Kraj stu dialektów. Czy szwajcarski to język i czy warto się go uczyć?

topelement-6

Po niemiecku Strassenbahn, po szwajcarsku Triemli. Fot. Tagesanzeiger

Pamiętam jeden z moich pierwszych pobytów w Szwajcarii. Pojechaliśmy z Thomasem do Lucerny, to jakieś 40 minut drogi z Zurychu. Ja nie znałam wtedy jeszcze niemieckiego, a tym bardziej szwajcarskiego, więc o wszystko pytałam jak dziecko, spodziewając się tłumaczenia na angielski. Kiedy przy jednym ze słów usłyszałam „nie wiem”, zrzuciłam to na karb niedostatków językowych mojego przyszłego męża. Szybko okazało się jednak, że on naprawdę nie rozumiał niektórych określeń, używanych przez swoich rodaków i że takie sytuacje zdarzają się Szwajcarom nad wyraz często.

To trochę tak, jakby Warszawiak pojechał do Radomia i miał problem ze zrozumieniem tamtejszej polszczyzny. Ok, pomyślałam, przecież my w Polsce też mamy dialekty i lądując wśród Ślązaków czy Kaszubów nie miałabym pojęcia, o czym między sobą rozmawiają. W Polsce gwary ludowe są jednak mocno zmarginalizowane i nie mają zbyt dużego wpływu na uniwersalny język ogólnopolski, dlatego nikomu, kto przyjeżdża do Gdańska, Poznania czy Katowic nie przychodzi do głowy, żeby się ich uczyć.

Przybywając do Szwajcarii, nawet ze znajomością niemieckiego, szybko orientujemy się, że język mówiony mocno się różni od pisanego języka oficjalnego. O ile bez problemu dogadamy się w urzędzie, wystarczy, że na przystanku autobusowym czy w sklepie odezwie się do nas Szwajcar, a panika murowana. Podpowiem Wam, jak przetrwać językowo w kraju, gdzie sąsiad nie rozumie sąsiada.

Czy Schweizerdeutsch to język?

Potocznie przyjęło się określać mowę Szwajcarów, zamieszkujących centralną część kraju (ok. 65 proc. całkowitej jego powierzchni) odmianą języka niemieckiego i nazywać ją językiem szwajcarskim (Schweizerdeutsch). Jest to duże uproszczenie. W praktyce nie ma takiego języka jak szwajcarski. To, co słyszymy na ulicach helweckich miast i miasteczek, to wszystko gwary allemańskie (niem. Mundarten), którymi posługują się mieszkańcy Szwajcarii i Księstwa Lichtensteinu. Przy czym każdy kanton, ba, nawet każda gmina ma swoją wersję języka, co powoduje, że Szwajcar z Zurychu mówi inaczej niż Szwajcar z Berna, choć teoretycznie obaj posługują się językiem szwajcarskim. Dla ścisłości dodam, że we francuskiej i włoskiej Szwajcarii takich problemów nie ma, więc jeśli ktoś chce ułatwić sobie życie.. Ja zostaję tu.

Tzw. językiem szwajcarskim posługuje się niespełna 5 mln ludzi, a szacuje się, że wersji dialektu jest ponad 100. Różnice między nimi są widoczne nie tylko w pojedynczych słowach, lecz również w strukturach gramatycznych i przede wszystkim w wymowie. Weźmy prosty przykład: sie haben, czyli po niemiecku „oni mają”. W Zurychu, gdzie odmiana dialektu nazywa się Züritüütsch, będzie to brzmiało „sie händ, w Bazylei (Baseldytsch) „sie hänn”, w Bernie (Bärndütsch) „sie het”, w St. Gallen (St.Gallerdütsch) „sie hend”, w kantonie Wallis (Wallissertitsch) „sie hent”, a w Gryzonii (Bündnerdütsch) „sie hän”. Berneńczyk (nie mylić z psem) da swojej dziewczynie „Müntschi” (całusa), a Szwajcar z Zurychu „Schmutz”. W Lucernie zimą idzie się „Schliifschuehfahre” (jazda na łyżwach), a w kantonie Argau „Schlifschüendle”. A kiedy z zimna dostaniemy czkawki, w zależności, gdzie się akurat znajdujemy mamy „Hitzgi”, „Gluggsi” albo „Schluchzia”. I bądź tu człowieku mądry..

W przypadku niektórych kantonów różnice są tak duże, że pojawiają się istotne problemy w komunikacji. Dlatego lingwiści do tej pory głowią się, czy szwajcarski jest oddzielnym językiem czy ze względu na swój brak spójności tylko luźnym zbiorem dialektów. Przy czym należy odróżnić język szwajcarski od szwajcarskiej wersji języka niemieckiego (Hochdeutsch – standardowy, „wysoki” niemiecki). Ten drugi, ze względu na dużo zapożyczeń, głównie z języka francuskiego, jest najeżony tzw. helwetyzmami, czyli słowami, które używane są tylko w Szwajcarii. Przykładowo, Niemiec powie na rower „Fahrrad”, a Szwajcar „Velo”, śniadanie to w Berlinie „Frühstuck”, a w Zurychu „Morgenessen”, w Niemczech chodzimy po chodniku, czyli „Gehsteig”, a w Szwajcarii po „Trottoir”, tam jeździmy na urlop, czyli „Urlaub”, a tu na „Ferien”.

Jak mocno szwajcarski różni się od niemieckiego?

Szwajcarski jest odrębnym językiem (jeśli przyjmiemy, że jednak nim jest), ze swoimi zasadami i konstrukcjami gramatycznymi, innym do tego stopnia, że Niemiec nie zrozumie Szwajcara. To tak jakby Polak rozmawiał z Rosjaninem – pewne rzeczy da się wywnioskować z kontekstu, ale najczęściej płynna komunikacja jest niemożliwa. Szwajcarzy języka niemieckiego uczą się w szkołach, tak jak każdego innego języka obcego. To wyjaśnia, dlaczego zwłaszcza starsze pokolenie Szwajcarów nie zawsze chętnie w rozmowie przechodzi na Hochdeutsch. Wielu Helwetów nie czuje się pewnie, mówiąc po niemiecku, obawia się błędów lub bycia niezrozumianymi. Bywa, że obcokrajowcy nieposługujący się dialektem, biorą to za arogancję, wyraz niechęci czy zwykłą złośliwość. Nie zawsze słusznie.

