Miejsce dla tych, co się lubią bać

DSC08393

Mürren, widok na szczyt Eigeru. Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Gotowa? – pyta pilot Chris i sprawdza ostatnie zapięcia. Yyyyy, to już? No tttak.. Ok, to biegniemy. Raz, dwa, trzy.. hop! 

Plączą mi się nogi i nawet nie czuję, jak wzbijamy się w powietrze. Dolinę Lauterbrunnen pokrywa mgła, więc mam wrażenie, jakbym zanurkowała w mleku. Po chwili biel rzednie i wyłaniają się z niej jasne, pionowe skały, a w oddali widać kontury ośnieżonych szczytów. Słońce razi w oczy, a wiatr nie oszczędza nogawek spodni. Mijają mnie ptaki. Mówię Chrisowi, że to mój pierwszy lot paralotnią. – Nie mogłaś trafić lepiej – odpowiada.  

Jesteśmy w Mürren, w Berneńskim Oberlandzie. To tutaj pielgrzymują poszukiwacze adrenaliny: basejumperzy, skoczkowie spadochronowi, paralotniarze, wspinacze i miłośnicy rowerowego downhillu. Niech Was nie zwiedzie wizerunek małego, uroczego, odciętego od cywilizacji (przynajmniej tej w postaci samochodów) miasteczka. Zawieszona (dosłownie!) na klifie nad doliną Lauterbrunnen wioska to idealne miejsce dla amatorów większego i mniejszego ryzyka.

DCIM100GOPROGOPR1551.

Lot nad doliną Lauterbrunnen. Fot. AirTime Paragliding

Mürren to właściwie jedna szkoła, dwie ulice, dwa kościoły i kilka hoteli. Wystarczy dla mieszkających tu na co dzień 415 osób i szukających oddechu turystów. Pod koniec września, mimo że pogoda dopisuje, jest tu wyjątkowo spokojnie. Główną ulicą snują się ci, którzy mieli cierpliwość, aby się do Mürren dostać, bo położone na 1650 m npm miasteczko jest zamknięte dla ruchu drogowego. Dojazd z Lauterbrunnen, najpierw gondolą do Grütschalp, a stamtąd kursującą od 1891 roku kolejką górską, zajmuje ok. 20 minut. Przejażdżka sama w sobie jest już atrakcją i daje nam pełną gamę widoków na słynne szwajcarskie szczyty: Eiger, Mönch i Jungfrau.

Położone u podnóża Schilthornu Mürren na pierwszy rzut oka właściwie niczym się nie różni od innych alpejskich miasteczek. Drewniane domy przystrojone obowiązkowymi geraniami, restauracje serwujące fondue i inne szwajcarskie specjały, sklepy ze sprzętem narciarskim i butami do górskich wycieczek. Górski kurort, jakich w Szwajcarii wiele. Co, a raczej kto sprawił, że stał się mekką wielbicieli sportów ekstremalnych? Brytyjczycy. 

Zaczęło się od pewnego angielskiego dżentelmena. Arnold Lunn, wysłany zimą do Szwajcarii przez swojego ojca, właściciela biura podroży, trafił do Mürren. Był początek lat 20. XX wieku, a Lunn, miłośnik sportów zimowych, szukał idealnego miejsca dla przetestowania reguł swojej nowej koncepcji – zjazdu na nartach slalomem. Strome stoki alpejskiego miasteczka perfekcyjnie nadawały się do białego szaleństwa. W 1922 roku Lunn zorganizował w Mürren pierwszy slalom narciarski, a dziewięć lat później – mistrzostwa świata w tej dyscyplinie.

Dzięki Brytyjczykowi, który doczekał się tam nawet pomnika, alpejska wioska stała się kolebką narciarstwa ekstremalnego, a tzw. Inferno Race odbywa się tam do dzisiaj, co roku w styczniu. To największy amatorski zjazd narciarski na świecie ze startem pod szczytem Schilthornu (2790 m npm) i metą w dolinie Lauterbrunnen. Zawodnicy mają do pokonania „diabelską” trasę o długości 14,9 km i przewyższeniu 1990 m. Obecnemu rekordziście zjazd zajął niewiele ponad 13 minut. W przyszłym roku zawody odbędą się po raz siedemdziesiąty szósty.

