Królowa z alpejskim rogiem

eliana-burki-bg-2-l-1024x627

Sesja zdjęciowa do najnowszej płyty „Arcadia” Fot. Eva Müller/eliana-burki.com

Rozwiany blond włos, kolczyk w nosie, mini spódnica i kowbojki, do tego przyciągająca wzrok biżuteria. Ta dziewczyna wygląda jak gwiazda rocka. Tylko, że zamiast gitary przez ramię przewieszony ma alphorn, róg alpejski.

Tradycyjny instrument szwajcarskich górali, który niegdyś służył do zaganiania stada i komunikacji pomiędzy pasterzami, kojarzy się dzisiaj ze szwajcarskim folklorem i atrakcją dla turystów. Żaden świąteczny jarmark, festiwal jodłowania czy wiejskie wesele nie obędą się bez dmuchania w wielką tubę. Wydobywane z niej monotonne dźwięki na stałe wpisały się w alpejski krajobraz i kiedy wydawałoby się, że jeśli chodzi o walory muzyczne, to alphorn niczym już nie może nas zaskoczyć, pojawiła się ona.

Eliana Burki pochodzi z Feldbrunnen w kantonie Solura i zaczynała w wieku sześciu lat, na początku tak jak wszyscy, od grania na festynach ludowych. Ale kurczowe trzymanie się tradycji raczej nie było jej pisane. Już jako nastolatka odkryła blues i jazz, jednak z alpejskim rogiem wcale nie chciała się rozstawać. Nie każdemu się to podobało. Na kolejnych festiwalach jodłowania, w których brała udział, łamała wszystkie zasady, a jurorzy nie zawsze byli wyrozumiali dla jej niecodziennego stylu gry. Muzyczni fundamentaliści pisali skargi do jej rodziców, że alphorniska z duszą rewolucjonistki profanuje narodowy instrument Szwajcarii. Na szczęście więcej było tych, którym podobały się improwizacje w stylu Milesa Davisa na starym dobrym rogu.

Eliana-Burki-Solis-String-Quartet-3-1024x683

Z kwartetem Solis String z Neapolu. Fot. Francesco Truono/eliana-burki.com

Burki zaczęła muzyczną karierę. Najpierw występowała na koncertach w kraju, podczas których na pianinie akompaniowała jej mama. Potem zaczęły się podróże po Europie. W międzyczasie studiowała jazz w Bazylei i nie rozstawała się z alpejskim rogiem.

Z czasem jej muzyczny styl zaczęto nazywać „funky swiss alphorn”, bo łączy muzykę ludową z popem, jazzem, klasyką, a nawet motywami orientalnymi i latynoamerykańskimi. W kraju uchodzi za buntowniczkę. Zamiast ludowego trachtu nosi krótkie spodenki, a jej instrumenty, które sama nazywa „Burki-horn”, są zrobione z karbonu (aby były lżejsze), a nie z drewna, jak nakazywałaby tradycja. Róg alpejski nie jest najłatwiejszy w obsłudze. Dźwięki wydobywa się z niego wyłącznie przy pomocy wdmuchiwanego powietrza i aby wycisnąć z alphornu więcej niż górale, Burki modyfikuje tradycyjną tubę tak, aby bardziej przypominała inne instrumenty dęte. A do tego jeszcze śpiewa.

Najbardziej znana szwajcarska alphornistka dzieli życie między Zurych a Los Angeles. To na amerykańskim rynku jej kariera muzyczna nabrała rozpędu i to tam dziewczyna z Solury jest dzisiaj znana jak żadna inna helwecka gwiazda. Współpracowała m.in. z wytwórnią, która wydaje płyty Norah Jones i z producentem zespołu Queen. Ze swoim zespołem I Alpinisti Burki koncertuje na całym świecie. Występowała jako solistka z orkiestrami z Armenii, Stuttgartu i Zurychu. Prezentowała róg alpejski przed milionową publicznością w Chinach. Była też raz w Polsce, w 2005 roku grała na targach książki w Warszawie.

Angażuje się w ciekawe projekty, zwłaszcza jeśli jej talent może dodatkowo przysłużyć się czemuś dobremu. W 2005 roku zagrała z młodymi pasjonatami alpejskiego rogu w rosyjskiej Republice Baszkorostanu, a wydarzenie odbyło się przy wsparciu Szwajcarskiej Organizacji Współpracy i Rozwoju. Zawsze znajdzie też czas na to, aby w szpitalu dziecięcym w szwajcarskim Davos poprowadzić muzykoterapię dla dzieci chorych na mukowiscydozę.

W czasie wolnym od pracy i pomagania Elena Burki także realizuje się artystycznie, tym razem jako aktorka. Skończyła prestiżową akademię dramatu w Los Angeles i zagrała w filmie we Francji. Sama szyje swoje sceniczne kreacje. Praktykuje też jogę i organizuje wyjazdy medytacyjne. Mówi o sobie, że jest obywatelką świata i nomadką. Gdyby nie poświęciła się muzyce, być może zostałaby weterynarką, bo kocha zwierzęta. Ma dwa psy, Milesa i Lulu.

„Królowa alphornu” w pełni sobie na ten tytuł zasłużyła, ponieważ jak nikt inny wypromowała ten nieco przykurzony instrument w świecie. Pokazała, że można być ambasadorką tradycji, jednocześnie kompletnie się z niej wyłamując. Dzięki niej gra na rogu alpejskim, a przy okazji i Szwajcaria, stały się sexy. Bo przecież hymn narodowy można zagrać i tak..

Więcej informacji o Elianie Burki znajdziecie na jest stronie internetowej http://eliana-burki.com. Fragmenty koncertów i teledyski są dostępne na Youtube.

 

Helwecja wezwała kobiety, ale rewolucji nie będzie

Autorka: Katarzyna Waniek, pedagożka socjalna i antropolożka kultury zajmująca się feminizmem i prawami kobiet. W latach 2008-2015 była asystentką językową w Ambulatorium Gynmed w Wiedniu, gdzie doradzała w zakresie antykoncepcji i aborcji. W Szwajcarii mieszka od czterech lat. Jest współinicjatorką nieformalnej grupy Dziewuchy Szwajcaria i absolwentką pierwszej edycji fakultetu feministycznego fem!.

