„Jak wszystko się zawali, to chociaż góry zostaną”. O jakości życia w Szwajcarii 

Średniej wielkości miasto na północy Polski. Autobus odrywa się ciężko z przystanku, wydając pomruk razem z czarną chmurą spalin, którą natychmiast czuję nawet w przykrytych maseczką ochroną nozdrzach. – Fuj – krzywię się z niesmakiem. Nie mogliby wymienić tych autobusów na elektryczne? Słyszę: chyba coś ci się pomyliło, to nie Szwajcaria. 

Stolica kraju. Chyba, bo niewiele widać przez grubą mgłę smogu. Choć nie muszę, noszę maskę na zewnątrz. Nie z obawy przed wirusem, ale przed uduszeniem. Mimo to jest cudownie. Dzwonię do znajomej z Zurychu. – Wiesz, jestem tu dopiero kilka godzin i już rozmawiałam z trzema nieznajomymi osobami. Pan z poczty policzył mi przesyłkę po cenach z 2017 roku, żeby wyszło taniej. Miałam szczęście, bo nazywał się tak samo jak odbiorca paczki. Wyobrażasz sobie coś takiego w Szwajcarii? – czuję się jak pies wypuszczony z klatki. To nie Szwajcaria. Uff. 

Bliżej świąt ekscytacja się kurczy. Przytłaczają rytualne wędrówki po centrach handlowych i znoszenie rzeczy, którego nie są w stanie wyhamować nawet strzelające w kosmos ceny. Śmieci i psie kupy na chodnikach. Pociąg spóźniony o godzinę. Chyba trochę tęsknię za porządkiem i spokojem. Piszę do tych, którzy w tym roku zostali w Szwajcarii. – Wracaj, tu jednak żyje się wygodniej – dostaję w odpowiedzi. 

Tydzień później ląduję w Zurychu. Pociąg z lotniska szybko i punktualnie dowozi mnie do Dworca Głównego. Kiedy czekam na tramwaj, na przystanku przysiada się do mnie pan. Po chwili czuję chmurę dymu z papierosa. Śmierdzącym buchem dostaję prosto w twarz. Pan spokojnie pali dalej. Szwajcaria, tu się oddycha – mruczę pod nosem i już nie pamiętam, za czym właściwie tęskniłam.

Bo gdzie ci będzie lepiej… 

To miał być tekst o jakości życia w Szwajcarii. Długo zastanawiałam się jak w ogóle podejść do tematu. Nie żeby przede mną nie zrobiły już tego tęgie mózgi. Ponieważ żyjemy w czasach klasyfikacji, różne instytucje próbują mierzyć jakość życia w krajach, a nawet w miastach i na tej podstawie tworzyć rankingi „najlepszych miejsc do życia”. Jak się pewnie domyślacie, Szwajcaria jest w tych zestawieniach prymuską, bez względu na to, kto i co dokładnie bada. Firma Mercer na przykład regularnie publikuje globalną hierarchię miejsc najbardziej przyjaznych ekspatom. W 2019 roku w pierwszej dziesiątce umieściła aż trzy szwajcarskie miasta – Zurych (na drugim miejscu na świecie, zaraz po Wiedniu), Genewę i Bazyleę. Ranking zwraca uwagę m.in. na ceny i zarobki, warunki mieszkaniowe, opiekę zdrowotną, środowisko naturalne, usługi publiczne, rekreację, edukację i ogólny klimat społeczno-polityczny. 

Z kolei w rankingu OECD Better Life Index, poza standardowymi kategoriami, znajdziemy też takie jak satysfakcja z życia, zaangażowanie społeczne czy równowaga między życiem zawodowym i prywatnym. W dwóch ostatnich Szwajcaria wypada blado, mimo to określenie „wysoka jakość życia” to jedno z pierwszych obrazów, które pojawiają się w rozbudzonej wyobraźni przyjezdnych. A i my, którzy mieszkamy tu od lat, przestaliśmy już sobie zadawać pytanie, co to właściwie znaczy.

