„Jak wszystko się zawali, to chociaż góry zostaną”. O jakości życia w Szwajcarii 

Średniej wielkości miasto na północy Polski. Autobus odrywa się ciężko z przystanku, wydając pomruk razem z czarną chmurą spalin, którą natychmiast czuję nawet w przykrytych maseczką ochroną nozdrzach. – Fuj – krzywię się z niesmakiem. Nie mogliby wymienić tych autobusów na elektryczne? Słyszę: chyba coś ci się pomyliło, to nie Szwajcaria. 

Stolica kraju. Chyba, bo niewiele widać przez grubą mgłę smogu. Choć nie muszę, noszę maskę na zewnątrz. Nie z obawy przed wirusem, ale przed uduszeniem. Mimo to jest cudownie. Dzwonię do znajomej z Zurychu. – Wiesz, jestem tu dopiero kilka godzin i już rozmawiałam z trzema nieznajomymi osobami. Pan z poczty policzył mi przesyłkę po cenach z 2017 roku, żeby wyszło taniej. Miałam szczęście, bo nazywał się tak samo jak odbiorca paczki. Wyobrażasz sobie coś takiego w Szwajcarii? – czuję się jak pies wypuszczony z klatki. To nie Szwajcaria. Uff. 

Bliżej świąt ekscytacja się kurczy. Przytłaczają rytualne wędrówki po centrach handlowych i znoszenie rzeczy, którego nie są w stanie wyhamować nawet strzelające w kosmos ceny. Śmieci i psie kupy na chodnikach. Pociąg spóźniony o godzinę. Chyba trochę tęsknię za porządkiem i spokojem. Piszę do tych, którzy w tym roku zostali w Szwajcarii. – Wracaj, tu jednak żyje się wygodniej – dostaję w odpowiedzi. 

Tydzień później ląduję w Zurychu. Pociąg z lotniska szybko i punktualnie dowozi mnie do Dworca Głównego. Kiedy czekam na tramwaj, na przystanku przysiada się do mnie pan. Po chwili czuję chmurę dymu z papierosa. Śmierdzącym buchem dostaję prosto w twarz. Pan spokojnie pali dalej. Szwajcaria, tu się oddycha – mruczę pod nosem i już nie pamiętam, za czym właściwie tęskniłam.

Bo gdzie ci będzie lepiej… 

To miał być tekst o jakości życia w Szwajcarii. Długo zastanawiałam się jak w ogóle podejść do tematu. Nie żeby przede mną nie zrobiły już tego tęgie mózgi. Ponieważ żyjemy w czasach klasyfikacji, różne instytucje próbują mierzyć jakość życia w krajach, a nawet w miastach i na tej podstawie tworzyć rankingi „najlepszych miejsc do życia”. Jak się pewnie domyślacie, Szwajcaria jest w tych zestawieniach prymuską, bez względu na to, kto i co dokładnie bada. Firma Mercer na przykład regularnie publikuje globalną hierarchię miejsc najbardziej przyjaznych ekspatom. W 2019 roku w pierwszej dziesiątce umieściła aż trzy szwajcarskie miasta – Zurych (na drugim miejscu na świecie, zaraz po Wiedniu), Genewę i Bazyleę. Ranking zwraca uwagę m.in. na ceny i zarobki, warunki mieszkaniowe, opiekę zdrowotną, środowisko naturalne, usługi publiczne, rekreację, edukację i ogólny klimat społeczno-polityczny. 

Z kolei w rankingu OECD Better Life Index, poza standardowymi kategoriami, znajdziemy też takie jak satysfakcja z życia, zaangażowanie społeczne czy równowaga między życiem zawodowym i prywatnym. W dwóch ostatnich Szwajcaria wypada blado, mimo to określenie „wysoka jakość życia” to jedno z pierwszych obrazów, które pojawiają się w rozbudzonej wyobraźni przyjezdnych. A i my, którzy mieszkamy tu od lat, przestaliśmy już sobie zadawać pytanie, co to właściwie znaczy.

