Stoliczku nakryj się – zero waste po szwajcarsku

Food_Waste_Karotten_595

Unikatowe marchewki można tylko kochać. Fot. nachhaltigleben.ch

Niedawno pisałam o tym, co Szwajcarzy robią z odpadami atomowymi. Teraz też będzie o śmieciach, ale tych nam bliższych, bo codziennych.

Zajrzyjcie do swoich lodówek. Ile ze zgromadzonego tam jedzenia trafi za kilka dni na śmietnik? Przeciętny mieszkaniec Szwajcarii wyrzuca co roku ok. 120 kilogramów żywności, a te statystyki stają się jeszcze bardziej smutne, jeśli wiemy, że połowa produktów spożywczych pochodzi tutaj z importu. Marnujemy więc nie tylko to, co sami wytworzymy, ale też to, co jest efektem pracy ludzi z innych, często uboższych krajów.

Wiadomo, że świat nie jest idealny i zazwyczaj nie zjadamy wszystkiego, co kupujemy. Co się dzieje z resztkami? W szwajcarskich kuchniach warzywa i owoce, a także chleb, jajka, mięso i inne pozostałości organiczne lądują w kompostownikach (listę tego, co wolno tam wrzucić znajdziecie tutaj), a następnie fermentują w specjalnych zielonych kontenerach pod domem, skąd trafiają do stacji przerabiających je na biogaz. Rocznie w samych tylko gospodarstwach domowych kompostuje się 300 tysięcy ton odpadów, a Szwajcarzy chcą, aby do 2030 roku z tego odnawialnego źródła pochodziło 30 procent energii cieplnej wytwarzanej w kraju.

Odpady organiczne to tylko czubek góry lodowej, a w tym przypadku wielkiej góry śmieci. W Szwajcarii rocznie wyrzuca się 2,3 miliony ton żywności. Wydawałoby się, że to głównie wina supermarketów, przecież to tam marnuje się najwięcej jedzenia. I tu zaskoczenie. Połowa z tych ponad dwóch milionów ton to nasz chleb powszedni, czyli żywność, którą wyrzucamy w domach. To oznacza, że w koszach na śmieci ląduje jedna piąta jedzeniowych zakupów każdego z nas. Na drugim miejscu w niechlubnym rankingu jest przetwórstwo żywności, a na trzecim rolnictwo. Natomiast owiany złą sławą handel detaliczny odpowiada tylko za kilka procent odpadów (podobnie jak gastronomia). Z tego wniosek, że największymi szkodnikami jesteśmy my sami, w zaciszu swoich kuchni i jadalni.

(Krótka przerwa na samobiczowanie)

Wróćmy do marketów, które w Szwajcarii robią wszystko, aby unikać wyrzucania dużej ilości jedzenia (utylizacja odpadów kosztuje). Przede wszystkim starają się jak najwięcej opchnąć nam. Jednym ze sposobów jest przecena świeżych produktów – gotowych kanapek, sałatek, ciast – pod koniec dnia. Innym, obniżanie cen żywności, której zbliża się końcowy termin sprzedaży (oznaczany literką A), ale ma jeszcze kilka dni przydatności do spożycia (data B). Moim hitem jest natomiast sprzedawanie taniej brzydkich warzyw i owoców. W Coopie natknęłam się ostatnio na „unikatowe” marchewki po 0,95 CHF za kilogram. Super sprawa, a w dodatku ubawiły mnie ich kształty. Podsumowując, markety sprzedają nam żywność za pół ceny, po to, żebyśmy to my, a nie one ją potem wyrzucili. Zagranie, co by nie mówić, sprytne i opłacalne.

20688871261_3907121720_z

Wielkanocne zajączki można zjeść i po świętach albo oddać innym. Na zdjęciu sortownia szwajcarskiej organizacji pomocowej Stoliczku nakryj się. Fot. www.tischlein.ch

Co się dzieje z jedzeniem, którego nie uda się wcisnąć konsumentom? Weźmy np. wczorajsze pieczywo, przecież jeszcze zjadliwe, ale już nie do wystawienia obok pachnących, świeżych, nadmuchanych bułeczek. Szwajcarskie piekarnie przekazują je do tzw. äss-barów, które następnie sprzedają chleb, bułki i słodkie wypieki za symboliczną cenę (od 0,50 CHF) tym, którym na świeżości aż tak bardzo nie zależy. W 2016 roku (ostatnie dostępne dane) äss-bary „uratowały” w ten sposób ok. 300 ton żywności, karmiąc wczorajszym chlebem pół miliona ludzi w całym kraju. Secondhandowe piekarnie działają w całej Szwajcarii, a ich listę można znaleźć tutaj.

