Co nowego w Szwajcarii w 2019 roku

To będzie dobry rok dla seniorów i świeżo upieczonych milionerów. Pierwsi dostaną wyższe emerytury, drudzy – zwolnienie z podatku od wygranej na loterii. Wszyscy zapłacimy natomiast niższy abonament radiowo-telewizyjny i nie będziemy już wdychać dymu papierosowego na dworcach. Poniżej o najważniejszych zmianach w szwajcarskich przepisach, jakie niesie 2019 rok.

topelement-7

Trudniej o rezydencję w Szwajcarii

Zacznę od kwestii, która najbardziej dotyczy obcokrajowców, czyli od zmian w przepisach dotyczących pozwolenia na pobyt stały w Szwajcarii. Od przyszłego roku wejdą w życie ostrzejsze wymogi integracji dla rezydentów. Osoba ubiegająca się o pozwolenie typu C będzie musiała udowodnić, że wystarczająco dobrze zna lokalny język, a jeśli odnawiając dokument nie będzie mogła się pochwalić odpowiednim stopniem integracji, może zostać cofnięta do niższej kategorii przebywających w kraju cudzoziemców, np. zamiast pozwolenia typu C (na pobyt stały) dostanie B (na pięć lat). Przy wcześniejszym staraniu się o rezydencję (normalnie można to zrobić po 10 latach przebywania w kraju), wymogi językowe zostaną podwyższone.

Ograniczenia będą też dotyczyły długotrwałego pobierania zasiłków przez uchodźców i warunkowo przyjętych do kraju imigrantów. Ci, którzy za długo są na garnuszku państwa, będą kierowani na warsztaty integracyjne, a w przypadku dalszego braku zatrudnienia, zostaną ukarani obniżeniem świadczeń. Jednocześnie złagodzono też dostęp azylantów do rynku pracy, dając im możliwość rejestracji w lokalnych urzędach pracy, co ma zwiększyć zatrudnienie i odciążyć system pomocy społecznej.

Niższy Billag, wyższe emerytury

Również w przyszłym roku wchodzą w życie zmiany, które dadzą ulgę portfelom 3,6 milionów gospodarstw domowych w Szwajcarii. Chodzi o Billag, czyli potocznie nazywany abonament radiowo-telewizyjny. Od stycznia pobieranie opłat przejmuje firma Serafe, a roczny odbiór sygnału będzie kosztował 365 CHF zamiast obecnych 451 CHF. Przy czym nie będzie już można płacić tylko za radio lub tylko za telewizję, opłata abonamentowa będzie odtąd dla wszystkich taka sama. Przy okazji przypomnę, że w marcu tego roku Szwajcarzy odrzucili w referendum pomysł całkowitego zniesienia abonamentu.

Rok 2019 będzie też dobry dla szwajcarskich emerytów i rencistów, którzy otrzymają podwyżki, w ślad za wzrostem średnich wynagrodzeń w kraju. Minimalne świadczenie (z AHV, czyli pierwszego filaru systemu emerytalnego) wyniesie od stycznia 1185 CHF miesięcznie, czyli o 10 CHF więcej niż dotychczas, natomiast maksymalne wzrośnie o 20 CHF, do 2370 CHF.

Są tacy, którym nie chce się ciułać do emerytury i próbują szczęścia na loterii. Dla nich (a raczej tylko tych, którym się udało) przyszły rok też niesie dobre wieści – zwolnienie z podatku od wygranej do kwoty miliona franków.

topelement-8

Zmiany dla kierowców i dłużników

Choć mandaty pozostaną wysokie, złagodzenie przepisów czeka kandydatów na kierowców i starych drogowych wyjadaczy. Dotychczas kto uczył się jeździć tzw. automatem, po zdaniu egzaminu na prawo jazdy nie miał prawa prowadzić samochodów z manualną skrzynią biegów. Od przyszłego roku to ograniczenie będzie zniesione.

Na drogach możemy też się spodziewać więcej kierowców-emerytów. Do tej pory każdy posiadacz prawa jazdy, który skończył 70 lat, musiał co dwa lata poddać się medycznemu testowi, określającemu zdolność prowadzenia pojazdów. Jeśli nie dostał od lekarza zielonego światła, musiał oddać prawko. Od 2019 roku wiek grożącej seniorom drogowej emerytury zostaje podniesiony do 75 roku życia.