Niedawno w głównym wydaniu szwajcarskich wiadomości materiał o drogich lekach prowadząca rozpoczęła stwierdzeniem „opieka zdrowotna w Szwajcarii jest jedną z najlepszych na świecie”. Oczywista oczywistość. Nie ma to jak uwierzyć w swój PR. A PR-owcami Szwajcarzy są – rzeczywiście – najlepszymi na świecie. Zdarza mi się słyszeć od przyjezdnych osób różnej narodowości, że to właśnie „wysoka jakość życia” trzyma ich w alpejskim raju jak lep i nie pozwala go opuścić. To takie pojęcie-wytrych, które często kończy dyskusję na temat Szwajcarii. „…bo gdzie nam się będzie żyło lepiej?”. 

Zaczęłam pytać, a odpowiedzi zalały mnie jak zuryska mgła w listopadzie. Sporo z nich dotyczyło – a jakże – pieniędzy.

Pieniądze to (nie) wszystko 

Ile słynnych trójkątnych batonów da się kupić za średnią pensję szwajcarską? Przybliżony rachunek wykazuje, że jakieś… 30 dziennie! To dostatek, którego nie byliby w stanie przerobić nawet najbardziej zapalczywi pochłaniacze czekolady. Co nam mówi o Szwajcarii? Więcej niż może się wydawać. 

Siła nabywcza pieniądza, czyli ile Z (tu wstawcie sobie to, co lubicie) można nabyć za X (dochody w walucie danego kraju) bywa często utożsamiane z tym, co nazywamy JAKOŚCIĄ ŻYCIA. Wiadomo, że lepiej jest żyć w kraju, w którym przy przeciętnych zarobkach stać nas codziennie na wypicie kawy w mieście, niż w takim, w którym możemy sobie na to pozwolić tylko raz w miesiącu. Pod warunkiem, że lubimy kawę i przesiadywanie w miejscach publicznych. Ale co jeśli jesteśmy domatorami, którzy wolą herbatę? 

To, czy w jakimś miejscu żyje nam się dobrze jest kwestią indywidualnych potrzeb i ich zaspokojenia. Banał, ale pozwala nieco oderwać się od dyktatu pozycji w rankingach. Mierzenie jakości życia jest podobnie karkołomnym zadaniem jak zajmowanie się badaniem szczęścia. Z wielu dostępnych najbardziej przemawia do mnie chyba schemat fińskiego socjologa Erika Allardta, opierający się na trzech filarach. „Having”, czyli materialne warunki życia, jest równie ważne jak „Loving”, czyli relacje z ludźmi i „Being” – realizacja swojego potencjału i zakorzenienie w społeczeństwie. 

Cieszy mnie w Szwajcarii to, że mogę wygodnie żyć bez samochodu, ubrać się za grosze w second-handzie, umeblować bezkosztowo z ulicznych wystawek i kupić sobie pączka z kremem za 2 franki na stoisku z wczorajszym pieczywem. A po powrocie z Polski, nawet to, że jeśli nabiorę spontanicznej ochoty na kanapkę z jajkiem, to nie muszę go sobie najpierw ugotować. 

Jednak najważniejszym wyznacznikiem jakości życia są dla mnie relacje z ludźmi. Otwartość, która objawia się w tym, że nie tworzymy niewidzialnych murów i nie dzielimy ludzi na kategorie. Elastyczność w rozmowach, wyrażanie emocji, bez zastanawiania się, czy aby czegoś nie wypada. Inkluzywność, polegająca na dawaniu szans i docenianiu potencjału. Szacunek i zrozumienie, nawet jeśli to przelotny kontakt na infolinii operatora sieci komórkowej. 

Ale przecież dla kogoś innego wysoka jakość życia to może być piękny widok za oknem, niezakorkowane ulice czy smaczny chleb w markecie, a nawet… – i tę odpowiedź jednego ze znajomych wyjątkowo szanuję – duży wybór składników na negroni.

Ponieważ temat nie dawał mi spokoju, stworzyłam – z Waszą pomocą – ranking kryteriów, według których oceniamy jakość życia w Szwajcarii jako wysoką. Co sprawia, że – cytując klasyka – chcecie zasypiać i budzić się nie gdzie indziej niż w helweckim raju? Cytaty (niektóre po redakcji) to Wasze odpowiedzi na pytanie, które zadałam w mediach społecznościowych i w prywatnych wiadomościach.

