O szwajcarskim pięknie

topelement-10

Szwajcaria nie zawsze jest piękna. Na zdjęciu Zurych Lochergut. Źródło: Keystone.

Szwajcaria jest piękna. To opinia wyrażana tak powszechnie, że stała się faktem. Spróbujcie powiedzieć, że jest inaczej. Ponieważ mam wrodzoną skłonność do przekory i szukania dziury w całym, wpisałam sobie ostatnio w wyszukiwarkę „najbrzydsze miejsca w Szwajcarii”. Oto, co mi wyskoczyło.

5 najbrzydszych szwajcarskich dworców – na drugim miejscu.. moje Winterthur.

17 najbrzydszych budynków w Szwajcarii – na szóstym miejscu Zentrum Töss w.. Winterthur.

27 dowodów na to, że najbrzydszym miastem w Szwajcarii jest.. zgadliście! Winterthur. Wejdźcie w link, a przekonacie się, że to prowokacja.

Nawet jeśli trafiłam do najbardziej paskudnej lokalizacji w najpiękniejszym kraju na świecie, to nie powiem, że ta ironia losu mi nie pasuje. Czy Winterthur naprawdę jest takie brzydkie? Kwestia gustu. Jak zrobi się cieplej, wezmę aparat i postaram się Wam przybliżyć uroki mojego miasta. Teraz jednak mowa ma być o pięknie.

Szwajcarzy są mistrzami upiększania. Rozpadająca się fabryka? Odnowimy, pomalujemy na ceglasto i sprzedamy jako lofty za miliony franków. Stare kontenery? Postawimy jeden na drugim, zrobimy na kolorowo, wystawimy starą wannę i będzie najmodniejsza knajpa w mieście. 20 franków za drinka poproszę. Marny skrawek zieleni wśród betonowych bloków? Zbijemy parę desek, będzie piaskownica – drewniana, ekologiczna i osiedle od razu bardziej przyjazne rodzinie.

Szwajcarzy lubią, jak jest ładnie. Sprzyja im geografia – pocztówkowe krajobrazy są na wyciągnięcie Instagrama. Do tego rustykalna drewniana architektura (obowiązkowe okiennice i geranie w oknach!), parę zadbanych krówek (koniecznie z dzwonkami!) i krystalicznie czyste górskie jeziorko. Jeszcze tylko wetknąć czerwoną flagę z białym krzyżem i mamy powielany przez turystów w milionach kopii idealny obrazek kraju bez problemów.

W Szwajcarii brzydotę albo się ignoruje albo ujarzmia. Nie chodzi tylko o estetykę. W kwestii niewygodnych tematów obowiązuje ogólna zasada „mamy wszystko pod kontrolą”. Bezdomni w miastach? Sami tego chcą, nawet ich nie liczymy. Narkotyki? Jest problem, ale sobie z nim radzimy. Samobójstwa? Mamy od tego specjalne instytucje. Uchodźcy? Przybywa ich już coraz mniej, fantastyczna wiadomość. Dyskryminacja płci? O co chodzi, przecież równouprawnienie jest zapisane w konstytucji. Grunt to dobry PR.

Szwajcaria broni pozytywnego wizerunku tak zażarcie, jak demokracji bezpośredniej i neutralności. W Federalnym Departamencie Spraw Zagranicznych istnieje wyspecjalizowana agencja Presence Switzerland, odpowiedzialna za budowanie dobrego obraz kraju w świecie. Jednym z jej zadań jest monitorowanie wszystkiego, co na temat Szwajcarii pojawia się w sieci.

I tak np. analiza Twittera z 2018 roku wykazała, że hasztagu Switzerland internauci używali najczęściej do dzielenia się, niespodzianka, malowniczymi górskimi krajobrazami. Gorącymi tematami były m.in. Światowe Forum Ekonomiczne w Davos (dobrze), odwołanie udziału w niniejszym amerykańskiego prezydenta (niedobrze), doniesienia o rosyjskich szpiegach w państwowym laboratorium w Spiez (niedobrze) i zwycięstwa Rogera Federera (dobrze). Sieć obiegło też zdjęcie prezydenta Szwajcarii siedzącego na chodniku przed siedzibą Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku i studiującego notatki (świetnie) oraz gest podwójnego orła, który pokazali szwajcarscy zawodnicy w meczu przeciwko Serbii (bardzo, bardzo niedobrze).

Ciągłe trzymanie ręki na pulsie to ciężka praca i koszty. Presence Switzerland na działania związane z promocją helweckiego wizerunku dostaje prawie 9 mln franków rocznie + dodatkowe kieszonkowe na udział w wydarzeniach sportowych i expo. O dodatkowe miliony z państwowej kasy starają się też filmowcy, którzy powołali ostatnio Film Commission Switzerland, organizację, która ma tak upiększyć Szwajcarię w oczach potencjalnych producentów, żeby ściągnąć tu wielkie kinowe dzieła, jak niegdyś filmy o Bondzie czy klasyki Bollywoodu. Wyobraźcie sobie Ryana Goslinga i Emmę Stonę tańczących żwawo u podnóży Matterhornu. Switzer-lala-land.

Rozmawiałam niedawno z pewną liberalną polityczką, ponad 60-letnią Szwajcarką. Opowiadała o tym, jak kraj zmienił się pod wpływem imigrantów. Ku mojemu zdziwieniu pojawił się też temat piękna. – Wie Pani, my nigdy nie byliśmy zbytnio urodziwym narodem, ale odkąd zaczęliśmy się mieszać, zrobiliśmy się jacyś tacy ładniejsi.

