Polki zmieniają Szwajcarię: Paula Kostrzycka i pomysł na krem, który działa

Z Paulą spotykam się w Bernie, mieście, które jest tradycyjnym mostem łączącym dwie części kraju: niemiecko- i francuskojęzyczną. Moja rozmówczyni przyjechała do Szwajcarii sześć lat temu i zamieszkała nad pięknym jeziorem Walensee, między Liechtensteinem a Zurychem. Swoje miejsce znalazła jednak po drugiej stronie Röstigraben, nad innym jeziorem, w Neuchâtel. To w tym kantonie poznała ludzi, którzy pomogli jej spełnić marzenie o własnym biznesie. Poznajcie Paulę Kostrzycką, założycielkę i właścicielkę marki kosmetycznej NUME-LAB

NUME, czyli new me – „nowa ja” to nazwa kosmetyków, ale określenie pasuje też do Twojej przygody ze Szwajcarią i własnym biznesem. Jak to się zaczęło? 

Moja droga do Szwajcarii była długa i wiodła przez wiele miejsc na świecie. Kiedy miałam dziewięć lat wyjechałam z rodziną do Włoch. Tam skończyłam szkołę, a w liceum poznałam mojego obecnego męża. Razem zaczęliśmy szukać kraju, w którym moglibyśmy przez jakiś czas pomieszkać i nauczyć się języka. Padło na Chiny. Planowaliśmy zostać tam przez sześć miesięcy, a zrobiło się z tego siedem lat. Przez ten czas nauczyliśmy się języka, studiowaliśmy i pracowaliśmy w różnych branżach. To był bardzo ciekawy czas, ale w pewnym momencie zatęskniliśmy za Europą i postanowiliśmy poszukać miejsca do życia bliżej rodziny. Na początku próbowaliśmy w Belgii, a potem nagle pojawiła się możliwość przyjazdu do Szwajcarii. Cieszyła nas bliskość Francji i Włoch, gdzie mieszka nasza rodzina. Po roku poszukiwań pracy, zostałam project managerem na Chiny w dużej szwajcarskiej firmie. Jednak już wtedy wiedziałam, że chcę stworzyć coś swojego. Pomysłów było wiele, ale czekałam, aż pojawi się „to coś”.

Jak odkryłaś, że to będą kosmetyki? 

Tak się złożyło, że od dłuższego czasu próbowałam znaleźć na szwajcarskim rynku produkty do pielęgnacji, które odpowiadałyby potrzebom mojej wymagającej cery. Nie lubię poświęcać zbyt dużo czasu zabiegom kosmetycznym, więc mój ideał to minimum, które działa. Pewnego dnia wróciłam do domu od kosmetolożki i zaczęłam rozmawiać z mężem o tym, że jestem już zmęczona kupowaniem kosmetyków, które zalegają później na półce w łazience. To może spróbujmy zrobić to sami? – usłyszałam. I tak zaczęliśmy szukać specjalistów, do których mogliśbyśmy się zwrócić z pomysłem. 

Od początku miałaś wizję idealnego produktu? 

Dokładnie wiedziałam, czego chcę. Miało być minimalistycznie: najwyżej trzy produkty, uniwersalne – dla kobiet i dla mężczyzn, z aktywnym składnikiem, który naprawdę działa. Dużo podróżowałam po Azji i używając tamtych kosmetyków zauważyłam, że jest jeden składnik, który dobrze służy mojej cerze. To śluz ze ślimaka, używany już przez starożytnych m.in. do leczenia ran, ponieważ ma działanie regenerujące i odbudowujące naskórek. Zależało mi na znalezieniu profesjonalnego laboratorium kosmetycznego, które stworzy produkt według mojej idei. Zdecydowałam się na produkcję w Szwajcarii, ponieważ jest to kraj o wysokich standardach i innowacyjnych rozwiązaniach w przemyśle farmaceutycznym i kosmetycznym. Zanim nowy produkt wejdzie na rynek, musi przejść szereg wymagających testów. Ponieważ od początku myśleliśmy o sprzedaży naszych kosmetyków także poza Szwajcarią, głównie na rynkach azjatyckich – w Indonezji i Malezji – wiedzieliśmy, że musimy zdobyć niezbędne certyfikaty. To wszystko oczywiście trwa. Samo testowanie formuły zajęło nam półtora roku. W międzyczasie przenieśliśmy się do kantonu Nauchatel, aby być bliżej laboratorium, gdzie powstają nasze kosmetyki. W rezultacie cały proces powstawania marki – od pomysłu do produktu – zajął nam trzy i pół roku.

Co wspominasz jako największe wyzwanie? 

Może zabrzmi to banalnie, ale wybór opakowań. Zależało mi na tym, aby powstały z materiałów przyjaznych środowisku, co okazało się nie być takie łatwe. Jedną z opcji było szkło, ale jest to materiał, który dużo waży, stąd jest też trudny w transporcie. Myśleliśmy o aluminium, jednak problem polega na tym, że z takiej tubki nie da się wycisnąć kremu czy serum do końca. Po długich poszukiwaniach zdecydowaliśmy się na plastik z recyklingu, który jest lekki i umożliwia naszym klientom wykorzystanie produktu w całości.

A czy to, co widzimy na opakowaniu ma jakieś wyjątkowe znaczenie? Muszla w kraju, który nie ma dostępu do morza.. odważnie!

Kocham malarstwo epoki renesansu, a inspiracją dla identyfikacji wizualnej marki był obraz Narodziny Wenus Sandro Botticellego. NUME ma się kojarzyć z odrodzeniem, odnową, odbudową, ponieważ są to kosmetyki przeznaczone dla osób powyżej 30 roku życia, które mają potrzebę regeneracji swojej skóry. Poza tym, zarówno ja, jak i mąż jesteśmy mocno związani z morzem, czemu również dajemy wyraz poprzez wykorzystanie motywu muszli i kolorystykę opakowań. 

Dużo słyszy się o tym, że szwajcarski rynek jest wymagający i trudno zaistnieć na nim z nowym produktem. Czym przekonuje do siebie Twoja marka? 

Szwajcaria to kraj dobrych kosmetyków, ale nie ma wśród nich wielu, które są produkowane w zgodzie z wymogami halal. Przy czym nie należy tu mylić stylu życia z religią. W przypadku kosmetyków halal oznacza selektywne podejście do pielęgnacji, które wyklucza stosowanie wielu składników, m.in. wodoodpornych, ale i postawę wobec biznesu. Produkt na każdym etapie powstawania musi być wolny od okrucieństwa, co oznacza, że nasze kosmetyki nie są testowane na zwierzętach, a wszystkie składniki są pozyskiwane w sposób etyczny i zrównoważony. Ma to szczególne znaczenie w przypadku głównego składnika, czyli śluzu ślimaka. Istnieją innowacyjne metody pozyskiwania śluzu niekrzywdzące zwierząt (więcej informacji w linkach na końcu artykułu – red). Marka NUME zdobyła certyfikat halal nadany przez instytut w Szwajcarii i akceptowany w Indonezji, Malezji i Singapurze. Etycznie, świadomie, efektywnie – to sposób, w jaki tworzę moje kosmetyki i prowadzę biznes. 

Zaprosiłam Cię do cyklu wywiadów z kobietami, które poprzez swoją działalność wpływają na życie lokalnej społeczności. W jaki sposób Ty i Twój produkt zmieniacie Szwajcarię? 

Przede wszystkim staram się pokazać, że w Szwajcarii mogę być niezależna, jako kobieta i jako cudzoziemka. Że jest możliwe, aby stworzyć coś swojego, innowacyjnego, wyjść z tym do ludzi i odnieść sukces. Mam wrażenie, że w Szwajcarii jeśli kobieta o siebie dba, to wciąż panuje przekonanie, że sprzedaje swój wygląd, a nie to, co ma w głowie. Moim celem jest pokazanie, że te dwie rzeczy się nie wykluczają. Szwajcaria, w wielu kwestiach konserwatywna, paradoksalnie sprzyja szukaniu nowych rozwiązań, ponieważ wypycha nas ze strefy komfortu, pobudza kreatywność, sprawia, że aby do czegoś dojść, trzeba kombinować. Doświadczyłam też dużego wsparcia ze strony innych kobiet, czasem zupełnie mi obcych. Wszystkie wiemy, jak trudno jest kobietom w tym kraju i tym bardziej ważne jest, aby trzymać się razem i sobie pomagać. 

Druga rzecz to sam produkt, którym wypełniamy pewną niszę na rynku. Rozmawiamy o halal i kierując ofertę nie tylko do osób wyznania muzułmańskiego,pokazujemy, że nie trzeba się bać tego, czego nie znamy. Promujemy różnorodność, ale również świadome podejście do biznesu. Przykład: nie chcieliśmy tworzyć tak popularnych obecnie kosmetyków wegańskich, ponieważ sami nie jesteśmy weganami. Przez to jesteśmy bardziej wiarygodni dla naszych klientów. Pokazujemy, że produkt, który jest dobry dla nas, może być też dobry dla innych. 

Nume to „dziecko pandemii”, ponieważ moment premiery kosmetyków przypadł na luty 2020 roku. Czy Covid przeszkodził czy pomógł w biznesie? 

Premiera marki miała miejsce podczas eventu charytatywnego, odbywającego się tradycyjnie przed wyścigiem Formuły 1 w Monte Carlo. Dzielenie się tym, co zarabiamy to również element biznesu w stylu halal. W tym roku pieniądze zebrane podczas wydarzenia przeznaczone zostały na wsparcie szpitali, będących w trudnej sytuacji finansowej ze wględu na pandemię koronawirusa. Covid sprawił, że wiele konwencji przestaje obowiązywać. Dotyczy to zarówno decyzji konsumenckich, jak i metod prowadzenia biznesu. Zauważyliśmy, że w ostatnim czasie ludzie zaczęli mieć większą potrzebę, aby się wyróżniać, stali się bardziej wymagający w swoich wyborach. Dotyczy to też partnerów biznesowych. Żeby jedna apteka odróżniła od innych, musi zaproponować klientom coś świeżego, innowacyjnego, a to sprawia, że firmy muszą bardziej inwestować w indywidualne podejście do marketingu. Ważniejsze stały się kontakty face to face, choć dzisiaj chyba lepiej pasuje tu określenie mask to mask. Klienci chcą wiedzieć, kto stoi za daną marką, jakim jest człowiekiem, co myśli, jakie ma podejście do biznesu. Dobre kontakty wprowadzają w obieg produkt i w ten sposób buduje się zaufanie konsumentów, otwierają się nowe drzwi. Właśnie dzięki takiemu podejściu udało nam się trafić ostatnio na półki aptek w Genewie i Neuchâtel. To jest dla nas bardzo ważne, ponieważ jeśli ktoś znajduje nasz produkt w w aptece, ma pewność, że jest to rzecz najwyższej jakości, której działaniu można zaufać. 

