerytalnego, to maksymalna emerytura, na jaką może liczyć z pierwszego filaru wynosi 2370 CHF miesięcznie (na osobę) lub 3555 CHF miesięcznie (dla małżeństwa). W Szwajcarii związek małżeński oznacza ograniczenia podatkowe i emerytalne, ale w sytuacji wypadku lub śmierci partnera/partnerki, można liczyć na wsparcie w postaci przejęcia części emerytury i pieniędzy z ubezpieczenia na życie, wbudowanego w szwajcarski system trzech filarów. 

Przydatne porady:

Drugi filar – dodatek do pierwszego filaru

Drugi filar, czyli BVG/LPP, to pracowniczy plan emerytalny, ubezpieczenie wypadkowe i ubezpieczenie na życie. Drugi filar jest obowiązkowy dla wszystkich pracowników od 25. roku życia, a składka w zależności od wieku pracownika wynosi minimum 7%, 10%, 15% i 18%. Pracownicy, którzy zarabiają więcej niż 21 339 CHF rocznie, są automatycznie objęci pracowniczym funduszem emerytalnym. Osoby, które pracują na własny rachunek mogą opłacać składki dobrowolnie, wykorzystując trzeci filar w podobny sposób jak drugi. W połączeniu ze składkami z pierwszego filaru możemy spodziewać się, że do momentu przejścia na emeryturę wypracujemy 60% wartości naszej ostatniej pensji. Dodatkowo można wykorzystać swój drugi filar jako depozyt na zakup nieruchomości, budżet na otworzenie własnej firmy lub na dodatkową edukację.

Drugi filar może być naszym pierwszym i najważniejszym źródłem dochodu na emeryturze. Wszyscy wiemy, ile mamy pieniędzy w banku, ale wielu z nas nie wie, że może na bieżąco śledzić informacje znajdujące się na podsumowaniu drugiego filaru. Te informacje otrzymujemy raz do roku (w lutym) od pracodawcy lub mamy do nich dostęp za pośrednictwem portalu powiązanego z naszym drugim filarem.

3Pillar System PL- OK.001

Przydatne porady:

  • Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mogą uzyskać dostęp do całości pieniędzy zebranych w drugim filarze już w wieku 58 lat.
  • Jeśli opuszczasz Szwajcarię, możesz poprosić o wypłacenie części swoich oszczędności z drugiego filaru w formie jednorazowej transzy.
  • Jeśli opuszczasz Szwajcarię i wyjeżdżasz poza Europę możesz poprosić o wypłacenie całości swoich oszczędności z drugiego filaru w formie jednorazowej transzy.
  • W zależności od kantonu przy wypłacie zapłacimy różnej wysokości stawkę podatkową. Można znacząco obniżyć ten podatek, jeśli zaplanuje się wyjazd z wyprzedzeniem i przeniesie pieniądze do innego kantonu.
  • Dodatkowym sposobem na obniżenie podatku jest włożenie swoich oszczędności do drugiego filaru (tzw. buy back), co zwiększa naszą emeryturę. Kwota, którą możemy wpłacić zależy od czasu pracy w Szwajcarii i zarobków.
  • Pamiętaj, że kiedy wyjeżdżasz ze Szwajcarii, musisz samodzielnie ubiegać się o wypłatę z tak zwanego vested benefit account, do którego są przenoszone składki osób opuszczających Szwajcarii. W tej chwili nieodebrana kwota na tych kontach w całym kraju wynosi 5 mld CHF.

Trzeci filar – prywatna emerytura

Trzeci filar to prywatna, indywidualna opcja, która składa się z dwóch części (A i B). Wykorzystuje się go do zbudowania dodatkowego kapitału, aby w momencie przejścia na emeryturę zabezpieczyć się przed znacznym spadkiem dochodów. Trzeci filar zazwyczaj przyjmuje formę konta oszczędnościowego na emeryturę i często oznacza też dodatkowe korzyści podatkowe. Maksimum, jakie można wpłacić na trzeci filar A i odliczyć od podstawy podatku to 6826 CHF rocznie. Zwrot podatku z części B zależy od prawa kantonalnego.

Przydatne porady:

  • Korzystanie z kont bankowych dla trzeciego filaru części A jest przydatnym rozwiązaniem dla osób, które planują zostać w Szwajcarii przez 12 do 24 miesięcy. Przy dłuższych pobytach warto rozważyć rozwiązania, które oferują wyższy zwrot z inwestycji, zabezpieczenie kapitału, jak również ubezpieczenie na życie.  
  • Trzeci filar może zostać wykorzystany do spłacenia kredytu na mieszkanie. 
  • Osoby mieszkajace w kanonie Genewa lub Fryburg mogą uzyskać dodatkowe ulgi podatkowe z trzeciego filaru B.
  • Jeśli planujesz w przyszłości opuścić Szwajcarię, trzeci filar to jedyna część systemu, którą można kontunuować jako formę prywatnego konta emerytalnego. 

