Tęcza nad Szwajcarią, czyli jak znaleźć kompromis na drodze do równości

Zürich Pride Festival 2019 Fot. zuerich.com

Autor tekstu: Tomek Streit

„W przypadku końca świata chciałbym być w Szwajcarii, bo tam wszystko dzieje się trochę później” – powiedział Albert Einstein. Znając Szwajcarów, najpierw chcieliby różne pomysły i wyobrażenia na sprawiedliwą apokalipsę przegadać w komisjach parlamentarnych, a potem założyliby komitety oraz grupy robocze, które wypracowałyby odpowiednią strategię, zadowalającą wszystkie strony. Należałoby znaleźć „złoty środek”, słynny szwajcarski kompromis, tak długo dyskutowany, by mógł przejść przez obie izby parlamentu. A na koniec i tak przy urnach wyborczych musieliby zdecydować obywatele! Przynajmniej raz Einstein się mylił: koniec świata nie nastąpiłby w tym kraju później, on nie miałby tutaj żadnych szans.

O końcu świata Szwajcarzy (przynajmniej jeszcze) nie dyskutują, ale wiele innych, bardziej przyziemnych tematów, jest w tym kraju przedmiotem rozmów od bardzo dawna. Wśród nich temat praw gejów i lesbijek. Ostatnia odsłona debaty trwała tu aż 7 lat. 

Małżeństwo dla wszystkich 

18 grudnia 2020 roku przegłosowano w parlamencie ostateczną wersję ustawy o rozszerzeniu definicji małżeństwa na pary jednopłciowe. Dzięki temu Szwajcaria stała się 29-tym krajem na świecie, w którym możliwe będą małżeństwa par jednopłciowych. Używam czasu przyszłego, bo oczywiście ostatnie słowo mają zawsze obywatele. Ultrakonserwatywna partia EDU/UDF zapowiedziała już w tej sprawie referendum, a to oznacza, że zgodnie z tutejszym prawodawstwem, musi zebrać 50 tysięcy wymaganych podpisów do 12 kwietnia. Jeśli się to uda, głosowanie mogłoby się odbyć jeszcze w tym roku. Geje, lesbijki i przyjaciele mogą jednak spać spokojnie. Ostatnie badania opinii publicznej dają zwolennikom nowego prawa, niewyobrażalne w Polsce, 82% poparcia. Prawdopodobnie pierwsze pary będą mogły stanąć na ślubnym kobiercu już w styczniu 2022 roku. Warto również nadmienić, że Ewangelicko-Reformowany Kościół Szwajcarii (około 25% wiernych) już w 2019 roku wypowiedział się pozytywnie w temacie ślubów jednopłciowych, co znaczy, że osoby wierzące będą mogły również zawrzeć ślub kościelny.

To szczęśliwe zakończenie długiej drogi i, oczywiście, żaden koniec świata dla rodzin czy tradycji, a jedynie dla dyskryminacji i niesprawiedliwości, które spotykały osoby LGBT (lesbijki, gejów, osobi bi- i transseksualne). Wraz z wprowadzeniem małżeństw jednopłciowych w żadnym kraju do tej pory apokalipsa nie nastąpiła. W Szwajcarii „koniec świata” też się nie zapowiada. 

Jeszcze w 2019 roku w europejskim raporcie międzynarodowej organizacji LGBT ILGA-Europe, który prezentuje prawną i społeczną sytuację mniejszości seksualnych, Szwajcaria zajmowała pozycję gdzieś w połowie stawki (23. miejsce). Z pewnością w następnej edycji raportu możemy się spodziewać lepszego wyniku (dla porównania, Polska jest 42. na 49 ocenianych państw). Rok 2020 był dla społeczności LGBT szczególnie pozytywny. W lutowym referendum, większością 63% głosów, przegłosowano wprowadzenie zakazu dyskryminacji ze względu na orientację seksualną do kodeksu karnego (wcześniej karana była wyłącznie dyskryminacja na tle rasowym, etnicznym i religijnym). To bardzo ważny krok w kwestii ochrony gejów, lesbijek i bi (niestety, osoby transseksualne nie zostały uwzględnione) przed mową nienawiści i nawoływaniem do przemocy.

Tęczowa podróż do przeszłości 

Historia tęczowej emancypacji w Szwajcarii zaczyna się dość wcześnie. W 1836 roku Heinrich Hössli z Glarus publikuje dwutomowe dzieło Eros. Męska miłość Greków, w którym broni homoseksualistów i domaga się ich społecznego uzania i akceptacji. Jego postulaty wyprzedzają jednak ówczesne standardy myślenia o seksualności o dziesięciolecia i pozostają bez większego echa. 

Dopiero na początku XX wieku większość kantonów przestaje traktować homoseksualizm jako ciężkie przestępstwo. Do procesów o sodomię dochodziło wtedy rzadko, bo do skazania potrzeba było zeznań świadków (na jakiej podstawie skazywano ich do tej pory, niestety nie wiem; nieznana jest również liczba osób postawionych przed sądem za homoseksualizm). Pełna dekryminalizacja czynów homoseksualnych następuje dopiero w 1942 roku. 