Sklepy i restauracje przekazują to, czego nie sprzedały także organizacjom pomocowym. Takie umowy mają z handlem i gastronomią m.in. Caritas, Schweizer Tafel (Szwajcarski stół) czy Tischlein, deck dich (Stoliczku nakryj się). Działające non-profit stowarzyszenia rozdzielają otrzymaną żywność między potrzebujących: biednych, bezdomnych, chorych, przebywających w ośrodkach pomocy społecznej. Ludzie ze Schweizer Tafel rozdają dziennie 16 ton żywności w 12 regionach kraju, pracownicy Tischlein, deck dich tylko w 2017 roku rozdysponowali 4,2 tysiące ton jedzenia. Również mniejsze sklepy mogą przekazać swoje nadwyżki, co częściej jest też dla nich tańszym rozwiązaniem niż wywóz odpadów. Aby dystrybucję uczynić jeszcze bardziej skuteczną, w 2016 roku zaczął działać w Szwajcarii pierwszy bank żywności online – Food Bridge, który włącza w cały proces ratowania jedzenia również producentów oraz przetwórców, gdzie pozostałości są problemem znacznie większym niż w sprzedaży detalicznej.

To działania systemowe, a schodząc na niższy poziom, ciekawą lokalną inicjatywą jest organizowane przez stowarzyszenie foodwaste.ch wspólne miejskie gotowanie pod hasłem „Twoje miasto podaje do stołu”. Wolontariusze przygotowują posiłki ze wspomnianych już brzydkich warzyw i żywności, która się nie sprzedała, a następnie karmią wszystkich, którzy przyjdą z talerzem. Takie zero waste’owe kulinarne uczty odbyły się już w Bernie, Bazylei, Zurychu, Aarau i Chur. Informacje o kolejnych wydarzeniach znajdziecie tutaj. 

Co możemy na co dzień zrobić my, pozornie trybiki w machinie, a w rzeczywistości przecież aktorzy grający na planecie Ziemia główną rolę (szkodników)? Jedna z opcji to nocne nurkowanie w kontenerach z żywnością, którą wyrzucają markety. W Szwajcarii, w odróżnieniu choćby od Niemiec, nie jest to uznawane za kradzież, więc droga wolna. Jeśli ktoś woli mniej radykalne rozwiązania, może np. ściągnąć sobie na telefon aplikację Too Good to Go i za jej pomocą wyszukać miejsca – sklepy, piekarnie, kawiarnie, restauracje – które pod koniec dnia oddają za kilka franków świeże produkty spożywcze i dania, które się nie sprzedały. W ten sposób można sobie zarezerwować rogaliki na śniadanie albo zestaw sushi na kolację, w zależności od tego, jakie miejsca w naszej okolicy biorą udział w akcji. W Szwajcarii „uratowano” już dzięki temu ponad 230 tysięcy posiłków. Jak to działa? Obejrzyjcie wideo.

Kiedy natomiast zdarzy nam się kupić za dużo albo po wiosennym grillowaniu zostanie kilka paczek całkiem smacznych kiełbasek (oczywiście wegańskich), których już nie sposób przejeść, nasze jedzenie także możemy przekazać dalej. Na rarytasy czekają na przykład tzw. restessbary, czyli miejsca w większych i mniejszych szwajcarskich miastach (pierwsze powstało w 2012 roku w centrum Winterthuru), gdzie można zostawić wciąż nadającą się do spożycia żywność, której nie potrzebujemy. Dla zainteresowanych więcej informacji pod linkiem.

W Szwajcarii robi się wiele, aby nie dopuszczać do wyrzucania jedzenia. Alternatyw dla śmietnika jest sporo, wystarczy tylko chcieć i zadać sobie minimum trudu. Najlepsze rozwiązanie dla nas, konsumentów wydaje się być proste – kupować mniej, maksymalnie wykorzystywać resztki i starać się nie robić zapasów świeżych produktów, które i tak kończą potem w koszu na śmieci. Jeśli ktoś nie potrafi, są już na rynku inteligentne lodówki, które planują optymalną ilość jedzenia, uwzględniając potrzeby całej rodziny. Wszystkie chwyty dozwolone. Byleby nie marnować. Żywności ani pieniędzy.

Szwajcarski dwugłos #2 Pralka w domu czy w piwnicy?

DIGI5x7templateHORIZ

„Szwajcarski dwugłos” to seria pytań i odpowiedzi, w której autorzy blogów I’m Not Swiss – Agnieszka Kamińska i Swiss Tales – Lambert Król wypowiadają się na różne tematy związane ze szwajcarską rzeczywistością.