Jak widać, Szwajcarzy znaleźli sposób nawet na to, jak upiększyć samych siebie.

Obcy w Szwajcarii głosu nie mają. Czy na pewno?

3106022-v4-bwtnfrwcyaasdb-jpg-large

Wrzesień 2014. Głosowanie w prawie przyznania obcokrajowcom praw wyborczych w kantonie Schaffhausen. 85 proc. Szwajcarów jest na nie.

Zurych, jedno z najbardziej światowych miast na mapie Szwajcarii, gdzie trzecia część mieszkańców to obcokrajowcy. Zjeżdżają tu, aby pracować w globalnych korporacjach lub zakładać własne biznesy. Niektórzy nawet uczą się lokalnego języka i szybko integrują z lokalną społecznością. Świetnie zarabiają, płacą podatki i ubezpieczenia, sporo konsumują, przyczyniając się do wzrostu szwajcarskiego dobrobytu. Choć przeważnie są nieźle zorientowani w lokalnej i krajowej polityce, to brakuje im jednego – nie mogą decydować o bezpośrednio dotyczących ich sprawach w miejscu, w którym żyją często przez długie lata.

Prawa wyborcze cudzoziemców to temat, który powraca przy każdej możliwej okazji i choć wciąż ma więcej przeciwników niż zwolenników, to powoli (bardzo powoli) Szwajcaria otwiera się na dwa miliony przybyszów z zagranicy. Czy kraj, który chwali się, że rządzą nim zwykli ludzie może tak po prostu pomijać w życiu publicznym jedną czwartą populacji? Czy można wyznawać szwajcarskie wartości nie mając szansy zasmakować tej podstawowej – demokracji bezpośredniej? Z kolei, jeśli damy obcokrajowcom głos, komu z nich będzie się jeszcze chciało starać o szwajcarskie obywatelstwo? Wszak prawa wyborcze powinny być nagrodą za przyjęcie do grona obywateli danego kraju, a nie zachętą do integracji.

Profesor Joachim Blatter z Uniwersytetu w Lozannie przyjrzał się głębiej całej sprawie na zlecenie Federalnej Komisji ds. Migracji. W opublikowanym niedawno raporcie przyznał, że szwajcarska demokracja cierpi na tym, że jeden na czterech mieszkańców kraju jest z niej wyłączony. Co na to poradzić? Dać prawa wyborcze cudzoziemcom, którzy w Szwajcarii mieszkają dłużej niż pięć lat. Gdyby to było takie proste.

Do tej pory tylko osiem z 26 kantonów dopuściło obcokrajowców (pod określonymi warunkami) do lokalnej polityki. Czynne prawo wyborcze na szczeblu gminnym mają mieszkańcy Genewy, Neuchâtel, Vaud, Jury i Fyburga oraz niektórych miejscowości kantonów Bazylea-Miasto, Gryzonia i Appenzell Ausserrhoden. W siedmiu z tych kantonów (wyłączając Genewę) cudzoziemcy mogą startować w wyborach na lokalne urzędy. Dodatkowo rezydenci w Jurze i Neuchâtel mają prawo głosować w referendach i wybierać polityków na szczeblu kantonalnym. Mapę gmin i kantonów, w których cudzoziemcy mają prawo głosu znajdziecie tutaj www.bfs.admin.ch/bfs/de/home/statistiken/bevoelkerung/migration-integration/integrationindikatoren/indikatoren/gemeinde-kantone-recht.html. W całej Szwajcarii natomiast obcokrajowcy nie mogą starać się o wybór do władz kantonalnych ani głosować w sprawach dotyczących federacji.

Jeśli chodzi o nasz multi-kulti Zurych, to w 2013 roku wszystkie gminy kantonu odrzuciły w referendum pomysł nadania cudzoziemcom praw wyborczych na szczeblu lokalnym. Teraz jednak władze miasta wracają do dyskusji i proponują kilka rozwiązań, które mają zwiększyć obywatelską aktywność zagranicznych rezydentów. Oto kilka pomysłów: 

  1. Uprościć procedurę nadawania obywatelstwa

Osób uprawnionych do głosowania byłoby więcej, gdyby nie wyśrubowane wymagania, skomplikowana procedura nadawania obywatelstwa i wysokie koszty całej zabawy. To sprawia, że rocznie z 1,3 mln tych, którzy mogliby się o szwajcarski paszport starać, podejmuje się tego tylko ok. 40 tys. Choć w ubiegłym roku politycy poszli cudzoziemcom nieco na rękę, skracając z 12 do 10 lat czas, który należy spędzić w Szwajcarii, aby starać się o paszport, to jednocześnie metodą kija i marchewki, podniesiono kryteria dotyczące znajomości lokalnego języka. Pytanie, czy czerwona książeczka wciąż jest dla cudzoziemców na tyle atrakcyjna, że warto się o nią bić? Poza prawami wyborczymi, płaceniem podatków po szwajcarsku czy swobodnym podróżowaniem do większości krajów na świecie korzyści związanych z jej posiadaniem właściwie nie ma zbyt wiele. Dumy związanej z byciem Szwajcarem nie liczę.