Przyszły rok przyniesie też zmiany dla osób, które zostały bezpodstawnie obciążone   zalegającymi płatnościami. Dłużnicy, którzy otrzymali wezwanie do zapłaty z zajmującego się ściąganiem należności urzędu (Betreibungsamt), ale sprawa okazała się nieporozumieniem czy pomyłką, będą mogły po dostarczeniu odpowiednich dowodów wyczyścić swoje konto płacąc za to jednorazowo 40 CHF. Taki wpis do rejestru dłużników nie będzie już dłużej udostępniany np. przy staraniu się o wynajem mieszkania czy w innych sytuacjach wymagających zaświadczenia o niezaleganiu z płatnościami.

Dworce bez dymka, poczta bez worków

Jedna z przyszłorocznych zmian w przepisach jest mi szczególnie bliska. Prawdę mówiąc, czekałam na nią odkąd zamieszkałam w Szwajcarii. Chodzi o zakaz palenia tytoniu na dworcach. Od czerwca 2019 roku puścić dymka będzie można tylko w wyznaczonych miejscach – jednym lub dwóch, w zależności od długości peronu. Dziękuję i czekam na ograniczenie palenia na przystankach autobusowych.

Nie dość, że czekając na pociąg nie przesiąkniemy zapachem dymu z papierosów, to jeszcze będziemy podróżować taniej. Szwajcarskie koleje w 2019 roku dostaną obniżkę cen prądu i częścią zaoszczędzonych pieniędzy chcą się podzielić z pasażerami. Możemy się więc spodziewać większej puli tańszych biletów.

Na koniec zmiana, która dotknie stałych bywalców poczty. Najważniejsza szwajcarska instytucja ma być łatwiej dostępna. Zgodnie z ustawą, dla co najmniej 90 proc. mieszkańców najbliższe okienko musi się znajdować nie dalej niż 20 minut piechotą od domu. Poczta będzie blisko, ale worków na śmieci już tam nie dostaniemy. Od stycznia placówki zaprzestają sprzedaży oficjalnych, jedynych właściwych, zatwierdzonych przez gminę toreb na odpady, będących formą podatku od wywozu nieczystości. Może w zamian pojawi się coś równie praktycznego.

331574210-640x426

To tylko wybór moim zdaniem najważniejszych nowości, jakie czekają Szwajcarię w przyszłym roku. Więcej obowiązujących wkrótce przepisów znajdziecie tutaj https://www.tagesanzeiger.ch/schweiz/standard/neue-gesetze-und-regelungen-ab-2019-und-wen-sie-betreffen/story/30032621

Życzę Wam samych dobrych zmian w 2019 roku!

Szwajcarskie sposoby na świąteczny stres

Grudniowe święta kojarzą się Wam z nerwową atmosferą, pogonią za prezentami, myciem okien i godzinami spędzonymi w kuchni? Przeczytajcie, jak to robią Szwajcarzy.

web_zurich_weihnachten_weihnachtsmaerkte_1600x900

Fot. Zürich Tourismus

Grzaniec dobry na wszystko

Zamiast snuć się po centrach handlowych, lepiej postać na świeżym zimowym powietrzu, rozgrzewając się grzańcem i roztopionym serem z ziemniakami. Początek adwentu to w Szwajcarii start sezonu na świąteczne jarmarki (większość otwiera się już pod koniec listopada). W całym kraju jest ich ponad czterysta, właściwie każde miasto i miasteczko ma swoją bożonarodzeniową wioskę, a do najpiękniejszych i najliczniej odwiedzanych zalicza się m.in. jarmarki w Einsiedeln (trwa tylko tydzień), Montreux, St. Gallen czy w Zurychu na placu pod operą (na zdjęciu powyżej).

Co można robić na jarmarku? Pić grzane wino albo ciepły poncz, jeść chleb czosnkowy, raclette lub ciasto z jabłkami, kupić mniej lub bardziej przaśne rękodzieło, a przede wszystkim spotkać się ze znajomymi i wdychać (dosłownie, zważywszy na różnorodność zapachów) atmosferę świąt. Przyznam, że jeszcze do niedawna jarmarki uwielbiałam, ale ostatnio jakoś mi zbrzydły. Wino za słodkie, ludzi za dużo, dekoracje nieznośnie kiczowate.. Tak, w tym roku jestem wyjątkowym Grinchem.