Poniżej przeczytacie moje odpowiedzi na pytania, a jeśli jesteście ciekawi, co myśli Lambert, zapraszam na jego bloga (link na końcu tekstu).

Szwajcarski transport – komunikacja publiczna czy auto?

Właśnie mija rok odkąd nie mamy auta. Podsumowując – same plusy. Nie dość, że udaje nam się oszczędzić kilkaset franków miesięcznie, to jeszcze jesteśmy bardziej fit (mąż dojeżdża rowerem do pracy) i nie zanieczyszczamy środowiska. Samochód to niewątpliwie wygoda, ale komunikacja publiczna w Szwajcarii jest na tak wysokim poziomie, że mieszkając w mieście można z powodzeniem żyć bez samochodu. Powiecie, że ceny biletów powalają. Ponieważ sporo jeżdżę pociągami (ostatnio m.in. do Bazylei), mam sposoby, aby po kraju poruszać się za nie więcej niż 30-40 CHF. Wyszukuję bilety o obniżonej cenie albo korzystam z oferty dziennych biletów w mojej gminie. Poza tym mam też Halbtax, który uprawnia do korzystania z transportu publicznego w całej Szwajcarii ze zniżką. Jedyne, co mnie martwi, to coraz częstsze opóźnienia pociągów. 

Pralka – w domu czy w piwnicy?

Wizja dzielonej z sąsiadami pralki przeraża mnie niczym większość Szwajcarów akcesja do Unii Europejskiej. Lista kolejkowa, wyznaczony na pranie jeden dzień w tygodniu, wojna podjazdowa z sąsiadami, łącznie z wyrzucaniem prania na podłogę i kłótnie o higienę w pralni. Ponieważ nic nie jest mi droższe niż swoboda, nawet jeśli chodzi o swobodę prania, podczas poszukiwań mieszkania głównym kryterium była dla mnie pralka w łazience lub chociaż miejsce na jej podłączenie. Z punktu widzenia Polaka – rzecz niewiarygodna. Czasami myślę sobie, że Szwajcarzy wymyślili te wspólne pralnie jako formę integracji sąsiadów. Z zasłyszanych historii o konfliktach wnioskuję jednak, że ta koncepcja się nie do końca sprawdza. 

Przerwa w kinie – strata czasu czy „super, idę na lody”?

Pamiętam moje pierwsze wyjście do kina w Szwajcarii. Mniej więcej po godzinie seansu ekran gaśnie i włączają się światła. – Coś się zepsuło? – pytam męża. – Nie, no przerwa jest. Chcesz loda? Przerwa w kinie – jedna ze szwajcarskich fanaberii, która na początku mnie śmieszyła, a teraz nawet ją doceniam. Można skoczyć do toalety czy kupić coś do picia. Co robią Szwajcarzy? Zazwyczaj jedzą wtedy lody, bez względu na porę roku. O wiele bardziej niż przerwa w kinie mierzi mnie dubbingowanie filmów. Ponieważ do kina chodzę dość często, zawsze muszę szukać wersji oryginalnej i zdarza się, że specjalnie jadę do odległego miejsca w Zurychu tylko po to, aby posłuchać aktorów, a nie niemieckich podkładaczy. Wyobrażacie sobie, że sporo Szwajcarów nigdy w życiu nie słyszało głosu Jacka Nicholsona? Z kolei mój mąż ilekroć jesteśmy w Polsce nie może się nadziwić, że jeden człowiek czyta dialogi wszystkich aktorów. Ot, różnice kulturowe. 

Coop czy Migros, a może u rolnika?

Szwajcarzy dzielą się na tzw. dzieci Coopa (Coopkind) i dzieci Migrosa (Migrokind). Te dwie największe sieci marketów w kraju, mające też swoje banki, biura podróży, szkoły językowe czy pola golfowe są gigantami, które rządzą handlem detalicznym w Szwajcarii. Możecie być pewni, że tam, gdzie jest Migros, w odległości góra kilkuset metrów stoi i Coop, a jeśli Coop robi akurat promocję na coca colę, to Migros przecenia rivellę. Ja jestem dzieckiem Coopa. Dlaczego? Bo mam go najbliżej domu i przyzwyczaiłam się już do kupowanych tam produktów. Poza tym w Coopie można kupić wino (Migros nie sprzedaje alkoholu). Oprócz zakupów w marketach, chodzimy też do pobliskiego rolnika, gdzie w sklepiku między krowią oborą a kurzymi grzędami można kupić wołowinę, sezonowe warzywa, olej czy jajka. Takie miejsca działają na zasadzie „honesty shopping”, czyli nie mają sprzedawcy. Wchodzimy, wybieramy co chcemy, a następnie wrzucamy pieniądze do puszki. To miłe, że niektóre działania w szwajcarskim społeczeństwie wciąż opierają się na zaufaniu do drugiego człowieka. 