Niedawno w głównym wydaniu szwajcarskich wiadomości materiał o drogich lekach prowadząca rozpoczęła stwierdzeniem „opieka zdrowotna w Szwajcarii jest jedną z najlepszych na świecie”. Oczywista oczywistość. Nie ma to jak uwierzyć w swój PR. A PR-owcami Szwajcarzy są – rzeczywiście – najlepszymi na świecie. Zdarza mi się słyszeć od przyjezdnych osób różnej narodowości, że to właśnie „wysoka jakość życia” trzyma ich w alpejskim raju jak lep i nie pozwala go opuścić. To takie pojęcie-wytrych, które często kończy dyskusję na temat Szwajcarii. „…bo gdzie nam się będzie żyło lepiej?”. 

Zaczęłam pytać, a odpowiedzi zalały mnie jak zuryska mgła w listopadzie. Sporo z nich dotyczyło – a jakże – pieniędzy.

Pieniądze to (nie) wszystko 

Ile słynnych trójkątnych batonów da się kupić za średnią pensję szwajcarską? Przybliżony rachunek wykazuje, że jakieś… 30 dziennie! To dostatek, którego nie byliby w stanie przerobić nawet najbardziej zapalczywi pochłaniacze czekolady. Co nam mówi o Szwajcarii? Więcej niż może się wydawać. 

Siła nabywcza pieniądza, czyli ile Z (tu wstawcie sobie to, co lubicie) można nabyć za X (dochody w walucie danego kraju) bywa często utożsamiane z tym, co nazywamy JAKOŚCIĄ ŻYCIA. Wiadomo, że lepiej jest żyć w kraju, w którym przy przeciętnych zarobkach stać nas codziennie na wypicie kawy w mieście, niż w takim, w którym możemy sobie na to pozwolić tylko raz w miesiącu. Pod warunkiem, że lubimy kawę i przesiadywanie w miejscach publicznych. Ale co jeśli jesteśmy domatorami, którzy wolą herbatę? 

To, czy w jakimś miejscu żyje nam się dobrze jest kwestią indywidualnych potrzeb i ich zaspokojenia. Banał, ale pozwala nieco oderwać się od dyktatu pozycji w rankingach. Mierzenie jakości życia jest podobnie karkołomnym zadaniem jak zajmowanie się badaniem szczęścia. Z wielu dostępnych najbardziej przemawia do mnie chyba schemat fińskiego socjologa Erika Allardta, opierający się na trzech filarach. „Having”, czyli materialne warunki życia, jest równie ważne jak „Loving”, czyli relacje z ludźmi i „Being” – realizacja swojego potencjału i zakorzenienie w społeczeństwie. 

Cieszy mnie w Szwajcarii to, że mogę wygodnie żyć bez samochodu, ubrać się za grosze w second-handzie, umeblować bezkosztowo z ulicznych wystawek i kupić sobie pączka z kremem za 2 franki na stoisku z wczorajszym pieczywem. A po powrocie z Polski, nawet to, że jeśli nabiorę spontanicznej ochoty na kanapkę z jajkiem, to nie muszę go sobie najpierw ugotować. 

Jednak najważniejszym wyznacznikiem jakości życia są dla mnie relacje z ludźmi. Otwartość, która objawia się w tym, że nie tworzymy niewidzialnych murów i nie dzielimy ludzi na kategorie. Elastyczność w rozmowach, wyrażanie emocji, bez zastanawiania się, czy aby czegoś nie wypada. Inkluzywność, polegająca na dawaniu szans i docenianiu potencjału. Szacunek i zrozumienie, nawet jeśli to przelotny kontakt na infolinii operatora sieci komórkowej. 

Ale przecież dla kogoś innego wysoka jakość życia to może być piękny widok za oknem, niezakorkowane ulice czy smaczny chleb w markecie, a nawet… – i tę odpowiedź jednego ze znajomych wyjątkowo szanuję – duży wybór składników na negroni.