Znacznie bardziej podobają mi się za to Fonduestube, czyli budowane specjalnie na okoliczność świąt drewniane chatki w stylu alpejskim, gdzie można usiąść i w cieple zjeść fondue i inne zimowe kulinarne specjały. Jeśli ktoś lubi rustykalne klimaty rodem z krainy Heidi, grzanie pupy na owczych kożuchach przy nakrytych obrusem w kratkę stołach, a przede wszystkim zapach sera z kirschem, szwajcarskie Fonduestube to idealne miejsce na zrelaksowanie się przed świętami. Zwłaszcza te w miastach są oblegane, więc miejsce warto zarezerwować wcześniej.

Czekoladki i gotówka 

Rzecz dzieje się cztery lata temu. To moja pierwsza zima w Szwajcarii i świąteczne spotkanie z rodziną męża. Polskim zwyczajem nerwowo buszuję w poszukiwaniu idealnych prezentów, żeby zrobić jak najlepsze wrażenie na przyszłej teściowej. Mąż kompletnie nie rozumie mojego przejęcia. – Co dla mamy? Czekoladki, jak co roku.

Takie podejście do prezentów potwierdzają ogólnokrajowe statystyki. Trzy czwarte Szwajcarów obdarowuje swoich bliskich słodyczami lub innymi produktami spożywczymi. Czekoladki i wino to żelazny zestaw prezentowy, który – w co mocno wierzą Szwajcarzy – ma uszczęśliwić każdego. Kolejne miejsca na szwajcarskiej liście życzeń zajmują książki, a także bony podarunkowe oraz – pragmatycznie do bólu – gotówka.

W Szwajcarii nie ma zwyczaju dawania drogich prezentów. Przeciętny Szwajcar wydaje na podarunki mniej niż 300 franków, a zakupy wciąż lubi robić tradycyjnie – raczej w sklepach i centrach handlowych niż przez internet.

slide-4

Fot. santaclaus.ch

Potęga przytulności

Nie wiem jak Wy, ale ja nie widzę w Szwajcarii przed świętami masowego mycia okien. O wiele ważniejsze niż sterylna czystość wydaje się być odpowiednie udekorowanie mieszkania. Szwajcarzy są w tym mistrzami świata. Zaczynają na początku grudnia od stroików adwentowych, a ledwo się człowiek obejrzy, już upstrzone światełkami są okna, balkony i ogródki. Sklepy wnętrzarskie właściwie od listopada przeżywają oblężenie, a katalogi co roku lansują nowe mody – a to czarno-biały minimalizm, a to wręcz odwrotnie – kolory i wzory jak w amazońskiej dżungli, nawet na choinkowych bombkach.

Szwajcarzy lubią urządzać swoje domy przez cały rok, ale święta dają im wyjątkowo duże pole do popisu. Najważniejsza zasada – ma być „gemütlich”, czyli przytulnie i jak najbliższej natury, stąd nawet drewniany kołek z wyciętymi gwiazdkami i miejscem na świeczkę może stać się pożądaną ozdobą świątecznego stołu.

Ponieważ rok w rok święta spędzam w Polsce, nie biorę udziału w szwajcarskim wyścigu zdobień, ale z zaciekawieniem go obserwuję. Nie udało mi się znaleźć informacji, ile Szwajcarzy wydają rocznie na dekoracje świąteczne, ale wiem, że jest opcja wypożyczenia nie tylko choinki, ale i choinkowych ozdób. Tanie używane błyskotki można też kupić w Brockenstube, czyli tutejszych secondhandach ze wszystkim.

 

resized_480x280_orig_fondue_chinoise_1

Fot. Zug Tourismus

Nieważne co, ważne, że z mięsem

Podczas gdy polskiej tradycji przyświeca zasada „zastaw się, a postaw się”, zwłaszcza jeśli chodzi o to, co na stole, Szwajcarzy podchodzą do sprawy znacznie mniej ambicjonalnie. Żadnego wystawania godzinami w kuchni, przygotowywania wymyślnych potraw, zapełniania lodówek i szerzenia terroru pod hasłem „no zjedz jeszcze kawałek”.