Picie po szwajcarsku – wino, piwo, Rivella?

Choć Szwajcaria nie kojarzy się z winiarską potęgą, to produkuje się tutaj sporo tego trunku, a jeszcze więcej konsumuje. Przeciętny Szwajcar wypija rocznie 33 litry wina, co oznacza jakieś trzy butelki w miesiącu. Szwajcarskie wino ustępuje jakością wytworom sąsiadów, ale czasem trafiają się perełki. Problemem jest cena. Za średniej jakości helweckiego fendanta czy pinotnoira zazwyczaj zapłacimy więcej niż za porządne włoskie primitivo czy przyzwoitego niemieckiego rieslinga. Ja z chęcią próbuję szwajcarskich win, które dobrze współgrają zwłaszcza z tradycyjnymi potrawami, jak fondue czy raclette. Latem piję też piwo z lokalnych browarów, które ma niską zawartość alkoholu i jest serwowane w małych butelkach. Takie w sam raz na raz. Rivella, czyli słynny napój z serwatki, z kolei idealnie gasi pragnienie podczas górskich wędrówek. 

Odpowiedzi Lamberta przeczytacie tutaj: http://swisstales.pl/szwajcarski-dwuglos-2-pralka-w-domu-czy-w-piwnicy

Szwajcarskie sposoby na świąteczny stres

Grudniowe święta kojarzą się Wam z nerwową atmosferą, pogonią za prezentami, myciem okien i godzinami spędzonymi w kuchni? Przeczytajcie, jak to robią Szwajcarzy.

web_zurich_weihnachten_weihnachtsmaerkte_1600x900

Fot. Zürich Tourismus

Grzaniec dobry na wszystko

Zamiast snuć się po centrach handlowych, lepiej postać na świeżym zimowym powietrzu, rozgrzewając się grzańcem i roztopionym serem z ziemniakami. Początek adwentu to w Szwajcarii start sezonu na świąteczne jarmarki (większość otwiera się już pod koniec listopada). W całym kraju jest ich ponad czterysta, właściwie każde miasto i miasteczko ma swoją bożonarodzeniową wioskę, a do najpiękniejszych i najliczniej odwiedzanych zalicza się m.in. jarmarki w Einsiedeln (trwa tylko tydzień), Montreux, St. Gallen czy w Zurychu na placu pod operą (na zdjęciu powyżej).

Co można robić na jarmarku? Pić grzane wino albo ciepły poncz, jeść chleb czosnkowy, raclette lub ciasto z jabłkami, kupić mniej lub bardziej przaśne rękodzieło, a przede wszystkim spotkać się ze znajomymi i wdychać (dosłownie, zważywszy na różnorodność zapachów) atmosferę świąt. Przyznam, że jeszcze do niedawna jarmarki uwielbiałam, ale ostatnio jakoś mi zbrzydły. Wino za słodkie, ludzi za dużo, dekoracje nieznośnie kiczowate.. Tak, w tym roku jestem wyjątkowym Grinchem.

Znacznie bardziej podobają mi się za to Fonduestube, czyli budowane specjalnie na okoliczność świąt drewniane chatki w stylu alpejskim, gdzie można usiąść i w cieple zjeść fondue i inne zimowe kulinarne specjały. Jeśli ktoś lubi rustykalne klimaty rodem z krainy Heidi, grzanie pupy na owczych kożuchach przy nakrytych obrusem w kratkę stołach, a przede wszystkim zapach sera z kirschem, szwajcarskie Fonduestube to idealne miejsce na zrelaksowanie się przed świętami. Zwłaszcza te w miastach są oblegane, więc miejsce warto zarezerwować wcześniej.

Czekoladki i gotówka 

Rzecz dzieje się cztery lata temu. To moja pierwsza zima w Szwajcarii i świąteczne spotkanie z rodziną męża. Polskim zwyczajem nerwowo buszuję w poszukiwaniu idealnych prezentów, żeby zrobić jak najlepsze wrażenie na przyszłej teściowej. Mąż kompletnie nie rozumie mojego przejęcia. – Co dla mamy? Czekoladki, jak co roku.

