Wózeczkowcy. Szwajcaria bez auta

180991.autofrei

25 listopada 1973 roku, z powodu niedoborów benzyny, ogłoszono niedzielę bez auta w całej Szwajcarii. Fot. Keystone

Dojrzewaliśmy do tej decyzji długo. Poprzedziliśmy ją skrupulatnymi wyliczeniami, rachunkiem plusów i minusów, przeglądem opcji, przyzwyczajaniem się do myśli o alternatywie. Po drodze pojawiło się sporo wątpliwości: bo jak to tak? Przecież wszyscy je mają. Odezwali się znajomi: toż to wolność, niezależność i mobilność. Rodzina: a co zrobicie, jak coś się stanie i trzeba będzie szybko wsiąść i jechać?

W końcu stało się. Od 19 stycznia 2018 nie mamy samochodu.

Wyliczyliśmy sobie, że koszt posiadania auta to w naszym przypadku prawie 800 franków miesięcznie (rata leasingu, opłata za miejsce parkingowe, ubezpieczenie, serwis, benzyna). Dużo, niedużo? Zależy. Można to wydać np. na ubezpieczenie zdrowotne, bo tyle mniej więcej wynosi miesięczny koszt pakietu obowiązkowego i dodatkowego dla dwóch dorosłych osób. Można gdzieś pojechać. Albo po prostu odłożyć.

Minęły ponad dwa tygodnie, a my wciąż żyjemy. Fakt, auto to wygoda. – Widziałeś, dzisiaj mają wyprzedaż win w Wädenswil. Skoczymy? – Hmm, nie skoczymy.

Nagle trzeba więcej myśleć, planować każdy wypad na zakupy, żyć zgodnie z rozkładem jazdy pociągów i autobusów, wsiąść na rower nawet kiedy leje i wieje. Na szczęście mieszkamy w Szwajcarii i – w mieście. Transport publiczny działa tu bez zarzutu – praktycznie wszędzie można dostać się pociągiem, autobusem, tramwajem czy promem. Jest wygodnie, czysto i punktualnie. Jak to w Szwajcarii, wszystko na tip top. Oczywiście, trochę dłużej to trwa i słono kosztuje, choć w naszym przypadku i tak mniej niż auto. Generalabonnement (GA), czyli bilet roczny na transport publiczny w całym kraju kosztuje 3860 CHF.

Nie byłabym sobą, gdybym nie sięgnęła po statystyki. Prawie 80 proc. gospodarstw domowych w Szwajcarii ma co najmniej jeden samochód. W 2016 roku zarejestrowanych było 4,6 mln prywatnych pojazdów osobowych, co daje 1,6 człowieka na jedno auto. Mieszkaniec/mieszkanka Szwajcarii pokonuje dziennie średnio 36,8 km, a dwie trzecie tego dystansu siedząc za kierownicą. Te liczby pokazują, że choć narzekamy na zakorkowane autostrady, zdecydowana większość Szwajcarek i Szwajcarów wciąż na co dzień wybiera samochód. Choć, jak bliżej przyjrzeć się statystykom, sprzedaż nowych aut rośnie z roku na rok w coraz wolniejszym tempie, w aglomeracjach miejskich zwiększa się liczba osób korzystających z komunikacji miejskiej (w kantonie Zurych abonament na komunikację miejską ma 7 na 10 mieszkańców i mieszkanek), a 65 proc. narodu ma w domu rower.

Bez auta w Szwajcarii na pewno da się dobrze żyć. I sporo ludzi już się o tym przekonało. Są miasta, jak Bazylea, gdzie połowa mieszkających tam osób z różnych powodów nie ma samochodu. W statystykach bezautowców przodują też Zurych i Genewa, a także moje Winterthur. Wszystkie dane pochodzą z badania Mikrozensus Mobilität und Verkehr 2015. W Szwajcarii znajdziecie też całe miejscowości wolne od aut, jak choćby górskie kurorty Zermatt, Wengen czy Saas-Fee – cała lista takich miejsc dostępna jest tutaj.

