Jak się masz? O smutku w krainie szczęśliwości

eufbtopu5yjkyvh2iovf

Fot. Megan Roth/clickhole.com

Po niemiecku „Wie geht es dir?”, po francusku „Comment ça va ?”, po włosku „Come stai?”, a w retoromańskim „Co has?”. Na pytanie „Jak się masz?” większość Szwajcarów automatycznie odpowie, że bardzo dobrze albo dobrze. Nawet, jeśli wcale tak nie jest.

Jeśli wierzymy w to, że szczęście w ogóle da się zmierzyć, to mieszkańcy Szwajcarii są regularnie wymieniani w światowej czołówce najszczęśliwszych ludzi na świecie (5. miejsce w „World Happiness Report” Uno w 2018 roku). Co dla przeciętnego Szwajcara oznacza być szczęśliwym? Żyć w bezpiecznym, czystym, dobrze funkcjonującym kraju, gdzie człowiek może polegać na człowieku, a pociągi przyjeżdżają na czas (choć jeśli chodzi o to ostatnie, to Szwajcaria już dawno przestała nas uszczęśliwiać). 

Poczucie szczęścia jest czymś tak nieokreślonym, indywidualnym i ulotnym, że raporty mierzące to zjawisko muszą je sprowadzić do konkretnych kryteriów, takich jak dochody, poziom życia, wolność podejmowania decyzji, możliwość rozwoju osobistego i zawodowego. Wychodzi więc na to, że im lepiej urządzony kraj, tym szczęśliwsi są mieszkający w nim ludzie. 

– Intuicyjnie tak właśnie myślimy. Im większy dobrobyt w danym kraju, więcej swobód i możliwości, tym większa satysfakcja z życia i wyższy subiektywny poziom szczęścia. Jednak nie zawsze tak to działa. Badania prowadzone na przykład w krajach, które na przestrzeni lat dość mocno się rozwinęły pod względem gospodarczym, społecznym, czy organizacyjnym jasno pokazują, że zmiany te nie przekładają się na wzrost szczęścia. Dlaczego? Ponieważ wraz ze wzrostem szeroko rozumianego dobrobytu rosną standardy oraz zwiększa się poziom oczekiwań, rośnie też apetyt na szczęście – mówi Roxana Szymańska, psycholog, specjalistka terapii uzależnień, która prowadzi własną praktykę psychologiczną w Szwajcarii oraz warsztaty związane z rozwojem osobistym (w Zurychu i Bernie). 

Szwajcarzy, ze swoją umiejętnością kontrolowania emocji, dobrym samopoczuciem i satysfakcją z życia, wydają się być okazami zdrowia psychicznego. Jeśli zajrzymy za tę fasadę, obraz nabiera nieco ciemniejszych barw. W badaniach przeprowadzonych przez fundację Pro Mente Sana, ponad 60 procent osób przyznało, że obecnie albo w którymś momencie swojego życia zmagało się z problemami psychicznymi. Najczęstsze przyczyny to stres, konflikty międzyludzkie, choroby, troska o innych, a także problemy finansowe. Ten odsetek może się wydawać wysoki, ale co tak naprawdę mamy na myśli, mówiąc o problemach psychicznych?

bild-3

„Koncerty. Tatuaże. Ataki paniki. Rozmawiamy o wszystkim. Także o zdrowiu psychicznym” – kampania społeczna Fundacji Pro Mente Sana

Bywa, że ktoś ma trudności w kontaktach międzyludzkich, z asertywnością, stawianiem granic czy budowaniem trwałych relacji. Wtedy najlepiej przyjrzeć się temu wraz z osobą, która będzie miała odpowiedni dystans, wiedzę i posłuży pomocą w procesie odkrywania pewnych wzorców zachowań i ich przyczyn. Praca nad tak zwanymi problemami psychicznymi to samoświadomość i rozwój osobisty. Jeśli zgłaszamy się ze swoimi trudnościami do psychologa, to nie oznacza od razu, że cierpimy na chorobę psychiczną – wyjaśnia Roxana. 

W Szwajcarii co roku przeprowadza się ogólnokrajową ankietę, dotycząca zdrowia psychicznego obywateli. Ostatnie jej wyniki pokazały, że 15 procent mieszkańców Szwajcarii czuje się średnio lub mocno obciążonych psychicznie. Chodzi tu m.in. o nadmierną nerwowość, zmianę nastrojów czy uczucie przygnębienia. Statystycznie na te dolegliwości cierpią częściej kobiety, osoby o niższym wykształceniu, mieszkańcy włoskiego kantonu Ticino oraz zachodniej Szwajcarii. Ponad 6 proc. badanych ze swoimi problemami zwróciło się po pomoc do lekarza ogólnego, psychologa lub psychiatry. 

Dane szwajcarskiego funduszu rent inwalidzkich (IV) pokazują, że co trzeci przypadek niezdolności do pracy ma tę samą przyczynę – choroby psychiczne. Rocznie w całym kraju prawie pół miliona osób leczy się psychiatrycznie. W ciągu dziesięciu lat liczba pacjentów zwiększyła się o ponad 30 procent. Jednak to wcale nie musi oznaczać, że ludzie częściej cierpią na zaburzenia psychiczne. W ostatnich czasach nie tylko w Szwajcarii wzrosła społeczna wrażliwość na problemy z psychiką. Częściej niż przed laty zgłaszamy się ze swoimi dolegliwościami do specjalistów. 

– W Szwajcarii jest do dyspozycji więcej specjalistów, a opieka medyczna, troska i empatia są na wyższym poziomie niż w wielu innych krajach. Odnoszę też wrażenie, że o ile prawie wszędzie pójście do psychologa czy psychiatry wiąże się z pewnego rodzaju wstydem czy obawą, to jednak powoli ludzie zaczynają się bardziej interesować tym, co tak naprawdę drzemie w ich wnętrzu i dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej. Widzę rosnącą samoświadomość czy chęć jej posiadania i zwiększania również u klientów, którzy przychodzą do mnie na sesje indywidualne, z problemami, które 10 czy nawet 5 lat temu byłyby uznane za niepotrzebne zawracanie głowy lub coś z czym każdy powinien sobie poradzić sam. Choć niestety w wielu przypadkach i dziś można zaobserwować takie przekonania – mówi Roxana. 

W Szwajcarii na brak psychiatrów nie można narzekać. Na 100 tysięcy mieszkańców przypada tu 45 lekarzy. Dla porównania, na Islandii, która wyprzedza Szwajcarię w poziomie szczęśliwości, tylko 24. Duże znaczenie ma to, jak zorganizowany jest system opieki zdrowotnej. Porady psychologa czy psychoterapeuty w Szwajcarii nie są finansowane przez postawowe ubezpieczenie zdrowotne. Polisa pokrywa wizytę u specjalisty, jeśli ten jest psychiatrą albo pracuje pod superwizją psychiatry. Konieczność pójścia na oddział psychiatryczny z problemem, z którym wystarczyłoby może zwrócić się o pomoc do psychologa powoduje, że jedna trzecia pacjentów, którzy dostali skierowanie na terapię, nie zgłasza się na nią wcale. A brak pomocy może skończyć się tragicznie. 

