Królowa z alpejskim rogiem

eliana-burki-bg-2-l-1024x627

Sesja zdjęciowa do najnowszej płyty „Arcadia” Fot. Eva Müller/eliana-burki.com

Rozwiany blond włos, kolczyk w nosie, mini spódnica i kowbojki, do tego przyciągająca wzrok biżuteria. Ta dziewczyna wygląda jak gwiazda rocka. Tylko, że zamiast gitary przez ramię przewieszony ma alphorn, róg alpejski.

Tradycyjny instrument szwajcarskich górali, który niegdyś służył do zaganiania stada i komunikacji pomiędzy pasterzami, kojarzy się dzisiaj ze szwajcarskim folklorem i atrakcją dla turystów. Żaden świąteczny jarmark, festiwal jodłowania czy wiejskie wesele nie obędą się bez dmuchania w wielką tubę. Wydobywane z niej monotonne dźwięki na stałe wpisały się w alpejski krajobraz i kiedy wydawałoby się, że jeśli chodzi o walory muzyczne, to alphorn niczym już nie może nas zaskoczyć, pojawiła się ona.

Eliana Burki pochodzi z Feldbrunnen w kantonie Solura i zaczynała w wieku sześciu lat, na początku tak jak wszyscy, od grania na festynach ludowych. Ale kurczowe trzymanie się tradycji raczej nie było jej pisane. Już jako nastolatka odkryła blues i jazz, jednak z alpejskim rogiem wcale nie chciała się rozstawać. Nie każdemu się to podobało. Na kolejnych festiwalach jodłowania, w których brała udział, łamała wszystkie zasady, a jurorzy nie zawsze byli wyrozumiali dla jej niecodziennego stylu gry. Muzyczni fundamentaliści pisali skargi do jej rodziców, że alphorniska z duszą rewolucjonistki profanuje narodowy instrument Szwajcarii. Na szczęście więcej było tych, którym podobały się improwizacje w stylu Milesa Davisa na starym dobrym rogu.

Eliana-Burki-Solis-String-Quartet-3-1024x683

Z kwartetem Solis String z Neapolu. Fot. Francesco Truono/eliana-burki.com

Burki zaczęła muzyczną karierę. Najpierw występowała na koncertach w kraju, podczas których na pianinie akompaniowała jej mama. Potem zaczęły się podróże po Europie. W międzyczasie studiowała jazz w Bazylei i nie rozstawała się z alpejskim rogiem.

Z czasem jej muzyczny styl zaczęto nazywać „funky swiss alphorn”, bo łączy muzykę ludową z popem, jazzem, klasyką, a nawet motywami orientalnymi i latynoamerykańskimi. W kraju uchodzi za buntowniczkę. Zamiast ludowego trachtu nosi krótkie spodenki, a jej instrumenty, które sama nazywa „Burki-horn”, są zrobione z karbonu (aby były lżejsze), a nie z drewna, jak nakazywałaby tradycja. Róg alpejski nie jest najłatwiejszy w obsłudze. Dźwięki wydobywa się z niego wyłącznie przy pomocy wdmuchiwanego powietrza i aby wycisnąć z alphornu więcej niż górale, Burki modyfikuje tradycyjną tubę tak, aby bardziej przypominała inne instrumenty dęte. A do tego jeszcze śpiewa.

Najbardziej znana szwajcarska alphornistka dzieli życie między Zurych a Los Angeles. To na amerykańskim rynku jej kariera muzyczna nabrała rozpędu i to tam dziewczyna z Solury jest dzisiaj znana jak żadna inna helwecka gwiazda. Współpracowała m.in. z wytwórnią, która wydaje płyty Norah Jones i z producentem zespołu Queen. Ze swoim zespołem I Alpinisti Burki koncertuje na całym świecie. Występowała jako solistka z orkiestrami z Armenii, Stuttgartu i Zurychu. Prezentowała róg alpejski przed milionową publicznością w Chinach. Była też raz w Polsce, w 2005 roku grała na targach książki w Warszawie.

Angażuje się w ciekawe projekty, zwłaszcza jeśli jej talent może dodatkowo przysłużyć się czemuś dobremu. W 2005 roku zagrała z młodymi pasjonatami alpejskiego rogu w rosyjskiej Republice Baszkorostanu, a wydarzenie odbyło się przy wsparciu Szwajcarskiej Organizacji Współpracy i Rozwoju. Zawsze znajdzie też czas na to, aby w szpitalu dziecięcym w szwajcarskim Davos poprowadzić muzykoterapię dla dzieci chorych na mukowiscydozę.

W czasie wolnym od pracy i pomagania Elena Burki także realizuje się artystycznie, tym razem jako aktorka. Skończyła prestiżową akademię dramatu w Los Angeles i zagrała w filmie we Francji. Sama szyje swoje sceniczne kreacje. Praktykuje też jogę i organizuje wyjazdy medytacyjne. Mówi o sobie, że jest obywatelką świata i nomadką. Gdyby nie poświęciła się muzyce, być może zostałaby weterynarką, bo kocha zwierzęta. Ma dwa psy, Milesa i Lulu.

„Królowa alphornu” w pełni sobie na ten tytuł zasłużyła, ponieważ jak nikt inny wypromowała ten nieco przykurzony instrument w świecie. Pokazała, że można być ambasadorką tradycji, jednocześnie kompletnie się z niej wyłamując. Dzięki niej gra na rogu alpejskim, a przy okazji i Szwajcaria, stały się sexy. Bo przecież hymn narodowy można zagrać i tak..

Więcej informacji o Elianie Burki znajdziecie na jest stronie internetowej http://eliana-burki.com. Fragmenty koncertów i teledyski są dostępne na Youtube.

 

Pocztówka ze Szwajcarii

Preview.PreviewServlet-5

Parking w Kloten. Rok 1985. Źródło: ETH-Bibliothek Zürich, Bildarchiv/ Comet Photo AG

Niespodzianki nie ma. Doroczny raport mierzący globalny dobrobyt ludzkości potwierdził, że Szwajcaria pozostaje najbogatszym krajem na świecie. A mnie przypomina się jedno zdanie z opowiadania Olgi Tokarczuk pt. „Obywatele najbogatszych państw świata”:

„Okazuje się, że obywateli najbogatszych państw świata czasami nie stać na życie we własnym kraju.”