Recepta na sukces w pandemii? 

Faktem jest, że wszystko teraz dzieje się wolniej, ale to też czas, który mocno weryfikuje podejście do biznesu. Wygrywają ci, którzy są elastyczni, potrafią się szybko dostosować do nowych warunków i myśleć out of the box. Covid zwiększył też świadomość tego, ile rzeczy dotychczas robiliśmy niepotrzebnie. Latanie na konferencje biznesowe, kiedy można spotkać się online, to tylko jeden z przykładów. My też mogliśmy znaleźć partnera w Azji, ale postanowiliśmy szukać lokalnie, aby być blisko ludzi, którzy pomagają nam tworzyć produkt. Naszą misją jest propagowanie świadomego podejścia do pielęgnacji. Nie musisz mieć dziesięciu kremów na półce – wystarczy ci jeden, ale taki, który naprawdę działa. Chyba mogę powiedzieć, że udało nam się całkiem dobrze odnaleźć w tym trudnym czasie.

Wiele kobiet, które przyjeżdżają do Szwajcarii i próbują odnaleźć się na tutejszym rynku pracy, prędzej czy później decyduje się na własną działalność. Czy Twoim zdaniem jest to dobra droga? 

Własny biznes to rollercoster, na pewno nie jest to droga dla każdego. Musisz zadać sobie szereg pytań: dlaczego chcesz to robić i czy jest zapotrzebowanie na twój produkt czy usługę? Ale też: czy chcesz pracować od rana do wieczora, zrezygnować z czasu wolnego, z wakacji, borykać się z niepewnościami, ponosić ryzyko zawodowe, nieprzewidziane sytuacje, jak choćby teraz Covid? Poza tym nie każde umiejętności czy wiedza wymagają od razu startowania z własnym biznesem. Jesteś coachem? Nie musisz zakładać firmy, ale zaoferować swoje usługi konsultingowe na przykład międzynarodowej korporacji. Czasem nie warto powielać czegoś, co już istnieje.

Jakie jest Twoje największe biznesowe marzenie? 

Chciałabym zbudować zaufanie klientów do mojej marki. Na tyle, aby zyskać stabilizację biznesu, która da mi czas dla siebie i mojej rodziny. Jesteśmy aktywni, uwielbiamy chodzić po górach, jeździć rowerem, a Szwajcaria daje nam ku temu wiele wspaniałych możliwości. Nie pieniądze, ale właśnie wolny czas. To jest dla mnie wyznacznik sukcesu. 


Więcej:

o kosmetykach NUME-LAB

http://www.nume-lab.com

o metodzie pozyskiwania śluzu ze ślimaków

http://www.theoutline.com/post/4503/snail-mucin-farms-extraction-skin-care-heliciculture-ethics?zd=2&zi=5k5saznv

http://www.youtube.com/watch?v=ac_iW3iA01E

o pielęgnacji halal

https://blackpaint.sg/understanding-halal-skincare/

https://www.halalzilla.com/halal-skincare-changing-today/90669

Polki zmieniają Szwajcarię: Marta Kosińska i kosmiczny magazyn nie tylko dla dziewczynek

Logo jest różowe, a środek odkrywa całą paletę kolorów, dużą dawkę wiedzy i wszechświat możliwości. Bo Kosmonautka może być kim tylko chce! Znany w Polsce magazyn dla dziewczynek przebojem wchodzi do Szwajcarii, a pierwszy numer pisma będzie można kupić już 11 października podczas kampanii crowfundingowej na platformie WeMakeIt. O projekcie, który ma potencjał, by zmienić Szwajcarię, rozmawiam z jego inicjatorką, mieszkającą w Bazylei Martą Kosińską. 

Szwajcarski "Kosmos" wychodzi w dwóch językach: niemieckim i francuskim.

„Kosmos. Magazyn dla dziewczynek” czyli dla kogo? 

..dla dziewczynek i dla reszty świata, czyli przede wszystkim dla czytelniczek w wieku 7-13 lat, ale z całą pewnością też ich rodzice, dziadkowie i rodzeństwo znajdą tu ciekawe treści. Sama jestem najlepszym przykładem – moje córki są wielkimi fankami polskiego pisma, ale czytamy je całą rodziną. 

Skąd pomysł, aby magazyn, który od 2017 roku ukazuje się w Polsce wydać też w Szwajcarii?

Takie pomysły często rodzą się z indywidualnej potrzeby. Gdy przeprowadziłam się do Szwajcarii trzy lata temu, moje córki miały 8 i 9 lat i były fankami „Kosmosu”. Chcąc pomóc im w nauce niemieckiego, szukałam pisma o podobnym profilu, ale po niemiecku. Niestety, nie znalazłam i wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl o przeszczepieniu „Kosmosu” na szwajcarski grunt. 

Ta myśl z czasem nabrała kształtu i wyszło z tego 72-stronicowe pismo pełne treści. Jak wyglądała droga do pierwszego numeru szwajcarskiej edycji „Kosmosu”? 

Rok temu skontaktowałam się z polskim wydawcą, fundacją „Kosmos dla dziewczynek”, i podzieliłam się tą ideą. Reakcja ówczesnej prezeski fundacji, a dzisiejszej redaktorki naczelnej Joasi Czeczott, była bardzo zachęcająca. Umówiłyśmy się wtedy, że wrócimy do rozmów, gdy pojawi się więcej konkretów. W międzyczasie zaczęłam sondować szanse powodzenia projektu w Szwajcarii, rozmawiałam z wieloma osobami – rodzicami, nauczycielami, przedstawicielkami organizacji kobiecych, ale też specjalistami od rynku prasy, i stopniowo utwierdzałam się w przekonaniu, że ten pomysł ma rację bytu. Wiosną tego roku, gdy Szwajcaria pogrążyła się w izolacji w związku z koronawirusem, odezwały się do mnie dwie szwajcarskie koleżanki, którym pomysł tak się spodobał, że chciałyby go współtworzyć. A wkrótce dołączyła czwarta – nasz człowiek we francuskojęzycznej części. I postanowiłyśmy zacząć działać. To było (i jest) bardzo intensywne pół roku, bo wszystkie cztery oprócz „Kosmosu” mamy normalne prace.

11 października świat obchodzi Międzynarodowy Dzień Dziewczynek. To chyba też jeden z najważniejszych dni dla Waszego projektu. 

Tego dnia ruszamy z kampanią crowdfundingową na platformie WeMakeIt. Naszym celem jest przedsprzedaż 400-450 prenumerat magazynu. Kampania jest bardzo ważna z wielu powodów. Jeśli okaże się sukcesem, możemy liczyć na znaczne wsparcie finansowe od jednej z tutejszych fundacji, naszego potencjalnego partnera. Dla projektu byłaby to trampolina, wybicie się na rynek wydawniczy, ale i do szerszej świadomości odbiorców. Przykład polskiego „Kosmosu” pokazuje, że w momencie kiedy jego twórczynie wystartowały z kampanią crowdfundingową, wzbudziły duże zainteresowanie opinii publicznej i zyskały niesamowity impuls promocyjny. One startowały od zera. My, choć mamy już bazę w postaci polskiej edycji magazynu, to na szwajcarskim rynku też zaczynamy od podstaw. 

Macie konkurencję? Jak wygląda szwajcarski rynek magazynów dla dzieci i młodzieży?

W Szwajcarii prasa papierowa wciąż ma się bardzo dobrze i bardzo silna jest tradycja prenumerowania gazet i czasopism. Pokolenie dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków wychowało się na magazynach przyrodniczych – „Spick” w częście niemieckojęzycznej i „La petite salamandre” w Romandii, więc idea drukowanego magazynu dla dzieci jest im bliska. Podobnie jak w innych krajach europejskich, w tym w Polsce, jest ogromna podaż komercyjnych gazetek, które stanowią jedynie dodatki do plastkowych zabawek, znanych dzieciom z kreskówek czy gier. Jest sporo „różowych” pism dla dziewczynek, które wypełniają dość monotematyczne treści – dla młodszych o księżniczkach i kucykach, dla starszych o modzie, stylu, makijażu i celebrytach. Polski i szwajcarski „Kosmos” powstał z chęci zaproponowania dziewczynkom czegoś więcej. 

Od różu jednak nie stronicie.. 

Bo to piękny, energetyczny kolor i szkoda z niego rezygnować! Nasze logo jest różowe, ale chcemy pokazać światu całą paletę barw. W tej palecie jest też miejsce – czemu nie – dla różu. Naszą misją jest tę przypisywaną dziewczynkom barwę odczarować; pokazać, że jest jedną z opcji, tak samo wartościową, jak inne. Nie chcemy, aby dziewczyny nagle przestały bawić się w księżniczki czy nosić różowe sukienki. 

W pierwszym numerze przeczytamy m.in. o emocjach: czym jest złość i jak ją wyrażać.

Co więc różni „Kosmos” od innych tego typu pism dostępnych w kioskach? 

Nasze pismo wyróżnia bardzo szeroki zakres tematyczny oraz forma – „Kosmos” poważnie i z szacunkiem traktuje swoje czytelniczki, przedstawiając również skomplikowane zagadnienia, ale w atrakcyjny, zrozumiały sposób, bez infantylizowania i spłaszczania tematów. W „Kosmosie” jest miejsce na psychologię, wiedzę o świecie, reportaże z innych krajów, eksperymenty, przyrodę, sport, historię, zagadki matematyczne, wywiady z insprującymi kobietami i dziewczynkami-aktywistkami. A do tego oczywiście listy od czytelniczek, sonda, w której dziewczynki otwarcie i szczerze wypowiadają się na zadany temat, strona z dowcipami, polecanki książkowe, fajne appki i karty przyrody do kolekcjonowania. „Kosmos” pokazuje dosłownie wszechświat możliwości, nie ograniczając dziewczynek do stereotypowych zainteresowań i aktywności. Widzę po swoich córkach, wiernych czytelniczkach „Kosmosu”, jak bardzo inspirujący jest to magazyn. To co szczególnie podoba się mi jako rodzicowi to ogromna dbałość o jakość. Każdy numer to przemyślana całość, ze świetnie napisanymi artykułami, z pięknymi ilustracjami i zdjęciami. Tematy poruszane w „Kosmosie” nie dezaktualizują się, dzięki czemu można „Kosmosy” kolekcjonować, czytać wiele razy, wykorzystywać jako źródło wiedzy, choćby przy przygotowywaniu szkolnych prezentacji – to znowu przykład z mojego domu.  