Szwajcar po prostu stawia na stole gar gotującego się bulionu i deskę mięsa, które następnie wszyscy w owym garze maczają i zajadają. Nazywa się to fondue chinoise i jest popularną potrawą świąteczną od St. Gallen po Genewę. Do tego wino w dużych ilościach, a na koniec obowiązkowy deser w postaci Weihnachtsguetzli, czyli ciasteczek najlepiej domowego wypieku. Chyba, że jesteśmy we włoskiej części kraju. Tam tradycyjnym zimowym ciastem jest Panettone, czyli babka z rodzynkami i kandyzowanymi owocami.

Tak to wygląda w dużym uproszczeniu, bo oczywiście w święta w Szwajcarii je się też inne potrawy, w zależności od regionu i rodzinnych tradycji. Na przykład w kantonie Aargau na stołach często goszczą paszteciki wypełnione wołowym gulaszem z dodatkiem marchewki i groszku. Do świątecznych klasyków należy też pieczeń z ziemniakami i brązowym sosem. Ogólnie szwajcarskie potrawy – w tym te uroczyste – to nie jest kuchnia najwyższych lotów, a jej podstawą jest mięso. Bez niego świąt nie wyobraża sobie aż ponad 60 procent Szwajcarów.

Święta pod palmami 

Na narty albo do ciepłych krajów. Co piąty Szwajcar, chcąc uniknąć stresu i niepewnej pogody, w czasie świąt po prostu wyjeżdża. W tym roku najpopularniejszym kierunkiem jest Tajlandia, bo tanio, można wylegiwać się na plaży i smacznie zjeść. Wśród innych często wybieranych na zimowe wyjazdy miejsc znajdują się też duże miasta, m.in. Nowy Jork, Londyn czy Wiedeń.

Ci, którzy święta chcą spędzić aktywnie, robią w tym czasie wypady na narciarskie stoki w szwajcarskich albo austriackich Alpach, choć deficyt śniegu w ostatnich latach krzyżuje pewnie plany wielu fanom białego szaleństwa.

Na koniec chyba najważniejsze. Zdecydowana większość Szwajcarów, pytanych o to, co robią w święta, odpowiada, że po prostu cieszy się spokojem. I tego właśnie sobie i Wam w najbliższych dniach gorąco życzę.

karibisches-Weihnachten

Tajemnica dworcowego zegara

Waży średnio 30 kg i wisi na każdym z ponad 600 dworców kolejowych w kraju. Jest tak słynny, że jako dzieło sztuki wystawiono go nawet w nowojorskim muzeum sztuki nowoczesnej. Mowa o kultowym zegarze szwajcarskich kolei SBB.

Idealnie okrągły, czarno-biały, z kreskami zamiast cyfr. Minimalistyczny. Wyróżnia go charakterystyczny czerwony sekundnik, który nigdy nie odmierza pełnej minuty.

sbb-uhr

Fot. SBB

Historia zegara sięga lat 40. XX wieku, kiedy to Hans Hilfiker, inżynier elektryk, pracownik szwajcarskich kolei otrzymał zadanie ujednolicenia systemu odmierzania czasu na dworcach i zaprojektował zegar, który miał się stać symbolem SBB i szwajcarskiej punktualności. Inspiracją dla czasomierza był ponoć dysk sygnalizujący odjazd pociągu, używany przez maszynistów. Czerwona wskazówka sekundnika została dodana dopiero w 1955 roku.

Licencję na produkcję dworcowych zegarów według projektu Hilfikera otrzymała firma Moser-Baer, która produkuje je do dzisiaj. Siedziba firmy znajduje się w niewielkiej miejscowości Sumiswald w dolinie Emmental. Stamtąd gotowe zegary trafiają na setki dworców w całym kraju. W zależności od wielkości ważą od 20 do 50 kg, a każdy składa się z 15 części. Jak powstaje najsłynniejszy zegar w Szwajcarii, zobaczycie na filmiku.

W połowie ubiegłego stulecia największym wyzwaniem dla kolei była synchronizacja wszystkich zegarów odmierzających czas na dworcach. W tym celu stworzono tzw. master clock, czyli zegar główny, który znajdował się w Zurychu i co minutę nadawał sygnał do wszystkich urządzeń w kraju, zapewniając punktualny i bezpieczny ruch pociągów. Aby przy ówczesnej technologii było to możliwe, czerwona wskazówka sekundnika każdego z dworcowych zegarów musiała „zatrzymać się” na godzinie 12, ucinając nieco z każdej minuty po to, aby przyjąć sygnał z centrali. Następnie czarna wskazówka minutnika przeskakiwała z charakterystycznym dźwiękiem na kolejną kreskę zegarowej tarczy.