No właśnie.

Dzisiaj temat, który o bogactwo zahacza. Samochody. Naiwnie wierzyłam w to, że im zamożniejsze państwo, tym mniejsza potrzeba podkreślania społecznego statusu za pomocą prostych symboli. Dla Szwajcara, w którego garażu stoi nie jedno, ale nawet dwa czy trzy, auto będzie miało inne znaczenie, niż choćby dla Albańczyka (w raporcie dobrobytu Albania to jeden z najuboższych krajów w Europie), na którego używane bmw często musi się zrzucić cała rodzina.

Tak mi się wydawało, dopóki w któryś sobotni poranek nie zaczęłam się uważniej przyglądać kierowcom spędzającym czas na myjni samochodowej. Z jakim zaangażowaniem i czułością, jeden obok drugiego, niespiesznie i z uwagą, pucują na błysk maski swoich rumaków. To musi być miłość.

Później się dowiedziałam, że w Szwajcarii pożyczyć komuś samochód, to jak oddać mu na przechowanie portfel pełen banknotów. Najwyższa forma zaufania do drugiego człowieka.

Szwajcarzy kochają auta. Z ponad 4,5 miliona zarejestrowanych samochodów osobowych Szwajcaria jest jednym z najbardziej zmotoryzowanych krajów w Europie. Ponad dwa miliony ludzi codziennie wsiada tu za kółko, żeby dojechać do pracy czy szkoły. Gdybym chciała wysłać komuś szczerą pocztówkę ze Szwajcarii, to zamiast połyskującej w słońcu tafli jeziora i ośnieżonych szczytów Alp, umieściłabym na niej sznurek aut.

Number_of_passenger_cars_per_thousand_inhabitants,_2017

Liczba samochodów osobowych na tysiąc mieszkańców. Źródło: Eurostat

Bo tam, gdzie na niewielkiej powierzchni jest tyle samochodów, są i korki. Tak się składa, że najbardziej zatłoczona autostrada w kraju to trasa z Winterthuru do Zurychu, niedaleko której mieszkałam przez ostatnie pięć lat. Ta droga korkuje się przez 349 dni w roku.

W Zurychu kierowcy tracą rocznie 156 godzin (prawie tydzień) stojąc w korku. To więcej niż w Berlinie, Barcelonie czy Krakowie. Wyliczono, że przestoje w transporcie kosztują Szwajcarię rocznie prawie 2 miliardy franków. Co robi w tej sytuacji najbogatszy kraj świata? Ogłasza wielki plan rozbudowy autostrad.

Fakt, auto to szybkość i wygoda, a autostrady w Szwajcarii są wręcz absurdalnie tanie (winieta na cały rok kosztuje 40 franków). Stąd powszechne przekonanie, że samochód jest tańszy w użytku niż korzystanie z transportu publicznego. Nie zawsze tak jest. Eksperci z Touring Club Suisse, największego klubu motoryzacyjnego w Szwajcarii policzyli, że wszystkie koszty użytkowania samochodu (ubezpieczenia, parkingi, serwis) mogą sięgać w Szwajcarii nawet 10 tysięcy franków rocznie. Za roczny bilet komunikacji publicznej w 2. klasie płaci się prawie trzy razy mniej. 

Z miłością do aut i nawykami społeczeństwa dobrobytu trudno jednak dyskutować. Niedługo miną dwa lata odkąd w moim domu zdecydowaliśmy się spróbować żyć bez samochodu. Pisałam o tym w tekście pt. „Wózeczkowcy” (dla przypomnienia, jest tutaj). Choć mąż czasem płacze w poduszkę, to wytrwaliśmy, jesteśmy zdrowi, wózeczek ma się dobrze. A co jest najpiękniejsze? Nie stoimy w korkach. Kiedy zdarza się sytuacja, że bez auta ani rusz, wtedy korzystamy z wypożyczalni.

Kiedy opowiadam o tym znajomym i nieznajomym Szwajcarom reakcje są różne. Niektórzy dziwią się tak, jakbyśmy przyznali się co najmniej do tego, że nie płacimy podatków. Nie mieć samochodu w kraju, w którym posiadanie go jest czymś tak naturalnym jak oddychanie, to wstyd. Coś, do czego lepiej się nie przyznawać, jak do tego, że aby oszczędzić kilka franków, jeździ się na zakupy do Niemiec.

gr-d-00.17.09.01.01.01-ind-computed_thumbnail

W 2018 roku kierowcy w Szwajcarii stali w korkach łącznie ponad 25 tysięcy godzin. Źródło: Bundesamt für Statistik

Samochód jest nieekologiczny. Szwajcaria ma ambicje stać się krajem neutralnym także klimatycznie. Z jednej strony mamy korki, z drugiej demonstracje w obronie klimatu. W dodatku Zieloni po ostatnich wyborach wdarli się przebojem do Berna i są czwartą siłą polityczną w parlamencie. Może jednak wszystko zmierza ku dobremu?

Przeczytałam ostatnio wywiad z przedstawicielem Zielonych w szwajcarskim parlamencie, w którym mówi on wprost, że aby zachęcić ludzi do korzystania z transportu publicznego, należałoby im obrzydzić jazdę samochodem. Na przykład polikwidować parkingi w miastach, zmniejszyć liczbę pasów na autostradach, obniżyć limity prędkości, podnieść cenę benzyny. Tak jakby stanie w godzinnych korkach już nie było wystarczająco uciążliwe.

A może zamiast obrzydzać, lepiej uatrakcyjniać? Zwiększyć pulę tanich biletów kolejowych i oferowanych przez gminy dziennych kart na całą Szwajcarię? Budować miasta z myślą o rowerzystach, a nie o kierowcach? Tak harmonizować rozkłady jazdy pociągów i autobusów, aby droga do pracy trwała jak najkrócej? W stolicy Estonii, Tallinie, komunikacja miejska jest bezpłatna. Dlaczego nie w Winterthurze? Przecież Szwajcaria to najbogatszy kraj na świecie. Możliwości są nieograniczone.