DSC08398

Kręci się w głowie już od samego patrzenia. Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Drugi Brytyjczyk, który wywrócił spokojne życie mieszkańców Mürren do góry nogami i na stałe wpisał się w charakter miejscowości, nazywał się Bond. James Bond. A właściwie George Lazenby, który debiutując w roli 007 (w rezultacie zagrał Bonda tylko raz) przybył wraz z ekipą kręcącą film „W służbie Jej Królewskiej Mości” nie gdzie indziej tylko w Alpy Berneńskie.

Tak się złożyło, że kiedy reżyser Peter R. Hunt wraz z producentami szukał dogodnej górskiej siedziby dla filmowego przeciwnika Bonda, Blofelda, na Schilthornie trwała akurat budowa kolejki linowej, której zwieńczeniem miała być obrotowa restauracja na szczycie góry. Projekt realizowany był z rozmachem i wyceniany wówczas (pocz. lat 60. XX wieku) na 30 mln franków. Budżet jednak szybko topniał, a końca budowy nie było widać. Wtem.. „O, mister Bond, spodziewaliśmy się Pana”. Szpieg pojawił się w najlepszym możliwym momencie. Budowę dokończono już zgodnie z wizją producentów filmu, restauracja Piz Gloria stała się planem dla przygód agenta 007, a Mürren bazą dla 120-osobowej ekipy filmowców, którzy urzędowali w Hotelu Palace od października 1968 r. do maja 1969 r.

Piz Gloria, jak się pewnie domyślacie, przyciąga tłumy turystów z całego świata. W wielu emocje (wyrażane głośnym „woooooow”) budzi już sam stromy wjazd gondolą. Wykorzystujące Bonda do granic komercyjnych możliwości miejsce jest z rodzaju tych, które warto zobaczyć, ale raz wystarczy. Choć przyznam, że śniadanie na 2970 m npm to coś wyjątkowego, a widoki.. sami zobaczcie.

DSC08602

Widok ze szczytu Schilthornu. Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Mnie, jako szeroko znaną w wąskich kręgach adrenaline freak, o wiele bardziej ciekawiło to, co znajduje się jedną stację niżej niż szczyt Schilthornu, w Birg. To tam, na wysokości 2677 m można się udać na spacer z dreszczykiem. Przyklejona do skał metalowa konstrukcja Thrill Walk to atrakcja dla ludzi o mocnych nerwach. Między stawianiem ostrożnych kroków po linie, tuptaniem po szklanej podłodze a czołganiem się w rurze nad przepaścią warto czasem przystanąć i rozejrzeć się dookoła. Już sam widok przyprawia tu o zawrót głowy.

Oczywiście, Thrill Walk to wciąż tylko zabawa dla turystów. Do Mürren i okolic zjeżdżają  również miłośnicy nieco bardziej ryzykownych zabaw. Dolina Lauterbrunnen, kultowe miejsce dla basejumperów, ze względów na liczbę śmiertelnych wypadków podczas uprawiania tego ekstremalnego sportu, zyskała już nawet miano „doliny śmierci”. Przy okazji sprawdziłam, że w latach 2000-2016 w całej Szwajcarii zginęło 78 basejumperów. Niemal dwa razy więcej śmiertelnych wypadków zdarzyło się w tym czasie podczas lotów paralotnią.

DSC08658

A Wy weszlibyście do takiej rury? Fot. One Day Stop – travel blog http://onedaystop.com

Nikomu nie polecam rzucania się od razu w przepaść. W Mürren znajdą coś dla siebie także początkujący amatorzy podwyższonego ciśnienia. Można na przykład zacząć przygodę ze wspinaczką na tutejszej dobrze zabezpieczonej via ferracie. Nie zapomniano też o fanach dwóch kółek w wersji górskiej. Freeride z puntem startowym w Grütschalp to oznaczona kolorem czerwonym trasa o przewyższeniu 600 m i średnim nachyleniu 20 proc., na której można poćwiczyć technikę zjazdu. Raczej dla doświadczonych downhillowców.

Mürren promuje się w świecie hasłem „urig und echt”, podkreślając, że jest autentyczne i zachowane w niezmienionym stanie. Ja zapamiętam tę część Szwajcarii raczej jako miejsce, gdzie dla każdego znajdzie się.. coś strasznego.

