Polki zmieniają Szwajcarię: Anna Stando i praca, która daje sens

Zostawiła ciekawe stanowisko w korporacji, aby zająć się tym, co sprawia jej najwięcej radości. Pomaganiem innym. Mistrzyni wszechstronności. Pracuje w trzech organizacjach, jest mamą, a od niedawna prowadzi też własny biznes. Mieszkała w Holandii, Danii, Tajlandii, Meksyku i Gwatemali, ale dopiero w Szwajcarii odkryła, że jej zawodową misją jest stwarzanie ludziom warunków do rozwoju, bez względu na to, kim są i skąd pochodzą. Poznajcie Annę Stando, specjalistkę od promocji kobiet w biznesie w Advance, członkinię zarządu dwóch organizacji non-profit: Capacity Zurich i Lean In Switzerland oraz właścicielkę firmy BabyMiles. 

Zacznijmy od trudnego pytania. Kim jesteś? 

Jestem osobą, która lubi być zaangażowana w wiele różnych tematów. Szczególnie bliskie mojemu sercu są dwa obszary: wsparcie kobiet w biznesie oraz pomoc migrantom i uchodźcom, którzy chcą ruszyć z własną inicjatywą w Szwajcarii. Przede wszystkim jednak jestem kobietą, która głęboko wierzy w siłę solidarności z innymi kobietami. Uświadomiłam to sobie, kiedy przeprowadziłam się do Zurychu i zaczęłam przychodzić na spotkania kółka Lean In. To było jakieś sześć lat temu. 

Wyjaśnijmy: Lean In to nazwa organizacji, która zmieniła życie kobiet na całym świecie, ale i fraza oznaczająca podejmowanie wyzwań i aktywne korzystanie z możliwości, aby osiągnąć zawodowe cele.

Tak, dokładnie. Lean In to światowa organizacja non-profit, wywodząca się ze Stanów Zjednoczonych, która – mówiąc najogólniej – zrzesza kobiety, zainteresowane rozwojem osobistym i karierą zawodową. Główym celem jest wzajemne wspieranie się, motywowanie się i uczenie się od siebie nawzajem nowych umiejętności. Lean In założyła Sheryl Sandberg, obecna szefowa operacyjna Facebooka i jedna z najbardziej wpływowaych kobiet w Stanach, której TEDTalk „Why we have too few women leaders” obejrzały miliony kobiet na świecie. W swojej książce „Lean In. Women, Work and The Will to Lead” dzieli się poradami, jak osiągnąć pozycję w biznesie, która byłaby zgodna z naszymi ambicjami i potencjałem. Ta książka bardzo dobrze się przyjęła, także dlatego, że Sheryl dała nam słownictwo pozwalające wyrazić własne odczucia i doświadczenia. Jednym z takich określeń jest właśnie lean in. Innym, które dobrze oddaje to, co czuje wiele kobiet aktywnych zawodowo to impostor syndrom, co jest tłumaczone na język polski jako syndrom oszusta. 

Wiem o czym mówisz. Pracuję w branży, w której jest to bardzo częste. Za chwilę ukaże się moja książka i już słyszę jak wewnętrzna oszustka zaczyna swój monolog… 

Ogromne gratulacje i już nie mogę się doczekać, żeby ją przeczytać! A z negatywnym wewnętrzym monologiem zmaga się wiele kobiet, ze mną włącznie. Nawet jeśli udało nam się osiągnąć jakiś sukces, np. zająć wysoką pozycję w firmie, to w tyle głowy wciąż tkwi myśl: dlaczego wybrali akurat mnie, a co, jeśli odkryją, że jednak nie jestem taka dobra, że się nie nadaję? Teraz wiemy już, jak to działa – potrafimy to uczucie nazwać i próbować je przezwyciężyć. Popularność książki Sheryl Sandberg sprawiła, że kobiety w Stanach Zjednoczonych zaczęły się spotykać w małych grupach, tzw. kółkach (Lean In Circles) w celu omawiania treści książki. Kilka lat temu ta koncepcja pojawiła się także w Europie. Kiedy przyjechałam do Szwajcarii, zaczęłam chodzić właśnie na takie kółko, organizowane w Zurychu. Gdy nasza liderka zrezygnowała z działalności, razem z kilkoma innymi kobietami postanowiłyśmy przejąć jej rolę. Z czasem grupa kobiet, zainteresowanych Lean In zaczęła się powiększać, aż w końcu z kółka powstała cała sieć, łącząca setki kobiet, które dołączają na różne nasze eventy. W 2018 zostałyśmy uznane przez globalną fundację Lean In jako oficjalne liderki regionalne w Szwajcarii i wzięłyśmy udział w spotkaniu w Palo Alto w Kalifornii, na które zaproszono liderki lokalnych ogranizacji z całego świata. Poznałam wtedy niesamowite kobiety, które przenoszą góry, ale też samą Sheryl Sandberg, co było dla mnie emocjonującym, ważnym wydarzeniem, które ciepło wspominam do dzisiaj. 

Czy Lean In jest wyłącznie dla kobiet chcących osiągać zawodowe szczyty?

Niekoniecznie. Każde kółko, czyli mała grupa wsparcia działa nieco inaczej, a niektóre grupy koncentrują się na konkretnym obszarze: skupiają np. kobiety w branży IT, pracujące matki, przedsiębiorczynie. Spotkania odbywają się najczęściej co miesiąc, a liderka kółka za każdym razem przygotowuje temat do dyskusji. Ważnym elementem tych spotkań jest wsparcie w konkretnych sytuacjach, w jakich się znalazłyśmy albo znajdziemy. Przykład: masz dobry pomysł, ale na zebraniu w firmie nikt cię nie słucha. Dwie minuty później Twój pomysł pada z ust mężczyzny i nagle okazuje się, że to strzał w dziesiątkę. Kolega zbiera laury, sukces jest jego. Brzmi znajomo? W Lean In przepracowujemy podobne sytuacje i uczymy się, jak można się w nich zachować. To dotyczy też przygotowań do rozmowy o pracę albo o awans. Przeglądamy wzajemnie swoje dokumenty, zastanawiamy się, jak odpowiadać na trudne pytania. Najważniejsze w kółku jest to, żeby kobiety czuły się bezpiecznie i mogły sobie zaufać. Oprócz tego organizujemy też większe wydarzenia. W zeszłym roku odbyła się konferencja Lean In Switzerland dla 250 osób, głównie kobiet. Atmosfera była wspaniała. Do tej pory jak o tym pomyślę, mam gęsią skórkę. 

Pierwsza konferencja Lean In Switzerland w 2019 roku.

Mówi się, że w Szwajcarii szklany sufit jest dla kobiet wyjątkowo trudny do przebicia.

Można powiedzieć, że przebijaniem tego sufitu zajmuję się zawodowo. Jestem specjalistką od równości genderowej w Advance, organizacji, która stara się zwiększyć liczbę kobiet na menedżerskich stanowiskach w Szwajcarii. To, co różni nas od wielu innych organizacji, zajmujących się równouprawnieniem kobiet w biznesie, jest praca z firmami, nie z indywidualnymi osobami. Wychodzimy z założenia, że przedsiębiorstwa mogą działać szybciej niż dzieje się to na szczeblu państwa, prawa, przepisów i norm społecznych. Naszymi członkami są korporacje, m.in. Credit Suisse, ABB, IKEA, Biogen, , Swiss Re, Axa, ale i szwajcarska poczta czy koleje. Zapraszamy do rozmów np. osoby odpowiedzialne za rekrutację i dyskutujemy na temat dobrych praktyk związanych z promocją kobiet w biznesie czy też w jaki sposób wyelminować nieświadome uprzedzenia. Bardzo nam zależy również na włączeniu do procesów zwiększania świadomości menedżerów najwyższego szczebla, dlatego organizujemy np. śniadania dla dyrektorów generalnych naszych firm członkowskich czy różne kampanie marketingowe. Wierzymy w to, że jeśli kobiety mają wsparcie z góry, to o wiele łatwiej będzie wprowadzić zmiany na wszystkich poziomach zatrudnienia. Oferujemy też program mentoringowy i wszelkiego rodzaju treningi, które pomagają kobietom nabyć umiejętności pomagające we wspinaniu się po szczeblach kariery.

Jak prezentuje się Szwajcaria jeśli chodzi o liczbę kobiet-menedżerek? 

