Mieszkam w Szwajcarii. Jestem szczęściarą!

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. To powiedzenie było moim mottem przez całe dorosłe życie. Nosiło mnie. Odkąd pamiętam. W czasie studiów zmieniałam miasta i uniwersytety. Odkryłam podróżowanie i to, że można inaczej. Nielinearnie, nie po kolei, po swojemu. To dlatego cieszyłam się życiem w Amsterdamie, kiedy inni bronili prac magisterskich i wygrywali pierwsze staże w korporacjach (inna sprawa, kto lepiej na tym wyszedł). Przecież ja mam czas, a jest jeszcze tyle ciekawych miejsc, w których można pomieszkać. Szybko się nudziłam.

A teraz mija mi pięć lat w Szwajcarii. W jednym miejscu. Kiedyś osiągnięcie z gatunku niemożliwych. Nie licząc rodzinnego miasta, Winterthur to póki co jedyny teren, który oznaczyłam jako swój na tak długi czas. Nie myślcie jednak, że niespokojna dusza właśnie tutaj – w najbrzydszym mieście Szwajcarii – znalazła ukojenie. Nic takiego się nie wydarzyło. Każda bliższa czy dalsza podróż otwiera we mnie czakry odpowiadające za nomadyzm. Przecież TU (wstawić miejsce, w którym akurat się znalazłam) jest tak pięknie/ciekawie/inaczej/fascynująco, że natychmiast, od dzisiaj mogłabym TU zamieszkać. Do głowy uderza znajome „rzuć wszystko i zacznij od nowa”, a Google aż furczy od szukania ofert pracy i wolnych mieszkań. Może właśnie to jest moje miejsce na ziemi?

Właśnie wróciłam do Szwajcarii po trzech tygodniach w Azji. I wiecie co? To była pierwsza podróż, z której nie przywiozłam rozdzierającego duszę poczucia, że „tam jest lepiej i co ja właściwie robię w tym nudnym kraju”. Odwrotnie. Już mniej więcej na półmetku pobytu w Malezji złapałam się na niepokojących myślach, które zewnętrzny  obserwator mógłby łatwo pomylić z tęsknotą. „Jak to dobrze, że w Szwajcarii..”, „A w Szwajcarii to..”, „Pierwsza rzecz, jaką zrobię po powrocie do Szwajcarii..”. Zaraz, zaraz.. Czyżbym ja tęskniła? Dajcie mi cuchnący ser, spóźniony o trzy minuty pociąg i jakieś referendum!

Zapytałam raz koleżankę Włoszkę, która od lat mieszka w Szwajcarii, czy po tak długim czasie w ogóle wyobraża sobie powrót? „A po co? Przecież my tutaj jesteśmy uprzywilejowani”. Nie bez powodu te słowa przypomniały mi się właśnie teraz, kiedy szwajcarskie atuty, które wcześniej najwyraźniej bagatelizowałam, zaczęły się sypać jak monety z portfela emerytki. Pozwólcie, że wymienię kilka.

00afa83100967179e90150dac1c679ed

Plakat promujący wystawę „Paradies Schweiz” w zuryskim muzeum. Fot. Museum für Gestaltung.

Powietrze pachnie jak złoto

Nalewam do szklanki wody z kranu i otwieram drzwi na balkon. To jedne z pierwszych czynności, które wykonuję o poranku. Automatycznie, jak coś oczywistego, bez zastanowienia. Z powietrzem jest podobnie jak ze zdrowiem. Zaczynamy doceniać dopiero wtedy, kiedy zabraknie. Po trzech tygodniach wiszącego nad głową smogu, zasłaniającego drapacze chmur i niebo, nawet przesycony zapachem spalin z silników samolotów wdech na lotnisku w Zurychu wydaje się luksusem cenniejszym niż złoto. A szklanka zwykłej kranówki smakuje jak napój bogów.

I love SBB!

Obiecuję, że odtąd już nigdy, przenigdy, nie będę narzekać na spóźniające się pociągi. Trzy minuty, sześć, dwanaście. Take your time, poczekam z przyjemnością. Po Malezji poruszaliśmy się autobusami. Były nowoczesne, wygodne, zazwyczaj czyste i klimatyzowane (wściekle!). Ale pół godziny spóźnienia to standard, o którym nawet nie informowano. Godzina to norma, przyjmowana przez lokalnych bez grymasu. Podróż ma trwać cztery godziny, okazuje się, że trwa siedem. Najdłuższa trasa, jaką pokonaliśmy (ok. 700 kilometrów) zajęła prawie trzynaście. Mam wrażenie, jakbym połowę wakacji spędziła na oglądaniu plantacji palm zza szyb autobusu. Szwajcario, kocham Twój rozmiar i Twoje koleje. To, że w godzinę mogę być w górach, a w trzy przemierzyć cały kraj. Przysięgam inwestować w bilety wszystkie pieniądze jakie mam (w sumie już to robię).