Ponieważ temat nie dawał mi spokoju, stworzyłam – z Waszą pomocą – ranking kryteriów, według których oceniamy jakość życia w Szwajcarii jako wysoką. Co sprawia, że – cytując klasyka – chcecie zasypiać i budzić się nie gdzie indziej niż w helweckim raju? Cytaty (niektóre po redakcji) to Wasze odpowiedzi na pytanie, które zadałam w mediach społecznościowych i w prywatnych wiadomościach.

BEZPIECZEŃSTWO I ZAUFANIE

Kiedy jestem w Niemczech czy we Francji, wiele osób zwraca mi uwagę, żebym zamknęła torebkę, bo to nie Szwajcaria. Faktycznie, bywa, że torebkę mam nie do końca zapiętą, samochód co prawda zamykam, ale często zostawiam na siedzeniu portfel, a i z zamykaniem mieszkania bywa u mnie różnie.”

Mój mąż czasami zapomina o zamknięciu samochodu albo zostawia klucze w drzwiach domu… Wszystko zawsze jest na miejscu.”

„Ludzie generalnie sobie ufają i są do siebie przyjaźnie nastawieni. Dzięki temu nie trzeba ciągle uważać ani walczyć z otaczającym światem. Listonosz może zostawić przed budynkiem, do którego wchodzi zaparkowany wózek wypełniony przesyłkami i prawdopodobnie nic się nie stanie. Mogą funkcjonować sklepy samoobsługowe, w tym te, które wydawałoby się, że nie mają prawa przetrwać: z winem na prowincji. To też się przekłada na zaufanie do państwa – oszukiwanie systemu nie jest chlubą.”

Człowiek czuje się tu bezpieczny, czy to na ulicy, czy to dlatego, że aborcja jest legalna.”

CZYSTOŚĆ

Cudna natura oraz dbanie o własne otoczenie. Wiadomo, że śmieci są, ale organizujemy z sąsiadami różne akcje, żeby je wspólnie posprzątać.”

Czyste powietrze i woda w rzekach i jeziorach.” 

Czystość nazwijmy to urbanistyczna – nie ma przewróconych koszy, zardzewiałych znaków drogowych czy rozwalonych płyt chodnikowych„. 

KOMFORTOWE MIESZKANIE

Rynek wynajmu jest wysoce uregulowany, każda strona znakomicie zabezpieczona i wszystko odbywa się na bardzo jasnych zasadach.” 

Za średnią pensję można wynająć mieszkanie i nie jest to kawalerka.”

Wielkość mieszkań i ich standard jest o wiele wyższy niż standard europejski. Mniej więcej za jedną trzecią wypłaty można wynająć duże przestronne miejsce, na co w Polsce nigdy nie było mnie stać. Jeśli wynajmowałam, to był to pokój w standardzie dalekim od tego, który w Szwajcarii jest osiągalny z łatwością. Studenci lub praktykanci mieszkają tu w warunkach, o których polski student może tylko pomarzyć. Dla mnie to największe udogodnienie i codzienna radość.” 

ZAROBKI 

Pensja, dzięki której można poczuć, że ktoś docenia twoją pracę.”

Nieważne, jaką prace wykonujesz – kierowcy, sprzątaczki w szkole, recepcjonistki – stać cię na życie i nie martwisz się czy starczy ci do pierwszego.

Pracując można żyć, podróżować, odkładać, kupować co potrzeba.” 

OPIEKA PAŃSTWA/GMINY

Rynek pracy jest wymagający w porównaniu z krajami anglosaskimi czy nordyckimi, ale dobrze zorganizowany, także jeśli straci się pracę. Są oferty kursów, doradcy zawodowi. Mam porównanie z Francją i tam było z tym znacznie gorzej.” 