Wciąż jest tu sporo do zrobienia. Razem z Uniwersytetem w Sankt Gallen przeprowadzamy regularnie badanie „Gender Intelligence Report”, w którym biorą udział szwajcarskie firmy. Tegoroczne wyniki pokazały, że w 75 firmach, które przeanalizowaliśmy, prawie połowa pracowników na stanowiskach niezarządzających to kobiety. To dobra reprezentacja. Ale im wyżej idziemy, jeśli chodzi o pozycję zawodową, tym bardziej kobiet ubywa. Jeśli weźmiemy pod uwagę wyłącznie top management, kobiety stanowią już tylko 18 procent wszystkich pracowników. Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem, określanym w amerykańskiej literaturze jako broken rung, złamany szczebel drabiny kariery. Kobietom jest bardzo trudno otrzymać przede wszystkim pierwsze stanowisko kierownicze, co jest związane z uprzedzeniami, ale i z tym, że przeważająca liczba awansów dokonuje się między 30. a 40. rokiem życia. A kobiety w tym wieku zazwyczaj próbują godzić pracę i życie rodzinne. W Szwajcarii wiele kobiet ogranicza wymiar etatu, a badania pokazują, że full time is still a king – najszybciej awansuje się pracując na 100 procent. Jeśli spojrzymy na indeks SMI, czyli 50 największych szwajcarskich firm, notowanych na giełdzie, widzimy, że tylko jedna z nich ma kobietę jako CEO, dyrektor generalną.

Niska reprezentacja kobiet na najwyższych szczeblach w biznesie to chyba nie jest wyłącznie problem Szwajcarii..

To prawda, ale tutaj jest on większy niż w innych krajach w Europie. Spójrzmy choćby na wymiar urlopu macierzyńskiego. W Szwajcarii trwa on tylko 14 tygodni. Tak, jakbyśmy się nie spodziewali, że kobiety po urodzeniu dziecka będą chciały wrócić do pracy. I rzeczywiście często nie wracają. Mam wrażenie, że w Szwajcarii nie sprzyja się matkom w dokonaniu wyboru, aby być aktywną zawodowo. A przecież to wybór jest najważniejszy. Jeśli kobieta chce zostać w domu i zająć się dziećmi, ponieważ właśnie to daje jej największą satysfakcję, to mam nadzieję, że sytuacja rodzinna jej na to pozwoli, a ona sama nie będzie oceniana przez innych negatywnie. Jeżeli jednak kobieta chce wrócić do pracy, jest to również jej prawo. Dobrze byłoby akceptować taki wybór i stworzyć system wsparcia dla kobiet, które chcą się realizować w swojej profesji. Jeśli spojrzymy na to, kto kończy studia, jest to tyle samo kobiet, co i mężczyzn, z delikatną przewagą tych pierwszych. Wypadałoby, żebyśmy jako społeczeństwo zaczęli z tego potencjału korzystać. 

Czy jako specjalistka od promowania kobiet w biznesie widzisz na tym polu zmiany w dobrym kierunku?

Przed nami długa droga, a każda firma zaczyna w innym miejscu. W Advance pracujemy z wieloma otwartymi, zaangażowanymi i świadomymi  ludźmi, którzy chętnie się uczą i chcą zmieniać swoje firmy na lepsze. To jest jeden promyk nadziei. Drugim jest to, że pokolenie baby boomu będzie wkrótce przechodzić na emeryturę. Obecnie jedna trzecia pracujących mężczyzn jest powyżej 50. roku życia, a tylko jedna piąta kobiet. W najbliższych latach więcej mężczyzn niż kobiet będzie odchodziło z pracy i to może być szansa na awansowanie kobiet. Żeby tak się stało, firmy muszą pracować nad uczciwymi praktykami, tak, aby procent promocji był bliższy procentowi zatrudnionych kobiet. 

Jak to się stało, że zawodowo zajęłaś się wspieraniem kobiet? 

Musimy się cofnąć do czasu, kiedy skończyłam 18 lat i wyprowadziłam się z Polski. Miałam jechać do Angli, a wylądowałam w Holandii. Tam pracowałam jako au pair i skończyłam studia, komunikację międzykulturową. Podczas studiów pracowałam też jako wolontariuszka w Gwatemali i byłam na wymianie w Meksyku. Później zaczęłam pracować dla ECCO, firmy produkującej buty. To był ekscytujący czas, bardzo dużo podróżowałam. W Danii, gdzie znajduje się główna siedziba firmy, pracowałam przez siedem miesięcy, a potem przez kolejne cztery w fabryce w Tajlandii. To właśnie praca w ECCO przywiodła mnie do Szwajcarii. Plan był taki, że zostaję tu pół roku, a potem przenoszę się do Stanów Zjednoczonych, ale w Szwajcarii bardzo mi się spodobało. Dostałam propozycję pracy na stanowisku sales managerki, najpierw na rynki EMEA, a potem na Azję i Stany Zjednoczone. To, co robiłam było bardzo ciekawe, ale po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że szukam czegoś więcej. Tylko jeszcze nie wiedziałam, co to dokładnie miałoby być. Zmieniłam nawet firmę, licząc na to, że ta zmiana da mi nową energię, ale szybko się okazało, że nie o to chodziło. Był to też czas, kiedy zaczęłam angażować się w działalność Lean In w Zurychu i ilekroć wychodziłam z tych spotkań, czułam, że robię coś, co ma sens. Chciałam w mojej pracy mieć takie poczucie na co dzień. Zaczęłam pracować z coachem, panią z Polski, ale mieszkającą w Holandii i to ona pomogła mi uświadomić sobie, co jest dla mnie jedną z najważniejszych wartości w życiu i w pracy. Wyszło na to, że jest to uczciwość i sprawiedliwość. Wtedy stało się dla mnie jasne, że potrzebuję pracy, która ma sens. Znajoma powiedziała mi o Advance, gdzie pomagałam najpierw jako wolontariuszka, a po miesiącu otrzymałam propozycję pracy. W tym czasie dołączyłam też do zespołu Capacity, organizacji, która zajmuje się pomocą migrantom i uchodźcom w usamodzielnieniu się w Szwajcarii. 

Wychodzi na to, że Twoją zawodową misją jest pomaganie innym. 

To wynika z moich osobistych doświadczeń, z tego, że sama w życiu otrzymałam wiele wsparcia od innych. Pochodzę ze Śląska, a moi rodzice są oboje niestety uzależnieni od alkoholu, więc nie zawsze mogli mnie wspierać kiedy tego potrzebowałam. Miałam dość trudne dzieciństwo, musiałam ciężko pracować nad sobą i swoimi możliwościami i dużo zawdzięczam ludziom, którzy pojawili się na mojej drodze. Przede wszystkim najbliższej rodzinie, babci, ciociom i wujkom, ale też obcym ludziom, na przykład rodzinie, u której pracowałam w Holandii i która dała mi przestrzeń do rozwoju i wspierała moje plany. Potem pojawili się też inni wspierający ludzie i oni wszyscy pokazali mi, że my naprawdę możemy zrobić wiele dla innych. Teraz sama staram się pomagać, angażując się w organizacje dające innym możliwości rozwoju, a czasem nawet pozwalają poczuć się jak w domu. Tak jak w Capacity, gdzie ludzie przychodzą z otwartą głową i otwartym sercem, i gdzie spotykają innych ludzi, którzy ich rozumieją. Czasem wystarczy trafić na kogoś, kto uwierzy, że masz w sobie więcej potencjału niż mówi metka, którą ktoś inny ci przypiął. 

Czym zajmuje się Capacity? 

Jest to organizacja, która narodziła się z myślą o budowaniu społeczeństwa otwartego i wspierającego wszystkich, niezależnie od ich pochodzenia. W centrum tego co robimy znajdują się uchodźcy i migranci w Szwajcarii, którzy budują tutaj na nowo swoje życie. Z jednej strony, dajemy im wiedzę na temat przedsiębiorczości i narzędzia do tego jak otworzyć swój biznes lub organizację non-profit. Z drugiej, tworzymy środowisko, gdzie każdy może czuć się sobą, zdobyć nowych przyjaciół, odbudować wiarę w siebie i znaleźć nadzieję na lepsze jutro. Każda osoba w Capacity otrzymuje mentora, który jest albo Szwajcarem albo mieszka tu od dłuższego czasu i zna tutejsze realia. W związku z tym, że nie każdy uchodźca ma pozwolenie na pracę, w programie Capacity mamy też osoby, którym nie wolno prowadzić działalności biznesowej, ale które mają ciekawe pomysły nienakierowane na zysk. Są to głównie inicjatywy skupiające się na pomaganiu innym, mimo, że sami pomysłodawcy często znajdują się w trudnej sytuacji. To są osoby, które są wdzięczne za nowe szanse, chcą być aktywne i przyczyniać się do rozwoju społeczeństwa, a umiejętności, których się uczą, przydadzą im się, gdziekolwiek się ostatecznie znajdą. 

Możesz podać kilka przykładów najciekawszych inicjatyw?