Niech żyje swoboda

Palenia, picia i jedzenia, śmiecenia, żucia gumy, wprowadzania psów, jazdy na rowerze, słuchania muzyki, siadania na trawniku, pływania, śmierdzących owoców, nieprzyzwoitego zachowania.. ZAKAZ goni ZAKAZ. To nie dla mnie. Choć lubię ład i porządek, to wierzę, że przestrzeganie reguł nie wyklucza zaufania do człowieka i pozostawienia swobody wyboru, a wymuszane odgórnie tylko szkodzi. Naiwne? Być może. Ale w Szwajcarii jakoś działa. Mam wrażenie, że ludzie tu jak ognia boją się ograniczeń. W tym roku gorącą dyskusję wywołało wprowadzenie zakazu palenia na dworcach. Żeby przypadkiem nikt nie poczuł, że to zamach na jego wolność, na peronach pojawiły się plakaty komunikujące nowe zasady, które przekonywały, że tak naprawdę to nic się nie zmieni. Palacz będzie mógł kurzyć nadal, tyle, że w wyznaczonych miejscach, a niepalący nie dostanie chmury dymu w twarz w oczekiwaniu na pociąg, jeśli wie, gdzie stanąć. Wilk syty i owca cała. Kwintesencja słynnego szwajcarskiego kompromisu.

Gourmet z Migrosa

Wchodzę do pierwszego lepszego marketu i przebieram w bio warzywach i wegańskich serach. Czekają na mnie ryby certyfikowane przez WWF i mięso, o którego pochodzeniu mogę się dowiedzieć ze szczegółowych informacji na etykiecie. Mogę kupić naturalne wino, czekoladę bez oleju palmowego i sos do sałaty bez konserwantów. Żywność dobrej jakości. Sezonowa, od lokalnych producentów, bezpieczna i smaczna. Nie muszę szukać. Mam ją na wyciągnięcie ręki.

Można? Można!

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak to się dzieje, że w Szwajcarii wszystko działa? Samochody jeżdżą jak po sznurku, poczta dostarcza listy (zazwyczaj) na czas, nie trzeba czekać w kolejkach do lekarza, a urzędnicy nawet jeśli bywają niekompetentni, to przynajmniej starają się pomóc. Macie jakiś pomysł? Socjologiczno-ekonomiczno-historyczno-psychologiczną metateorię na ten temat? Bardzo chętnie posłucham. Wiem jedno. Do tego komfortu bardzo łatwo się przyzwyczaić. Wiadomo, że na wakacjach przymykamy oko na rozgardiasz, biorąc go za lokalny koloryt. Ale po powrocie oddychamy z ulgą. Pewnie dlatego Szwajcarzy tak rzadko emigrują. Bo gdzie byłoby im lepiej?

Franek ma moc, my mamy franka

Ludzie zazwyczaj wracają z wakacji spłukani. Ale nie Szwajcarzy. Oni mają poczucie, że oszczędzili pieniądze. Dlatego podróżują chętnie, często i daleko. Tam, gdzie za cenę tygodniowych zakupów w Coopie mogą mieć luksus, na który pewnie nie byłoby ich stać u siebie. Frank szwajcarski jest jedną z najbardziej mocarnych walut na świecie, co w praktyce oznacza, że osobę zarabiającą w Szwajcarii gdziekolwiek by nie pojechała (może z wyjątkiem Singapuru i Islandii) po prostu stać na więcej. A że weekend w szwajcarskim Zermatt kosztuje mniej więcej tyle, ile tygodniowe wczasy all inclusive w Grecji, to nic tylko jeździć tam, gdzie użytek z franka można zrobić jeśli nie lepszy, to na pewno większy. Na pohybel lokalnemu patriotyzmowi.

Powiem Wam, że człowiek chyba tak już ma, że czasem musi oddalić się na odległość tysięcy kilometrów, żeby docenić to, co ma na co dzień na własnym podwórku. I choć potrzebowałam paru dobrych lat i podróży na drugi koniec świata, aby zacząć bardziej doceniać Szwajcarię, to gdzieś tam głęboko w zwojach mózgowych wierci mi dziurę zalążek pewnej myśli. Choć wielu powie, że jestem szczęściarą, to ja niewdzięczna już się zastanawiam, gdzie by tu się znowu z tego naszego raju ewakuować..

Un witz, ou bien? czyli jakim językiem mówią Szwajcarzy w Romandii 

Autorka: Kasia Schiller, absolwentka filologii francuskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, specjalizuje się w lingwistyce i dydaktyce. Absolwentka Didactique des langues et ingénierie pédagogique numérique na Uniwersytecie Stendhal w Grenoble we Francji. W Szwajcarii francuskiej pracowała w latach 2008-2015. Obecnie pracuje w kantonie Zurych. 

Sprachen_CH_2000_fr

Językowa mapa Szwajcarii. Fot. Wikipedia, Marco Zanoli

Krajobraz językowy Szwajcarii francuskiej (po francusku Suisse romande lub nieoficjalnie Romandie, termin wprowadzony po raz pierwszy w 1723 roku przez historyka Arbrahama Ruchat) fascynuje i jest przedmiotem zainteresowania wielu lingwistów. Badania w 2015 roku na uniwersytetach w Neuchâtel, Genewie i Zurychu wykazały, że Szwajcarzy francuscy są dumni ze swoich regionalizmów i starają się je pielęgnować. Co ciekawe, regionalizmy są częściej przekazywane dzieciom przez ojców niż przez matki, które wolą uczyć dzieci „poprawnej” francuszczyzny. 