Szwajcaria często przedstawiana jest jako kraj nieskończonych możliwości. Czy tak widzą też swój świat żyjące tu nastolatki?

Trudno jest odpowiedzieć na to pytanie, bo nie ma praktycznie żadnych badań i analiz problemów dziewczynek i nastolatek w Szwajcarii. Gabriella Schmid, socjolożka z uniwersytetu w St. Gallen, przeprowadziła w 2015 roku pilotażowe badanie „Lebens- und Selbstkonzepte von Mädchen in der Ostschweiz – ein Vergleich von drei Altersgruppen” (link do badań na dole strony – red.), z którego wynika jednoznacznie, że wraz z wiekiem dziewczynki stają się coraz mniej pewne siebie, mniej wierzą we własne możliwości i bardzo rzadko wybierają dalszą ścieżkę edukacji czy karierę zawodową, które są inne niż stereotypowo przypisywane kobietom. Innymi słowy, mimo że jako młodsze dziewczynki mają rozmaite zainteresowania i plany, jako starsze najczęściej chcą zostać opiekunkami do dzieci, nauczycielkami przedszkolnymi, czy wręcz rezygnują z kariery zawodowej w ogóle. 

Czy takie projekty jak „Kosmos” mogą tu coś zmienić? 

Kiedy na samym początku rozmawiałam ze Szwajcarkami o pomyśle na magazyn, uświadomiłam sobie, że Polska jest znacznie bardziej postępowa, jeśli chodzi o uznanie indywidualności kobiet, ich sprawczości i udziału w życiu zawodowym i strefie publicznej. W Szwajcarii poznałam wiele świetnie wykształconych kobiet, które po studiach nie kontynowały pracy zawodowej, zostały w domu. Okazało się, że na przykład w klasach moich córek, jestem jedną z niewielu matek, które pracują na pełen etat, a od niektórych znajomych Szwajcarek słyszałam nawet, że jeśli chcą realizować się zawodowo mając dzieci, to są postrzegane jako „dziwne”. Nie twierdzę, że kobiecie nie wolno jest wybrać rodziny kosztem pracy, to jej decyzja. Ale chciałam stworzyć przestrzeń, w której można przedstawić całe spektrum ról – począwszy od rożnorodnych pasji, jakie mają dziewczynki, a skończywszy na tym, co robią kobiety w dorosłym życiu. Nagle uświadomiłam sobie, ile ograniczeń tworzymy jako społeczeństwo, uniemożliwiając tym samym dziewczynkom w pełni się realizować. Weźmy pierwszy z brzegu kolorowy magazyn dostępny w kiosku. Przedstawione tam kobiety są zazwyczaj aktorkami, modelkami, celebrytkami. Taki przekaz dostajemy od mediów. A skoro już wiemy, że to my sami tworzymy społeczne schematy, to oczywiste staje się też to, że nie musimy działać w ich obrębie. To, co ja i moje koleżanki z zespołu „Kosmosu” chciałybyśmy osiągnąć, to uwrażliwienie nie tylko dzieci, ale rodziców, wychowawców, nauczycieli, przedstawicieli mediów na różnorodność i pokazanie, że schematy są szkodliwe dla nas wszystkich. To ogromne marnowanie potencjału kobiet, które stanowią przecież połowę społeczeństwa. 

Rozmowa z Tobą inauguruje cykl wywiadów pod wspólnym tytułem „Polki zmieniają Szwajcarię”. Zapraszam do niego kobiety, które nie tylko z sukcesem działają w Szwajcarii, ale poprzez swoją pracę wpływają na życie tutejszej, tak różnorodnej przecież, społeczności. Jak „Kosmos” jest przyjmowany przez Szwajcarki i Szwajcarów? 

Pierwsze reakcje były i są bardzo pozytywne, wręcz entuzjastyczne. To nas bardzo motywowało do pracy. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni, rodzice córek, ale też osoby wychowujące synów podkreślały, jak ważny jest taki głos i jak ważne jest kreowanie wolnej od stereotypów przestrzeni dla rozwoju dzieci. Najbardziej poruszające były chyba reakcje młodych kobiet, zwykle na początku swoje kariery zawodowej, które stwierdzały, że same chciałyby móc czytać takie pismo, gdy były jeszcze dziewczynkami. Niektóre reagowały bardzo emocjonalnie, zwłaszcza na artykuł o złości, wyrażając żal, że nikt im w dzieciństwie nie powiedział, że złość jest w porządku i że także dziewczynki mają prawo ją czuć i wyrażać, że złość może być początkiem zmiany na lepsze. Powtarzały się głosy, także wśród nauczycielek, dziennikarek, pracowniczek socjalnych, aktywistek, że podobnego pisma brakowało. 

Redakcja "Kosmosu" (od lewej): Martina Polek, Laura Simon, Marta Kosińska i Cyrielle Cordt-Moller.

Pierwszy numer ukaże się w grudniu 2020 pod hasłem „Meine Stimme” – mój głos. Jakie historie poznamy? 

W pierwszym numerze drukujemy między innymi wywiad z Nadją Räss, popularną szwajcarską jodlerką, niesamowicie inspirującą kobietą, która marzyła o tym, żeby studiować jodłowanie, ale ponieważ nie było takiej możliwości, to sama założyła odpowiedni kierunek studiów i teraz kształci kolejne pokolenia młodych ludzi. Bohaterką naszego reportażu w rubryce „Girl Power” jest 11-letnia Nora z Bazylei, którą zafascynowała tradycja londyńskiego Speakers’ Corner w Hyde Parku i postanowiła zbudować podobne miejsce w swoim mieście, ale dla dzieci – miejsce, w którym jej rówieśnicy mogliby otwarcie wyrażać swoje opinie. Nora opowiada, jak realizuje ten pomysł, krok po kroku. Poza tym w dziale „JA i świat” („Ich in der Welt” / „Moi et le monde”) przedstawiamy historię praw kobiet, czyli co i kiedy kobiety mogły zacząć robić:  na przykład dopiero od 169 lat mogą nosić spodnie, od 150 jeździć na rowerze, od 90 lat brać udział w olimpiadzie, no i w Szwajcarii dopiero od 50 lat głosować! W rubryce o psychologii pod tytułem „Poczuj siebie” („Spür dich!” / Que ressens-tu?”) pokazujemy „wulkan złości” – mówimy o tym, jak ważna i potrzebna jest złość i jak ją wyrażać. To jest szczególnie ważne dla dziewczyn, od których przecież tak często wymaga się, żeby były przede wszystkim miłe. Temu artykułowi towarzyszy zresztą rozwinięcie dla rodziców i opiekunów na naszej stronie internetowej. W sumie są to 72 strony pełne treści. I żadnych reklam.

72 strony to brzmi jak masa pracy. Kogo zaprosiłaś do współtworzenia „Kosmosu”? 

Szwajcarski “Kosmos” powstaje na polskiej licencji, co oznacza, że połowa treści jest tłumaczona z polskich wydań. To też dużo pracy, ale trochę mniej niż wymyślanie i pisanie wszystkiego od zera. Redakcję szwajcarskiego Kosmosu, oprócz mnie, tworzą trzy inne kobiety: Martina Polek, dziennikarka radia SRF i tłumaczka z polskiego na niemiecki, Laura Simon, redaktorka i specjalistka od promocji, Cyrielle Cordt-Moller, literaturoznawczyni, księgarka i tłumaczka z niemieckiego na francusku. Wszystkie cztery pracujemy nad „Kosmosem” w naszym wolnym czasie i nieodpłatnie. W pierwszym numerze znajdą się też ilustracje szwajcarskich ilustratorek: Sabine Hirsig oraz pochodzącej z Polski Justyny Chudzińskiej-Ottino. Składem i przygotowaniem do druku zajmują się Rebecca de Bautista i Isabella Furler ze studia Lugma. Niezależnie od magazynu działa również stowarzyszenie Kosmos für Madchen, do którego zapraszamy wszystkie osoby, które mają ochotę wspierać nas w działaniach. 

To na koniec najważniejsze! Gdzie będzie można kupić „Kosmos”? 

Pierwszy numer będzie dostępny już w trakcie kampanii crowdfundingowej na platformie WeMakeIt. Tam będzie można kupić i pojedynczy numer, i prenumeratę (6 numerów). W regularnej sprzedaży magazyn pojawi się prawdopodobnie w grudniu – będzie go można kupić przez internet, w księgarniach i sklepach muzealnych. Listę punktów sprzedaży podamy na stronie internetowej. Cena pojedynczego numeru to 19 CHF, prenumeraty 99 CHF. Pismo będzie się ukazywało co dwa miesiące. 

Marta Kosińska (ur. 1978 w Warszawie) studiowała socjologię na Uniwersytecie Warszawskim i ukończyła Podyplomowe Studia Edytorstwa Współczesnego na UKSW. Od 2003 roku pracuje w branży wydawniczej. Po przeprowadzce do Szwajcarii w sierpniu 2017 roku rozpoczęła pracę jako project manager i szef produkcji w szwajcarskim wydawnictwie książek i gier Helvetiq w Bazylei. Mieszka w Oberwil BL z mężem i dwiema córkami. Nieustannie uczy się niemieckiego i francuskiego. W wolnych chwilach jeździ konno.

„Kosmos” w sieci:

https://www.kosmosmag.ch (wydanie szwajcarskie)

https://kosmosdladziewczynek.pl/ (wydanie polskie)

Warto przeczytać:

Badania socjolożki Gabrielli Schmid  https://www.budrich-journals.de/index.php/gender/article/view/25304

Wywiad ze Schmid po niemiecku https://www.kosmosmag.ch/post/in-der-schweiz-liegt-noch-vieles-im-argen i po francusku https://www.kosmosmag.ch/post/il-reste-encore-beaucoup-à-faire-en-suisse

Zdjęcia są własnością redakcji „Kosmosu”.