Trudny wybór! Jest u nas Natalia, która studiowała sztukę w Kolumbii i która teraz robi tutaj magistra. Natalia organizuje wycieczki po Zurychu, np. Zurich Street Art Tour, pokazując sztukę w przestrzeni miejskiej, a dzięki jej spojrzeniu i my możemy poznać to miasto w nieco inny sposób. Natalia i jej rodzina przez cztery lata żyli w zawieszeniu, dopiero niedawno otrzymali status uchodźców i pewność tego, że mogą zostać w Szwajcarii. Inna kobieta – Emilce, zajmuje się upcyklingiem kanap skórzanych. Zbiera z ulicy wyrzucone meble, zdziera z nich skórę i robi z nich przepiękne torby, portfele, etui na długopisy. Każdy produkt jest inny, tak jak każda sofa ma inną historię. Kolejny z naszych projektów łączy Szwajcarię i Nepal. Małżeństwo, Carmen i Tashi, założyli firmę, która nazywa się „Thank God It’s Fair Wear”. Szyją wysokiej jakości ubrania w Nepalu i sprzedają je w Szwajcarii. To zrównoważona, ręcznie wykonana moda, która bardzo dobrze się tu przyjęła. Wśród absolwentów naszego programu jest też Sunita, która odniosła sukces w Indiach, sprzedając niesłodzoną herbatę. Kiedy przeniosła się do Szwajcarii, potrzebowała wsparcia, aby kontynuować tutaj swój biznes. Między innymi dzięki programowi Capacity otworzyła swój online sklep i pierwszy stacjonarny sklep w Bazylei. Pracować z tymi ludźmi to sama przyjemność i ogromna inspiracja! 

Jak można wesprzeć Waszą działalność?

Capacity jest organizacją non-profit, która działa dzięki wsparciu finansowym przeróżnych fundacji i firm. W momentach kryzysu, z jakim mamy do czynienia teraz, budżety niestety często są cięte lub przeznaczane na inne cele. W związku z tym, że nie wiemy co przyniesie rok 2021, zdecydowaliśmy się na rozpoczęcie naszej pierwszej kampanii crowdfundingowej. Naszym celem jest zebranie 30.000 CHF na sfinansowanie co najmniej 5 stypendiów dla migrantów i uchodźców w naszym programie przedsiębiorczości w przyszłym roku. Kampania właśnie wystartowała, pierwsze stypendium już sfinansowane, a my jesteśmy niesamowicie wdzięczni za każdą dotację!

Nowy biznes Ani, Baby Miles, powstał z chęci wsparcia matek w doświadczeniu, jakim jest karmienie piersią.

Link do kampanii podaję na końcu tekstu i życzę Wam powodzenia. Zaprosiłam Cię do rozmowy z cyklu „Polki zmieniają Szwajcarię”, ponieważ kilka innych kobiet odezwało się do mnie po lekturze poprzednich wywiadów, mówiąc: musisz porozmawiać z Anną Stando. Czy Ty sama masz poczucie, że to co robisz, zmienia Szwajcarię?

Bardzo bym chciała, aby moja działalność w Lean In i w Advance pomogła zmienić obraz kobiety w Szwajcarii. A to idzie ręka w rękę z tym, co robię w Capacity. Prezentując działalność naszych przedsiębiorców i aktywistów, próbujemy uczynić Szwajcarię nieco bardziej otwartą na ludzi z różnych kultur i zmienić stereotyp uchodźcy. To są wspaniali, zaangażowani, dobrzy ludzie, którzy ubogacają społeczeństwo, a pracując lokalnie w Szwajcarii, często wspierają też miejsca, z których pochodzą i robią rzeczy zorientowane na przyszłość. Zarówno w pracy z migrantami, jak i z kobietami moim głównym celem jest wsparcie ludzi w tym, aby mogli realizować swój potencjał, bez względu na to, kim są i skąd pochodzą. To właśnie my, cudzoziemcy i cudzoziemki przyjeżdżamy tu z nową energią, z pomysłami i wypełniamy rożnorodne nisze, których w Szwajcarii wciąż jest sporo. Ja na przykład zauważyłam, że są rzeczy, których w Szwajcarii kobiety nie znają, a które mogłyby ułatwić im godzenie obowiązków macierzyńskich z pracą czy pomóc lepiej organizować sobie czas. Wystarczy tylko skorzystać z rozwiązań, które już istnieją. Właśnie dlatego postanowiłam ruszyć z własnym małym biznesem..

…i połączyć dwie kolejne role: mamy i przedsiębiorczyni.

Przyznaję, że gorączką przedsiębiorczości zarazili mnie ludzie w Capacity, a pomysł na własny biznes pojawił się za sprawą prostej wydawałoby się rzeczy – silikonowej pompki do ściągania mleka pokarmowego. Zupełnie przez przypadek zdałam sobie sprawę z tego, że mało która kobieta tutaj zna i korzysta z urządzenia, które mnie bardzo pomogło i zrobiło ogromną różnicę w doświadczeniu, jakim jest karmienie piersią. Zaczęłam opowiadać o pompce moim koleżankom z Capacity, które mają dzieci i sprowadzać ją dla nich za zagranicy. I to one mnie zachęciły, żebym zajęła się tym oficjalnie. Tak zaczęła się przygoda z Baby Miles, moim własnym mini-biznesem. W podziękowaniu za inspirację i w celu dalszego wspierania tej organizacji, za każdą sprzedaną pomkę przekazuję jednego franka szwajcarskiego do Capacity. Ziarnko do ziarnka aż zbierze się miarka… 

Dla mnie jesteś żywym przykładem tego, że w tak wyspecjalizowanym kraju jak Szwajcaria, wszechstronność jednak może być zaletą. 

Zmiana ścieżki kariery zajęła mi dużo czasu. I na pewno znacznie szybciej znalazłabym pracę w obszarze, w którym miałam już doświadczenie. Teraz z perspektywy czasu widzę, że choć robię wiele różnych rzeczy, to one wszystkie mają ze sobą wiele wspólnego. Jest mi też coraz łatwiej prezentować i komunikować moją wszechstronność tak, aby inni dostrzegali, że jest w tym wszystkim jakiś wspólny mianownik. Że to działa i ma sens. W Szwajcarii często jesteśmy zawodowo szufladkowane, na przykład na podstawie tego, skąd pochodzimy. Mam koleżankę z Polski, która pracuje w banku i zdarzyło jej się spotykać z reakcją: sprzątasz tam? Mnie chyba się udało stworzyć „szufladkę” dla samej siebie. Na własnych zasadach. 


ANNA STANDO 

W Szwajcarii od 2013 roku. Relations Manager w Advance – Gender Equality in Business. Członkini zarządu w Capacity Zurich i Lean In Switzerland. Właścicielka firmy BabyMiles. Magister komunikacji międzykulturowej. Regularnie przemawia na tematy związane z różnorodnością, integracją, zasadami równego zatrudnienia i walką z dyskryminacją. Mówi też o swojej historii pokonywania trudności, determinacji w dążeniu do celu i rozwijaniu kariery w zgodzie ze swoimi wartościami i zasadami. Z Anią możesz skontaktować się poprzez LinkedIn albo e-mail: anna.stando@gmail.com


WIĘCEJ INFORMACJI:

Link do kampanii crowfundingowej Capacity  https://wemakeit.com/projects/aid-refugee-migrant-talent-2020

Capacity: www.capacityzurich.ch 

Instagram: @pttp.walks – ‘Power To The People’ – wycieczki po Zurychu z Natalią 

https://www.amunemi.com/ – torby Emilce z upcyklingowej skóry 

https://www.tgifw.com/ – Thank God It’s Fair Wear – ubrania z Nepalu 

https://www.timetotea.ch/ – herbaty Sunity

Advance – Gender Equality In Business: https://weadvance.ch/

Advance & HSG Gender Intelligence Report: https://weadvance.ch/gender-intelligence/ 

Lean In Switzerland: www.leaninswitzerland.org 

Lean In & McKinsey yearly report: ‘Women In The Workplace’: https://womenintheworkplace.com/  

BabyMiles: www.babymiles.ch

Polki zmieniają Szwajcarię: Paula Kostrzycka i pomysł na krem, który działa

Z Paulą spotykam się w Bernie, mieście, które jest tradycyjnym mostem łączącym dwie części kraju: niemiecko- i francuskojęzyczną. Moja rozmówczyni przyjechała do Szwajcarii sześć lat temu i zamieszkała nad pięknym jeziorem Walensee, między Liechtensteinem a Zurychem. Swoje miejsce znalazła jednak po drugiej stronie Röstigraben, nad innym jeziorem, w Neuchâtel. To w tym kantonie poznała ludzi, którzy pomogli jej spełnić marzenie o własnym biznesie. Poznajcie Paulę Kostrzycką, założycielkę i właścicielkę marki kosmetycznej NUME-LAB

NUME, czyli new me – „nowa ja” to nazwa kosmetyków, ale określenie pasuje też do Twojej przygody ze Szwajcarią i własnym biznesem. Jak to się zaczęło? 

Moja droga do Szwajcarii była długa i wiodła przez wiele miejsc na świecie. Kiedy miałam dziewięć lat wyjechałam z rodziną do Włoch. Tam skończyłam szkołę, a w liceum poznałam mojego obecnego męża. Razem zaczęliśmy szukać kraju, w którym moglibyśmy przez jakiś czas pomieszkać i nauczyć się języka. Padło na Chiny. Planowaliśmy zostać tam przez sześć miesięcy, a zrobiło się z tego siedem lat. Przez ten czas nauczyliśmy się języka, studiowaliśmy i pracowaliśmy w różnych branżach. To był bardzo ciekawy czas, ale w pewnym momencie zatęskniliśmy za Europą i postanowiliśmy poszukać miejsca do życia bliżej rodziny. Na początku próbowaliśmy w Belgii, a potem nagle pojawiła się możliwość przyjazdu do Szwajcarii. Cieszyła nas bliskość Francji i Włoch, gdzie mieszka nasza rodzina. Po roku poszukiwań pracy, zostałam project managerem na Chiny w dużej szwajcarskiej firmie. Jednak już wtedy wiedziałam, że chcę stworzyć coś swojego. Pomysłów było wiele, ale czekałam, aż pojawi się „to coś”.