Zastanówmy się, dlaczego Szwajcarzy zamiast po prostu mówić po niemiecku utrudniają życie sobie i innym, i do tej pory nie pozbyli się dialektu. Można uważać, że to prymitywna mowa chłopów, która przetrwała z powodu lenistwa, braku wykształcenia czy potrzeby odróżnienia się za wszelką cenę od Niemców. Albo, że gwara jest ostatnim bastionem Szwajcarów w obronie przed zalewem obcokrajowców. Historia pokazuje, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

Język szwajcarski nie jest pochodną niemieckiego, lecz autochtoniczną mową pewnego obszaru geograficznego. Zwróćmy uwagę, że podobnie mówią Niemcy z południowej części kraju. Wiele wskazuje na to, że wpływ na powstanie i przetrwanie tego języka miał górzysty teren Alp, niepozwalający na swobodne przemieszczanie się ludności, a co za tym idzie – ewolucję języka. Górale w swoich miejscowościach żyli często od narodzin do śmierci i ich regionalna mowa przetrwała razem z nimi. Jeszcze na początku XX wieku lingwiści byli przekonani, że szwajcarskie dialekty z czasem zanikną i zostaną zastąpione przez standardowy język niemiecki. Tak się jednak nie stało. W latach 30. XX wieku gwara była dla Szwajcarów sposobem na odcięcie się od nazistów i zachowanie narodowej jedności. Pewne źródła historyczne wskazują nawet na to, że szwajcarskie dialekty bywały używane jako szyfr w komunikacji między ludźmi i instytucjami.

Także dzisiaj dialekty są dla Szwajcarów nie tylko formą komunikacji, ale wyrazem patriotyzmu i ważną częścią lokalnej tożsamości. Przecież to po sposobie mówienia Helweci rozpoznają, skąd pochodzą. Swoje własne odmiany gwary tworzą też tzw. secondos, czyli urodzone i wychowane w Szwajcarii dzieci imigrantów. Dialekty, choć wielu kojarzą się z chłopem w zabitej dechami wiosce w górach, są żywym elementem szwajcarskie kultury, kultywowanym przez młodzież, która słucha szwajcarskiego rapu i, często nie zważając na pisownię, wymienia ze sobą wiadomości w Mundart.

Czy warto uczyć się dialektu?

Jeśli pracujemy w międzynarodowej firmie z przewagą obcokrajowców, być może znajomość dialektu nie jest szalenie istotna, ale już w zawodach, w których mamy stały kontakt ze Szwajcarami, warto przynajmniej dialekt rozumieć. Dotyczy to m.in. pielęgniarek, opiekunów osób starszych, lekarzy, fryzjerek, kosmetyczek, pracowników punktów obsługi klienta – wszędzie tam, gdzie w pracy kluczowa jest komunikacja, przydaje się i lokalny dialekt.

Szwajcarzy są zazwyczaj wyrozumiali wobec obcokrajowców, którzy nie mówią ich gwarą, ale znacznie lepiej się czują, kiedy mogą mówić w swoim języku. Są też zawody zaufania publicznego, jak adwokat czy sędzia, gdzie brak czynnej znajomości dialektu może być barierą w kontaktach z ludźmi. Wtedy warto rozważyć naukę języka mówionego. Podobnie jeśli zależy nam na integracji ze szwajcarską społecznością i chcemy porozumiewać się swobodnie w codziennych sytuacjach, nie ma innego sposobu, jak tylko nauczyć się miejscowego dialektu. Oczywiście, możemy za każdym razem prosić Szwajcara, aby w rozmowie z nami posługiwał się niemieckim, ale pamiętajmy, że to nie jest jego naturalne środowisko językowe. Również w nieformalnej korespondencji, tj. e-maile czy SMS-y, Szwajcarzy piszą dialektem. Szwajcarski przydaje się też, jeśli chcemy oglądać tutejszą telewizję i słuchać radia, a także korzystać z oferty kulturalnej, np. pójść do teatru.

Oczywiście, można mieszkać w Szwajcarii latami i nie znać nie tyle dialektu, co i języka urzędowego. Tak często żyją ekspaci pracujący dla międzynarodowych korporacji, gdzie wystarcza im język angielski. Pytanie, czy jesteśmy w stanie czuć się bezpiecznie, niezależnie i swobodnie w niezrozumiałej dla nas rzeczywistości językowej? Dla mnie znajomość lokalnego języka, to też szacunek dla kraju, w którym mieszkam i wyraz ciekawości dla jego kultury. Nie wspominając o niezależności. Szwajcaria, z czterema językami urzędowymi i setką dialektów daje nam szczególną możliwość życia w wielokulturowym społeczeństwie. Dlaczego mamy z tego nie skorzystać, nawet, jeśli jesteśmy tu tylko tymczasowo?

Jak się nauczyć szwajcarskiego?

Ponieważ jest to głównie język mówiony, najlepiej uczyć się go w codziennych sytuacjach, poprzez powtarzanie, rozmawianie z ludźmi stąd. Są też specjalne kursy języka szwajcarskiego, przeznaczone dla osób, które mają opanowany niemiecki co najmniej na poziomie B1. Niektórzy obcokrajowcy, po przyjeździe do Szwajcarii, od razu uczą się dialektu, ponieważ np. pracują ze Szwajcarami i chcą się z nimi dobrze rozumieć. Często orientują się potem, że brakuje im gramatyki, a pisanie przychodzi z dużym trudem. Dlatego o wiele lepiej jest mieć podstawę w postaci języka niemieckiego, dzięki czemu prościej jest pojąć pewne konstrukcje językowe czy słownictwo (wiele słów szwajcarskich to po prostu skrócone lub zdrobnione wersje słów niemieckich). Poza tym znajomość Hochdeutsch daje nam o wiele większe możliwości, także zawodowe – możemy komunikować się z Niemcami i Austriakami. Dialekt przydaje nam się tylko tak długo, jak mieszkamy w Szwajcarii.