Kontakt z doradcą:

Krzysztof Cieślik, specjalista firmy Swissential ds. szwajcarskiego systemu trzech filarów. Możesz poprosić o bezpłatną konsultację telefoniczną z ekspertem, wysyłając email na adres ccieslik@swissential.com. 

https://swissential.com

https://www.facebook.com/swiss3pillarsystem

Ja kontra Szwajcaria – 1:0

86173405-300B-4434-A563-4B807200E64D

Autorka, Jezioro Lemańskie i pies Leo. Fot. Katarzyna Schiller

Przejrzałam ostatnio treści na blogu i wygląda na to, że mniej więcej raz do roku publikuję tekst o sobie. Zazwyczaj ta potrzeba pojawia się w okolicach kolejnej rocznicy pobytu w Szwajcarii. Tym razem dopadła mnie wcześniej, a wszystko za sprawą pewnej wiadomości od czytelniczki. „Uczę się języka, szukam pracy i opadam z sił. Jak udało ci się zmienić podejście do życia tutaj?”. No właśnie, jak?

W październiku minie pięć lat odkąd jestem w Szwajcarii. Czy mogę już mówić, że wygrałam nierówną walkę z alpejskim potworem? Nie do końca, ale na tej emigracyjnej szali przechylam się coraz mocniej w kierunku zwycięstwa i właśnie teraz, bezwzględnie nadszedł czas na podsumowania oraz.. uchylenie rąbka pewnej tajemnicy. Dzień zwierzeń jest dzisiaj.

Zacznę tam, gdzie ostatnio skończyłam, czyli w mojej firmie. Udało się ją założyć, działa coraz prężniej, przynosi dochody – niewielkie i nieregularne, ale własne – wypracowuje przyszłą emeryturę – z którą chyba będę się musiała wynieść na Filipiny, żeby wyżyć – ale, ale.. nie narzekam, jestem na swoim, to była moja decyzja i jest mi z nią dobrze.

Udało się z Waszą pomocą. Choć blog nigdy nie dał i pewnie nigdy nie da mi ani pół franka, to dzięki niemu zyskałam coś o wiele ważniejszego, a w Szwajcarii może i najważniejszego – kontakty, za którymi idą konkretne propozycje. Wysłanie setki CV może nie mieć takiej siły rażenia, jak poznanie jednej odpowiedniej osoby. Nie chcę uogólniać i odradzać Wam udziału w procesach rekrutacji. Na szwajcarskim rynku z pewnością są branże i stanowiska, o które warto się bić w konwencjonalny sposób. U mnie to nie zagrało. Dlatego już dawno przestałam katować się odmowami i wzięłam sprawy w swoje ręce. 

Spotkania z Wami, te online, te przy kawie, te przy winie, otworzyły mi oczy na wiele obszarów, które dotąd były dla mnie niedostępne. Szwajcarii jest tyle, ile ludzi, którzy próbują zbudować tu swoją własną układankę. A mnie, może dlatego, że od dziecka nie miałam cierpliwości do puzzli, zajmuje to trochę dłużej niż innym. 

Na początku ubiegłego roku, tak jak Ty, Droga Czytelniczko, nie miałam już siły. Chciałam uciec stąd jak najdalej. Najlepiej na drugi koniec świata. I tak zrobiłam. Polecieliśmy z mężem na trzy tygodnie do Nowej Zelandii. Nie tylko na wakacje. W Auckland szukaliśmy pracy. On miał nawet kilka rozmów. Ja słyszałam to, co wszędzie, a ponieważ tam ludzie są znacznie bardziej szczerzy niż w Europie, brzmiało bezlitośnie. We don’t need new people to tell us the same bullshit. Maybe you should try in wine? Dziękuję, w winie już próbowałam. W porównaniu z tym, jakie wymagania stawia przyjezdnym NZ, to Szwajcaria prowadzi politykę otwartych granic. Gdyby nie to, że nie udało nam się przejść z sukcesem procedur wizowych, pewnie dzisiaj ten blog już by nie istniał. A może tylko zmieniłby nazwę.

Marzenia o Antypodach rozpłynęły jak śnieg w marcu na lotnisku w Zurychu, kiedy wróciłam i uświadomiłam sobie, że próba ucieczki się nie udała. Zostaję w Szwajcarii. Na długo, może nawet „na zawsze”. Kochana, żarty się skończyły, teraz trzeba sobie to wszystko tutaj jakoś ułożyć, żeby nie zwariować. To chyba wtedy, kiedy zatrzasnęło się wyjście bezpieczeństwa, nastąpiła „zmiana podejścia do życia w Szwajcarii”. I rzeczy nagle zaczęły się układać.

Moja firma, o oryginalnej nazwie Sprachbüro Kaminska, właśnie kończy pół roku. Zajmuję się przede wszystkim tłumaczeniami ustnymi z języka niemieckiego na polski. Towarzyszę ludziom podczas spotkań w urzędach, wszędzie tam, gdzie trzeba się porozumieć w lokalnym języku. Tłumaczę konsekutywnie szkolenia dla branży budowlanej, co jest męczące, wymagało dużych przygotowań i na początku było dla mnie źródłem sporego stresu, bo nie dość, że to wyłącznie męski świat, to moi klienci swoją wiedzą i doświadczeniem biją mnie na głowę. Na szczęście starają się nie dać mi tego odczuć. Mała prywata – szepnijcie słówko znajomym, że jeśli potrzebują tłumaczki, to jestem do dyspozycji.