Jak odkryłaś, że to będą kosmetyki? 

Tak się złożyło, że od dłuższego czasu próbowałam znaleźć na szwajcarskim rynku produkty do pielęgnacji, które odpowiadałyby potrzebom mojej wymagającej cery. Nie lubię poświęcać zbyt dużo czasu zabiegom kosmetycznym, więc mój ideał to minimum, które działa. Pewnego dnia wróciłam do domu od kosmetolożki i zaczęłam rozmawiać z mężem o tym, że jestem już zmęczona kupowaniem kosmetyków, które zalegają później na półce w łazience. To może spróbujmy zrobić to sami? – usłyszałam. I tak zaczęliśmy szukać specjalistów, do których mogliśbyśmy się zwrócić z pomysłem. 

Od początku miałaś wizję idealnego produktu? 

Dokładnie wiedziałam, czego chcę. Miało być minimalistycznie: najwyżej trzy produkty, uniwersalne – dla kobiet i dla mężczyzn, z aktywnym składnikiem, który naprawdę działa. Dużo podróżowałam po Azji i używając tamtych kosmetyków zauważyłam, że jest jeden składnik, który dobrze służy mojej cerze. To śluz ze ślimaka, używany już przez starożytnych m.in. do leczenia ran, ponieważ ma działanie regenerujące i odbudowujące naskórek. Zależało mi na znalezieniu profesjonalnego laboratorium kosmetycznego, które stworzy produkt według mojej idei. Zdecydowałam się na produkcję w Szwajcarii, ponieważ jest to kraj o wysokich standardach i innowacyjnych rozwiązaniach w przemyśle farmaceutycznym i kosmetycznym. Zanim nowy produkt wejdzie na rynek, musi przejść szereg wymagających testów. Ponieważ od początku myśleliśmy o sprzedaży naszych kosmetyków także poza Szwajcarią, głównie na rynkach azjatyckich – w Indonezji i Malezji – wiedzieliśmy, że musimy zdobyć niezbędne certyfikaty. To wszystko oczywiście trwa. Samo testowanie formuły zajęło nam półtora roku. W międzyczasie przenieśliśmy się do kantonu Nauchatel, aby być bliżej laboratorium, gdzie powstają nasze kosmetyki. W rezultacie cały proces powstawania marki – od pomysłu do produktu – zajął nam trzy i pół roku.

Co wspominasz jako największe wyzwanie? 

Może zabrzmi to banalnie, ale wybór opakowań. Zależało mi na tym, aby powstały z materiałów przyjaznych środowisku, co okazało się nie być takie łatwe. Jedną z opcji było szkło, ale jest to materiał, który dużo waży, stąd jest też trudny w transporcie. Myśleliśmy o aluminium, jednak problem polega na tym, że z takiej tubki nie da się wycisnąć kremu czy serum do końca. Po długich poszukiwaniach zdecydowaliśmy się na plastik z recyklingu, który jest lekki i umożliwia naszym klientom wykorzystanie produktu w całości.

A czy to, co widzimy na opakowaniu ma jakieś wyjątkowe znaczenie? Muszla w kraju, który nie ma dostępu do morza.. odważnie!

Kocham malarstwo epoki renesansu, a inspiracją dla identyfikacji wizualnej marki był obraz Narodziny Wenus Sandro Botticellego. NUME ma się kojarzyć z odrodzeniem, odnową, odbudową, ponieważ są to kosmetyki przeznaczone dla osób powyżej 30 roku życia, które mają potrzebę regeneracji swojej skóry. Poza tym, zarówno ja, jak i mąż jesteśmy mocno związani z morzem, czemu również dajemy wyraz poprzez wykorzystanie motywu muszli i kolorystykę opakowań. 

Dużo słyszy się o tym, że szwajcarski rynek jest wymagający i trudno zaistnieć na nim z nowym produktem. Czym przekonuje do siebie Twoja marka? 

Szwajcaria to kraj dobrych kosmetyków, ale nie ma wśród nich wielu, które są produkowane w zgodzie z wymogami halal. Przy czym nie należy tu mylić stylu życia z religią. W przypadku kosmetyków halal oznacza selektywne podejście do pielęgnacji, które wyklucza stosowanie wielu składników, m.in. wodoodpornych, ale i postawę wobec biznesu. Produkt na każdym etapie powstawania musi być wolny od okrucieństwa, co oznacza, że nasze kosmetyki nie są testowane na zwierzętach, a wszystkie składniki są pozyskiwane w sposób etyczny i zrównoważony. Ma to szczególne znaczenie w przypadku głównego składnika, czyli śluzu ślimaka. Istnieją innowacyjne metody pozyskiwania śluzu niekrzywdzące zwierząt (więcej informacji w linkach na końcu artykułu – red). Marka NUME zdobyła certyfikat halal nadany przez instytut w Szwajcarii i akceptowany w Indonezji, Malezji i Singapurze. Etycznie, świadomie, efektywnie – to sposób, w jaki tworzę moje kosmetyki i prowadzę biznes. 

Zaprosiłam Cię do cyklu wywiadów z kobietami, które poprzez swoją działalność wpływają na życie lokalnej społeczności. W jaki sposób Ty i Twój produkt zmieniacie Szwajcarię? 

Przede wszystkim staram się pokazać, że w Szwajcarii mogę być niezależna, jako kobieta i jako cudzoziemka. Że jest możliwe, aby stworzyć coś swojego, innowacyjnego, wyjść z tym do ludzi i odnieść sukces. Mam wrażenie, że w Szwajcarii jeśli kobieta o siebie dba, to wciąż panuje przekonanie, że sprzedaje swój wygląd, a nie to, co ma w głowie. Moim celem jest pokazanie, że te dwie rzeczy się nie wykluczają. Szwajcaria, w wielu kwestiach konserwatywna, paradoksalnie sprzyja szukaniu nowych rozwiązań, ponieważ wypycha nas ze strefy komfortu, pobudza kreatywność, sprawia, że aby do czegoś dojść, trzeba kombinować. Doświadczyłam też dużego wsparcia ze strony innych kobiet, czasem zupełnie mi obcych. Wszystkie wiemy, jak trudno jest kobietom w tym kraju i tym bardziej ważne jest, aby trzymać się razem i sobie pomagać. 

Druga rzecz to sam produkt, którym wypełniamy pewną niszę na rynku. Rozmawiamy o halal i kierując ofertę nie tylko do osób wyznania muzułmańskiego,pokazujemy, że nie trzeba się bać tego, czego nie znamy. Promujemy różnorodność, ale również świadome podejście do biznesu. Przykład: nie chcieliśmy tworzyć tak popularnych obecnie kosmetyków wegańskich, ponieważ sami nie jesteśmy weganami. Przez to jesteśmy bardziej wiarygodni dla naszych klientów. Pokazujemy, że produkt, który jest dobry dla nas, może być też dobry dla innych. 

Nume to „dziecko pandemii”, ponieważ moment premiery kosmetyków przypadł na luty 2020 roku. Czy Covid przeszkodził czy pomógł w biznesie? 

Premiera marki miała miejsce podczas eventu charytatywnego, odbywającego się tradycyjnie przed wyścigiem Formuły 1 w Monte Carlo. Dzielenie się tym, co zarabiamy to również element biznesu w stylu halal. W tym roku pieniądze zebrane podczas wydarzenia przeznaczone zostały na wsparcie szpitali, będących w trudnej sytuacji finansowej ze wględu na pandemię koronawirusa. Covid sprawił, że wiele konwencji przestaje obowiązywać. Dotyczy to zarówno decyzji konsumenckich, jak i metod prowadzenia biznesu. Zauważyliśmy, że w ostatnim czasie ludzie zaczęli mieć większą potrzebę, aby się wyróżniać, stali się bardziej wymagający w swoich wyborach. Dotyczy to też partnerów biznesowych. Żeby jedna apteka odróżniła od innych, musi zaproponować klientom coś świeżego, innowacyjnego, a to sprawia, że firmy muszą bardziej inwestować w indywidualne podejście do marketingu. Ważniejsze stały się kontakty face to face, choć dzisiaj chyba lepiej pasuje tu określenie mask to mask. Klienci chcą wiedzieć, kto stoi za daną marką, jakim jest człowiekiem, co myśli, jakie ma podejście do biznesu. Dobre kontakty wprowadzają w obieg produkt i w ten sposób buduje się zaufanie konsumentów, otwierają się nowe drzwi. Właśnie dzięki takiemu podejściu udało nam się trafić ostatnio na półki aptek w Genewie i Neuchâtel. To jest dla nas bardzo ważne, ponieważ jeśli ktoś znajduje nasz produkt w w aptece, ma pewność, że jest to rzecz najwyższej jakości, której działaniu można zaufać. 

