Kto bogatemu zabroni, czyli ile i na co wydaje się w Szwajcarii

Swiss-franc

Fot. Shutterstock

W Szwajcarii o pieniądzach się nie rozmawia. Pieniądze się ma. Choć regularnie publikowane przez urzędników liczby rzucają nieco światła na finanse Helwetów, to jak twierdził brytyjski polityk Benjamin Disraeli, istnieją trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, okropne kłamstwa, statystyki.

Wiadomo, że podawane średnie wartości, zwłaszcza w kraju z tak wysokim odsetkiem milionerów, to tylko pewna iluzja, dająca nam złudzenie, że wiemy coś więcej o przeciętnym obywatelu. Niemniej jednak oficjalne dane istnieją i to one – czy tego chcemy, czy nie – rozpalają wyobraźnię mediów, wpływają na działania polityków i kształtują wizerunek kraju w świecie.

Federalne Biuro Statystyczne regularnie zagląda obywatelom do portfeli i ujawnia zarobki oraz wydatki Szwajcarów. I to właśnie z uwagi na wydatki postanowiłam zainteresować Was tymi wyliczeniami. Mam wrażenie, że w kontekście życia w Szwajcarii, za dużo mówi się o zarobkach, a za mało o kosztach utrzymania i o tym, na co przeznacza się pieniądze. Dlatego teraz, krok po kroku, pokażę Wam, ile i na co wydają miesięcznie mieszkańcy jednego z najbogatszych krajów na świecie.

Według danych za 2016 r. (najświeższych dostępnych), przychody przeciętnego gospodarstwa domowego w Szwajcarii (2,2 osoby) to 10 033 CHF miesięcznie. Z czego:

  • ponad jedną czwartą zjadają podatki, obowiązkowe transfery socjalne i ubezpieczenia (m.in. składki na podstawowe ubezpieczenie zdrowotne)

Po odliczeniu niezbędnych zobowiązań, w domowym budżecie zostaje miesięcznie 7 124 CHF. Z czego:

  • 578 CHF wydaje się średnio na dodatkowe ubezpieczenia (np. na uzupełniającą polisę zdrowotną, która obejmuje m.in. koszty transportu karetką) oraz darowizny (te można odpisać od podatku)
  • najwyższą pozycję w wydatkach zajmują opłaty związane z mieszkaniem i rachunkami za energię, miesięcznie to prawie 1,5 tys. CHF
  • na drugim miejscu są koszty transportu, które pochłaniają średnio 770 CHF

Tym sposobem rozeszło się nam już 40 proc. budżetu do dyspozycji na cały miesiąc. Reszta zostaje na bieżące wydatki, takie jak między innymi:

  • żywność i napoje – średnio 632 CHF (dodając alkohol i papierosy to 738 CHF)
  • wyjścia do restauracji i pobyty w hotelach – 584 CHF
  • wyjścia do kina, teatru, na koncert, czyli rozrywka i kultura – 542 CHF
  • wyposażenie i utrzymanie mieszkania – 234 CHF
  • ubrania i buty – 210 CHF

Wszystkie miesięczne wydatki sumują się do ponad 5,8 tys. CHF, co oznacza, że na koniec statystyczne gospodarstwo domowe jest w stanie jeszcze całkiem sporo odłożyć.

Oczywiście, tak to wygląda w idealnym świecie statystyki. Sami urzędnicy przyznają w raporcie, że prawie 60 proc. szwajcarskich gospodarstw dysponuje budżetem niższym niż średnie 7 124 CHF, a ci, którzy mają poniżej 5 tys. CHF nie są w stanie oszczędzać pieniędzy, więc w przypadku niespodziewanych dodatkowych wydatków muszą się zapożyczać.

Są dwie rzeczy, które wydają mi się w tych liczbach szczególnie ciekawe. Po pierwsze, szwajcarska paranoja ubezpieczeniowa, którą widać w wysokości wydatków na wszelkiego rodzaju polisy. Po drugie, struktura wydatków, gdzie na ciuchy (które w Szwajcarii są relatywnie tanie) czy na wyposażenie mieszkania wydaje się znacznie mniej niż na kulturę i szeroko pojęte życie towarzyskie.