Women's strike switzerland 2019_3

Generalny strajk kobiet w Szwajcarii. Czerwiec 2019. Fot. Olgierd Kajak

Latem 2019 roku tysiące kobiet wyszło na ulice Szwajcarii, między innymi po to, aby zażądać większego udziału we władzy politycznej kraju. Kilka miesięcy później postulaty równości płci przełożyły się na wynik wyborów do szwajcarskiego parlamentu. Po 20 października udział polityczek w pierwszej izbie parlamentu (Rada Narodowa) wzrósł do rekordowych w historii Szwajcarii 42% w porównaniu z 32% w 2015 roku. W Radzie Kantonów natomiast zasiądzie przynajmniej 5 kobiet, a ostateczny wynik znany będzie po drugiej turze wyborów w listopadzie.

Taka sytuacja spowodowała, że jeśli chodzi o odsetek kobiet w polityce, to w porównaniu z innymi państwami Szwajcaria awansowała na 15. miejsce z miejsca 38. i tym samym wyprzedziła Norwegię, Danię, Nową Zelandię, Francję i Włochy. 

Polityka małych kroków 

Jeśli prześledzimy historię alpejskiej Federacji od momentu uzyskania przez Szwajcarki pełni praw wyborczych w 1971 roku do ostatnich wyborów, to zobaczymy, że zmiany na korzyść kobiet nabierają tempa. Oto kilka kluczowych momentów na drodze Szwajcarek do równouprawnienia, która nadal trwa.

W 1990 roku wszystkie kantony (jako ostatni Appenzell Ausserrhoden) wprowadziły czynne i bierne prawo wyborcze kobiet. Wcześniej, w 1988 roku, weszło w życie nowe prawo rodzinne, w którym usunięto zapis o tym, że mężczyzna jest głową rodziny, a kobieta ma prowadzić dom. Do tej pory w szwajcarskich rodzinach to mężczyzna mógł decydować o tym, czy jego żona podejmie pracę, czy będzie zajmować się tylko domem. W 1981 roku równouprawnienie kobiet i mężczyzn zostało zapisane w konstytucji, choć ustawy je faktycznie gwarantujące weszły w życie dopiero 15 lat później. Dopiero ustawa z 1996 roku o równouprawnieniu kobiet i mężczyzn mówiła o usunięciu strukturalnych nierówności dotykających kobiety w życiu zawodowym, w tym niższych płac, dyskryminacji w procesie rekrutacyjnym i na drodze awansu i molestowania seksualnego w miejscu pracy. 

Rok 2000 przyniósł zmiany w prawie rozwodowym, a od 2004 roku przemoc w związku i małżeństwie jest uznana za czyn karalny. Od 2012 roku wprowadzono wyjątek dopuszczający aborcję do końca 12 tygodnia ciąży. Przerwanie ciąży po 12 tygodniu jest możliwe w przypadku zagrożenia zdrowia lub uszkodzenia płodu. Po podjęciu decyzji o przerwaniu ciąży nie wymaga się konsultacji psychologicznej, opinii lekarza lub czasu do namysłu. Antykoncepcja awaryjna jest dostępna bez recepty od 2001 roku. 

Urlop macierzyński w Szwajcarii trwa 14 tygodni i wprowadzono go dopiero w 2005 roku. Możliwość sądowego nakazania opuszczenia wspólnego mieszkania osobie dopuszczającej się przemocy weszła w życie w 2006 roku. W tym samym czasie zaczęło obowiązywać prawo gwarantujące jednorazowe lub okresowe dodatki pieniężne częściowo wyrównujące obciążenie finansowe związane z wychowaniem jednego lub więcej dzieci. 

Od 2012 roku obrzezanie kobiet ma w Szwajcarii kwalifikację czynu karalnego. Pary biorące ślub w Szwajcarii mogą od 2013 roku zachować nazwisko rodowe lub łączone, kobieta nie jest już zmuszona do przyjęcia nazwiska po mężu. Szwajcaria ratyfikowała wszystkie istotne konwencje międzynarodowe i zobowiązała się do zapobiegania dyskryminacji ze względu na płeć, podpisując w 1997 roku Konwencję o prawach politycznych kobiet ONZ. W 2017 roku Szwajcaria ratyfikowała konwencję stambulską o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. 

Helwecja wzywa 

Widzimy więc, że rosnąca rola kobiet w życiu politycznym znajduje przełożenie na zmiany prawne, a te gwarantują realną poprawę w życiu kobiet. W odniesieniu do przyszłości potwierdza to Flavia Kleiner, jedna z inicjatorek ruchu Helvetia ruft (Helwecja wzywa), który promuje ponadpartyjne zaangażowanie kobiet w życie polityczne. Jej zdaniem, kobiety w polityce prezentują inne punkty ciężkości – częściej niż w przypadku polityków interesuje je ekologia i zrównoważony rozwój, równość płci oraz przeciwdziałanie przemocy i dyskryminacji. 

Tymczasem analiza szczebli szwajcarskiej polityki federacyjnej, kantonalnej i komunalnej od 1848 (rok uchwalenia Konstytucji Federalnej) pokazała, że w tym czasie na 2733 wybranych polityków przypadło tylko 246 polityczek. Helwecja, alegoryczna postać symbolizująca jedność narodową Szwajcarii, tradycyjnie przedstawiana w todze z włócznią i w diademie, na współczesnym plakacie wskazuje palcem wzywając kobiety do kandydowania w wyborach niezależnie od poglądów politycznych. Aktywistki z ruchu Helvetia ruft proponowały wszystkim kandydatkom wsparcie w postaci programu z udziałem mentorek i ponadto zaangażowała się w rozmowy promujące kobiety ze wszystkimi partiami, co okazało się bardzo skuteczne.  