Recepta na sukces w pandemii? 

Faktem jest, że wszystko teraz dzieje się wolniej, ale to też czas, który mocno weryfikuje podejście do biznesu. Wygrywają ci, którzy są elastyczni, potrafią się szybko dostosować do nowych warunków i myśleć out of the box. Covid zwiększył też świadomość tego, ile rzeczy dotychczas robiliśmy niepotrzebnie. Latanie na konferencje biznesowe, kiedy można spotkać się online, to tylko jeden z przykładów. My też mogliśmy znaleźć partnera w Azji, ale postanowiliśmy szukać lokalnie, aby być blisko ludzi, którzy pomagają nam tworzyć produkt. Naszą misją jest propagowanie świadomego podejścia do pielęgnacji. Nie musisz mieć dziesięciu kremów na półce – wystarczy ci jeden, ale taki, który naprawdę działa. Chyba mogę powiedzieć, że udało nam się całkiem dobrze odnaleźć w tym trudnym czasie.

Wiele kobiet, które przyjeżdżają do Szwajcarii i próbują odnaleźć się na tutejszym rynku pracy, prędzej czy później decyduje się na własną działalność. Czy Twoim zdaniem jest to dobra droga? 

Własny biznes to rollercoster, na pewno nie jest to droga dla każdego. Musisz zadać sobie szereg pytań: dlaczego chcesz to robić i czy jest zapotrzebowanie na twój produkt czy usługę? Ale też: czy chcesz pracować od rana do wieczora, zrezygnować z czasu wolnego, z wakacji, borykać się z niepewnościami, ponosić ryzyko zawodowe, nieprzewidziane sytuacje, jak choćby teraz Covid? Poza tym nie każde umiejętności czy wiedza wymagają od razu startowania z własnym biznesem. Jesteś coachem? Nie musisz zakładać firmy, ale zaoferować swoje usługi konsultingowe na przykład międzynarodowej korporacji. Czasem nie warto powielać czegoś, co już istnieje.

Jakie jest Twoje największe biznesowe marzenie? 

Chciałabym zbudować zaufanie klientów do mojej marki. Na tyle, aby zyskać stabilizację biznesu, która da mi czas dla siebie i mojej rodziny. Jesteśmy aktywni, uwielbiamy chodzić po górach, jeździć rowerem, a Szwajcaria daje nam ku temu wiele wspaniałych możliwości. Nie pieniądze, ale właśnie wolny czas. To jest dla mnie wyznacznik sukcesu. 


Więcej:

o kosmetykach NUME-LAB

http://www.nume-lab.com

o metodzie pozyskiwania śluzu ze ślimaków

http://www.theoutline.com/post/4503/snail-mucin-farms-extraction-skin-care-heliciculture-ethics?zd=2&zi=5k5saznv

http://www.youtube.com/watch?v=ac_iW3iA01E

o pielęgnacji halal

https://blackpaint.sg/understanding-halal-skincare/

https://www.halalzilla.com/halal-skincare-changing-today/90669

Polki zmieniają Szwajcarię: Marta Kosińska i kosmiczny magazyn nie tylko dla dziewczynek

Logo jest różowe, a środek odkrywa całą paletę kolorów, dużą dawkę wiedzy i wszechświat możliwości. Bo Kosmonautka może być kim tylko chce! Znany w Polsce magazyn dla dziewczynek przebojem wchodzi do Szwajcarii, a pierwszy numer pisma będzie można kupić już 11 października podczas kampanii crowfundingowej na platformie WeMakeIt. O projekcie, który ma potencjał, by zmienić Szwajcarię, rozmawiam z jego inicjatorką, mieszkającą w Bazylei Martą Kosińską. 

Szwajcarski "Kosmos" wychodzi w dwóch językach: niemieckim i francuskim.

„Kosmos. Magazyn dla dziewczynek” czyli dla kogo? 

..dla dziewczynek i dla reszty świata, czyli przede wszystkim dla czytelniczek w wieku 7-13 lat, ale z całą pewnością też ich rodzice, dziadkowie i rodzeństwo znajdą tu ciekawe treści. Sama jestem najlepszym przykładem – moje córki są wielkimi fankami polskiego pisma, ale czytamy je całą rodziną. 

Skąd pomysł, aby magazyn, który od 2017 roku ukazuje się w Polsce wydać też w Szwajcarii?

Takie pomysły często rodzą się z indywidualnej potrzeby. Gdy przeprowadziłam się do Szwajcarii trzy lata temu, moje córki miały 8 i 9 lat i były fankami „Kosmosu”. Chcąc pomóc im w nauce niemieckiego, szukałam pisma o podobnym profilu, ale po niemiecku. Niestety, nie znalazłam i wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl o przeszczepieniu „Kosmosu” na szwajcarski grunt. 

Ta myśl z czasem nabrała kształtu i wyszło z tego 72-stronicowe pismo pełne treści. Jak wyglądała droga do pierwszego numeru szwajcarskiej edycji „Kosmosu”? 

Rok temu skontaktowałam się z polskim wydawcą, fundacją „Kosmos dla dziewczynek”, i podzieliłam się tą ideą. Reakcja ówczesnej prezeski fundacji, a dzisiejszej redaktorki naczelnej Joasi Czeczott, była bardzo zachęcająca. Umówiłyśmy się wtedy, że wrócimy do rozmów, gdy pojawi się więcej konkretów. W międzyczasie zaczęłam sondować szanse powodzenia projektu w Szwajcarii, rozmawiałam z wieloma osobami – rodzicami, nauczycielami, przedstawicielkami organizacji kobiecych, ale też specjalistami od rynku prasy, i stopniowo utwierdzałam się w przekonaniu, że ten pomysł ma rację bytu. Wiosną tego roku, gdy Szwajcaria pogrążyła się w izolacji w związku z koronawirusem, odezwały się do mnie dwie szwajcarskie koleżanki, którym pomysł tak się spodobał, że chciałyby go współtworzyć. A wkrótce dołączyła czwarta – nasz człowiek we francuskojęzycznej części. I postanowiłyśmy zacząć działać. To było (i jest) bardzo intensywne pół roku, bo wszystkie cztery oprócz „Kosmosu” mamy normalne prace.

11 października świat obchodzi Międzynarodowy Dzień Dziewczynek. To chyba też jeden z najważniejszych dni dla Waszego projektu. 

Tego dnia ruszamy z kampanią crowdfundingową na platformie WeMakeIt. Naszym celem jest przedsprzedaż 400-450 prenumerat magazynu. Kampania jest bardzo ważna z wielu powodów. Jeśli okaże się sukcesem, możemy liczyć na znaczne wsparcie finansowe od jednej z tutejszych fundacji, naszego potencjalnego partnera. Dla projektu byłaby to trampolina, wybicie się na rynek wydawniczy, ale i do szerszej świadomości odbiorców. Przykład polskiego „Kosmosu” pokazuje, że w momencie kiedy jego twórczynie wystartowały z kampanią crowdfundingową, wzbudziły duże zainteresowanie opinii publicznej i zyskały niesamowity impuls promocyjny. One startowały od zera. My, choć mamy już bazę w postaci polskiej edycji magazynu, to na szwajcarskim rynku też zaczynamy od podstaw. 

Macie konkurencję? Jak wygląda szwajcarski rynek magazynów dla dzieci i młodzieży?

W Szwajcarii prasa papierowa wciąż ma się bardzo dobrze i bardzo silna jest tradycja prenumerowania gazet i czasopism. Pokolenie dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków wychowało się na magazynach przyrodniczych – „Spick” w częście niemieckojęzycznej i „La petite salamandre” w Romandii, więc idea drukowanego magazynu dla dzieci jest im bliska. Podobnie jak w innych krajach europejskich, w tym w Polsce, jest ogromna podaż komercyjnych gazetek, które stanowią jedynie dodatki do plastkowych zabawek, znanych dzieciom z kreskówek czy gier. Jest sporo „różowych” pism dla dziewczynek, które wypełniają dość monotematyczne treści – dla młodszych o księżniczkach i kucykach, dla starszych o modzie, stylu, makijażu i celebrytach. Polski i szwajcarski „Kosmos” powstał z chęci zaproponowania dziewczynkom czegoś więcej. 

Od różu jednak nie stronicie.. 

Bo to piękny, energetyczny kolor i szkoda z niego rezygnować! Nasze logo jest różowe, ale chcemy pokazać światu całą paletę barw. W tej palecie jest też miejsce – czemu nie – dla różu. Naszą misją jest tę przypisywaną dziewczynkom barwę odczarować; pokazać, że jest jedną z opcji, tak samo wartościową, jak inne. Nie chcemy, aby dziewczyny nagle przestały bawić się w księżniczki czy nosić różowe sukienki. 

W pierwszym numerze przeczytamy m.in. o emocjach: czym jest złość i jak ją wyrażać.