W latach 30-tych wraz z dojściem Hitlera do władzy w Niemczech, Berlin traci swój status tęczowej stolicy Europy na rzecz Zurychu. Schronienia w Szwajcarii szukają prześladowani „odmieńcy”. Powstają pierwsze nieoficjalne kluby, organizacje, inicjatywy, wydawane są gazety, coraz śmielej wysuwane są postulaty równościowe. Homoseksualność staje się kwestią polityczną. Większa widoczność powoduje również reakcję władz. Policja w wielu miastach organizuje regularne naloty na miejsca spotkań i inwigiluje całe środowisko. Prowadzony jest również rejestr gejów, których traktuje się jak kryminalistów, choć nie popełnili żadnych przestępstw. Ujawnienie grozi stygmatyzacją, odrzuceniem, utratą pracy, a nawet wyrzuceniem z mieszkania. 

W 1932 roku z inicjatywy Laury Thoma i Augusta Bambula powstaje Das Freundschaftsbanner, pierwsza gazeta dla osób. Obok tekstów literackich, politycznych apeli i relacji ze spotkań, znajdują się w niej również prywatne anonse i czarnobiałe zdjęcia. Jest to wówczas, obok nieregularnie wydawanego w Czechach magazynu Hlas, jedyna gejowsko-lesbijska gazeta na świecie. Magazyn kilkukrotnie zmieniał nazwę (przez pięć lat wydawany był jako Menschenrecht, czyli po prostu Prawo Człowieka), by w 1943 roku ewoluować za sprawą Karla Meiera w dwujęzyczny i typowo gejowski Der Kreis-Le Cercle (od 1951 roku pisany również po angielsku). Wydawana do 1967 roku gazeta była najbardziej wpływową gejowską publikacją w Europie i Ameryce Północnej. To największy wkład Szwajcarii w historię ruchu LGBT. W 2000 roku Landesmuseum w Zürichu poświęciło magazynowi wystawę, a w 2014 Stefan Haupt nakręcił film W kręgu (Der Kreis). Film zdobył garść międzynarodowych nagród, został wybrany filmem roku w Szwajcarii i był kandydatem do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. 

W latach 70-tych, po wydarzeniach w nowojorskim Stonewall, ruch LGBT nabiera nowej mocy. W Szwajcarii mobilizują się przede wszystkim młodzi i studenci, którzy mają dość życia w ukryciu, udawania i ciągłego strachu przed ujawnieniem. W 1978 roku odbył się w Zurychu pierwszy Christopher Street Day. Nie było to jednak kolorowe święto, które znamy dzisiaj, ale polityczny protest połączony ze zbieraniem podpisów przeciw rejestrowi gejów (trzeba dodać, że z pozytywnym skutkiem). Społeczny klimat zmienia się, akceptacja społeczeństwa wzrasta, tylko jak zwykle, władze nie idą z duchem czasu. 

Zbliżamy się już prawie do końca naszej ekspresowej tęczowej podróży przez dekady. Kilka przystanków musimy ominąć, żeby znaleźć się w latach 90-tych, które okazują się przełomowe dla społeczności LGBT.  W kilku referendach przegłosowane zostają ważne ustawy – zrównanie wieku dozwolonych kontaktów seksualnych dla par homo i hetero, konstytucyjny zakaz dyskryminacji i równouprawnienie w służbie wojskowej. Temat homoseksualizmu przestaje być tematem tabu. W 2001 roku kanton Genewa jako pierwszy wprowadza rejestrowane związki partnerskie, rok później robi to kanton Zurych. W referendum, które odbyło się w czerwcu 2005 roku, 58% Szwajcarów opowiedziało się za wprowadzeniem związków partnerskich na szczeblu federalnych. Dalszą historię już znacie.

Koncert gejowskiego chóru Schwubs z Berna. Fot. schwubs.ch

Czy Szwajcaria jest gay-friendly?

Dziś wydaje się, że poza nieliczną grupką ultrakonserwatystów, temat homoseksualizmu nie rozpala już publicznych debat i protestów jak kiedyś. Bycie gejem czy lesbijką nie stanowi problemu w zrobieniu kariery politycznej czy artystycznej. W poprzedniej kadencji w parlamencie zasiadało aż siedmiu jawnych gejów (ale żadna lesbijka), zarówno z lewej, jak i z prawej strony sceny politycznej. Angelo Barrile, Hans-Peter Portmann, Hans-Ueli Vogt, Bernhard Pulver czy Thomas Fuchs, to tylko kilka nazwisk, które warto znać.

Muzyczną karierę z sukcesami od lat prowadzi Michael von der Heide, a Tiziana Gulino wygrała popularny program muzyczny The Voice. Znany w całym kraju  prezenter telewizyjny i radiowy Sven Epiney, specjalista nie tylko od Eurowizji, w 2019 w rozrywkowym programie na żywo poprosił o rękę swojego wieloletniego partnera Micheala Grabera, trąbiły o tym wszystkie media.

Także w świecie sportu tożsamość seksualna przestaje być tematem tabu. Królują tu przede wszystkim piłkarki z narodowej drużyny: Ramona Bachmann, Alisha Lehmann czy też Lara Dickenmann. Koniecznie trzeba wspomnieć również o Fabienne Peter, pierwszej transkobiecie, która gra profesjonalnie w hokeja w żeńskiej drużynie EHC Basel. Światem sportu wstrząsnął niedawno coming out zapaśnika bardzo tradycyjnych i konserwatywnych zawodów Schwingen Orlika Curdina i koszykarza Marco Lehmanna.