Pięć i pół „ponieważ”. Szwajcaria? Ja tu nie pasuję!

Jedną stopą w górskim bucie. Drugą w piasku nad Bałtykiem.

„Proszę dowiedz się, czemu jest mi tutaj aż tak źleeeee”. Wyje w głowie Dawid Podsiadło, podbijając jeszcze to ssanie, które niektórzy nazywają nostalgią. Męczą wątpliwości: minęło prawie sześć lat i co ja tu właściwie robię? A może już czas, żeby… No właśnie, żeby co? 

Znajomi z dłuższym emigracyjnym stażem, oficjalnie przyznaję Wam rację! Mówiliście, że prędzej czy później dopadnie każdego. Ponoć lubi przychodzić po pięciu latach. Czasem daje znaki ostrzegawcze, ale bywa, że atakuje bez zapowiedzi. Mój wdarł się ukradkiem, podszył pod tęsknotę, żeby zbić mnie z tropu. I nawet się udało. Jednak uważna autodiagnoza wykazała jednostkę chorobową. Cierpią na nią ci, którzy wyjechali. Ci w wiecznym rozkroku. Ci, którzy się zastanawiają. Bo są trochę tam, trochę tu. Bo nie wiedzą czego chcą. A czują, że nie pasują. Na pewno tu, a może już i tam? Ci, którzy zadają sobie pytanie: wracać?

Diagnoza: kryzys migracyjny. Objawy: nadmierna melancholia, deficyt decyzyjności, poczucie zawieszenia, uwierający „kamyk w bucie”. Stan pacjentki: zmienny. Rokowania: niepewne.

Kryzys w raju. Niechętnie o nim mówimy. Bo jak komukolwiek może być źle w Szwajcarii? Brzmi jak najgorsze bluźnierstwo. Reakcje? Od „nie narzekaj, przecież tu się oddycha” po „nie podoba się, droga wolna”.

Klincz. Dół. Zapaść. Impas. Martwy punkt.

Sprawił, że to, co powinno zachwycać, spowszedniało. Bo ileż można łazić po tych górach? Prawda, są piękne, ale i nudne, bo wciąż takie same. Stoją niewzruszone i drwią sobie ze świata. Ze mnie, której marzy się zmiana. Nie to, co morze. Ono jest przecież w ciągłym ruchu. 

Sprawił, że to co dobre, zaczęło kłuć jak bliżej niezlokalizowany nerwoból. Odgrywany na co dzień teatr powierzchownej uprzejmości, w którym dotychczas z powodzeniem grałam swoją rolę, zamienił się w spektakl pociąganych za sznurki marionetek. Pod maskami te same sztuczne twarze. Jak krasnale ogrodowe, z przyklejonym grymasem na ceramicznym obliczu – nic nie jest w stanie wytrącić ich z równowagi. Łapię się na tym, że nie odpowiadam sąsiadom na miłe Grüezi, świadomie zwlekam z zapłaceniem rachunku, zostawiam parasol na klatce schodowej, nie czyszczę filtra w pralce. Mój bunt. Jaki kraj, taka rebelia.

Sprawił, że to co wcześniej niegroźnie wkurzało, teraz jątrzy. Lubuję się w obrzydzaniu, wyszukiwaniu wad, szukaniu potwierdzenia, że to nie jest kraj dla mnie. Przecież ja tu nie pasuję! Dlaczego?

Ponieważ nr 1: Lubię spontaniczność

Papierowy, w skórzanej okładce, dla tradycjonalistów. W telefonie, dla nowoczesnych. Ewentualnie w Outlooku, dla technologicznie zaawansowanych. Kalendarz. Terminarz. Agenda. Rzecz, bez której w Szwajcarii nie przeżyjesz. Nie hokej i nie piłka nożna. Helweckim sportem narodowym jest umawianie się. Na kolację, na kawę, na drinka, na spotkanie, na telefon, na email. Wyznaczanie sobie terminów – na za trzy miesiące, na 12 lutego i 25 kwietnia, na od.. do.., na urodziny za dwa lata i ślub za pięć. Dyktatura kalendarza. Społeczeństwo zaplanowane na kolejne trzy dekady. Powtarzam sobie, że za każdym razem, kiedy wyznaczam datę znajomym, umiera mały ptaszek. Trochę ich przez te lata zginęło (ptaszków, nie znajomych).. Nie chcę, żeby rytm mojego dnia wyznaczały rubryki w kalendarzu i przyjęty kodeks zachowań. Nie jestem emocjonalnym robotem. Lubię spontanicznie (i głośno) roześmiać się w pociągu czy autobusie. Rzucić głupi żart do kelnera w restauracji, wytracając go choć na chwilę z wyuczonej roli. Wejść po zamknięciu drzwi albo nie pojawić się wcale. Bo czy pięciominutowe spóźnienie (tak jak wyjście na wino bez planu) nie jest po prostu ludzkie? Na pewno bardziej niż skazywanie niepokornych na społeczne potępienie.

Ponieważ nr 2: Źle się czuję w szufladce 

Nie jestem opiekunką, pielęgniarką, kelnerką, sprzątaczką. Nie sprzedaję ubezpieczeń ani funduszy inwestycyjnych. Nie pracuję na uniwersytecie. Ani w fabryce. Nie wysłała mnie tu żadna korporacja. Nie mam prostej i przejrzystej ścieżki kariery. Nie mam ładnego CV. Nie jestem bezrobotna, nie jestem zatrudniona. W Szwajcarii wolni strzelcy są podejrzani. Prawie jak żyjący tu nomadzi. „Napisałaś książkę! Świetnie. A czym się zajmujesz zawodowo?”. Wartość człowieka w kraju dobrobytu wyznacza trzeci filar emerytalny, stan konta oszczędnościowego i liczba lat przepracowanych w jednej firmie. Żyjesz od zlecenia do zlecenia? Pandemia dała Ci w kość? Nie wiesz co dalej? Spokojnie, damy Ci ostatnią szansę. Na stole leżą dwa wnioski: przedłużenie pobytu w Szwajcarii o pięć lat i podanie o szwajcarski paszport. Nie wiem, gdzie będę za pięć lat. Nawet nie wiem, gdzie będę za pięć miesięcy. Jakie to nieszwajcarskie.

Ponieważ nr 3: Nie jestem matką-imigrantką

Szwajcaria to raj dla matek. A matka-imigrantka to nierozerwalny związek frazeologiczny. To, że matki nie pracują, nikogo w Szwajcarii nie dziwi. Zwłaszcza, jeśli to matki przyjezdne. Współczynnik zatrudnienia wśród cudzoziemek mających dzieci jest znacznie niższy niż wśród matek-Szwajcarek. Te ostatnie jakoś znalazły sobie (wywalczyły?) miejsce na rynku pracy. Matki-imigrantki mają absolutne społeczne przyzwolenie na to, żeby zostać z dzieckiem w domu, najlepiej do momentu, aż to nie pójdzie do przedszkola. Jeśli bardzo brakuje im pracy (albo pieniędzy) matki mogą zatrudnić się na „procent” – ale nie więcej niż jedną trzecią etatu, inaczej ucierpi na tym dziecko. Miejsce matki-cudzoziemki jest przecież w domu. A miejsce cudzoziemki-niematki? W pracy. Chcesz pracować na pół etatu, a nie masz dzieci? Zapomnij. Te stanowiska w Szwajcarii już są zarezerwowane.

Ponieważ nr 4: Nie nauczyłam się dyplomacji 

Lista pytań i stwierdzeń, które w rozmowach ze Szwajcarkami i Szwajcarami nie mają prawa paść: Ile zarabiasz? Jeździsz na zakupy do Niemiec? Szwajcaria jest taka zależna od Unii Europejskiej. Czytałaś tę książkę o deportacji Żydów podczas drugiej wojny światowej? A o handlu złotem z Hitlerem? Szwajcarska bankowość jest niezwykle skostniała, zupełnie jak model rodziny. Szwajcaria potrzebuje urlopu ojcowskiego i darmowych żłobków. Dlaczego te bilety są tak drogie? Wstydzisz się mówić po niemiecku? Serwis w tutejszych restauracjach jest fatalny. Co studiowałeś? Nie stać mnie. Masz czas za godzinę?

Wszystkie powyższe pytania i stwierdzenia padły.

Ponieważ nr 5: Nie chcę się odciąć 

Co Ty się tak przejmujesz tymi wyborami? Daj sobie spokój. Przecież nie mieszkasz w Polsce. Ciebie to nie dotyczy. Mówią mi Polacy w Polsce. Mówią mi Polacy w Szwajcarii. A mnie dotyczy. Dotyczy, że hej. Nie chcę być Polką, która hiperwentylowana czystym alpejskim powietrzem, zapomniała skąd jest. Ani taką, która płaci frankami za amnezję. „Bardziej szwajcarską od Szwajcarów”. Chcę pozostać Polką, która wie, co się dzieje w Polsce. Która zaczyna dzień od informacji z Polski. Która czytając je śmieje się i płacze, czasem jednocześnie. Polką, która cierpliwie tłumaczy swój kraj Szwajcarom. Nawet w momentach, kiedy wstydzi się za ten kraj najbardziej na świecie. Nawet wtedy, kiedy sama go nie rozumie. Dlatego będę chodzić na wybory (i o tym pisać) nawet gdy zostanę tu kolejnych 5, 10, 20 lat. Choć wiem, że wielu Polaków w Polsce (i w Szwajcarii) wolałoby, żebym już oddała paszport.

Ponieważ nr 5 i pół: Kocham góry, ale nie potrafię żyć bez morza. Sorry Szwajcario!

Szwajcaria w czasach zarazy. Odcinek 3: Czy to naprawdę już koniec?