Domyślam się, że to nie tylko kwestia ceny, ale też modelu konsumpcji, który odzwierciedla poziom społecznego dobrobytu i kapitalizm oparty bardziej na korzystaniu z usług niż gromadzeniu przedmiotów. Statystyczny Szwajcar, zamiast kupować nowy telewizor co rok czy każdej zimy wymieniać buty na aktualny model, woli częściej pójść ze znajomymi na kolację albo wyjechać na weekend w góry. Do tego dochodzi jeszcze kwestia starzenia się szwajcarskiego społeczeństwa. W teorii, im człowiek starszy, tym bardziej powściągliwy w konsumpcji, choć jak patrzę na tutejszych emerytów rozbijających się po knajpach, zastanawiam się, czy to nie oni właśnie nakręcają ten szwajcarski dobrobyt.

Ponad tysiąc franków miesięcznie na chodzenie do restauracji i teatrów? Idealnie. Szkoda, że to tylko ta mydląca wszystkim oczy statystyka.

Na koniec, żeby nie było tak poważnie, jeden z setek żartów na temat słynnego szwajcarskiego bogactwa.

48f2439338a257c2344b4c8b4b177d9c15e9a848e5fd5166b6ace33b48442625

quickmeme.com

Albo dzieci, albo kariera – czy Szwajcaria jest prorodzinna?

23-86442094-23-86368763-1486109396

Fot. svz.de

Aby spróbować odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule, muszę zacząć od tego, co rozumiem przez prorodzinność. Prorodzinny jest kraj, który swoim ustawodawstwem i działaniami wspiera rodziców w łączeniu posiadania potomstwa z aktywnością zawodową. Kobieta w kraju prorodzinnym nie musi wybierać: rodzina albo praca, ale korzysta z rozwiązań systemowych, pozwalających jej na spełnianie się w macierzyństwie oraz poza nim. Ma możliwość, jeśli chce, łączenia wielu społecznych ról.

Kraj prorodzinny to taki, w którym politycy swoimi działaniami nie przymuszają do rodzenia dzieci, ale ułatwiają ich posiadanie, kariera nie jest zarezerwowana wyłącznie dla bezdzietnych, a rodzicielstwa i radzenia sobie z jego organizacją (m.in. opieki nad dzieckiem) nie traktuje się, jak prywatnej sprawy samych rodziców. 

Po rozmowach z matkami i ojcami, którzy przybyli tutaj z innych krajów oraz opierając się na własnych obserwacjach, dochodzę do wniosku, że Szwajcaria z prorodzinnością radzi sobie kiepsko. Oto kilka przykładów, dlaczego. 

Krótki urlop macierzyński 

Pracującej kobiecie po urodzeniu dziecka przysługuje w Szwajcarii 14 tygodni płatnego (80 proc.) urlopu macierzyńskiego. Czy to mało? Matki, z którymi rozmawiałam, zgodnie twierdzą, że tak. Tymczasem jest to dokładnie tyle, ile rekomenduje Unia Europejska (do której Szwajcaria nie należy). W Europie znajdziemy kilka krajów, gdzie podstawowy płatny urlop po urodzeniu dziecka trwa jeszcze krócej, np. Portugalia i Hiszpania (6 tyg.), Niemcy (8 tyg.), Belgia (9 tyg.) czy Holandia (10 tyg.). 

W tych krajach jednak matkom przysługuje również prawo do wolnego przed przyjściem na świat potomstwa (np. w Hiszpanii aż 10 tygodni), a kiedy macierzyński się kończy, kobiety często mają możliwość zostania z dzieckiem dłużej (np. wziąć urlop wychowawczy). W Szwajcarii aktywna zawodowo matka, jeśli chce wrócić do pracy, musi zapewnić opiekę swojemu 3,5-miesięcznego maluchowi (urlop można wydłużyć o kolejne dwa tygodnie, ale już bezpłatnie). Wiele kobiet, zwłaszcza karmiących piersią (co w Szwajcarii bardzo się promuje), nie wyobraża sobie rozstania z dzieckiem na tak wczesnym etapie jego rozwoju. Powrót do pracy na cały etat raczej odpada. 

Brak urlopu ojcowskiego 

Szwajcaria lubi być ostatnia we wprowadzaniu równościowych rozwiązań. Kiedyś dotyczyło to praw wyborczych kobiet, dzisiaj urlopów ojcowskich. Walka o te ostatnie toczy się tutaj dopiero od niedawna. Obecnie, w zależności od miejsca pracy i kantonu, pracownikowi, któremu urodziło się dziecko, przysługuje zazwyczaj co najmniej jeden dzień wolny. Ostatnio głośno było o związkach zawodowych w szwajcarskich kolejach SBB, które wywalczyły dla pracowników dwa tygodnie urlopu ojcowskiego. Takich przykładów wciąż jest jednak jak na lekarstwo.  