Jest jeszcze cała masa uznanych profeserów, badaczy, lekarzy, przedsiębiorców, którzy nie robią tajemnicy ze swojej homoseksualności, a także celebryci, modele i modelki (świetny przykład to Tamy Glauser), projektanci (Julian Zigerli) czy też influencerzy z Instagrama, którzy mają miliony fanów (taka na przykład Raffaela Zollo prócz rad na temat mody, robi kawał dobrej roboty w objaśnianiu czym jest transeksualizm). 

W Szwajcarii istnieje duża gejowska scena klubowa (przede wszystkim w większych miastach jak Genewa czy Zurych), od lat organizowane są festiwale filmów LGBT (pierwszy w Bernie odbył się w 1995 roku), które przyciągają tysiące widzów. Gay Pride w Zurychu jest wielką atrakcją turystyczną, która bardziej łączy niż dzieli mieszkańców. Od 2009 w największym szwajcarskim mieście rządzi Corine Mauch, pierwsza kobieta i lesbijka na tym stanowisku). Poza Zurychem, co roku w innym mieście, odbywa się druga parada, a właściwie już festiwal, bo świętowanie różnorodności zamienia się tu w kilkudniową imprezę. Jeśli będziecie mieli szansę, koniecznie pójdźcie na koncert gejowskiego chóru Schwubs z Berna albo tęczowego Schmaz z Zurychu. Chłopaki i dziewczyny po prostu wymiatają!

To jednak tylko jedna strona medalu. Trzeba pamiętać, że Szwajcaria to kraj kulturowo bardzo różnorodny i homoseksualizm nie wszędzie jest akceptowany. I nie chodzi tylko o podział na miasto i wieś. W ostatnich latach przemoc wobec gejów i lesbijek znacznie wzrosła. Przemocowe zachowania wobec mniejszości seksualnych zdarzają się i w większych miastach, jeśli znajdziemy się w złym miejscu o złym czasie. Znam kilku gejów, którzy nadal żyją w ukryciu, udają przed rodziną, udają w pracy, boją się wyjść z szafy. 

Na pewno, mimo wywalczenia prawie wszystkich praw, przed społecznością LGBT w Szwajcarii jest jeszcze dużo pracy. Kwestią sporną pozostaje nadal brak możliwości oddawania krwi przez gejów i biseksualnych mężczyzn. Zakaz ten, wprowadzony pod koniec lat 80-tych na fali zakażeń wirusem HIV, nie ma medycznych podstaw i opiera się wyłącznie na stereotypach gejowskiej rozwiązłości. Światowa Organizacja Zdrowia, Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża czy Unia Europejska podkreślają, że orientacja seksualna nie powinna być decydującym kryterium dopuszczającym do oddania krwi. W listopadzie 2017 Rada Kantonów ponownie odrzuciła wniosek o uchylenie tego dyskryminującego przepisu. 

Oficjalne państwowe badanie z lat 2016-2018 pokazuje, że tylko 6,5 procent osób, które przyznają, że doświadczyły dyskryminacji, wymienia jako powód tożsamość seksualną. Osoby mieszkające w Szwajcarii znacznie częściej czują się dyskryminowane ze względu na narodowość, język czy płeć. 

Ale z raportu organizacji Sante Suisse, monitorującej stan zdrowia Szwajcarów, wynika, że ryzyko wystąpienia zaburzeń psychicznych wśród osób homoseksualnych i bi jest 1,5 raza wyższe niż wśród osób heteroseksualnych. Młodzi geje i lesbijki znacznie częściej niż ich heteroseksualni rówieśnicy walczą z depresją i podejmują próby samobójcze.

Między innymi dlatego organizacja ABQ od ponad 20 lat prowadzi w szkołach zajęcia z edukacji seksualnej, w których głównym tematem jest homoseksualizm. Aktywiści spotykają się z dużym zainteresowaniem młodzieży, są chwaleni przez nauczycieli i uczniów. Młodzi Szwajcarzy są o wiele lepiej poinformowani i bardziej tolerancyjni niż ich rodzice, mimo wszystko homofobia i mobbing w szkołach są nadal powszechne. Od czasu do czasu słychać z prawej strony krytykę takich zajęć. Próby zakazania edukacji seksualnej albo wpływu na dyskutowane w szkołach tematy były w przeszłości podejmowane w kilku kantonach. W tym miesiącu konserwatywna radna SVP z Berna, Sabina Geissbühler, z troski o heteroseksualnych chłopców, którzy przez takie wizyty mogą czuć się mocno zdezorientowani, złożyła wniosek o ich zakazanie na terenie całego kantonu. Na szczęście postulat radnej nie ma żadnych szans na powodzenie. Nawet w szeregach jej partii takie oświadczenia nazwano wstecznymi i rodem ze średniowiecza.

Mieszkam w Szwajcarii już prawie 7 lat i jeszcze nigdy nie doświadczyłem otwarcie homofobii. Nie zostałem wyśmiany, zwyzywany, poniżony. Nigdy nie bałem się wziąć mojego partnera za rękę, dać sobie buziaka na ulicy, uściskać się w sklepie. Na nikim nie robi to już wrażenia. Nie miałem też problemów z ujawnieniem się w miejscu pracy, nikt nie zadawał mi pytań, nie unikał mnie, nie posyłał dziwnych spojrzeń. Dla dzieci w szkole nauczyciel gej, koleżanka lesbijka, transpłciowy tata, to żaden problem. Większość gejów, których znam, pewnie powiedziałaby to samo. Przy tym wszystkim wydaje mi się, że sami Szwajcarzy nie do końca zdają sobie sprawę z sytuacji prawnej osób homoseksualnych. Zaskoczeniem dla wielu było, że śluby jeszcze nie są możliwe, że mój partner nie jest moim mężem, choć noszę jego nazwisko. Związek partnerski nie jest również przepustką do ułatwionej procedury zdobycia szwajcarskiego obywatelstwa.