Szacuje się, że w Szwajcarii próby samobójcze podejmuje nawet do 25 tysięcy osób rocznie. Z liczbą 17,2 samobójstw na 100 tysięcy mieszkańców (liczba przypadków wśród kobiet i mężczyzn we wszystkich grupach wiekowych) Szwajcaria znajduje się lekko powyżej średniej dla Europy i regionu. Najwyższy wskaźnik samobójstw jest wśród mężczyzn powyżej 85. roku życia. Jeśli chodzi o większe szwajcarskie miasta, to najwięcej ludzi odbiera sobie życie w Bernie.

Situation

Statystyki samobójstw za 2016 rok według Światowej Organizacji Zdrowia

gr-e-21.05.03.03.01-ind-computed_thumbnail

Liczba samobójstw w największych szwajcarskich miastach (średnia z lat 2012-2015, w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców)

Najczęstszą chorobą duszy, która w wielu przypadkach może prowadzić do skrajnych decyzji, jest depresja. Na całym świecie, każdego roku, z jej powodu milion osób odbiera sobie życie. To 3800 osób dziennie, średnio jeden człowiek co 40 sekund. W Szwajcarii na depresję cierpi co dziesiąta osoba. Najczęściej ludzie młodzi, w grupie wiekowej 15-35 lat, częściej kobiety niż mężczyźni. Więcej niż jedna trzecia mieszkańców Szwajcarii narzeka na samotność. To uczucie jest szczególnie silne w grupie starszych kobiet. Depresja w większym stopniu dotyka też żyjących w Szwajcarii migrantów, zwłaszcza tych z niższym wykształceniem i kwalifikacjami zawodowymi, którzy mają znacznie mniejsze możliwości odnaleźć się na tutejszym wymagającym rynku pracy. 

– Liczba osób zmagających się z depresją rośnie w dramatycznym tempie i dotyka znacznie częściej kobiety niż mężczyzn. Nie tylko w Szwajcarii, ale na całym świecie. Również w Polsce ten problem jest szeroko dyskutowany i zauważany np. przez Kampanię Społeczną Forum Przeciwko Depresji, która corocznie organizuje na ten temat konferencję, czy Stowarzyszenie Aktywne Przeciwko Depresji. Ocenia się, że w skali światowej na depresję cierpi 350 milionów ludzi (co piąta kobieta i co dziesiąty mężczyzna w ciągu życia ma co najmniej jeden epizod depresji). Niestety według przewidywań WHO do 2020 roku będzie zajmować drugie miejsce wśród chorób będących przyczynami przedwczesnej śmierci lub uszczerbku na zdrowiu. Dlaczego depresja dotyka coraz większą liczbę osób? Głównie ze względu na coraz szybsze tempo życia jakie prowadzimy, nieustanny stres i brak równowagi między pracą a wypoczynkiem, jak również – co widzę z mojej zawodowej perspektywy – pogonią za perfekcyjnym życiem, które możemy obserwować w mediach społecznościowych. Ponieważ mamy coraz więcej, to też coraz mniej nas w życiu cieszy. Anhedonia, która oznacza brak lub utratę zdolności do odczuwania przyjemności i satysfakcji z tego, co dotychczas taką radość nam przynosiło, jest rówież symptomem naszych czasów. Nawet jeśli osiągniemy cel, na który ciężko pracowaliśmy, to nasza duma, satysfakcja i radość nie trwają zbyt długo, ponieważ musimy przecież wyznaczać kolejne cele, by nie zostać w tyle w tym życiowym wyścigu – tłumaczy Roxana. 

W Szwajcarii Fundacja Pro Menta Sana prowadzi kampanię społeczną „Wie geht’s dir?” – „Jak leci, jak się masz?”, która ma zachęcić ludzi do rozmowy o problemach. Zdrowie psychiczne to temat z listy zakazanych. Szwajcarzy w towarzystwie mniej chętnie mówią tylko o zarobkach. Zuryski SVA, tutejszy kantonalny odpowiednik ZUS, wysłał niedawno do przedsiębiorców broszurę „Problemy psychiczne zasłaniają prawdziwą twarz”, w której specjaliści informują, jak pracodawca może rozpoznać problemy psychiczne u pracowników, jak o nich umiejętnie rozmawiać i gdzie szukać pomocy. Podobnych akcji w Szwajcarii jest wiele. Jak i miejsc, w których czeka wsparcie. Bo jak widać wysoki poziom szczęścia w społeczeństwie nie oznacza wcale braku trudności. Ważne jest to, żeby wiedzieć, jak sobie z nimi poradzić.

– Pamiętajmy, że osoby zgłaszające się do specjalistów z problemami nie koniecznie są nieszczęśliwe, ale na przykład chcą o siebie lepiej zadbać czy siebie zrozumieć. Nie można odbierać też subiektywnego poczucia szczęścia osobom chorym na schizofrenię, z zaburzeniami osobowości czy zmagającymi się z innymi chorobami ciała i ducha. Dla mnie jako psychologa, człowieka, kobiety, partnerki to właśnie samoświadomość siebie będzie nas czynić szczęśliwszymi i pozwoli nam przechodzić przez wiele trudnych życiowych sytuacji w sposób łagoniejszy, czy może bardziej konstruktywny. I choć wiedza o nas samych może być czasem uciążliwa, bo ciężko już np. czegoś nie zauważać, i czasem jej się trochę boimy, a jej zdobywanie może nas przyprawić o zawrót głowy, to w tym samym momencie może uczynić nasze życie prostszym i bardziej satysfakcjonującym – mówi Roxana. 

maske-social

Problemy psychiczne zasłaniają prawdziwą twarz – kampania zuryskiego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (SVA)

Roxana Szymańska doświadczenie w pracy terapeutycznej zdobyła pracując m.in. w Stowarzyszeniu MONAR Ośrodku Leczenia, Terapii i Rehabilitacji Uzależnień w Krakowie, w Małopolskim Zespole Hosteli Socjalno-Readaptacyjnych, a także pracując z klientami indywidualnymi. W Polsce swoją wiedzę przekazywała również będąc opiekunem praktyk dla studentów z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie i z Maastricht University w Holandii. W lutym tego roku otworzyła własną praktykę psychologiczną w Szwajcarii. 

Warsztaty rozwoju osobistego, które prowadzi w Zurychu i Bernie to podróż w głąb siebie, okazja, żeby na chwilę się zatrzymać, znaleźć odrobinę czasu dla siebie i przyjrzeć się sobie z wielu różnych perspektyw. Tematy są różne: komunikacja, relacje, miłość, emocje, pieniądze czy zmiana, a każdy z nich uczestnicy próbują ugryźć od strony własnego ja. Aktualnie warsztaty są prowadzone w języku angielskim. Kolejny już całkiem niedługo (na początku sierpnia, dokładną datę, godzinę i miejsce będzecie mogli sprawdzić pod koniec tygodnia, wchodząc na Facebookowy link poniżej), a temat będzie związany z inteligencją emocjonalną. Natomiast od września rozpocznie się edycja warszatów nieco dłużych, nastawionych również na rozwój osobisty, ale na bardziej pogłębionym poziomie. 