Tatsuya Tanaka http://www.miniature-calendar.com

Tekst: Emilia Sułek*

Początki euforii

Feeria barw. Taki widok wita mnie pod supersamem. Jest poniedziałek rano, idę po mleko. Staję w pół kroku, nie rozumiejąc co się dzieje. Po chwili myśl: prawda, rząd zarządził otwarcie fryzjerów i sklepów ogrodniczych. Znowu można sprzedawać pelargonie, sadzonki ogórka i czego tam jeszcze. Ludzie tłoczą się, cali w euforii, pakując do koszyków kolejne doniczki. Ten widok regałów z kwiatami jest jak olśnienie. Jakby ktoś przełączył telewizor z wersji czarno-białej na kolor. Jakby Szwajcaria zmieniła się w Andaluzję.

Większy porządek jest pod fryzjerem, choć i tam zbiegowisko. Na chodniku stoją grupki mężczyzn. Zamarli pod ścianą, w stanie charakterystycznego bezruchu, jakby się zawiesili. Można by pomyśleć, że to robotnicy sezonowi czekają na okazję zarobku. Na to aż pracodawca podjedzie i rzuci z samochodu: „pięciu do ziemniaków” albo „trzech do kładzenia fug”. Trzech albo pięciu poderwie się z letargu, wskoczy na pakę i odjedzie w nieznane. Ale to Lucerna. Tłumek na chodniku czeka, żeby się ogolić i ostrzyc. Swoją drogą, pod fryzjerem damskim kolejek brak. 

To dopiero początek wracania do normalności, programu który rząd ogłosił po Wielkanocy. Podano daty – kroki milowe w maju, w czerwcu, w lipcu. Gastronomia, handel, szkoły, kultura, wszystko ma znowu stać się dostępne. Na razie jest na pół gwizdka. Na razie radość jest powściągliwa. 

Odkrywanie świata 

Przez ostatnie miesiące po dworcu w Lucernie hulał wiatr. Ani śladu po turystach z zagranicy ani po młodzieży z okolicznych wiosek, która do miasta zjeżdża na imprezy. Zwiedzanie odwołane, imprezy też. Z pociągów w rozkładzie zostały niedobitki. Na co drugim peronie komunikat: „Pociąg odwołany z powodu pandemii.” Pojedynczy pasażerowie przemykali chyłkiem przez halę dworcową, jakby była wypełniona morowym powietrzem. Atmosferę zagrożenia potęgował widok policji, która pilnowała porządku. Pilnowała w sensie dosłownym. Bo porządek – nawet aż zanadto – tu był i niewiele osób chciało go zakłócać. 

Teraz ma się to zmienić. Kolejny krok ku normalności to powrót do zdrowego, tzn. starego rozkładu jazdy. I ja zbieram się na odwagę. Jako kierunek wybieram Zurych. Podróż, którą kiedyś odbywałam rutynowo, kilka razy w tygodniu, teraz przypomina wyprawę w nieznane. Towarzyszy mi lekki skok adrenaliny. Na peronie ktoś rozdaje chusteczki odkażające. Pasażerowie siedzą daleko od siebie. Jakby na szkolnej wycieczce ktoś ich rozsadził. Za karę, że rozrabiali. W wagonie cisza. Przez całą drogę każde skrzypniecie kół słychać będzie podwójnie. Niemrawo uśmiecham się do pasażera siedzącego dwa metry ode mnie. Uśmiecham się oczami, bo usta zasłania mi maska. Bez odpowiedzi. Czyżby strach dał się nam tak we znaki, że nawet uśmiech wydaje się niebezpieczny?

Kolejom nie jest do śmiechu, bo straty poniosły ogromne. Podobnie jak wiele firm, również i one zwróciły się do rządu po pokrycie części strat. Lista gospodarczych kolosów, które rząd musi ratować (bo to w końcu on wprowadził lockdown) jest długa. Ci mniejsi też mogą otrzymać odszkodowanie za stracony zarobek. Inni – których pracodawca jeszcze jakoś przędzie – przeszli w tryb tzw. pracy krótkiej: pracują krócej i za mniejsze pieniądze. To spotkało Narzeczonego. Nastroje są minorowe, ale najważniejsze to nie stracić pracy. W bliskim otoczeniu spotkało to aż trzy osoby. 

W Zurychu spotykam się z przyjaciółką, która jest na bezrobociu. Choć ona raczej cieszy się z pandemii. Paraliż rynku sprawił, że Urząd Pracy, normalnie wymagający, teraz wrzucił na luz. W końcu żadne rozmowy o pracę nie były w ostatnim czasie możliwe. Nie posiadamy się z radości: to nasze pierwsze spotkanie od wybuchu pandemii. Mimo to zachowujemy bezpieczny dystans. Na powitanie stajemy dwa metry od siebie i zaczynamy się ściskać, każda własnymi rękami. Do tego okrzyk: „Jak to fajnie się spotkać!” Żeby to oblać idziemy na kieliszek szampana. Lokale gastronomiczne zaczęły się powoli otwierać. To też trzeba uczcić! 

Stoliki rozstawione są daleko od siebie. Zamaskowany kelner przyjmuje zamówienie. Szampana podaje w rękawiczkach, mimo że to nie hotel Hilton ani nawet Bristol. W innych lokalach między stolikami stoją parawany, czasem rozwieszona jest zasłona. Zależnie od inwencji i budżetu właścicieli. Całe szczęście jest wiosna, toteż życie toczy się na ulicy. Ale i tu musi być porządek. Przed jedną z kawiarni kelnerka chodzi z centymetrem: mierzy odległość między stolikami. Teraz każdy lokal jest azylem dla wybranych. Jednego dnia, kiedy na ulicy złapie mnie ulewa, będę chciała schować się w kawiarni. Obsługa wyprosi mnie na deszcz. Przykro nam, pani się nie zmieści.  

Wiwat konsumpcja! 

Też w Zurychu, udaję się do ulubionego serowara i centrali rybnej (po tygodniach kupowania w supermarkecie można pójść do normalnego sklepu!). To wszystko ma taki posmak, jakbyśmy spotykali się po wojnie albo innym kataklizmie – każdy small talk zaczyna się od pytania, jak przeżyliście? 

Niby jest tak jak było, ale jednak inaczej. U serowara do lady podejść się nie da. Drogę zagradza ławka, taka jak ze zwykłego garden party. Rozmawiasz ze sprzedawcą trochę jak przez płot. U rybaka jest podobnie. Jak czapla wyciągam szyję, żeby dojrzeć flądrę i śledzia chłodzącego się w lodzie. Nie tylko ryby, ale i sprzedawca ukryty jest za warstwą szkła i plastyku. Fartuch, rękawiczki i pleksi-maska na twarzy. 

To plastyk jest zdecydowanym zwycięzcą pandemii. Plastyk w każdej postaci. Plastykowe rękawiczki, plastykowe zasłony na twarz, plastykowe pieniądze. Sklepy proszą o płacenie „bezdotykowo”, kartą zamiast gotówki, która nawet w kraju, gdzie pieniądz zawsze wygląda jak prosto z mennicy, zaczęła uchodzić za „niehigieniczną”. W jednym ze sklepów, zafascynowana oglądam akrobacje towarzyszące transakcji. Sprzedawca (w plastykowych rękawiczkach) podaje mi terminal przez szmatkę. Wklepuję (niestety bez rękawiczki) numer PIN. Po zakończeniu procedury, terminal zostaje opryskany z dezynfekatora i wytarty (wyszorowany!) kolejną szmatką, która za chwilę wyląduje w koszu. Niech żyje kubeł na śmieci! Ideologia no-waste ma przerwę. 

Przerwę ma też filozofia „mniej znaczy więcej”. Może i pialiśmy z radości przez ostatnie miesiące, że naród przestał kupować w neurotycznym szale, ale jak otworzyli sklepy trzeba było nadrobić zaległości. W księgarni jestem już pierwszego dnia, dziesięć minut po otwarciu. Przy drzwiach (tradycyjnie już) butelka z płynem do dezynfekcji. Dodatkowo pudełko rękawiczek. Wymytymi i ogumionymi rękami oglądam książki. Nowe wydania biorę do ręki jakby każde było białym krukiem, który na chwilę wyleciał z bibliotecznej gabloty. Kupuję od razu dwie, z samej radości, że mogę. W tym samym tygodniu zajrzę do paru innych księgarni, dokupię jeszcze dwa tytuły. Na wszelki wypadek, cokolwiek miałoby to znaczyć. 

To samo powtórzy się w odzieżowym. Pobieram numerek (w sklepie nie może przebywać więcej niż dziesięć osób) i plastykowy kaptur, na wypadek gdybym chciała coś przymierzyć. Wszystko to jest jakieś nieziemskie. Prostota środków zapobiegawczych: spryskiwacz do rąk, rękawiczki, kaptur… czy to naprawdę działa? 

Przychodzi tez czas na kulturę. W trybie analogowym, bo w internecie można było pójść do kina i na koncert bez opuszczania kanapy. Kino i teatr muszą jeszcze poczekać, ale muzea i galerie stoją otworem. W Bourbaki-Panorama (odpowiedniku naszej Racławickiej) seria eksponatów zalepionych taśmą. Wszystko co interaktywne, jest wyłączone z użytku: interakcje są niebezpieczne, nawet te z muzealnym eksponatem. W muzealnym kiblu dwie umywalki też obklejone są taśmą, jak miejsce zbrodni w filmie kryminalnym. W pustym hallu ojciec z synkiem bawią się piłką. Chłopiec rzuca ją do mnie. Instynktownie łapię i odrzucam. Po chwili reakcja: czy powinnam była? Czy zostanę zrugana za zły dotyk?

Bliskość wciąż podejrzana 

Powrót do konsumpcji jest prostszy niż do społeczeństwa. To jest wciąż nastawione „na dystans”. Na schodach ruchomych kobieta przede mną syczy ostrzegawczo, bo podeszłam o jeden krok za blisko. Tego rodzaju syki i obrażone chrząknięcia były mi tu do tej pory nieznane. Pewnie można zaryzykować tezę, że pandemia doprowadziła do (lekkiego) upadku obyczajów. Zwłaszcza w środkach transportu ludzie patrzą na siebie bykiem. Torby i plecaki jeżdżą już prawie legalnie na siedzeniach w autobusie, stanowiąc bufor bezpieczeństwa dla bojących się o zdrowie pasażerów.