W porównaniu z niemieckim szwajcarski wydaje się łatwy – mamy tylko jeden czas przeszły, a do całej reszty używamy czasu teraźniejszego. Szwajcarzy nie używają dopełniacza (Genitiv) oraz upraszczają wiele konstrukcji gramatycznych, np. zaimki względne. To dlatego język ten, w porównaniu z niemieckim, ma opinię prostego, a wręcz prymitywnego. Ogólnie przyjmuje się, że osoba znająca niemiecki na średnim poziomie jest w stanie w ciągu pół roku nauczyć się szwajcarskiego na poziomie umożliwiającym codzienne komunikowanie się.

Tekst powstał na podstawie rozmowy z Danielą Stukaliną, wykładowczynią języka szwajcarskiego w Winterthurze. Korzystałam też z podręcznika „Hoi Zäme” wydanego przez Bergli Books, który polecam każdemu, kto chce zapoznać się z dialektem. 

Szwajcaria winem płynąca

Switzerland Autumn: Ligerz, Drohnenaufnahme

Fot. Switzerland Tourism/Roman Burri

Mogłoby się wydawać, że Szwajcaria, często pakowana do jednego kulturowego worka z Niemcami i Austrią, to kraj piwoszy. Bo co lepiej pasuje do tych wszystkich wurstów i sauerkrautów, jak nie jasne pełne z gęstą pianą? Poza tym, Szwajcaria to przecież kraj, gdzie dużą powierzchnię zajmują góry, lasy i jeziora. Gdzie tu miejsce na winnice? Jednak granicząc z Francją i Włochami, nie można nie nasiąknąć kulinarnymi wpływami tych europejskich gigantów winiarskich.

Dlatego kiedy spojrzymy na to, co zwykło się w Helwecji popijać, okazuje się, że z ok. 8 l czystego alkoholu konsumowanego rocznie przez statystycznego Szwajcara, prawie połowa to wino. Choć trudno w to uwierzyć, ten niewielki kraj pod wieloma względami jest winiarską potęgą. Przekonajcie się sami.

🍷 Zacznijmy od tego, że uprawa winorośli ma tu długą tradycję. Winiarstwo rozwinęło się za czasów Imperium Rzymskiego, a pierwsze nasadzenia pojawiły się już 800 lat przed Chrystusem. Dzisiaj w całym kraju uprawia się aż 240 różnych szczepów winorośli i to wszystko na niespełna 15 tys. hektarów ziemi. Widać, że podobnie jak w wielu innych dziedzinach, tak i tutaj Szwajcaria nie lubi centralizacji. Winnice są małe i porozrzucane po różnych regionach kraju, ale winiarze mogą się poszczycić kultywowaniem wielu rdzennych gatunków winorośli, których nie znajdziemy nigdzie indziej. Należą do nich m.in. Chasselas, Gamaret, Arvine czy Amigne.

🍷 Najwięcej wina (aż jedną trzecią całkowitej produkcji) uprawia się w alpejskim kantonie Vallis, gdzie winogrona rosną na wysokości nawet ponad 1000 m nad poziomem morza. To tutaj znajduje się najwyższej położona winnica w Europie – w miejscowości Visperterminen winorośl rozpościera się na wzgórzach o wysokości od 650 m do 1150 m npm. Zarówno Vallis, jak i graniczący z nim kanton Vaud, słyną głównie z win białych. To właśnie stamtąd pochodzi rodzima odmiana wina Chasselas (zwana też Fendant), którym ze smakiem popijamy serowe fondue.

Switzerland Autumn: Bonvillars, Trueffelfest

Fot. Switzerland Tourism/Jan Geerk

🍷 Z kolei najbardziej rozpowszechnioną odmianą winorośli w całej Szwajcarii jest Pinot Noir, znana tutaj pod nazwą Blauburgunder. To tzw. diva wśród win, ponieważ ze względu na wymagające warunki uprawy bywa bardzo kapryśna, a jakość powstających z niej win mocno zależna od pogody, nawodnienia gleby itp. Z Pinot Noir powstają zarówno wina czerwone, jak i białe. Jej uprawy w Szwajcarii zajmują ponad 4 tys. hektarów powierzchni, czyli aż jedną piątą wszystkich nasadzeń.

🍷 Najprzyjemniejsza czynność związana z winem, to oczywiście jego picie. W tej dziedzinie Helweci są blisko światowego podium. Średnia roczna konsumpcja to 264 mln litrów, czyli 33 litrów królewskiego trunku na głowę. To daje ponad 3 butelki wina miesięcznie i.. czwarte miejsce w światowym rankingu za 2017 rok. Więcej pije się tylko w Portugalii, Francji i we Włoszech. Oczywiście Szwajcarzy piją nie tylko swoje produkty. Najwięcej wina importuje się z Włoch i Hiszpanii.

🍷 Dlaczego o szwajcarskich winach wciąż niezbyt wiele słyszy się w świecie? Bo tutejsi winiarze nie wysyłają swoich produktów za granicę (eksportuje się niespełna 1 proc. całkowitej produkcji). Choć wiele z nich jakością mogłoby konkurować choćby z winami niemieckimi, niestety przegrywają wysoką ceną. Dlatego biedni Szwajcarzy muszą sami wypijać prawie wszystko, co wyprodukują. A rocznie mieści się to w ok. 125 mln butelek o objętości 0,75 l.

Switzerland Autumn: Ligerz, Herbstpanorama

Fot. Switzerland Tourism/Jan Geerk

🍷 Gdzie najlepiej spróbować szwajcarskich win? Bezpośrednio u producentów. Nie każdy ma jednak czas jeździć po winnicach. Najwięcej winiarzy w jednym miejscu można spotkać podczas dorocznych targów wina w Zurychu. Expovina odbywa się tradycyjnie jesienią (w tym roku od 1 do 15 listopada) w dość nietypowym miejscu, bo na dwunastu statkach zacumowanych przy Bürkliplatz, na jeziorze Zuryskim. Do zdegustowania są tam cztery tysiące win z całego świata, w tym dużo lokalnej produkcji. To największa otwarta dla publiczności impreza winiarska w Europie.