Choćbyśmy żyli w najbardziej zielonym kraju na świecie, zawsze będą tacy, którzy bez auta żyć nie mogą. Ci znaleźli sobie alternatywę. Na baterię. Szwajcarscy kierowcy wprost zakochali się w elektroautach. Jeśli chodzi o ich sprzedaż, Szwajcaria to piąty największy rynek w Europie. Pół roku temu przeprowadziłam się do nowego budynku, gdzie w podziemnym parkingu każde miejsce ma już ładowarkę. Władze Zurychu planują budować specjalne parkingi w mieście, przeznaczone wyłącznie dla elektroaut. Cicha i tak Szwajcaria za kilka lat stanie się prawdopodobnie bezszelestna.

Skąd wziąć na to wszystko prąd, skoro zamykamy elektrownie atomowe? Dobre pytanie. Ale to już temat na zupełnie inny tekst. 

Mieszkam w Szwajcarii. Jestem szczęściarą!

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. To powiedzenie było moim mottem przez całe dorosłe życie. Nosiło mnie. Odkąd pamiętam. W czasie studiów zmieniałam miasta i uniwersytety. Odkryłam podróżowanie i to, że można inaczej. Nielinearnie, nie po kolei, po swojemu. To dlatego cieszyłam się życiem w Amsterdamie, kiedy inni bronili prac magisterskich i wygrywali pierwsze staże w korporacjach (inna sprawa, kto lepiej na tym wyszedł). Przecież ja mam czas, a jest jeszcze tyle ciekawych miejsc, w których można pomieszkać. Szybko się nudziłam.

A teraz mija mi pięć lat w Szwajcarii. W jednym miejscu. Kiedyś osiągnięcie z gatunku niemożliwych. Nie licząc rodzinnego miasta, Winterthur to póki co jedyny teren, który oznaczyłam jako swój na tak długi czas. Nie myślcie jednak, że niespokojna dusza właśnie tutaj – w najbrzydszym mieście Szwajcarii – znalazła ukojenie. Nic takiego się nie wydarzyło. Każda bliższa czy dalsza podróż otwiera we mnie czakry odpowiadające za nomadyzm. Przecież TU (wstawić miejsce, w którym akurat się znalazłam) jest tak pięknie/ciekawie/inaczej/fascynująco, że natychmiast, od dzisiaj mogłabym TU zamieszkać. Do głowy uderza znajome „rzuć wszystko i zacznij od nowa”, a Google aż furczy od szukania ofert pracy i wolnych mieszkań. Może właśnie to jest moje miejsce na ziemi?

Właśnie wróciłam do Szwajcarii po trzech tygodniach w Azji. I wiecie co? To była pierwsza podróż, z której nie przywiozłam rozdzierającego duszę poczucia, że „tam jest lepiej i co ja właściwie robię w tym nudnym kraju”. Odwrotnie. Już mniej więcej na półmetku pobytu w Malezji złapałam się na niepokojących myślach, które zewnętrzny  obserwator mógłby łatwo pomylić z tęsknotą. „Jak to dobrze, że w Szwajcarii..”, „A w Szwajcarii to..”, „Pierwsza rzecz, jaką zrobię po powrocie do Szwajcarii..”. Zaraz, zaraz.. Czyżbym ja tęskniła? Dajcie mi cuchnący ser, spóźniony o trzy minuty pociąg i jakieś referendum!

Zapytałam raz koleżankę Włoszkę, która od lat mieszka w Szwajcarii, czy po tak długim czasie w ogóle wyobraża sobie powrót? „A po co? Przecież my tutaj jesteśmy uprzywilejowani”. Nie bez powodu te słowa przypomniały mi się właśnie teraz, kiedy szwajcarskie atuty, które wcześniej najwyraźniej bagatelizowałam, zaczęły się sypać jak monety z portfela emerytki. Pozwólcie, że wymienię kilka.

00afa83100967179e90150dac1c679ed

Plakat promujący wystawę „Paradies Schweiz” w zuryskim muzeum. Fot. Museum für Gestaltung.

Powietrze pachnie jak złoto

Nalewam do szklanki wody z kranu i otwieram drzwi na balkon. To jedne z pierwszych czynności, które wykonuję o poranku. Automatycznie, jak coś oczywistego, bez zastanowienia. Z powietrzem jest podobnie jak ze zdrowiem. Zaczynamy doceniać dopiero wtedy, kiedy zabraknie. Po trzech tygodniach wiszącego nad głową smogu, zasłaniającego drapacze chmur i niebo, nawet przesycony zapachem spalin z silników samolotów wdech na lotnisku w Zurychu wydaje się luksusem cenniejszym niż złoto. A szklanka zwykłej kranówki smakuje jak napój bogów.

I love SBB!

Obiecuję, że odtąd już nigdy, przenigdy, nie będę narzekać na spóźniające się pociągi. Trzy minuty, sześć, dwanaście. Take your time, poczekam z przyjemnością. Po Malezji poruszaliśmy się autobusami. Były nowoczesne, wygodne, zazwyczaj czyste i klimatyzowane (wściekle!). Ale pół godziny spóźnienia to standard, o którym nawet nie informowano. Godzina to norma, przyjmowana przez lokalnych bez grymasu. Podróż ma trwać cztery godziny, okazuje się, że trwa siedem. Najdłuższa trasa, jaką pokonaliśmy (ok. 700 kilometrów) zajęła prawie trzynaście. Mam wrażenie, jakbym połowę wakacji spędziła na oglądaniu plantacji palm zza szyb autobusu. Szwajcario, kocham Twój rozmiar i Twoje koleje. To, że w godzinę mogę być w górach, a w trzy przemierzyć cały kraj. Przysięgam inwestować w bilety wszystkie pieniądze jakie mam (w sumie już to robię).