Piękna przestrzeń i zajęcia dla dzieci w bibliotekach i domach kultury, a także kursy, które oferuje miasto w przystępnych cenach na kieszeń każdej rodziny. Czekaliśmy rok, ale było warto.

Ławki, place zabaw, miejsca na grilla (często nawet z przygotowanym drewnem na ognisko) – ogólnie dobra organizacja wspólnego spędzania czasu poza domem. W lasach są miejsca na piknik, toalety na każdym kroku.”

Kąpieliska z ratownikiem, świetną infrastrukturą, miejscem do kąpieli dla dzieciaków (z parasolami)„. 

I JESZCZE…

Wysokie standardy dotyczące ochrony praw zwierząt.” 

Jest sporo biurokracji, ale decyzje urzędników są ważne i wiążące. Do tego należy również spokojne wprowadzanie prawa, vacatio legis.” 

Dostęp do najlepszej światowej kultury.” 

Wolne niedziele. Bardziej ceni się wolny czas i życie po pracy.” 

Brak stresu na drodze.” 

A na koniec moja absolutnie ulubiona wypowiedź… 

Szwajcaria daje mi poczucie, że mam tutaj większą szansę na ciekawą i spokojną przyszłość. Że jak wszystko się zawali to chociaż góry pozostaną i ta niesamowita natura (oczywiście tu nie ma żadnej gwarancji patrząc, w jaką stronę zmierza świat). Być może to są tylko moje odczucia, ale odkąd tu trafiłam, zaczęłam widzieć bezproblemową przyszłość jako coś osiągalnego.

Czego i Wam życzę na 2022 rok!

Pocztówka ze Szwajcarii

Preview.PreviewServlet-5

Parking w Kloten. Rok 1985. Źródło: ETH-Bibliothek Zürich, Bildarchiv/ Comet Photo AG

Niespodzianki nie ma. Doroczny raport mierzący globalny dobrobyt ludzkości potwierdził, że Szwajcaria pozostaje najbogatszym krajem na świecie. A mnie przypomina się jedno zdanie z opowiadania Olgi Tokarczuk pt. „Obywatele najbogatszych państw świata”:

„Okazuje się, że obywateli najbogatszych państw świata czasami nie stać na życie we własnym kraju.”

No właśnie.

Dzisiaj temat, który o bogactwo zahacza. Samochody. Naiwnie wierzyłam w to, że im zamożniejsze państwo, tym mniejsza potrzeba podkreślania społecznego statusu za pomocą prostych symboli. Dla Szwajcara, w którego garażu stoi nie jedno, ale nawet dwa czy trzy, auto będzie miało inne znaczenie, niż choćby dla Albańczyka (w raporcie dobrobytu Albania to jeden z najuboższych krajów w Europie), na którego używane bmw często musi się zrzucić cała rodzina.

Tak mi się wydawało, dopóki w któryś sobotni poranek nie zaczęłam się uważniej przyglądać kierowcom spędzającym czas na myjni samochodowej. Z jakim zaangażowaniem i czułością, jeden obok drugiego, niespiesznie i z uwagą, pucują na błysk maski swoich rumaków. To musi być miłość.

Później się dowiedziałam, że w Szwajcarii pożyczyć komuś samochód, to jak oddać mu na przechowanie portfel pełen banknotów. Najwyższa forma zaufania do drugiego człowieka.

Szwajcarzy kochają auta. Z ponad 4,5 miliona zarejestrowanych samochodów osobowych Szwajcaria jest jednym z najbardziej zmotoryzowanych krajów w Europie. Ponad dwa miliony ludzi codziennie wsiada tu za kółko, żeby dojechać do pracy czy szkoły. Gdybym chciała wysłać komuś szczerą pocztówkę ze Szwajcarii, to zamiast połyskującej w słońcu tafli jeziora i ośnieżonych szczytów Alp, umieściłabym na niej sznurek aut.