Jak pokazała analiza dziennika Neue Zürcher Zeitung (NZZ), podczas ostatnich wyborów do parlamentu siedem partii szwajcarskich zwiększyło udział kobiet na swoich listach. Tym samym udział kobiet wzrósł z 36% do 42% w porównaniu z 2015 rokiem. Kobiety zajęły 46% miejsc na szczytach list wyborczych. Przed czterema laty udział ten wynosił jedynie 33%. Ta różnica w dużej części zaistniała dzięki zmianom na listach partii konserwatywnych i prawicowych – Szwajcarska Partia Ludowa, znana także jako Demokratyczna Unia Centrum (SVP) oraz Radykalno-Demokratyczna Partia Szwajcarii (FDP), które w porównaniu partią Zielonych i Socjaldemokratyczną Partią Szwajcarii musiały nadrobić zaległości. 

stat-frauen-anteil-d

Udział kobiet w szwajcarskiej Radzie Narodowej i Radzie Kantonów w latach 1975-2019 (bez ostatnich wyborów). Źródło: parlament.ch

W Szwajcarii wiele kobiet dopasowuje się do roli, która jest im kulturowo przypisywana i która ma kluczowe znaczenie w utrzymaniu dotychczasowego porządku. Widać to szczególnie w połączeniu kobiecości i opiekuńczości. Kobiety za darmo, z miłości, troszczą się o dzieci, chorych i starszych, inaczej opieka poważnie uszczupliłaby produkt krajowy brutto. Bo nieodpłatna praca kobiet przynosi gospodarce wymierne korzyści. Zgodnie z danymi Szwajcarskiego Urzędu Statystycznego obecnie 79% Szwajcarek jest czynnych zawodowo, wykonując jednocześnie większość prac domowych i opiekuńczych. Aż 60% kobiet pracuje na część etatu, otrzymując często wynagrodzenie niewystarczające do samodzielnej egzystencji. Przez to wiele kobiet (8,1%) żyje poniżej granicy ubóstwa, a 15,5% kobiet zagrożonych jest ubóstwem. W przypadku mężczyzn jest to odpowiednio 6,1% i 13,8%. Niższe zarobki kobiet to też niższe emerytury w przyszłości.

Osiem miliardów godzin

Kobiety obciążone są podwójnie – pracą zawodową i domową (przygotowywanie posiłków, wychowanie dzieci, sprzątanie, pranie, prasowanie etc.). W ciągu roku wykonują 8,7 miliarda godzin nieodpłatnej pracy opiekuńczej i domowej. Szwajcarskie rodziny po urodzeniu się dziecka lub dzieci pielęgnują tradycyjny model: mężczyzna pracuje i utrzymuje rodzinę, kobieta pracuje w domu i dorabia na część etatu. Sprzyja temu realna różnica w wysokości zarobków (w zależności od wyliczeń kobiety zarabiają w Szwajcarii od 18% do 8% mniej niż mężczyźni) oraz fakt, że Szwajcaria jest krajem o najkrótszym urlopie macierzyńskim w Europie, a mężczyznom jeszcze niedawno przysługiwał tylko jeden dzień wolnego z okazji urodzenia dziecka. Również miejsca w żłobkach i przedszkolach są pomimo ulg bardzo drogie. Widoczne są podwójne standardy – podczas gdy przejście na część etatu po urodzeniu się dziecka jest w przypadku kobiety oczekiwane, mężczyźni nadal nie spotykają się z akceptacją pracodawcy w związku z decyzją o redukcji etatu.

Przed wyborami parlamentarnymi w październiku 2019 lansowane były projekty ustaw dotyczących równouprawnienia kobiet i mężczyzn, co do zarobków, urlopów rodzicielskich, przemocy, redukcji czasu pracy, pracy opiekuńczej i opieki nad dziećmi. Dwa tematy zyskały najwięcej zainteresowania: 38 tygodni urlopu rodzicielskiego i obniżenie tygodnia pracy do 35 godzin. Komentarze medialne nie pozostawiają złudzeń – żaden z tych projektów nie zostanie powitany z radością ani przez politykę, ani przez przedsiębiorców. Mnożą się wątpliwości wobec planów podniesienia urlopu wychowawczego z 14 do 38 tygodni, co może bez dodatkowych instrumentów gwarantujących faktycznie rozdzielenie tego czasu pomiędzy obojgiem rodziców, spowodować wycofanie kobiet z rynku pracy. Powodem tego jest tradycyjny podział ról w szwajcarskich rodzinach, według którego to matki rezygnują z pracy, podczas gdy ojcowie podejmują się pracy w pełnym wymiarze godzin, by utrzymać rodzinę.

Ostatecznie Rada Narodowa i Rada Kantonów we wrześniu przegłosowały dwutygodniowy urlop ojcowski dla Szwajcarów. Koszt tego rozwiązania będzie finansowany po połowie ze strony pracowników oraz pracodawcy i będzie wynosił 0,06% wynagrodzenia. Rozwiązanie to jest krytykowane przez organizacje skupiające mężczyzn i ojców, które żądają dłuższych urlopów rodzicielskich wnoszących więcej do zrównoważenia życia rodzinnego i zawodowego. Urlop ten, według nowych obywatelskich inicjatyw ustawodawczych, trwałby przykładowo 30 tygodni i byłby dzielony po równo pomiędzy oboje rodziców.

topelement-11

Prawnie zagwarantowane dwa tygodnie urlopu ojcowskiego szwajcarski parlament przegłosował dopiero we wrześniu 2019 roku Fot. Keystone

Co z tą równością?

Wynik wyborów nastraja optymistycznie i daje nadzieję na poprawę sytuacji kobiet w szwajcarskim społeczeństwie. Jednak powolność zmian, która charakteryzuje demokrację bezpośrednią, powściągliwe zaangażowanie państwa w politykę rodzinną, równościową i antyprzemocową oraz brak parytetów nie pozostawia złudzeń – rewolucji nie będzie. Polityka małych kroków zapowiada konieczność wieloletniego podtrzymywania postulatów równościowych oraz prawdopodobieństwo nowej mobilizacji i ponowny strajk. Z drugiej strony wprowadzony po czerwcowych demonstracjach urlop ojcowski pokazuje, że protesty społeczne są skuteczne. Jakkolwiek trudno oczekiwać spektakularnej zmiany z dnia na dzień –  Szwajcarki są tego świadome i zapowiadają dalsze długofalowe działania, a ich upór wzmacniają kolektywne doświadczenia nierówności płci.

