My, Odyseusze XXI wieku. Krystian Lada w rozmowie z Marzeną Mikosz

Zdjęcia z prób w Bazylei. Fot. Tomasz Herman

Czasem z ciekawości, czasem z przymusu wyruszamy w drogę. W niektórych miejscach zatrzymujemy się na chwilę, w innych pozostajemy na dłużej, budując nowe relacje, oswajając nieznane, na nowo definiujemy pojęcie „domu”. We współczesnym świecie zostaliśmy klasycznymi Odyseuszami, którzy swoją Itakę mogą znaleźć np. w Szwajcarii. 

Na skrzyżowaniu szlaków, gdzieś pomiędzy innymi obowiązkami udało mi się spotkać z Krystianem Ladą, reżyserem operowym. Tłem naszego spotkania był wieczorny, choć wcale nie uśpiony, dworzec w Bazylei, a koniec rozmowy wyznaczył odjazd mojego pociągu. Chciałam spotkać artystę, który już wiele lat temu ruszył na studia do Amsterdamu, zdobył uznanie operowych scen, między innymi w Berlinie, Brukseli czy Hadze. Obecnie dla Basel Theater przygotowuje „Powrót Ulissesa do Ojczyzny”, najstarszą znaną operę opartą na homerowych przygodach Odyseusza. 

Krystian Lada jest reżyserem operowym, librecistą, dramaturgiem z doświadczeniem w showbiznesie. W nobliwe instytucje operowe wprowadza lokalny koloryt, odmładzając widownię i zapraszając publiczność, która teatr najczęściej omijała. W wieku 30 lat został najmłodszym dyrektorem ds. dramaturgii w Królewskiej Operze La Monnaie w Brukseli. Współpracował m.in. z Theater an der Wien w Wiedniu, Staatsoper w Berlinie, Teatrem Wielkim w Warszawie. Jest zdobywcą Mortier Next Generation Award oraz był dwukrotnie nominowany do Paszportów „Polityki”. 

Zaproszony do współpracy przez Benedikta von Petera, dyrektora artystycznego Basel Theater musiał w lustrze ustawić samego siebie. Dlatego też jego Odyseusz jest jednym z nas, ekspatem, migrantem, uchodźcą. Od 7 listopada bazylejska publiczność będzie mogła poznać klasyczną operę we współczesnej interpretacji (jak mówi sam reżyser, stali bywalcy opery mogą poczekać na inne przedstawienie). Kierownictwo muzyczne nad przedstawieniem objął Johannes Keller, w postać Penelopy wciela się Katarina Brandić, Amorem, Ino i jednym z zalotników Theo Imart, Minewrą Steafanie Knorr, Telemachem Jamez McCorkle a Odyseuszem? O tym przeczytacie w wywiadzie. 

Premiera: 7 listopada, godz. 18:30

Kolejne przedstawienia: 12, 14, 16 listopada.

Theater Basel, Elisabethenstr. 6; bilety dostępne na stronie www.theater-basel.ch

Marzena Mikosz: Spotykamy się w drodze, na dworcu w Bazylei, oboje jesteśmy w podróży. Ty nieustannie zmieniasz miejsce zamieszkania. Czujesz się Odyseuszem?

Krystian Lada: Trochę tak. W ogóle uważam, że Odyseusz jest palimpsestem. Zawsze fascynowało mnie u Homera, że zanim czytelnik poznaje Odyseusza, to najpierw słyszy od innych bohaterów, co oni o nim myślą i potem strasznie ciężko jest mu podejść do niego w sposób obiektywny. Już wiemy, co o Odyseuszu myśli żona, co myśli syn, co przeciwnicy, a co wspólnicy. Dostajemy przeźrocza, które nakładają się na siebie. Ich zbiór jest naszym Odyseuszem. Z jednej strony jest on wyidealizowanym mężem, który cały czas wraca do żony. Z drugiej strony jest facetem, który gubi się w przygodach i odwleka moment powrotu. Te przeciwności są ciekawe. Jako Polak, który ukończył studia zagranicą i obecnie mieszka już dłużej poza Polską niż w kraju, który dla Belgów jestem Polakiem mówiącym po niderlandzku. Gdy zaś przyjeżdżam do Polski, ludzie biorą mnie za Belga, który nauczył się nieźle mówić po polsku. Jako ktoś, kto stale jest w drodze, kto nie do końca wie, gdzie tak naprawdę czuje się jak u siebie w domu, ale też ktoś, komu stawiane są pewne oczekiwania, mogę powiedzieć: czuję się Odyseuszem. 