Co poza tym? Uczę polskiego, co pozwala mi nie tylko lepiej poznać język niemiecki, ale i zmusza do zgłębiania gramatycznych zawiłości mowy matczynej (jak to dobrze, że w szkole zawsze miałam świetne polonistki!). Od pewnego czasu współpracuję też z miastem Winterthur  – staramy się przybliżyć Szwajcarom i mieszkającym tu obcokrajowcom polską kulturę. Były warsztaty polskiej kuchni, które przyciągnęły dużo zainteresowanych – ponoć o lepieniu klusek krążą teraz w mieście legendy! Język polski zagościł już dwukrotnie w Bistro International podczas wymiany językowej, która odbywa się co miesiąc w centrum kultury Alte Kaserne.

Chcę, żeby Szwajcarzy poznali Polskę, a jednocześnie robię wszystko, by i Szwajcaria dała się trochę oswoić Polakom w Polsce i przestała się kojarzyć tylko z pieniędzmi, nudą, czekoladą i kurortami narciarskimi. Tematy społeczne kręcą mnie – dziennikarkę i socjolożkę – bardziej niż produkowanie kolejnych cykli „miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić w Szwajcarii”. To znajdziecie i bez mojej pomocy.

Dla tych, którzy dopiero mnie poznają: linki do publikacji i występów gościnnych w polskich mediach możecie przejrzeć w zakładce O MNIE.

Przez cztery poprzednie lata spędzone w Szwajcarii głównie narzekałam. Na urzędników, nieprzyjaznych ludzi, trudny język, dialekty, na to, że nie mogę znaleźć pracy i wszystko jest tu takie trudne. Sięgnijcie do moich poprzednich tekstów, znajdziecie tego mnóstwo. Tym razem postanowiłam, że będę się chwalić. Bo akurat jest czym.

Był koniec lutego, poranek po nieprzespanej nocy oscarowej (galę oglądam co roku, odkąd pamiętam). Na wpół otwartymi ze zmęczenia oczami przeczytałam wiadomość, która wpadła mi do skrzynki mailowej. Przeczytałam ją kilka razy, a potem jeszcze – dla potwierdzenia, że na pewno to mi się nie śni – wysłałam do paru znajomych. To była wiadomość od redakcji jednego z polskich wydawnictw. Wiadomość z propozycją. Z propozycją napisania książki. Książki o Szwajcarii. Pierwszej w Polsce książki o Szwajcarii w kategorii literatura faktu. Książki, której autorką mam być ja. Autorką. Książki. O Szwajcarii. Ja!

Początkowy szok i niedowierzanie zajęła najpierw panika, potem stres, a następnie mobilizacja. Teraz, kiedy umowa podpisana, a książka nabiera kształtów, mogę się ujawnić i jednocześnie wytłumaczyć z rzadszych ostatnio publikacji na blogu. Musicie uzbroić się w cierpliwość. Wszystko, co najciekawsze o Szwajcarii, przeczytacie w papierze. Już w przyszłym roku. No i uwaga, to będzie też Wasza książka, więc od teraz miejcie się na baczności. Wszystko co powiecie o Szwajcarii, może być użyte.. jako moja inspiracja.

Tymczasem mecz ze Szwajcarią trwa.

Wygrywam 1:0.

Ale to dopiero pierwsza połowa…

Jedną nogą w Unii – trudny mariaż Szwajcarii z Europą

csm_Schweiz_EU_092f3fc3f4

Wybory do Parlamentu Europejskiego za pasem. Myślicie, że Szwajcarii to nie dotyczy? Błąd. Co szósta mieszkająca tu osoba to obywatel lub obywatelka jednego z krajów Wspólnoty. Czy pójdą na wybory? Czy my pójdziemy? Nasze decyzje mają wpływ na Unię Europejską, więc pośrednio również na to, co dzieje się w Szwajcarii. Powiecie, że przecież Szwajcaria nie jest w Unii. Tylko formalnie. W praktyce wzajemne zależności są tak ścisłe, że Szwajcarzy bez UE może mogliby istnieć, ale byłoby im trudniej. A może jednak łatwiej? Zobaczmy.

Kiedy po drugiej wojnie światowej Winston Churchill wzywał w Zurychu do utworzenia czegoś na kształt Stanów Zjednoczonych Europy, Szwajcaria, owszem, była zainteresowana integracją z zachodnimi państwami. Gospodarka po wojnie intensywnie się rozwijała, dlatego dostęp do europejskiego rynku był jak najbardziej w interesie Helwetów. Już na początku lat 60. XX wieku Szwajcaria wzięła udział w tworzeniu podwalin wspólnej strefy gospodarczej, tworząc jako jeden z siedmiu krajów Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu (EFTA).

W międzyczasie w siłę rosła inna międzynarodowa organizacja – Europejska Wspólnota Gospodarcza, która za jakiś czas miała przekształcić się w Unię Europejską. Kraje członkowskie EFTA  – wówczas oprócz Szwajcarii były to Islandia, Norwegia i Lichtenstein – porozumiały się z państwami EWG, aby umożliwić swobodny przepływ nie tylko towarów i usług, ale również kapitału i ludzi. Kiedy miało dojść do podpisania traktatu o utworzeniu wspólnego obszaru handlowego – Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG), Szwajcaria zaczęła robić problemy. Współpraca handlowa, jak najbardziej, ale z zachowaniem samostanowienia i suwerenności krajów. Helweci nie byli gotowi na to, żeby ryzykować oddanie części władzy w ręce ponadnarodowego tworu, jaki rodził się w Europie. Nie chcieli, aby ich neutralność została poddana w wątpliwość. Chcieli mieć ciastko i zjeść ciastko, albo jak kto woli – szukali złotego środka.