Number_of_passenger_cars_per_thousand_inhabitants,_2017

Liczba samochodów osobowych na tysiąc mieszkańców. Źródło: Eurostat

Bo tam, gdzie na niewielkiej powierzchni jest tyle samochodów, są i korki. Tak się składa, że najbardziej zatłoczona autostrada w kraju to trasa z Winterthuru do Zurychu, niedaleko której mieszkałam przez ostatnie pięć lat. Ta droga korkuje się przez 349 dni w roku.

W Zurychu kierowcy tracą rocznie 156 godzin (prawie tydzień) stojąc w korku. To więcej niż w Berlinie, Barcelonie czy Krakowie. Wyliczono, że przestoje w transporcie kosztują Szwajcarię rocznie prawie 2 miliardy franków. Co robi w tej sytuacji najbogatszy kraj świata? Ogłasza wielki plan rozbudowy autostrad.

Fakt, auto to szybkość i wygoda, a autostrady w Szwajcarii są wręcz absurdalnie tanie (winieta na cały rok kosztuje 40 franków). Stąd powszechne przekonanie, że samochód jest tańszy w użytku niż korzystanie z transportu publicznego. Nie zawsze tak jest. Eksperci z Touring Club Suisse, największego klubu motoryzacyjnego w Szwajcarii policzyli, że wszystkie koszty użytkowania samochodu (ubezpieczenia, parkingi, serwis) mogą sięgać w Szwajcarii nawet 10 tysięcy franków rocznie. Za roczny bilet komunikacji publicznej w 2. klasie płaci się prawie trzy razy mniej. 

Z miłością do aut i nawykami społeczeństwa dobrobytu trudno jednak dyskutować. Niedługo miną dwa lata odkąd w moim domu zdecydowaliśmy się spróbować żyć bez samochodu. Pisałam o tym w tekście pt. „Wózeczkowcy” (dla przypomnienia, jest tutaj). Choć mąż czasem płacze w poduszkę, to wytrwaliśmy, jesteśmy zdrowi, wózeczek ma się dobrze. A co jest najpiękniejsze? Nie stoimy w korkach. Kiedy zdarza się sytuacja, że bez auta ani rusz, wtedy korzystamy z wypożyczalni.

Kiedy opowiadam o tym znajomym i nieznajomym Szwajcarom reakcje są różne. Niektórzy dziwią się tak, jakbyśmy przyznali się co najmniej do tego, że nie płacimy podatków. Nie mieć samochodu w kraju, w którym posiadanie go jest czymś tak naturalnym jak oddychanie, to wstyd. Coś, do czego lepiej się nie przyznawać, jak do tego, że aby oszczędzić kilka franków, jeździ się na zakupy do Niemiec.

gr-d-00.17.09.01.01.01-ind-computed_thumbnail

W 2018 roku kierowcy w Szwajcarii stali w korkach łącznie ponad 25 tysięcy godzin. Źródło: Bundesamt für Statistik

Samochód jest nieekologiczny. Szwajcaria ma ambicje stać się krajem neutralnym także klimatycznie. Z jednej strony mamy korki, z drugiej demonstracje w obronie klimatu. W dodatku Zieloni po ostatnich wyborach wdarli się przebojem do Berna i są czwartą siłą polityczną w parlamencie. Może jednak wszystko zmierza ku dobremu?

Przeczytałam ostatnio wywiad z przedstawicielem Zielonych w szwajcarskim parlamencie, w którym mówi on wprost, że aby zachęcić ludzi do korzystania z transportu publicznego, należałoby im obrzydzić jazdę samochodem. Na przykład polikwidować parkingi w miastach, zmniejszyć liczbę pasów na autostradach, obniżyć limity prędkości, podnieść cenę benzyny. Tak jakby stanie w godzinnych korkach już nie było wystarczająco uciążliwe.