Cieszę się, że wraz z wprowadzeniem małżeństw dla wszystkich ta nierówność zostanie zniesiona i będę mógł złożyć wniosek o mój czerwony paszport. A tęcza nad Alpami to mój ulubiony widok. 

TOMEK STREIT – polonista, nauczyciel, feminista aktywista, wieloletni członek Amnesty International, Kampanii Przeciw Homofobii, współzałożyciel Nieformalnej Grupy Łódź Gender, mieszka w Szwajcarii od 2014 roku.

Szwajcaria w czasach zarazy. Odcinek 2: Świat kurczy się do minimum

swiss2

Tekst: Emilia Sułek* Ilustracja: Quarantine Collages*

W okolicy wylądował statek kosmiczny. Jego ponury cień kładzie się na podalpejskie ulice. Drzwi statku są zamknięte. Kosmici jeszcze nie zeszli na ziemię. Nie wiadomo czego chcą, ale lepiej ich nie prowokować. Mniej więcej taką atmosferę mamy w Kriens. Ludzie chodzą jak na palcach. Jest w nich coś nienaturalnego. 

Tydzień V. Sytuacja jest poważna

Grozę sytuacji czuje się w sklepach. Sobotnie zakupy przypominają sceny z filmu science fiction. Zanim otworzą się główne drzwi musisz odczekać na ulicy. Potem dwa kroki do żółtej linii. Zamaskowana pracownica sklepu klika coś na aparacie, jakby liczyła pasażerów wsiadających na pokład. Kiwa głową, możesz iść dalej. Dalej, czyli do kolejnej linii. Potem następnej i następnej. „Ile może być osób w sklepie”, pytam kontrolerkę ruchu sklepowego. „Teoretycznie 150, ale wszyscy idą na warzywa, więc mieści się mniej.” Faktycznie, między ziemniakami a pomidorem ukrywa się facet z kabelkiem w uchu. Czujnym okiem liczy kupujących. Kiedy zagęszczenie między straganami się rozrzedzi, kolejna osoba może wejść na pokład. 

Nie można szwendać się między półkami czekając na kulinarne olśnienie. Z głośników, z których na wiosnę płyną reklamy ravioli z czosnkiem niedźwiedzim i sosu holandaise, słychać: „Prosimy kupować szybko i przemyślanie. W ten sposób umożliwimy innym skorzystanie z usług sklepu.” Ale nie wszystko jest na sprzedaż: sprzęt AGD, zabawki i kilka innych regałów obwiązanych jest taśmą. „Nie są niezbędne do życia”, informuje ekspedientka. Przed wyjściem kolejka do mycia rąk. „Ciekawe, kiedy moje palce będą świecić jak u E.T.”, myślę wcierając w skórę płyn do dezynfekcji. Butelka z nim króluje przy drzwiach, przywiązana sznurkiem do stolika. W kraju, gdzie sklepy zostawiają na ulicy palety pelargonii i nikt ich w nocy nie kradnie, okazuje się, że jest coś co podważa wiarę w uczciwość obywateli. A może powab płynu do dezynfekcji mocniejszy jest niż morale?

W czasie wojny trzeba sobie radzić. A Szwajcaria jest w stanie wojny z wirusem. To sformułowanie powtarza się w wypowiedziach ekspertów: od medycyny, gospodarki, życia społecznego. Wszyscy podkreślają: takiej sytuacji Szwajcaria nie widziała od lat. Mobilizacja wojska (żołnierze pomagają służbom medycznym) pierwsza w tej skali od drugiej wojny światowej. Kontrole na granicach, kłopoty z aprowizacją. Nawet wiosenny rytuał Sechseläuten w Zurychu, stały punkt w kalendarzu miasta, został odwołany. Pierwszy raz od czasu wojny. Mimo że dla Szwajcarii wojna jest abstrakcją, porównania te mają wielką moc. 

To że ludzie pojęli grozę sytuacji jest zasługą telewizji. Teraz oglądają ją wszyscy, nawet przeciwnicy płacenia abonamentu. Sobotnie wiadomości osiągają szczyt dramatyzmu. Pokazują nagranie ze szpitala w Romandii. Lekarze dzwonią do kobiety, której matka leży – w stanie agonalnym – na ich oddziale. Córka dzielnie przyjmuje tragiczną wiadomość – widzimy jej twarz na ekranie telewizora. Zaraz potem relacja z anonimowego szpitala we Włoszech. Rzędy łóżek. Na łóżkach zaintubowani pacjenci podłączeni do skomplikowanej aparatury. Obok lekarze ubrani jakby usuwali skutki eksplozji w Czarnobylu. Kolejny materiał z Madrytu: kawalkada samochodów wiezie ciała do hali hokeja zamienionej w kostnicę. Komentarz mówi, że na COVID-19 umiera się samotnie. Nawet na pogrzebie nieboszczyk jest sam. 