Szwajcarski francuski ma wiele ciekawych różnic w słownictwie, gramatyce, a nawet wymowie w porównaniu do francuskiego standardowego. W większości przypadków Francuzi i Szwajcarzy francuscy rozumieją się, w przeciwieństwie do Totos (określenie Szwajcarów z Romandii na swoich sąsiadów z drugiej strony Röstigraben) i Niemców. Ale pamiętajmy, że mówimy tu o regionalizmach. Jest wiele wyrażeń, które spotkamy tylko w kantonie Vaud, których nie usłyszymy w Neuchâtel, nie mówiąc już o kantonie Jura czy dwujęzycznym Valais. 

Jedną z najbardziej ewidentnych różnic między językiem Szwajcarów i Francuzów są liczby. W standardowym francuskim jeśli chcemy powiedzieć 95, mówimy quatre-vingt-quinze czyli dosłownie 4 x 20 + 15. W Szwajcarii 95 będzie po prostu nonante-cinq. Tak samo septante – 70, zamiast soixante-dix (60+10). Taki sam sposób liczenia jest w Belgii. Liczba 80 jest bardziej enigmatyczna. Huitante jest to znowu regionalizm używany głównie w kantonach Vaud, Valais i Fribourg. W Genewie powiemy quatre-vingts, chociaż huitante też jest rozumiane. 

Inną ciekawą różnicą są posiłki. W Szwajcarii, ale też Belgii i Quebecu mówi się déjeuner, dîner, souper na odpowiednio śniadanie, obiad, kolację. Takie samo nazewnictwo obowiązywało w Paryżu aż do początku XIX wieku. Potem z powodu różnych wpływów społecznych, Paryżanie na śniadanie zaczęli mówić petit-déjeuner, na obiad – déjeuner, dîner to kolacja. Pamiętajmy że we Francji są regiony, gdzie nadal używa się takiej samej nomenklatury jak w Szwajcarii. Są to np. niektóre części Alzacji czy Lotaryngi. 

Jest wiele słów, których użyjemy tylko w Romandii np. un cornet (siatka na zakupy w sklepie, po francusku un sac), kołdra to un duvet po szwajcarsku francusku, w standardowym francuskim powiemy une couette. Un linge to po szwajcarsku francusku ręcznik. Po francusku powiemy raczej une serviette, za to un linge to termin ogólny na szmatkę, kawałek materiału. Ścierka to une panosse w Romandie, a we Francji – une serpillère. Service to wyrażenie, które zastępuje po francusku de rien czyli nie ma za co. Les Frouzes to określenie na français frontaliers (Francuzów mieszkających przy granicy). Un natel to szwajcarska mot-valise (kontaminacja) pochodząca od słów national oraz téléphone. Oznacza po francusku un téléphone portable czyli telefon przenośny. 

W Szwajcarii francuskiej często usłyszymy też wyrażenie ou bien?, odpowiednik francuskiego n’est-ce pas? – nieprawdaż? 

expo-helvetismes-mots-suisses-2

Un cornet – plastikowa siatka, ale mówi się tak tylko w Romandii. Fot. Pinterest.ch

W języku francuskim w Szwajcarii znajdziemy też sporo zapożyczeń z niemieckiego. Im bliżej granicy Rösti, tym bardziej widoczne są germanizmy. I tak jeśli chcemy coś zapieczętować, Szwajcar użyje germanizmu stämpfer, Francuz powie tamponner. Szwajcarzy na suszenie włosów użyją zapożyczenia z niemieckiego foehner, podczas gdy Francuzi powiedzą sécher les cheveux. Żart to z niemieckiego un witz. Po francusku powiemy une blague albo une plaisanterie. Kolejnym helwetyzmem jest słowo un bancomat, które we francuskim standardowym brzmi un distributeur des billets. Nettoyer czyli czyścić po francusku to poutzer od niemieckiego putzen. Ciekawe są też kalki językowe składni czy wyrażeń, które są dokładnymi tłumaczeniami z niemieckiego np. tenir les pouces czyli Daumen drücken (trzymać kciuki). Francuz powie croiser les doigts czyli dosłownie krzyżować palce.

Bardzo ciekawie przedstawia się gramatyka szwajcarskiego francuskiego. Pewnych konstrukcji słownych nie spotkamy we francuskim. Częściej są one używane przez osoby starsze, które powiedzą np. je n’ai personne vu zamiast je n’ai vu personne (nikogo nie widziałem/am). Dla Francuzów niepoprawne gramatycznie jest wyrażenie szwajcarskie à l’emporter zamiast à emporter, co znaczy dosłownie na wynos. Tłumaczy się to uproszczeniem fonetycznym. Widząc dwie samogłoski obok siebie, Szwajcarzy łączą je z l na początku. Jest też słynny regionalizm il veut pleuvoir zamiast il va pleuvoir, które personifikuje deszcz i znaczy dosłownie chce padać zamiast będzie padać. Powróćmy do je n’ai personne vu. Wiele badaczy językowych twierdziło, że jest to kalka z germanizmu ich habe niemanden gesehen. Ale badania z 2015 roku wykazały, że pochodzi z patois romand, czyli dialektów francuskojęzycznej Szwajcarii. To tłumaczyłoby częstsze użycie przez ludzi starszych.