Niech żyje swoboda

Palenia, picia i jedzenia, śmiecenia, żucia gumy, wprowadzania psów, jazdy na rowerze, słuchania muzyki, siadania na trawniku, pływania, śmierdzących owoców, nieprzyzwoitego zachowania.. ZAKAZ goni ZAKAZ. To nie dla mnie. Choć lubię ład i porządek, to wierzę, że przestrzeganie reguł nie wyklucza zaufania do człowieka i pozostawienia swobody wyboru, a wymuszane odgórnie tylko szkodzi. Naiwne? Być może. Ale w Szwajcarii jakoś działa. Mam wrażenie, że ludzie tu jak ognia boją się ograniczeń. W tym roku gorącą dyskusję wywołało wprowadzenie zakazu palenia na dworcach. Żeby przypadkiem nikt nie poczuł, że to zamach na jego wolność, na peronach pojawiły się plakaty komunikujące nowe zasady, które przekonywały, że tak naprawdę to nic się nie zmieni. Palacz będzie mógł kurzyć nadal, tyle, że w wyznaczonych miejscach, a niepalący nie dostanie chmury dymu w twarz w oczekiwaniu na pociąg, jeśli wie, gdzie stanąć. Wilk syty i owca cała. Kwintesencja słynnego szwajcarskiego kompromisu.

Gourmet z Migrosa

Wchodzę do pierwszego lepszego marketu i przebieram w bio warzywach i wegańskich serach. Czekają na mnie ryby certyfikowane przez WWF i mięso, o którego pochodzeniu mogę się dowiedzieć ze szczegółowych informacji na etykiecie. Mogę kupić naturalne wino, czekoladę bez oleju palmowego i sos do sałaty bez konserwantów. Żywność dobrej jakości. Sezonowa, od lokalnych producentów, bezpieczna i smaczna. Nie muszę szukać. Mam ją na wyciągnięcie ręki.

Można? Można!

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak to się dzieje, że w Szwajcarii wszystko działa? Samochody jeżdżą jak po sznurku, poczta dostarcza listy (zazwyczaj) na czas, nie trzeba czekać w kolejkach do lekarza, a urzędnicy nawet jeśli bywają niekompetentni, to przynajmniej starają się pomóc. Macie jakiś pomysł? Socjologiczno-ekonomiczno-historyczno-psychologiczną metateorię na ten temat? Bardzo chętnie posłucham. Wiem jedno. Do tego komfortu bardzo łatwo się przyzwyczaić. Wiadomo, że na wakacjach przymykamy oko na rozgardiasz, biorąc go za lokalny koloryt. Ale po powrocie oddychamy z ulgą. Pewnie dlatego Szwajcarzy tak rzadko emigrują. Bo gdzie byłoby im lepiej?

Franek ma moc, my mamy franka

Ludzie zazwyczaj wracają z wakacji spłukani. Ale nie Szwajcarzy. Oni mają poczucie, że oszczędzili pieniądze. Dlatego podróżują chętnie, często i daleko. Tam, gdzie za cenę tygodniowych zakupów w Coopie mogą mieć luksus, na który pewnie nie byłoby ich stać u siebie. Frank szwajcarski jest jedną z najbardziej mocarnych walut na świecie, co w praktyce oznacza, że osobę zarabiającą w Szwajcarii gdziekolwiek by nie pojechała (może z wyjątkiem Singapuru i Islandii) po prostu stać na więcej. A że weekend w szwajcarskim Zermatt kosztuje mniej więcej tyle, ile tygodniowe wczasy all inclusive w Grecji, to nic tylko jeździć tam, gdzie użytek z franka można zrobić jeśli nie lepszy, to na pewno większy. Na pohybel lokalnemu patriotyzmowi.

Powiem Wam, że człowiek chyba tak już ma, że czasem musi oddalić się na odległość tysięcy kilometrów, żeby docenić to, co ma na co dzień na własnym podwórku. I choć potrzebowałam paru dobrych lat i podróży na drugi koniec świata, aby zacząć bardziej doceniać Szwajcarię, to gdzieś tam głęboko w zwojach mózgowych wierci mi dziurę zalążek pewnej myśli. Choć wielu powie, że jestem szczęściarą, to ja niewdzięczna już się zastanawiam, gdzie by tu się znowu z tego naszego raju ewakuować..

Jak się masz? O smutku w krainie szczęśliwości

eufbtopu5yjkyvh2iovf

Fot. Megan Roth/clickhole.com

Po niemiecku „Wie geht es dir?”, po francusku „Comment ça va ?”, po włosku „Come stai?”, a w retoromańskim „Co has?”. Na pytanie „Jak się masz?” większość Szwajcarów automatycznie odpowie, że bardzo dobrze albo dobrze. Nawet, jeśli wcale tak nie jest.

Jeśli wierzymy w to, że szczęście w ogóle da się zmierzyć, to mieszkańcy Szwajcarii są regularnie wymieniani w światowej czołówce najszczęśliwszych ludzi na świecie (5. miejsce w „World Happiness Report” Uno w 2018 roku). Co dla przeciętnego Szwajcara oznacza być szczęśliwym? Żyć w bezpiecznym, czystym, dobrze funkcjonującym kraju, gdzie człowiek może polegać na człowieku, a pociągi przyjeżdżają na czas (choć jeśli chodzi o to ostatnie, to Szwajcaria już dawno przestała nas uszczęśliwiać). 

Poczucie szczęścia jest czymś tak nieokreślonym, indywidualnym i ulotnym, że raporty mierzące to zjawisko muszą je sprowadzić do konkretnych kryteriów, takich jak dochody, poziom życia, wolność podejmowania decyzji, możliwość rozwoju osobistego i zawodowego. Wychodzi więc na to, że im lepiej urządzony kraj, tym szczęśliwsi są mieszkający w nim ludzie. 

– Intuicyjnie tak właśnie myślimy. Im większy dobrobyt w danym kraju, więcej swobód i możliwości, tym większa satysfakcja z życia i wyższy subiektywny poziom szczęścia. Jednak nie zawsze tak to działa. Badania prowadzone na przykład w krajach, które na przestrzeni lat dość mocno się rozwinęły pod względem gospodarczym, społecznym, czy organizacyjnym jasno pokazują, że zmiany te nie przekładają się na wzrost szczęścia. Dlaczego? Ponieważ wraz ze wzrostem szeroko rozumianego dobrobytu rosną standardy oraz zwiększa się poziom oczekiwań, rośnie też apetyt na szczęście – mówi Roxana Szymańska, psycholog, specjalistka terapii uzależnień, która prowadzi własną praktykę psychologiczną w Szwajcarii oraz warsztaty związane z rozwojem osobistym (w Zurychu i Bernie). 