Życie towarzyskie powoli się odradza, choć w dość specyficznej formie. Po raz pierwszy (od zimy!) idziemy na Apero do znajomych. Na szczęście mają taras, więc przy odrobinie wysiłku jesteśmy w stanie zachować dystans. Ale kiedy popsuje się pogoda i będziemy musieli wejść do domu, nagle zrobi się zbyt tłoczno. Pożegnamy się – powoli wchodzi nam to w krew – łokciem. 

Podawania rąk nadal się unika. Nie wspominając już o innych kontaktach fizycznych. I właśnie przez to zwykły uścisk rąk staje się teraz niemal wywrotowy, prawie intymny, dowód prawdziwego zaufania, prawie jak seks bez kondomu. Dla osoby przywykłej do fizycznego kontaktu, ten odwyk od bliskości jest wyzwaniem, zwłaszcza wśród przyjaciół i bliskich. Tworzą się różne strefy wtajemniczenia i … wykluczenia. Ta sama osoba, która dzień wcześniej wyściskała mnie na powitanie (jak smakuje taki uścisk po miesiącach abstynencji!), dzień później poda mi tylko łokieć. Szepnie przy tym: muszę uważać, tu dużo ludzi. Trzeba dawać przykład. 

Bliskość w ogóle stała się podejrzana. Korzystając z wolnego dnia, jadę w góry, popatrzeć na świat z innej (wyższej) perspektywy. Szczyt wybieram niefortunnie. Już autobus zapakowany jest na ścisk. Podobnie jest na szlaku. Ludzie tłoczą się, nawet przepychają. Gorzej niż na Giewoncie. Z góry schodzi grupa podchmielonych wyrostków, w plecaku gra muzyka. Ten z lewej zatacza się na mnie. Niestety, nie wiedziałam, że cel mojej wycieczki jest ulubionym miejscem oglądania wschodu słońca. A że noce są chłodne, trzeba się czymś rozgrzać. Przy pierwszej okazji zbaczam w inną stronę. Nawet w telewizji będą mówić, że naród beztrosko popędził w góry, zapominając o środkach bezpieczeństwa. Policja nie reaguje.  

Widmo policji dopada mnie gdzie indziej. Tak, wreszcie i ja idę zrobić coś zrobić z włosami. W malutkim salonie fryzjerka w masce na twarzy. Ale inaczej niż u Zorro, to nie oczy są zasłonięte. Ja zresztą też w masce. Takie są przepisy. Mycie głowy odbywa się jeszcze normalnie. Strzyżenie troszkę gorzej. Trudno ciąć w ciemno. W końcu dziewczyna mówi: zdejmij te maskę, ja cię przecież w ogóle nie widzę. 

Od razu robi się sympatyczniej. Dostaję nawet kawę i ciastko. Radośnie rozmawiamy o życiu w Londynie i o brytyjskim poczuciu humoru. Nagle sytuacja robi się jak z komedii: „Policja!” Fryzjerka rzuca nożyczki i czmycha na zaplecze. Ja w popłoch. Cholera, gdzie maska?! Z podołka spadła mi na podłogę! Rzucam się pod fotel. Za chwilę ostrożnie wyjrzę przez okno. To drogówka, mówię, widząc, jak policjantka wypisuje mandat na źle zaparkowany samochód. Drogówka chyba nie kontroluje fryzjerów? Moja fryzjerka nie jest przekonana. W ostatnim czasie słyszało się historie w rodzaju: facet przyszedł do pracy z nową fryzurą. Fryzjera zamknęli. Brzmi nieprawdopodobnie. Może to legenda miejska?

Leczenie ran

W kolejną niedzielę jadę do Thun. To miasteczko jak z pocztówki: szafirowe jezioro, panorama gór jakby wycięta z opakowania czekolady. Właściwie to jadę służbowo, ale ponieważ jest niedziela, całość ma lekko wycieczkowy charakter. Pogoda piękna, świeci słońce, pierwszy raz po dłuższym okresie niepogody. 

Spacerowiczów masa. Długi ogonek ciągnie się wzdłuż rzeki w drodze do jeziora. Ja też wędruję nabrzeżem. Po lewej stronie woda, po prawej metalowy płot, za nim pas dzikiej zieleni. Moje myśli błądzą nie wiadomo gdzie, wzrok wędruje przez kępy dzikiej roślinności za płotem. Przez tygodnie siedzenia w domu rozwinęłam pasję ogrodniczą i także tę szukania jadalnego zielska na każdej łące i poboczu drogi. Na wpół automatycznie skanuję wzrokiem co rośnie w Thun. A nuż zobaczę coś ciekawego. 

Nagle wzrok mój pada na kawałek papieru. Zapisany i zwinięty, leży na poduszce z trawy, jakby ktoś zrzucił go z chmury. Automatycznie spoglądam w górę, chyba żeby sprawdzić, czy to niebo wysłało mi wiadomość. Ledwie dosięgam papieru przez płot. Za chwilę rozprostowany leży w mojej dłoni. 

Obie strony zapisane, każda innym charakterem pisma. „Drogi/droga Nikt”, pisze autorka, w liście skierowanym do mnie i do każdego, kto przechodzi nabrzeżem. „Myślałam, że samobójstwo rozwiąże mój problem”, relacjonuje swoje zmagania z życiem. „Chciałam czuć się potrzebna, ale wylądowałam w ciemności. Kaleczyłam się, ale to tylko zwiększało ból. ‘Proszę, pozwól mi umrzeć’, myślę o tym każdego dnia”. Czuję, jak serce zmienia mi się w ciasny węzeł. „Jestem taka samotna. Mimo że to czas pandemii, proszę zostaw mi wiadomość. Będę tu przychodzić codziennie.”

Na drugiej stronie odpowiedz, napisana inna ręką. Słowa otuchy, zachęty by wytrwać. „Czasami ogarnia nas ciemność. Pamiętaj, że promyk światła dosięgnie i ciebie.” Ja też dopisuję coś od siebie. Podaję kontakt, gdyby autorka chciała mnie znaleźć. Wygrzebanym z portmonetki spinaczem przypinam list do drucianego ogrodzenia i patrzę na wodę. Sądząc po tym, że litery lekko rozmył deszcz, list musi tu być od dobrych kilku dni. Czy autorka była tu, żeby sprawdzić wiadomość? Czy w ogóle jeszcze jest

Przechodnie mijają mnie radosnym krokiem. Za chwilę i ja dołączę do nich w tym strumieniu niedzielnego życia. Z domu zadzwonię do pogotowia dla samobójców, sprawdzić, co można zrobić w sprawie nieznajomej kobiety z Thun. Nie mają wiele do zaproponowania. Szwajcaria ma wysoki poziom samobójstw. Dopiero co w styczniu znajomy był świadkiem tego, jak mężczyzna wskoczył pod pociąg. Czy przymusowa izolacja czasu pandemii podniesie ten poziom o poprzeczkę wyżej? To okaże się pewnie dość niedługo. 

Wątpliwości rosną

W połowie czerwca po dawnych środkach bezpieczeństwa nie ma śladu. Euforia z powrotu do życia, aktywności, konsumpcji – wszystko to tłumi inne rozważania. Pewnie rozsądek też. Maski znikają z przestrzeni publicznej, tak szybko jak ostatnie łachy śniegu w Alpach. W supermarkecie płyn do dezynfekcji jeszcze stoi, ale z boku, zdetronizowany przez górę koszyków, które zachęcają do pakowania kolejnych zakupów. Otwierają się kina, lada chwila rząd pozwoli na organizację koncertów nawet na kilkaset osób. Zurych (gdzie po północy obowiązywała godzina policyjna) „uwalnia” życie nocne. Można bawić się do woli, na własną (a nie rządu) odpowiedzialność. I nawet nocne autobusy wróciły na ulice. 

Gdzieś na boku słychać jednak pytania. I pierwsze wątpliwości. Bo jak pogodzić to, co mówią epidemiolodzy, że wirus wciąż jest wśród nas z parciem na powrót do maksymalnej aktywności? Granice są otwarte, ale samolotów właściwie niet. Co i rusz telewizja bąka, że na świecie wirus nadal szaleje. Uniwersytet zapowiedział, że zajęcia jesienią będą online. Mimo tego, że teraz można imprezować pełną parą. To jak to jest z tą chorobą?

Zaplanowane w bezpiecznych odstępach czasu kroki milowe przyspieszyły tempo. Co miało się dziać w lipcu, zdarzyło się już w czerwcu. Co w czerwcu, to w maju itd. Sąsiadka na schodach wyrzeka: Rząd nie kieruje się dobrem społeczeństwa, tylko gospodarki. W najgorszym okresie pandemii, sprawiał wrażenie jedności, teraz każda partia ciągnie w swoja stronę. To wszystko lobby biznesowe, sąsiadka krzywi się z niesmakiem. „Nie lubię tego partyjniactwa”, dodaje. 

Wirus wciąż jest wśród nas, nawet jeśli o nim trochę zapomnieliśmy. Na wszelki wypadek, zaopatrzyłam się w kolekcję masek na twarz. Niewiele osób podziela mój entuzjazm dla tego dodatku do stroju. Członkowie rządu też nie pokazali się w masce. Szwajcaria cały czas wstrzymuje się z wprowadzeniem nakazu noszenia ich, choćby w transporcie publicznym (choć konduktorzy apelowali). Rząd pozostał przy zaleceniu, że nosić… warto: „Szwajcarom nie należy zakazywać. Liczymy na rozsądek obywateli”. W gazecie pojawiła się debata, dlaczego rozsądek pozostaje głuchy i ludzie nie zakładają maski. Wygrała teoria, że to dlatego, że maska bardziej chroni innych niż nas samych. Po co się wysilać dla innych, głosił autor, rekonstruując statystyczną logikę mieszkańca kraju. To by przeczyło wizji solidarnych obywateli, którzy troszczą się o siebie nawzajem. 

Znajoma – młoda, choć z grupy ryzyka – spytała mnie niedawno, czy ma prawo wymagać, by ludzie nosili maski, żeby osoby z mniejszości – takie jak ona – chronić przed wirusem. Jasne, że tak. Mniejszości się chroni. Czy to nie jest jakaś żelazna zasada demokracji? Ale jak choroby nie widać (a i słychać o niej też niewiele), wszelkie środki prewencyjne wydają się zbędne. Sensowność całego lockdownu zaczęła być poddawana w wątpliwość. Ale to tak jak w ogóle z prewencją, mówi ta sama znajoma, która notabene pracuje w ośrodku pomocy narkomanom. Skuteczność prewencji jest jednocześnie jej gwoździem do trumny. Ludzie skłonni są zapominać, że problemy lubią wracać. 