Dzisiaj taki mechanizm oczywiście nie jest już potrzebny, ale dla zachowania tradycji, Szwajcarzy wciąż „oszukują czas”, a dworcowe zegary odmierzają minutę w 58 i pół sekundy, sprawiając wrażenie, jakby na chwilę czas stanął w miejscu.

Zegar SBB z charakterystycznym wyglądem stał się wzorem dla dworcowych czasomierzy w całej Europie, symbolem szwajcarskiej punktualności, klasykiem współczesnego wzornictwa i kurą znoszącą złote jajka.

THEM, UHR, BAHNHOFHALLE, REISENDE, TREFFPUNKT, UHREN

Miejsce spotkań pod zegarem na dworcu głównym w Zurychu. Fot. tageswoche.ch

Jako przykład szwajcarskiej sztuki użytkowej wystawiono go m.in. w Muzeum Designu w Londynie i w MoMA w Nowym Jorku. Za licencję na używanie tarczy zegara na swoich telefonach i tabletach firma Apple zapłaciła SBB 20 mln franków, a zuryski producent zegarków Mondaine sprzedaje replikę kultowego dworcowego czasomierza w wersji mini na rękę i większej do powieszenia na ścianie. Niektóre modele odtwarzają nawet tradycyjny mechanizm „stop2go” z zatrzymującą się wskazówką. Cena: od 170 CHF wzwyż. Ciekawostka: z zegarkiem SBB na ręce, wejdziemy za darmo do londyńskiego Muzeum Designu.

Dzisiaj dworcowy zegar jest elementem narodowej tożsamości i flagowym towarem eksportowym Szwajcarii. W 2003 roku znalazł się wśród stu zegarów podarowanych miastu St. Petersburg na 300. urodziny. Zegar otrzymała od Szwajcarii również Norwegia jako prezent z okazji stulecia niepodległości.

Gdybyście mieli ochotę zobaczyć największy dworcowy zegar na świecie, wystarczy, że odwiedzicie stację kolejową Bern Wankdorf. To tam, przed główną siedzibą SBB, podziwiać można tarczę zegara o średnicy siedmiu metrów. Atrakcja kosztowała szwajcarskie koleje, bagatela, 700 tysięcy franków.

1969121_pic_970x641

Największy zegar dworcowy na świecie. Fot. bernerzeitung.ch


Źródła:

https://news.sbb.ch/artikel/82722/der-zeit-voraus

https://tageswoche.ch/allgemein/kultwerk-51-sbb-bahnhofsuhr/

https://www.eda.admin.ch/aboutswitzerland/de/home/dossiers/einleitung—schweizer-uhren/spezielle-uhren–schweizer-bahnhofsuhr.html

https://www.20min.ch/finance/news/story/Diese-SBB-Uhr-kostet-700-000-Franken-13517487

https://ch.mondaine.com

Szwajcarski dwugłos #1 Hip hop czy jodłowanie

DIGI5x7templateHORIZ

„Szwajcarski dwugłos” to seria pytań i odpowiedzi, w której autorzy blogów I’m Not Swiss – Agnieszka Kamińska i Swiss Tales – Lambert Król wypowiadają się na różne tematy związane ze szwajcarską rzeczywistością. Na początek pięć trudnych wyborów.

Poniżej przeczytacie moje odpowiedzi na pytania, a jeśli jesteście ciekawi, co myśli Lambert, zapraszam na jego bloga (link na końcu tekstu). Kolejny odcinek serii już wkrótce.

Szwajcarska muzyka: jodłowanie czy hip hop?