Takie podejście do prezentów potwierdzają ogólnokrajowe statystyki. Trzy czwarte Szwajcarów obdarowuje swoich bliskich słodyczami lub innymi produktami spożywczymi. Czekoladki i wino to żelazny zestaw prezentowy, który – w co mocno wierzą Szwajcarzy – ma uszczęśliwić każdego. Kolejne miejsca na szwajcarskiej liście życzeń zajmują książki, a także bony podarunkowe oraz – pragmatycznie do bólu – gotówka.

W Szwajcarii nie ma zwyczaju dawania drogich prezentów. Przeciętny Szwajcar wydaje na podarunki mniej niż 300 franków, a zakupy wciąż lubi robić tradycyjnie – raczej w sklepach i centrach handlowych niż przez internet.

slide-4

Fot. santaclaus.ch

Potęga przytulności

Nie wiem jak Wy, ale ja nie widzę w Szwajcarii przed świętami masowego mycia okien. O wiele ważniejsze niż sterylna czystość wydaje się być odpowiednie udekorowanie mieszkania. Szwajcarzy są w tym mistrzami świata. Zaczynają na początku grudnia od stroików adwentowych, a ledwo się człowiek obejrzy, już upstrzone światełkami są okna, balkony i ogródki. Sklepy wnętrzarskie właściwie od listopada przeżywają oblężenie, a katalogi co roku lansują nowe mody – a to czarno-biały minimalizm, a to wręcz odwrotnie – kolory i wzory jak w amazońskiej dżungli, nawet na choinkowych bombkach.

Szwajcarzy lubią urządzać swoje domy przez cały rok, ale święta dają im wyjątkowo duże pole do popisu. Najważniejsza zasada – ma być „gemütlich”, czyli przytulnie i jak najbliższej natury, stąd nawet drewniany kołek z wyciętymi gwiazdkami i miejscem na świeczkę może stać się pożądaną ozdobą świątecznego stołu.

Ponieważ rok w rok święta spędzam w Polsce, nie biorę udziału w szwajcarskim wyścigu zdobień, ale z zaciekawieniem go obserwuję. Nie udało mi się znaleźć informacji, ile Szwajcarzy wydają rocznie na dekoracje świąteczne, ale wiem, że jest opcja wypożyczenia nie tylko choinki, ale i choinkowych ozdób. Tanie używane błyskotki można też kupić w Brockenstube, czyli tutejszych secondhandach ze wszystkim.

 

resized_480x280_orig_fondue_chinoise_1

Fot. Zug Tourismus

Nieważne co, ważne, że z mięsem

Podczas gdy polskiej tradycji przyświeca zasada „zastaw się, a postaw się”, zwłaszcza jeśli chodzi o to, co na stole, Szwajcarzy podchodzą do sprawy znacznie mniej ambicjonalnie. Żadnego wystawania godzinami w kuchni, przygotowywania wymyślnych potraw, zapełniania lodówek i szerzenia terroru pod hasłem „no zjedz jeszcze kawałek”.

Szwajcar po prostu stawia na stole gar gotującego się bulionu i deskę mięsa, które następnie wszyscy w owym garze maczają i zajadają. Nazywa się to fondue chinoise i jest popularną potrawą świąteczną od St. Gallen po Genewę. Do tego wino w dużych ilościach, a na koniec obowiązkowy deser w postaci Weihnachtsguetzli, czyli ciasteczek najlepiej domowego wypieku. Chyba, że jesteśmy we włoskiej części kraju. Tam tradycyjnym zimowym ciastem jest Panettone, czyli babka z rodzynkami i kandyzowanymi owocami.

Tak to wygląda w dużym uproszczeniu, bo oczywiście w święta w Szwajcarii je się też inne potrawy, w zależności od regionu i rodzinnych tradycji. Na przykład w kantonie Aargau na stołach często goszczą paszteciki wypełnione wołowym gulaszem z dodatkiem marchewki i groszku. Do świątecznych klasyków należy też pieczeń z ziemniakami i brązowym sosem. Ogólnie szwajcarskie potrawy – w tym te uroczyste – to nie jest kuchnia najwyższych lotów, a jej podstawą jest mięso. Bez niego świąt nie wyobraża sobie aż ponad 60 procent Szwajcarów.

Święta pod palmami 

Na narty albo do ciepłych krajów. Co piąty Szwajcar, chcąc uniknąć stresu i niepewnej pogody, w czasie świąt po prostu wyjeżdża. W tym roku najpopularniejszym kierunkiem jest Tajlandia, bo tanio, można wylegiwać się na plaży i smacznie zjeść. Wśród innych często wybieranych na zimowe wyjazdy miejsc znajdują się też duże miasta, m.in. Nowy Jork, Londyn czy Wiedeń.