Po wiadomościach telewizja podaje środek łagodzący szok. Program Zäme dihei czyli „razem w domu”. Różni ludzie, bardziej i mniej znani, na kanapie albo za kuchennym stołem, opowiadają o życiu w samoizolacji. Taki Big Brother, ale w innym stylu. Telewizja straszy, ale i uspokaja. Zakazu wychodzenia nie będzie, ogłasza minister zdrowia. Ale wychodzić nie należy. Kanton Uri zbytnio wysunął się przed szereg, wprowadzając – z czystej troski o mieszkanców – zakaz wychodzenia dla seniorów. Szybko dostał po łapach, bo taki zakaz jest niekonstytucyjny. Mimo stanu pandemii rząd liczy na rozsądek obywateli. To rozsądek i samodyscyplina mają być kluczem do sukcesu.

Kraj podzielony jest jednak w opiniach. W Romandii i Tessynie ludność domaga się radykalnych kroków, włącznie z zakazem wychodzenia z domu. W niemieckojęzycznych kantonach panuje większy relaks. Albo zaufanie do rządu jest tu większe albo fakt, że ofiar jest mniej, sprawia, że ludzie biorą chorobę mniej serio. A ona jest tuż-tuż. Urodziny kolegi. Narzeczony dzwoni z życzeniami. „Nie, nie ma imprezy. Nastroju zresztą też nie”, kolega mówi ponuro. Obydwoje rodzice są pozytywni. Byli na nartach w Gryzonii. Po powrocie zadzwonił znajomy, z którym spędzali ferie. Wykryto u niego wirusa. Następnego dnia matka jest już na intensywnej terapii. 

Tydzień VI. Społeczeństwo się organizuje

Liczba zachorowań skacze o kilkaset przypadków dziennie. Za jakiś czas przestaną podawać te liczby w mediach. Za to jak grzyby po deszczu pojawiają się apele o pomoc. Szpital kantonalny w Lucernie poszukuje wszystkich: od medyków po niewykwalifikowanych wolontariuszy. Zgłaszam się następnego dnia. Ze względu na liczbę zgłoszeń, nie przyjmują więcej ochotników. Miasto Kriens też szuka. Spotkanie informacyjne odbywa się w kościele, tymczasowo zamienionym w punkt dowodzenia. W nawie głównej, rozsadzeni daleko od siebie jak na egzaminie maturalnym, chłoniemy informacje, co wolno a czego nie. Nie podajemy rąk. Nie wchodzimy do mieszkania. Robimy co trzeba: zakupy, wynieść śmieci i surowce wtórne (choćby świat się walił, w tej dziedzinie musi panować porządek), wyjść z psem. Zakupy tylko podstawowe, żadnego preppingu. Gdyby ktoś zażyczył sobie pięć kilo cukru i kopę jaj, mamy meldować do centrali. 

Kilka dni później dostaję pierwsze zlecenie: odebrać leki z przychodni. Tam prawie apokalipsa. Emeryci szturmują recepcję. Kobieta, której dostarczam leki przyznaje, że ma zapas na parę miesięcy. Nie dziwię się, że w aptekach wprowadzono limit na aspirynę i tabletki przeciwbólowe. Kolejne zlecenia to zakupy spożywcze. Listy zakupów są fascynujące. Sałatka makaronowa, parówki, purée ziemniaczane. Widać, że samotny mężczyzna, który gotować nie chce albo nie umie. Dla takich osób gazety publikują teraz „ABC gotowania dla dorosłych.” Inni nasi podopieczni mają bardziej rozbudowane plany. Cztery sznycle, ale nie grubsze niż na centymetr (mają być ucięte przy mnie, na stoisku masarskim, jak zapisane jest w instrukcji), fenkuł, oliwki i rukola, jogurt bez laktozy. Do tego wskazówki, do którego sklepu pójść. Niektórym jest wszystko jedno. Inni zaznaczają, że do delikatesów. Przed mieszkaniem, gdzie deponuję zakupy, znajduję kopertę. W niej podziękowania i 5 franków, żebym miała „na kawę”. Oczywiście, jak otworzą kawiarnie. To prędko nie nastąpi. 

Naród popiera decyzje rządu. Może tylko fakt, że sklepy ogrodnicze są zamknięte trochę denerwuje. No bo siedzisz w domu, jest wiosna, to można by chociaż kwiatki posadzić na balkonie. No ale właśnie nie można. W osiedlowym sklepiku, emeryt w kaszkiecie i swetrze na guziki rozpaczliwie rozgląda się po regale z jarzyną. „Sadzonek szukam”, mówi z mało szwajcarskim akcentem. Żona go wysłała. „Przykro mi, sadzonek nie mamy”. „To może chociaż cebula?” Mężczyzna nie chce wracać z pustymi rękami. „Z tej sklepowej i tak nic panu nie wyrośnie”. Ta pustynia konsumpcyjna jest sucha tylko pozornie. Pod powierzchnią tego co wygląda na przerwę od zakupomanii, bujnie kwitnie podziemie. Kto umie nawigować online, kupi wszystko. Sadzonki i ziemię do kwiatków też. Na naszej ulicy samochód firmy kurierskiej jeździ tam i z powrotem. Poczta wprowadziła już ograniczenia na dostawę paczek. Sortownie pękają w szwach, a listonosze narzekają na bóle krzyża.

Zamknięty fryzjer też irytuje. Warstwa żelu we włosach mężczyzn wyraźnie się zwiększa, a odrosty na głowach kobiet dekamuflują ukrywaną siwiznę. Narzeczony męczy mnie, żebym go ostrzygła. Bronię się jak mogę: „Zobacz, pani Sommaruga też ma fryzurę na Limahla. To hit tej wiosny.” Od początku podejrzliwie obserwuję członków rządu: czy mają prywatnego fryzjera, podczas gdy naród cierpi na permanentny bad hair day? Okazuje się, że w porządnej demokracji ludzie – pod tym względem – naprawdę są równi. 