🍷 Winnice w Szwajcarii to też ważny kierunek tutejszej turystyki. Tradycyjnie kojarzonych z winem regionów jest sześć: wspomniane już Vallis i Vaud, a oprócz tego włoski kanton Tessin, okolice Genewy, region trzech jezior, czyli wzgórza Jury oraz Szwajcaria niemieckojęzyczna. Gdzie jest najpiękniej? Jedne z bardziej pocztówkowych są winnice położone nad jeziorem Genewskim, w pasie między Lozanną a Montreaux. Wpisane na listę dziedzictwa UNESCO słoneczne tarasy Lavaux to ponad 30-kilometrowa trasa, prowadząca przez ok. 800 hektarów winnic. Można ją przemierzyć pociągiem (tak najlepiej, jeśli chcemy przy okazji popróbować wina), rowerem albo pieszo. Po drodze wpadamy tu i tam na degustację wina i lokalnych przysmaków.

Winiarstwo jest jedną z moich pasji, dlatego o nim piszę – może nieco nietypowo, jak na tematykę bloga – i mam nadzieję, że zainteresowałam Was choć trochę Szwajcarią, widzianą z tej perspektywy. Lubicie wino? Próbowaliście szwajcarskich trunków? Odwiedzacie tutejsze winnice i festiwale winiarskie? A może mieliście okazję pracować przy zbiorach w Szwajcarii?

————————————————————————————————————————————

Źródła:

http://www.weinlandschweiz.ch

http://www.swisswine.ch

http://www.myswitzerland.com

http://www.expovina.ch

http://www.agrarbericht.ch

http://www.statista.com

Miejsce dla tych, co się lubią bać

DSC08393

Mürren, widok na szczyt Eigeru. Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Gotowa? – pyta pilot Chris i sprawdza ostatnie zapięcia. Yyyyy, to już? No tttak.. Ok, to biegniemy. Raz, dwa, trzy.. hop! 

Plączą mi się nogi i nawet nie czuję, jak wzbijamy się w powietrze. Dolinę Lauterbrunnen pokrywa mgła, więc mam wrażenie, jakbym zanurkowała w mleku. Po chwili biel rzednie i wyłaniają się z niej jasne, pionowe skały, a w oddali widać kontury ośnieżonych szczytów. Słońce razi w oczy, a wiatr nie oszczędza nogawek spodni. Mijają mnie ptaki. Mówię Chrisowi, że to mój pierwszy lot paralotnią. – Nie mogłaś trafić lepiej – odpowiada.  

Jesteśmy w Mürren, w Berneńskim Oberlandzie. To tutaj pielgrzymują poszukiwacze adrenaliny: basejumperzy, skoczkowie spadochronowi, paralotniarze, wspinacze i miłośnicy rowerowego downhillu. Niech Was nie zwiedzie wizerunek małego, uroczego, odciętego od cywilizacji (przynajmniej tej w postaci samochodów) miasteczka. Zawieszona (dosłownie!) na klifie nad doliną Lauterbrunnen wioska to idealne miejsce dla amatorów większego i mniejszego ryzyka.

DCIM100GOPROGOPR1551.

Lot nad doliną Lauterbrunnen. Fot. AirTime Paragliding

Mürren to właściwie jedna szkoła, dwie ulice, dwa kościoły i kilka hoteli. Wystarczy dla mieszkających tu na co dzień 415 osób i szukających oddechu turystów. Pod koniec września, mimo że pogoda dopisuje, jest tu wyjątkowo spokojnie. Główną ulicą snują się ci, którzy mieli cierpliwość, aby się do Mürren dostać, bo położone na 1650 m npm miasteczko jest zamknięte dla ruchu drogowego. Dojazd z Lauterbrunnen, najpierw gondolą do Grütschalp, a stamtąd kursującą od 1891 roku kolejką górską, zajmuje ok. 20 minut. Przejażdżka sama w sobie jest już atrakcją i daje nam pełną gamę widoków na słynne szwajcarskie szczyty: Eiger, Mönch i Jungfrau.

Położone u podnóża Schilthornu Mürren na pierwszy rzut oka właściwie niczym się nie różni od innych alpejskich miasteczek. Drewniane domy przystrojone obowiązkowymi geraniami, restauracje serwujące fondue i inne szwajcarskie specjały, sklepy ze sprzętem narciarskim i butami do górskich wycieczek. Górski kurort, jakich w Szwajcarii wiele. Co, a raczej kto sprawił, że stał się mekką wielbicieli sportów ekstremalnych? Brytyjczycy. 

Zaczęło się od pewnego angielskiego dżentelmena. Arnold Lunn, wysłany zimą do Szwajcarii przez swojego ojca, właściciela biura podroży, trafił do Mürren. Był początek lat 20. XX wieku, a Lunn, miłośnik sportów zimowych, szukał idealnego miejsca dla przetestowania reguł swojej nowej koncepcji – zjazdu na nartach slalomem. Strome stoki alpejskiego miasteczka perfekcyjnie nadawały się do białego szaleństwa. W 1922 roku Lunn zorganizował w Mürren pierwszy slalom narciarski, a dziewięć lat później – mistrzostwa świata w tej dyscyplinie.

Dzięki Brytyjczykowi, który doczekał się tam nawet pomnika, alpejska wioska stała się kolebką narciarstwa ekstremalnego, a tzw. Inferno Race odbywa się tam do dzisiaj, co roku w styczniu. To największy amatorski zjazd narciarski na świecie ze startem pod szczytem Schilthornu (2790 m npm) i metą w dolinie Lauterbrunnen. Zawodnicy mają do pokonania „diabelską” trasę o długości 14,9 km i przewyższeniu 1990 m. Obecnemu rekordziście zjazd zajął niewiele ponad 13 minut. W przyszłym roku zawody odbędą się po raz siedemdziesiąty szósty.

DSC08398

Kręci się w głowie już od samego patrzenia. Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Drugi Brytyjczyk, który wywrócił spokojne życie mieszkańców Mürren do góry nogami i na stałe wpisał się w charakter miejscowości, nazywał się Bond. James Bond. A właściwie George Lazenby, który debiutując w roli 007 (w rezultacie zagrał Bonda tylko raz) przybył wraz z ekipą kręcącą film „W służbie Jej Królewskiej Mości” nie gdzie indziej tylko w Alpy Berneńskie.