Ja, choć mam prawo jazdy od 13 lat, samochodem właściwie nie jeździłam nigdy. Nie lubię, nie mam cierpliwości, a w dodatku teraz w Szwajcarii bałabym się mandatów. Dlatego dla mnie przyzwyczajanie się do nowej sytuacji nie jest ani trochę trudne. Rower i ÖV (skrót od Öffentlicher Verkehr – transport publiczny) to moja codzienność. Znacznie gorzej ma mój mąż, który za kółkiem siedzi odkąd skończył 16 lat i w dodatku pracuje w branży motoryzacyjnej. Choć i on przyznaje, że to tylko kwestia zmiany nawyków. A plusów mnóstwo: nie trujemy środowiska, więcej się ruszamy i oddychamy, wspieramy komunikację miejską i krajową, nie płacimy mandatów.. Z naszej decyzji zdecydowanie najbardziej zadowolony jest pies, który na jazdę samochodem reaguje alergicznie.

Chciałam Wam napisać trochę o całym procesie dostosowywania się do życia „na piechotę” i jego kosztach. Pierwszy poważny nabytek to wózek na zakupy. Kojarzący nam się do tej pory głównie ze szwajcarskimi emerytami, okazał się zbawienny, gdy z Coopa czy innego Aldika trzeba przydźwigać do domu kilogramy strawy lub przetransportować puste butelki do najbliższego punktu recyklingu. Koszt: od 50 do 200 CHF (w zależności od pojemności, materiału i rodzaju kółek).

Drugi zakup to halb-tax, czyli karta, która obniża nam koszty transportu publicznego w całym kraju o połowę (czasami mniej), co jest sporym odciążeniem dla finansów. Koszt: 165 CHF rocznie (zwraca się już po dwóch dalszych wycieczkach pociągiem).

Ruch numer trzy to sprawdzenie wszelkich możliwości szybkiego i sprawnego wejścia w posiadanie auta. Na wszelki wypadek. Tutaj opcji jest sporo. Można skorzystać z usług tradycyjnych wypożyczalni, których jest mnóstwo, mają różne stawki i pojazdy (od kompaktów, przez limuzyny, po małe ciężarówki). Wypożyczenie małego auta kosztuje już od 30 CHF za dzień (bez dodatkowych ubezpieczeń). Popularną od pewnego czasu opcją stał się carsharing, czyli współkorzystanie z aut udostępnianych przez firmy, organizacje czy osoby prywatne. Plusem jest tu duża elastyczność, bo auto możemy sobie wziąć skąd chcemy (najbliższą lokalizację sprawdzamy na mapie, za pomocą aplikacji), nawet na godzinę i odstawić je tam, gdzie nam akurat pasuje. Płaci się za czas (od 2 CHF za godzinę) i przejechane kilometry (od 0,55 CHF za km). W Szwajcarii system nazywa się mobility. O szczegółach przeczytacie tutaj https://www.mobility.ch/de/.

Krok czwarty to zainwestowanie w rower i jego odpowiednie wyposażenie. Na szwajcarskie tereny przyda się na pewno kilka przerzutek, sprawnie działające hamulce i działające oświetlenie. Plus dla człowieka kask i spodnie przeciwdeszczowe (są dość drogie, ale to must have). Z perspektywy rowerzystki muszę przyznać, że szwajcarskie miasta są nam bardzo przyjazne. Kierowcy na nas uważają (czasem mam wrażenie, że panuje tu jakaś dyktatura dwukółkowców na drogach), mamy gdzie parkować (zazwyczaj, bo w Winterthur w okolicach dworca szpilki nie wbijesz) i po czym jeździć (ścieżki rowerowe – luksus!). Nie wiem, jak Wy, ale ja póki co mam same pozytywne doświadczenia.