A może zamiast obrzydzać, lepiej uatrakcyjniać? Zwiększyć pulę tanich biletów kolejowych i oferowanych przez gminy dziennych kart na całą Szwajcarię? Budować miasta z myślą o rowerzystach, a nie o kierowcach? Tak harmonizować rozkłady jazdy pociągów i autobusów, aby droga do pracy trwała jak najkrócej? W stolicy Estonii, Tallinie, komunikacja miejska jest bezpłatna. Dlaczego nie w Winterthurze? Przecież Szwajcaria to najbogatszy kraj na świecie. Możliwości są nieograniczone.

Choćbyśmy żyli w najbardziej zielonym kraju na świecie, zawsze będą tacy, którzy bez auta żyć nie mogą. Ci znaleźli sobie alternatywę. Na baterię. Szwajcarscy kierowcy wprost zakochali się w elektroautach. Jeśli chodzi o ich sprzedaż, Szwajcaria to piąty największy rynek w Europie. Pół roku temu przeprowadziłam się do nowego budynku, gdzie w podziemnym parkingu każde miejsce ma już ładowarkę. Władze Zurychu planują budować specjalne parkingi w mieście, przeznaczone wyłącznie dla elektroaut. Cicha i tak Szwajcaria za kilka lat stanie się prawdopodobnie bezszelestna.

Skąd wziąć na to wszystko prąd, skoro zamykamy elektrownie atomowe? Dobre pytanie. Ale to już temat na zupełnie inny tekst. 

Szwajcarski dwugłos #2 Pralka w domu czy w piwnicy?

DIGI5x7templateHORIZ

„Szwajcarski dwugłos” to seria pytań i odpowiedzi, w której autorzy blogów I’m Not Swiss – Agnieszka Kamińska i Swiss Tales – Lambert Król wypowiadają się na różne tematy związane ze szwajcarską rzeczywistością.

Poniżej przeczytacie moje odpowiedzi na pytania, a jeśli jesteście ciekawi, co myśli Lambert, zapraszam na jego bloga (link na końcu tekstu).

Szwajcarski transport – komunikacja publiczna czy auto?

Właśnie mija rok odkąd nie mamy auta. Podsumowując – same plusy. Nie dość, że udaje nam się oszczędzić kilkaset franków miesięcznie, to jeszcze jesteśmy bardziej fit (mąż dojeżdża rowerem do pracy) i nie zanieczyszczamy środowiska. Samochód to niewątpliwie wygoda, ale komunikacja publiczna w Szwajcarii jest na tak wysokim poziomie, że mieszkając w mieście można z powodzeniem żyć bez samochodu. Powiecie, że ceny biletów powalają. Ponieważ sporo jeżdżę pociągami (ostatnio m.in. do Bazylei), mam sposoby, aby po kraju poruszać się za nie więcej niż 30-40 CHF. Wyszukuję bilety o obniżonej cenie albo korzystam z oferty dziennych biletów w mojej gminie. Poza tym mam też Halbtax, który uprawnia do korzystania z transportu publicznego w całej Szwajcarii ze zniżką. Jedyne, co mnie martwi, to coraz częstsze opóźnienia pociągów. 

Pralka – w domu czy w piwnicy?

Wizja dzielonej z sąsiadami pralki przeraża mnie niczym większość Szwajcarów akcesja do Unii Europejskiej. Lista kolejkowa, wyznaczony na pranie jeden dzień w tygodniu, wojna podjazdowa z sąsiadami, łącznie z wyrzucaniem prania na podłogę i kłótnie o higienę w pralni. Ponieważ nic nie jest mi droższe niż swoboda, nawet jeśli chodzi o swobodę prania, podczas poszukiwań mieszkania głównym kryterium była dla mnie pralka w łazience lub chociaż miejsce na jej podłączenie. Z punktu widzenia Polaka – rzecz niewiarygodna. Czasami myślę sobie, że Szwajcarzy wymyślili te wspólne pralnie jako formę integracji sąsiadów. Z zasłyszanych historii o konfliktach wnioskuję jednak, że ta koncepcja się nie do końca sprawdza. 