2. Zaprosić obcych do dialogu

Budują Ci pod domem parking, a wolałbyś park? Władze Zurychu chcą dać mieszkańcom, także obcego pochodzenia, prawo współdecydowania przynajmniej o tym, co się dzieje w ich dzielnicy. Warsztaty, dyskusje, negocjacje, na które zainteresowani będą otrzymywać imienne zaproszenia – to jedna z proponowanych dobrych praktyk. Druga to aplikacje, taka jak Züri wie neu (Zurych jak nowy), za pomocą których można zgłaszać szkody w najbliższym otoczeniu. Podobne narzędzia mają też dotyczyć np. projektów zabudowy przestrzeni i działań kreatywnych w mieście. Również lokalni politycy mogliby w przyszłości konsultować się ze społecznością, nie tylko rdzennie szwajcarską, w podlegających im okręgach, zanim sprawa trafi pod debatę w Radzie Miasta.

3. Dać dostęp do budżetu obywatelskiego

Pewna część miejskiej kasy oddawana jest regularnie w ręce obywateli, ponieważ to oni często lepiej niż politycy wiedzą, jakie inwestycje są im najbardziej potrzebne. W praktyce odbywa się to poprzez zgłaszanie i głosowanie na konkretne projekty budynków czy usług. Władze Zurychu chcą do rozporządzania obywatelskim budżetem dopuścić również obcokrajowców. Kto miałby otrzymać takie prawo głosu i na jakich zasadach? Tego nie wiadomo.

Choć jeszcze mało tu konkretów to jedno jest pewne – w dużym stopniu zależna od migrantów Szwajcaria nie może już dłużej udawać, że demokracja bezpośrednia to ustrój ograniczony tylko do jej obywateli. Pytanie, czy my, obcokrajowcy, w ogóle chcemy w tym wszystkim uczestniczyć? Niechlubnym przykładem jest kanton Neuchâtel, gdzie 17 proc. mieszkańców to uprawnieni do głosowania zagraniczni rezydenci (posiadacze pozwolenia na pobyt w kraju typu C). W latach 2012-2016 wśród kandydatów do władz lokalnych udział obcokrajowców był tam mniejszy niż 5 proc. Również frekwencja cudzoziemców w referendach była nieporównywalnie niższa (18 proc.) niż Szwajcarów (48 proc.).

Może większość tzw. ekspatów przyjeżdża do Szwajcarii tylko po to, aby wygodnie żyć i dobrze zarabiać, a ich identyfikacja z krajem emigracji jest znikoma. Polityka? Wybory? Referenda? W to niech się bawi Hansruedi z Appenzellu i inni rolnicy-aktywiści. Ekspat woli raczej z daleka ponarzekać sobie na sytuację w kraju pochodzenia, nawet jeśli tam też już nie głosuje. Po co się przejmować sprawami kraju, który pewnie i tak za parę lat się opuści? A ilu jest takich, którzy nawet po otrzymaniu szwajcarskiego paszportu, obywatelami są tylko na papierze? Czy przypadkiem czasem my sami, obojętnością i ignorancją, nie odbieramy sobie prawa do udziału w życiu publicznym?

Jako zwierzę polityczne nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie w skrzynce na listy znajdę zaadresowaną na moje nazwisko kopertę wypchaną referendami. Marzę o pierwszym własnoręcznie wpisanym JA i NEIN. Śnię o założeniu partii SVP+, złożonej z samych polityków obcego pochodzenia (żart). Jestem gotowa przejść przez najbardziej wredne testy na obywatelstwo tylko po to, żeby razem z czerwoną książeczkę przyszło do mnie coś znacznie ważniejszego. Mój głos.


Do poczytania:

https://www.thelocal.ch/20181220/swiss-democracy-is-failing-countrys-foreign-population-report

https://www.swissinfo.ch/eng/directdemocracy/five-proposals_zurich-wants-to-ease-political-participation-for-non-swiss

https://www.swissinfo.ch/eng/call-of-duty_foreigners-in-switzerland-shunning-the-ballot-boxes

https://www.swissinfo.ch/eng/directdemocracy/political-rights-for-foreigners-_-voting-rights-in-switzerland-must-not-come-for-free

https://www.beobachter.ch/burger-verwaltung/einburgerungen-wer-bekommt-den-roten-pass

Trudy była pierwsza. Długa droga Szwajcarek do równouprawnienia

Kiedy w 1928 roku Brytyjki otrzymały pełnię praw obywatelskich, szwajcarskie aktywistki wyszły na ulicę Berna, ciągnąc za sobą wielki model ślimaka i pytając: jak długo jeszcze?

Walkę o głos Szwajcarki toczyły właściwie już od połowy XIX wieku, kiedy pierwsze organizacje sufrażystek słały petycje do męskich władz i domagały się udziału w życiu publicznym. Bezskutecznie. Na początku lat 50. XX wieku Szwajcaria, jedna z najstarszych demokracji na świecie, wciąż pozostawała jednym z ostatnich krajów na Starym Kontynencie, w którym kobiety nie mają prawa głosować ani ubiegać się o sprawowanie urzędów publicznych. Wkrótce miało się to zmienić. 

26 czerwca 1958 roku. Niewielka miejscowość Riehen, siedem kilometrów od Bazylei, jako pierwsza gmina w Szwajcarii przyznaje kobietom prawa wyborcze. Trzynaście lat zanim ustanowiono je na poziomie ogólnokrajowym i trzydzieści dwa lata nim polityczny i społeczny głos uzyskały kobiety w ostatnim szwajcarskim kantonie. 