Najświeższe informacje na temat warszatów i nie tylko można znaleźć na www.facebook.com/PsychGuideInSwitzerland.

Kontakt bezpośredni:

Roxana Szymańska

roxana.szym@gmail.pl

tel:  077 536 86 54

http://www.psychguideinswitzerland.com


 

Źródła:

https://www.nzz.ch/gesellschaft/die-schweiz-im-world-happiness-report-wie-misst-man-glueck-nzz-ld.1366373

Easterin, R. A. (1995). Will raising the incomes of all increase the happiness of all? Journal of Economic Behavior and Organization, 27, 35-47

https://www.promentesana.ch/de/wissen/psychische-krankheiten/wie-haeufig-sind-sie.html

https://www.watson.ch/schweiz/wissen/631389874-28-grafiken-die-den-psychischen-zustand-der-schweiz-zeigen-und-was-getan-werden-muss

https://www.nzz.ch/schweiz/nur-wenige-schweizer-kommen-ohne-seelische-krise-durchs-leben-ld.1427288

https://www.nzz.ch/wirtschaft/reintegration-statt-invalidisierung-ld.1382932

https://www.tagesanzeiger.ch/schweiz/standard/halbe-million-schweizer-in-psychiatrischer-behandlung/story/18255320

https://www.watson.ch/schweiz/bundesrat/940700560-suizid-in-der-schweiz-der-bundesrat-laesst-suizidversuche-untersuchen

https://www.who.int/gho/mental_health/suicide_rates_crude/en/

https://forumprzeciwdepresji.pl

http://depresja.org/ 

https://www.bfs.admin.ch/bfs/en/home/statistics/cross-sectional-topics/city-statistics/indicators/suicide-rate.assetdetail.6266853.html

https://www.bfs.admin.ch/bfs/de/home/statistiken/gesundheit/gesundheitszustand/psychische.html

https://www.medinside.ch/de/post/2030-wird-aufgrund-der-prognosen-jeder-zweite-psychiater-ein-auslaender-sein

Zegarki, kawa i rzepy. O tym, jak Szwajcarzy zostawili swój ślad na Księżycu

NASA-Speedmaster

Buzz Aldrin z zegarkiem szwajcarskiej firmy Omega na prawym nadgarstku. Fot. NASA

50 lat temu, 20 lipca 1969 roku, o godzinie 20:17 amerykańskiego czasu, 600 milionów ludzi na Ziemi oglądało na ekranach telewizorów, jak człowiek stawia pierwszy krok na Księżycu. Misja Apollo 11 to był sukces, który przeszedł do historii ludzkości, a gloria spłynęła na Amerykanów Neila Armstronga i (w mniejszym stopniu) Edwina Buzza Aldrina. Tymczasem, aby cała ta niemożliwa operacja się powiodła, potrzebny był wysiłek setek tysięcy ludzi i zaawansowane technologie stworzone przez najtęższe umysły, nie mówiąc już o wielkiej górze pieniędzy. A także odrobina szwajcarskiej pomysłowości. Choć fizycznie żaden Szwajcar nigdy nie postawił stopy na Srebrnym Globie, to można powiedzieć, że Helweci zostawili tam swój ślad.

„The eagle has landed”

Kojarzycie charakterystyczny emblemat z lądującym orłem, którego NASA używała podczas księżycowej misji? Naszywki z symbolem Ameryki zdobiły skafandry astronautów i uniformy ekipy naziemnej. Uszyła je firma Lion Brothers z Maryland na maszynach typu 2S-55 firmy Saurer ze szwajcarskiego Arbon w kantonie Thurgau. W amerykańskich szwalniach 40 takich maszyn dzień i noc pracowało na zamówienie NASA. Podobnież i amerykańska flaga, którą Buzz Aldrin wbił w księżycową ziemię, wyszła spod szwajcarskiej igły.

s69_34875

Oficjalna naszywka księżycowej misji wyszła spod szwajcarskiej igły. Fot. NASA

Ale jeszcze zanim wetknięta w Księżyc flaga symbolicznie przypieczętowała amerykański sukces, Aldrin rozstawił tam coś innego – żagiel słoneczny, wynalazek profesora Johannesa Geissa, profesora fizyki z Berna. Kawałek folii aluminiowej mierzył prędkość wiatrów słonecznych, a zgromadzone w ten sposób dane posłużyły potem szwajcarskim naukowcom z Wydziału Fizyki Eksperymentalnej do badań nad Układem Słonecznym i genezą Wielkiego Wybuchu. Berneński projekt był jedynym nieamerykańskim programem badawczym, przeprowadzonym podczas księżycowej wyprawy.

„Houston: 20 sekund” 

Aby misja Apollo 11 się powiodła niezwykle istotny był czas. A kto potrafi go mierzyć lepiej niż Szwajcarzy? Na zdjęciach z kapsuły rakiety Saturn V Buzz Aldrin pozuje z legendarnym Speedmasterem – zegarkiem Omega, wyprodukowanym przez firmę ze szwajcarskiego Biel. Dzięki odporności na wstrząsy, ekstremalne temperatury i pola magnetyczne, czasomierz nie miał sobie równych. Aldrin nosił Omegę nie tylko w statku kosmicznym, ale i stąpając po Księżycu, co oczywiście firma wykorzystuje w kampaniach reklamowych do dzisiaj. Jeśli macie wolnych 10 tysięcy franków, możecie sobie sprawić jeden z 6969 zegarków z limitowanej serii Omegi, wypuszczonej z okazji 50-lecia lądowania na Księżycu. Do obejrzenia tutaj.

Mało kto wie, że i paski, które przytwierdzały zegarki do skafandrów wszystkich dwunastu śmiałków, którzy dotychczas wylądowali na Księżycu, wykorzystywały szwajcarski wynalazek – taśmy na rzepy Velcro, wyprodukowane w Aubonne nad Jeziorem Genewskim. Rzepy pomagały też astronautom w codziennym życiu w stanie nieważkości – trzymały buty na nogach i różne małe przedmioty na swoich miejscach.

Szwajcarzy dołożyli swój kamyczek do ogródka także przy procesie produkcji hełmów dla astronautów. Wizjer musiał chronić oczy przed światłem słonecznym i promieniowaniem ultrafioletowym, dlatego jego wewnętrzną stronę pokryto warstwą złota, a następnie powleczono Tinuvinem, substancją chemiczną, kupioną od firmy Geigy z Bazylei.

f8681cf1-db99-4e48-8148-0e82a5ddcaad

„Nescafe też była na księżycu”. Na zdjęciu Buzz Aldrin rozstawia żagiel słoneczny z Berna. Fot. archiwum Nestlé

„Mały krok dla człowieka..