BEZPIECZEŃSTWO I ZAUFANIE

Kiedy jestem w Niemczech czy we Francji, wiele osób zwraca mi uwagę, żebym zamknęła torebkę, bo to nie Szwajcaria. Faktycznie, bywa, że torebkę mam nie do końca zapiętą, samochód co prawda zamykam, ale często zostawiam na siedzeniu portfel, a i z zamykaniem mieszkania bywa u mnie różnie.”

Mój mąż czasami zapomina o zamknięciu samochodu albo zostawia klucze w drzwiach domu… Wszystko zawsze jest na miejscu.”

„Ludzie generalnie sobie ufają i są do siebie przyjaźnie nastawieni. Dzięki temu nie trzeba ciągle uważać ani walczyć z otaczającym światem. Listonosz może zostawić przed budynkiem, do którego wchodzi zaparkowany wózek wypełniony przesyłkami i prawdopodobnie nic się nie stanie. Mogą funkcjonować sklepy samoobsługowe, w tym te, które wydawałoby się, że nie mają prawa przetrwać: z winem na prowincji. To też się przekłada na zaufanie do państwa – oszukiwanie systemu nie jest chlubą.”

Człowiek czuje się tu bezpieczny, czy to na ulicy, czy to dlatego, że aborcja jest legalna.”

CZYSTOŚĆ

Cudna natura oraz dbanie o własne otoczenie. Wiadomo, że śmieci są, ale organizujemy z sąsiadami różne akcje, żeby je wspólnie posprzątać.”

Czyste powietrze i woda w rzekach i jeziorach.” 

Czystość nazwijmy to urbanistyczna – nie ma przewróconych koszy, zardzewiałych znaków drogowych czy rozwalonych płyt chodnikowych„. 

KOMFORTOWE MIESZKANIE

Rynek wynajmu jest wysoce uregulowany, każda strona znakomicie zabezpieczona i wszystko odbywa się na bardzo jasnych zasadach.” 

Za średnią pensję można wynająć mieszkanie i nie jest to kawalerka.”

Wielkość mieszkań i ich standard jest o wiele wyższy niż standard europejski. Mniej więcej za jedną trzecią wypłaty można wynająć duże przestronne miejsce, na co w Polsce nigdy nie było mnie stać. Jeśli wynajmowałam, to był to pokój w standardzie dalekim od tego, który w Szwajcarii jest osiągalny z łatwością. Studenci lub praktykanci mieszkają tu w warunkach, o których polski student może tylko pomarzyć. Dla mnie to największe udogodnienie i codzienna radość.” 

ZAROBKI 

Pensja, dzięki której można poczuć, że ktoś docenia twoją pracę.”

Nieważne, jaką prace wykonujesz – kierowcy, sprzątaczki w szkole, recepcjonistki – stać cię na życie i nie martwisz się czy starczy ci do pierwszego.

Pracując można żyć, podróżować, odkładać, kupować co potrzeba.” 

OPIEKA PAŃSTWA/GMINY

Rynek pracy jest wymagający w porównaniu z krajami anglosaskimi czy nordyckimi, ale dobrze zorganizowany, także jeśli straci się pracę. Są oferty kursów, doradcy zawodowi. Mam porównanie z Francją i tam było z tym znacznie gorzej.” 

Piękna przestrzeń i zajęcia dla dzieci w bibliotekach i domach kultury, a także kursy, które oferuje miasto w przystępnych cenach na kieszeń każdej rodziny. Czekaliśmy rok, ale było warto.

Ławki, place zabaw, miejsca na grilla (często nawet z przygotowanym drewnem na ognisko) – ogólnie dobra organizacja wspólnego spędzania czasu poza domem. W lasach są miejsca na piknik, toalety na każdym kroku.”

Kąpieliska z ratownikiem, świetną infrastrukturą, miejscem do kąpieli dla dzieciaków (z parasolami)„. 

I JESZCZE…

Wysokie standardy dotyczące ochrony praw zwierząt.” 