Ostateczny głos miał należeć, jak zawsze w podobnych przypadkach, do obywateli. W grudniu 1992 roku odbyło się ogólnokrajowe referendum w sprawie przystąpienia do EOG. Temat budził duże emocje, więc Szwajcarzy tłumnie ruszyli do urn, frekwencja wyniosła prawie 80 proc. To referendum, jedno z najważniejszych w historii Federacji, pokazało wyraźnie, jak podzielone było wówczas szwajcarskie społeczeństwo, jeśli chodzi o wizję przyszłości kraju. Opcja przeciwko wejściu do wspólnej Europy przeważyła nieznacznie, tylko 23 tysiącami głosów. Geograficzna linia między zwolennikami i przeciwnikami zjednoczenia przebiegała dokładnie tam, gdzie w Szwajcarii znajduje się symboliczna granica kulturowa, językowa i mentalna, tzw. Röstigraben – na nie były kantony niemieckojęzyczne i włoskie Ticino, na tak – Szwajcaria Zachodnia z przewagą wpływów francuskich.

2fbe93c7-81c9-46c5-a348-0ff57a647ad1

Kampania przeciwników EOG przed referendum w 1992 roku. Fot. watson.ch

Choć większość Szwajcarów, w obawie przed utratą niezależności, napływem cudzoziemców i wzrostem bezrobocia, opowiedziała się przeciwko unifikacji, to kraj nie mógł sobie pozwolić na pozostanie samotną wyspą w środku Europy. W 1995 roku aż 80 procent szwajcarskiego importu pochodziło z krajów UE, a 62 procent eksportu trafiało na rynki ówczesnej „piętnastki”. Szwajcaria dawała obywatelom krajów Unii ponad pół miliona miejsc pracy. Czy Szwajcarzy tego chcieli, czy nie, byli częścią europejskiej wspólnoty de facto i wycofanie się z tej raz wprawionej w ruch machiny nie wchodziło w grę.

Dlatego Szwajcaria przyjęła strategię trzeciej drogi. Fachowo nazywa się to bilateralizmem, czyli polityką umów dwustronnych. Chodzi o to, że zamiast formalnie być częścią wspólnoty, Szwajcaria podpisuje dziesiątki rożnych umów, regulujących każdą sprawę osobno. Odtąd relacje Berna z Brukselą to nieustanne balansowanie na cienkiej granicy, oddzielającej zaangażowanie Szwajcarii w sprawy wspólnej Europy od podążania własną drogą. Pierwszy pakiet umów podpisano już w 1998 roku, a regulowały one takie podstawowe kwestie, jak transport lądowy, powietrzny, współpracę badawczą i swobodny (choć tylko z nazwy, bo Szwajcaria zastrzegła sobie tutaj dodatkowe działania chroniące pracowników) przepływ osób. Unia, żeby uniknąć wybiórczego dostosowywania się Szwajcarii do przepisów, objęła ją tzw. gilotyną. Jeśli doszłoby do zerwania jednej z umów, automatycznie przestają obowiązywać też wszystkie inne.

W międzyczasie w Szwajcarii miały miejsce kolejne próby przekonania społeczeństwa do tego, że bycie w Europie jest fajne. W 2001 roku z inicjatywy obywatelskiej „Yes to Europe” odbyło się referendum, którego wyniki (77 proc. głosów dla „no to Europe”) potwierdziły negatywny stosunek Szwajcarów do integracji. Teoretycznie otwartą furtkę do Unii Szwajcarzy pozostawili sobie aż do 2016 roku, kiedy decyzją parlamentu ostatecznie wycofano martwy i tak wniosek o rozpoczęcie negocjacji akcesyjnych.

Z biegiem lat Szwajcaria coraz ściślej wiązała się z Europą, podpisując kolejne umowy dwustronne i towarzyszące. Dzisiaj jest ich już ponad sto i dotyczą wielu różnych spraw, od transportu towarów i osób drogą lądową i powietrzną, przez handel produktami rolnymi, po wymianę informacji na temat przestępców i współpracę w badaniach naukowych. Ujednolicenie przepisów handlowych i norm jest ważne dla szwajcarskich firm, które robią interesy z klientami z Europy. Szwajcaria wciąż broni jednak swojego rynku, m.in. utrzymując kontyngenty celne i wymagając dostosowań do lokalnego prawa pracy w przypadku delegacji pracowników.

Układ Szwajcarii z Unią nie dotyczy tylko biznesu, ale ma wpływ na życie każdego z nas – możemy wjechać tu bez paszportu, ale jeśli chcemy zostać dłużej i pracować, wymagane jest specjalne pozwolenie. Ponieważ Szwajcaria otworzyła swój rynek pracy dla obywateli UE, procedury są łagodniejsze niż dla osób przybywających spoza Europy. Dzięki umowom dwustronnym, nasze szwajcarskie ubezpieczenia zdrowotne są ważne w Polsce, nie musimy płacić podwójnych podatków, możemy natomiast w Szwajcarii studiować i korzystać z tutejszych stypendiów naukowych. Wciąż musimy jednak uważać na to, co do Szwajcarii wwozimy i liczyć się z wysokimi podatkami na granicy. Podobnie jak – uwaga, turyści – z zawrotnymi stawkami w roamingu.

juncker-und-sommaruga

Szwajcaria-UE: miłość czy nienawiść? Fot. Keystone

Wydawałoby się, że bilateralne umowy to dla Szwajcarii układ idealny: bierzemy, co dla nas dobre, ale pozostajemy z boku. Dzisiaj co trzeci szwajcarski frank pochodzi z wymiany handlowej z Unią. Do krajów UE płynie 55 procent szwajcarskiego eksportu, o wartości ok. 120 miliardów franków, a sprowadzane stamtąd produkty za ponad 130 miliardów franków rocznie stanowią aż trzy czwarte wszystkich importowanych przez Szwajcarię. Helweci handlują z Europą głównie wyrobami przemysłu chemicznego i farmaceutycznego, maszynami i elektroniką oraz przyrządami precyzyjnymi.