Kosmiczni bohaterowie zjedli śniadanie – tak pewnie brzmiałby pasek w telewizji informacyjnej, gdyby misja na księżyc odbywała się dzisiaj. Astronauci zanim dotarli do celu spędzili trzy dni w mało komfortowych warunkach, ale musieli tam jeść i pić. A wiadomo, że do śniadania, nawet jeśli jest się akurat w statku kosmicznym, nie może zabraknąć kawy. Tu interes zwęszył szwajcarski koncern Nestlé, którego rozpuszczalna Nescafé Gold nie wymagała zbytnich ceregieli, wystarczyło do proszku dodać trochę wody i kawopodobny płyn można było w praktyczny sposób zażyć nawet w warunkach nieważkości.

Aby osłodzić życie ekipie Armstronga, firma Nestlé stworzyła też kosmiczne słodycze wielkości kostki bulionowej. Space-Cubes o smaku truskawkowym, kokosowym, czekoladowym i orzechowym, same trafiały do buzi. Jak wiadomo, dieta jest bardzo ważna dla astronautów, a ilość przyjmowanego pożywienia musi być starannie określona. O odpowiednie porcje również zadbali Szwajcarzy, a ściślej precyzyjne wagi firmy Mettler znad Greifensee w kantonie Zurych. Urządzenia gwarantowały dokładne pomiary przy zmianach ciśnienia i temperaturach do 1600 stopni.

..wielki skok dla ludzkości”

Dzięki szwajcarskiej myśli technicznej nie tylko pracownicy NASA, ale i miliony ludzi na świecie mogły z wypiekami na twarzy śledzić historyczny moment lądowania na Księżycu. Soczewki o wysokiej rozdzielczości, w które wyposażone były kamery, rejestrujące to, co się działo podczas misji Apollo, to dzieło Szwajcarów. Dostarczyła je firma Kern z Aarau, podobnie jak i wysoce precyzyjne urządzenia pomiarowe, wykorzystywane przy budowie rakiety Saturn V.

8d74c9cb-b492-4b99-96c2-72f1ec2765d9

Nawet czujniki dymu do bazy w Houston dostarczyli Szwajcarzy. Fot. archiwum NASA

Także projektory w ośrodku dowodzenia NASA w Houston, wyświetlające na wielkich ekranach odliczanie do startu rakiety, a następnie obrazy z księżyca niemal w czasie rzeczywistym, pochodziły ze Szwajcarii – od firmy Gretag z Regensdorfu w kantonie Zurych. Amerykanie kupili wówczas od Szwajcarów 34 projektory typu Eidophor łącznie za 20 milionów franków. Swiss made były też zamontowane w suficie bazy w Houston czujniki dymu. Detektory dostarczyła firma Cerberus z Männedorfu w kantonie Zurych. 

Szwajcarski wkład w powodzenie amerykańskiej misji to także wyspecjalizowane niszowe technologie i produkty. Takie jak bardzo wytrzymałe syntetyczne szafiry z kantonu Valais, które były używane do konstrukcji baterii słonecznych i zabezpieczenia okien w kapsule statku.

TASA i jedyny szwajcarski astronauta 

W Szwajcarii misja na księżyc budziła równie silne emocje, jak i na całym świecie. Neil Armstrong, Edwin Aldrin i Michael Collins mieli tu nawet swoich naśladowców. W 1968 roku trzech nastolatków z Gretzenbach w kantonie Solothurn zapragnęło przeżyć to, co amerykańscy astronauci. Powołali własną misję, którą nazwali Team Apollo Schweiz Amerika, w skrócie TASA i zabrali się za budowę statku kosmicznego. Po dwóch latach kapsuła, przy której powstawaniu pomagała cała wieś, stanęła przed domem rodziców jednego z kandydatów na astronautę. Trzech przyjaciół zaplombowało się w niej na dwa tygodnie, symulując lot na księżyc. Żywili się amerykańskimi konserwami, spali w ciasnocie i załatwiali do plastikowych worków. Swoją przygodę transmitowali za pomocą kamery. Kiedy po 14 dniach misja zakończyła się sukcesem, mieszkańcy Gretzenbach urządzili wielkie święto, a o „szwajcarskich astronautach” pisały media w całym kraju. Dzisiaj panowie, już emeryci, wciąż się przyjaźnią i nadal interesują się kosmosem.

Z kolei prawdziwego astronautę Szwajcaria miała dotychczas tylko jednego. To Claude Nicollier z Vevey nad Jeziorem Genewskim, który wziął udział w czterech misjach kosmicznych NASA. W 1999 roku, jako pierwszy astronauta Europejskiej Agencji Kosmicznej, odbył 8-godzinny spacer w otwartej przestrzeni kosmicznej (tzw. spacewalk). Nicollier podczas swojej kariery spędził w kosmosie łącznie 42 dni, 12 godzin i 5 minut. Dzisiaj ma 74 lata.


Źródła:

https://www.nzz.ch/wochenende/schwerpunkt/mondlandung-die-schweiz-fliegt-zum-mond-ld.1487932

Schweizer Technik auf dem Mond

https://www.nasa.gov/feature/the-making-of-the-apollo-11-mission-patch

https://www.blick.ch/news/wirtschaft/berner-sonnensegel-schlaegt-ami-flagge-so-viel-schweiz-steckt-in-der-mondlandung-id15421528.html

https://www.omegawatches.com/watches/speedmaster/moonwatch/apollo-11-50th-anniversary/product

https://www.blick.ch/news/schweiz/schweizer-jugendliche-simulierten-1970-einen-mondflug-die-astronauten-von-gretzenbach-id15421506.html

https://en.wikipedia.org/wiki/Claude_Nicollier

Un witz, ou bien? czyli jakim językiem mówią Szwajcarzy w Romandii 

Autorka: Kasia Schiller, absolwentka filologii francuskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, specjalizuje się w lingwistyce i dydaktyce. Absolwentka Didactique des langues et ingénierie pédagogique numérique na Uniwersytecie Stendhal w Grenoble we Francji. W Szwajcarii francuskiej pracowała w latach 2008-2015. Obecnie pracuje w kantonie Zurych. 

Sprachen_CH_2000_fr

Językowa mapa Szwajcarii. Fot. Wikipedia, Marco Zanoli

Krajobraz językowy Szwajcarii francuskiej (po francusku Suisse romande lub nieoficjalnie Romandie, termin wprowadzony po raz pierwszy w 1723 roku przez historyka Arbrahama Ruchat) fascynuje i jest przedmiotem zainteresowania wielu lingwistów. Badania w 2015 roku na uniwersytetach w Neuchâtel, Genewie i Zurychu wykazały, że Szwajcarzy francuscy są dumni ze swoich regionalizmów i starają się je pielęgnować. Co ciekawe, regionalizmy są częściej przekazywane dzieciom przez ojców niż przez matki, które wolą uczyć dzieci „poprawnej” francuszczyzny. 

Szwajcarski francuski ma wiele ciekawych różnic w słownictwie, gramatyce, a nawet wymowie w porównaniu do francuskiego standardowego. W większości przypadków Francuzi i Szwajcarzy francuscy rozumieją się, w przeciwieństwie do Totos (określenie Szwajcarów z Romandii na swoich sąsiadów z drugiej strony Röstigraben) i Niemców. Ale pamiętajmy, że mówimy tu o regionalizmach. Jest wiele wyrażeń, które spotkamy tylko w kantonie Vaud, których nie usłyszymy w Neuchâtel, nie mówiąc już o kantonie Jura czy dwujęzycznym Valais. 