Ci, którzy święta chcą spędzić aktywnie, robią w tym czasie wypady na narciarskie stoki w szwajcarskich albo austriackich Alpach, choć deficyt śniegu w ostatnich latach krzyżuje pewnie plany wielu fanom białego szaleństwa.

Na koniec chyba najważniejsze. Zdecydowana większość Szwajcarów, pytanych o to, co robią w święta, odpowiada, że po prostu cieszy się spokojem. I tego właśnie sobie i Wam w najbliższych dniach gorąco życzę.

karibisches-Weihnachten

Szwajcarski dwugłos #1 Hip hop czy jodłowanie

DIGI5x7templateHORIZ

„Szwajcarski dwugłos” to seria pytań i odpowiedzi, w której autorzy blogów I’m Not Swiss – Agnieszka Kamińska i Swiss Tales – Lambert Król wypowiadają się na różne tematy związane ze szwajcarską rzeczywistością. Na początek pięć trudnych wyborów.

Poniżej przeczytacie moje odpowiedzi na pytania, a jeśli jesteście ciekawi, co myśli Lambert, zapraszam na jego bloga (link na końcu tekstu). Kolejny odcinek serii już wkrótce.

Szwajcarska muzyka: jodłowanie czy hip hop?

Odkąd odkryłam radio SRF Virus, niemal codziennie pracuję przy dźwiękach szwajcarskiej muzyki i to nie tej najbardziej popularnej. Na początku rapowe i hip hopowe numery wykonywane w dialekcie (zwłaszcza tym z Berna) były dla mnie bełkotem i w najlepszym wypadku powodowały niekontrolowane ataki śmiechu. Im cześciej jednak ich słuchałam, tym bardziej zaczęłam się przekonywać do ich specyfiki. To ciekawy sposób na zapoznanie się z różnymi odsłonami języka mówionego. Zainteresowanym polecam m.in. Gleis Zwei z Zurychu, Sektion Kuchikäschtli z Gryzonii, Greis z Lozanny czy młodego i bardziej popowego NEMO z Berna. Poza oczywiście najbardziej znanym i lubianym Bliggiem. Co zaś do jodłowania.. Od dawna odgrażam się mężowi, że zapiszę się do Jodelklub i zostanę prawdopodobnie pierwszą jodłującą Polką w historii Szwajcarii ;) Kiedyś dotrzymam słowa.

Szwajcarska kuchnia: fondue czy raclette?

Któregoś razu odwiedzili nas przyjaciele z Polski i w planach obowiązkowo było fondue. Polacy postanowili jednak urozmaicić tradycyjną (!) szwajcarską (!) potrawę, maczając w serze oprócz chleba także – o zgrozo! – ziemniaki, paprykę, kalafior i inne wynalazki. Z przerażeniem obserwowałam coraz bardziej blednącą twarz mojego męża. Na koniec wyżerki goście zgodnie stwierdzili, że z chlebem jednak smakuje najlepiej. Triumf w oczach Szwajcara – bezcenny. Choć lubię fondue, jestem w stanie jeść je góra raz, dwa razy do roku (popite dużą ilością wina) i zazwyczaj po kilku chlebkach mam dosyć. Raclette, z racji tego, że jest to danie bardziej urozmaicone (ziemniaki, ogóreczki i inne piklowane warzywa) bardziej odpowiada moim smakom.

Niemiecki: wysoki czy szwajcarski?

Zdecydowanie niemiecki. Kiedy przyjechałam do Szwajcarii, musiałam nauczyć się języka od zera, co kosztowało mnie dużo czasu, energii i pieniędzy. Pewnie dlatego teraz tak cenię sobie jego znajomość i nie za bardzo chciałabym deformować wymowy dialektowymi łamańcami. Zresztą bawią mnie przyjezdni pocący się nad tymi wszystkimi „üüä”, „tschtsch”, „chäsch”, „üet”, „isch”, „hää”.. Hure Schiissdräck! Tylko przekleństwa wydają mi się godne uwagi ;) W Szwajcarii przecież wystarczy tylko rozumieć język mówiony, aby z powodzeniem funkcjonować zarówno w pracy ze Szwajcarami, jaki i sytuacjach prywatnych. Wcale nie trzeba się silić na udawanie Heidi. Choć dialekty są dla mnie fascynujące, często zabawne, czasem absurdalne (np. moje ulubione słowo „bö”, które oznacza „nie wiem” – koniecznie wypowiadane ze wzruszeniem ramionami), to pozostaną raczej lokalnym folklorem, niż językową ambicją.