Jest sporo biurokracji, ale decyzje urzędników są ważne i wiążące. Do tego należy również spokojne wprowadzanie prawa, vacatio legis.” 

Dostęp do najlepszej światowej kultury.” 

Wolne niedziele. Bardziej ceni się wolny czas i życie po pracy.” 

Brak stresu na drodze.” 

A na koniec moja absolutnie ulubiona wypowiedź… 

Szwajcaria daje mi poczucie, że mam tutaj większą szansę na ciekawą i spokojną przyszłość. Że jak wszystko się zawali to chociaż góry pozostaną i ta niesamowita natura (oczywiście tu nie ma żadnej gwarancji patrząc, w jaką stronę zmierza świat). Być może to są tylko moje odczucia, ale odkąd tu trafiłam, zaczęłam widzieć bezproblemową przyszłość jako coś osiągalnego.

Czego i Wam życzę na 2022 rok!

Kapitan Corona. Kim jest człowiek, który strzeże Szwajcarii przed wirusem?

6293581292016454

65-letni Daniel Koch od dwunastu lat zarządza departamentem chorób zakaźnych w szwajcarskim ministerstwie zdrowia (BAG). Fot. watson.ch

Kryzys to jego drugie imię. W ciągu ostatniego miesiąca stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy w Szwajcarii. Nieznajomi zatrzymują go na ulicy, dziękując za opanowanie i profesjonalizm w czasach, kiedy najłatwiej jest spanikować. Lekarz z Berna. Od lat odpowiedzialny za departament chorób zakaźnych w szwajcarskim ministerstwie zdrowia, stanął na czele sztabu specjalistów toczących nierówną walkę z koronawirusem. Prywatnie – miłośnik psów i biegacz. Wytrwałość z jaką pokonuje maratony przydaje mu się teraz – na dyżurze 24h. Wkrótce, 13 kwietnia, skończy 65 lat i właściwie mógłby już odpocząć na emeryturze. Ale szwajcarski ekspert od epidemii nie zamierza się poddawać. Kapitan nie może przecież pierwszy opuścić statku. 

Nie ma dnia bez Daniela Kocha. Jego charakterystyczna twarz patrzy na nas z telewizora. Jego głos słychać w radio. Gazety wypełniają coraz to nowe wywiady, w których tłumaczy, informuje, rozwiewa wątpliwości, dementuje plotki. Nie owija w bawełnę, co w Szwajcarii rzadkie. Uspokaja – to nie wojna, ale kiedy trzeba, nie boi się powiedzieć, że sytuacja jest dramatyczna. Potrafi też przyznać, że czegoś nie wie. „Nie mam w uchu mikrofonu, do którego redakcja podpowiada mi aktualne liczby” – odpowiada na powtarzane przez dziennikarzy pytania o bieżącą liczbę osób zakażonych przebywających w szpitalach.

Mówienie po raz setny o tym samym na pewno go męczy, jednak nie traci cierpliwości. Przy czym jego wypowiedzi zaskakują szczerością. Jak wtedy, kiedy przyznał, że nie nadąża już z liczeniem chorych. Przyzwyczajonych do okrągłych formułek płynących z ust rządzących, ta otwartość może szokować. Kiedy początkową reakcją na lawinowo rosnącą liczbę chorych była panika, Koch bez emocji wyjaśniał mechanizmy społeczne, które nie tracą na aktualności w kryzysie. Wielu naciskało, żeby się spieszyć, on twierdził, że lepiej jest poczekać. W wywiadzie udzielonym tabloidowi Blick 15 marca (wówczas w Szwajcarii było ponad 2 tysiące zakażonych, teraz już ponad 7 tysięcy) tłumaczył, dlaczego szwajcarski rząd wstrzymuje się z zamknięciem granic i wprowadzeniem zakazu wychodzenia z domu. 