Tak się złożyło, że kiedy reżyser Peter R. Hunt wraz z producentami szukał dogodnej górskiej siedziby dla filmowego przeciwnika Bonda, Blofelda, na Schilthornie trwała akurat budowa kolejki linowej, której zwieńczeniem miała być obrotowa restauracja na szczycie góry. Projekt realizowany był z rozmachem i wyceniany wówczas (pocz. lat 60. XX wieku) na 30 mln franków. Budżet jednak szybko topniał, a końca budowy nie było widać. Wtem.. „O, mister Bond, spodziewaliśmy się Pana”. Szpieg pojawił się w najlepszym możliwym momencie. Budowę dokończono już zgodnie z wizją producentów filmu, restauracja Piz Gloria stała się planem dla przygód agenta 007, a Mürren bazą dla 120-osobowej ekipy filmowców, którzy urzędowali w Hotelu Palace od października 1968 r. do maja 1969 r.

Piz Gloria, jak się pewnie domyślacie, przyciąga tłumy turystów z całego świata. W wielu emocje (wyrażane głośnym „woooooow”) budzi już sam stromy wjazd gondolą. Wykorzystujące Bonda do granic komercyjnych możliwości miejsce jest z rodzaju tych, które warto zobaczyć, ale raz wystarczy. Choć przyznam, że śniadanie na 2970 m npm to coś wyjątkowego, a widoki.. sami zobaczcie.

DSC08602

Widok ze szczytu Schilthornu. Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Mnie, jako szeroko znaną w wąskich kręgach adrenaline freak, o wiele bardziej ciekawiło to, co znajduje się jedną stację niżej niż szczyt Schilthornu, w Birg. To tam, na wysokości 2677 m można się udać na spacer z dreszczykiem. Przyklejona do skał metalowa konstrukcja Thrill Walk to atrakcja dla ludzi o mocnych nerwach. Między stawianiem ostrożnych kroków po linie, tuptaniem po szklanej podłodze a czołganiem się w rurze nad przepaścią warto czasem przystanąć i rozejrzeć się dookoła. Już sam widok przyprawia tu o zawrót głowy.

Oczywiście, Thrill Walk to wciąż tylko zabawa dla turystów. Do Mürren i okolic zjeżdżają  również miłośnicy nieco bardziej ryzykownych zabaw. Dolina Lauterbrunnen, kultowe miejsce dla basejumperów, ze względów na liczbę śmiertelnych wypadków podczas uprawiania tego ekstremalnego sportu, zyskała już nawet miano „doliny śmierci”. Przy okazji sprawdziłam, że w latach 2000-2016 w całej Szwajcarii zginęło 78 basejumperów. Niemal dwa razy więcej śmiertelnych wypadków zdarzyło się w tym czasie podczas lotów paralotnią.

DSC08658

A Wy weszlibyście do takiej rury? Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Nikomu nie polecam rzucania się od razu w przepaść. W Mürren znajdą coś dla siebie także początkujący amatorzy podwyższonego ciśnienia. Można na przykład zacząć przygodę ze wspinaczką na tutejszej dobrze zabezpieczonej via ferracie. Nie zapomniano też o fanach dwóch kółek w wersji górskiej. Freeride z puntem startowym w Grütschalp to oznaczona kolorem czerwonym trasa o przewyższeniu 600 m i średnim nachyleniu 20 proc., na której można poćwiczyć technikę zjazdu. Raczej dla doświadczonych downhillowców.

Mürren promuje się w świecie hasłem „urig und echt”, podkreślając, że jest autentyczne i zachowane w niezmienionym stanie. Ja zapamiętam tę część Szwajcarii raczej jako miejsce, gdzie dla każdego znajdzie się.. coś strasznego.

Atrakcje Mürren i okolic miałam przyjemność odkrywać na zaproszenie Switzerland Tourism, organizacji działającej przy Ambasadzie Szwajcarii w Polsce. Więcej informacji na www.myswitzerland.com. 

Prezydent glamour

IMG_4730

Źródło: Keystone

Jeździ Volkswagenem i zawsze ma przy sobie scyzoryk. Socjaldemokrata Alain Berset robi wiele, aby pokazać, że jest człowiekiem, jak każdy inny. Umiejętnie pielęgnowany wizerunek chłopaka z podwórka nie przeszkadza mu jednak brylować na salonach. Nie bez powodu szwajcarscy dziennikarze nazywają go prezydentem glamour. 

Polityk z krwi i kości 

Kiedy jako 39-latek wszedł w skład Szwajcarskiej Rady Federacyjnej (organu pełniącego funkcję rządu i kolegialnej głowy państwa) jako jeden z najmłodszych członków w jej historii, media rozpływały się w pochwałach nad jego błyskotliwą karierą. Rzeczywiście, Berset bardzo wcześnie postawił wszystko na jedną kartę, zaangażował się w politykę i skutecznie dążył do celu. A tym było wejście na sam szczyt.

Studiował nauki polityczne na Uniwersytecie w Neuenburgu, gdzie następnie pracował naukowo, żeby w 2005 roku obronić doktorat z ekonomii. W międzyczasie zaczynał już działać w polityce, najpierw jako radny w rodzinnym Belfaux, liczącej 2,5 tys. mieszkańców wiosce w kantonie Fryburg. Wejście do Rady Kantonów (Ständerat) w wieku zaledwie 31 lat, a następnie jej przewodnictwo, ugruntowały pozycję Berseta na szwajcarskiej scenie politycznej. Jako wiceszef parlamentarnej frakcji socjaldemokratów odegrał znaczącą rolę w odwołaniu z rządu przewodniczącego partii SVP Christopha Blochera w grudniu 2007 roku. Pisał historię, ponieważ taka sytuacja zdarzyła się dopiero po raz czwarty w dziejach Konfederacji. 