Atrakcje Mürren i okolic miałam przyjemność odkrywać na zaproszenie Switzerland Tourism, organizacji działającej przy Ambasadzie Szwajcarii w Polsce. Więcej informacji na www.myswitzerland.com. 

Wózeczkowcy. Szwajcaria bez auta

180991.autofrei

25 listopada 1973 roku, z powodu niedoborów benzyny, ogłoszono niedzielę bez auta w całej Szwajcarii. Fot. Keystone

Dojrzewaliśmy do tej decyzji długo. Poprzedziliśmy ją skrupulatnymi wyliczeniami, rachunkiem plusów i minusów, przeglądem opcji, przyzwyczajaniem się do myśli o alternatywie. Po drodze pojawiło się sporo wątpliwości: bo jak to tak? Przecież wszyscy je mają. Odezwali się znajomi: toż to wolność, niezależność i mobilność. Rodzina: a co zrobicie, jak coś się stanie i trzeba będzie szybko wsiąść i jechać?

W końcu stało się. Od 19 stycznia 2018 nie mamy samochodu.

Wyliczyliśmy sobie, że koszt posiadania auta to w naszym przypadku prawie 800 franków miesięcznie (rata leasingu, opłata za miejsce parkingowe, ubezpieczenie, serwis, benzyna). Dużo, niedużo? Zależy. Można to wydać np. na ubezpieczenie zdrowotne, bo tyle mniej więcej wynosi miesięczny koszt pakietu obowiązkowego i dodatkowego dla dwóch dorosłych osób. Można gdzieś pojechać. Albo po prostu odłożyć.

Minęły ponad dwa tygodnie, a my wciąż żyjemy. Fakt, auto to wygoda. – Widziałeś, dzisiaj mają wyprzedaż win w Wädenswil. Skoczymy? – Hmm, nie skoczymy.

Nagle trzeba więcej myśleć, planować każdy wypad na zakupy, żyć zgodnie z rozkładem jazdy pociągów i autobusów, wsiąść na rower nawet kiedy leje i wieje. Na szczęście mieszkamy w Szwajcarii i – w mieście. Transport publiczny działa tu bez zarzutu – praktycznie wszędzie można dostać się pociągiem, autobusem, tramwajem czy promem. Jest wygodnie, czysto i punktualnie. Jak to w Szwajcarii, wszystko na tip top. Oczywiście, trochę dłużej to trwa i słono kosztuje, choć w naszym przypadku i tak mniej niż auto. Generalabonnement (GA), czyli bilet roczny na transport publiczny w całym kraju kosztuje 3860 CHF.

Nie byłabym sobą, gdybym nie sięgnęła po statystyki. Prawie 80 proc. gospodarstw domowych w Szwajcarii ma co najmniej jeden samochód. W 2016 roku zarejestrowanych było 4,6 mln prywatnych pojazdów osobowych, co daje 1,6 człowieka na jedno auto. Mieszkaniec/mieszkanka Szwajcarii pokonuje dziennie średnio 36,8 km, a dwie trzecie tego dystansu siedząc za kierownicą. Te liczby pokazują, że choć narzekamy na zakorkowane autostrady, zdecydowana większość Szwajcarek i Szwajcarów wciąż na co dzień wybiera samochód. Choć, jak bliżej przyjrzeć się statystykom, sprzedaż nowych aut rośnie z roku na rok w coraz wolniejszym tempie, w aglomeracjach miejskich zwiększa się liczba osób korzystających z komunikacji miejskiej (w kantonie Zurych abonament na komunikację miejską ma 7 na 10 mieszkańców i mieszkanek), a 65 proc. narodu ma w domu rower.

Bez auta w Szwajcarii na pewno da się dobrze żyć. I sporo ludzi już się o tym przekonało. Są miasta, jak Bazylea, gdzie połowa mieszkających tam osób z różnych powodów nie ma samochodu. W statystykach bezautowców przodują też Zurych i Genewa, a także moje Winterthur. Wszystkie dane pochodzą z badania Mikrozensus Mobilität und Verkehr 2015. W Szwajcarii znajdziecie też całe miejscowości wolne od aut, jak choćby górskie kurorty Zermatt, Wengen czy Saas-Fee – cała lista takich miejsc dostępna jest tutaj.