Mówiła o tym socjolożka Franziska Schutzbach zajmująca się tematem płci w ujęciu kulturowym. Przy okazji obchodów Dnia Kobiet w 2018 roku wyraziła ona przekonanie, że debata #MeToo postawiła równouprawnienie pod znakiem zapytania. Urodzona w 1984 roku Schutzbach wychowała się w przekonaniu, że generacja jej matki wywalczyła ustawowe równouprawnienie dla wszystkich kobiet, nie pozostało nic więcej do zrobienia, wszystko już jest „dobrze”. O tym, że żyła w błędzie, przekonała się, gdy podczas studiów została matką. Według Schutzbach fakt, że u sterów polityki i na wysokich stanowiskach w gospodarce znajduje się coraz więcej kobiet, nie oznacza wymiernej zmiany dla pozostałych kobiet. To mit, że dobrobyt i władza stają się wtedy automatycznie udziałem większości. W rzeczywistości przywileje pozostają udziałem tych, którzy te przywileje już posiedli.

Mit ma się jednak dobrze i karmi następne kobiety złudną nadzieją, że wszystko zależy od nich, muszą się tylko bardziej postarać. Skojarzenia z identyczną sytuacją kobiet w Polsce nasuwają się same. 

Ja kontra Szwajcaria – 1:0

86173405-300B-4434-A563-4B807200E64D

Autorka, Jezioro Lemańskie i pies Leo. Fot. Katarzyna Schiller

Przejrzałam ostatnio treści na blogu i wygląda na to, że mniej więcej raz do roku publikuję tekst o sobie. Zazwyczaj ta potrzeba pojawia się w okolicach kolejnej rocznicy pobytu w Szwajcarii. Tym razem dopadła mnie wcześniej, a wszystko za sprawą pewnej wiadomości od czytelniczki. „Uczę się języka, szukam pracy i opadam z sił. Jak udało ci się zmienić podejście do życia tutaj?”. No właśnie, jak?

W październiku minie pięć lat odkąd jestem w Szwajcarii. Czy mogę już mówić, że wygrałam nierówną walkę z alpejskim potworem? Nie do końca, ale na tej emigracyjnej szali przechylam się coraz mocniej w kierunku zwycięstwa i właśnie teraz, bezwzględnie nadszedł czas na podsumowania oraz.. uchylenie rąbka pewnej tajemnicy. Dzień zwierzeń jest dzisiaj.

Zacznę tam, gdzie ostatnio skończyłam, czyli w mojej firmie. Udało się ją założyć, działa coraz prężniej, przynosi dochody – niewielkie i nieregularne, ale własne – wypracowuje przyszłą emeryturę – z którą chyba będę się musiała wynieść na Filipiny, żeby wyżyć – ale, ale.. nie narzekam, jestem na swoim, to była moja decyzja i jest mi z nią dobrze.

Udało się z Waszą pomocą. Choć blog nigdy nie dał i pewnie nigdy nie da mi ani pół franka, to dzięki niemu zyskałam coś o wiele ważniejszego, a w Szwajcarii może i najważniejszego – kontakty, za którymi idą konkretne propozycje. Wysłanie setki CV może nie mieć takiej siły rażenia, jak poznanie jednej odpowiedniej osoby. Nie chcę uogólniać i odradzać Wam udziału w procesach rekrutacji. Na szwajcarskim rynku z pewnością są branże i stanowiska, o które warto się bić w konwencjonalny sposób. U mnie to nie zagrało. Dlatego już dawno przestałam katować się odmowami i wzięłam sprawy w swoje ręce. 

Spotkania z Wami, te online, te przy kawie, te przy winie, otworzyły mi oczy na wiele obszarów, które dotąd były dla mnie niedostępne. Szwajcarii jest tyle, ile ludzi, którzy próbują zbudować tu swoją własną układankę. A mnie, może dlatego, że od dziecka nie miałam cierpliwości do puzzli, zajmuje to trochę dłużej niż innym. 

Na początku ubiegłego roku, tak jak Ty, Droga Czytelniczko, nie miałam już siły. Chciałam uciec stąd jak najdalej. Najlepiej na drugi koniec świata. I tak zrobiłam. Polecieliśmy z mężem na trzy tygodnie do Nowej Zelandii. Nie tylko na wakacje. W Auckland szukaliśmy pracy. On miał nawet kilka rozmów. Ja słyszałam to, co wszędzie, a ponieważ tam ludzie są znacznie bardziej szczerzy niż w Europie, brzmiało bezlitośnie. We don’t need new people to tell us the same bullshit. Maybe you should try in wine? Dziękuję, w winie już próbowałam. W porównaniu z tym, jakie wymagania stawia przyjezdnym NZ, to Szwajcaria prowadzi politykę otwartych granic. Gdyby nie to, że nie udało nam się przejść z sukcesem procedur wizowych, pewnie dzisiaj ten blog już by nie istniał. A może tylko zmieniłby nazwę.

Marzenia o Antypodach rozpłynęły jak śnieg w marcu na lotnisku w Zurychu, kiedy wróciłam i uświadomiłam sobie, że próba ucieczki się nie udała. Zostaję w Szwajcarii. Na długo, może nawet „na zawsze”. Kochana, żarty się skończyły, teraz trzeba sobie to wszystko tutaj jakoś ułożyć, żeby nie zwariować. To chyba wtedy, kiedy zatrzasnęło się wyjście bezpieczeństwa, nastąpiła „zmiana podejścia do życia w Szwajcarii”. I rzeczy nagle zaczęły się układać.