7449

Gertruda Späth-Schweizer – pierwsza kobieta w szwajcarskiej polityce. Fot. Historisches Lexikon der Schweiz

Ten sam rok, jesień. Mieszkańcy Riehen wybierają 50-letnią Gertrudę Späth-Schweizer do Rady Obywatelskiej. Trudy, bo tak na nią wołają, jest pierwszą kobietą w historii Szwajcarii sprawującą funkcję polityczną. Wybory nie odbyły się bez kontrowersji, bo okazało się, że oddanych głosów było więcej niż osób na sali. Jednak kto by się przejmował drobiazgami. Wszak dzięki Trudy historia gminy Riehen dotarła nawet za ocean, gdzie pisał o niej amerykański dziennik „Herald Tribune”. Sama zainteresowana, choć stała się symbolem walki o prawa kobiet, nie czuła się dobrze w tej roli. Zawsze podkreślała, że bardziej niż bycie pionierką, obchodzą ją problemy gminy i ich rozwiązywanie. Swój urząd sprawowała przez szesnaście lat. 

To, co wydarzyło się w Riehen, było niewątpliwie początkiem dobrej zmiany w szwajcarskim społeczeństwie. Trudno jednak mówić o rewolucji, raczej o powolnym dochodzeniu kobiet do pełni praw obywatelskich. W tym samym roku, w którym mieszkanki Riehen otrzymały prawa wyborcze, nad wprowadzeniem ich na poziomie ogólnokrajowym po raz pierwszy głosowano w parlamencie federalnym. Propozycja dostała zielone światło. Teraz wystarczyło tylko, aby poparł ją głos ludu.

1 lutego 1959 roku Szwajcarzy po raz pierwszy głosowali w ogólnokrajowym referendum nad przyznaniem kobietom czynnego i biernego prawa wyborczego. Z niespełna miliona mężczyzn, którzy wybrali się do urn, tylko jedna trzecia poparła kobiety. W najbardziej konserwatywnym kantonie Appenzell Innerhoden na nie zagłosowało aż 95 proc. wyborców.

remote.adjust.rotate=0&remote.size.w=2305&remote.size.h=2354&local.crop.h=1292&local.crop.w=2300&local.crop.x=0&local.crop.y=387,n-large-16x9-far

1959 rok – Szwajcarzy mówią nie prawom kobiet do głosowania. Fot. Basellandschaftlichezeitung 

Referendum, choć wydawało się być dla kobiet niczym innym jak porażką, miało swój pozytywny oddźwięk na poziomie kantonalnym. Na przełomie lat 50. i 60. XX wieku trzy szwajcarskie kantony, Vaud, Neuchatel i Genewa, przyznały kobietom prawo do głosowania na poziomie kantonalnym i lokalnym. Za ich przykładem poszły kolejne i do początku lat 70. prawo głosu zyskały mieszkanki ośmiu szwajcarskich kantonów.

W 1971 roku przyszedł czas na kolejne podejście do tematu praw wyborczych kobiet na poziomie państwowym. 7 lutego, przy frekwencji 57,72% (955 321 wyborców) zmiany zyskały poparcie 65,7 proc. uczestniczących w głosowaniu mężczyzn. Sukces, choć nie sposób nie zauważyć, że duża część (męskiego) społeczeństwa wciąż nie była przekonana (na nie zagłosowało aż osiem niemieckojęzycznych kantonów). Jeśli przyjmiemy za początek Federacji Szwajcarskiej uchwalenie konstytucji założycielskiej w 1848 roku, to droga kobiet do pełni praw obywatelskich trwała 123 lata. A w przypadku dwóch niemieckojęzycznych półkantonów Appenzell aż 147 i 148 lat.

Te dwa ostatnie bastiony konserwatyzmu broniły się przed zrównaniem kobiet w prawach z mężczyznami aż do lat 90. XX wieku. Najpóźniej, bo dopiero w listopadzie 1990 roku, polegli strażnicy patriarchatu z Appenzell Innerrhoden, którzy do przyznania mieszkankom praw wyborczych zostali przymuszeni decyzją Trybunału Federalnego. Pewnie do dzisiaj uważają to za zamach na lokalną niezależność. 

Jak dzisiaj, niemal pół wieku od przyznania Szwajcarkom praw wyborczych, wygląda ich pozycja w polityce? W szwajcarskim parlamencie (Radzie Narodu) jedna trzecia to kobiety, a w Radzie Kantonów jedynie 15 procent. W Radzie Federacyjnej, pełniącej funkcję rządu i składającej się z siedmiu osób zasiadają obecnie tylko dwie kobiety (jedna z nich z końcem roku opuszcza urząd). Pierwszą prezydentkę (urząd rotacyjny, osoba zmienia się co roku), Ruth Dreifuss, powołano w 1999 roku. Od tej pory tę funkcję sprawowało pięć kobiet (w tym Doris Leuthard podwójnie).

Nieco lepiej jest na poziomie lokalnym. Najwięcej kobiet działa w kantonalnych parlamentach w Bazylei-Land (38 procent), Aarau (36 procent) i Zurychu (34 procent). Najgorzej jest w kantonie Schwyz, tylko 14 procent. Jednak, jeśli spojrzymy na władze wykonawczą, czyli kantonalne rządy, udział kobiet mocno spada i wynosi średnio 24 proc, a w trzech kantonach, Lucernie, Appenzell Innerrhoden oraz włoskim Ticino, rządzą wyłącznie mężczyźni.