W 2012 roku, wchodząc do siedmioosobowej Rady Federacyjnej i obejmując Departament Spraw Wewnętrznych, Berset stanął na szczycie szwajcarskiego systemu politycznego. W tym roku (prezydentura w Szwajcarii jest rotacyjna) pełni funkcję głowy państwa. 

topelement-5

Prezydent i biegacz. Źródło: lematin.ch

Po prostu Alain 

Jest politykiem z powołania. Lubi podkreślać, że w sektorze prywatnym nie zarobił ani rappena. A pomyśleć, że mógł zostać zawodowym sportowcem.

Rodzina Berseta to biegacze. On sam, jako 17-latek zdobył tutuł mistrza juniorów zachodniej Szwajcarii w biegu na 800 metrów. Sport do dzisiaj pełni ważną rolę w jego życiu. Lubi jeździć na nartach i chodzić po górach. Choć na co dzień urzęduje w Bernie, co roku 1 sierpnia w Narodowe Święto Szwajcarii, wraca w rodzinne strony, aby razem z rodziną i przypadkowo napotkanymi miłośnikami natury, wędrować w okolicach Schwarzsee, a potem zjeść Zmittag w lokalnej restauracji.

web-nr-6448.jpg

Wizyta w rodzinnych stronach. Źródło: Schweizer Illustrierte

Berset jest blisko ludzi, nie boi się z nimi rozmawiać, nie uznaje sztucznych podziałów. – Röstigraben (symboliczna granica językowa i kulturowa pomiędzy Szwajcarią niemiecką a francuską – przyp. red.) nie istnieje – to jedno z jego słynnych zdań. – Szwajcaria należy do wszystkich, którzy tu mieszkają – odpowiada, pytany o to, jak pojmuje patriotyzm. 

Ludzie cenią jego otwartość i szczere zainteresowanie ich problemami. Od jedenastu lat, w grudniu, przed świętami, jeździ do Fryburga gotować zupę w jadłodajni dla biednych i bezdomnych. – Znam tu wszystkich. Dla nich jestem po prostu Alain – mówi. Po skończonym obiedzie pomaga zamiatać podłogę. 

To, że polityków, nawet tych wysoko postawionych, można spotkać bez ochrony w pociągu czy kawiarni w centrum miasta, nikogo w Szwajcarii nie dziwi. Berset natomiast wyjątkowo chętnie daje się „przyłapać” w sytuacjach prywatnych. Na przykład, kiedy podczas wizyty w Lichtensteinie, przed uroczystą kolacją w pałacu książęcym, przyszywa sobie guzik w marynarce. Prezydent, co igły i nitki się nie boi. 

web-il50_reportage_berset02.jpg

Berset gotuje zupę dla bezdomnych. Źródło: Schweizer Illustrierte

Lew salonowy 

Właśnie wylądowałem w Nowym Jorku – informuje Berset ponad 7 tys. osób obserwujących go na Instagramie. Prezydent poleciał akurat reprezentować Szwajcarię podczas 73. sesji ONZ. W rozjazdach jest często, bo tego wymaga jego funkcja. W tym roku był już z wizytą m.in. w Bangladeszu (gdzie przyjęto go jak króla), Japonii (skąd wrzucił selfie z zawodnikami sumo), Nairobi, Kenii i Bejrucie. 

Odwiedził też sportowców podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Seulu, a na mundialu w Rosji kibicował reprezentacji w grupowym meczu z Brazylią. Chętnie wizytuje też festiwale filmowe. W maju był w Cannes, a w sierpniu otwierał Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Locarno, gdzie spotkał się też z amerykańską aktorką Meg Ryan, odbierającą w Szwajcarii nagrodę honorową.

Berset lubi bywać i wie, jak się zachować na salonach. W nienagannie skrojonym smokingu witał niemieckiego prezydenta Franka-Waltera Steinmeiera podczas jego wizyty w Szwajcarii. W czasie swojego urzędowania miał już okazję spotkać się z prezydentem USA Donaldem Trumpem i papieżem Franciszkiem. Z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem jest w dobrych relacjach oficjalnych i prywatnych, a na narty jeździ razem z księciem Lichtensteinu. 

Wieczorami grywa na pianinie. Podczas obchodów 125-lecia Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii dał koncert na cztery ręce z koleżanką z rządu Simonettą Sommarugą. 

Berset-zu-Treffen-mit-Trump-Es-war-ein-Gespraech-auf-Augenhoehe_article_full

Z Donalden Trumpem w Davos. Źródło: Keystone

„Afera obrączkowa” 

Berset często podkreśla, jak ważna jest dla niego rodzina (ma trójkę dzieci) i jak wielkie znaczenie dla niego i jego kariery politycznej ma żona Muriel, artystka i znawczyni literatury. 

Jakiś czas temu szukający sensacji tabloid zauważył jednak, że prezydent nie zawsze nosi na palcu małżeński symbol miłości i wierności. – Są dni, kiedy pan Berset obrączkę nosi i takie, kiedy nie – tłumaczyła wtedy lakonicznie szefowa biura komunikacji prezydenta. To chyba jedyny, choć ewidentnie nakręcony przez nudzących się dziennikarzy, obyczajowy incydent związany z Bersetem. Przez mijające właśnie dziewięć miesięcy prezydentury udało mu się uniknąć skandali.

Choć jego sposób bycia wzbudza w Szwajcarach sympatię, nie wszyscy akceptują jego działania polityczne, bo chce np. podwyższać podatki i ciąć pensje najlepiej zarabiającym lekarzom. W zamian zaś proponuje dodatek emerytalny dla kobiet, walkę z rosnącymi premiami ubezpieczycieli i regulację rynku leków. Choć społeczną wrażliwość wyssał z mlekiem matki (też była działaczką polityczną), często brakuje mu odwagi, aby odnieść się do budzących kontrowersje spraw, jak obecność kobiet w parlamencie czy legalizacja marihuany.

Krytycy zarzucają mu skłonność do uników i operowania okrągłymi zdaniami. Być może dlatego nie potrafił przekonać obywateli do swojego wielkiego projektu, jakim jest reforma systemu emerytalnego, co uważa się za jego największą polityczną porażkę. 