Moja firma, o oryginalnej nazwie Sprachbüro Kaminska, właśnie kończy pół roku. Zajmuję się przede wszystkim tłumaczeniami ustnymi z języka niemieckiego na polski. Towarzyszę ludziom podczas spotkań w urzędach, wszędzie tam, gdzie trzeba się porozumieć w lokalnym języku. Tłumaczę konsekutywnie szkolenia dla branży budowlanej, co jest męczące, wymagało dużych przygotowań i na początku było dla mnie źródłem sporego stresu, bo nie dość, że to wyłącznie męski świat, to moi klienci swoją wiedzą i doświadczeniem biją mnie na głowę. Na szczęście starają się nie dać mi tego odczuć. Mała prywata – szepnijcie słówko znajomym, że jeśli potrzebują tłumaczki, to jestem do dyspozycji.

Co poza tym? Uczę polskiego, co pozwala mi nie tylko lepiej poznać język niemiecki, ale i zmusza do zgłębiania gramatycznych zawiłości mowy matczynej (jak to dobrze, że w szkole zawsze miałam świetne polonistki!). Od pewnego czasu współpracuję też z miastem Winterthur  – staramy się przybliżyć Szwajcarom i mieszkającym tu obcokrajowcom polską kulturę. Były warsztaty polskiej kuchni, które przyciągnęły dużo zainteresowanych – ponoć o lepieniu klusek krążą teraz w mieście legendy! Język polski zagościł już dwukrotnie w Bistro International podczas wymiany językowej, która odbywa się co miesiąc w centrum kultury Alte Kaserne.

Chcę, żeby Szwajcarzy poznali Polskę, a jednocześnie robię wszystko, by i Szwajcaria dała się trochę oswoić Polakom w Polsce i przestała się kojarzyć tylko z pieniędzmi, nudą, czekoladą i kurortami narciarskimi. Tematy społeczne kręcą mnie – dziennikarkę i socjolożkę – bardziej niż produkowanie kolejnych cykli „miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić w Szwajcarii”. To znajdziecie i bez mojej pomocy.

Dla tych, którzy dopiero mnie poznają: linki do publikacji i występów gościnnych w polskich mediach możecie przejrzeć w zakładce O MNIE.

Przez cztery poprzednie lata spędzone w Szwajcarii głównie narzekałam. Na urzędników, nieprzyjaznych ludzi, trudny język, dialekty, na to, że nie mogę znaleźć pracy i wszystko jest tu takie trudne. Sięgnijcie do moich poprzednich tekstów, znajdziecie tego mnóstwo. Tym razem postanowiłam, że będę się chwalić. Bo akurat jest czym.

Był koniec lutego, poranek po nieprzespanej nocy oscarowej (galę oglądam co roku, odkąd pamiętam). Na wpół otwartymi ze zmęczenia oczami przeczytałam wiadomość, która wpadła mi do skrzynki mailowej. Przeczytałam ją kilka razy, a potem jeszcze – dla potwierdzenia, że na pewno to mi się nie śni – wysłałam do paru znajomych. To była wiadomość od redakcji jednego z polskich wydawnictw. Wiadomość z propozycją. Z propozycją napisania książki. Książki o Szwajcarii. Pierwszej w Polsce książki o Szwajcarii w kategorii literatura faktu. Książki, której autorką mam być ja. Autorką. Książki. O Szwajcarii. Ja!

Początkowy szok i niedowierzanie zajęła najpierw panika, potem stres, a następnie mobilizacja. Teraz, kiedy umowa podpisana, a książka nabiera kształtów, mogę się ujawnić i jednocześnie wytłumaczyć z rzadszych ostatnio publikacji na blogu. Musicie uzbroić się w cierpliwość. Wszystko, co najciekawsze o Szwajcarii, przeczytacie w papierze. Już w przyszłym roku. No i uwaga, to będzie też Wasza książka, więc od teraz miejcie się na baczności. Wszystko co powiecie o Szwajcarii, może być użyte.. jako moja inspiracja.

Tymczasem mecz ze Szwajcarią trwa.

Wygrywam 1:0.

Ale to dopiero pierwsza połowa…

Szwajcarski dwugłos #3: Czy Szwajcaria jest kobietą?

DIGI5x7templateHORIZ

Dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Kobiet. Z tej okazji postanowiłam wejść w rolę adwokatki diabła i odpowiedzieć twierdząco na postawione w tytule pytanie. Szybko przekonałam się, że wyszukanie argumentów na potwierdzenie tezy, że Szwajcaria jest kobietą to zadanie karkołomne, a im głębiej wchodzę w ten społeczny las, tym więcej widzę drzew, wyrastających na glebie helweckiego patriarchatu (ja to napisałam?). Jednak dwugłos musi być, więc biorę tego byka (czemu nie tę krowę?) za rogi i udowodnię Wam (oraz sobie), że Szwajcaria – wbrew wszelkim moim doświadczeniom i obserwacjom – jednak JEST kobietą.

Zacznijmy od podstaw. Die Schweiz, la Suisse, la Svizzera, la Svizra. W każdym z czterech oficjalnych języków kraju Szwajcaria jest kobietą. Nawet po polsku i po rosyjsku. Po czesku nie. Švýcarsko.

Na koniec 2017 roku Szwajcarię zamieszkiwało 4 miliony 277 tysięcy 696 kobiet. To dokładnie o 71 tysięcy 262 więcej niż mężczyzn. Patrząc na rzecz statystycznie, Szwajcaria jest kobietą. Wśród najbardziej sfeminizowanych kantonów znajdują się Berno, Vaud, Genewa i włoskie Ticino. Przewaga liczebna wynika między innymi z tego, że kobiety częściej dożywają późnej starości. Przewidywana długość ich życia to ponad 85 lat w porównaniu z 81 lat w przypadku mężczyzn. Kobiety w Szwajcarii są też z reguły lepiej wykształcone niż mężczyźni, przynajmniej jeśli chodzi o szkolnictwo średniego stopnia. Szwajcaria jest kobietą – starą bernenką bez magistra.

Więcej statystycznych przewag kobiet nad mężczyznami w Szwajcarii nie znalazłam. Właściwie na tym ten wpis mógłby się zakończyć. Ale ja wciąż, desperacko chcę Wam udowodnić, że Szwajcaria jest kobietą! Od teraz pełna powaga.