Szwajcarzy, ze swoją umiejętnością kontrolowania emocji, dobrym samopoczuciem i satysfakcją z życia, wydają się być okazami zdrowia psychicznego. Jeśli zajrzymy za tę fasadę, obraz nabiera nieco ciemniejszych barw. W badaniach przeprowadzonych przez fundację Pro Mente Sana, ponad 60 procent osób przyznało, że obecnie albo w którymś momencie swojego życia zmagało się z problemami psychicznymi. Najczęstsze przyczyny to stres, konflikty międzyludzkie, choroby, troska o innych, a także problemy finansowe. Ten odsetek może się wydawać wysoki, ale co tak naprawdę mamy na myśli, mówiąc o problemach psychicznych?

bild-3

„Koncerty. Tatuaże. Ataki paniki. Rozmawiamy o wszystkim. Także o zdrowiu psychicznym” – kampania społeczna Fundacji Pro Mente Sana

Bywa, że ktoś ma trudności w kontaktach międzyludzkich, z asertywnością, stawianiem granic czy budowaniem trwałych relacji. Wtedy najlepiej przyjrzeć się temu wraz z osobą, która będzie miała odpowiedni dystans, wiedzę i posłuży pomocą w procesie odkrywania pewnych wzorców zachowań i ich przyczyn. Praca nad tak zwanymi problemami psychicznymi to samoświadomość i rozwój osobisty. Jeśli zgłaszamy się ze swoimi trudnościami do psychologa, to nie oznacza od razu, że cierpimy na chorobę psychiczną – wyjaśnia Roxana. 

W Szwajcarii co roku przeprowadza się ogólnokrajową ankietę, dotycząca zdrowia psychicznego obywateli. Ostatnie jej wyniki pokazały, że 15 procent mieszkańców Szwajcarii czuje się średnio lub mocno obciążonych psychicznie. Chodzi tu m.in. o nadmierną nerwowość, zmianę nastrojów czy uczucie przygnębienia. Statystycznie na te dolegliwości cierpią częściej kobiety, osoby o niższym wykształceniu, mieszkańcy włoskiego kantonu Ticino oraz zachodniej Szwajcarii. Ponad 6 proc. badanych ze swoimi problemami zwróciło się po pomoc do lekarza ogólnego, psychologa lub psychiatry. 

Dane szwajcarskiego funduszu rent inwalidzkich (IV) pokazują, że co trzeci przypadek niezdolności do pracy ma tę samą przyczynę – choroby psychiczne. Rocznie w całym kraju prawie pół miliona osób leczy się psychiatrycznie. W ciągu dziesięciu lat liczba pacjentów zwiększyła się o ponad 30 procent. Jednak to wcale nie musi oznaczać, że ludzie częściej cierpią na zaburzenia psychiczne. W ostatnich czasach nie tylko w Szwajcarii wzrosła społeczna wrażliwość na problemy z psychiką. Częściej niż przed laty zgłaszamy się ze swoimi dolegliwościami do specjalistów. 

– W Szwajcarii jest do dyspozycji więcej specjalistów, a opieka medyczna, troska i empatia są na wyższym poziomie niż w wielu innych krajach. Odnoszę też wrażenie, że o ile prawie wszędzie pójście do psychologa czy psychiatry wiąże się z pewnego rodzaju wstydem czy obawą, to jednak powoli ludzie zaczynają się bardziej interesować tym, co tak naprawdę drzemie w ich wnętrzu i dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej. Widzę rosnącą samoświadomość czy chęć jej posiadania i zwiększania również u klientów, którzy przychodzą do mnie na sesje indywidualne, z problemami, które 10 czy nawet 5 lat temu byłyby uznane za niepotrzebne zawracanie głowy lub coś z czym każdy powinien sobie poradzić sam. Choć niestety w wielu przypadkach i dziś można zaobserwować takie przekonania – mówi Roxana. 

W Szwajcarii na brak psychiatrów nie można narzekać. Na 100 tysięcy mieszkańców przypada tu 45 lekarzy. Dla porównania, na Islandii, która wyprzedza Szwajcarię w poziomie szczęśliwości, tylko 24. Duże znaczenie ma to, jak zorganizowany jest system opieki zdrowotnej. Porady psychologa czy psychoterapeuty w Szwajcarii nie są finansowane przez postawowe ubezpieczenie zdrowotne. Polisa pokrywa wizytę u specjalisty, jeśli ten jest psychiatrą albo pracuje pod superwizją psychiatry. Konieczność pójścia na oddział psychiatryczny z problemem, z którym wystarczyłoby może zwrócić się o pomoc do psychologa powoduje, że jedna trzecia pacjentów, którzy dostali skierowanie na terapię, nie zgłasza się na nią wcale. A brak pomocy może skończyć się tragicznie. 

Szacuje się, że w Szwajcarii próby samobójcze podejmuje nawet do 25 tysięcy osób rocznie. Z liczbą 17,2 samobójstw na 100 tysięcy mieszkańców (liczba przypadków wśród kobiet i mężczyzn we wszystkich grupach wiekowych) Szwajcaria znajduje się lekko powyżej średniej dla Europy i regionu. Najwyższy wskaźnik samobójstw jest wśród mężczyzn powyżej 85. roku życia. Jeśli chodzi o większe szwajcarskie miasta, to najwięcej ludzi odbiera sobie życie w Bernie.