Do tego dochodzą jeszcze inwestycje bezpośrednie. Ponad 80 proc. zagranicznego kapitału krążącego w szwajcarskiej gospodarce pochodzi z krajów UE. To ponad 500 miliardów franków. Co równie ważne, Szwajcaria korzysta też na swobodnym przepływie osób. Do Szwajcarii przyjechało prawie 1,5 miliona pracowników z Unii, a kolejne 300 tysięcy to pracownicy przygraniczni, którzy w Szwajcarii pracują, a mieszkają w jednym z krajów sąsiedzkich (rzadziej odwrotnie).

Ekonomiści Szwajcarskiej Federacji Biznesowej, economiesuisse, wyliczyli, że bez porozumień z Unią, tempo wzrostu szwajcarskiej gospodarki w latach 2002-2014 byłoby wolniejsze o prawie 6 procent. Przekładając to na konkrety – przeciętny obywatel zarobiłby rocznie ok. 4,4 tys. CHF mniej. Szwajcaria czerpie z Unii pełnymi garściami. Co ma Unia ze Szwajcarii? Trochę pieniędzy (Szwajcaria płaci tzw. składkę solidarnościową, a oprócz tego okazjonalnie sypie kasą, m.in. na projekty wspierające integrację nowych członków UE) i sporo problemów.

Każda zmiana w unijnych przepisach, która dotyczy umów bilateralnych, musi przejść przez szwajcarskie sito. Kiedy Szwajcarzy wyciągają oręże w postaci referendum, zawsze pojawia się pytanie: jak decyzja obywateli będzie się miała do umów z Unią? Straszakiem, który wyciągają wtedy zwolennicy współpracy z UE (są w Szwajcarii i tacy), jest groźba wyrzucenia ze strefy Schengen (Szwajcaria otworzyła granice w 2008 roku). Zdarza się, że dopiero jak już mleko się rozlało, czytaj decyzja została podjęta, okazuje się, że nie da się jej pogodzić z umowami dwustronnymi. Tak było w 2014 roku, kiedy w kontrowersyjnym referendum większość Helwetów poparła ograniczenie imigracji. Podejście Szwajcarów? Stało się, tak chciał naród, teraz zobaczymy, czy da się jakoś dogadać z Brukselą. Nie udało się do dzisiaj.

Szwajcaria jest dla UE uciążliwym partnerem w negocjacjach, które często prowadzone są metodą kija i marchewki. Tak było m.in. w przypadku unijnej dyrektywy o opodatkowaniu oszczędności, której wdrożenie przez Szwajcarię oznaczałoby konieczność dzielenia się informacjami o ulokowanym w bankach kapitale zagranicznych klientów, więc w praktyce koniec słynnej tajemnicy bankowej, na której kraj zbudował swoją finansową potęgę. Negocjacje z Unią trwały długimi latami, a wypracowany w bólach kompromis Szwajcaria zaakceptowała ostatecznie w 2004 roku.

310666119

„Nie, dziękuję!” – Szwajcaria nie zajmie miejsca w Unii po Wielkiej Brytanii. Fot. sputniknews.de

Aktualnie kością niezgody w relacjach między Szwajcarią a Unią jest tzw. umowa ramowa, która ma skupić wszystkie zawarte dotąd porozumienia między Szwajcarią a UE (jest ich aż 120) i jednocześnie zapewnić automatyczne wprowadzanie do nich bieżących zmian zgodnych z prawem unijnym. To rozwiązanie budzi sprzeciw pewnej grupy Szwajcarów, którzy są za samostanowieniem i obawiają się, że Unia przejmie kontrolę nad tym, co się dzieje w państwie. Ponadto UE wymaga od Szwajcarii pójścia na spory kompromis i rezygnacji z mechanizmów ochronnych rynku pracy (m.in. kontroli firm delegujących pracowników). Wojna nerwów trwa od 2014 roku.

Pod koniec 2018 roku brukselskim urzędnikom skończyła się cierpliwość i zagrozili, że jeśli do porozumienia nie dojdzie, Szwajcaria dostanie zakaz handlu akcjami na giełdach w UE. Oczywiście to było tylko grożenie palcem, bo Unia ostatecznie dała Szwajcarii ultimatum do końca czerwca tego roku. Czy Berno wywiąże się z zobowiązania czy szwajcarscy politycy dalej bedą się bawić z unijnymi urzędnikami w kotka i myszkę? Niedługo się przekonamy. Umowa jest na tyle ważna, że bez jej przyjęcia nie będzie możliwe podpisanie kolejnych porozumień, w tym w sprawie ważnego dla Szwajcarów dostępu do unijnego rynku energetycznego.