42629487_10215578171541849_4629955546584186880_n.jpg

Helwecja woła! Fot. FB/Helvetia ruft 

Szwajcarskie aktywistki szykują się już na wybory parlamentarne jesienią 2019 roku i zachęcają kobiety do kandydowania. Powołały w tym celu platformę Helvetia ruft! (Helwecja wzywa), która ma być wsparciem dla przyszłych polityczek. Póki co najbliższym sprawdzianem politycznym będą wybory do pełniącej funkcję rządu Rady Federacyjnej, obecnie w składzie 2 kobiety i 5 mężczyzn. Na dwa zwalniające się właśnie miejsca, nominowany jest jeden kandydat i trzy kandydatki. Czy doczekamy się układu 3 kobiety 4 mężczyzn, czyli kolejnego kroku do równouprawnienia? Okaże się już 5 grudnia.

————————————————————————————————————————————–

Źródła:

Magdalena Musiał-Karg, Demokracja bezpośrednia a wprowadzenie praw wyborczych dla kobiet – przykład Szwajcarii
Historisches Lexikon der Schweiz http://www.hls-dhs-dss.ch/textes/d/D16497.php

Prezydent glamour

IMG_4730

Źródło: Keystone

Jeździ Volkswagenem i zawsze ma przy sobie scyzoryk. Socjaldemokrata Alain Berset robi wiele, aby pokazać, że jest człowiekiem, jak każdy inny. Umiejętnie pielęgnowany wizerunek chłopaka z podwórka nie przeszkadza mu jednak brylować na salonach. Nie bez powodu szwajcarscy dziennikarze nazywają go prezydentem glamour. 

Polityk z krwi i kości 

Kiedy jako 39-latek wszedł w skład Szwajcarskiej Rady Federacyjnej (organu pełniącego funkcję rządu i kolegialnej głowy państwa) jako jeden z najmłodszych członków w jej historii, media rozpływały się w pochwałach nad jego błyskotliwą karierą. Rzeczywiście, Berset bardzo wcześnie postawił wszystko na jedną kartę, zaangażował się w politykę i skutecznie dążył do celu. A tym było wejście na sam szczyt.

Studiował nauki polityczne na Uniwersytecie w Neuenburgu, gdzie następnie pracował naukowo, żeby w 2005 roku obronić doktorat z ekonomii. W międzyczasie zaczynał już działać w polityce, najpierw jako radny w rodzinnym Belfaux, liczącej 2,5 tys. mieszkańców wiosce w kantonie Fryburg. Wejście do Rady Kantonów (Ständerat) w wieku zaledwie 31 lat, a następnie jej przewodnictwo, ugruntowały pozycję Berseta na szwajcarskiej scenie politycznej. Jako wiceszef parlamentarnej frakcji socjaldemokratów odegrał znaczącą rolę w odwołaniu z rządu przewodniczącego partii SVP Christopha Blochera w grudniu 2007 roku. Pisał historię, ponieważ taka sytuacja zdarzyła się dopiero po raz czwarty w dziejach Konfederacji. 

W 2012 roku, wchodząc do siedmioosobowej Rady Federacyjnej i obejmując Departament Spraw Wewnętrznych, Berset stanął na szczycie szwajcarskiego systemu politycznego. W tym roku (prezydentura w Szwajcarii jest rotacyjna) pełni funkcję głowy państwa. 

topelement-5

Prezydent i biegacz. Źródło: lematin.ch

Po prostu Alain 

Jest politykiem z powołania. Lubi podkreślać, że w sektorze prywatnym nie zarobił ani rappena. A pomyśleć, że mógł zostać zawodowym sportowcem.

Rodzina Berseta to biegacze. On sam, jako 17-latek zdobył tutuł mistrza juniorów zachodniej Szwajcarii w biegu na 800 metrów. Sport do dzisiaj pełni ważną rolę w jego życiu. Lubi jeździć na nartach i chodzić po górach. Choć na co dzień urzęduje w Bernie, co roku 1 sierpnia w Narodowe Święto Szwajcarii, wraca w rodzinne strony, aby razem z rodziną i przypadkowo napotkanymi miłośnikami natury, wędrować w okolicach Schwarzsee, a potem zjeść Zmittag w lokalnej restauracji.

web-nr-6448.jpg

Wizyta w rodzinnych stronach. Źródło: Schweizer Illustrierte

Berset jest blisko ludzi, nie boi się z nimi rozmawiać, nie uznaje sztucznych podziałów. – Röstigraben (symboliczna granica językowa i kulturowa pomiędzy Szwajcarią niemiecką a francuską – przyp. red.) nie istnieje – to jedno z jego słynnych zdań. – Szwajcaria należy do wszystkich, którzy tu mieszkają – odpowiada, pytany o to, jak pojmuje patriotyzm. 

Ludzie cenią jego otwartość i szczere zainteresowanie ich problemami. Od jedenastu lat, w grudniu, przed świętami, jeździ do Fryburga gotować zupę w jadłodajni dla biednych i bezdomnych. – Znam tu wszystkich. Dla nich jestem po prostu Alain – mówi. Po skończonym obiedzie pomaga zamiatać podłogę. 