Odkąd odkryłam radio SRF Virus, niemal codziennie pracuję przy dźwiękach szwajcarskiej muzyki i to nie tej najbardziej popularnej. Na początku rapowe i hip hopowe numery wykonywane w dialekcie (zwłaszcza tym z Berna) były dla mnie bełkotem i w najlepszym wypadku powodowały niekontrolowane ataki śmiechu. Im cześciej jednak ich słuchałam, tym bardziej zaczęłam się przekonywać do ich specyfiki. To ciekawy sposób na zapoznanie się z różnymi odsłonami języka mówionego. Zainteresowanym polecam m.in. Gleis Zwei z Zurychu, Sektion Kuchikäschtli z Gryzonii, Greis z Lozanny czy młodego i bardziej popowego NEMO z Berna. Poza oczywiście najbardziej znanym i lubianym Bliggiem. Co zaś do jodłowania.. Od dawna odgrażam się mężowi, że zapiszę się do Jodelklub i zostanę prawdopodobnie pierwszą jodłującą Polką w historii Szwajcarii ;) Kiedyś dotrzymam słowa.

Szwajcarska kuchnia: fondue czy raclette?

Któregoś razu odwiedzili nas przyjaciele z Polski i w planach obowiązkowo było fondue. Polacy postanowili jednak urozmaicić tradycyjną (!) szwajcarską (!) potrawę, maczając w serze oprócz chleba także – o zgrozo! – ziemniaki, paprykę, kalafior i inne wynalazki. Z przerażeniem obserwowałam coraz bardziej blednącą twarz mojego męża. Na koniec wyżerki goście zgodnie stwierdzili, że z chlebem jednak smakuje najlepiej. Triumf w oczach Szwajcara – bezcenny. Choć lubię fondue, jestem w stanie jeść je góra raz, dwa razy do roku (popite dużą ilością wina) i zazwyczaj po kilku chlebkach mam dosyć. Raclette, z racji tego, że jest to danie bardziej urozmaicone (ziemniaki, ogóreczki i inne piklowane warzywa) bardziej odpowiada moim smakom.

Niemiecki: wysoki czy szwajcarski?

Zdecydowanie niemiecki. Kiedy przyjechałam do Szwajcarii, musiałam nauczyć się języka od zera, co kosztowało mnie dużo czasu, energii i pieniędzy. Pewnie dlatego teraz tak cenię sobie jego znajomość i nie za bardzo chciałabym deformować wymowy dialektowymi łamańcami. Zresztą bawią mnie przyjezdni pocący się nad tymi wszystkimi „üüä”, „tschtsch”, „chäsch”, „üet”, „isch”, „hää”.. Hure Schiissdräck! Tylko przekleństwa wydają mi się godne uwagi ;) W Szwajcarii przecież wystarczy tylko rozumieć język mówiony, aby z powodzeniem funkcjonować zarówno w pracy ze Szwajcarami, jaki i sytuacjach prywatnych. Wcale nie trzeba się silić na udawanie Heidi. Choć dialekty są dla mnie fascynujące, często zabawne, czasem absurdalne (np. moje ulubione słowo „bö”, które oznacza „nie wiem” – koniecznie wypowiadane ze wzruszeniem ramionami), to pozostaną raczej lokalnym folklorem, niż językową ambicją.

Szwajcarskie miasta: Zurych czy Bazylea?

Zurych, Zurych, Zurych. Kompaktowy, ale z wielkomiejską atmosferą. Bogaty, ale miejscami brudnawy i alternatywny. Z tradycjami, ale wielokulturowy i nowoczesny. Choć to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, to odkryłam swoje miejsca i teraz zawsze chętnie tam bywam. Jezioro jest oczywiście centrum wszelakich aktywności, jednak ja znacznie bardziej wolę np. okolice Hardbrücke i ich pofabryczny klimat czy Langstrasse, gdzie w azjatyckich budach krawaciarze siedzą obok bezdomnych. Kiedyś marzyłam o tym, żeby zamieszkać w Zurychu. Teraz mi przeszło i doceniam moje skromniejsze, ale też bardzo ciekawe Winterthur. W Bazylei byłam póki co raz, więc nie zdążyłyśmy jeszcze zbudować silniejszej relacji.

Szwajcarski sport: Federer czy Amann?