Przewodniczący Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker, przyznał niedawno, że współpraca ze Szwajcarią to dla niego nieustanne źródło stresu. Rozmowy o umowie ramowej prowadził już z czterema prezydentami Federacji, a każdy miał inną jej wizję. „Szwajcaria nie ma jednej polityki europejskiej, tylko siedem różnych” – podsumował Juncker, nawiązując do siedmiorga przedstawicieli szwajcarskiego rządu.

Słuchając takich wypowiedzi, można odnieść wrażenie, że unijni urzędnicy tak niewygodnego partnera, jakim jest Szwajcaria, najchętniej by się pozbyli. Tymczasem, według badań opinii publicznej, prawie trzy czwarte obywateli UE z chęcią przyjęłaby Szwajcarów w swoje szeregi. Co na to sami zainteresowani? W ciągu lat sprzeciw wobec wejścia do UE w społeczeństwie wzrósł. Gdyby referendum w sprawie ewentualnej akcesji odbyło się dzisiaj, to można by się było spodziewać, że – inaczej niż w 1992 roku – wyraźna większość Helwetów powiedziałaby Unii zdecydowane nie.


 

Źródła:

Schweiz und die Europäische Union, Eidgenössisches Department für auswärtige Angelegenheiten, 2016

Polityka Szwajcarii wobec Unii Europejskiej, Michał Tomczyk, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, 2014

Szwajcaria wobec integracji europejskiej, Czesław Porębski, Ośrodek Myśli Politycznej, 2005

https://www.skarbiec.biz/prawo/prawnik-radzi/21_08_2009.htm (o tajemnicy bankowej)

https://www.swissinfo.ch/ger/essay_-fuer-die-eu-ist-die-schweiz-ein-staendiger-stresstest-/44321778

https://www.swissinfo.ch/eng/economists-dispute_does-switzerland-really-benefit-from-eu-bilateral-accords/42100894

 

Kobieta od kultury – rozmowa z Joanną Olczak

Joanna Olczak. Łodzianka, od dziewięciu lat w Szwajcarii. Kobieta od kultury – z wykształcenia teatrolog, w Polsce pracowała jako kierownik literacki w Teatrze Powszechnym w Łodzi, pisała też scenariusze do filmów i seriali telewizyjnych. Pamiętacie serial „Na dobre i na złe”? Historie przypadków medycznych i prywatnych perypetii bohaterów to dzieło Joanny i jej konsultanta, lekarza, a prywatnie męża, Michała.

W Szwajcarii Joanna również zajmuje się kulturą. Działa w Polskim Towarzystwie Winterthur organizując spotkania z polskimi pisarzami, a od niedawna prowadzi też Klub Książki w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu. To miejsce spotkań Polaków zainteresowanych literaturą i nałogowych pochłaniaczy książek, otwarte dla każdego, kto lubi czytać.

Specjalnie dla Was, czytelników i czytelniczek bloga I’m not Swiss, Joanna opowiada o miłości do książek, głodzie dyskusji i o tym, jak żyjąc za granicą możemy pielęgnować kontakt z polską kulturą.

IMG_7872

Na tarasie Hotelu Schatzalp w Davos, gdzie Tomasz Mann,  popijając kawę ze śmietanką, wpadł na pomysł napisania „Czarodziejskiej Góry”. Fot. archiwum prywatne

Co teraz czytasz?

„Listy z Polski” Josepha Rotha. Autor to Żyd pochodzący ze wschodniej Galicji, Austriak z wyboru, w latach 20. XX wieku był dziennikarzem „Frankfurter Zeitung”. Ta książka to zapis jego korespondencji z czasów międzywojnia, w formie krótkich listów. Szalenie ciekawa lektura, która pokazuje ówczesną Polskę oczami obserwatora z zewnatrz. Okazuje się, że nasze problemy, niechęci, kompleksy wcale się tak bardzo od tamtej pory nie zmieniły. Chętnie czytam reportaże historyczne, świadectwa minionego czasu, aby dotrzeć do źródeł zjawisk, które w dzisiejszym świecie są dla mnie trudne do zrozumienia.

Lubię też reportaż podrożniczy. Moją wielką miłością jest Tiziano Terzani, włoski dziennikarz, który wędrował po Azji, a podróż była dla niego nie tylko przemieszczeniem się w sensie geograficznym, ale też doświadczeniem duchowym i intelektualnym. Poza tym uwielbiam kryminały, to moja wielka pasja. Często je sobie dawkuję, żeby przyjemność z czytania mogła trwać dłużej. Staram się też być na bieżąco z polską literaturą.

Organizujesz w Szwajcarii spotkania z polskimi pisarzami. Skąd ten pomysł i kogo już miałaś okazję gościć?

Zapraszanie raz do roku polskiego pisarza do Szwajcarii to już tradycja. Zapoczątkowało ją Towarzystwo Polskie Winterthur, ludzie, którzy do Szwajcarii emigrowali w latach 80. XX i byli szalenie spragnieni polskiej kultury. To było pokolenie, które czytało książki, więc tęsknota za polskim słowem była wtedy bardzo duża. Między innymi z tej tęsknoty narodziła się idea zapraszania polskich twórców do Szwajcarii, a ja po przyjeździe tutaj miałam okazję poznać osoby, które się tym zajmowały.