To, że polityków, nawet tych wysoko postawionych, można spotkać bez ochrony w pociągu czy kawiarni w centrum miasta, nikogo w Szwajcarii nie dziwi. Berset natomiast wyjątkowo chętnie daje się „przyłapać” w sytuacjach prywatnych. Na przykład, kiedy podczas wizyty w Lichtensteinie, przed uroczystą kolacją w pałacu książęcym, przyszywa sobie guzik w marynarce. Prezydent, co igły i nitki się nie boi. 

web-il50_reportage_berset02.jpg

Berset gotuje zupę dla bezdomnych. Źródło: Schweizer Illustrierte

Lew salonowy 

Właśnie wylądowałem w Nowym Jorku – informuje Berset ponad 7 tys. osób obserwujących go na Instagramie. Prezydent poleciał akurat reprezentować Szwajcarię podczas 73. sesji ONZ. W rozjazdach jest często, bo tego wymaga jego funkcja. W tym roku był już z wizytą m.in. w Bangladeszu (gdzie przyjęto go jak króla), Japonii (skąd wrzucił selfie z zawodnikami sumo), Nairobi, Kenii i Bejrucie. 

Odwiedził też sportowców podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Seulu, a na mundialu w Rosji kibicował reprezentacji w grupowym meczu z Brazylią. Chętnie wizytuje też festiwale filmowe. W maju był w Cannes, a w sierpniu otwierał Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Locarno, gdzie spotkał się też z amerykańską aktorką Meg Ryan, odbierającą w Szwajcarii nagrodę honorową.

Berset lubi bywać i wie, jak się zachować na salonach. W nienagannie skrojonym smokingu witał niemieckiego prezydenta Franka-Waltera Steinmeiera podczas jego wizyty w Szwajcarii. W czasie swojego urzędowania miał już okazję spotkać się z prezydentem USA Donaldem Trumpem i papieżem Franciszkiem. Z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem jest w dobrych relacjach oficjalnych i prywatnych, a na narty jeździ razem z księciem Lichtensteinu. 

Wieczorami grywa na pianinie. Podczas obchodów 125-lecia Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii dał koncert na cztery ręce z koleżanką z rządu Simonettą Sommarugą. 

Berset-zu-Treffen-mit-Trump-Es-war-ein-Gespraech-auf-Augenhoehe_article_full

Z Donalden Trumpem w Davos. Źródło: Keystone

„Afera obrączkowa” 

Berset często podkreśla, jak ważna jest dla niego rodzina (ma trójkę dzieci) i jak wielkie znaczenie dla niego i jego kariery politycznej ma żona Muriel, artystka i znawczyni literatury. 

Jakiś czas temu szukający sensacji tabloid zauważył jednak, że prezydent nie zawsze nosi na palcu małżeński symbol miłości i wierności. – Są dni, kiedy pan Berset obrączkę nosi i takie, kiedy nie – tłumaczyła wtedy lakonicznie szefowa biura komunikacji prezydenta. To chyba jedyny, choć ewidentnie nakręcony przez nudzących się dziennikarzy, obyczajowy incydent związany z Bersetem. Przez mijające właśnie dziewięć miesięcy prezydentury udało mu się uniknąć skandali.

Choć jego sposób bycia wzbudza w Szwajcarach sympatię, nie wszyscy akceptują jego działania polityczne, bo chce np. podwyższać podatki i ciąć pensje najlepiej zarabiającym lekarzom. W zamian zaś proponuje dodatek emerytalny dla kobiet, walkę z rosnącymi premiami ubezpieczycieli i regulację rynku leków. Choć społeczną wrażliwość wyssał z mlekiem matki (też była działaczką polityczną), często brakuje mu odwagi, aby odnieść się do budzących kontrowersje spraw, jak obecność kobiet w parlamencie czy legalizacja marihuany.

Krytycy zarzucają mu skłonność do uników i operowania okrągłymi zdaniami. Być może dlatego nie potrafił przekonać obywateli do swojego wielkiego projektu, jakim jest reforma systemu emerytalnego, co uważa się za jego największą polityczną porażkę. 

SCHWEIZER FILMPREIS QUARZ, VERLEIHUNG, PREISVERLEIHUNG,

Z żoną Muriel Zeender Berset. Źródło: Keystone/Martial Trezzini

Alain Berset za trzy miesiące pożegna się ze swoją funkcją. Zostanie po nim dobre wrażenie i dużo fajnych zdjęć. Fakt, że lubi się „lansować”, ale czy nie na tym właśnie polega rola prezydenta Szwajcarii? Berset jest doskonałym przykładem profesjonalizacji szwajcarskiej polityki. Dobrze wykształcony i oddany służbie publicznej. Do tego przystojny i medialny – regularnie pojawia się rankingach najpiękniejszych i najlepiej ubranych. Potrafi się ładnie wypowiedzieć – swoją mowę inauguracyjną wygłosił w czterech oficjalnych językach kraju. Lepszego prezydenta Szwajcaria nie mogła sobie wymarzyć.

IMG_4731

Źródło: tagesanzeiger.ch


Źródła:

Schweizer Illustrierte

Handelszeitung

NZZ

Tagesanzeiger

Blick

20 Minuten

Albo dzieci, albo kariera – czy Szwajcaria jest prorodzinna?

23-86442094-23-86368763-1486109396

Fot. svz.de

Aby spróbować odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule, muszę zacząć od tego, co rozumiem przez prorodzinność. Prorodzinny jest kraj, który swoim ustawodawstwem i działaniami wspiera rodziców w łączeniu posiadania potomstwa z aktywnością zawodową. Kobieta w kraju prorodzinnym nie musi wybierać: rodzina albo praca, ale korzysta z rozwiązań systemowych, pozwalających jej na spełnianie się w macierzyństwie oraz poza nim. Ma możliwość, jeśli chce, łączenia wielu społecznych ról.