Ci, którzy dążą do wprowadzenia ustawowego urlopu ojcowskiego, chcą, aby ojcowie mieli prawo do płatnych czterech tygodni po urodzeniu dziecka. Szwajcarscy politycy uważają jednak, że to za dużo, a ich zdaniem szacowane koszty rzędu 420 mln franków nadszarpnęłyby gospodarkę. Dlatego już proponują skrócić nieistniejący jeszcze urlop dla ojców do dwóch tygodni.

Paradoksalnie przeszkodą we wprowadzeniu urlopów ojcowskich mogą się okazać sami mężczyźni. Z badań socjologicznych i komentarzy pojawiających się w dyskusji wynika, że tata-Szwajcar zamiast zmieniać pieluchy, woli robić nadgodziny w biurze. Jeden pan stwierdził nawet, że dziecko jest nudne, dopóki nie skończy trzech lat – dopiero wtedy można z nim np. pograć w piłkę. Szwajcarski model rodziny wciąż jest dość konserwatywny, o czym będę pisać w dalszej części tego tekstu, więc otwarcie się na nowe role nie zawsze przychodzi tutejszym mężczyznom z łatwością. Co nie znaczy, że nie można próbować tego zmienić. 

Droga opieka nad dziećmi 

Temat-rzeka w szwajcarskich dyskusjach o prorodzinności. Słone koszty instytucji opiekuńczych i problemy ze znalezieniem profesjonalnej niani – ile jest w tym prawdy? Obowiązek szkolny w Szwajcarii dotyczy dzieci od 4. roku życia. Wtedy idą one do przedszkola. Matka, która do tego czasu chce być aktywna zawodowo, ma kilka możliwości zapewnienia dziecku opieki w godzinach swojej pracy. Pierwszą z nich jest Kinderkrippe, czyli tutajsze żłobko-przedszkole. Znajdziemy tam dzieciaki zarówno kilkumiesięczne, jak i kilkuletnie. 

Niektórzy szwajcarscy eksperci od wychowania nazywają Krippe parkingiem dla dzieci. Przeważa pogląd, że zanim dziecko skończy dwa lata, posyłanie go do Krippe nie jest dobre. Podobnie, jak zostawianie go tam codziennie od rana do wieczora. Jaki pracodawca będzie czekał na kobietę dwa lata, zanim odchowa ona potomka? Obawiam się, że niewielu. To głównie rozwiązanie dla matek pracujących na część etatu.

Ile kosztuje Krippe? Różnie, w zależności od kantonu i gminy. Sprawdziłam w Winterthur: ceny zaczynają się od 105 CHF za dzień (rodziny o niskich zarobkach mogą starać się o dotacje). Załóżmy, że kobieta pracuje na pół etatu i zarabia 3 tys. CHF miesięcznie. W najtańszym żłobku (3 dni w tygodniu) będzie musiała zostawić niemal połowę swojego wynagrodzenia. Czy w takiej sytuacji opłaca jej się w ogóle pracować? 

Alternatywą dla Krippe jest Tagesmutter, czyli kobieta, która siedzi z własnymi dziećmi w domu i przy okazji zarabia jeszcze na opiece nad cudzymi. Za godzinę takiej usługi liczy sobie średnio 8 CHF, jeśli jest zrzeszona w specjalnej organizacji, prywatnie (w Zurychu) nawet do 15 CHF za godzinę. Dla porównania, niania w tym samym mieście zarabia od 25 do 35 CHF za godzinę. Na koniec, tak popularna w Polsce i innych krajach instytucja babci, to opcja ewentualnie dla Szwajcarów i tych, którzy przyjechali tutaj całymi rodzinami. Większości imigrantów ten komfort nie dotyczy.