Situation

Statystyki samobójstw za 2016 rok według Światowej Organizacji Zdrowia

gr-e-21.05.03.03.01-ind-computed_thumbnail

Liczba samobójstw w największych szwajcarskich miastach (średnia z lat 2012-2015, w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców)

Najczęstszą chorobą duszy, która w wielu przypadkach może prowadzić do skrajnych decyzji, jest depresja. Na całym świecie, każdego roku, z jej powodu milion osób odbiera sobie życie. To 3800 osób dziennie, średnio jeden człowiek co 40 sekund. W Szwajcarii na depresję cierpi co dziesiąta osoba. Najczęściej ludzie młodzi, w grupie wiekowej 15-35 lat, częściej kobiety niż mężczyźni. Więcej niż jedna trzecia mieszkańców Szwajcarii narzeka na samotność. To uczucie jest szczególnie silne w grupie starszych kobiet. Depresja w większym stopniu dotyka też żyjących w Szwajcarii migrantów, zwłaszcza tych z niższym wykształceniem i kwalifikacjami zawodowymi, którzy mają znacznie mniejsze możliwości odnaleźć się na tutejszym wymagającym rynku pracy. 

– Liczba osób zmagających się z depresją rośnie w dramatycznym tempie i dotyka znacznie częściej kobiety niż mężczyzn. Nie tylko w Szwajcarii, ale na całym świecie. Również w Polsce ten problem jest szeroko dyskutowany i zauważany np. przez Kampanię Społeczną Forum Przeciwko Depresji, która corocznie organizuje na ten temat konferencję, czy Stowarzyszenie Aktywne Przeciwko Depresji. Ocenia się, że w skali światowej na depresję cierpi 350 milionów ludzi (co piąta kobieta i co dziesiąty mężczyzna w ciągu życia ma co najmniej jeden epizod depresji). Niestety według przewidywań WHO do 2020 roku będzie zajmować drugie miejsce wśród chorób będących przyczynami przedwczesnej śmierci lub uszczerbku na zdrowiu. Dlaczego depresja dotyka coraz większą liczbę osób? Głównie ze względu na coraz szybsze tempo życia jakie prowadzimy, nieustanny stres i brak równowagi między pracą a wypoczynkiem, jak również – co widzę z mojej zawodowej perspektywy – pogonią za perfekcyjnym życiem, które możemy obserwować w mediach społecznościowych. Ponieważ mamy coraz więcej, to też coraz mniej nas w życiu cieszy. Anhedonia, która oznacza brak lub utratę zdolności do odczuwania przyjemności i satysfakcji z tego, co dotychczas taką radość nam przynosiło, jest rówież symptomem naszych czasów. Nawet jeśli osiągniemy cel, na który ciężko pracowaliśmy, to nasza duma, satysfakcja i radość nie trwają zbyt długo, ponieważ musimy przecież wyznaczać kolejne cele, by nie zostać w tyle w tym życiowym wyścigu – tłumaczy Roxana. 

W Szwajcarii Fundacja Pro Menta Sana prowadzi kampanię społeczną „Wie geht’s dir?” – „Jak leci, jak się masz?”, która ma zachęcić ludzi do rozmowy o problemach. Zdrowie psychiczne to temat z listy zakazanych. Szwajcarzy w towarzystwie mniej chętnie mówią tylko o zarobkach. Zuryski SVA, tutejszy kantonalny odpowiednik ZUS, wysłał niedawno do przedsiębiorców broszurę „Problemy psychiczne zasłaniają prawdziwą twarz”, w której specjaliści informują, jak pracodawca może rozpoznać problemy psychiczne u pracowników, jak o nich umiejętnie rozmawiać i gdzie szukać pomocy. Podobnych akcji w Szwajcarii jest wiele. Jak i miejsc, w których czeka wsparcie. Bo jak widać wysoki poziom szczęścia w społeczeństwie nie oznacza wcale braku trudności. Ważne jest to, żeby wiedzieć, jak sobie z nimi poradzić.

– Pamiętajmy, że osoby zgłaszające się do specjalistów z problemami nie koniecznie są nieszczęśliwe, ale na przykład chcą o siebie lepiej zadbać czy siebie zrozumieć. Nie można odbierać też subiektywnego poczucia szczęścia osobom chorym na schizofrenię, z zaburzeniami osobowości czy zmagającymi się z innymi chorobami ciała i ducha. Dla mnie jako psychologa, człowieka, kobiety, partnerki to właśnie samoświadomość siebie będzie nas czynić szczęśliwszymi i pozwoli nam przechodzić przez wiele trudnych życiowych sytuacji w sposób łagoniejszy, czy może bardziej konstruktywny. I choć wiedza o nas samych może być czasem uciążliwa, bo ciężko już np. czegoś nie zauważać, i czasem jej się trochę boimy, a jej zdobywanie może nas przyprawić o zawrót głowy, to w tym samym momencie może uczynić nasze życie prostszym i bardziej satysfakcjonującym – mówi Roxana. 

maske-social

Problemy psychiczne zasłaniają prawdziwą twarz – kampania zuryskiego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (SVA)

Roxana Szymańska doświadczenie w pracy terapeutycznej zdobyła pracując m.in. w Stowarzyszeniu MONAR Ośrodku Leczenia, Terapii i Rehabilitacji Uzależnień w Krakowie, w Małopolskim Zespole Hosteli Socjalno-Readaptacyjnych, a także pracując z klientami indywidualnymi. W Polsce swoją wiedzę przekazywała również będąc opiekunem praktyk dla studentów z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie i z Maastricht University w Holandii. W lutym tego roku otworzyła własną praktykę psychologiczną w Szwajcarii. 

Warsztaty rozwoju osobistego, które prowadzi w Zurychu i Bernie to podróż w głąb siebie, okazja, żeby na chwilę się zatrzymać, znaleźć odrobinę czasu dla siebie i przyjrzeć się sobie z wielu różnych perspektyw. Tematy są różne: komunikacja, relacje, miłość, emocje, pieniądze czy zmiana, a każdy z nich uczestnicy próbują ugryźć od strony własnego ja. Aktualnie warsztaty są prowadzone w języku angielskim. Kolejny już całkiem niedługo (na początku sierpnia, dokładną datę, godzinę i miejsce będzecie mogli sprawdzić pod koniec tygodnia, wchodząc na Facebookowy link poniżej), a temat będzie związany z inteligencją emocjonalną. Natomiast od września rozpocznie się edycja warszatów nieco dłużych, nastawionych również na rozwój osobisty, ale na bardziej pogłębionym poziomie. 

Najświeższe informacje na temat warszatów i nie tylko można znaleźć na www.facebook.com/PsychGuideInSwitzerland.