Jedną z najbardziej ewidentnych różnic między językiem Szwajcarów i Francuzów są liczby. W standardowym francuskim jeśli chcemy powiedzieć 95, mówimy quatre-vingt-quinze czyli dosłownie 4 x 20 + 15. W Szwajcarii 95 będzie po prostu nonante-cinq. Tak samo septante – 70, zamiast soixante-dix (60+10). Taki sam sposób liczenia jest w Belgii. Liczba 80 jest bardziej enigmatyczna. Huitante jest to znowu regionalizm używany głównie w kantonach Vaud, Valais i Fribourg. W Genewie powiemy quatre-vingts, chociaż huitante też jest rozumiane. 

Inną ciekawą różnicą są posiłki. W Szwajcarii, ale też Belgii i Quebecu mówi się déjeuner, dîner, souper na odpowiednio śniadanie, obiad, kolację. Takie samo nazewnictwo obowiązywało w Paryżu aż do początku XIX wieku. Potem z powodu różnych wpływów społecznych, Paryżanie na śniadanie zaczęli mówić petit-déjeuner, na obiad – déjeuner, dîner to kolacja. Pamiętajmy że we Francji są regiony, gdzie nadal używa się takiej samej nomenklatury jak w Szwajcarii. Są to np. niektóre części Alzacji czy Lotaryngi. 

Jest wiele słów, których użyjemy tylko w Romandii np. un cornet (siatka na zakupy w sklepie, po francusku un sac), kołdra to un duvet po szwajcarsku francusku, w standardowym francuskim powiemy une couette. Un linge to po szwajcarsku francusku ręcznik. Po francusku powiemy raczej une serviette, za to un linge to termin ogólny na szmatkę, kawałek materiału. Ścierka to une panosse w Romandie, a we Francji – une serpillère. Service to wyrażenie, które zastępuje po francusku de rien czyli nie ma za co. Les Frouzes to określenie na français frontaliers (Francuzów mieszkających przy granicy). Un natel to szwajcarska mot-valise (kontaminacja) pochodząca od słów national oraz téléphone. Oznacza po francusku un téléphone portable czyli telefon przenośny. 

W Szwajcarii francuskiej często usłyszymy też wyrażenie ou bien?, odpowiednik francuskiego n’est-ce pas? – nieprawdaż? 

expo-helvetismes-mots-suisses-2

Un cornet – plastikowa siatka, ale mówi się tak tylko w Romandii. Fot. Pinterest.ch

W języku francuskim w Szwajcarii znajdziemy też sporo zapożyczeń z niemieckiego. Im bliżej granicy Rösti, tym bardziej widoczne są germanizmy. I tak jeśli chcemy coś zapieczętować, Szwajcar użyje germanizmu stämpfer, Francuz powie tamponner. Szwajcarzy na suszenie włosów użyją zapożyczenia z niemieckiego foehner, podczas gdy Francuzi powiedzą sécher les cheveux. Żart to z niemieckiego un witz. Po francusku powiemy une blague albo une plaisanterie. Kolejnym helwetyzmem jest słowo un bancomat, które we francuskim standardowym brzmi un distributeur des billets. Nettoyer czyli czyścić po francusku to poutzer od niemieckiego putzen. Ciekawe są też kalki językowe składni czy wyrażeń, które są dokładnymi tłumaczeniami z niemieckiego np. tenir les pouces czyli Daumen drücken (trzymać kciuki). Francuz powie croiser les doigts czyli dosłownie krzyżować palce.

Bardzo ciekawie przedstawia się gramatyka szwajcarskiego francuskiego. Pewnych konstrukcji słownych nie spotkamy we francuskim. Częściej są one używane przez osoby starsze, które powiedzą np. je n’ai personne vu zamiast je n’ai vu personne (nikogo nie widziałem/am). Dla Francuzów niepoprawne gramatycznie jest wyrażenie szwajcarskie à l’emporter zamiast à emporter, co znaczy dosłownie na wynos. Tłumaczy się to uproszczeniem fonetycznym. Widząc dwie samogłoski obok siebie, Szwajcarzy łączą je z l na początku. Jest też słynny regionalizm il veut pleuvoir zamiast il va pleuvoir, które personifikuje deszcz i znaczy dosłownie chce padać zamiast będzie padać. Powróćmy do je n’ai personne vu. Wiele badaczy językowych twierdziło, że jest to kalka z germanizmu ich habe niemanden gesehen. Ale badania z 2015 roku wykazały, że pochodzi z patois romand, czyli dialektów francuskojęzycznej Szwajcarii. To tłumaczyłoby częstsze użycie przez ludzi starszych.

Etymologia słowa patois pochodzi z 1285 roku i oznacza dosłownie język niezrozumiały, ordynarny. Najpierw pisany jako patoi, ma pochodzenie odczasownikowe z patoier, czyli gestykulować. Pierwotne znaczenie było więc związane z porozumiewaniem się za pomocą rąk, później z ordynarnym, niegrzecznym zachowaniem. 

Sam termin patois jest używany we Francji, Belgii, Włoszech i Szwajcarii na określenie języków mniejszościowych lub dialektów. Wielu lingwistów francuskich używa bardziej precyzyjnych sformułowań np. valaisan na określenie patois w Valais albo jurassien (dialekt z kantonu Jura), ponieważ patois może mieć wydźwięk pejoratywny. Patois romand to zespół języków lokalnych, które były używane w Szwajcarii francuskiej. Językami patois romand mówi się nadal w części Valais, Fribourg i w Jura, ale nie na co dzień. Co ciekawe, wszystkie oprócz jurassien, mowy najmłodszego szwajcarskiego kantonu Jura, pochodzą z języka frankoprowansalskiego. 

Języki patois romand narażone były od dawna na wyginięcie i są głównie używane przez osoby starsze. Powodem zaniku dialektów w Romandii w porównaniu z dialektami w części niemieckiej jest wielki wpływ i dominacja Francji pomiędzy XVII i XIX wiekiem. W XVII wieku najbogatsze rodziny berneńskie mówiły mieszanką dialektu berneńskiego i języka francuskiego, a Fribourg tylko po francusku. W czasie reformacji, a potem Rewolucji Francuskiej stopniowo zanikał frankoprowansalski, który zaczął być używany tylko przez niektóre rodziny katolickie i wiejskie. Już w XIX wieku pedagodzy francuscy zalecali rodzicom naukę francuskiego jako pierwszego języka, żeby ułatwić edukację dzieci w szkołach, a pod koniec XIX wieku dialekty były zabronione pod groźbą kary. 

Od kilkunastu lat dialekty patois romand cieszą się większą popularnością, dzięki coraz większej promocji wśród organizacji, które chcą zapobiec ich wyginięciu. Szwajcarzy francuscy bardzo dumnymi że swoich dialektów i regionalizmów, dlatego dbają o to, żeby chociaż język pisany był dobrze udokumentowany. Ale nie tylko pisany język ma się coraz lepiej. W Radio Fribourg (w języku patois Radyô Friboua) od ponad 30 lat działa audycja radiowa prowadzona całkowicie w dialekcie fryburskim o nazwie Intrè-no. Ma ona ponad 10 000 słuchaczy, w tym również dzieci. 