Ten tekst to początek poradnika dla bezautowców w Szwajcarii. Chcę na bieżąco dzielić się w Wami naszymi doświadczeniami wózeczkowców i proszę o wsparcie w postaci komentarzy. Jakie są Wasze spostrzeżenia? Jeździcie autem czy raczej wybieracie inne środki komunikacji? Co Was, jako kierowców/rowerzystów (kierowczynie/rowerzystki) wkurza w Szwajcarii, a co uwielbiacie? Czy pozbylibyście/byłybyście się auta czy nigdy w życiu? Czekam na Wasz głos!

Wschodni zapaszek a Zurych odrealniony

8f1beca330b82530ffff8049ffffffe7

Heini Andermatt „Girls in der Bahnhofstrasse” heiniandermatt.ch

Fragment opowiadania Stefana Chwina „Szwajcaria” ze zbioru ”Dieser Mont Blanc verdeckt doch die ganze Aussicht!” : Der literarische Blick auf Alpen, Tatra und Kaukasus. („Ten Mont Blanc zasłania cały widok!”: Literackie spojrzenie na Alpy, Tatry i Kaukaz”). Redakcja: Gianna Frölicher, Małgorzata Gerber, Sylvia Sasse, Nina Seiler. Edition Schublade. Zürich 2016.

Na publikację trafiłam przypadkiem, buszując w książkach w jednym z zuryskich second handów. Nie wiem, kiedy Chwin był w Zurychu i napisał te słowa, ale urzekła mnie trafność jego spostrzeżeń. Fragment nieco przydługi, ale myślę, że warto.

„Ulice Zurychu były pełne ludzi, a wyglądały na zupełnie puste. Ludzie szli zamknięci w szklanych kulach swoich spraw, na dnie oczu spokój, rezygnacja i bezwzględny błysk stanowczości, żadnych głośniejszych rozmów. Jakież to wszystko było niepodobne do polskich ulic i patrząc na twarze, sklepy i światła, nie wiedzieliśmy, czy to dobrze, czy źle, że ta różnica stała się tak jawna. Tu wszyscy szli tak, jakby nie chcieli zadrasnąć nikogo swoją obecnością, toczyli się ulicami jak kule sprawnie toczące się po zielonym suknie bilardowego pola, zręcznie wymijając przechodniów, żeby nikogo nie potrącić, nie dotknąć, nie popchnąć, szybkie spokojne kroki, prawie nikt nie szedł, wszyscy gdzieś dążyli, a każdy osobno, w swoją stronę. Przy stolikach w kawiarnianych ogródkach siedziały eleganckie damy trzymające na wodzy każdy swój gest, rozmawiające o swoich domowych i romansowych sprawach tak, jak się mówi o sprawach handlowych, nie widziałem nigdzie żywszej gestykulacji, uniesionych rąk, uniesionych brwi, nie słyszałem wybuchów śmiechu, ta elegancja wszystko pokrywała leciutkim, srebrnym nalotem, uciszając głosy i wygładzając skórę na policzkach i dłoniach.

A u nas, w Polsce? Na naszych ulicach unosił się zapaszek z lekka łobuzerski, ruch był bardziej chaotyczny, na przystanku czy chodniku pojawiały się niespodziewane zawirowania, ludzie nie wytrzymywali czekania na zmianę świateł z czerwonych na zielone, wchodzili przed samochodami na jezdnię, psychicznie mocując się z kierowcami, kto kogo, dziewczyny wstrząsały włosami, szły z lekka bezczelnie, młodzi mężczyźni w dresach, w kurtkach z kapturem, w luźnych portkach, szli po chodniku rozkołysani, z tatuażami na rękach, z mocno wygolonym karkiem, odgrywając rolę króla ulicy, nie ustępowali nikomu z drogi, kto kogo, ludzie się sobie przyglądali, każdy miał zdanie o każdym, które mogło w każdej chwili wybuchnąć ordynarnym bluzgiem. Na ulicy w Zurychu nikt z idących nie przyglądał się nikomu, nikt nie interesował się tym, kto jak jest ubrany, uczesany, umalowany. U nas nad ulicą unosiła się atmosfera zaczepki, nieprzyzwoitego gestu, każdy oceniał każdego, każdy wyrażał obojętność, która wcale nie była obojętnością, na twarzach malowała się aprobata i dezaprobata.