Szwajcarskie miasta: Zurych czy Bazylea?

Zurych, Zurych, Zurych. Kompaktowy, ale z wielkomiejską atmosferą. Bogaty, ale miejscami brudnawy i alternatywny. Z tradycjami, ale wielokulturowy i nowoczesny. Choć to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, to odkryłam swoje miejsca i teraz zawsze chętnie tam bywam. Jezioro jest oczywiście centrum wszelakich aktywności, jednak ja znacznie bardziej wolę np. okolice Hardbrücke i ich pofabryczny klimat czy Langstrasse, gdzie w azjatyckich budach krawaciarze siedzą obok bezdomnych. Kiedyś marzyłam o tym, żeby zamieszkać w Zurychu. Teraz mi przeszło i doceniam moje skromniejsze, ale też bardzo ciekawe Winterthur. W Bazylei byłam póki co raz, więc nie zdążyłyśmy jeszcze zbudować silniejszej relacji.

Szwajcarski sport: Federer czy Amann?

Roger Federer – niekwestionowany król Szwajcarii i moja platoniczna miłość. Na koncie 20 wygranych Grand Slamów, 8 Wimbledonów, 6 Australian Open i 5 US Open. W wieku 37 lat, po dwudziestu latach kariery, wciąż numer 3 w światowym tenisie. Choć wiem, że to w dużej mierze jego medialny wizerunek, to pomijając jego wielkość, Federer wydaje się po prostu sympatycznym gościem. Świadczy o tym choćby fakt, że co roku na zakończenie turnieju tenisowego w Bazylei (tam Federer zaczynał jako ball boy) funduje pizzę łapaczom piłek i spędza z nimi czas. Chociaż nie gram w tenisa ani zbyt dobrze się na nim nie znam, to mecze Rogera oglądam z ciekawością. Chciałabym go kiedyś poznać! Przy okazji polecam Wam film dokumentalny „Strokes of Genius” o rywalizacji Federera z Rafaelem Nadalem.

Odpowiedzi Lamberta przeczytacie tutaj:

http://swisstales.pl/szwajcarski-dwuglos-1-hip-hop-czy-jodlowanie/

Szwajcaria winem płynąca

Switzerland Autumn: Ligerz, Drohnenaufnahme

Fot. Switzerland Tourism/Roman Burri

Mogłoby się wydawać, że Szwajcaria, często pakowana do jednego kulturowego worka z Niemcami i Austrią, to kraj piwoszy. Bo co lepiej pasuje do tych wszystkich wurstów i sauerkrautów, jak nie jasne pełne z gęstą pianą? Poza tym, Szwajcaria to przecież kraj, gdzie dużą powierzchnię zajmują góry, lasy i jeziora. Gdzie tu miejsce na winnice? Jednak granicząc z Francją i Włochami, nie można nie nasiąknąć kulinarnymi wpływami tych europejskich gigantów winiarskich.

Dlatego kiedy spojrzymy na to, co zwykło się w Helwecji popijać, okazuje się, że z ok. 8 l czystego alkoholu konsumowanego rocznie przez statystycznego Szwajcara, prawie połowa to wino. Choć trudno w to uwierzyć, ten niewielki kraj pod wieloma względami jest winiarską potęgą. Przekonajcie się sami.

🍷 Zacznijmy od tego, że uprawa winorośli ma tu długą tradycję. Winiarstwo rozwinęło się za czasów Imperium Rzymskiego, a pierwsze nasadzenia pojawiły się już 800 lat przed Chrystusem. Dzisiaj w całym kraju uprawia się aż 240 różnych szczepów winorośli i to wszystko na niespełna 15 tys. hektarów ziemi. Widać, że podobnie jak w wielu innych dziedzinach, tak i tutaj Szwajcaria nie lubi centralizacji. Winnice są małe i porozrzucane po różnych regionach kraju, ale winiarze mogą się poszczycić kultywowaniem wielu rdzennych gatunków winorośli, których nie znajdziemy nigdzie indziej. Należą do nich m.in. Chasselas, Gamaret, Arvine czy Amigne.

🍷 Najwięcej wina (aż jedną trzecią całkowitej produkcji) uprawia się w alpejskim kantonie Vallis, gdzie winogrona rosną na wysokości nawet ponad 1000 m nad poziomem morza. To tutaj znajduje się najwyższej położona winnica w Europie – w miejscowości Visperterminen winorośl rozpościera się na wzgórzach o wysokości od 650 m do 1150 m npm. Zarówno Vallis, jak i graniczący z nim kanton Vaud, słyną głównie z win białych. To właśnie stamtąd pochodzi rodzima odmiana wina Chasselas (zwana też Fendant), którym ze smakiem popijamy serowe fondue.