Etymologia słowa patois pochodzi z 1285 roku i oznacza dosłownie język niezrozumiały, ordynarny. Najpierw pisany jako patoi, ma pochodzenie odczasownikowe z patoier, czyli gestykulować. Pierwotne znaczenie było więc związane z porozumiewaniem się za pomocą rąk, później z ordynarnym, niegrzecznym zachowaniem. 

Sam termin patois jest używany we Francji, Belgii, Włoszech i Szwajcarii na określenie języków mniejszościowych lub dialektów. Wielu lingwistów francuskich używa bardziej precyzyjnych sformułowań np. valaisan na określenie patois w Valais albo jurassien (dialekt z kantonu Jura), ponieważ patois może mieć wydźwięk pejoratywny. Patois romand to zespół języków lokalnych, które były używane w Szwajcarii francuskiej. Językami patois romand mówi się nadal w części Valais, Fribourg i w Jura, ale nie na co dzień. Co ciekawe, wszystkie oprócz jurassien, mowy najmłodszego szwajcarskiego kantonu Jura, pochodzą z języka frankoprowansalskiego. 

Języki patois romand narażone były od dawna na wyginięcie i są głównie używane przez osoby starsze. Powodem zaniku dialektów w Romandii w porównaniu z dialektami w części niemieckiej jest wielki wpływ i dominacja Francji pomiędzy XVII i XIX wiekiem. W XVII wieku najbogatsze rodziny berneńskie mówiły mieszanką dialektu berneńskiego i języka francuskiego, a Fribourg tylko po francusku. W czasie reformacji, a potem Rewolucji Francuskiej stopniowo zanikał frankoprowansalski, który zaczął być używany tylko przez niektóre rodziny katolickie i wiejskie. Już w XIX wieku pedagodzy francuscy zalecali rodzicom naukę francuskiego jako pierwszego języka, żeby ułatwić edukację dzieci w szkołach, a pod koniec XIX wieku dialekty były zabronione pod groźbą kary. 

Od kilkunastu lat dialekty patois romand cieszą się większą popularnością, dzięki coraz większej promocji wśród organizacji, które chcą zapobiec ich wyginięciu. Szwajcarzy francuscy bardzo dumnymi że swoich dialektów i regionalizmów, dlatego dbają o to, żeby chociaż język pisany był dobrze udokumentowany. Ale nie tylko pisany język ma się coraz lepiej. W Radio Fribourg (w języku patois Radyô Friboua) od ponad 30 lat działa audycja radiowa prowadzona całkowicie w dialekcie fryburskim o nazwie Intrè-no. Ma ona ponad 10 000 słuchaczy, w tym również dzieci. 

Oglądałam wywiad z młodym mieszkańcem Fryburga Maximem Pittet, który opowiadał, że język usłyszał u dziadków. Najpierw uczył się go poprzez piosenki i wyliczanki dziecięce, a potem wziął go sobie jako przedmiot w szkole w Bulle. Niestety jest mało młodych Szwajcarów, z którymi może porozmawiać w tym dialekcie. Maxime mówi, że działa to na niego motywująco, chce bardziej popularyzować ten język i uczestniczy w audycji Intrè-no. Co ciekawe według Maxime’a język francuski brzmi o wiele bardziej prosto i wiejsko niż patois. Podoba mu się też bardziej fonetyka patois. 

Arpitan_en_Suisse

Dialekty frankoprowansalskie. Fot. Wikimedia Commons

Dialekty Szwajcarii francuskiej, jeśli nie w mowie, to na pewno przetrwają w piśmie. W 1899 roku wybitny lingwista Louis Gauchat stworzył instytucję o nazwie Glossaire des Patois de la Suisse Romande (GPSR), która miała na celu studiowanie i dokumentację języka patois romand. Badacze kontynuujący jego dzieło do tej pory zgromadzili około 3 000 000 fiszek z wyrażeniami patois romand. Uniwersytet w Neuchâtel postanowił pójść z duchem postępu i od 2018 zaczął dygitalizować zgromadzony materiał. Jest on dostępny za darmo na stronie http://gaspar.unine.ch/ Dokładna analiza i dokumentowanie GPSR jest prowadzona obecnie przez 8 redaktorów, którzy w 2016 roku ukończyli literę g. Obliczono, że żeby skończyć cały słownik do litery z, trzeba poczekać do roku 2062.

W Szwajcarii francuskiej jest region, w którym patois używane jest na co dzień w szkołach. Gmina Evolène w kantonie Valais to ostatnie miejsce, w którym dzieci mówią w patois. Według badań z 2000 roku, 55% mieszkańców Evolène mówiło dialektem frankoprowansalskim w domu lub w pracy. Jeszcze w 1970 roku, patois évolénard był pierwszym językiem uczonym w domu, francuskiego uczono dopiero w szkole. W 1995 roku 11 z 29 dzieci zaczynających edukację szkolną mówiło patois jako językiem ojczystym. Jednym z powodów ocalenia patois w tym regionie jest fakt, że zamieszkała część regionu jest usytuowana na wysokości 1200 – 2000 m. 