SCHWEIZER FILMPREIS QUARZ, VERLEIHUNG, PREISVERLEIHUNG,

Z żoną Muriel Zeender Berset. Źródło: Keystone/Martial Trezzini

Alain Berset za trzy miesiące pożegna się ze swoją funkcją. Zostanie po nim dobre wrażenie i dużo fajnych zdjęć. Fakt, że lubi się „lansować”, ale czy nie na tym właśnie polega rola prezydenta Szwajcarii? Berset jest doskonałym przykładem profesjonalizacji szwajcarskiej polityki. Dobrze wykształcony i oddany służbie publicznej. Do tego przystojny i medialny – regularnie pojawia się rankingach najpiękniejszych i najlepiej ubranych. Potrafi się ładnie wypowiedzieć – swoją mowę inauguracyjną wygłosił w czterech oficjalnych językach kraju. Lepszego prezydenta Szwajcaria nie mogła sobie wymarzyć.

IMG_4731

Źródło: tagesanzeiger.ch


Źródła:

Schweizer Illustrierte

Handelszeitung

NZZ

Tagesanzeiger

Blick

20 Minuten

Albo dzieci, albo kariera – czy Szwajcaria jest prorodzinna?

23-86442094-23-86368763-1486109396

Fot. svz.de

Aby spróbować odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule, muszę zacząć od tego, co rozumiem przez prorodzinność. Prorodzinny jest kraj, który swoim ustawodawstwem i działaniami wspiera rodziców w łączeniu posiadania potomstwa z aktywnością zawodową. Kobieta w kraju prorodzinnym nie musi wybierać: rodzina albo praca, ale korzysta z rozwiązań systemowych, pozwalających jej na spełnianie się w macierzyństwie oraz poza nim. Ma możliwość, jeśli chce, łączenia wielu społecznych ról.

Kraj prorodzinny to taki, w którym politycy swoimi działaniami nie przymuszają do rodzenia dzieci, ale ułatwiają ich posiadanie, kariera nie jest zarezerwowana wyłącznie dla bezdzietnych, a rodzicielstwa i radzenia sobie z jego organizacją (m.in. opieki nad dzieckiem) nie traktuje się, jak prywatnej sprawy samych rodziców. 

Po rozmowach z matkami i ojcami, którzy przybyli tutaj z innych krajów oraz opierając się na własnych obserwacjach, dochodzę do wniosku, że Szwajcaria z prorodzinnością radzi sobie kiepsko. Oto kilka przykładów, dlaczego. 

Krótki urlop macierzyński 

Pracującej kobiecie po urodzeniu dziecka przysługuje w Szwajcarii 14 tygodni płatnego (80 proc.) urlopu macierzyńskiego. Czy to mało? Matki, z którymi rozmawiałam, zgodnie twierdzą, że tak. Tymczasem jest to dokładnie tyle, ile rekomenduje Unia Europejska (do której Szwajcaria nie należy). W Europie znajdziemy kilka krajów, gdzie podstawowy płatny urlop po urodzeniu dziecka trwa jeszcze krócej, np. Portugalia i Hiszpania (6 tyg.), Niemcy (8 tyg.), Belgia (9 tyg.) czy Holandia (10 tyg.). 

W tych krajach jednak matkom przysługuje również prawo do wolnego przed przyjściem na świat potomstwa (np. w Hiszpanii aż 10 tygodni), a kiedy macierzyński się kończy, kobiety często mają możliwość zostania z dzieckiem dłużej (np. wziąć urlop wychowawczy). W Szwajcarii aktywna zawodowo matka, jeśli chce wrócić do pracy, musi zapewnić opiekę swojemu 3,5-miesięcznego maluchowi (urlop można wydłużyć o kolejne dwa tygodnie, ale już bezpłatnie). Wiele kobiet, zwłaszcza karmiących piersią (co w Szwajcarii bardzo się promuje), nie wyobraża sobie rozstania z dzieckiem na tak wczesnym etapie jego rozwoju. Powrót do pracy na cały etat raczej odpada. 

Brak urlopu ojcowskiego 

Szwajcaria lubi być ostatnia we wprowadzaniu równościowych rozwiązań. Kiedyś dotyczyło to praw wyborczych kobiet, dzisiaj urlopów ojcowskich. Walka o te ostatnie toczy się tutaj dopiero od niedawna. Obecnie, w zależności od miejsca pracy i kantonu, pracownikowi, któremu urodziło się dziecko, przysługuje zazwyczaj co najmniej jeden dzień wolny. Ostatnio głośno było o związkach zawodowych w szwajcarskich kolejach SBB, które wywalczyły dla pracowników dwa tygodnie urlopu ojcowskiego. Takich przykładów wciąż jest jednak jak na lekarstwo.  

Ci, którzy dążą do wprowadzenia ustawowego urlopu ojcowskiego, chcą, aby ojcowie mieli prawo do płatnych czterech tygodni po urodzeniu dziecka. Szwajcarscy politycy uważają jednak, że to za dużo, a ich zdaniem szacowane koszty rzędu 420 mln franków nadszarpnęłyby gospodarkę. Dlatego już proponują skrócić nieistniejący jeszcze urlop dla ojców do dwóch tygodni.

Paradoksalnie przeszkodą we wprowadzeniu urlopów ojcowskich mogą się okazać sami mężczyźni. Z badań socjologicznych i komentarzy pojawiających się w dyskusji wynika, że tata-Szwajcar zamiast zmieniać pieluchy, woli robić nadgodziny w biurze. Jeden pan stwierdził nawet, że dziecko jest nudne, dopóki nie skończy trzech lat – dopiero wtedy można z nim np. pograć w piłkę. Szwajcarski model rodziny wciąż jest dość konserwatywny, o czym będę pisać w dalszej części tego tekstu, więc otwarcie się na nowe role nie zawsze przychodzi tutejszym mężczyznom z łatwością. Co nie znaczy, że nie można próbować tego zmienić. 