Oglądałam wywiad z młodym mieszkańcem Fryburga Maximem Pittet, który opowiadał, że język usłyszał u dziadków. Najpierw uczył się go poprzez piosenki i wyliczanki dziecięce, a potem wziął go sobie jako przedmiot w szkole w Bulle. Niestety jest mało młodych Szwajcarów, z którymi może porozmawiać w tym dialekcie. Maxime mówi, że działa to na niego motywująco, chce bardziej popularyzować ten język i uczestniczy w audycji Intrè-no. Co ciekawe według Maxime’a język francuski brzmi o wiele bardziej prosto i wiejsko niż patois. Podoba mu się też bardziej fonetyka patois. 

Arpitan_en_Suisse

Dialekty frankoprowansalskie. Fot. Wikimedia Commons

Dialekty Szwajcarii francuskiej, jeśli nie w mowie, to na pewno przetrwają w piśmie. W 1899 roku wybitny lingwista Louis Gauchat stworzył instytucję o nazwie Glossaire des Patois de la Suisse Romande (GPSR), która miała na celu studiowanie i dokumentację języka patois romand. Badacze kontynuujący jego dzieło do tej pory zgromadzili około 3 000 000 fiszek z wyrażeniami patois romand. Uniwersytet w Neuchâtel postanowił pójść z duchem postępu i od 2018 zaczął dygitalizować zgromadzony materiał. Jest on dostępny za darmo na stronie http://gaspar.unine.ch/ Dokładna analiza i dokumentowanie GPSR jest prowadzona obecnie przez 8 redaktorów, którzy w 2016 roku ukończyli literę g. Obliczono, że żeby skończyć cały słownik do litery z, trzeba poczekać do roku 2062.

W Szwajcarii francuskiej jest region, w którym patois używane jest na co dzień w szkołach. Gmina Evolène w kantonie Valais to ostatnie miejsce, w którym dzieci mówią w patois. Według badań z 2000 roku, 55% mieszkańców Evolène mówiło dialektem frankoprowansalskim w domu lub w pracy. Jeszcze w 1970 roku, patois évolénard był pierwszym językiem uczonym w domu, francuskiego uczono dopiero w szkole. W 1995 roku 11 z 29 dzieci zaczynających edukację szkolną mówiło patois jako językiem ojczystym. Jednym z powodów ocalenia patois w tym regionie jest fakt, że zamieszkała część regionu jest usytuowana na wysokości 1200 – 2000 m. 

Oglądałam wywiady z dziećmi, które zdecydowały się na naukę tego języka w szkole. Zapytanie o motywację, mówiły, że chciały „poznać język używany przez ich dziadków”, „wyrazić szacunek dla starszych mieszkanców”. Kolejny niesamowity przykład jak nawet najmłodsi są przywiązani do swojej lokalnej kultury. 

Patois romand przeżywa odrodzenie i nadzieja w młodych Szwajcarach, że wysiłki lingwistów nie pójdą na marne.

Oto kilka przykładów patois évolénard wraz z tłumaczeniem na francuski.

bonzò – bonjour

ajyoú – adieu

Adì, koumènn tè va tù ?-Salut, comment vas-tu ?

ì y’è tù, stu fèmèla ? stu màta ? – Qui est cette femme ? cette fille ?

Ché yó. – C’est moi.

ééthre – être 

(yò) ché(tt) – je suis 

t’ é(th) – tu es 

(y’)/l’ è(th) – il/elle est 

(nò) chèïng – nous sommes 

(voj) ééthe – vous êtes 

(yu)/lè chònn – ils/elles sont


 

Źródła: 

Federica Diémoz, Mathieu AVANZI, Le « Corpus oral de français de Suisse romande » (OFROM) et les variétés du français en Suisse, 2012 

André Thibault, Dictionnaire suisse romand : Particularités lexicales du français contemporain, 2014

Interview radio Parlez-vous suisse romand ?, RTN, 2015   

Définition selon CNRTL, un ensemble de ressources linguistiques informatisées 

François Grin, Compétences et récompenses – La valeur des langues en Suisse, Éditions universitaires Fribourg, Suisse, 1999

Interview télévision Panorama des patois de Suisse Romande, RTS, 2016 

Site officiel de l’Université de Neuchâtel sur GPSR 

Marinette MATTHEY, Quand ça a besoin de place, ça pousse. Dans Discours familial intergénérationnel sur la (non-)transmission du patois d’Évolène, Université de Grenoble, 2012

Manuel MEUNE, Parler patois ou de patois ? Locuteurs gruériens et néo locuteurs vaudois : le discours sur le francoprovençal dans les associations de patoisants, Université de Montréal, 2012

Windą na Matterhorn, czyli gdzie są granice szwajcarskiej turystyki

st0005807_la-chaux-de-fonds_sommer_36518

La Chaux de Fonds z lotu ptaka. Fot. myswitzerland.com

Majówka 2019. Jadę na drugą stronę Röstigraben, czyli do francuskojęzycznej Szwajcarii. Najpierw Neuchatel/Neuenburg – błękitne jezioro, ośnieżone szczyty Alp (ledwo widoczne, ale wiem, że tam są), kamienice z piaskowca, brukowane uliczki, zamek. Potem Yverdon les Bains z campingowym, urlopowym klimatem, takim, że aż chce się zanucić „Chałupy welcome to”. Ładnie, jak to w Szwajcarii. Z tą różnicą, że na cüpli, czyli kieliszek prosecco mówi się tu flute i wszyscy udają, że nie znają słowa po niemiecku, choć uczyli się tego języka w szkole (wybaczam, też się uczyłam francuskiego, z marnym skutkiem).

Kiedy po pół godziny jazdy pociągiem z pocztówkowego Neuchatel wysiadłam na dworcu w La Chaux de Fonds poczułam się trochę, jakbym z Melediwów trafiła do Wejherowa. Niezrażona estetyką terenów okołodworcowych, ruszyłam w miasto, w którym urodzili się Le Corbusier i Louis Chevrolet (i jeden i drugi opuścił Szwajcarię), a w 2009 roku dostąpiło zaszczytu wpisania na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Wspinając się po stromych ulicach (miasto leży na 1000 m npm w górach Jury), których układ przypomina nowojorski Manhattan w miniaturze, powoli odkrywałam Szwajcarię, jakiej jeszcze nie miałam okazji oglądać. Zamiast ozdobnych kamienic z kolorowymi okiennicami, proste, kilkupiętrowe budynki, przytulone do siebie tak, jakby ktoś chciał wygrać konkurs na upchnięcie jak największej liczby domów na jednej przecznicy. Wąskie, przecinające się pod kątem prostym ulice, które nie zostawiają miejsca na przestronne place. Z góry widok na blokowiska, betonowe mosty, cegłę, kominy i szklane plomby. Miasto-fabryka. Symbol minionej epoki przemysłowej.