Oglądałam wywiady z dziećmi, które zdecydowały się na naukę tego języka w szkole. Zapytanie o motywację, mówiły, że chciały „poznać język używany przez ich dziadków”, „wyrazić szacunek dla starszych mieszkanców”. Kolejny niesamowity przykład jak nawet najmłodsi są przywiązani do swojej lokalnej kultury. 

Patois romand przeżywa odrodzenie i nadzieja w młodych Szwajcarach, że wysiłki lingwistów nie pójdą na marne.

Oto kilka przykładów patois évolénard wraz z tłumaczeniem na francuski.

bonzò – bonjour

ajyoú – adieu

Adì, koumènn tè va tù ?-Salut, comment vas-tu ?

ì y’è tù, stu fèmèla ? stu màta ? – Qui est cette femme ? cette fille ?

Ché yó. – C’est moi.

ééthre – être 

(yò) ché(tt) – je suis 

t’ é(th) – tu es 

(y’)/l’ è(th) – il/elle est 

(nò) chèïng – nous sommes 

(voj) ééthe – vous êtes 

(yu)/lè chònn – ils/elles sont


 

Źródła: 

Federica Diémoz, Mathieu AVANZI, Le « Corpus oral de français de Suisse romande » (OFROM) et les variétés du français en Suisse, 2012 

André Thibault, Dictionnaire suisse romand : Particularités lexicales du français contemporain, 2014

Interview radio Parlez-vous suisse romand ?, RTN, 2015   

Définition selon CNRTL, un ensemble de ressources linguistiques informatisées 

François Grin, Compétences et récompenses – La valeur des langues en Suisse, Éditions universitaires Fribourg, Suisse, 1999

Interview télévision Panorama des patois de Suisse Romande, RTS, 2016 

Site officiel de l’Université de Neuchâtel sur GPSR 

Marinette MATTHEY, Quand ça a besoin de place, ça pousse. Dans Discours familial intergénérationnel sur la (non-)transmission du patois d’Évolène, Université de Grenoble, 2012

Manuel MEUNE, Parler patois ou de patois ? Locuteurs gruériens et néo locuteurs vaudois : le discours sur le francoprovençal dans les associations de patoisants, Université de Montréal, 2012

Windą na Matterhorn, czyli gdzie są granice szwajcarskiej turystyki

st0005807_la-chaux-de-fonds_sommer_36518

La Chaux de Fonds z lotu ptaka. Fot. myswitzerland.com

Majówka 2019. Jadę na drugą stronę Röstigraben, czyli do francuskojęzycznej Szwajcarii. Najpierw Neuchatel/Neuenburg – błękitne jezioro, ośnieżone szczyty Alp (ledwo widoczne, ale wiem, że tam są), kamienice z piaskowca, brukowane uliczki, zamek. Potem Yverdon les Bains z campingowym, urlopowym klimatem, takim, że aż chce się zanucić „Chałupy welcome to”. Ładnie, jak to w Szwajcarii. Z tą różnicą, że na cüpli, czyli kieliszek prosecco mówi się tu flute i wszyscy udają, że nie znają słowa po niemiecku, choć uczyli się tego języka w szkole (wybaczam, też się uczyłam francuskiego, z marnym skutkiem).

Kiedy po pół godziny jazdy pociągiem z pocztówkowego Neuchatel wysiadłam na dworcu w La Chaux de Fonds poczułam się trochę, jakbym z Melediwów trafiła do Wejherowa. Niezrażona estetyką terenów okołodworcowych, ruszyłam w miasto, w którym urodzili się Le Corbusier i Louis Chevrolet (i jeden i drugi opuścił Szwajcarię), a w 2009 roku dostąpiło zaszczytu wpisania na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Wspinając się po stromych ulicach (miasto leży na 1000 m npm w górach Jury), których układ przypomina nowojorski Manhattan w miniaturze, powoli odkrywałam Szwajcarię, jakiej jeszcze nie miałam okazji oglądać. Zamiast ozdobnych kamienic z kolorowymi okiennicami, proste, kilkupiętrowe budynki, przytulone do siebie tak, jakby ktoś chciał wygrać konkurs na upchnięcie jak największej liczby domów na jednej przecznicy. Wąskie, przecinające się pod kątem prostym ulice, które nie zostawiają miejsca na przestronne place. Z góry widok na blokowiska, betonowe mosty, cegłę, kominy i szklane plomby. Miasto-fabryka. Symbol minionej epoki przemysłowej.

La Chaux de Fonds odbudowano w duchu urbanistycznego pragmatyzmu po pożarze w 1794 roku. Przestrzeń miejską zaaranżowano tak, aby pasowała do intensywnie rozwijającej się tu produkcji zegarków (ten region Szwajcarii jest nazywany Watch Valley). Najważniejszy stał się przemysł i robotnik. Miało być funkcjonalnie, bez wydziwionych architektonicznych form i zbędnych dekoracji. Dzisiaj to położone kilka kilometrów od granicy z Francją miasto, z bezrobociem znacznie przekraczającym szwajcarską średnią i wysokim odsetkiem imigrantów, wydaje się być miejscem zapomnianym, do którego nie docierają spragnieni instagramowych kadrów turyści.