Co więc różni „Kosmos” od innych tego typu pism dostępnych w kioskach? 

Nasze pismo wyróżnia bardzo szeroki zakres tematyczny oraz forma – „Kosmos” poważnie i z szacunkiem traktuje swoje czytelniczki, przedstawiając również skomplikowane zagadnienia, ale w atrakcyjny, zrozumiały sposób, bez infantylizowania i spłaszczania tematów. W „Kosmosie” jest miejsce na psychologię, wiedzę o świecie, reportaże z innych krajów, eksperymenty, przyrodę, sport, historię, zagadki matematyczne, wywiady z insprującymi kobietami i dziewczynkami-aktywistkami. A do tego oczywiście listy od czytelniczek, sonda, w której dziewczynki otwarcie i szczerze wypowiadają się na zadany temat, strona z dowcipami, polecanki książkowe, fajne appki i karty przyrody do kolekcjonowania. „Kosmos” pokazuje dosłownie wszechświat możliwości, nie ograniczając dziewczynek do stereotypowych zainteresowań i aktywności. Widzę po swoich córkach, wiernych czytelniczkach „Kosmosu”, jak bardzo inspirujący jest to magazyn. To co szczególnie podoba się mi jako rodzicowi to ogromna dbałość o jakość. Każdy numer to przemyślana całość, ze świetnie napisanymi artykułami, z pięknymi ilustracjami i zdjęciami. Tematy poruszane w „Kosmosie” nie dezaktualizują się, dzięki czemu można „Kosmosy” kolekcjonować, czytać wiele razy, wykorzystywać jako źródło wiedzy, choćby przy przygotowywaniu szkolnych prezentacji – to znowu przykład z mojego domu.  

Szwajcaria często przedstawiana jest jako kraj nieskończonych możliwości. Czy tak widzą też swój świat żyjące tu nastolatki?

Trudno jest odpowiedzieć na to pytanie, bo nie ma praktycznie żadnych badań i analiz problemów dziewczynek i nastolatek w Szwajcarii. Gabriella Schmid, socjolożka z uniwersytetu w St. Gallen, przeprowadziła w 2015 roku pilotażowe badanie „Lebens- und Selbstkonzepte von Mädchen in der Ostschweiz – ein Vergleich von drei Altersgruppen” (link do badań na dole strony – red.), z którego wynika jednoznacznie, że wraz z wiekiem dziewczynki stają się coraz mniej pewne siebie, mniej wierzą we własne możliwości i bardzo rzadko wybierają dalszą ścieżkę edukacji czy karierę zawodową, które są inne niż stereotypowo przypisywane kobietom. Innymi słowy, mimo że jako młodsze dziewczynki mają rozmaite zainteresowania i plany, jako starsze najczęściej chcą zostać opiekunkami do dzieci, nauczycielkami przedszkolnymi, czy wręcz rezygnują z kariery zawodowej w ogóle. 

Czy takie projekty jak „Kosmos” mogą tu coś zmienić? 

Kiedy na samym początku rozmawiałam ze Szwajcarkami o pomyśle na magazyn, uświadomiłam sobie, że Polska jest znacznie bardziej postępowa, jeśli chodzi o uznanie indywidualności kobiet, ich sprawczości i udziału w życiu zawodowym i strefie publicznej. W Szwajcarii poznałam wiele świetnie wykształconych kobiet, które po studiach nie kontynowały pracy zawodowej, zostały w domu. Okazało się, że na przykład w klasach moich córek, jestem jedną z niewielu matek, które pracują na pełen etat, a od niektórych znajomych Szwajcarek słyszałam nawet, że jeśli chcą realizować się zawodowo mając dzieci, to są postrzegane jako „dziwne”. Nie twierdzę, że kobiecie nie wolno jest wybrać rodziny kosztem pracy, to jej decyzja. Ale chciałam stworzyć przestrzeń, w której można przedstawić całe spektrum ról – począwszy od rożnorodnych pasji, jakie mają dziewczynki, a skończywszy na tym, co robią kobiety w dorosłym życiu. Nagle uświadomiłam sobie, ile ograniczeń tworzymy jako społeczeństwo, uniemożliwiając tym samym dziewczynkom w pełni się realizować. Weźmy pierwszy z brzegu kolorowy magazyn dostępny w kiosku. Przedstawione tam kobiety są zazwyczaj aktorkami, modelkami, celebrytkami. Taki przekaz dostajemy od mediów. A skoro już wiemy, że to my sami tworzymy społeczne schematy, to oczywiste staje się też to, że nie musimy działać w ich obrębie. To, co ja i moje koleżanki z zespołu „Kosmosu” chciałybyśmy osiągnąć, to uwrażliwienie nie tylko dzieci, ale rodziców, wychowawców, nauczycieli, przedstawicieli mediów na różnorodność i pokazanie, że schematy są szkodliwe dla nas wszystkich. To ogromne marnowanie potencjału kobiet, które stanowią przecież połowę społeczeństwa. 

Rozmowa z Tobą inauguruje cykl wywiadów pod wspólnym tytułem „Polki zmieniają Szwajcarię”. Zapraszam do niego kobiety, które nie tylko z sukcesem działają w Szwajcarii, ale poprzez swoją pracę wpływają na życie tutejszej, tak różnorodnej przecież, społeczności. Jak „Kosmos” jest przyjmowany przez Szwajcarki i Szwajcarów? 

Pierwsze reakcje były i są bardzo pozytywne, wręcz entuzjastyczne. To nas bardzo motywowało do pracy. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni, rodzice córek, ale też osoby wychowujące synów podkreślały, jak ważny jest taki głos i jak ważne jest kreowanie wolnej od stereotypów przestrzeni dla rozwoju dzieci. Najbardziej poruszające były chyba reakcje młodych kobiet, zwykle na początku swoje kariery zawodowej, które stwierdzały, że same chciałyby móc czytać takie pismo, gdy były jeszcze dziewczynkami. Niektóre reagowały bardzo emocjonalnie, zwłaszcza na artykuł o złości, wyrażając żal, że nikt im w dzieciństwie nie powiedział, że złość jest w porządku i że także dziewczynki mają prawo ją czuć i wyrażać, że złość może być początkiem zmiany na lepsze. Powtarzały się głosy, także wśród nauczycielek, dziennikarek, pracowniczek socjalnych, aktywistek, że podobnego pisma brakowało. 

Redakcja "Kosmosu" (od lewej): Martina Polek, Laura Simon, Marta Kosińska i Cyrielle Cordt-Moller.

Pierwszy numer ukaże się w grudniu 2020 pod hasłem „Meine Stimme” – mój głos. Jakie historie poznamy? 

W pierwszym numerze drukujemy między innymi wywiad z Nadją Räss, popularną szwajcarską jodlerką, niesamowicie inspirującą kobietą, która marzyła o tym, żeby studiować jodłowanie, ale ponieważ nie było takiej możliwości, to sama założyła odpowiedni kierunek studiów i teraz kształci kolejne pokolenia młodych ludzi. Bohaterką naszego reportażu w rubryce „Girl Power” jest 11-letnia Nora z Bazylei, którą zafascynowała tradycja londyńskiego Speakers’ Corner w Hyde Parku i postanowiła zbudować podobne miejsce w swoim mieście, ale dla dzieci – miejsce, w którym jej rówieśnicy mogliby otwarcie wyrażać swoje opinie. Nora opowiada, jak realizuje ten pomysł, krok po kroku. Poza tym w dziale „JA i świat” („Ich in der Welt” / „Moi et le monde”) przedstawiamy historię praw kobiet, czyli co i kiedy kobiety mogły zacząć robić:  na przykład dopiero od 169 lat mogą nosić spodnie, od 150 jeździć na rowerze, od 90 lat brać udział w olimpiadzie, no i w Szwajcarii dopiero od 50 lat głosować! W rubryce o psychologii pod tytułem „Poczuj siebie” („Spür dich!” / Que ressens-tu?”) pokazujemy „wulkan złości” – mówimy o tym, jak ważna i potrzebna jest złość i jak ją wyrażać. To jest szczególnie ważne dla dziewczyn, od których przecież tak często wymaga się, żeby były przede wszystkim miłe. Temu artykułowi towarzyszy zresztą rozwinięcie dla rodziców i opiekunów na naszej stronie internetowej. W sumie są to 72 strony pełne treści. I żadnych reklam.

72 strony to brzmi jak masa pracy. Kogo zaprosiłaś do współtworzenia „Kosmosu”? 