La Chaux de Fonds odbudowano w duchu urbanistycznego pragmatyzmu po pożarze w 1794 roku. Przestrzeń miejską zaaranżowano tak, aby pasowała do intensywnie rozwijającej się tu produkcji zegarków (ten region Szwajcarii jest nazywany Watch Valley). Najważniejszy stał się przemysł i robotnik. Miało być funkcjonalnie, bez wydziwionych architektonicznych form i zbędnych dekoracji. Dzisiaj to położone kilka kilometrów od granicy z Francją miasto, z bezrobociem znacznie przekraczającym szwajcarską średnią i wysokim odsetkiem imigrantów, wydaje się być miejscem zapomnianym, do którego nie docierają spragnieni instagramowych kadrów turyści.

Fakt, trudno tutaj o malownicze tło do selfie. W dzień wolny od pracy całe życie miejskie zdawało się koncentrować wokół przydworcowego macdonalda. Obiecująca wiele swoją nazwą Promenda Le Corbusiera okazała się być wyłożoną betonowymi płytami aleją przy torach kolejowych, z obskurnymi garażami po jednej i nowoczesnymi klockowatymi apartamentami po drugiej stronie. La Chaux de Fonds to chyba jedno z tych miejsc, które odwiedza się raz i już tu nie wraca. Które nawet w słoneczny, majówkowy wieczór, nie przyciąga turystów.

A takich miejsc w Szwajcarii nie ma zbyt wiele. Gospodarka zarabia na turystach prawie 50 miliardów franków rocznie. W samych tylko hotelach i innych miejscach noclegowych zwiedzający zostawili w 2018, rekordowym roku, ponad 38 miliardów franków. Turystyka jest jedną z najważniejszych helweckich branż eksportowych, generując roczne obroty porównywalne ze sprzedażą zegarków za granicę. To ogromny biznes, który skutkuje coraz bardziej uciążliwym dla mieszkańców przeludnieniem oraz podziałem kraju na miejsca „turystyczne” i takie, które dopiero się nimi staną.

Samą Lucernę, uwielbianą przez zagranicznych turystów, odwiedza rocznie ponad dziewięć milionów osób. Na każdego mieszkańca przypada tu 116 zwiedzających, więcej niż w przesyconej turystami Wenecji. Najwięcej emocji wzbudzają przybywające do Lucerny na zaproszenie międzynarodowych firm grupy pracowników z Azji. W przyszłym tygodniu miasto odwiedzi rekordowo liczna grupa 12 tysięcy sprzedawców kosmetyków z Chin. Władze zapewniają, że mają wszystko pod kontrolą. Choć Szwajcarzy narzekają na zastawione autokarami centrum miasta, wylewające się na ulice tłumy i podbijanie cen, to wiedzą, że turyści równa się kasa. Szacuje się, że sama tylko wspomniana wizyta z Chin da regionowi zastrzyk gotówki w wysokości 4 milionów franków.

Lucerna i okolice stały się ofiarą swojego turystycznego sukcesu. Podobny los spotkał m.in. słynną górską restaurację Äescher-Wildkirchli, przyklejoną do skał Ebenalp na wysokości 1640 m npm. Dawniej było to miejsce, do którego docierali głównie lokalni mieszkańcy i szukający schronienia miłośnicy alpejskich wędrówek. Do czasu, kiedy w 2014 roku pojawiło się na okładce National Geographic jako turystyczny „kierunek życia”. Miejsce ze 170-letnią tradycją nie wytrzymało nalotu turystów uzbrojonych w smartfony. Dotychczasowi zarządzający restauracją, przytłoczeni ogromem chcących skorzystać z ich gościny osób, zrezygnowali z jej prowadzenia. Dopiero w miniony weekend Äescher otworzyła swoje podwoje pod nowym kierownictwem.

W wielu miejscach Szwajcarii sezon turystyczny trwa właściwie przez cały rok. Zimą przyjeżdża się na narty i świąteczne jarmarki, latem – na górskie wędrówki, wycieczki słynnymi trasami kolejowymi, zwiedzanie miast. Oprócz tego są gondole-kabriolety, wagoniki z przeszkloną podłogą, wykładane kryształkami Swarovskiego, kolejki, którymi da się wjechać na niedostępne dla przeciętnego turysty szczyty Alp. Nie chodzisz po górach? Nie ma problemu – my cię na nie wwieziemy, choćbyś miał tam brodzić w śniegu w samych klapkach. Byle wyżej, dalej, drożej.

Uruchomiona w ubiegłym roku kolejka linowa Matterhorn Glacier Ride pozwala każdemu, kogo na to stać, wjechać na wysokość ponad 3800 metrów npm. To najwyższy dostępny dla masowej turystyki punkt w Europie. Co będzie następne? Winda na Matterhorn? Całym sercem jestem za swobodą podróżowania i korzystania z dobrodziejstw techniki. Sama często jestem turystką w Szwajcarii i poza nią. Alpejskie szczyty wolę jednak oglądać z dołu, a te, na które nie mogę wejść, zwykle zostawiam w spokoju.

Aby zachować dystans do ekspansywnej szwajcarskiej turystyki, dobrze jest czasem pojechać w miejsca, o których nie pisze się na pierwszych stronach przewodników. Zamiast szukać punktów widokowych i panoram, posłuchać historii i odkryć, że Szwajcaria ma różne oblicza. Nawet, jeśli nigdy nie wrócę do La Chaux de Fonds, to pozostanie ono jednym z moich tutejszych zaskoczeń. Jestem pewna, że nie ostatnim.

Stoliczku nakryj się – zero waste po szwajcarsku

Food_Waste_Karotten_595

Unikatowe marchewki można tylko kochać. Fot. nachhaltigleben.ch

Niedawno pisałam o tym, co Szwajcarzy robią z odpadami atomowymi. Teraz też będzie o śmieciach, ale tych nam bliższych, bo codziennych.

Zajrzyjcie do swoich lodówek. Ile ze zgromadzonego tam jedzenia trafi za kilka dni na śmietnik? Przeciętny mieszkaniec Szwajcarii wyrzuca co roku ok. 120 kilogramów żywności, a te statystyki stają się jeszcze bardziej smutne, jeśli wiemy, że połowa produktów spożywczych pochodzi tutaj z importu. Marnujemy więc nie tylko to, co sami wytworzymy, ale też to, co jest efektem pracy ludzi z innych, często uboższych krajów.

Wiadomo, że świat nie jest idealny i zazwyczaj nie zjadamy wszystkiego, co kupujemy. Co się dzieje z resztkami? W szwajcarskich kuchniach warzywa i owoce, a także chleb, jajka, mięso i inne pozostałości organiczne lądują w kompostownikach (listę tego, co wolno tam wrzucić znajdziecie tutaj), a następnie fermentują w specjalnych zielonych kontenerach pod domem, skąd trafiają do stacji przerabiających je na biogaz. Rocznie w samych tylko gospodarstwach domowych kompostuje się 300 tysięcy ton odpadów, a Szwajcarzy chcą, aby do 2030 roku z tego odnawialnego źródła pochodziło 30 procent energii cieplnej wytwarzanej w kraju.