Roger Federer – niekwestionowany król Szwajcarii i moja platoniczna miłość. Na koncie 20 wygranych Grand Slamów, 8 Wimbledonów, 6 Australian Open i 5 US Open. W wieku 37 lat, po dwudziestu latach kariery, wciąż numer 3 w światowym tenisie. Choć wiem, że to w dużej mierze jego medialny wizerunek, to pomijając jego wielkość, Federer wydaje się po prostu sympatycznym gościem. Świadczy o tym choćby fakt, że co roku na zakończenie turnieju tenisowego w Bazylei (tam Federer zaczynał jako ball boy) funduje pizzę łapaczom piłek i spędza z nimi czas. Chociaż nie gram w tenisa ani zbyt dobrze się na nim nie znam, to mecze Rogera oglądam z ciekawością. Chciałabym go kiedyś poznać! Przy okazji polecam Wam film dokumentalny „Strokes of Genius” o rywalizacji Federera z Rafaelem Nadalem.

Odpowiedzi Lamberta przeczytacie tutaj:

http://swisstales.pl/szwajcarski-dwuglos-1-hip-hop-czy-jodlowanie/

Trudy była pierwsza. Długa droga Szwajcarek do równouprawnienia

Kiedy w 1928 roku Brytyjki otrzymały pełnię praw obywatelskich, szwajcarskie aktywistki wyszły na ulicę Berna, ciągnąc za sobą wielki model ślimaka i pytając: jak długo jeszcze?

Walkę o głos Szwajcarki toczyły właściwie już od połowy XIX wieku, kiedy pierwsze organizacje sufrażystek słały petycje do męskich władz i domagały się udziału w życiu publicznym. Bezskutecznie. Na początku lat 50. XX wieku Szwajcaria, jedna z najstarszych demokracji na świecie, wciąż pozostawała jednym z ostatnich krajów na Starym Kontynencie, w którym kobiety nie mają prawa głosować ani ubiegać się o sprawowanie urzędów publicznych. Wkrótce miało się to zmienić. 

26 czerwca 1958 roku. Niewielka miejscowość Riehen, siedem kilometrów od Bazylei, jako pierwsza gmina w Szwajcarii przyznaje kobietom prawa wyborcze. Trzynaście lat zanim ustanowiono je na poziomie ogólnokrajowym i trzydzieści dwa lata nim polityczny i społeczny głos uzyskały kobiety w ostatnim szwajcarskim kantonie. 

7449

Gertruda Späth-Schweizer – pierwsza kobieta w szwajcarskiej polityce. Fot. Historisches Lexikon der Schweiz

Ten sam rok, jesień. Mieszkańcy Riehen wybierają 50-letnią Gertrudę Späth-Schweizer do Rady Obywatelskiej. Trudy, bo tak na nią wołają, jest pierwszą kobietą w historii Szwajcarii sprawującą funkcję polityczną. Wybory nie odbyły się bez kontrowersji, bo okazało się, że oddanych głosów było więcej niż osób na sali. Jednak kto by się przejmował drobiazgami. Wszak dzięki Trudy historia gminy Riehen dotarła nawet za ocean, gdzie pisał o niej amerykański dziennik „Herald Tribune”. Sama zainteresowana, choć stała się symbolem walki o prawa kobiet, nie czuła się dobrze w tej roli. Zawsze podkreślała, że bardziej niż bycie pionierką, obchodzą ją problemy gminy i ich rozwiązywanie. Swój urząd sprawowała przez szesnaście lat. 

To, co wydarzyło się w Riehen, było niewątpliwie początkiem dobrej zmiany w szwajcarskim społeczeństwie. Trudno jednak mówić o rewolucji, raczej o powolnym dochodzeniu kobiet do pełni praw obywatelskich. W tym samym roku, w którym mieszkanki Riehen otrzymały prawa wyborcze, nad wprowadzeniem ich na poziomie ogólnokrajowym po raz pierwszy głosowano w parlamencie federalnym. Propozycja dostała zielone światło. Teraz wystarczyło tylko, aby poparł ją głos ludu.

1 lutego 1959 roku Szwajcarzy po raz pierwszy głosowali w ogólnokrajowym referendum nad przyznaniem kobietom czynnego i biernego prawa wyborczego. Z niespełna miliona mężczyzn, którzy wybrali się do urn, tylko jedna trzecia poparła kobiety. W najbardziej konserwatywnym kantonie Appenzell Innerhoden na nie zagłosowało aż 95 proc. wyborców.

remote.adjust.rotate=0&remote.size.w=2305&remote.size.h=2354&local.crop.h=1292&local.crop.w=2300&local.crop.x=0&local.crop.y=387,n-large-16x9-far

1959 rok – Szwajcarzy mówią nie prawom kobiet do głosowania. Fot. Basellandschaftlichezeitung 

Referendum, choć wydawało się być dla kobiet niczym innym jak porażką, miało swój pozytywny oddźwięk na poziomie kantonalnym. Na przełomie lat 50. i 60. XX wieku trzy szwajcarskie kantony, Vaud, Neuchatel i Genewa, przyznały kobietom prawo do głosowania na poziomie kantonalnym i lokalnym. Za ich przykładem poszły kolejne i do początku lat 70. prawo głosu zyskały mieszkanki ośmiu szwajcarskich kantonów.