Szwajcaria jest kobietą..

… ponieważ pozwala kobietom decydować o własnym ciele, nie mówi, ile i czy w ogóle mają mieć dzieci, nie próbuje przekupić prorozrodczymi programami, ładnie nazwanymi polityką prorodzinną. Szwajcarskie prawo aborcyjne jest jednym z najbardziej liberalnych na świecie. Kobieta ma prawo na żądanie przerwać ciążę do 12 tygodnia, a koszty zabiegu co do zasady pokrywa podstawowe obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne. Pigułki „dzień po” są legalne i można je dostać w aptece bez recepty. Środki antykoncepcyjne również są łatwo dostępne i w porównaniu do zarobków tanie (15-30 CHF/mies.). Dziewczynki uczą się o seksualności w szkołach, a w zachodniej Szwajcarii elementy edukacji seksualnej wprowadzane są już w przedszkolach. Z bezdzietności nie robi się wielkiego halo. W Szwajcarii mniej więcej co piąta kobieta pod koniec swojego wieku reprodukcyjnego, z różnych powodów, nie ma potomstwa. Pomaga się kobietom, które dzieci mieć nie mogą, ale ich chcą, a te, które mogą, a nie chcą, po prostu zostawia się w spokoju.

Szwajcaria jest kobietą..

… ponieważ pozwala kobietom sypiać z kim chcą. Od 2007 roku związki partnerskie osób jednej płci są w Szwajcarii właściwie zrównane w prawach z małżeństwami. Różnice dotyczą możliwości adopcji dziecka i korzystania z zabiegów in vitro. Ostatnio szwajcarski parlament dał zielone światło do zmiany przepisów regulujących również te kwestie. Być może całkiem niedługo Szwajcaria, podobnie jak wcześniej Niemcy, Austria i wiele innych krajów w Europie, pozwoli na zawieranie małżeństw osobom tej samej płci. Ankieta społeczna z 2016 roku pokazała, że 7 na 10 mieszkańców Szwajcarii jest za takim rozwiązaniem.

Szwajcaria jest kobietą..

… ponieważ nie piętnuje matek, które chcą zostać z dziećmi w domu. Możemy narzekać na to, że kobiety w Szwajcarii nie mogą mieć wszystkiego. Że jak pojawia się dziecko, to są wypychane z rynku pracy i na siłę zamykane w złotych klatkach domowych obowiązków. Że praca na 20 czy 40 procent nie starcza nawet na żłobek. Że zostaje im status Hausfrau w papierach, robienie zakupów o godz.10 w Coopie i popołudniowe kawki z podobnymi sobie ofiarami helweckiego patriarchatu. To wszystko prawda. Bycie matką na pełen etat to nie jest zadanie dla każdego, ale są kobiety, które po prostu tego chcą. Są też takie, którym praca dwa razy w tygodniu zupełnie do szczęścia wystarczy. One chcą być przede wszystkim matkami. Gdzie będzie im lepiej niż w Szwajcarii?

Na koniec, aby uleciały z głowy ostatnie wątpliwości, co do tego, że Szwajcaria jednak jest kobietą, argument wagi ciężkiej. 

Szwajcaria jest kobietą..

… ponieważ stała się domem dla nas – migrantek. Polek, Włoszek, Niemek, Brazylijek. Pielęgniarek, lekarek, właścicielek firm, artystek, menedżerek banków, naukowczyń, prawniczek. Matek, niematek, studentek, gospodyń domowych, babć. To my zmieniamy Szwajcarię. Tak, żeby każdego dnia stawała się coraz bardziej.. kobietą.

Wszystkiego dobrego Dziewczyny!

CHCECIE WIEDZIEĆ, JAK ODPOWIEDZIAŁ LAMBERT KRÓL Z BLOGA SWISS TALES? Czytajcie tutaj http://swisstales.pl/dwuglos-3-czy-szwajcaria-jest-kobieta/

Kobieta od kultury – rozmowa z Joanną Olczak

Joanna Olczak. Łodzianka, od dziewięciu lat w Szwajcarii. Kobieta od kultury – z wykształcenia teatrolog, w Polsce pracowała jako kierownik literacki w Teatrze Powszechnym w Łodzi, pisała też scenariusze do filmów i seriali telewizyjnych. Pamiętacie serial „Na dobre i na złe”? Historie przypadków medycznych i prywatnych perypetii bohaterów to dzieło Joanny i jej konsultanta, lekarza, a prywatnie męża, Michała.

W Szwajcarii Joanna również zajmuje się kulturą. Działa w Polskim Towarzystwie Winterthur organizując spotkania z polskimi pisarzami, a od niedawna prowadzi też Klub Książki w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu. To miejsce spotkań Polaków zainteresowanych literaturą i nałogowych pochłaniaczy książek, otwarte dla każdego, kto lubi czytać.

Specjalnie dla Was, czytelników i czytelniczek bloga I’m not Swiss, Joanna opowiada o miłości do książek, głodzie dyskusji i o tym, jak żyjąc za granicą możemy pielęgnować kontakt z polską kulturą.

IMG_7872

Na tarasie Hotelu Schatzalp w Davos, gdzie Tomasz Mann,  popijając kawę ze śmietanką, wpadł na pomysł napisania „Czarodziejskiej Góry”. Fot. archiwum prywatne

Co teraz czytasz?

„Listy z Polski” Josepha Rotha. Autor to Żyd pochodzący ze wschodniej Galicji, Austriak z wyboru, w latach 20. XX wieku był dziennikarzem „Frankfurter Zeitung”. Ta książka to zapis jego korespondencji z czasów międzywojnia, w formie krótkich listów. Szalenie ciekawa lektura, która pokazuje ówczesną Polskę oczami obserwatora z zewnatrz. Okazuje się, że nasze problemy, niechęci, kompleksy wcale się tak bardzo od tamtej pory nie zmieniły. Chętnie czytam reportaże historyczne, świadectwa minionego czasu, aby dotrzeć do źródeł zjawisk, które w dzisiejszym świecie są dla mnie trudne do zrozumienia.