Fakt, trudno tutaj o malownicze tło do selfie. W dzień wolny od pracy całe życie miejskie zdawało się koncentrować wokół przydworcowego macdonalda. Obiecująca wiele swoją nazwą Promenda Le Corbusiera okazała się być wyłożoną betonowymi płytami aleją przy torach kolejowych, z obskurnymi garażami po jednej i nowoczesnymi klockowatymi apartamentami po drugiej stronie. La Chaux de Fonds to chyba jedno z tych miejsc, które odwiedza się raz i już tu nie wraca. Które nawet w słoneczny, majówkowy wieczór, nie przyciąga turystów.

A takich miejsc w Szwajcarii nie ma zbyt wiele. Gospodarka zarabia na turystach prawie 50 miliardów franków rocznie. W samych tylko hotelach i innych miejscach noclegowych zwiedzający zostawili w 2018, rekordowym roku, ponad 38 miliardów franków. Turystyka jest jedną z najważniejszych helweckich branż eksportowych, generując roczne obroty porównywalne ze sprzedażą zegarków za granicę. To ogromny biznes, który skutkuje coraz bardziej uciążliwym dla mieszkańców przeludnieniem oraz podziałem kraju na miejsca „turystyczne” i takie, które dopiero się nimi staną.

Samą Lucernę, uwielbianą przez zagranicznych turystów, odwiedza rocznie ponad dziewięć milionów osób. Na każdego mieszkańca przypada tu 116 zwiedzających, więcej niż w przesyconej turystami Wenecji. Najwięcej emocji wzbudzają przybywające do Lucerny na zaproszenie międzynarodowych firm grupy pracowników z Azji. W przyszłym tygodniu miasto odwiedzi rekordowo liczna grupa 12 tysięcy sprzedawców kosmetyków z Chin. Władze zapewniają, że mają wszystko pod kontrolą. Choć Szwajcarzy narzekają na zastawione autokarami centrum miasta, wylewające się na ulice tłumy i podbijanie cen, to wiedzą, że turyści równa się kasa. Szacuje się, że sama tylko wspomniana wizyta z Chin da regionowi zastrzyk gotówki w wysokości 4 milionów franków.

Lucerna i okolice stały się ofiarą swojego turystycznego sukcesu. Podobny los spotkał m.in. słynną górską restaurację Äescher-Wildkirchli, przyklejoną do skał Ebenalp na wysokości 1640 m npm. Dawniej było to miejsce, do którego docierali głównie lokalni mieszkańcy i szukający schronienia miłośnicy alpejskich wędrówek. Do czasu, kiedy w 2014 roku pojawiło się na okładce National Geographic jako turystyczny „kierunek życia”. Miejsce ze 170-letnią tradycją nie wytrzymało nalotu turystów uzbrojonych w smartfony. Dotychczasowi zarządzający restauracją, przytłoczeni ogromem chcących skorzystać z ich gościny osób, zrezygnowali z jej prowadzenia. Dopiero w miniony weekend Äescher otworzyła swoje podwoje pod nowym kierownictwem.

W wielu miejscach Szwajcarii sezon turystyczny trwa właściwie przez cały rok. Zimą przyjeżdża się na narty i świąteczne jarmarki, latem – na górskie wędrówki, wycieczki słynnymi trasami kolejowymi, zwiedzanie miast. Oprócz tego są gondole-kabriolety, wagoniki z przeszkloną podłogą, wykładane kryształkami Swarovskiego, kolejki, którymi da się wjechać na niedostępne dla przeciętnego turysty szczyty Alp. Nie chodzisz po górach? Nie ma problemu – my cię na nie wwieziemy, choćbyś miał tam brodzić w śniegu w samych klapkach. Byle wyżej, dalej, drożej.

Uruchomiona w ubiegłym roku kolejka linowa Matterhorn Glacier Ride pozwala każdemu, kogo na to stać, wjechać na wysokość ponad 3800 metrów npm. To najwyższy dostępny dla masowej turystyki punkt w Europie. Co będzie następne? Winda na Matterhorn? Całym sercem jestem za swobodą podróżowania i korzystania z dobrodziejstw techniki. Sama często jestem turystką w Szwajcarii i poza nią. Alpejskie szczyty wolę jednak oglądać z dołu, a te, na które nie mogę wejść, zwykle zostawiam w spokoju.

Aby zachować dystans do ekspansywnej szwajcarskiej turystyki, dobrze jest czasem pojechać w miejsca, o których nie pisze się na pierwszych stronach przewodników. Zamiast szukać punktów widokowych i panoram, posłuchać historii i odkryć, że Szwajcaria ma różne oblicza. Nawet, jeśli nigdy nie wrócę do La Chaux de Fonds, to pozostanie ono jednym z moich tutejszych zaskoczeń. Jestem pewna, że nie ostatnim.

Ach, ten romansz!