Kontakt bezpośredni:

Roxana Szymańska

roxana.szym@gmail.pl

tel:  077 536 86 54

http://www.psychguideinswitzerland.com


 

Źródła:

https://www.nzz.ch/gesellschaft/die-schweiz-im-world-happiness-report-wie-misst-man-glueck-nzz-ld.1366373

Easterin, R. A. (1995). Will raising the incomes of all increase the happiness of all? Journal of Economic Behavior and Organization, 27, 35-47

https://www.promentesana.ch/de/wissen/psychische-krankheiten/wie-haeufig-sind-sie.html

https://www.watson.ch/schweiz/wissen/631389874-28-grafiken-die-den-psychischen-zustand-der-schweiz-zeigen-und-was-getan-werden-muss

https://www.nzz.ch/schweiz/nur-wenige-schweizer-kommen-ohne-seelische-krise-durchs-leben-ld.1427288

https://www.nzz.ch/wirtschaft/reintegration-statt-invalidisierung-ld.1382932

https://www.tagesanzeiger.ch/schweiz/standard/halbe-million-schweizer-in-psychiatrischer-behandlung/story/18255320

https://www.watson.ch/schweiz/bundesrat/940700560-suizid-in-der-schweiz-der-bundesrat-laesst-suizidversuche-untersuchen

https://www.who.int/gho/mental_health/suicide_rates_crude/en/

https://forumprzeciwdepresji.pl

http://depresja.org/ 

https://www.bfs.admin.ch/bfs/en/home/statistics/cross-sectional-topics/city-statistics/indicators/suicide-rate.assetdetail.6266853.html

https://www.bfs.admin.ch/bfs/de/home/statistiken/gesundheit/gesundheitszustand/psychische.html

https://www.medinside.ch/de/post/2030-wird-aufgrund-der-prognosen-jeder-zweite-psychiater-ein-auslaender-sein

Zegarki, kawa i rzepy. O tym, jak Szwajcarzy zostawili swój ślad na Księżycu

NASA-Speedmaster

Buzz Aldrin z zegarkiem szwajcarskiej firmy Omega na prawym nadgarstku. Fot. NASA

50 lat temu, 20 lipca 1969 roku, o godzinie 20:17 amerykańskiego czasu, 600 milionów ludzi na Ziemi oglądało na ekranach telewizorów, jak człowiek stawia pierwszy krok na Księżycu. Misja Apollo 11 to był sukces, który przeszedł do historii ludzkości, a gloria spłynęła na Amerykanów Neila Armstronga i (w mniejszym stopniu) Edwina Buzza Aldrina. Tymczasem, aby cała ta niemożliwa operacja się powiodła, potrzebny był wysiłek setek tysięcy ludzi i zaawansowane technologie stworzone przez najtęższe umysły, nie mówiąc już o wielkiej górze pieniędzy. A także odrobina szwajcarskiej pomysłowości. Choć fizycznie żaden Szwajcar nigdy nie postawił stopy na Srebrnym Globie, to można powiedzieć, że Helweci zostawili tam swój ślad.

„The eagle has landed”

Kojarzycie charakterystyczny emblemat z lądującym orłem, którego NASA używała podczas księżycowej misji? Naszywki z symbolem Ameryki zdobiły skafandry astronautów i uniformy ekipy naziemnej. Uszyła je firma Lion Brothers z Maryland na maszynach typu 2S-55 firmy Saurer ze szwajcarskiego Arbon w kantonie Thurgau. W amerykańskich szwalniach 40 takich maszyn dzień i noc pracowało na zamówienie NASA. Podobnież i amerykańska flaga, którą Buzz Aldrin wbił w księżycową ziemię, wyszła spod szwajcarskiej igły.

s69_34875

Oficjalna naszywka księżycowej misji wyszła spod szwajcarskiej igły. Fot. NASA

Ale jeszcze zanim wetknięta w Księżyc flaga symbolicznie przypieczętowała amerykański sukces, Aldrin rozstawił tam coś innego – żagiel słoneczny, wynalazek profesora Johannesa Geissa, profesora fizyki z Berna. Kawałek folii aluminiowej mierzył prędkość wiatrów słonecznych, a zgromadzone w ten sposób dane posłużyły potem szwajcarskim naukowcom z Wydziału Fizyki Eksperymentalnej do badań nad Układem Słonecznym i genezą Wielkiego Wybuchu. Berneński projekt był jedynym nieamerykańskim programem badawczym, przeprowadzonym podczas księżycowej wyprawy.

„Houston: 20 sekund” 

Aby misja Apollo 11 się powiodła niezwykle istotny był czas. A kto potrafi go mierzyć lepiej niż Szwajcarzy? Na zdjęciach z kapsuły rakiety Saturn V Buzz Aldrin pozuje z legendarnym Speedmasterem – zegarkiem Omega, wyprodukowanym przez firmę ze szwajcarskiego Biel. Dzięki odporności na wstrząsy, ekstremalne temperatury i pola magnetyczne, czasomierz nie miał sobie równych. Aldrin nosił Omegę nie tylko w statku kosmicznym, ale i stąpając po Księżycu, co oczywiście firma wykorzystuje w kampaniach reklamowych do dzisiaj. Jeśli macie wolnych 10 tysięcy franków, możecie sobie sprawić jeden z 6969 zegarków z limitowanej serii Omegi, wypuszczonej z okazji 50-lecia lądowania na Księżycu. Do obejrzenia tutaj.

Mało kto wie, że i paski, które przytwierdzały zegarki do skafandrów wszystkich dwunastu śmiałków, którzy dotychczas wylądowali na Księżycu, wykorzystywały szwajcarski wynalazek – taśmy na rzepy Velcro, wyprodukowane w Aubonne nad Jeziorem Genewskim. Rzepy pomagały też astronautom w codziennym życiu w stanie nieważkości – trzymały buty na nogach i różne małe przedmioty na swoich miejscach.