Odpady organiczne to tylko czubek góry lodowej, a w tym przypadku wielkiej góry śmieci. W Szwajcarii rocznie wyrzuca się 2,3 miliony ton żywności. Wydawałoby się, że to głównie wina supermarketów, przecież to tam marnuje się najwięcej jedzenia. I tu zaskoczenie. Połowa z tych ponad dwóch milionów ton to nasz chleb powszedni, czyli żywność, którą wyrzucamy w domach. To oznacza, że w koszach na śmieci ląduje jedna piąta jedzeniowych zakupów każdego z nas. Na drugim miejscu w niechlubnym rankingu jest przetwórstwo żywności, a na trzecim rolnictwo. Natomiast owiany złą sławą handel detaliczny odpowiada tylko za kilka procent odpadów (podobnie jak gastronomia). Z tego wniosek, że największymi szkodnikami jesteśmy my sami, w zaciszu swoich kuchni i jadalni.

(Krótka przerwa na samobiczowanie)

Wróćmy do marketów, które w Szwajcarii robią wszystko, aby unikać wyrzucania dużej ilości jedzenia (utylizacja odpadów kosztuje). Przede wszystkim starają się jak najwięcej opchnąć nam. Jednym ze sposobów jest przecena świeżych produktów – gotowych kanapek, sałatek, ciast – pod koniec dnia. Innym, obniżanie cen żywności, której zbliża się końcowy termin sprzedaży (oznaczany literką A), ale ma jeszcze kilka dni przydatności do spożycia (data B). Moim hitem jest natomiast sprzedawanie taniej brzydkich warzyw i owoców. W Coopie natknęłam się ostatnio na „unikatowe” marchewki po 0,95 CHF za kilogram. Super sprawa, a w dodatku ubawiły mnie ich kształty. Podsumowując, markety sprzedają nam żywność za pół ceny, po to, żebyśmy to my, a nie one ją potem wyrzucili. Zagranie, co by nie mówić, sprytne i opłacalne.

20688871261_3907121720_z

Wielkanocne zajączki można zjeść i po świętach albo oddać innym. Na zdjęciu sortownia szwajcarskiej organizacji pomocowej Stoliczku nakryj się. Fot. www.tischlein.ch

Co się dzieje z jedzeniem, którego nie uda się wcisnąć konsumentom? Weźmy np. wczorajsze pieczywo, przecież jeszcze zjadliwe, ale już nie do wystawienia obok pachnących, świeżych, nadmuchanych bułeczek. Szwajcarskie piekarnie przekazują je do tzw. äss-barów, które następnie sprzedają chleb, bułki i słodkie wypieki za symboliczną cenę (od 0,50 CHF) tym, którym na świeżości aż tak bardzo nie zależy. W 2016 roku (ostatnie dostępne dane) äss-bary „uratowały” w ten sposób ok. 300 ton żywności, karmiąc wczorajszym chlebem pół miliona ludzi w całym kraju. Secondhandowe piekarnie działają w całej Szwajcarii, a ich listę można znaleźć tutaj.

Sklepy i restauracje przekazują to, czego nie sprzedały także organizacjom pomocowym. Takie umowy mają z handlem i gastronomią m.in. Caritas, Schweizer Tafel (Szwajcarski stół) czy Tischlein, deck dich (Stoliczku nakryj się). Działające non-profit stowarzyszenia rozdzielają otrzymaną żywność między potrzebujących: biednych, bezdomnych, chorych, przebywających w ośrodkach pomocy społecznej. Ludzie ze Schweizer Tafel rozdają dziennie 16 ton żywności w 12 regionach kraju, pracownicy Tischlein, deck dich tylko w 2017 roku rozdysponowali 4,2 tysiące ton jedzenia. Również mniejsze sklepy mogą przekazać swoje nadwyżki, co częściej jest też dla nich tańszym rozwiązaniem niż wywóz odpadów. Aby dystrybucję uczynić jeszcze bardziej skuteczną, w 2016 roku zaczął działać w Szwajcarii pierwszy bank żywności online – Food Bridge, który włącza w cały proces ratowania jedzenia również producentów oraz przetwórców, gdzie pozostałości są problemem znacznie większym niż w sprzedaży detalicznej.

To działania systemowe, a schodząc na niższy poziom, ciekawą lokalną inicjatywą jest organizowane przez stowarzyszenie foodwaste.ch wspólne miejskie gotowanie pod hasłem „Twoje miasto podaje do stołu”. Wolontariusze przygotowują posiłki ze wspomnianych już brzydkich warzyw i żywności, która się nie sprzedała, a następnie karmią wszystkich, którzy przyjdą z talerzem. Takie zero waste’owe kulinarne uczty odbyły się już w Bernie, Bazylei, Zurychu, Aarau i Chur. Informacje o kolejnych wydarzeniach znajdziecie tutaj. 

Co możemy na co dzień zrobić my, pozornie trybiki w machinie, a w rzeczywistości przecież aktorzy grający na planecie Ziemia główną rolę (szkodników)? Jedna z opcji to nocne nurkowanie w kontenerach z żywnością, którą wyrzucają markety. W Szwajcarii, w odróżnieniu choćby od Niemiec, nie jest to uznawane za kradzież, więc droga wolna. Jeśli ktoś woli mniej radykalne rozwiązania, może np. ściągnąć sobie na telefon aplikację Too Good to Go i za jej pomocą wyszukać miejsca – sklepy, piekarnie, kawiarnie, restauracje – które pod koniec dnia oddają za kilka franków świeże produkty spożywcze i dania, które się nie sprzedały. W ten sposób można sobie zarezerwować rogaliki na śniadanie albo zestaw sushi na kolację, w zależności od tego, jakie miejsca w naszej okolicy biorą udział w akcji. W Szwajcarii „uratowano” już dzięki temu ponad 230 tysięcy posiłków. Jak to działa? Obejrzyjcie wideo.

Kiedy natomiast zdarzy nam się kupić za dużo albo po wiosennym grillowaniu zostanie kilka paczek całkiem smacznych kiełbasek (oczywiście wegańskich), których już nie sposób przejeść, nasze jedzenie także możemy przekazać dalej. Na rarytasy czekają na przykład tzw. restessbary, czyli miejsca w większych i mniejszych szwajcarskich miastach (pierwsze powstało w 2012 roku w centrum Winterthuru), gdzie można zostawić wciąż nadającą się do spożycia żywność, której nie potrzebujemy. Dla zainteresowanych więcej informacji pod linkiem.

W Szwajcarii robi się wiele, aby nie dopuszczać do wyrzucania jedzenia. Alternatyw dla śmietnika jest sporo, wystarczy tylko chcieć i zadać sobie minimum trudu. Najlepsze rozwiązanie dla nas, konsumentów wydaje się być proste – kupować mniej, maksymalnie wykorzystywać resztki i starać się nie robić zapasów świeżych produktów, które i tak kończą potem w koszu na śmieci. Jeśli ktoś nie potrafi, są już na rynku inteligentne lodówki, które planują optymalną ilość jedzenia, uwzględniając potrzeby całej rodziny. Wszystkie chwyty dozwolone. Byleby nie marnować. Żywności ani pieniędzy.