Szwajcarski “Kosmos” powstaje na polskiej licencji, co oznacza, że połowa treści jest tłumaczona z polskich wydań. To też dużo pracy, ale trochę mniej niż wymyślanie i pisanie wszystkiego od zera. Redakcję szwajcarskiego Kosmosu, oprócz mnie, tworzą trzy inne kobiety: Martina Polek, dziennikarka radia SRF i tłumaczka z polskiego na niemiecki, Laura Simon, redaktorka i specjalistka od promocji, Cyrielle Cordt-Moller, literaturoznawczyni, księgarka i tłumaczka z niemieckiego na francusku. Wszystkie cztery pracujemy nad „Kosmosem” w naszym wolnym czasie i nieodpłatnie. W pierwszym numerze znajdą się też ilustracje szwajcarskich ilustratorek: Sabine Hirsig oraz pochodzącej z Polski Justyny Chudzińskiej-Ottino. Składem i przygotowaniem do druku zajmują się Rebecca de Bautista i Isabella Furler ze studia Lugma. Niezależnie od magazynu działa również stowarzyszenie Kosmos für Madchen, do którego zapraszamy wszystkie osoby, które mają ochotę wspierać nas w działaniach. 

To na koniec najważniejsze! Gdzie będzie można kupić „Kosmos”? 

Pierwszy numer będzie dostępny już w trakcie kampanii crowdfundingowej na platformie WeMakeIt. Tam będzie można kupić i pojedynczy numer, i prenumeratę (6 numerów). W regularnej sprzedaży magazyn pojawi się prawdopodobnie w grudniu – będzie go można kupić przez internet, w księgarniach i sklepach muzealnych. Listę punktów sprzedaży podamy na stronie internetowej. Cena pojedynczego numeru to 19 CHF, prenumeraty 99 CHF. Pismo będzie się ukazywało co dwa miesiące. 

Marta Kosińska (ur. 1978 w Warszawie) studiowała socjologię na Uniwersytecie Warszawskim i ukończyła Podyplomowe Studia Edytorstwa Współczesnego na UKSW. Od 2003 roku pracuje w branży wydawniczej. Po przeprowadzce do Szwajcarii w sierpniu 2017 roku rozpoczęła pracę jako project manager i szef produkcji w szwajcarskim wydawnictwie książek i gier Helvetiq w Bazylei. Mieszka w Oberwil BL z mężem i dwiema córkami. Nieustannie uczy się niemieckiego i francuskiego. W wolnych chwilach jeździ konno.

„Kosmos” w sieci:

https://www.kosmosmag.ch (wydanie szwajcarskie)

https://kosmosdladziewczynek.pl/ (wydanie polskie)

Warto przeczytać:

Badania socjolożki Gabrielli Schmid  https://www.budrich-journals.de/index.php/gender/article/view/25304

Wywiad ze Schmid po niemiecku https://www.kosmosmag.ch/post/in-der-schweiz-liegt-noch-vieles-im-argen i po francusku https://www.kosmosmag.ch/post/il-reste-encore-beaucoup-à-faire-en-suisse

Zdjęcia są własnością redakcji „Kosmosu”.

Trzy filary – szwajcarski system emerytalny w pigułce

Senioren-Wandern_Schweiz_Fotolia_137994184-835x470

Aktywni seniorzy to częsty widok w Szwajcarii. Fot. fotolia.com

Każdemu, kto pracował w Szwajcarii i odprowadzał składki na ubezpieczenie społeczne przysługuje szwajcarska emerytura. Tutejszy system trzech filarów jest uznawany za jeden z najbardziej wiarygodnych i bezpiecznych na świecie. Choć może się wydawać nieco skomplikowany, to warto dobrze go zrozumieć, aby poznać swoje prawa i różne opcje planowania emerytury. Ten przewodnik powstał po to, aby przybliżyć Wam specyfikę trzech filarów. Tekst stworzyłam we współpracy z firmą doradczą Swissential, z siedzibą w Nyon, regulowaną przez FINMA – szwajcarski nadzór finansowy. Dowiecie się z niego nie tylko, jak zaplanować swoją finansową przyszłość, ale także, jak już teraz wykorzystać możliwości systemu, aby np. obniżyć podatek oraz jak ubiegać się o pieniądze ze składek po opuszczeniu Szwajcarii. Czytelnicy bloga I’m not Swiss mogą również skontaktować się z doradcą firmy Swissential (kontakt na końcu artykułu), aby otrzymać bezpłatną poradę finansową w języku polskim.

Pierwszy filar – podstawowy poziom życia na emeryturze

Pierwszy filar to państwowy plan emerytalny o nazwie AHV (niem)/AVS (fr). Innymi słowy, jest to rządowy system redystrybucji, który obejmuje dodatkowo ubezpieczenie na wypadek inwalidztwa i ubezpieczenie od bezrobocia. Składka, jaką wpłacamy do pierwszego filaru, to 10,25% naszej pensji, z czego 50% jest płacone przez pracodawcę, a 50% jest odciągane z pensji pracownika.

Jeśli ktoś odprowadzał składki od 20. roku życia do osiągnięcia wieku emerytalnego, to maksymalna emerytura, na jaką może liczyć z pierwszego filaru wynosi 2370 CHF miesięcznie (na osobę) lub 3555 CHF miesięcznie (dla małżeństwa). W Szwajcarii związek małżeński oznacza ograniczenia podatkowe i emerytalne, ale w sytuacji wypadku lub śmierci partnera/partnerki, można liczyć na wsparcie w postaci przejęcia części emerytury i pieniędzy z ubezpieczenia na życie, wbudowanego w szwajcarski system trzech filarów. 

Przydatne porady:

Drugi filar – dodatek do pierwszego filaru

Drugi filar, czyli BVG/LPP, to pracowniczy plan emerytalny, ubezpieczenie wypadkowe i ubezpieczenie na życie. Drugi filar jest obowiązkowy dla wszystkich pracowników od 25. roku życia, a składka w zależności od wieku pracownika wynosi minimum 7%, 10%, 15% i 18%. Pracownicy, którzy zarabiają więcej niż 21 339 CHF rocznie, są automatycznie objęci pracowniczym funduszem emerytalnym. Osoby, które pracują na własny rachunek mogą opłacać składki dobrowolnie, wykorzystując trzeci filar w podobny sposób jak drugi. W połączeniu ze składkami z pierwszego filaru możemy spodziewać się, że do momentu przejścia na emeryturę wypracujemy 60% wartości naszej ostatniej pensji. Dodatkowo można wykorzystać swój drugi filar jako depozyt na zakup nieruchomości, budżet na otworzenie własnej firmy lub na dodatkową edukację.

Drugi filar może być naszym pierwszym i najważniejszym źródłem dochodu na emeryturze. Wszyscy wiemy, ile mamy pieniędzy w banku, ale wielu z nas nie wie, że może na bieżąco śledzić informacje znajdujące się na podsumowaniu drugiego filaru. Te informacje otrzymujemy raz do roku (w lutym) od pracodawcy lub mamy do nich dostęp za pośrednictwem portalu powiązanego z naszym drugim filarem.

3Pillar System PL- OK.001

Przydatne porady:

  • Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mogą uzyskać dostęp do całości pieniędzy zebranych w drugim filarze już w wieku 58 lat.
  • Jeśli opuszczasz Szwajcarię, możesz poprosić o wypłacenie części swoich oszczędności z drugiego filaru w formie jednorazowej transzy.
  • Jeśli opuszczasz Szwajcarię i wyjeżdżasz poza Europę możesz poprosić o wypłacenie całości swoich oszczędności z drugiego filaru w formie jednorazowej transzy.
  • W zależności od kantonu przy wypłacie zapłacimy różnej wysokości stawkę podatkową. Można znacząco obniżyć ten podatek, jeśli zaplanuje się wyjazd z wyprzedzeniem i przeniesie pieniądze do innego kantonu.
  • Dodatkowym sposobem na obniżenie podatku jest włożenie swoich oszczędności do drugiego filaru (tzw. buy back), co zwiększa naszą emeryturę. Kwota, którą możemy wpłacić zależy od czasu pracy w Szwajcarii i zarobków.
  • Pamiętaj, że kiedy wyjeżdżasz ze Szwajcarii, musisz samodzielnie ubiegać się o wypłatę z tak zwanego vested benefit account, do którego są przenoszone składki osób opuszczających Szwajcarii. W tej chwili nieodebrana kwota na tych kontach w całym kraju wynosi 5 mld CHF.

Trzeci filar – prywatna emerytura

Trzeci filar to prywatna, indywidualna opcja, która składa się z dwóch części (A i B). Wykorzystuje się go do zbudowania dodatkowego kapitału, aby w momencie przejścia na emeryturę zabezpieczyć się przed znacznym spadkiem dochodów. Trzeci filar zazwyczaj przyjmuje formę konta oszczędnościowego na emeryturę i często oznacza też dodatkowe korzyści podatkowe. Maksimum, jakie można wpłacić na trzeci filar A i odliczyć od podstawy podatku to 6826 CHF rocznie. Zwrot podatku z części B zależy od prawa kantonalnego.

Przydatne porady:

  • Korzystanie z kont bankowych dla trzeciego filaru części A jest przydatnym rozwiązaniem dla osób, które planują zostać w Szwajcarii przez 12 do 24 miesięcy. Przy dłuższych pobytach warto rozważyć rozwiązania, które oferują wyższy zwrot z inwestycji, zabezpieczenie kapitału, jak również ubezpieczenie na życie.  
  • Trzeci filar może zostać wykorzystany do spłacenia kredytu na mieszkanie. 
  • Osoby mieszkajace w kanonie Genewa lub Fryburg mogą uzyskać dodatkowe ulgi podatkowe z trzeciego filaru B.
  • Jeśli planujesz w przyszłości opuścić Szwajcarię, trzeci filar to jedyna część systemu, którą można kontunuować jako formę prywatnego konta emerytalnego. 