Bierzesz na warsztat najstarszą znaną operę, ale sięgasz też chętnie do klasyki, do mitu. Twoje przedstawienia zawsze jednak wykorzystują współczesne obserwacje. Co nowego, a co tradycyjnego pojawi się w bazylejskim przedstawieniu?

Zawsze staram się dotrzeć do esencji, ducha, spiritus movens dzieła. Nie jest to przecież tylko istota kompozycyjna, muzyczna czy dramaturgiczna, tylko coś, co te wszystkie elementy spaja w całość. W operze Monteverdiego fascynuje mnie to, że to tak naprawdę szkic, początek historii opery. Swoje przedstawienie przygotowuję na podstawie manuskryptów, a nie gotowego opracowania muzycznego. Podczas gdy edytorzy opracowań “Ulissessa” rozpisują wszystko tak, jakby to była opera skomponowana w XIX wieku, manuskrypt odkrywa być może przed nami pierwotne zamysły twórców. Przykład? Zamiast symfonii w jednej ze scen w manuskrypcie znajduję tylko jeden akord z dopiskiem: „Proszę grać tak długo jak trwa akacja sceniczna”. To dla mnie jakby zaproszenie kompozytora do teatru. 

Chcesz powiedzieć, że Monteverdi pozostawia Ci przestrzeń do tworzenia?

Mam wrażenie, że “Ulisses” to dzieło prototypiczne. Monteverdi szukał jeszcze właściwej formy opery, budując coś zupełnie nowego. Jego tworzenie nowych scen, nowych konstelacji odczytałem jako zaproszenie, aby tej kreatywnej podróży, którą odbywał Monteverdi, nie zamykać, tylko dołączyć do niego i zastanowić się, jak mogę tę podróż w jego duchu kontynuować. Nawiązań do współczesności nie trzeba daleko szukać. W naszych czasach powrót do domu nie jest wcale oczywistością. Wiele osób nie może lub nie chce do domu wrócić, ponieważ ten dom albo już nie istnieje, albo położony jest w strefie wojny, albo też osoby te ze względu na wyznanie, orientację seksualną czy poglądy polityczne zostały wykluczone ze społeczności. Pasjonuje mnie możliwość powrotu do pierwotnych założeń opery budowanej na melodii tekstu oraz rozmowy z imigrantami, którzy są naszymi Odyseuszami w tym spektaklu. 

Nie ukrywam, że ciekawi mnie, co zaczerpnąłeś z Bazylei, miasta położonego na styku trzech krajów, miasta kosmopolitycznego, w którym co chwila słyszy się inny język?

Odyseusza! Przy tym Odyseuszem w naszym spektaklu jest grupa ludzi. To bohater zbiorowy. To nawiązuje zresztą trochę do najnowszych badań literaturoznawczych, które wskazują, że Homer nie był jednostką, ale najprawdopodobniej kolektywem ludzi opowiadających historie, społecznością, która pielęgnowała narracje i historie dziś przypisywane jednemu poecie. Stąd wziął się pomysł przedstawienia Odyseusza jako grupy ludzi, mężczyzn, którzy wybrali Bazyleę na swoją nową ojczyznę. Ich historie są bardzo różne. Jedni są uchodźcami, a inni – tak jak ty i ja – to migranci. W tych różnych historiach bycia tym innym, obcym, kimś z zewnątrz jest coś, co nas łączy. Wszyscy poddani jesteśmy procesowi projektowania na nas schematów i różnego rodzaju oczekiwań.

Czy w momencie spotkania z inną kulturą, obyczajami, sposobem zachowania, mentalnością nie zmieniamy też swoich własnych oczekiwań wobec samych siebie? Czy nie musimy na nowo się określić i przedefiniować?

Jak najbardziej. Wszyscy jesteśmy uzależnieni od własnego odbicia w drugim człowieku. Jako “ci obcy” jesteśmy nieustannie wywoływani do tablicy. Musimy ciągle określać, kim jesteśmy. Odnosząc to do mojej sytuacji, jako Polak na stałe mieszkający w Belgii nieustannie proszony jestem o komentarz do wydarzeń w Polsce. Polacy w kraju nie muszą tego robić. Nie muszą mieć opinii na każdy temat. Ja z kolei muszę tłumaczyć się z decyzji politycznych zapadających w Polsce, i nie ma tu znaczenia, że są to decyzje podejmowane wbrew moim poglądom i bez mojego udziału. Nagle okazuje się, że jesteśmy takim Polakiem pars pro toto: nacjonalistą, dewotką, walczącą na manifestacjach lesbijką, alkoholikiem albo miłośnikiem Chopina. Wszystko w jednym.