„Musimy się zastanowić, jakie działania są do zaakceptowania przez obywateli. Zareagujemy za wcześnie, ludzie nie dostosują się do wytycznych, nie widząc sensu ich wdrażania. Aby coś przedsięwziąć, potrzebna jest motywacja. (…) Szwajcarzy akceptują zakazy, tylko wtedy, gdy rozumieją ich sens. Jeśli chodzi o to, jesteśmy inni niż pozostałe kraje: w Szwajcarii należy obywatelom najpierw wytłumaczyć, o co chodzi”

Te słowa krytykowało wówczas wielu (łącznie z piszącą ten tekst), ale wkrótce miało się okazać, że jest w nich dużo zrozumienia dla działania Szwajcarów, którzy z początku sceptycznie reagowali na zamykanie sklepów i apel rządu, aby pozostać w domu. Musiało upłynąć jeszcze trochę wody w Renie i wiele godzin powtarzania, tłumaczenia, odpowiadania na wciąż te same pytania, aby ulice szwajcarskich miast zaczęły się wyludniać.

daniel-koch-coronavirus-bag

Internauci ochrzcili już Kocha „Misterem Corona”. Memy z jego wypowiedziami obiegły internet. Fot. nau.ch

Koch zyskał już w Szwajcarii przydomek „Mister Corona”. Nie raz udowodnił, że przy całej powadze sytuacji, wciąż można zachować dystans. Jego błyskotliwe odpowiedzi na pytania dziennikarzy sprawiły, że stał się nawet gwiazdą internetowych memów. Podczas jednej z konferencji prasowych na prośbę dziennikarza o wyjaśnienie, dlaczego w swoich wypowiedziach tak często posługuje się trybem przypuszczającym (niem. Konjunktiv), odparł, że nie jest ekspertem od języków, żeby tłumaczyć takie rzeczy. Można to obejrzeć TUTAJ.

Kim jest Daniel Koch? Lekarzem z Berna. Skończył medycynę na lokalnej uczelni, a potem zrobił jeszcze magistra ze zdrowia publicznego na Uniwersytecie Johna Hopkinsa w Baltimore (to od nich bierzemy teraz informacje o globalnych statystykach koronawirusa). W szwajcarskim resorcie zdrowia pracuje od 2002 roku. Koronawirus to nie jest jego pierwsza epidemia. Jako człowiek na służbie przeżył już pandemię SARS i tzw. ptasiej grypy. W 2008 roku objął dowodzenie w departamencie chorób zakaźnych. Wcześniej działał w Międzynarodowym Komitecie Czerwonego Krzyża jako koordynator medyczny na obszarach objętych kryzysem. Pracował m.in. w Sierra Leone, Ugandzie i Południowej Afryce. Nie jedno tam widział i niewykluczone, że właśnie doświadczenia z pracy w tych krajach nauczyły go opanowania w trudnych sytuacjach. 

Jego szczupła sylwetka zdradza sportowca. Koch to biegacz-długodystansowiec. Ma na koncie kilka szwajcarskich pełnych i półmaratonów. Krótsze dystanse woli pokonywać w towarzystwie swoich psów – Akiry, Chili i Buntschi – uprawiając canine crossing. W tej dyscyplinie sportu ma spore osiągnięcia – w ubiegłym roku został mistrzem Europy w swojej kategorii na zawodach w Belgii, a dwa lata temu, w Polsce(!), zdobył tytuł wicemistrza świata. Szwajcarski specjalista od epidemii ma w ogóle duże serce dla zwierząt. Działa w stowarzyszeniu Certodog, które zajmuje się m.in. szkoleniami dla hodowców i instruktorów psów.

Daniel Koch wkrótce skończy 65 lat. To wiek, w którym mężczyzna pracujący w Szwajcarii może powiedzieć „danke vielmal” i udać się na zasłużoną emeryturę. Czy Koch zejdzie z posterunku, kiedy – jak sam podkreśla – najgorsze wciąż przed nami? Jeszcze nie zdecydował, choć jego następca już czeka na przejęcie sterów (to Stefan Kuster ze Szpitala Uniwersyteckiego w Zurychu). Z dnia na dzień widać po Kochu, że jest coraz bardziej zmęczony, mimo że twierdzi, że starcza mu czasu na sen i jedzenie. – Ja zawsze byłem taki chudy – uspokaja w swoim stylu wszystkich zmartwionych. Oprócz tego, że codziennie musi udzielać informacji i dawać rady całej Szwajcarii, od niedawna ma też inne – równie odpowiedzialne zadanie. Trzy miesiące temu został dziadkiem. Z wnukiem niestety póki co nie wolno mu się widywać. Zasady w czasach epidemii są święte. W końcu to on sam je ustala.