Lubię też reportaż podrożniczy. Moją wielką miłością jest Tiziano Terzani, włoski dziennikarz, który wędrował po Azji, a podróż była dla niego nie tylko przemieszczeniem się w sensie geograficznym, ale też doświadczeniem duchowym i intelektualnym. Poza tym uwielbiam kryminały, to moja wielka pasja. Często je sobie dawkuję, żeby przyjemność z czytania mogła trwać dłużej. Staram się też być na bieżąco z polską literaturą.

Organizujesz w Szwajcarii spotkania z polskimi pisarzami. Skąd ten pomysł i kogo już miałaś okazję gościć?

Zapraszanie raz do roku polskiego pisarza do Szwajcarii to już tradycja. Zapoczątkowało ją Towarzystwo Polskie Winterthur, ludzie, którzy do Szwajcarii emigrowali w latach 80. XX i byli szalenie spragnieni polskiej kultury. To było pokolenie, które czytało książki, więc tęsknota za polskim słowem była wtedy bardzo duża. Między innymi z tej tęsknoty narodziła się idea zapraszania polskich twórców do Szwajcarii, a ja po przyjeździe tutaj miałam okazję poznać osoby, które się tym zajmowały.

Kiedy w 2017 roku miał przyjechać do nas Ziemowit Szczerek, okazało się, że brakuje kogoś, kto poprowadziłby spotkanie z nim. Wtedy ówczesny prezes Towarszystwa Jakub Siczek poprosił o to mnie, a ja bardzo chętnie się zgodziłam i tak zostałam do dzisiaj. Obecnie przy organizacji wizyt współpracujemy z Instytutem Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu, który udostępnia nam salę i jest gospodarzem i współorganizatorem spotkań.

Dzięki Towarzystwu Polskiemu Winterhur w Szwajcarii gościł cały przekrój twórców polskiej literatury. Była Olga Tokarczuk, był Andrzej Stasiuk, Jacek Hugo-Bader, Andrzej Sapkowski, Marek Krajewski, Janusz Wiśniewski. Chcemy prezentować autorów, zajmujących się różnymi gatunkami literackimi. W ubiegłym roku w aurze skandalu przyjechał do nas Janusz Rudnicki. Spotkanie było bardzo kameralne, czytaliśmy na głos teksty autora, który okazał się świetnym rozmówcą. To była jedna z fajniejszych wizyt.

Jak wyglądają takie spotkania i kogo możemy się spodziewać w najbliższym czasie?

Staramy się, żeby formuła była dość otwarta, ponieważ w spotkaniach uczestniczą bardzo różni ludzie. Część z nich to stara emigracyjna gwardia, Polacy mieszkający w Szwajcarii od lat, ale przychodzą też młode osoby, które są tutaj od niedawna i chcą poznać innych Polaków o podobnych zainteresowaniach. Ciekawą grupą są natomiast studenci polonistyki z Uniwersytetu w Zurychu. To Szwajcarzy i obcokrajowcy w wieku od 20 do nawet 60 lat, którzy uczą się polskiego i zależy im na kontakcie z językiem i kulturą.

Rozmowę na forum publicznym prowadzimy wspólnie z Małgorzatą Gerber, wykładowczynią polonistyki w Instytucie Slawistyki, a później dyskusja przenosi się w kuluary, gdzie przy polskich albo szwajcarskich przekąskach i kieliszku wina mamy okazję poznać osobiście twórcę, zapytać o interesujące nas kwestie czy poprosić o autograf. W listopadzie ubiegłego roku gościliśmy krytyczkę literacką Justynę Sobolewską, która opowiadała o najnowszej literaturze polskiej. Na to spotkanie przyszło ok. 50 osób, ledwo pomieściliśmy się w sali. Widać, że zainteresowanie jest duże, tym bardziej cieszymy się, że udało się nam pozyskać współfinasowanie tej inicjatywy. Fundusze uruchomił Uniwersytet w Zurychu oraz polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dzięki temu będziemy mogli zapraszać kolejnych ciekawych twórców, być może również z innych dziedzin kultury oraz częściej niż raz do roku.

Tymczasem lista pisarek i pisarzy, których chcielibyśmy gościć jest bardzo długa. Moim wielkim marzeniem jest na przykład to, żeby odwiedził nas Mariusz Szczygieł, jeden z moich ulubionych polskich pisarzy. Najbliższym naszym gościem będzie Magdalena Grzebałkowska, autorka takich książek jak „1945. Wojna i pokój”, „Beksińscy – portret podwójny” czy biografii Krzysztofa Komedy. Spotkanie odbędzie się 8 kwietnia, oczywiście tradycyjnie w gościnnych progach Instytutu Slawistyki.

Niedawno wystartowałaś ze swoją autorską inicjatywą Klubu Książki. Pierwsze spotkanie odbyło się w lutym. Brakowało Ci dyskusji o literaturze?

Od dziecka cierpię na jednostkę chorobową zdiagnozowaną jako chroniczna abibliofobia, czyli strach przed tym, że nie będę miała co czytać. Kiedy wracamy z Polski do Szwajcarii nasze auto zwykle jest wypakowane książkami, co nieustannie rozczarowuje szwajcarskich celników. Literatura zawsze była ważna w moim życiu. Wciąż jestem mocno przywiązana do formy papierowej, kocham trzymać w ręku książkę, czuć zapach papieru. Książka to dla mnie po prostu piękny przedmiot i choć mam czytnik ebooków, to póki co leży sobie nieużywany na półce. W Szwajcarii czułam się nieco osamotniona w mojej miłości do literatury, nie miałam towarzystwa, z którym mogłabym wymieniać się książkami, pomysłami na lektury, rozmowami o tym, co ostatnio przeczytałam. Szukałam pomysłu na to, aby stworzyć grono ludzi, którzy chętnie czytają, dla których to jest ważne i którzy to zwyczajnie lubią.