Kiedy gdańską ulicą szła ze mną K. w jednym ze swoich zwariowanych kapeluszy, choćby w tym toczku kremowym z jasną kokardą na czubku, czuliśmy, że jesteśmy widziani, że zaczepiają nas cudze spojrzenia, że komuś zależy na tym, żebyśmy nie wyglądali tak, jak wyglądamy, albo żebyśmy wyglądali, tak jak wyglądamy. A tu, na ulicy w Zurychu, nikt nie zwracał uwagi na fantazyjny kapelusz K., szliśmy ulicą, której było zupełnie obojętne, czy wyglądamy tak, czy siak, żadnego odzewu, piłka rzucona i nieodbita, zresztą mijały nas postacie równie fantazyjne, jacyś mężczyźni z włosami ufarbowanymi na różowo, na których nikt nie zwracał żadnej uwagi, jakieś kobiety z szyjami wytatuowanymi na  oletowo, z nosami przebi- tymi srebrnym gwoździem, na które nikt nawet nie rzucił okiem. Cały ten uliczny teatr rozmaitości grał do pustej widowni, chociaż ulica była pełna, był wyzwaniem rzuconym w powietrze, gestem nie trafiającym na żaden opór, powietrze rozrzedzone, nad jezdnią chmurka świateł, a w niej płynące złote rybki w metropolitalnym akwarium Zurychu, geje w rurkowatych spodniach, lesbijki w kolorowych ciuszkach z Orientu. Każdy grał tu przedstawienie nawet nie dla samego siebie, tylko dla drzew i domów.

Szliśmy ulicą Zurychu wyczyszczeni z istnienia, higieniczni, odrealnieni i brakowało, och, jak brakło nam tego łobuzerskiego, wschodniego zapaszku, w którym się wychowaliśmy, tych spojrzeń ironiczno-karcących w autobusie, w tramwaju, na przystanku, na dworcu, tej atmosfery zaczepki, wyzwania, chociaż chwilami marzyliśmy o zupełnie obojętnym tłumie, w którym można by zatonąć, o gnieździe świętego spokoju, o zupełnej niewidzialności, ale teraz brakowało nam tych spojrzeń, tych drobnych nakłuć naskórka twarzy taksującymi spojrzeniami, tych drobnych oparzeń na skórze, które nas tak drażniły i cieszyły, gdyśmy wychodzili na ulice Gdańska – K. w swoich fantazyjnych kapeluszach, w papieskich narzutkach, z torebkami z pchlego targu, jakich nikt nie nosił, ja – w czarnym kapeluszu, w czarnym płaszczu z białą brodą, a wiadomo, kto chodzi w czarnym kapeluszu, w czarnym płaszczu, z białą brodą.

Istoty wędrujące ulicami Zurychu przepływały obok nas równym rytmem, a my nie zostawialiśmy nawet śladu w ich spokojnych źrenicach, zajętych czym innym niż obserwacja wyglądu przechodniów. A tam, w Gdańsku, o żadnej niewidzialności nie mogliśmy nawet marzyć. Tak, odstawaliśmy od reszty, która była wyczulona na każdą odmienność, na każde drgnienie obcości, więc wychodząc na ulicę czuliśmy lekki dreszczyk, że jesteśmy wystawieni na cios, ale było się od czego odbić, uliczny teatr był gorący, kto wystawiał się na widok, mógł oberwać, ulica mówiła: nie lubimy obcych, ale lubimy drażnić się z obcymi, czuła ich jak drzazgę pod paznokciem. Tu, w Zurychu, płynęliśmy metropolitalną ulicą w jasnym nurcie wieczornego powietrza, pośród mnogich dziwadeł, elegantów, korporacyjnych bubków z roleksem na przegubie, pań o siwych włosach uczesanych w falę nad czołem, śniadych Arabów w białych koszulach, Murzynów w skórzanych kurtkach i jaskrawych swetrach.”