Kraj prorodzinny to taki, w którym politycy swoimi działaniami nie przymuszają do rodzenia dzieci, ale ułatwiają ich posiadanie, kariera nie jest zarezerwowana wyłącznie dla bezdzietnych, a rodzicielstwa i radzenia sobie z jego organizacją (m.in. opieki nad dzieckiem) nie traktuje się, jak prywatnej sprawy samych rodziców. 

Po rozmowach z matkami i ojcami, którzy przybyli tutaj z innych krajów oraz opierając się na własnych obserwacjach, dochodzę do wniosku, że Szwajcaria z prorodzinnością radzi sobie kiepsko. Oto kilka przykładów, dlaczego. 

Krótki urlop macierzyński 

Pracującej kobiecie po urodzeniu dziecka przysługuje w Szwajcarii 14 tygodni płatnego (80 proc.) urlopu macierzyńskiego. Czy to mało? Matki, z którymi rozmawiałam, zgodnie twierdzą, że tak. Tymczasem jest to dokładnie tyle, ile rekomenduje Unia Europejska (do której Szwajcaria nie należy). W Europie znajdziemy kilka krajów, gdzie podstawowy płatny urlop po urodzeniu dziecka trwa jeszcze krócej, np. Portugalia i Hiszpania (6 tyg.), Niemcy (8 tyg.), Belgia (9 tyg.) czy Holandia (10 tyg.). 

W tych krajach jednak matkom przysługuje również prawo do wolnego przed przyjściem na świat potomstwa (np. w Hiszpanii aż 10 tygodni), a kiedy macierzyński się kończy, kobiety często mają możliwość zostania z dzieckiem dłużej (np. wziąć urlop wychowawczy). W Szwajcarii aktywna zawodowo matka, jeśli chce wrócić do pracy, musi zapewnić opiekę swojemu 3,5-miesięcznego maluchowi (urlop można wydłużyć o kolejne dwa tygodnie, ale już bezpłatnie). Wiele kobiet, zwłaszcza karmiących piersią (co w Szwajcarii bardzo się promuje), nie wyobraża sobie rozstania z dzieckiem na tak wczesnym etapie jego rozwoju. Powrót do pracy na cały etat raczej odpada. 

Brak urlopu ojcowskiego 

Szwajcaria lubi być ostatnia we wprowadzaniu równościowych rozwiązań. Kiedyś dotyczyło to praw wyborczych kobiet, dzisiaj urlopów ojcowskich. Walka o te ostatnie toczy się tutaj dopiero od niedawna. Obecnie, w zależności od miejsca pracy i kantonu, pracownikowi, któremu urodziło się dziecko, przysługuje zazwyczaj co najmniej jeden dzień wolny. Ostatnio głośno było o związkach zawodowych w szwajcarskich kolejach SBB, które wywalczyły dla pracowników dwa tygodnie urlopu ojcowskiego. Takich przykładów wciąż jest jednak jak na lekarstwo.  

Ci, którzy dążą do wprowadzenia ustawowego urlopu ojcowskiego, chcą, aby ojcowie mieli prawo do płatnych czterech tygodni po urodzeniu dziecka. Szwajcarscy politycy uważają jednak, że to za dużo, a ich zdaniem szacowane koszty rzędu 420 mln franków nadszarpnęłyby gospodarkę. Dlatego już proponują skrócić nieistniejący jeszcze urlop dla ojców do dwóch tygodni.

Paradoksalnie przeszkodą we wprowadzeniu urlopów ojcowskich mogą się okazać sami mężczyźni. Z badań socjologicznych i komentarzy pojawiających się w dyskusji wynika, że tata-Szwajcar zamiast zmieniać pieluchy, woli robić nadgodziny w biurze. Jeden pan stwierdził nawet, że dziecko jest nudne, dopóki nie skończy trzech lat – dopiero wtedy można z nim np. pograć w piłkę. Szwajcarski model rodziny wciąż jest dość konserwatywny, o czym będę pisać w dalszej części tego tekstu, więc otwarcie się na nowe role nie zawsze przychodzi tutejszym mężczyznom z łatwością. Co nie znaczy, że nie można próbować tego zmienić. 

Droga opieka nad dziećmi 

Temat-rzeka w szwajcarskich dyskusjach o prorodzinności. Słone koszty instytucji opiekuńczych i problemy ze znalezieniem profesjonalnej niani – ile jest w tym prawdy? Obowiązek szkolny w Szwajcarii dotyczy dzieci od 4. roku życia. Wtedy idą one do przedszkola. Matka, która do tego czasu chce być aktywna zawodowo, ma kilka możliwości zapewnienia dziecku opieki w godzinach swojej pracy. Pierwszą z nich jest Kinderkrippe, czyli tutajsze żłobko-przedszkole. Znajdziemy tam dzieciaki zarówno kilkumiesięczne, jak i kilkuletnie. 

Niektórzy szwajcarscy eksperci od wychowania nazywają Krippe parkingiem dla dzieci. Przeważa pogląd, że zanim dziecko skończy dwa lata, posyłanie go do Krippe nie jest dobre. Podobnie, jak zostawianie go tam codziennie od rana do wieczora. Jaki pracodawca będzie czekał na kobietę dwa lata, zanim odchowa ona potomka? Obawiam się, że niewielu. To głównie rozwiązanie dla matek pracujących na część etatu.