Szwajcarzy dołożyli swój kamyczek do ogródka także przy procesie produkcji hełmów dla astronautów. Wizjer musiał chronić oczy przed światłem słonecznym i promieniowaniem ultrafioletowym, dlatego jego wewnętrzną stronę pokryto warstwą złota, a następnie powleczono Tinuvinem, substancją chemiczną, kupioną od firmy Geigy z Bazylei.

f8681cf1-db99-4e48-8148-0e82a5ddcaad

„Nescafe też była na księżycu”. Na zdjęciu Buzz Aldrin rozstawia żagiel słoneczny z Berna. Fot. archiwum Nestlé

„Mały krok dla człowieka..

Kosmiczni bohaterowie zjedli śniadanie – tak pewnie brzmiałby pasek w telewizji informacyjnej, gdyby misja na księżyc odbywała się dzisiaj. Astronauci zanim dotarli do celu spędzili trzy dni w mało komfortowych warunkach, ale musieli tam jeść i pić. A wiadomo, że do śniadania, nawet jeśli jest się akurat w statku kosmicznym, nie może zabraknąć kawy. Tu interes zwęszył szwajcarski koncern Nestlé, którego rozpuszczalna Nescafé Gold nie wymagała zbytnich ceregieli, wystarczyło do proszku dodać trochę wody i kawopodobny płyn można było w praktyczny sposób zażyć nawet w warunkach nieważkości.

Aby osłodzić życie ekipie Armstronga, firma Nestlé stworzyła też kosmiczne słodycze wielkości kostki bulionowej. Space-Cubes o smaku truskawkowym, kokosowym, czekoladowym i orzechowym, same trafiały do buzi. Jak wiadomo, dieta jest bardzo ważna dla astronautów, a ilość przyjmowanego pożywienia musi być starannie określona. O odpowiednie porcje również zadbali Szwajcarzy, a ściślej precyzyjne wagi firmy Mettler znad Greifensee w kantonie Zurych. Urządzenia gwarantowały dokładne pomiary przy zmianach ciśnienia i temperaturach do 1600 stopni.

..wielki skok dla ludzkości”

Dzięki szwajcarskiej myśli technicznej nie tylko pracownicy NASA, ale i miliony ludzi na świecie mogły z wypiekami na twarzy śledzić historyczny moment lądowania na Księżycu. Soczewki o wysokiej rozdzielczości, w które wyposażone były kamery, rejestrujące to, co się działo podczas misji Apollo, to dzieło Szwajcarów. Dostarczyła je firma Kern z Aarau, podobnie jak i wysoce precyzyjne urządzenia pomiarowe, wykorzystywane przy budowie rakiety Saturn V.

8d74c9cb-b492-4b99-96c2-72f1ec2765d9

Nawet czujniki dymu do bazy w Houston dostarczyli Szwajcarzy. Fot. archiwum NASA

Także projektory w ośrodku dowodzenia NASA w Houston, wyświetlające na wielkich ekranach odliczanie do startu rakiety, a następnie obrazy z księżyca niemal w czasie rzeczywistym, pochodziły ze Szwajcarii – od firmy Gretag z Regensdorfu w kantonie Zurych. Amerykanie kupili wówczas od Szwajcarów 34 projektory typu Eidophor łącznie za 20 milionów franków. Swiss made były też zamontowane w suficie bazy w Houston czujniki dymu. Detektory dostarczyła firma Cerberus z Männedorfu w kantonie Zurych. 

Szwajcarski wkład w powodzenie amerykańskiej misji to także wyspecjalizowane niszowe technologie i produkty. Takie jak bardzo wytrzymałe syntetyczne szafiry z kantonu Valais, które były używane do konstrukcji baterii słonecznych i zabezpieczenia okien w kapsule statku.

TASA i jedyny szwajcarski astronauta 

W Szwajcarii misja na księżyc budziła równie silne emocje, jak i na całym świecie. Neil Armstrong, Edwin Aldrin i Michael Collins mieli tu nawet swoich naśladowców. W 1968 roku trzech nastolatków z Gretzenbach w kantonie Solothurn zapragnęło przeżyć to, co amerykańscy astronauci. Powołali własną misję, którą nazwali Team Apollo Schweiz Amerika, w skrócie TASA i zabrali się za budowę statku kosmicznego. Po dwóch latach kapsuła, przy której powstawaniu pomagała cała wieś, stanęła przed domem rodziców jednego z kandydatów na astronautę. Trzech przyjaciół zaplombowało się w niej na dwa tygodnie, symulując lot na księżyc. Żywili się amerykańskimi konserwami, spali w ciasnocie i załatwiali do plastikowych worków. Swoją przygodę transmitowali za pomocą kamery. Kiedy po 14 dniach misja zakończyła się sukcesem, mieszkańcy Gretzenbach urządzili wielkie święto, a o „szwajcarskich astronautach” pisały media w całym kraju. Dzisiaj panowie, już emeryci, wciąż się przyjaźnią i nadal interesują się kosmosem.

Z kolei prawdziwego astronautę Szwajcaria miała dotychczas tylko jednego. To Claude Nicollier z Vevey nad Jeziorem Genewskim, który wziął udział w czterech misjach kosmicznych NASA. W 1999 roku, jako pierwszy astronauta Europejskiej Agencji Kosmicznej, odbył 8-godzinny spacer w otwartej przestrzeni kosmicznej (tzw. spacewalk). Nicollier podczas swojej kariery spędził w kosmosie łącznie 42 dni, 12 godzin i 5 minut. Dzisiaj ma 74 lata.


Źródła:

https://www.nzz.ch/wochenende/schwerpunkt/mondlandung-die-schweiz-fliegt-zum-mond-ld.1487932

Schweizer Technik auf dem Mond

https://www.nasa.gov/feature/the-making-of-the-apollo-11-mission-patch

https://www.blick.ch/news/wirtschaft/berner-sonnensegel-schlaegt-ami-flagge-so-viel-schweiz-steckt-in-der-mondlandung-id15421528.html

https://www.omegawatches.com/watches/speedmaster/moonwatch/apollo-11-50th-anniversary/product

https://www.blick.ch/news/schweiz/schweizer-jugendliche-simulierten-1970-einen-mondflug-die-astronauten-von-gretzenbach-id15421506.html

https://en.wikipedia.org/wiki/Claude_Nicollier