Przerwa w kinie – strata czasu czy „super, idę na lody”?

Pamiętam moje pierwsze wyjście do kina w Szwajcarii. Mniej więcej po godzinie seansu ekran gaśnie i włączają się światła. – Coś się zepsuło? – pytam męża. – Nie, no przerwa jest. Chcesz loda? Przerwa w kinie – jedna ze szwajcarskich fanaberii, która na początku mnie śmieszyła, a teraz nawet ją doceniam. Można skoczyć do toalety czy kupić coś do picia. Co robią Szwajcarzy? Zazwyczaj jedzą wtedy lody, bez względu na porę roku. O wiele bardziej niż przerwa w kinie mierzi mnie dubbingowanie filmów. Ponieważ do kina chodzę dość często, zawsze muszę szukać wersji oryginalnej i zdarza się, że specjalnie jadę do odległego miejsca w Zurychu tylko po to, aby posłuchać aktorów, a nie niemieckich podkładaczy. Wyobrażacie sobie, że sporo Szwajcarów nigdy w życiu nie słyszało głosu Jacka Nicholsona? Z kolei mój mąż ilekroć jesteśmy w Polsce nie może się nadziwić, że jeden człowiek czyta dialogi wszystkich aktorów. Ot, różnice kulturowe. 

Coop czy Migros, a może u rolnika?

Szwajcarzy dzielą się na tzw. dzieci Coopa (Coopkind) i dzieci Migrosa (Migrokind). Te dwie największe sieci marketów w kraju, mające też swoje banki, biura podróży, szkoły językowe czy pola golfowe są gigantami, które rządzą handlem detalicznym w Szwajcarii. Możecie być pewni, że tam, gdzie jest Migros, w odległości góra kilkuset metrów stoi i Coop, a jeśli Coop robi akurat promocję na coca colę, to Migros przecenia rivellę. Ja jestem dzieckiem Coopa. Dlaczego? Bo mam go najbliżej domu i przyzwyczaiłam się już do kupowanych tam produktów. Poza tym w Coopie można kupić wino (Migros nie sprzedaje alkoholu). Oprócz zakupów w marketach, chodzimy też do pobliskiego rolnika, gdzie w sklepiku między krowią oborą a kurzymi grzędami można kupić wołowinę, sezonowe warzywa, olej czy jajka. Takie miejsca działają na zasadzie „honesty shopping”, czyli nie mają sprzedawcy. Wchodzimy, wybieramy co chcemy, a następnie wrzucamy pieniądze do puszki. To miłe, że niektóre działania w szwajcarskim społeczeństwie wciąż opierają się na zaufaniu do drugiego człowieka. 

Picie po szwajcarsku – wino, piwo, Rivella?

Choć Szwajcaria nie kojarzy się z winiarską potęgą, to produkuje się tutaj sporo tego trunku, a jeszcze więcej konsumuje. Przeciętny Szwajcar wypija rocznie 33 litry wina, co oznacza jakieś trzy butelki w miesiącu. Szwajcarskie wino ustępuje jakością wytworom sąsiadów, ale czasem trafiają się perełki. Problemem jest cena. Za średniej jakości helweckiego fendanta czy pinotnoira zazwyczaj zapłacimy więcej niż za porządne włoskie primitivo czy przyzwoitego niemieckiego rieslinga. Ja z chęcią próbuję szwajcarskich win, które dobrze współgrają zwłaszcza z tradycyjnymi potrawami, jak fondue czy raclette. Latem piję też piwo z lokalnych browarów, które ma niską zawartość alkoholu i jest serwowane w małych butelkach. Takie w sam raz na raz. Rivella, czyli słynny napój z serwatki, z kolei idealnie gasi pragnienie podczas górskich wędrówek. 

Odpowiedzi Lamberta przeczytacie tutaj: http://swisstales.pl/szwajcarski-dwuglos-2-pralka-w-domu-czy-w-piwnicy