Często prowadzisz swoje reżyserie w postaci dialogu: dialogu z aktorami, muzykami, technikami. Wszystkim im dajesz prawo głosu, dodania czegoś od siebie na potrzeby przedstawienia. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że kiedy widzisz scenę realizowaną dokładnie według Twoich wyobrażeń, to czujesz, że coś poszło nie tak. 

Ja się wtedy strasznie nudzę, bo już to wszystko widziałem w swojej głowie (śmiech). Ten dialog się czasem udaje, a czasem nie. W Bazylei pracuję z bardzo różnorodną obsadą, zarówno z ludźmi młodymi jak i z doświadczonymi śpiewakami. Ja jestem ich wszystkich ogromnie ciekaw! Chce się dowiedzieć, kim są. Dziś przyszedł wreszcie taki moment, kiedy po czterech tygodniach prób, dostrzegłem, co sami z siebie aktorzy wkładają w role. To już nie jest jakaś hipotetyczna Penelopa, tylko bardzo konkretna Katarina Bradić, emanacja kobiecości i asertywności, która w graną postać wkłada coś, czego ja nigdy nie widziałem ani nie wyobrażałem sobie w bohaterce Homera i operze Monteverdiego. 

Czyli parafrazując Tadeusza Kantora, reżyser też nie wchodzi do teatru bezkarnie?

Żyjemy w takim świecie, w którym rzeczywistość jest ujednolicona, kontrolowana, poprawna, a ja chcę, żeby teatr nas rozbudził, rozwibrował emocjonalnie, intelektualnie, empatycznie. Szczerze mówiąc, jest mi wszystko jedno, czy ja się w teatrze uśmieję, zamyślę, wynudzę czy wypłaczę. Chcę tylko, żeby ta emocja była głęboka, intensywna, i żeby rozwibrowała mi sensarium moich emocji, mojego ciała, psychiki. Chcę, żeby teatr mnie obudził. Chcę poczuć, że żyję. Dlatego lubię dialog. Bo w dialogu jest energia, poruszająca siła. 

Czy w takim razie osoby, które do teatru chodzą sporadycznie odnajdą coś dla siebie w Twoim przedstawieniu? Czy odkryją siebie w tej grupie Odyseuszy?

Myślę, że tak. To jest taki spektakl, w którym „gmeramy w Monteverdim”. To jest raczej adaptacja czy wręcz interpretacja Monteverdiego. Myślę, że widzowie, którzy kanonicznie podchodzą do muzyki klasycznej, mogą spokojnie poczekać na inne przedstawienie. Osoby, które ciekawe są współczesnych kreacji, na pewno znajdą coś dla siebie w naszym spektaklu.

Rozmawiała Marzena Mikosz. Za redakcję tekstu dziękuję Emilii Sułek.

Marzena Mikosz – producent, manager i animator kultury. Swoją pracę zawodową zaczynała w wieku 16 lat jako wolontariusz festiwalu Jazz Jamboree, jak sama mówi nie było jej stać na bilety, a nie chciała prosić rodziców o fundusze. Pracowała dla agencji koncertowych organizując festiwale, koncerty i sesje nagraniowe w Polsce, Niemczech, Francji i Szwajcarii. Od kilku lat jest prezesem założonego w 1997 r. w Bazylei Stowarzyszenia Peregrina. Wspólnie z zespołem Ensemble Peregrina jest laureatką International Classical Music Awards, od 2018 r. corocznie do tej nagrody nominowaną. Miłośniczka opery, muzyki średniowiecza i jazzu. Obecnie możecie ją spotkać w drodze pomiędzy Zugiem, Bazyleą, a Susch. 

Jak góry przywędrowały do Szwajcarii. Franz Hohler.

Eiger, Mönch i Jungfrau o wschodzie słońca. Archiwum własne.

Szwajcaria była kiedyś jednym z najbardziej płaskich krajów na świecie. Mimo to miała dobrze rozwiniętą sieć kolei linowych i wyciągów narciarskich. Ludzie jeździli od stacji do stacji, znajdujących się na tym samym poziomie, wysiadali, rozglądali się i nie widząc nic dalej niż to, co zwykle, wracali. Narty i sanki leżały w najdalszych kątach piwnic. Brakuje nam gór – mówili.