—————————————————————————————————————————————–

Źródła:

https://www.schweizer-illustrierte.ch/people/daniel-koch-vom-bag-der-marathon-mann

https://www.nau.ch/politik/regional/coronavirus-stefan-kuster-wird-unser-neuer-mr-corona-65675442

https://www.nau.ch/politik/bundeshaus/coronavirus-bag-koch-wird-fur-seine-schlagfertigkeit-gefeiert-65681642

https://de.wikipedia.org/wiki/Daniel_Koch

https://www.blick.ch/news/politik/bag-koch-ueber-das-zoegerliche-vorgehen-des-bundesrats-warum-zu-schnelles-handeln-nichts-bringt-id15797355.html

Pandemia koronawirusa: Szwajcaria idzie własną drogą

Władze Szwajcarii wstrzymują się z wprowadzeniem stanu wyjątkowego w całym kraju. Twierdzą, że na zamykanie granic jest już za późno. Czy to ustrojowa niemoc? Próba zachowania spokoju za wszelką cenę? A może jedyne rozsądne działanie w kryzysowej sytuacji? 

530485

Zalecenia dotyczące ochrony przed wirusem obejmują m.in. zachowanie dystansu i podstawowych zasad higieny. Fot. SRF

Berno, 4 marca. Trwa kolejna już w ostatnich dniach konferencja ministra zdrowia, podczas której Alain Berset informuje przed kamerami o nowych zaleceniach rządu, dotyczących ochrony obywateli przed koronawirusem. Mówi o potrzebie zachowania społecznego dystansu, powstrzymania się od całusów w policzek na powitanie oraz wymiany uścisków dłoni w sytuacjach zawodowych i prywatnych. Chwilę później, oddając głos Heidi Hanselmann, dyrektor departamentu zdrowia publicznego, wyciąga w jej kierunku dłoń. Nagranie natychmiast obiegło internet, a niekonsekwencja Berseta wynikająca przecież ze zwykłego przyzwyczajenia (w Szwajcarii uścisk dłoni to podstawa społecznych relacji), jest dobrym przykładem tego, że i politykom z trudnością przychodzi odnalezienie się w nowej sytuacji, w jakiej znalazł się kraj. 

Od momentu, kiedy w Szwajcarii potwierdzono pierwszy przypadek SARS-CoV-2 (w kantonie Tessyn, mężczyzna wrócił z Mediolanu) minęły ponad dwa tygodnie. Obecnie zakażonych jest już 858, sześć osób zmarło (dane z 12 marca). Jeśli odnieść liczbę przypadków wirusa do liczby mieszkańców, to Szwajcaria jest w pierwszej piątce najbardziej zainfekowanych krajów na świecie. Wirus opanował niemalże wszystkie kantony, a największą liczbę przypadków zanotowano we włoskojęzycznym Tessynie.  

To tam, w Gambarogno na południu Szwajcarii, mieszka Anna. Gmina bezpośrednio graniczy z włoską Lombardią, regionem, gdzie wirus zrobił największe spustoszenie. I choć Włochy pozostają krajem w całości objętym kwarantanną, na granicy ze Szwajcarią ruch – choć ograniczony – wciąż się odbywa. 

– Na teren Szwajcarii mogą wjechać osoby mające pozwolenie na pracę. Ograniczenia w ruchu i zamknięcie niektórych przejść granicznych powoduje ogromne korki, dlatego kierowcy są proszeni o umieszczanie dokumentów przy samej szybie, na masce samochodu, aby nie trzeba było wszystkich aut zatrzymywać do kontroli – mówi Anna, Polka mieszkająca w Gambagorno, która to co się dzieje przy granicy, może obserwować ze swojego balkonu. 