Kiedy w 2017 roku miał przyjechać do nas Ziemowit Szczerek, okazało się, że brakuje kogoś, kto poprowadziłby spotkanie z nim. Wtedy ówczesny prezes Towarszystwa Jakub Siczek poprosił o to mnie, a ja bardzo chętnie się zgodziłam i tak zostałam do dzisiaj. Obecnie przy organizacji wizyt współpracujemy z Instytutem Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu, który udostępnia nam salę i jest gospodarzem i współorganizatorem spotkań.

Dzięki Towarzystwu Polskiemu Winterhur w Szwajcarii gościł cały przekrój twórców polskiej literatury. Była Olga Tokarczuk, był Andrzej Stasiuk, Jacek Hugo-Bader, Andrzej Sapkowski, Marek Krajewski, Janusz Wiśniewski. Chcemy prezentować autorów, zajmujących się różnymi gatunkami literackimi. W ubiegłym roku w aurze skandalu przyjechał do nas Janusz Rudnicki. Spotkanie było bardzo kameralne, czytaliśmy na głos teksty autora, który okazał się świetnym rozmówcą. To była jedna z fajniejszych wizyt.

Jak wyglądają takie spotkania i kogo możemy się spodziewać w najbliższym czasie?

Staramy się, żeby formuła była dość otwarta, ponieważ w spotkaniach uczestniczą bardzo różni ludzie. Część z nich to stara emigracyjna gwardia, Polacy mieszkający w Szwajcarii od lat, ale przychodzą też młode osoby, które są tutaj od niedawna i chcą poznać innych Polaków o podobnych zainteresowaniach. Ciekawą grupą są natomiast studenci polonistyki z Uniwersytetu w Zurychu. To Szwajcarzy i obcokrajowcy w wieku od 20 do nawet 60 lat, którzy uczą się polskiego i zależy im na kontakcie z językiem i kulturą.

Rozmowę na forum publicznym prowadzimy wspólnie z Małgorzatą Gerber, wykładowczynią polonistyki w Instytucie Slawistyki, a później dyskusja przenosi się w kuluary, gdzie przy polskich albo szwajcarskich przekąskach i kieliszku wina mamy okazję poznać osobiście twórcę, zapytać o interesujące nas kwestie czy poprosić o autograf. W listopadzie ubiegłego roku gościliśmy krytyczkę literacką Justynę Sobolewską, która opowiadała o najnowszej literaturze polskiej. Na to spotkanie przyszło ok. 50 osób, ledwo pomieściliśmy się w sali. Widać, że zainteresowanie jest duże, tym bardziej cieszymy się, że udało się nam pozyskać współfinasowanie tej inicjatywy. Fundusze uruchomił Uniwersytet w Zurychu oraz polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dzięki temu będziemy mogli zapraszać kolejnych ciekawych twórców, być może również z innych dziedzin kultury oraz częściej niż raz do roku.

Tymczasem lista pisarek i pisarzy, których chcielibyśmy gościć jest bardzo długa. Moim wielkim marzeniem jest na przykład to, żeby odwiedził nas Mariusz Szczygieł, jeden z moich ulubionych polskich pisarzy. Najbliższym naszym gościem będzie Magdalena Grzebałkowska, autorka takich książek jak „1945. Wojna i pokój”, „Beksińscy – portret podwójny” czy biografii Krzysztofa Komedy. Spotkanie odbędzie się 8 kwietnia, oczywiście tradycyjnie w gościnnych progach Instytutu Slawistyki.

Niedawno wystartowałaś ze swoją autorską inicjatywą Klubu Książki. Pierwsze spotkanie odbyło się w lutym. Brakowało Ci dyskusji o literaturze?

Od dziecka cierpię na jednostkę chorobową zdiagnozowaną jako chroniczna abibliofobia, czyli strach przed tym, że nie będę miała co czytać. Kiedy wracamy z Polski do Szwajcarii nasze auto zwykle jest wypakowane książkami, co nieustannie rozczarowuje szwajcarskich celników. Literatura zawsze była ważna w moim życiu. Wciąż jestem mocno przywiązana do formy papierowej, kocham trzymać w ręku książkę, czuć zapach papieru. Książka to dla mnie po prostu piękny przedmiot i choć mam czytnik ebooków, to póki co leży sobie nieużywany na półce. W Szwajcarii czułam się nieco osamotniona w mojej miłości do literatury, nie miałam towarzystwa, z którym mogłabym wymieniać się książkami, pomysłami na lektury, rozmowami o tym, co ostatnio przeczytałam. Szukałam pomysłu na to, aby stworzyć grono ludzi, którzy chętnie czytają, dla których to jest ważne i którzy to zwyczajnie lubią.

Do założenia Klubu Książki ośmieliła mnie właśnie wspomniana Justyna Sobolewska, która powiedziała, że dyskusyjne kluby książki, działające np. w bibliotekach, są bardzo powszechne w Polsce i skupiają środowiska ludzi zainteresowanych literaturą. To mnie przekonało, żeby spróbować stworzyć coś podobnego tutaj w Szwajcarii. Udało mi się pozyskać salę od Instytutu Slawistyki, zupełnie bezkosztowo, i w lutym tego roku odbyło się pierwsze spotkanie. Na zachętę zaproponowałam opowiadania Olgi Tokarczuk z jej ostatniej pozycji „Opowiadania bizarne”. Zjawiło się dziesięć kobiet, o różnych preferencjach czytelniczych, ustaliłyśmy ramy naszych spotkań, a co najważniejsze powstał zaczyn klubu, który mam nadzieję będzie działał intensywnie i będzie dla nas comiesięcznym świętem literatury. Liczę na to, że do naszego grona dołączą też czytający mężczyźni.