Do założenia Klubu Książki ośmieliła mnie właśnie wspomniana Justyna Sobolewska, która powiedziała, że dyskusyjne kluby książki, działające np. w bibliotekach, są bardzo powszechne w Polsce i skupiają środowiska ludzi zainteresowanych literaturą. To mnie przekonało, żeby spróbować stworzyć coś podobnego tutaj w Szwajcarii. Udało mi się pozyskać salę od Instytutu Slawistyki, zupełnie bezkosztowo, i w lutym tego roku odbyło się pierwsze spotkanie. Na zachętę zaproponowałam opowiadania Olgi Tokarczuk z jej ostatniej pozycji „Opowiadania bizarne”. Zjawiło się dziesięć kobiet, o różnych preferencjach czytelniczych, ustaliłyśmy ramy naszych spotkań, a co najważniejsze powstał zaczyn klubu, który mam nadzieję będzie działał intensywnie i będzie dla nas comiesięcznym świętem literatury. Liczę na to, że do naszego grona dołączą też czytający mężczyźni.

Jakie książki będą omawiane na kolejnych spotkaniach?

Chciałabym, żeby te spotkania odbywały się na zasadzie klasycznego klubu dyskusyjnego. Wybieramy książkę, jest miesiąc na to, aby ją przeczytać, a następnie zbieramy się i o niej rozmawiamy. Dobrze byłoby z czasem tę formułę wzbogacić, wprowadzając np. rekomendacje książek czy prezentacje swoich ulubionych pisarzy. Chciałabym, żeby każdy uczestnik klubu mógł do niego dołożyć swoją cegiełkę, ale też wyjść poza to, co czyta na co dzień i poznać inne tematy, gatunki literackie i różnych autorów.

Następne spotkanie mamy zaplanowane na 19 marca i będziemy rozmawiać o książce Zyty Rudzkiej „Krótka wymiana ognia”, która została uznana za jedną z najważniejszych powieści minionego roku wydawniczego, a ja uważam ją za jedną z lepszych polskich książek jakie wyszły w ostatnich latach w ogóle. Spotkania będą się odbywały co miesiąc, a lektury będziemy wybierać na bieżąco. Technologia idzie nam na rękę, dostępność książek jest duża, również w formie audiobooków, ebooków, więc każdy ma możliwość dotarcia do konkretnego tytułu.

Moją pierwotną ideą było to, abyśmy czytali polską literaturę. Mieszkamy za granicą, czytamy w różnych językach, po niemiecku, angielsku, ale nie zawsze jesteśmy na bieżąco z tym, co dzieje się w dziedzinie literatury na rodzimym podwórku. Polska literatura przeżywa rozwit, mamy wielu wspaniałych twórców, jak Olga Tokarczuk, która jest autorką światowego formatu, jak Szczepan Twardoch, który porusza trudne tematy i szuka dla nich popularnej formy. Oprócz literatury pięknej powstaje w Polsce świetny reportaż, dobre kryminały. Pojawiają się też nowe trendy, gdzie gatunki stają się płynne i wychodzi się poza ich ustalone ramy. Książka Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” czy najnowsza pozycja Mariusza Szczygła „Nie ma” to są rzeczy, które trudno jest wepchnąć do szuflady z napisem powieść, reportaż czy wspomnienia. Dlatego mam nadzieję, że będziemy czytać polską literaturę w całym jej spektrum – nowości, ale też tytuły, które są warte odświeżenia.

Oczywiście jestem też otwarta na różne inne propozycje, np. na autorów szwajcarskich, którzy są ważni. Nie chcę tworzyć sztywnych ram klubu, ale działać na zasadach demokratycznych. W końcu mieszkamy w Szwajcarii. Chciałabym, żeby każdy mógł się poczuć częścią tego przedsięwzięcia. To ma być wymiana – myśli, opinii, pasji, dlatego zapraszam serdecznie wszystkich na kolejne spotkania. Można dołączyć w każdej chwili i nie ma się czego bać, bo jak to mówią, książki nie gryzą, książki pochłaniają w całości.

Co jeszcze poleciłabyś zainteresowanym kulturą Polakom mieszkającym w Szwajcarii?

W naszej wciąż w gruncie rzeczy niewielkiej społeczności polonijnej jest sporo inicjatyw kulturalnych. Od ponad 30 lat działa Klub Miłośników Żywego Słowa Barbary Młynarskiej, aktualnie w Brugg i tam raz na kwartał odbywają się wydarzenia kulturalne z naprawdę wysokiej półki, którę przyciągają liczną publiczność. W tym roku przyjeżdża Hanna Banaszak, Piotr Machalica z piosenkami Jonasza Kofty, Dorota Miśkiewicz z recitalem, Jerzy Bralczyk z Michałem Ogórkiem w duecie. W ubiegłym roku z okazji 100-lecia odzyskania niepodłegłości Polski w Teatrze Stok w Zurychu odbył się Festiwal Kultury Polskiej, zorganizowany przez polską pianistkę Agnieszkę Bryndal, mieszkającą w Szwajcarii od lat. Poza tym są inicjatywy lokalne, skupiające Polaków w różnych częściach Szwajcarii. Jest naprawdę dużo ludzi, którzy działają tutaj na niwie kultury. Bo jak śpiewał Wojciech Młynarski :

Jeśli za mało książek znasz –

To ci wychodzi na twarz.

Gdy nie wiesz kim był J.S. Bach –

To spłaszcza ci czółka dach.

Nieznany Ci Edypa los –

To deformuje ci nos…

Rozmawiała Agnieszka Kamińska

—————————————————————————————————————————————–

Spotkanie z Magdaleną Grzebałkowską odbędzie się 8 kwietnia (poniedziałek) w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu przy Plattenstrasse 43. Początek o godz. 18.15. Wstęp: 20 CHF.

Kolejne spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki odbędzie się 19 marca (wtorek) o godz. 18.30 w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu w Zurychu przy Plattenstrasse 43. Będziemy rozmawiać o książce Zyty Rudzkiej „Krótka wymiana ognia”.

Razem z Joanną serdecznie Was zapraszamy!