Switzerland Autumn: Bonvillars, Trueffelfest

Fot. Switzerland Tourism/Jan Geerk

🍷 Z kolei najbardziej rozpowszechnioną odmianą winorośli w całej Szwajcarii jest Pinot Noir, znana tutaj pod nazwą Blauburgunder. To tzw. diva wśród win, ponieważ ze względu na wymagające warunki uprawy bywa bardzo kapryśna, a jakość powstających z niej win mocno zależna od pogody, nawodnienia gleby itp. Z Pinot Noir powstają zarówno wina czerwone, jak i białe. Jej uprawy w Szwajcarii zajmują ponad 4 tys. hektarów powierzchni, czyli aż jedną piątą wszystkich nasadzeń.

🍷 Najprzyjemniejsza czynność związana z winem, to oczywiście jego picie. W tej dziedzinie Helweci są blisko światowego podium. Średnia roczna konsumpcja to 264 mln litrów, czyli 33 litrów królewskiego trunku na głowę. To daje ponad 3 butelki wina miesięcznie i.. czwarte miejsce w światowym rankingu za 2017 rok. Więcej pije się tylko w Portugalii, Francji i we Włoszech. Oczywiście Szwajcarzy piją nie tylko swoje produkty. Najwięcej wina importuje się z Włoch i Hiszpanii.

🍷 Dlaczego o szwajcarskich winach wciąż niezbyt wiele słyszy się w świecie? Bo tutejsi winiarze nie wysyłają swoich produktów za granicę (eksportuje się niespełna 1 proc. całkowitej produkcji). Choć wiele z nich jakością mogłoby konkurować choćby z winami niemieckimi, niestety przegrywają wysoką ceną. Dlatego biedni Szwajcarzy muszą sami wypijać prawie wszystko, co wyprodukują. A rocznie mieści się to w ok. 125 mln butelek o objętości 0,75 l.

Switzerland Autumn: Ligerz, Herbstpanorama

Fot. Switzerland Tourism/Jan Geerk

🍷 Gdzie najlepiej spróbować szwajcarskich win? Bezpośrednio u producentów. Nie każdy ma jednak czas jeździć po winnicach. Najwięcej winiarzy w jednym miejscu można spotkać podczas dorocznych targów wina w Zurychu. Expovina odbywa się tradycyjnie jesienią (w tym roku od 1 do 15 listopada) w dość nietypowym miejscu, bo na dwunastu statkach zacumowanych przy Bürkliplatz, na jeziorze Zuryskim. Do zdegustowania są tam cztery tysiące win z całego świata, w tym dużo lokalnej produkcji. To największa otwarta dla publiczności impreza winiarska w Europie.

🍷 Winnice w Szwajcarii to też ważny kierunek tutejszej turystyki. Tradycyjnie kojarzonych z winem regionów jest sześć: wspomniane już Vallis i Vaud, a oprócz tego włoski kanton Tessin, okolice Genewy, region trzech jezior, czyli wzgórza Jury oraz Szwajcaria niemieckojęzyczna. Gdzie jest najpiękniej? Jedne z bardziej pocztówkowych są winnice położone nad jeziorem Genewskim, w pasie między Lozanną a Montreaux. Wpisane na listę dziedzictwa UNESCO słoneczne tarasy Lavaux to ponad 30-kilometrowa trasa, prowadząca przez ok. 800 hektarów winnic. Można ją przemierzyć pociągiem (tak najlepiej, jeśli chcemy przy okazji popróbować wina), rowerem albo pieszo. Po drodze wpadamy tu i tam na degustację wina i lokalnych przysmaków.

Winiarstwo jest jedną z moich pasji, dlatego o nim piszę – może nieco nietypowo, jak na tematykę bloga – i mam nadzieję, że zainteresowałam Was choć trochę Szwajcarią, widzianą z tej perspektywy. Lubicie wino? Próbowaliście szwajcarskich trunków? Odwiedzacie tutejsze winnice i festiwale winiarskie? A może mieliście okazję pracować przy zbiorach w Szwajcarii?

————————————————————————————————————————————

Źródła:

http://www.weinlandschweiz.ch

http://www.swisswine.ch

http://www.myswitzerland.com

http://www.expovina.ch

http://www.agrarbericht.ch

http://www.statista.com