Autorka (gościnnie): Karolina Duszka, absolwentka filologii szwedzkiej w Poznaniu, kolekcjonerka literatury dla dzieci. Prowadzi bloga https://writingsoul.pl/. Od 2015 roku mieszka w Zurychu.

fullsizeoutput_1348

Napisy w języku retoromańskim na ścianach engadyńskich domów. Fot. Karolina Duszka

Pamiętam lato minionego roku, kiedy udało mi się dotrzeć do Guardy – małej, liczącej ponad sto mieszkańców wioski, położonej w Dolnej Engadynie, w Gryzonii. Siedziałam nieopodal przystanku autobusowego i obserwowałam miejscowych, nie mając żadnych wątpliwości, że doświadczam czegoś niecodziennego. To właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałam „na własne uszy” język retoromański.

Gryzonia to największy i najbardziej dziki kanton Szwajcarii, graniczący z Włochami, Austrią i Liechtensteinem. Jak w całym kraju, tak i tu wielojęzyczność nikogo nie dziwi: przeciętny mieszkaniec kantonu zna język niemiecki oraz dialekt szwajcarski, do tego jeszcze z pewnością włoski i angielski, być może nawet francuski. Część mieszkańców komunikuje się również w języku retoromańskim, zwanym potocznie językiem romansz. 

W 1938 roku, w wyniku referendum, romansz stał się czwartym oficjalnym językiem Helwetów. Ponieważ na przestrzeni wieków dominował on wśród ludności zamieszkującej południowo-wschodnią część Szwajcarii, uznano możliwość komunikacji w tym języku na poziomie federalnym. Szwajcarzy, wprowadzając romansz jako czwarty język urzędowy kraju, pokazali również siłę jednoczenia się wobec nacjonalistycznych wpływów z Niemiec i Włoch u progu drugiej wojny światowej. 

Romansz zalicza się do grupy języków romańskich i najprawdopodobniej jest pozostałością mowy, którą posługiwali się Retowie – ludy zasiedlające przez kilka stuleci przed naszą erą tereny dzisiejszej Gryzonii. Ze względu na spore odległości, które dzieliły od siebie wioski, w dolinach kantonu wykształciło się pięć odmian tego języka, zwanych idiomami: sursilvan, sutsilvan, surmiran, puter i vallader. Każdy z nich na przestrzeni wieków wykształcił również swój własny język pisany. Dodatkowo w pojedynczych wioskach można doszukać się charakterystycznych dialektów.

Ze względu na silnie zróżnicowaną sytuację językową w Gryzonii, w 1982 roku szwajcarski językoznawca Heinrich Schmid stworzył sztuczny język, tak zwany Romansch Grischun, bazujący na trzech najpopularniejszych idiomach: sursilvan, surmiran i vallader. Język ten jest dziś szczególnie widoczny w mediach. Dialekty zachowały się przede wszystkim w literaturze i w kościelnych nabożeństwach. Romansch Grischun został również wprowadzony do szkół jako język nauczania, jednak fakt ten przez wiele lat wzbudzał wiele kontrowersji. W ostateczności część gmin zdecydowało się zachować możliwość udzielania lekcji w jednym z rodzimych idiomów.

Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że romansz jest językiem pełnym paradoksów. Jako czwarty oficjalny język Szwajcarii, w liczbie ludności posługującej się nim plasuje się daleko za językami imigrantów: serbskim, albańskim, hiszpańskim, czy portugalskim. Według danych z 2010 roku jedynie 36 tysięcy ludności podało romansz za swój pierwszy język. Mimo, że jest on jednym z trzech urzędowych języków Gryzonii (obok niemieckiego i włoskiego), to jednak ze świecą można szukać mieszkańca tego kantonu, który komunikowałby się wyłącznie w romansz. A jakby tego było mało, mamy jeszcze przecież Romansch Grischun – sztuczną wersję języka, coś à la gryzońskie esperanto, które mieszkańcy lokalnych wiosek i tak mają w nosie, mówiąc między sobą w rodzimych dialektach.

Choć posługuje się nim jedynie niewielki odsetek ludności, nic nie wskazuje na to, żeby romansz miał zostać zepchnięty z piedestału języka urzędowego Szwajcarii. Wręcz przeciwnie, Helweci poprzez edukację, media i różne organizacje starają się pielęgnować zagrożony wymarciem język. Jedną z głównych instytucji promujących romansz jest Lia Rumantscha, która oferuje kursy językowe w ramach każdego z pięciu idiomów.  

A ja? Mimo, że w międzyczasie zafascynowana językiem, odwiedziłam redakcję lokalnej gazety w miejscowości Scuol i przeprowadziłam ciekawą rozmowę z jedną z dziennikarek piszących w romansz, to jednak nigdy nie zapomnę tego „pierwszego razu” – tam wysoko w Guardzie, małej engandyńskiej wiosce, kiedy po raz pierwszy, zupełnie przypadkowo usłyszałam ten zachomikowany w górzystych wioskach język, w jego czystej, ludzkiej postaci. 

Słowniczek romansz (idiom sursilvan)

Allegra – Dzień dobry
Adia – Do widzenia
Buna notg, dorma bein – Dobranoc, śpij dobrze
Co vai? – So słychać?
Dai a mi! – Daj mi!
Engraziel – Dziękuję
Has capiu mei? – Zrozumiałeś mnie?
Jeu carezel tei – Kocham cię
Tschetschapuorla – Odkurzacz
Tschuntschientschuncontatschun tschancs tschufs – 555 brudnych baranów 

Tajemnica dworcowego zegara

Waży średnio 30 kg i wisi na każdym z ponad 600 dworców kolejowych w kraju. Jest tak słynny, że jako dzieło sztuki wystawiono go nawet w nowojorskim muzeum sztuki nowoczesnej. Mowa o kultowym zegarze szwajcarskich kolei SBB.