Ja, choć mam prawo jazdy od 13 lat, samochodem właściwie nie jeździłam nigdy. Nie lubię, nie mam cierpliwości, a w dodatku teraz w Szwajcarii bałabym się mandatów. Dlatego dla mnie przyzwyczajanie się do nowej sytuacji nie jest ani trochę trudne. Rower i ÖV (skrót od Öffentlicher Verkehr – transport publiczny) to moja codzienność. Znacznie gorzej ma mój mąż, który za kółkiem siedzi odkąd skończył 16 lat i w dodatku pracuje w branży motoryzacyjnej. Choć i on przyznaje, że to tylko kwestia zmiany nawyków. A plusów mnóstwo: nie trujemy środowiska, więcej się ruszamy i oddychamy, wspieramy komunikację miejską i krajową, nie płacimy mandatów.. Z naszej decyzji zdecydowanie najbardziej zadowolony jest pies, który na jazdę samochodem reaguje alergicznie.

Chciałam Wam napisać trochę o całym procesie dostosowywania się do życia „na piechotę” i jego kosztach. Pierwszy poważny nabytek to wózek na zakupy. Kojarzący nam się do tej pory głównie ze szwajcarskimi emerytami, okazał się zbawienny, gdy z Coopa czy innego Aldika trzeba przydźwigać do domu kilogramy strawy lub przetransportować puste butelki do najbliższego punktu recyklingu. Koszt: od 50 do 200 CHF (w zależności od pojemności, materiału i rodzaju kółek).

Drugi zakup to halb-tax, czyli karta, która obniża nam koszty transportu publicznego w całym kraju o połowę (czasami mniej), co jest sporym odciążeniem dla finansów. Koszt: 165 CHF rocznie (zwraca się już po dwóch dalszych wycieczkach pociągiem).

Ruch numer trzy to sprawdzenie wszelkich możliwości szybkiego i sprawnego wejścia w posiadanie auta. Na wszelki wypadek. Tutaj opcji jest sporo. Można skorzystać z usług tradycyjnych wypożyczalni, których jest mnóstwo, mają różne stawki i pojazdy (od kompaktów, przez limuzyny, po małe ciężarówki). Wypożyczenie małego auta kosztuje już od 30 CHF za dzień (bez dodatkowych ubezpieczeń). Popularną od pewnego czasu opcją stał się carsharing, czyli współkorzystanie z aut udostępnianych przez firmy, organizacje czy osoby prywatne. Plusem jest tu duża elastyczność, bo auto możemy sobie wziąć skąd chcemy (najbliższą lokalizację sprawdzamy na mapie, za pomocą aplikacji), nawet na godzinę i odstawić je tam, gdzie nam akurat pasuje. Płaci się za czas (od 2 CHF za godzinę) i przejechane kilometry (od 0,55 CHF za km). W Szwajcarii system nazywa się mobility. O szczegółach przeczytacie tutaj https://www.mobility.ch/de/.

Krok czwarty to zainwestowanie w rower i jego odpowiednie wyposażenie. Na szwajcarskie tereny przyda się na pewno kilka przerzutek, sprawnie działające hamulce i działające oświetlenie. Plus dla człowieka kask i spodnie przeciwdeszczowe (są dość drogie, ale to must have). Z perspektywy rowerzystki muszę przyznać, że szwajcarskie miasta są nam bardzo przyjazne. Kierowcy na nas uważają (czasem mam wrażenie, że panuje tu jakaś dyktatura dwukółkowców na drogach), mamy gdzie parkować (zazwyczaj, bo w Winterthur w okolicach dworca szpilki nie wbijesz) i po czym jeździć (ścieżki rowerowe – luksus!). Nie wiem, jak Wy, ale ja póki co mam same pozytywne doświadczenia.

Ten tekst to początek poradnika dla bezautowców w Szwajcarii. Chcę na bieżąco dzielić się w Wami naszymi doświadczeniami wózeczkowców i proszę o wsparcie w postaci komentarzy. Jakie są Wasze spostrzeżenia? Jeździcie autem czy raczej wybieracie inne środki komunikacji? Co Was, jako kierowców/rowerzystów (kierowczynie/rowerzystki) wkurza w Szwajcarii, a co uwielbiacie? Czy pozbylibyście/byłybyście się auta czy nigdy w życiu? Czekam na Wasz głos!