Jakie książki będą omawiane na kolejnych spotkaniach?

Chciałabym, żeby te spotkania odbywały się na zasadzie klasycznego klubu dyskusyjnego. Wybieramy książkę, jest miesiąc na to, aby ją przeczytać, a następnie zbieramy się i o niej rozmawiamy. Dobrze byłoby z czasem tę formułę wzbogacić, wprowadzając np. rekomendacje książek czy prezentacje swoich ulubionych pisarzy. Chciałabym, żeby każdy uczestnik klubu mógł do niego dołożyć swoją cegiełkę, ale też wyjść poza to, co czyta na co dzień i poznać inne tematy, gatunki literackie i różnych autorów.

Następne spotkanie mamy zaplanowane na 19 marca i będziemy rozmawiać o książce Zyty Rudzkiej „Krótka wymiana ognia”, która została uznana za jedną z najważniejszych powieści minionego roku wydawniczego, a ja uważam ją za jedną z lepszych polskich książek jakie wyszły w ostatnich latach w ogóle. Spotkania będą się odbywały co miesiąc, a lektury będziemy wybierać na bieżąco. Technologia idzie nam na rękę, dostępność książek jest duża, również w formie audiobooków, ebooków, więc każdy ma możliwość dotarcia do konkretnego tytułu.

Moją pierwotną ideą było to, abyśmy czytali polską literaturę. Mieszkamy za granicą, czytamy w różnych językach, po niemiecku, angielsku, ale nie zawsze jesteśmy na bieżąco z tym, co dzieje się w dziedzinie literatury na rodzimym podwórku. Polska literatura przeżywa rozwit, mamy wielu wspaniałych twórców, jak Olga Tokarczuk, która jest autorką światowego formatu, jak Szczepan Twardoch, który porusza trudne tematy i szuka dla nich popularnej formy. Oprócz literatury pięknej powstaje w Polsce świetny reportaż, dobre kryminały. Pojawiają się też nowe trendy, gdzie gatunki stają się płynne i wychodzi się poza ich ustalone ramy. Książka Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” czy najnowsza pozycja Mariusza Szczygła „Nie ma” to są rzeczy, które trudno jest wepchnąć do szuflady z napisem powieść, reportaż czy wspomnienia. Dlatego mam nadzieję, że będziemy czytać polską literaturę w całym jej spektrum – nowości, ale też tytuły, które są warte odświeżenia.

Oczywiście jestem też otwarta na różne inne propozycje, np. na autorów szwajcarskich, którzy są ważni. Nie chcę tworzyć sztywnych ram klubu, ale działać na zasadach demokratycznych. W końcu mieszkamy w Szwajcarii. Chciałabym, żeby każdy mógł się poczuć częścią tego przedsięwzięcia. To ma być wymiana – myśli, opinii, pasji, dlatego zapraszam serdecznie wszystkich na kolejne spotkania. Można dołączyć w każdej chwili i nie ma się czego bać, bo jak to mówią, książki nie gryzą, książki pochłaniają w całości.

Co jeszcze poleciłabyś zainteresowanym kulturą Polakom mieszkającym w Szwajcarii?

W naszej wciąż w gruncie rzeczy niewielkiej społeczności polonijnej jest sporo inicjatyw kulturalnych. Od ponad 30 lat działa Klub Miłośników Żywego Słowa Barbary Młynarskiej, aktualnie w Brugg i tam raz na kwartał odbywają się wydarzenia kulturalne z naprawdę wysokiej półki, którę przyciągają liczną publiczność. W tym roku przyjeżdża Hanna Banaszak, Piotr Machalica z piosenkami Jonasza Kofty, Dorota Miśkiewicz z recitalem, Jerzy Bralczyk z Michałem Ogórkiem w duecie. W ubiegłym roku z okazji 100-lecia odzyskania niepodłegłości Polski w Teatrze Stok w Zurychu odbył się Festiwal Kultury Polskiej, zorganizowany przez polską pianistkę Agnieszkę Bryndal, mieszkającą w Szwajcarii od lat. Poza tym są inicjatywy lokalne, skupiające Polaków w różnych częściach Szwajcarii. Jest naprawdę dużo ludzi, którzy działają tutaj na niwie kultury. Bo jak śpiewał Wojciech Młynarski :

Jeśli za mało książek znasz –

To ci wychodzi na twarz.

Gdy nie wiesz kim był J.S. Bach –

To spłaszcza ci czółka dach.

Nieznany Ci Edypa los –

To deformuje ci nos…

Rozmawiała Agnieszka Kamińska

—————————————————————————————————————————————–

Spotkanie z Magdaleną Grzebałkowską odbędzie się 8 kwietnia (poniedziałek) w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu przy Plattenstrasse 43. Początek o godz. 18.15. Wstęp: 20 CHF.

Kolejne spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki odbędzie się 19 marca (wtorek) o godz. 18.30 w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu przy Plattenstrasse 43. Będziemy rozmawiać o książce Zyty Rudzkiej „Krótka wymiana ognia”.

Razem z Joanną serdecznie Was zapraszamy!