Obowiązkowe dwa metry dystansu powoli wchodzą w społeczny krwioobieg. Na chodniku sąsiedzi omijają się szerokim łukiem. Nastolatki jedzą lody przed sklepem, na dwóch końcach ławki, jakby się właśnie pokłóciły. Dwóch facetów na murku pije trzecie piwo. Między nimi dwa metry. Nasza comfort zone rozszerza się do niekomfortowych rozmiarów. Jedni uśmiechają się skrępowani, robiąc unik na trawnik. Inni odwracają oczy. Ci co się zamyślą i zapomną o nowym savoir-vivre, usłyszą bolesną uwagę pod swoim adresem. „Proszę się ode mnie odsunąć!” Taka bezpośredniość (bez słynnego koniunktiwu) jest w Szwajcarii czymś niesłychanym.

Przez okno mieszkania słychać serenady: kosiarkę sąsiada i karetkę na sygnale. Czy mi się zdaje, czy tę drugą słychać teraz częściej? Na karetkę zaparkowaną dwa domy dalej wpadam wracając z zakupów. Zimny dreszcz przebiega mi po plecach. W domu narzeczony wita mnie z plastikową butelką w ręce. „Zwinąłem z pracy”, oznajmia rzeczowo. „Zdezynfekuj.” Do kompletu maseczka. Od tej pory na zakupy chodzimy zamaskowani. Bonnie and Clyde epoki COVID-19. 

Tydzień VII. Taki mały kraj

Po pustych ulicach dobrze jeździ się samochodem. Zwłaszcza jeśli od dawna nie siedziało się za kółkiem. Codziennie wymykam się z domu, zrobić kurs po okolicy. Miejskie chodniki są puste, ale tam, gdzie zaczyna się życie prywatne, panuje większy luz. Schowani na opuszczonym placu zabaw młodzieńcy palą marihuanę, a grupa emerytów delektuje się cuvée na pikniku na pobliskiej górce. Życie balkonowo-ogródkowe kwitnie. U sąsiadów grill jest codziennie. Są goście, piwo i kiełbaski. Trudno się dziwić, w sklepach zaczynają się promocje. 

Wielkanoc zbliża się wielkimi krokami. Czas rodzinnych wycieczek i wizyt w kościele. Żeby zniechęcić ludność do spacerów, Lucerna planuje zamknąć główną promenadę. To samo zrobił już Zurych. Miasto Zug wprowadziło patrole konne, które rozganiają spacerowiczów. Nad jeziorem w Lucernie wciąż widać amatorow pięknych widoków. Tu ktoś z psem, tam rodzina z lodami. Na trawniku przed zamkniętym hotelem piętrzy się góra zdemontowanych ławek. Człowiek jak gołąb, lubi usiąść. Żeby go do tego zniechęcić, miasto zarządziło demontaż. Kościoły są otwarte, mszy jednak się nie odprawia. Woda święcona wyparowała. Ze względów bezpieczeństwa, jak czytam na drzwiach jednej świątyni. Proboszcz zachęca do modlitwy za tych, których dotknęła tragedia. I informuje, że pogrzeby odprawia się bezpośrednio na cmentarzu, tylko w gronie najbliższych. Fakt, nekrologi w gazecie opatrzone jest komentarzem: „Pogrzeb w gronie najbliższych. Msza w intencji odbędzie się w terminie późniejszym”. Czyli po zakończeniu stanu wyjątkowego. 

Zapuszczam korzenie w domowym biuro-areszcie i szukam dobrych stron życia w samoizolacji. Pasjami nadrabiam zaległości kulturalne. Moje ulubione radio przestawiło się na szwajcarską muzykę (tę współczesną, nie mam na myśli jodłowania). To w ramach wspierania miejscowych artystów. Całymi dniami puszczają szwajcarskie the best of z kolejnych dekad. W innej sytuacji nie miałabym okazji jej poznać. Szwajcarscy pisarze czytają fragmenty książek online. Kilka szwajcarskich filmów obejrzę w internecie, gdzie teraz są dostępne legalnie i tanio. 

Ucieczka w to, co nam znane, jest wygodnym rozwiązaniem: dodaje siły w czasie kryzysu, ale zawęża horyzont odczuwania. Szwajcarska telewizja informuje głównie o sytuacji w Szwajcarii. Dodatkowo o Włoszech, Hiszpanii i innych „ważnych” sąsiadach. Europa nie-zachodnia w mediach praktycznie nie istnieje. Od wybuchu pandemii w wiadomościach padło kilka słów o Chorwacji, ale to z okazji trzęsienia ziemi. Z Kosowa nadali relację o kryzysie rządu. No i z Węgier, kiedy Viktor Orbán, pod przykrywką pandemii, podarował sobie władzę absolutną. Inne kontynenty też prawie nie istnieją. Zglobalizowany świat skurczył się nam do minimum. 