Aż jeden mądry Szwajcar, Benedikt Matter, pojechał do Holandii. Tam cały kraj pokryty był górami, ale Holendrzy nie mieli za to wyciągów. Zimą wspinali się na szczyty i zjeżdżali po śniegu w swoich drewnianych butach, które wypełniały się breją. Holendrzy mieli już dosyć. Brakuje nam równin – narzekali.

Benedikt Matter zapytał Holendrów, co by zrobili, gdyby ich kraj był płaski. Posadzilibyśmy tulipany – odpowiedzieli. Tak się złożyło, że w Szwajcarii wszędzie rosły tulipany i właściwie nikt nie wiedział, skąd się wzięły. Holendrzy i Szwajcarzy postanowili się wymienić: góry za tulipany. O ile z cebulkami kwiatów poszło gładko – Szwajcarzy zapakowali je po prostu do skrzynek i wysłali do Holandii – to przeniesienie gór stanowiło już większe wyzwanie. Ale Benedikt Matter przypomniał sobie o starym powiedzeniu: wiara przenosi góry. Jeśli będziemy się bardzo mocno o to modlić, na pewno się uda – stwierdził.

I tak Szwajcarzy i Holendrzy siedzieli całymi dniami w swoich kościołach i modlili  się o to, żeby góry przeniosły się do Szwajcarii. Aż stało się: Holandia zaczęła trzeszczeć w posadach, a góry – jedna po drugiej – opuszczały holenderską ziemię, aby przenieść się w nowe miejsce. Nareszcie wyciągi mogły jeździć w górę i w dół, Szwajcarzy podziwiać dalekie widoki i zjeżdżać na nartach, a ludzie z całego świata przyjeżdżać do nich na ferie zimowe i wakacje. Holendrzy za to cieszyli się, chodzili po płaskim i obsadzali całe pola tulipanami. Wszyscy byli zadowoleni.

A ponieważ człowiek, który to wszystko obmyślił, nazywał się Benedikt Matter, najpiękniejsza ze szwajcarskich gór nazywa się odtąd Matterhorn.

Franz Hohler, „Wie die Berge in die Schweiz kamen”, fragment występu kabaretowego, 1997, tłumaczenie własne 

Oryginalny fragment występu kabaretowego „Jak góry przywędrowały do Szwajcarii” do obejrzenia tutaj:

Franz Hohler – szwajcarski satyryk, artysta kabaretowy, autor sztuk teatralnych, książek dla dzieci i opowiadań. Urodzony w 1943 roku w Biel/Bienne. Największą sławę przyniosła mu opowiastka „Totemügerli” z 1967 roku, w której przewrotnie zabawił się językiem budując historię ze słów, które nie istnieją, ale są wariacją na temat rzeczywistej odmiany dialektu berneńskiego. „Totemügerli” stała się kultowa w całym kraju. Bez jej opowiedzenia nie odbyło się swego czasu żadne wesele czy przyjęcie rodzinne. Aktorzy i satyrycy z innych kantonów zaczęli przerabiać opowieść na własne dialekty, powstała wersja francuska, a nawet retoromańska. Wymyślone słowa z „Totemügerli” weszły do codziennego języka, a żart żyje do dzisiaj. W 2017 roku Lo&Leduc, popularny szwajcarski zespół hip-hopowy z Berna, odświeżył anegdotę, używając anglicyzmów i języka mediów społecznościowych, a opowieść sprzed lat zyskała nowe życie w internecie.

To nie jest kolejna wizyta w muzeum, czyli dlaczego warto przyjechać do Susch

Droga pociągiem z Zurychu do najdzikszego kantonu Szwajcarii zajmuje około dwóch godzin. W niedzielę przed południem nie ma też dużego ruchu na drogach. Jedyne utrudnienie zimą to czasochłonna i kosztowna (39 CHF za auto w jedną stronę) przeprawa przed tunel Vereina w Klosters. Ale czymkolwiek byśmy nie jechali do Gryzonii, ta podróż będzie jak wyprawa do innego świata. 

5F72A743-6CFA-4AD7-94AB-23819017EF33

Zatrzymujemy się pomiędzy Zernez a Guardą, tuż przy drodze prowadzącej do turystycznego Scuol. Miasteczko, otoczone ośnieżonymi szczytami Alp, jest podobne do wielu innych w tej urokliwej okolicy. Kilka ładnie odnowionych i pobielonych domów z charakterystycznymi dla regionu tradycyjnymi malunkami na elewacjach, kościół, drewniany most przecinający rzekę Inn, która wypływa wiele kilometrów dalej u podnóża Alp Retyckich.