Do Szwajcarii przyjeżdża dzień w dzień ok. 330 tysięcy pracowników z przygranicznych miejscowości we Włoszech, Francji i Niemczech. Powód: wyższe zarobki oraz zapotrzebowanie na pracowników w różnych branżach, m.in. medycznej. Między Włochami a Szwajcarią codziennie kursuje 68 tysięcy pracowników przygranicznych. Wielu pracuje w szpitalach. – Obecnie trwa organizacja nowych zasad pracy. Dla pracujących w placówkach opieki medycznej mieszkańców Lombardii przygotowywane są tymczasowe miejsca zakwaterowania – relacjonuje Anna. 

Położenie geograficzne sprawiło, że włoskojęzyczny kanton Tessyn, będący na pierwszej linii frontu walki z wirusem, wielu zaczęło postrzegać jako tamę, która albo wirusa powstrzyma, albo pękając sprawi, że ten wyleje się na cały kraj. Niestety stało się to drugie. 

Po tym, jak w Tessynie liczba przypadków zakażenia wirusem przekroczyła 120, władze kantonu zdecydowały się wprowadzić tam stan wyjątkowy. Życie spowolniło. Zamknięte są kina, baseny, kluby i niektóre szkoły. W restauracjach nie może przebywać jednocześnie więcej niż 50 osób. – Wszyscy są proszeni o unikanie zgromadzeń i przemieszczania się bez konieczności. Odwołano imprezy, w tym tradycyjne rozpoczęcie sezonu turystycznego, w trakcie slynnego festiwalu kamelii. Nie ma paniki, ale czuje się niepokój – opowiada Anna.

Granica wciąż pozostaje otwarta, a sytuacja w Szwajcarii zmienia się jak w kalejdoskopie. Podobnie jak reakcje ludzi i komentarze ekspertów (prawdziwych i samozwańczych) na temat działań rządu. Tylko te ostatnie tak jakby.. zamarły. 

Kiedy pod koniec lutego wiadomo było, że wirus pokonał Alpy i dotarł do Szwajcarii, reakcja państwa była szybka. Już trzy dni od rozpoznania pierwszego przypadku wirusa wprowadzono zakaz zgromadzeń publicznych z udziałem więcej niż tysiąca osób. Odwołane zostały duże imprezy, m.in. salon motoryzacyjny w Genewie czy karnawał w Bazylei. Szczegółowym ustalaniem i wprowadzaniem środków zapobiegającym rozprzestrzeniania się wirusa miały się już zająć – zgodnie z zasadą federalizmu – władze poszczególnych kantonów. 

Tym samym i odpowiedzialność za bezpieczeństwo obywateli stała się w dużej mierze wewnętrzną sprawą 26 kantonów. A te reagowały różnie, podobnie zresztą, jak prywatne firmy, które zaczęły testować granice pomiędzy dobrem pracowników, a własnym interesem. Bardziej zapobiegliwe skracały czas pracy albo umożliwiały wykonywanie zawodowych obowiązków z domu. Mniej ostrożne ograniczyły się do zaopatrzenia biur w butelki ze środkiem dezynfekującym. Jednocześnie głosy, aby zamknąć południową granicę Szwajcarii tonęły w zalewie uspokajającego przesłania rządzących: wszystko jest pod kontrolą.

W dniu, w którym polski rząd podjął decyzję o zamknięciu szkół i przedszkoli, Szwajcaria miała już 650 przypadków koronawirusa i cztery ofiary śmiertelne. Życie w miastach wciąż toczyło się w nieco zwolnionym, ale jednak normalnym tempie. Na Uniwersytecie Zuryskim, mimo potwierdzonych zakażeń, zajęcia odbywały się regularnie. Dzieci chodziły do szkół i przedszkoli. Dopiero dwa tygodnie po tym, jak w kraju zdiagnozowano pierwszy przypadek wirusa, szwajcarskie koleje i linie lotnicze zawiesiły połączenia z Zurychu do Wenecji i Mediolanu. 

W międzyczasie przez internet przetacza się burza. Komentarze są różne, od „Szwajcario, obudź się i zrób coś wreszcie” po „Przecież i tak nie mamy nad tym kontroli, to po co siać panikę”. Jakie zatem powinno być „modelowe” działanie w przypadku pandemii koronawirusa? Trudno powiedzieć. 