Tymczasem w sklepach rzucili nowy towar. Szwajcarskie flagi z hasłem w czterech językach: „Razem odpowiedzialnie i solidarnie.” Solidarna wydaje się być nasza sąsiadka, kiedy ogłasza całkiem na poważnie: „Wszyscy powinni się pozarażać. W ten sposób się uodpornią”. „A ci co przy okazji umrą?” Pytam. „Przecież nie umiera aż tyle. Włosi są po prostu gorzej zorganizowani.” Podobną opinię słyszę wielokrotnie. Poza tym „świat jest przeludniony, więc lepiej, jak liczba ludności się zmniejszy.” Włosy stają mi dęba. „A gdyby to o twoich rodziców miałaby się ona zmniejszyć?” W tym samym czasie, w Indiach, tysiące ludzi maszerują pieszo do domu (bo pociągi zjechały na bocznicę) a moje kuzynki w Lubelskiem szyją w domu maski (bo – to nie prima aprilis – w szpitalach ich zabrakło). Czy krótkowzroczność to konieczny efekt uboczny pielęgnacji własnej tożsamości? 

Choroba jakby powoli traciła walor grozy. Być może ludzie uodparniają się psychicznie na wirusa? Zdiagnozowanych jest już 24.000. Tych liczb telewizja już jednak nie podaje. O zdrowiu mówi się już coraz mniej. Więcej o gospodarce i jej ratowaniu. Kolejne branże zgłaszają swoje roszczenia. Fryzjerzy, przedszkolanki, każdy kto może. Nawet kolej chce odszkodowań za straty spowodowane brakiem pasażerów. Z etapu siania przestrachu przeszliśmy na etap radzenia sobie z kryzysem. Rząd obiecuje, że pod koniec kwietnia rozluźni uścisk. Ale warunkiem jest to, by w Wielkanoc zostać w domu. Dla Szwajcarów, którzy w święta masowo ruszają na południe kraju, to brzmi jak asceza. 

Tydzień VIII. Święta, święta i po świętach

Wielkanoc minęła spokojnie. W sklepach kolejki. U sąsiadów grill jak zawsze. W naszym ogródku pierwsze rzodkiewki nieśmiało wypuszczają listki. Zaaferowana wirusem nie zauważyłam, że od kilku tygodni nie padał deszcz. „To straszne. Znowu będzie susza”, zagaduje mnie sąsiad z przepisowych dwóch metrów. Po chwili się miarkuje. „Pewnie uważasz, że my w Szwajcarii nie mamy problemów?” 

Po świętach rząd ogłosił plan wychodzenia z kryzysu. Krok po kroku. Będzie można kupić kwiatki i pójść do fryzjera. 

 


*Emilia Sułek: antropolożka, dziennikarka, menedżerka kultury. Przyjechała do Szwajcarii za pracą, została z miłości. Nie tylko do gór. Specjalistka od Azji Środkowej we wszystkich odmianach. 

*Quarantine Collages – kolaże w czasach zarazy, więcej na: instagram.com/quarantinecollages

Kapitan Corona. Kim jest człowiek, który strzeże Szwajcarii przed wirusem?

6293581292016454

65-letni Daniel Koch od dwunastu lat zarządza departamentem chorób zakaźnych w szwajcarskim ministerstwie zdrowia (BAG). Fot. watson.ch

Kryzys to jego drugie imię. W ciągu ostatniego miesiąca stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy w Szwajcarii. Nieznajomi zatrzymują go na ulicy, dziękując za opanowanie i profesjonalizm w czasach, kiedy najłatwiej jest spanikować. Lekarz z Berna. Od lat odpowiedzialny za departament chorób zakaźnych w szwajcarskim ministerstwie zdrowia, stanął na czele sztabu specjalistów toczących nierówną walkę z koronawirusem. Prywatnie – miłośnik psów i biegacz. Wytrwałość z jaką pokonuje maratony przydaje mu się teraz – na dyżurze 24h. Wkrótce, 13 kwietnia, skończy 65 lat i właściwie mógłby już odpocząć na emeryturze. Ale szwajcarski ekspert od epidemii nie zamierza się poddawać. Kapitan nie może przecież pierwszy opuścić statku. 

Nie ma dnia bez Daniela Kocha. Jego charakterystyczna twarz patrzy na nas z telewizora. Jego głos słychać w radio. Gazety wypełniają coraz to nowe wywiady, w których tłumaczy, informuje, rozwiewa wątpliwości, dementuje plotki. Nie owija w bawełnę, co w Szwajcarii rzadkie. Uspokaja – to nie wojna, ale kiedy trzeba, nie boi się powiedzieć, że sytuacja jest dramatyczna. Potrafi też przyznać, że czegoś nie wie. „Nie mam w uchu mikrofonu, do którego redakcja podpowiada mi aktualne liczby” – odpowiada na powtarzane przez dziennikarzy pytania o bieżącą liczbę osób zakażonych przebywających w szpitalach.

Mówienie po raz setny o tym samym na pewno go męczy, jednak nie traci cierpliwości. Przy czym jego wypowiedzi zaskakują szczerością. Jak wtedy, kiedy przyznał, że nie nadąża już z liczeniem chorych. Przyzwyczajonych do okrągłych formułek płynących z ust rządzących, ta otwartość może szokować. Kiedy początkową reakcją na lawinowo rosnącą liczbę chorych była panika, Koch bez emocji wyjaśniał mechanizmy społeczne, które nie tracą na aktualności w kryzysie. Wielu naciskało, żeby się spieszyć, on twierdził, że lepiej jest poczekać. W wywiadzie udzielonym tabloidowi Blick 15 marca (wówczas w Szwajcarii było ponad 2 tysiące zakażonych, teraz już ponad 7 tysięcy) tłumaczył, dlaczego szwajcarski rząd wstrzymuje się z zamknięciem granic i wprowadzeniem zakazu wychodzenia z domu. 