Odwrót od rzodkiewki

Zaległości w kontaktach towarzyskich nadrabiam, gdzie się da. Zresztą, nie tylko kontaktów jestem spragniona. Nieprzewidywalności, beztroski, śmiechu. Przypadkowych interakcji, small talków, wszelkich elementów, który wychodziłyby poza korona-rutynę. Powrót do życia towarzyskiego oznacza, że rzodkiewki popadają w zapomnienie. Ogród już nie jest kompensatą braku towarzystwa. To samo dotyczy sklepów spożywczych. Podczas lockdownu, kupienie nawet jednej cebuli było dobrą wymówką, żeby wyjść z domu. Co ja zrobię, że potrzebuję ludzi, interakcji, nawet w minimalnym stopniu. Siedzenie w domu to nie dla mnie. Ale dzięki home office odkryłam, że sąsiad z drugiego piętra maltretuje dorosłą córkę. Rząd miał chyba rację mówiąc, że zakaz wychodzenia z domu wpłynie na przyrost przemocy domowej.

Patrząc na kwitnący ogród, myślę: Całe szczęście, że pandemia wybuchła na wiosnę. A kiedy będzie druga fala? Od jakiegoś czasu do mediów przebijają się wiadomości o ponownym wzroście liczby zachorowań. Niby niewiele, ale jednak: sto, sto kilkadziesiąt na dzień. To i tak luksus w porównaniu do krajów, które akurat przeżywają masową tragedię i śmierć tysięcy ludzi. Prędzej czy później choroba dociera wszędzie. Cóż, efekt globalizacji. 

W obliczu rosnącej liczby nowych zachorowań, rząd robi jednak ten radykalny krok, z którym tyle się wstrzymywał. Maski będą obowiązywać, przynajmniej w transporcie publicznym. Teraz kiedy jadę pociągiem patrzą na mnie same oczy. Oczy i tylko oczy. Zwielokrotniony big brother i big sister. (Kosmetyczka w drogerii próbuje mnie namówić na prelekcje o podkreślaniu oczu: kiedyś były zwierciadłem duszy, teraz głównym medium komunikacji – mówi z przekonaniem).

W kraju, w którym nie chcą burek i czadorów (choć poza niektórymi turystkami z krajów arabskich nikt ich nie nosi), a inne sposoby zasłaniania twarzy, na demonstracji czy meczu, też są przez państwo niezbyt lubiane, obowiązek zasłaniania twarzy brzmi jak złośliwość losu.

*Emilia Sułek: antropolożka, dziennikarka, menedżerka kultury. Przyjechała do Szwajcarii za pracą, została z miłości. Nie tylko do gór. Specjalistka od Azji Środkowej we wszystkich odmianach. 

Szwajcaria w czasach zarazy. Odcinek 1: Twierdza zostaje zdobyta

Szwajcaria w czasach zarazy

Tekst: Emilia Sułek*  Ilustracja: Quarantine Collages*

Wuhan. Miasto w środkowych Chinach. Tak daleko, a tak blisko. 

Zdjęcia z Wuhanu stały się naszym chlebem powszednim. W Szwajcarii oglądał je każdy. Od grudnia, dzień w dzień, telewizja pokazywała opustoszałe ulice miasta i ubranych w kombinezony ratowników medycznych. Do tego astronomiczne liczby ofiar. Tak samo abstrakcyjne jak i miasto, o którym wcześniej wielu nie słyszało.

Pod koniec stycznia przyszedł czas na Włochy, kraj lepiej nam znany. Pierwsi zakażeni, a potem tragiczna eksplozja zachorowań. W telewizji zdjęcia z przepełnionych szpitali w Lombardii i raporty o lekarzach, którzy nie dają sobie rady. Niby bliżej, ale wciąż abstrakcja. 

A potem w Szwajcarii pojawiła się pierwsza osoba, u której wykryto COVID-19. 25 lutego, czas karnawału. To jednak nie był żart. Właśnie mija miesiąc.

Tydzień I. Abstrakcja trwa 

Patrząc na historię epidemii wirusa COVID-19 wśród Helwetów, można rzec: dobre złego początki. Kiedy gruchnęła wiadomość, że w Wallis wykryto „pacjenta zero”, niewiele osób wzięło to serio. Wśród moich najbliższych zaobserwowałam zdziwienie, że i tutaj wirus dotarł. Oznak niepokoju brak. Choroba wciąż wydaje się być daleko. 

Kolejne dni przynoszą wzrost zachorowań. Towarzyszy im wiadomość, że osoby, które miały kontakt z zakażonym, objęte są kwarantanną. Ta mrówcza, niemalże detektywistyczna robota, poraża skrupulatnością. Wiara w system jest duża: „Jeśli mieliśmy kontakt z kimś chorym (ale niby gdzie?), lekarz sam się po nas zgłosi”. Posługując się tą logiką, na Literaturfest w Lucernie, dobrowolnie wpisuję się na listę gości i podaję numer telefonu. Co tam ochrona danych osobowych! Gdyby odkryto, że inny miłośnik książek miał wirusa, lekarze mnie znajdą. 

Rząd zaleca unikać imprez masowych. Te powyżej 1000 osób są powoli odwoływane. Rozdanie Swiss Music Awards w Lucernie odbywa się przy połowie sali. Kiedy odwołują maraton narciarski w Engandynie, Narzeczony i koledzy narciarze łapią się za głowę. W Bazylei nie będzie też karnawału. W kraju, w którym rzadko coś się odwołuje, ludzie się dziwią, ale do paniki im daleko. Przesadna ostrożność – dla jednych. Odpowiedzialny krok – dla innych. I jedni i drudzy zakładają, że to rozwiąże problem.

W pociągach tłok. Rząd zaleca unikać transportu publicznego, ale jak to zrobić w kraju, gdzie miliony dojeżdżają do pracy i szkoły. Poza tym to pracodawca ma zdecydować o przejściu w tryb Home Office. I tak, czekając na decyzję „z góry”, krążę między Lucerną, Bernem i Zurychem. Wdycham morowe powietrze i nasłuchuję, czy ktoś kaszle. Razem ze mną słucha cały wagon, pełen ludzi skazanych na dojeżdżanie. Może tylko zrobiło się ciszej. Nie ma już głośnych rozmów przez telefon – tak jakby, żeby zminimalizować ryzyko wchłonięcia wirusa, pasażerowie przestali się odzywać. 

Nowy termin, social distancing, powoli wkracza do mediów, ale w pociągach tłok jak zawsze. Apele o trzymanie odstępu pasażerowie przyjmują zakłopotanym uśmiechem: „W godzinach szczytu nawet sardynki w puszce mają luźniej. Mam powiedzieć, że puste miejsce obok jest zajęte?”

Tydzień II. Bierzemy to na lekko

Po dużych imprezach przyszedł czas na mniejsze. Tokarczuk nie przyjedzie do Szwajcarii. Konferencja w Zurichu odwołana. Wystawa, której jestem kuratorką, przesunięta na za rok. W kalendarzu robi się pusto.

Szwajcarzy przyjmują to ze zdziwieniem. „Jak to, wystawa miała być w maju? Do tego czasu będzie po wszystkim.” Na wieść, że Azja Środkowa – Kazachstan i Mongolia – do których miałam jechać na wiosnę, wprowadzają restrykcje wjazdu, znajomi robią wielkie oczy. Tak jakbyśmy to tylko my w „rozwiniętej” Europie mogli komuś pozwalać wjechać albo nie. Polska już zamknęła granice. Szwajcaria nadal jest otwarta.

Apele o social distancing przynoszą niewiele. W Nordbrücke, ulubionej knajpie w Zurychu, tłok tak gęsty, że niemal intymny. Dopiero co poznane osoby wylewnie całują mnie na pożegnanie. To jeszcze nie dekadencja życia na tonącym statku, raczej chęć pokazania, że nic nas nie rusza. Albo błogie myślenie, że kryzysy to gdzieś indziej, ale nie tu. 

W pracy po staremu. Tylko kolega z Niemiec mówi, że jego matka ma kwarantannę. Córka znajomej też. Oho, więc to już nie tylko choroba telewizyjna. Zdarza się w prawdziwym życiu. Dla innych to nadal abstrakcja. Na seminarium w Bernie student kaszle jakby miał suchoty. „To tylko przeziębienie”, tłumaczy. Za parę dni okaże się, że następnych zajęć nie będzie. Przynajmniej nie twarzą w twarz. 

Pierwszy raz zauważam, że pociąg powrotny do Lucerny jest dość pusty. Może dlatego, że to „osobowy” przez Entlebuch? Przy oknie Japonka w szaliku naciągniętym na twarz. Poza tym cisza i spokój. „Gdyby dojeżdżanie do pracy zawsze było takie komfortowe!”, myślę patrząc na zielony krajobraz za oknem. Na szosie korek: ludzie wciąż dojeżdżają, tyle że samochodem.  

Pod koniec tygodnia przychodzi fala wiadomości z różnych kantonów. Politechnika w Zurychu zamyka podwoje. Uniwersytet w Lozannie i Lucernie też. Berno próbuje systemu rotacyjnego: połowa studentów na sali, druga w domu. Uniwersytet Zuryski uparcie chce dalej funkcjonować. Mimo tego, że to właśnie on był prekursorem w rozsiewaniu wirusa w tym mieście. W końcu i Zurych się poddaje. 

Lubię pracować w domu ale na fajrant dobry jest sport. Od paru dni z ciekawością obserwuję strony klubów fitness. Wszystkie otwarte, mimo że są miejscem intensywnej interakcji społecznej, gdzie różne rzeczy można „złapać”. W piątek wieczorem idę do Fitnesspark Allmend. „Państwo są otwarci?” „Oczywiście, do 22-ej”, słyszę na recepcji. „Mam na myśli Coronę.” Zaskoczenie. W środku zalecają trzymać dystans (sala i tak jest przepełniona) i wymyć po sobie sprzęt. Ale to robi się tu tak czy siak. Za dwa dni przyjdzie wiadomość, że z fitnessem koniec. 