Droga opieka nad dziećmi 

Temat-rzeka w szwajcarskich dyskusjach o prorodzinności. Słone koszty instytucji opiekuńczych i problemy ze znalezieniem profesjonalnej niani – ile jest w tym prawdy? Obowiązek szkolny w Szwajcarii dotyczy dzieci od 4. roku życia. Wtedy idą one do przedszkola. Matka, która do tego czasu chce być aktywna zawodowo, ma kilka możliwości zapewnienia dziecku opieki w godzinach swojej pracy. Pierwszą z nich jest Kinderkrippe, czyli tutajsze żłobko-przedszkole. Znajdziemy tam dzieciaki zarówno kilkumiesięczne, jak i kilkuletnie. 

Niektórzy szwajcarscy eksperci od wychowania nazywają Krippe parkingiem dla dzieci. Przeważa pogląd, że zanim dziecko skończy dwa lata, posyłanie go do Krippe nie jest dobre. Podobnie, jak zostawianie go tam codziennie od rana do wieczora. Jaki pracodawca będzie czekał na kobietę dwa lata, zanim odchowa ona potomka? Obawiam się, że niewielu. To głównie rozwiązanie dla matek pracujących na część etatu.

Ile kosztuje Krippe? Różnie, w zależności od kantonu i gminy. Sprawdziłam w Winterthur: ceny zaczynają się od 105 CHF za dzień (rodziny o niskich zarobkach mogą starać się o dotacje). Załóżmy, że kobieta pracuje na pół etatu i zarabia 3 tys. CHF miesięcznie. W najtańszym żłobku (3 dni w tygodniu) będzie musiała zostawić niemal połowę swojego wynagrodzenia. Czy w takiej sytuacji opłaca jej się w ogóle pracować? 

Alternatywą dla Krippe jest Tagesmutter, czyli kobieta, która siedzi z własnymi dziećmi w domu i przy okazji zarabia jeszcze na opiece nad cudzymi. Za godzinę takiej usługi liczy sobie średnio 8 CHF, jeśli jest zrzeszona w specjalnej organizacji, prywatnie (w Zurychu) nawet do 15 CHF za godzinę. Dla porównania, niania w tym samym mieście zarabia od 25 do 35 CHF za godzinę. Na koniec, tak popularna w Polsce i innych krajach instytucja babci, to opcja ewentualnie dla Szwajcarów i tych, którzy przyjechali tutaj całymi rodzinami. Większości imigrantów ten komfort nie dotyczy.

Społeczna rola kobiety w Szwajcarii 

W jednym z artykułów (wszystkie źródła poniżej) przeczytałam, że Szwajcaria w ostatnich latach poszła do przodu, jeśli chodzi o prorodzinność, ponieważ  pojawiły się całodzienne szkoły oraz tzw. Mittagstische, gdzie dzieci mogą zostać w porze lunchu. W Szwajcarii to czas, kiedy mali uczniowie przychodzą ze szkoły do domu. Kto musi tam na nich czekać? Zgadnijcie. Tradycyjnie też środowe popołudnia są wolne od szkoły, a dzieci zamiast długich wakacji letnich mają ferie co kilka miesięcy. Kto organizuje im wtedy czas? No właśnie. 

Wszystko w Szwajcarii jest tak zorganizowane, żeby kobieta była przede wszystkim matką, od której oczekuje się, że zakładając rodzinę pożegna się z karierą zawodową. Jeszcze w 1991 roku aż 40 proc. kobiet mających potomstwo nie pracowało wcale. Do dzisiaj ten odsetek znacznie zmalał, ale wciąż wynosi ponad 20 proc. 

Mam też wrażenie, że Szwajcaria jest krajem, gdzie pracy kobiet nie traktuje się poważnie, raczej jak pożyteczne hobby, bo przecież dobrze jest czasem wyjść z domu, poprzebywać z ludźmi, a przy okazji zarobić na kosmetyczkę i fryzjera. Ponad 80 proc. aktywnych zawodowo kobiet pracuje tylko na część etatu. Wśród kobiet bezdzietnych ten odsetek wynosi jedynie 37 procent. 

O kobietach, które wychowują dzieci i próbują pracować na 100 proc. słyszy się bardzo rzadko. Najczęściej podawane są jako przykład wyrodnych matek. Większość prędzej czy później musi zrezygnować. Z pracy. Marzenia o pogodzeniu rodziny i kariery można w Szwajcarii włożyć między bajki. 

Złota klatka

Pewna redaktorka w zuryskiej gazecie przekonywała przewrotnie w swoim felietonie, że szwajcarskie kobiety są wyjątkowymi szczęściarami. Zżymają się na genderową różnicę płac (w Szwajcarii kobiety zarabiają średnio o 600 CHF mniej niż ich koledzy, wykonując tę samą pracę; dyskryminację udowodniono co 10 firmie), a powinny się cieszyć, że stać je (a raczej ich mężów) na zajmowanie się dziećmi w domach, czego wiele kobiet w Europie może im tylko zazdrościć. W dodatku system chroni je na tyle, że w przypadku rozwodu nie zostają z niczym. To raczej mężczyźni idą wtedy z torbami. No i przecież matki mogą pracować na część etatu – szwajcarski rynek pracy jest elastyczny, jak żaden inny. Redaktorka pisze o wolnym wyborze. Mnie na myśl przychodzi raczej złota klatka. 

Mimo wszystko trudno mi jednoznacznie ocenić sytuację tutejszych kobiet. Z jednej strony wiem, że feministki łapią się za głowę. Z drugiej, widzę zadowolone Szwajcarki, które bezstresowo wychowują dzieci i lubią swoją pracę nawet, jeśli traktują ją jak hobby. Toż to ideał work-life balance w praktyce! Szybko jednak zdaję sobie sprawę z tego, że taki system sprzyja tylko jednej grupie kobiet – takim, które na rezygnację z pracy na 100 proc. mogą sobie pozwolić. Co z całą resztą? Co z nami – ekspatkami, migrantkami, pracowniczkami i matkami? Polkami, dla których dwa etaty – w pracy i w domu – to norma? Oddychacie z ulgą w szwajcarskiej klatce?

—————————————————–

Źródła:

http://www.europarl.europa.pl

www.bfs.admin.ch

http://www.stadtwinterthur.ch

www.swissmom.ch

http://www.vaterschaftsurlaub.ch

www.republik.ch

www.familienleben.ch

http://www.nzz.ch (felietony Nicole Althaus)

www.tagesanzeiger.ch