W Susch, gdzie słychać czwarty język narodowy Szwajcarii, a na stałe mieszka ok. 200 osób, nieliczni o tej porze przechodnie kierują kroki w jedno miejsce. Miejsce wyjątkowe, które od ponad roku ubarwia życie lokalnej społeczności i przyciąga ludzi z całego świata. 

Zrekonstruowany budynek browaru z zewnątrz wygląda dość skromnie. W XII wieku był częścią kompleksu klasztornego, stąd chroniona rejestrem zabytków dawna surowość. Muzeum Susch – oznajmiają litery na ścianie, stylem przypominające retoromańskie napisy na okolicznych chatach. Cuda zaczynają dziać się po przekroczeniu progu miejsca, które przez lokalną i zagraniczną prasą zostało już okrzyknięte „mekką” miłośników sztuki nowoczesnej.

To nie jest klasyczne muzeum z salami, odgrodzonymi od człowieka eksponatami i przysypiającym na krześle panem ochroniarzem. Tu jest trochę jak w scenerii z Wiedźmina. Mroczne podziemne przestrzenie, korytarze wykute w skale z charakterystycznego dla regionu minerału amfibolitu, groty gdzie niegdyś przechowywano beczki z piwem, kamienne nacieki i ukryte otwory. Po jednej ze ścian płynie woda, prosto ze źródła, z którego dawniej czerpali browarnicy. Architektura, która jest ultra nowoczesna, a zarazem nawiązuje do tradycji i szanuje naturę – to koncepcja, która bardzo do mnie przemawia. Wnętrza są dopracowane w najmniejszych detalach (nawet kafle w łazience zwracają uwagę), a wydobyty w trakcie przebudowy materiał przerobiono tak, aby posłużył do stworzenia minimalistycznych, pełnych charakteru przestrzeni, które wciąż noszą ślady dawnej użyteczności. Jak tam, gdzie podłogę przecina rynna służąca pierwotnie za kanał wentylacyjny w browarze. Kapelusz z głowy dla architektów i lokalnych rzemieślników.

IMG_1474

Przebudowa budynku i tworzenie dodatkowych pomieszczeń (przestrzeń wystawiennicza liczy 1500 m2) to praca, która trwała dwa lata. Efekt? Przemyślana w najmniejszych szczegółach estetyka sprawia, że równie dobrze mogłoby być to muzeum architektury, sztuka sama w sobie, niezależna od wystawianych w nim prac artystów i artystek. Przyznaje to zresztą sama twórczyni tego miejsca, Grażyna Kulczyk, z którą udało mi się na chwilę spotkać. Przestrzenie budynku wydały jej się na tyle piękne, że właściwie takie puste i surowe mogłyby pozostać. Kolekcję sztuki należało w nich więc umieścić tak, aby jak najlepiej wkomponowana w architekturę nie przysłoniła jej doskonałości. 

I to się udało. Dzieła polskich artystów w stałej ekspozycji – jak Schody Moniki Sosnowskiej czy Narcissussusch Mirosława Bałki – sprawiają wrażenie jakby wrośniętych w przestrzeń muzeum. Jedno z nich budzi we mnie wyjątkowe silne emocje. To bezgłowy tłum Magdaleny Abakanowicz, postaci umieszczone w osobnym, ciasnym, piwnicznym pomieszczeniu, co pokazuje, jak sama przestrzeń może wpłynąć na odbiór sztuki. Dłużej zatrzymałam się też przy instalacji Piotra Uklańskiego „Prawdziwi naziści”. Dwadzieścia lat po słynnej wystawie „Naziści” w warszawskiej Zachęcie, artysta powrócił z serią ponad 200 zdjęć ukazujących tym razem realne, nie aktorskie wcielenia zła.