Idealnie okrągły, czarno-biały, z kreskami zamiast cyfr. Minimalistyczny. Wyróżnia go charakterystyczny czerwony sekundnik, który nigdy nie odmierza pełnej minuty.

sbb-uhr

Fot. SBB

Historia zegara sięga lat 40. XX wieku, kiedy to Hans Hilfiker, inżynier elektryk, pracownik szwajcarskich kolei otrzymał zadanie ujednolicenia systemu odmierzania czasu na dworcach i zaprojektował zegar, który miał się stać symbolem SBB i szwajcarskiej punktualności. Inspiracją dla czasomierza był ponoć dysk sygnalizujący odjazd pociągu, używany przez maszynistów. Czerwona wskazówka sekundnika została dodana dopiero w 1955 roku.

Licencję na produkcję dworcowych zegarów według projektu Hilfikera otrzymała firma Moser-Baer, która produkuje je do dzisiaj. Siedziba firmy znajduje się w niewielkiej miejscowości Sumiswald w dolinie Emmental. Stamtąd gotowe zegary trafiają na setki dworców w całym kraju. W zależności od wielkości ważą od 20 do 50 kg, a każdy składa się z 15 części. Jak powstaje najsłynniejszy zegar w Szwajcarii, zobaczycie na filmiku.

W połowie ubiegłego stulecia największym wyzwaniem dla kolei była synchronizacja wszystkich zegarów odmierzających czas na dworcach. W tym celu stworzono tzw. master clock, czyli zegar główny, który znajdował się w Zurychu i co minutę nadawał sygnał do wszystkich urządzeń w kraju, zapewniając punktualny i bezpieczny ruch pociągów. Aby przy ówczesnej technologii było to możliwe, czerwona wskazówka sekundnika każdego z dworcowych zegarów musiała „zatrzymać się” na godzinie 12, ucinając nieco z każdej minuty po to, aby przyjąć sygnał z centrali. Następnie czarna wskazówka minutnika przeskakiwała z charakterystycznym dźwiękiem na kolejną kreskę zegarowej tarczy.

Dzisiaj taki mechanizm oczywiście nie jest już potrzebny, ale dla zachowania tradycji, Szwajcarzy wciąż „oszukują czas”, a dworcowe zegary odmierzają minutę w 58 i pół sekundy, sprawiając wrażenie, jakby na chwilę czas stanął w miejscu.

Zegar SBB z charakterystycznym wyglądem stał się wzorem dla dworcowych czasomierzy w całej Europie, symbolem szwajcarskiej punktualności, klasykiem współczesnego wzornictwa i kurą znoszącą złote jajka.

THEM, UHR, BAHNHOFHALLE, REISENDE, TREFFPUNKT, UHREN

Miejsce spotkań pod zegarem na dworcu głównym w Zurychu. Fot. tageswoche.ch

Jako przykład szwajcarskiej sztuki użytkowej wystawiono go m.in. w Muzeum Designu w Londynie i w MoMA w Nowym Jorku. Za licencję na używanie tarczy zegara na swoich telefonach i tabletach firma Apple zapłaciła SBB 20 mln franków, a zuryski producent zegarków Mondaine sprzedaje replikę kultowego dworcowego czasomierza w wersji mini na rękę i większej do powieszenia na ścianie. Niektóre modele odtwarzają nawet tradycyjny mechanizm „stop2go” z zatrzymującą się wskazówką. Cena: od 170 CHF wzwyż. Ciekawostka: z zegarkiem SBB na ręce, wejdziemy za darmo do londyńskiego Muzeum Designu.

Dzisiaj dworcowy zegar jest elementem narodowej tożsamości i flagowym towarem eksportowym Szwajcarii. W 2003 roku znalazł się wśród stu zegarów podarowanych miastu St. Petersburg na 300. urodziny. Zegar otrzymała od Szwajcarii również Norwegia jako prezent z okazji stulecia niepodległości.

Gdybyście mieli ochotę zobaczyć największy dworcowy zegar na świecie, wystarczy, że odwiedzicie stację kolejową Bern Wankdorf. To tam, przed główną siedzibą SBB, podziwiać można tarczę zegara o średnicy siedmiu metrów. Atrakcja kosztowała szwajcarskie koleje, bagatela, 700 tysięcy franków.

1969121_pic_970x641

Największy zegar dworcowy na świecie. Fot. bernerzeitung.ch


Źródła:

https://news.sbb.ch/artikel/82722/der-zeit-voraus

https://tageswoche.ch/allgemein/kultwerk-51-sbb-bahnhofsuhr/

https://www.eda.admin.ch/aboutswitzerland/de/home/dossiers/einleitung—schweizer-uhren/spezielle-uhren–schweizer-bahnhofsuhr.html

https://www.20min.ch/finance/news/story/Diese-SBB-Uhr-kostet-700-000-Franken-13517487

https://ch.mondaine.com