W 1971 roku przyszedł czas na kolejne podejście do tematu praw wyborczych kobiet na poziomie państwowym. 7 lutego, przy frekwencji 57,72% (955 321 wyborców) zmiany zyskały poparcie 65,7 proc. uczestniczących w głosowaniu mężczyzn. Sukces, choć nie sposób nie zauważyć, że duża część (męskiego) społeczeństwa wciąż nie była przekonana (na nie zagłosowało aż osiem niemieckojęzycznych kantonów). Jeśli przyjmiemy za początek Federacji Szwajcarskiej uchwalenie konstytucji założycielskiej w 1848 roku, to droga kobiet do pełni praw obywatelskich trwała 123 lata. A w przypadku dwóch niemieckojęzycznych półkantonów Appenzell aż 147 i 148 lat.

Te dwa ostatnie bastiony konserwatyzmu broniły się przed zrównaniem kobiet w prawach z mężczyznami aż do lat 90. XX wieku. Najpóźniej, bo dopiero w listopadzie 1990 roku, polegli strażnicy patriarchatu z Appenzell Innerrhoden, którzy do przyznania mieszkankom praw wyborczych zostali przymuszeni decyzją Trybunału Federalnego. Pewnie do dzisiaj uważają to za zamach na lokalną niezależność. 

Jak dzisiaj, niemal pół wieku od przyznania Szwajcarkom praw wyborczych, wygląda ich pozycja w polityce? W szwajcarskim parlamencie (Radzie Narodu) jedna trzecia to kobiety, a w Radzie Kantonów jedynie 15 procent. W Radzie Federacyjnej, pełniącej funkcję rządu i składającej się z siedmiu osób zasiadają obecnie tylko dwie kobiety (jedna z nich z końcem roku opuszcza urząd). Pierwszą prezydentkę (urząd rotacyjny, osoba zmienia się co roku), Ruth Dreifuss, powołano w 1999 roku. Od tej pory tę funkcję sprawowało pięć kobiet (w tym Doris Leuthard podwójnie).

Nieco lepiej jest na poziomie lokalnym. Najwięcej kobiet działa w kantonalnych parlamentach w Bazylei-Land (38 procent), Aarau (36 procent) i Zurychu (34 procent). Najgorzej jest w kantonie Schwyz, tylko 14 procent. Jednak, jeśli spojrzymy na władze wykonawczą, czyli kantonalne rządy, udział kobiet mocno spada i wynosi średnio 24 proc, a w trzech kantonach, Lucernie, Appenzell Innerrhoden oraz włoskim Ticino, rządzą wyłącznie mężczyźni.

42629487_10215578171541849_4629955546584186880_n.jpg

Helwecja woła! Fot. FB/Helvetia ruft 

Szwajcarskie aktywistki szykują się już na wybory parlamentarne jesienią 2019 roku i zachęcają kobiety do kandydowania. Powołały w tym celu platformę Helvetia ruft! (Helwecja wzywa), która ma być wsparciem dla przyszłych polityczek. Póki co najbliższym sprawdzianem politycznym będą wybory do pełniącej funkcję rządu Rady Federacyjnej, obecnie w składzie 2 kobiety i 5 mężczyzn. Na dwa zwalniające się właśnie miejsca, nominowany jest jeden kandydat i trzy kandydatki. Czy doczekamy się układu 3 kobiety 4 mężczyzn, czyli kolejnego kroku do równouprawnienia? Okaże się już 5 grudnia.

————————————————————————————————————————————–

Źródła:

Magdalena Musiał-Karg, Demokracja bezpośrednia a wprowadzenie praw wyborczych dla kobiet – przykład Szwajcarii
Historisches Lexikon der Schweiz http://www.hls-dhs-dss.ch/textes/d/D16497.php