„Musimy się zastanowić, jakie działania są do zaakceptowania przez obywateli. Zareagujemy za wcześnie, ludzie nie dostosują się do wytycznych, nie widząc sensu ich wdrażania. Aby coś przedsięwziąć, potrzebna jest motywacja. (…) Szwajcarzy akceptują zakazy, tylko wtedy, gdy rozumieją ich sens. Jeśli chodzi o to, jesteśmy inni niż pozostałe kraje: w Szwajcarii należy obywatelom najpierw wytłumaczyć, o co chodzi”

Te słowa krytykowało wówczas wielu (łącznie z piszącą ten tekst), ale wkrótce miało się okazać, że jest w nich dużo zrozumienia dla działania Szwajcarów, którzy z początku sceptycznie reagowali na zamykanie sklepów i apel rządu, aby pozostać w domu. Musiało upłynąć jeszcze trochę wody w Renie i wiele godzin powtarzania, tłumaczenia, odpowiadania na wciąż te same pytania, aby ulice szwajcarskich miast zaczęły się wyludniać.

daniel-koch-coronavirus-bag

Internauci ochrzcili już Kocha „Misterem Corona”. Memy z jego wypowiedziami obiegły internet. Fot. nau.ch

Koch zyskał już w Szwajcarii przydomek „Mister Corona”. Nie raz udowodnił, że przy całej powadze sytuacji, wciąż można zachować dystans. Jego błyskotliwe odpowiedzi na pytania dziennikarzy sprawiły, że stał się nawet gwiazdą internetowych memów. Podczas jednej z konferencji prasowych na prośbę dziennikarza o wyjaśnienie, dlaczego w swoich wypowiedziach tak często posługuje się trybem przypuszczającym (niem. Konjunktiv), odparł, że nie jest ekspertem od języków, żeby tłumaczyć takie rzeczy. Można to obejrzeć TUTAJ.

Kim jest Daniel Koch? Lekarzem z Berna. Skończył medycynę na lokalnej uczelni, a potem zrobił jeszcze magistra ze zdrowia publicznego na Uniwersytecie Johna Hopkinsa w Baltimore (to od nich bierzemy teraz informacje o globalnych statystykach koronawirusa). W szwajcarskim resorcie zdrowia pracuje od 2002 roku. Koronawirus to nie jest jego pierwsza epidemia. Jako człowiek na służbie przeżył już pandemię SARS i tzw. ptasiej grypy. W 2008 roku objął dowodzenie w departamencie chorób zakaźnych. Wcześniej działał w Międzynarodowym Komitecie Czerwonego Krzyża jako koordynator medyczny na obszarach objętych kryzysem. Pracował m.in. w Sierra Leone, Ugandzie i Południowej Afryce. Nie jedno tam widział i niewykluczone, że właśnie doświadczenia z pracy w tych krajach nauczyły go opanowania w trudnych sytuacjach. 

Jego szczupła sylwetka zdradza sportowca. Koch to biegacz-długodystansowiec. Ma na koncie kilka szwajcarskich pełnych i półmaratonów. Krótsze dystanse woli pokonywać w towarzystwie swoich psów – Akiry, Chili i Buntschi – uprawiając canine crossing. W tej dyscyplinie sportu ma spore osiągnięcia – w ubiegłym roku został mistrzem Europy w swojej kategorii na zawodach w Belgii, a dwa lata temu, w Polsce(!), zdobył tytuł wicemistrza świata. Szwajcarski specjalista od epidemii ma w ogóle duże serce dla zwierząt. Działa w stowarzyszeniu Certodog, które zajmuje się m.in. szkoleniami dla hodowców i instruktorów psów.

Daniel Koch wkrótce skończy 65 lat. To wiek, w którym mężczyzna pracujący w Szwajcarii może powiedzieć „danke vielmal” i udać się na zasłużoną emeryturę. Czy Koch zejdzie z posterunku, kiedy – jak sam podkreśla – najgorsze wciąż przed nami? Jeszcze nie zdecydował, choć jego następca już czeka na przejęcie sterów (to Stefan Kuster ze Szpitala Uniwersyteckiego w Zurychu). Z dnia na dzień widać po Kochu, że jest coraz bardziej zmęczony, mimo że twierdzi, że starcza mu czasu na sen i jedzenie. – Ja zawsze byłem taki chudy – uspokaja w swoim stylu wszystkich zmartwionych. Oprócz tego, że codziennie musi udzielać informacji i dawać rady całej Szwajcarii, od niedawna ma też inne – równie odpowiedzialne zadanie. Trzy miesiące temu został dziadkiem. Z wnukiem niestety póki co nie wolno mu się widywać. Zasady w czasach epidemii są święte. W końcu to on sam je ustala.

—————————————————————————————————————————————–

Źródła:

https://www.schweizer-illustrierte.ch/people/daniel-koch-vom-bag-der-marathon-mann

https://www.nau.ch/politik/regional/coronavirus-stefan-kuster-wird-unser-neuer-mr-corona-65675442

https://www.nau.ch/politik/bundeshaus/coronavirus-bag-koch-wird-fur-seine-schlagfertigkeit-gefeiert-65681642

https://de.wikipedia.org/wiki/Daniel_Koch

https://www.blick.ch/news/politik/bag-koch-ueber-das-zoegerliche-vorgehen-des-bundesrats-warum-zu-schnelles-handeln-nichts-bringt-id15797355.html