Kontakt z doradcą:

Krzysztof Cieślik, specjalista firmy Swissential ds. szwajcarskiego systemu trzech filarów. Możesz poprosić o bezpłatną konsultację telefoniczną z ekspertem, wysyłając email na adres ccieslik@swissential.com. 

https://swissential.com

https://www.facebook.com/swiss3pillarsystem

Ja kontra Szwajcaria – 1:0

86173405-300B-4434-A563-4B807200E64D

Autorka, Jezioro Lemańskie i pies Leo. Fot. Katarzyna Schiller

Przejrzałam ostatnio treści na blogu i wygląda na to, że mniej więcej raz do roku publikuję tekst o sobie. Zazwyczaj ta potrzeba pojawia się w okolicach kolejnej rocznicy pobytu w Szwajcarii. Tym razem dopadła mnie wcześniej, a wszystko za sprawą pewnej wiadomości od czytelniczki. „Uczę się języka, szukam pracy i opadam z sił. Jak udało ci się zmienić podejście do życia tutaj?”. No właśnie, jak?

W październiku minie pięć lat odkąd jestem w Szwajcarii. Czy mogę już mówić, że wygrałam nierówną walkę z alpejskim potworem? Nie do końca, ale na tej emigracyjnej szali przechylam się coraz mocniej w kierunku zwycięstwa i właśnie teraz, bezwzględnie nadszedł czas na podsumowania oraz.. uchylenie rąbka pewnej tajemnicy. Dzień zwierzeń jest dzisiaj.

Zacznę tam, gdzie ostatnio skończyłam, czyli w mojej firmie. Udało się ją założyć, działa coraz prężniej, przynosi dochody – niewielkie i nieregularne, ale własne – wypracowuje przyszłą emeryturę – z którą chyba będę się musiała wynieść na Filipiny, żeby wyżyć – ale, ale.. nie narzekam, jestem na swoim, to była moja decyzja i jest mi z nią dobrze.

Udało się z Waszą pomocą. Choć blog nigdy nie dał i pewnie nigdy nie da mi ani pół franka, to dzięki niemu zyskałam coś o wiele ważniejszego, a w Szwajcarii może i najważniejszego – kontakty, za którymi idą konkretne propozycje. Wysłanie setki CV może nie mieć takiej siły rażenia, jak poznanie jednej odpowiedniej osoby. Nie chcę uogólniać i odradzać Wam udziału w procesach rekrutacji. Na szwajcarskim rynku z pewnością są branże i stanowiska, o które warto się bić w konwencjonalny sposób. U mnie to nie zagrało. Dlatego już dawno przestałam katować się odmowami i wzięłam sprawy w swoje ręce. 

Spotkania z Wami, te online, te przy kawie, te przy winie, otworzyły mi oczy na wiele obszarów, które dotąd były dla mnie niedostępne. Szwajcarii jest tyle, ile ludzi, którzy próbują zbudować tu swoją własną układankę. A mnie, może dlatego, że od dziecka nie miałam cierpliwości do puzzli, zajmuje to trochę dłużej niż innym. 

Na początku ubiegłego roku, tak jak Ty, Droga Czytelniczko, nie miałam już siły. Chciałam uciec stąd jak najdalej. Najlepiej na drugi koniec świata. I tak zrobiłam. Polecieliśmy z mężem na trzy tygodnie do Nowej Zelandii. Nie tylko na wakacje. W Auckland szukaliśmy pracy. On miał nawet kilka rozmów. Ja słyszałam to, co wszędzie, a ponieważ tam ludzie są znacznie bardziej szczerzy niż w Europie, brzmiało bezlitośnie. We don’t need new people to tell us the same bullshit. Maybe you should try in wine? Dziękuję, w winie już próbowałam. W porównaniu z tym, jakie wymagania stawia przyjezdnym NZ, to Szwajcaria prowadzi politykę otwartych granic. Gdyby nie to, że nie udało nam się przejść z sukcesem procedur wizowych, pewnie dzisiaj ten blog już by nie istniał. A może tylko zmieniłby nazwę.

Marzenia o Antypodach rozpłynęły jak śnieg w marcu na lotnisku w Zurychu, kiedy wróciłam i uświadomiłam sobie, że próba ucieczki się nie udała. Zostaję w Szwajcarii. Na długo, może nawet „na zawsze”. Kochana, żarty się skończyły, teraz trzeba sobie to wszystko tutaj jakoś ułożyć, żeby nie zwariować. To chyba wtedy, kiedy zatrzasnęło się wyjście bezpieczeństwa, nastąpiła „zmiana podejścia do życia w Szwajcarii”. I rzeczy nagle zaczęły się układać.

Moja firma, o oryginalnej nazwie Sprachbüro Kaminska, właśnie kończy pół roku. Zajmuję się przede wszystkim tłumaczeniami ustnymi z języka niemieckiego na polski. Towarzyszę ludziom podczas spotkań w urzędach, wszędzie tam, gdzie trzeba się porozumieć w lokalnym języku. Tłumaczę konsekutywnie szkolenia dla branży budowlanej, co jest męczące, wymagało dużych przygotowań i na początku było dla mnie źródłem sporego stresu, bo nie dość, że to wyłącznie męski świat, to moi klienci swoją wiedzą i doświadczeniem biją mnie na głowę. Na szczęście starają się nie dać mi tego odczuć. Mała prywata – szepnijcie słówko znajomym, że jeśli potrzebują tłumaczki, to jestem do dyspozycji.

Co poza tym? Uczę polskiego, co pozwala mi nie tylko lepiej poznać język niemiecki, ale i zmusza do zgłębiania gramatycznych zawiłości mowy matczynej (jak to dobrze, że w szkole zawsze miałam świetne polonistki!). Od pewnego czasu współpracuję też z miastem Winterthur  – staramy się przybliżyć Szwajcarom i mieszkającym tu obcokrajowcom polską kulturę. Były warsztaty polskiej kuchni, które przyciągnęły dużo zainteresowanych – ponoć o lepieniu klusek krążą teraz w mieście legendy! Język polski zagościł już dwukrotnie w Bistro International podczas wymiany językowej, która odbywa się co miesiąc w centrum kultury Alte Kaserne.

Chcę, żeby Szwajcarzy poznali Polskę, a jednocześnie robię wszystko, by i Szwajcaria dała się trochę oswoić Polakom w Polsce i przestała się kojarzyć tylko z pieniędzmi, nudą, czekoladą i kurortami narciarskimi. Tematy społeczne kręcą mnie – dziennikarkę i socjolożkę – bardziej niż produkowanie kolejnych cykli „miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić w Szwajcarii”. To znajdziecie i bez mojej pomocy.

Dla tych, którzy dopiero mnie poznają: linki do publikacji i występów gościnnych w polskich mediach możecie przejrzeć w zakładce O MNIE.

Przez cztery poprzednie lata spędzone w Szwajcarii głównie narzekałam. Na urzędników, nieprzyjaznych ludzi, trudny język, dialekty, na to, że nie mogę znaleźć pracy i wszystko jest tu takie trudne. Sięgnijcie do moich poprzednich tekstów, znajdziecie tego mnóstwo. Tym razem postanowiłam, że będę się chwalić. Bo akurat jest czym.

Był koniec lutego, poranek po nieprzespanej nocy oscarowej (galę oglądam co roku, odkąd pamiętam). Na wpół otwartymi ze zmęczenia oczami przeczytałam wiadomość, która wpadła mi do skrzynki mailowej. Przeczytałam ją kilka razy, a potem jeszcze – dla potwierdzenia, że na pewno to mi się nie śni – wysłałam do paru znajomych. To była wiadomość od redakcji jednego z polskich wydawnictw. Wiadomość z propozycją. Z propozycją napisania książki. Książki o Szwajcarii. Pierwszej w Polsce książki o Szwajcarii w kategorii literatura faktu. Książki, której autorką mam być ja. Autorką. Książki. O Szwajcarii. Ja!

Początkowy szok i niedowierzanie zajęła najpierw panika, potem stres, a następnie mobilizacja. Teraz, kiedy umowa podpisana, a książka nabiera kształtów, mogę się ujawnić i jednocześnie wytłumaczyć z rzadszych ostatnio publikacji na blogu. Musicie uzbroić się w cierpliwość. Wszystko, co najciekawsze o Szwajcarii, przeczytacie w papierze. Już w przyszłym roku. No i uwaga, to będzie też Wasza książka, więc od teraz miejcie się na baczności. Wszystko co powiecie o Szwajcarii, może być użyte.. jako moja inspiracja.

Tymczasem mecz ze Szwajcarią trwa.

Wygrywam 1:0.

Ale to dopiero pierwsza połowa…