Ile kosztuje Krippe? Różnie, w zależności od kantonu i gminy. Sprawdziłam w Winterthur: ceny zaczynają się od 105 CHF za dzień (rodziny o niskich zarobkach mogą starać się o dotacje). Załóżmy, że kobieta pracuje na pół etatu i zarabia 3 tys. CHF miesięcznie. W najtańszym żłobku (3 dni w tygodniu) będzie musiała zostawić niemal połowę swojego wynagrodzenia. Czy w takiej sytuacji opłaca jej się w ogóle pracować? 

Alternatywą dla Krippe jest Tagesmutter, czyli kobieta, która siedzi z własnymi dziećmi w domu i przy okazji zarabia jeszcze na opiece nad cudzymi. Za godzinę takiej usługi liczy sobie średnio 8 CHF, jeśli jest zrzeszona w specjalnej organizacji, prywatnie (w Zurychu) nawet do 15 CHF za godzinę. Dla porównania, niania w tym samym mieście zarabia od 25 do 35 CHF za godzinę. Na koniec, tak popularna w Polsce i innych krajach instytucja babci, to opcja ewentualnie dla Szwajcarów i tych, którzy przyjechali tutaj całymi rodzinami. Większości imigrantów ten komfort nie dotyczy.

Społeczna rola kobiety w Szwajcarii 

W jednym z artykułów (wszystkie źródła poniżej) przeczytałam, że Szwajcaria w ostatnich latach poszła do przodu, jeśli chodzi o prorodzinność, ponieważ  pojawiły się całodzienne szkoły oraz tzw. Mittagstische, gdzie dzieci mogą zostać w porze lunchu. W Szwajcarii to czas, kiedy mali uczniowie przychodzą ze szkoły do domu. Kto musi tam na nich czekać? Zgadnijcie. Tradycyjnie też środowe popołudnia są wolne od szkoły, a dzieci zamiast długich wakacji letnich mają ferie co kilka miesięcy. Kto organizuje im wtedy czas? No właśnie. 

Wszystko w Szwajcarii jest tak zorganizowane, żeby kobieta była przede wszystkim matką, od której oczekuje się, że zakładając rodzinę pożegna się z karierą zawodową. Jeszcze w 1991 roku aż 40 proc. kobiet mających potomstwo nie pracowało wcale. Do dzisiaj ten odsetek znacznie zmalał, ale wciąż wynosi ponad 20 proc. 

Mam też wrażenie, że Szwajcaria jest krajem, gdzie pracy kobiet nie traktuje się poważnie, raczej jak pożyteczne hobby, bo przecież dobrze jest czasem wyjść z domu, poprzebywać z ludźmi, a przy okazji zarobić na kosmetyczkę i fryzjera. Ponad 80 proc. aktywnych zawodowo kobiet pracuje tylko na część etatu. Wśród kobiet bezdzietnych ten odsetek wynosi jedynie 37 procent. 

O kobietach, które wychowują dzieci i próbują pracować na 100 proc. słyszy się bardzo rzadko. Najczęściej podawane są jako przykład wyrodnych matek. Większość prędzej czy później musi zrezygnować. Z pracy. Marzenia o pogodzeniu rodziny i kariery można w Szwajcarii włożyć między bajki. 

Złota klatka

Pewna redaktorka w zuryskiej gazecie przekonywała przewrotnie w swoim felietonie, że szwajcarskie kobiety są wyjątkowymi szczęściarami. Zżymają się na genderową różnicę płac (w Szwajcarii kobiety zarabiają średnio o 600 CHF mniej niż ich koledzy, wykonując tę samą pracę; dyskryminację udowodniono co 10 firmie), a powinny się cieszyć, że stać je (a raczej ich mężów) na zajmowanie się dziećmi w domach, czego wiele kobiet w Europie może im tylko zazdrościć. W dodatku system chroni je na tyle, że w przypadku rozwodu nie zostają z niczym. To raczej mężczyźni idą wtedy z torbami. No i przecież matki mogą pracować na część etatu – szwajcarski rynek pracy jest elastyczny, jak żaden inny. Redaktorka pisze o wolnym wyborze. Mnie na myśl przychodzi raczej złota klatka. 

Mimo wszystko trudno mi jednoznacznie ocenić sytuację tutejszych kobiet. Z jednej strony wiem, że feministki łapią się za głowę. Z drugiej, widzę zadowolone Szwajcarki, które bezstresowo wychowują dzieci i lubią swoją pracę nawet, jeśli traktują ją jak hobby. Toż to ideał work-life balance w praktyce! Szybko jednak zdaję sobie sprawę z tego, że taki system sprzyja tylko jednej grupie kobiet – takim, które na rezygnację z pracy na 100 proc. mogą sobie pozwolić. Co z całą resztą? Co z nami – ekspatkami, migrantkami, pracowniczkami i matkami? Polkami, dla których dwa etaty – w pracy i w domu – to norma? Oddychacie z ulgą w szwajcarskiej klatce?

—————————————————–

Źródła:

http://www.europarl.europa.pl

www.bfs.admin.ch

http://www.stadtwinterthur.ch

www.swissmom.ch

http://www.vaterschaftsurlaub.ch

www.republik.ch

www.familienleben.ch

http://www.nzz.ch (felietony Nicole Althaus)

www.tagesanzeiger.ch