Wydaje się, że Szwajcaria, jak wielokrotnie w historii, tak i w obecnej sytuacji idzie własną drogą. Zalecając stosowanie się do podstawowych zasad higieny i społeczną izolację, ale wciąż zostawiając otwarte granice władze nie wprowadziły kwarantanny, która przyniosła dobre rezultaty w Chinach i – jak się póki co tylko ufa – mają pomóc opanować dramatyczną sytuację we Włoszech.

Z dużą rezerwą podchodzi się tu też do wykonywania testów na obecność koronawirusa. Aby nie dopuścić do oblężenia szpitali, osobom z objawami choroby zaleca się pozostanie w domu. Opieką objęci są starsi, chorzy, z grup ryzyka. – Przy tylu przypadkach nie da się już stwierdzić, kto miał kontakt z zarażonymi osobami, a też nie wszyscy potrzebują specjalistycznego leczenia, więc testuje się celowo osoby, które są najbardziej zagrożone – tłumaczy mi pracownik Szpitala Uniwersyteckiego w Zurychu.

Szwajcaria to kraj z dużym odsetkiem osób starszych. Tych powyżej 65. roku życia mieszka tu ponad 1,5 miliona. – Wprowadzono dodatkowe środki ostrożności, takie jak zakaz odwiedzin w szpitalach czy domach starości, żeby nie narażać starszych osób. Szpitale są dobrze wyposażone, dopasowały środki izolacji do najnowszych danych o wirusie, jest wystarczająco dużo personelu, nie brakuje miejsc na oddziałach. Właściwie wszystko działa normalnie – dodaje pracownik szpitala.

W przeliczeniu na milion mieszkańców w Szwajcarii wykonuje się w szpitalach o połowę mniej testów niż we Włoszech. To sprawia, że brak jest rzeczywistych danych o nosicielach wirusa.

Czy powtarzane przez polityków jak mantra zalecenia: myć ręce i zostać w domu wystarczą, aby zapanować nad pandemią? – Bez wprowadzenia drastycznych środków zapobiegawczych liczba zachorowań będzie eskalować, co doprowadzi do niewydolności systemu opieki zdrowotnej – twierdzi Richard Neher, profesor biofizyki z Instytutu Biologii Uniwersytetu w Bazylei. Jego zdaniem, rząd powinien wprowadzić m.in. nakaz pracy zdalnej, ograniczenie przemieszczania się środkami transportu publicznego oraz zamknąć szkoły.

Choć jest jeszcze za wcześnie, aby oceniać politykę państwa i ferować wyroki, to trudno się oprzeć wrażeniu, że w porównaniu do strategii obserwowanych w innych państwach, Szwajcaria jest zdecydowanie po stronie zachowawczego podejścia do tematu epidemii. Rządzący zachowują spokój, a obywatele ufają, że będzie dobrze. Warto też pamiętać o specyfice tutejszego ustroju. W normalnej sytuacji rzadko kiedy decyzje w Szwajcarii płyną „z góry”. Wytyczne pozostają w gestii cieszących się dużą swobodą kantonów. Pytanie, czy obecną sytuację jeszcze można nazywać normalną.

Póki co koronawirus krążący w alpejskim powietrzu działa jak magnes wyciagając na powierzchnię strukturalne słabości szwajcarskiej gospodarki i systemu opieki zdrowotnej. Pokazuje, jak bardzo Szwajcaria jest zależna od pracowników (także opieki zdrowotnej) i dostaw z zagranicy. Wstrzymany transport masek ochronnych z Niemiec wywołał niedawno dyplomatyczny zgrzyt między Bernem i Berlinem. Otwarta granica dla pracowników z Włoch dzieli Szwajcarów. 

W tej sytuacji słowa szwajcarskiego ministra Ignazio Cassisa, że w powstrzymaniu rozprzestrzeniania się wirusa w Europie pomoże tylko współpraca między krajami nosi znamiona jeśli nie naiwności, to politycznego myślenia życzeniowego.