A co z życiem towarzyskim? W weekend mamy zaplanowaną kolację dla znajomych. Bigos stoi już od kilku dni na balkonie. Goście stawili się prawie wszyscy. Przy drzwiach zamiast wylewnych powitań rozdzielamy komendy: zdjąć buty, powitanie łokciem albo skarpetką, potem mycie rąk. Każdy ma pilnować widelca i szklanki. Goście są zirytowani. Na hasło: „Umyj ręce”, słyszę: „Myłem w domu”. Posłuch w narodzie jest ograniczony. 

Corona jest jednym z wielu tematów przy stole. Głównie w kontekście tego, gdzie można pojechać na narty. Tu zamknięte, tam zamknięte. Ponoć w Berner Oberland niektóre trasy są otwarte. Ekologicznie uświadomieni Szwajcarzy mówią, że nareszcie mniej samolotów i środowisko będzie czyściejsze. Tylko że gospodarka straci. Wciąż są to rozmowy abstrakcyjne, wokół tematów-haseł: „klimat”, „gospodarka”. Na konkrety trzeba poczekać.

W sobotnią noc wykonuję rundę rowerem po mieście. Liczba osób, które mogą legalnie przebywać w jednym miejscu stopniała już do 50. Mimo to życie nocne kwitnie. Przed przepełnionym klubem wytacza się z taksówki zalany gość. Na parkiecie tłoczy się gęsta masa ludzi. W oknie innej knajpy napisane: „No Corona. Only local beer.” „Klient nr 51. nie zostanie obsłużony”. Jak to wygląda w praktyce, nie sprawdziłam. 

Przynajmniej pogoda dopisuje. Góry i świeże powietrze wciąż są dozwolone (Tatry i Mount Everest jednak zamknęli). Kolejki linowe wprawdzie nie działają, ale za to gastronomia ma się jak najlepiej. Uprzejmy komunikat w górskim Beizu mówi, że powyżej 50 osób lokal obsłużyć nie może, ale każdy stolik jest zajęty. Warunki do dalszego rozprzestrzeniania się wirusa można uznać za dobre. 

Tydzień III. Panika

W poniedziałek telewizja podała, że w ciągu jednej doby zanotowano wzrost zachorowań o ponad 800 osób. Szwajcaria wprowadza stan wyjątkowy. To sielankowe sceny ze szlaków narciarskich skłoniły rząd do akcji. Zważywszy brak solidarności między kantonami (vide: próba zarobienia na narciarzach z sąsiednich kantonów), teraz to państwo przejmuje dowodzenie. 

Szlaban dostają lokale, które nie są „niezbędne do przeżycia” (dla klientów, dla właścicieli sprawa wygląda inaczej). Otwarte będą spożywczaki, apteki, stacje benzynowe. Bez reszty obywatel musi się obejść. Do fryzjera nie pójdzie, butów nie naprawi. Sobotni targ w Lucernie odwołany do… odwołania. Zarządzenie wchodzi w życie we wtorek. Nieświadoma niczego, w poniedziałek idę do biblioteki pożyczyć książkę o ogrodnictwie (czuję, że wkrótce będę mieć czas na uprawianie ogródka). Bibliotekarka schowana za warstwą pleksi uśmiecha się blado. Dzień później biblioteka zostaje zamknięta. Podobnie jak inne instytucje kultury. 

Naród coś musi robić, więc biegnie do spożywczego. Puste półki w Coop i Migros to nie fake news. Zieją w nich dziury, szczególnie rażące w zestawieniu z ogólnym dobrobytem. Spaceruję między regałami tropiąc, co kupuje Szwajcar na czarną godzinę (für regnerische Tage, po szwajcarsku?). Na regale z mąką pusto. Nie ma makaronu i sosu pomidorowego. Ryż też wygląda blado. Sektor jajeczny opustoszał (Czy to już na Wielkanoc? Chyba tak, bo widzę, jak jakiś gość niesie koszyk wielkanocny „made in Migros”). Po papierze toaletowym nie został ślad.  

Za regałem, gdzie kiedyś stało müesli, czai się facet z aparatem. „Fotografuje pan pustkę?” Zagajam. „To trzeba udokumentować”, mówi. „Za dziesięć lat pokażę dzieciom. Inaczej mi nie uwierzą.” Jako Polka rocznik ’76 myślę: „Oj, szczęśliwy narodzie, co po raz pierwszy widzisz puste półki!” Makaron z sosem to dieta studencka. Każdy ugotować potrafi. Ale mąka? Czyżby każdy Szwajcar umiał piec chleb? Pewnie raczej pizzę. Telewizja podaje, że piekarnie ponoszą straty. Czyżby ludzie przestali kupować chleb? Jedzą już tylko ryż i makaron? 

Kombinacja tego czego „nie ma” jest frapująca. Za kryzysu kubańskiego, berlińskiego i wszystkich innych, dziadkowie chomikowali mąkę, cukier, spirytus i inne cuda. W późniejszym PRL-u było tak samo. Ale wtedy niewiele było. W bogatej Szwajcarii, myślałam, że ludzie będą kupować wino i łososia, coś lepszego niż mąkę typ 405. Okazuje się, że nawet w kraju dobrobytu naród władzy nie ufa i zaopatrzyć się musi.  

Idę wysłać rodzicom paczkę. W niej PADMA Grippe-Formel. Numerkomat na poczcie nie działa. To logiczne: hasło «be in touch» nacechowane jest teraz negatywnie. Na podłodze narysowane «krzyżyki», gdzie można stać (dla dowcipu wolałabym raz kółko, raz krzyżyk). Poczciarka, bezpieczny metr od lady, kiwa na mnie głową. Zaczynamy taniec „krok w przód, krok w tył”. Podchodzę, «Grüezi», kładę paczkę, krok w tył. Kobieta podchodzi, patrzy na adres. «Do Polski nie wysyłamy». Znowu krok w tył. Teraz ja do przodu. Biorę paczkę, dziękuję, wychodzę. Przy sąsiednim okienku klientka z „grupy ryzyka”, na oko 70+. Rozmawia, śmieje się, nie chce odejść. Kto jak kto, ale emeryci w przestrzeni publicznej widoczni są jak nigdy. 

Wiedza o sytuacji w kraju jest znikoma, ale wszyscy wiedzą, że kraj przygotowany jest na wirusa. Oglądam konferencję prasową. Daniel Koch, państwowy ekspert od chorób zakaźnych – przyciśnięty przez dziennikarza – przyznaje, że służba zdrowia ledwo dyszy. Wolnych łóżek na intensywnej terapii niewiele. Pytam znajomych Szwajcarów, jak myślą, ile. Rzucają: „1500?” Nie, 160. Są zdumieni. Telewizyjna propaganda mycia rąk też nie działa: wielu wciąż trudno zrozumieć, że wirus przenosi się przez dotyk. Klamki, pieniędzy, czegokolwiek. Ekspedientki w Kriens, miasteczku gdzie mieszkam, wydają resztę bez rękawiczek, a sklepowy podaje mi ser, do spróbowania, ręką. Zaufanie społeczne na prowincji jest duże. Chociaż u mojego dentysty w niewielkim Sarnen zniknęła półka z gazetami: na papierze COVID-19 też umie przeżyć. 

Bez tłumu turystów w Lucernie można spokojnie popatrzeć na Kappellbrücke, główną atrakcję miasta. Normalnie, w czasach nie-zarazy, omijasz to miejsce szerokim łukiem. Na moście zaczepia mnie facet, „Jakie pustki! Kto by pomyślał?” Dobre pytanie. Z tym, że Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła stan pandemii już 11 marca, a zdjęcia z Wuhanu oglądamy całą zimę. „No ale turystów z Chin nie ma!”, facet zauważa przytomnie. Obawiam się, że wielu myślało podobnie: skoro Chińczyk nie przyjeżdża, to choroby nie przywlecze. A że Szwajcar jeździ po świecie i coś może przywieźć, mniej nam się w głowie mieści. Zdumiewające, że mimo globalizacji i bycia w (prawie) sercu Europy, Szwajcaria nadal czuje się bezpiecznie schowana w górach. Twierdza nie do zdobycia. A jednak, Coronie się udało. 

Przy kolacji w środę konsternacja. Główne wydanie wiadomości spóźnia się o 17 minut. Tak po prostu, jak mówi komunikat, „z przyczyn technicznych”. Patrzymy po sobie. Takie rzeczy się tu NIE zdarzają. 

W czwartek wieczorem zapalam świeczkę na balkonie. Mówili w telewizji, żeby zapalić, na znak solidarności z tymi, co siedzą w domu sami. Wyglądam przez wszystkie okna, widzę zaledwie dwa światełka. Ja mam to w kościach, jeszcze z PRL-u, te akcje okienne. „Zamrugaj lampą, jak słuchasz Podziemnego Radia Solidarność”. Następnego dnia, o 12:30 ludzie klaszczą, jako umówiony znak podziękowań dla tych, co niosą pomoc medyczną. Może nie trwa to zalecanej przez media minuty, ale jednak. Społeczeństwo musi się jeszcze rozruszać. 

U Narzeczonego Home Office nie ma. W piątek wraca z pracy zdruzgotany. Ponoć jego fizjoterapeuta jest Corona-pozytywny. Pierwszy raz widzę przerażenie na jego twarzy. Jeszcze mu nie wspomniałam, że koleżanka z biura leży w łóżku z kaszlem i gorączką. Niedawno była w Paryżu. „To pewnie Corona”, napisała na WhatsAppie. Ale takich jak ona się nie testuje. „Cóż, francuskie metro to może nie był najlepszy pomysł”, rzuciła, nie bez francuskiej elegancji. 

Tydzień IV. Poczekamy, zobaczymy 

Zakazu wychodzenia z domu na razie nie będzie. Szwajcar musi się ruszać. Politycy mówią, że to jedna z podstawowych wolności. Poza tym zapobiegamy w ten sposób przemocy domowej. A ja myślałam, że w Szwajcarii przemocy domowej brak. Kto wie, ile jeszcze ciekawego nauczymy się dzięki wirusowi.


 

 

 

*Emilia Sułek: antropolożka, dziennikarka, menedżerka kultury. Przyjechała do Szwajcarii za pracą, została z miłości. Nie tylko do gór. Specjalistka od Azji Środkowej we wszystkich odmianach. 

*Quarantine Collages – kolaże w czasach zarazy, więcej na: instagram.com/quarantinecollages