Mury muzeum w Susch kryją kolekcje, które równie dobrze mogłyby się znaleźć w galeriach Nowego Jorku czy Londynu. Ale to, że są właśnie tutaj, nie jest przypadkowe. W tradycyjnym szwajcarskim miasteczku Grażyna Kulczyk prezentuje sztukę kobiet -zaangażowaną, feministyczną, polityczną, odważną. Mocna wystawa na otwarcie muzeum, zatytuowana „A Woman Looking at Men Looking at Women”, pokazywała dzieła artystek awangardowych, jak Alina Szapocznikow, Birgit Jürgenssen, Mária Bartuszová czy Evelyne Axell. Ta eksperymentalna twórczość, mocno osadzona w czasach, kiedy tradycyjne role społeczne ulegały przewartościowaniu, a cielesność wyzwalała się ze społecznego tabu, to głosy kobiet wybrzmiewające z niespotykaną wcześniej siłą. Później muzeum przypomniało abstrakcyjną twórczość Szwajcarki Emmy Kunz, artystki i uzdrowicielki, tworzącej w latach 40. ubiegłego wieku i zainteresowanej duchowością, naturą i holistycznym podejściem do człowieka. Natomiast otwarta z początkiem tego roku wystawa „Up to and Including Limits: After Carolee Schneemann” to powrót do ciała i seksualności w sztuce. Carolee Schneemann, która zmarła w marcu 2019 roku, to amerykańska artystka, tworząca w latach 60. i 70., jedna z prekursorek sztuki performance. Jej eksperymenty z formą – ciałem jako przekaźnikiem treści inspirowało twórców kolejnych pokoleń i ten dialog wypełnia teraz przestronne pomieszczenia muzeum.

IMG_1480

 

Nie będę udawać, że jest to sztuka dla każdego. Jeśli idziecie do muzeum po to, aby pooglądać landszafty, to w Susch macie je na żywo (można usiąść w przyjemnym bistro i podziwiać przez okna). W bieżącej ekspozycji właściwie nie ma obrazów. Są zdjęcia, instalacje, dużo sztuki performance zarejestrowanej kamerą wideo, twórczości konceptualnej – nieoczywistej, często hermetycznej i niezrozumiałej bez wgłębienia się w kontekst. Czy jest to sztuka kontrowersyjna? Tak i nie. Tak, jeśli zatrzymamy się tylko na nagości i seksie. Nie, jeśli wcześniej poczytamy o artystkach i zorientujemy się, w jakich czasach tworzyły i co chciały wyrazić. Dlatego, aby z wystawy wynieść jak najwięcej, najlepiej byłoby zwiedzić ją z przewodnikiem. Jest natomiast jedna rzecz, którą mogę Wam zagwarantować. To, co zobaczycie w Susch, prowokuje. Do przemyśleń, dyskusji i odkrywania sztuki, która nie jest łatwa i przyjemna.

Po południu w muzeum nieco się zagęszcza. Słychać różne języki, w tym polski. Grażyna Kulczyk przyznaje, że zainteresowanie stworzonym przez nią miejscem jest duże. Są dni, kiedy odwiedza je nawet dwieście osób. Obawy, jak odważną sztukę przyjmą lokalni mieszkańcy, okazały się niepotrzebne. Gryzończycy z wyrozumiałością i zaciekawieniem odbierają to, co dzieje się w ich wiosce. A dzieje się dużo. Poza wystawami odbywają się w Susch wykłady artystów, koncerty, pokazy performance, dyskusje o sztuce. Twórcy przyjeżdżają też na stypendia, bo gdzie indziej jak nie w spokojnym szwajcarskim miasteczku można idealnie odciąć się od świata i w spokoju popracować, mając jednocześnie artystyczny ferment na wyciągnięcie ręki.

IMG_1485

Kiedy popijam kawę w ciepłym, wyłożonym drewnem muzealnym bistro, w którym na ścianach wiszą ryciny Stanisława Witkiewicza, czuję się jakbym przeniosła się do góralskiej chaty gdzieś pod Zakopanem. W mini-sklepie tuż obok kasy biletowej można kupić specjalnie stworzoną dla muzeum biżuterię polskiej projektantki Orskiej (z kamieniami z Susch) i maskotki-wilki od Ugly Toys. Drobne rzeczy, które cieszą miłośników designu i promują polskie rzemiosło w nowoczesnym wydaniu. Proszę o więcej! Jest jeszcze jedna rzecz, która w muzeum Susch sprawia, że rozpływam się jak bałwan na wiosnę. Biblioteka na poddaszu. Jasne drewno, miękkie fotele, książki o sztuce. Mogłabym tam zamieszkać.

Wychodząc do świata po kilku godzinach spędzonych w przestrzeniach muzeum czułam się jak wybudzona po długim śnie. Grażyna Kulczyk powiedziała w jednym z wywiadów, że dla niej jest to miejsce-marzenie. I właśnie dlatego warto się tam wybrać. Żeby kawałek tego marzenia, choć na tych parę godzin, uszczknąć też dla siebie.