Społeczna rola kobiety w Szwajcarii 

W jednym z artykułów (wszystkie źródła poniżej) przeczytałam, że Szwajcaria w ostatnich latach poszła do przodu, jeśli chodzi o prorodzinność, ponieważ  pojawiły się całodzienne szkoły oraz tzw. Mittagstische, gdzie dzieci mogą zostać w porze lunchu. W Szwajcarii to czas, kiedy mali uczniowie przychodzą ze szkoły do domu. Kto musi tam na nich czekać? Zgadnijcie. Tradycyjnie też środowe popołudnia są wolne od szkoły, a dzieci zamiast długich wakacji letnich mają ferie co kilka miesięcy. Kto organizuje im wtedy czas? No właśnie. 

Wszystko w Szwajcarii jest tak zorganizowane, żeby kobieta była przede wszystkim matką, od której oczekuje się, że zakładając rodzinę pożegna się z karierą zawodową. Jeszcze w 1991 roku aż 40 proc. kobiet mających potomstwo nie pracowało wcale. Do dzisiaj ten odsetek znacznie zmalał, ale wciąż wynosi ponad 20 proc. 

Mam też wrażenie, że Szwajcaria jest krajem, gdzie pracy kobiet nie traktuje się poważnie, raczej jak pożyteczne hobby, bo przecież dobrze jest czasem wyjść z domu, poprzebywać z ludźmi, a przy okazji zarobić na kosmetyczkę i fryzjera. Ponad 80 proc. aktywnych zawodowo kobiet pracuje tylko na część etatu. Wśród kobiet bezdzietnych ten odsetek wynosi jedynie 37 procent. 

O kobietach, które wychowują dzieci i próbują pracować na 100 proc. słyszy się bardzo rzadko. Najczęściej podawane są jako przykład wyrodnych matek. Większość prędzej czy później musi zrezygnować. Z pracy. Marzenia o pogodzeniu rodziny i kariery można w Szwajcarii włożyć między bajki. 

Złota klatka

Pewna redaktorka w zuryskiej gazecie przekonywała przewrotnie w swoim felietonie, że szwajcarskie kobiety są wyjątkowymi szczęściarami. Zżymają się na genderową różnicę płac (w Szwajcarii kobiety zarabiają średnio o 600 CHF mniej niż ich koledzy, wykonując tę samą pracę; dyskryminację udowodniono co 10 firmie), a powinny się cieszyć, że stać je (a raczej ich mężów) na zajmowanie się dziećmi w domach, czego wiele kobiet w Europie może im tylko zazdrościć. W dodatku system chroni je na tyle, że w przypadku rozwodu nie zostają z niczym. To raczej mężczyźni idą wtedy z torbami. No i przecież matki mogą pracować na część etatu – szwajcarski rynek pracy jest elastyczny, jak żaden inny. Redaktorka pisze o wolnym wyborze. Mnie na myśl przychodzi raczej złota klatka. 

Mimo wszystko trudno mi jednoznacznie ocenić sytuację tutejszych kobiet. Z jednej strony wiem, że feministki łapią się za głowę. Z drugiej, widzę zadowolone Szwajcarki, które bezstresowo wychowują dzieci i lubią swoją pracę nawet, jeśli traktują ją jak hobby. Toż to ideał work-life balance w praktyce! Szybko jednak zdaję sobie sprawę z tego, że taki system sprzyja tylko jednej grupie kobiet – takim, które na rezygnację z pracy na 100 proc. mogą sobie pozwolić. Co z całą resztą? Co z nami – ekspatkami, migrantkami, pracowniczkami i matkami? Polkami, dla których dwa etaty – w pracy i w domu – to norma? Oddychacie z ulgą w szwajcarskiej klatce?

—————————————————–

Źródła:

http://www.europarl.europa.pl

www.bfs.admin.ch

http://www.stadtwinterthur.ch

www.swissmom.ch

http://www.vaterschaftsurlaub.ch

www.republik.ch

www.familienleben.ch

http://www.nzz.ch (felietony Nicole Althaus)

www.tagesanzeiger.ch 

 

Jak chorować, to tylko w Szwajcarii (?)

topelement-4

Fot. tagesanzeiger.ch

W tym kraju medycyna jest na światowym poziomie, a lekarze potrafią działać cuda. To dlatego przyjeżdżają się tutaj leczyć milionerzy i gwiazdy. Płacić trzeba słono, ale możemy być pewni, że jesteśmy w najlepszych możliwych rękach.

Zapomnijmy na chwilę o Czerwonym Krzyżu, osiągnięciach noblistów w dziedzinie medycyny i globalnym indeksie HAQ, lokującym Szwajcarię na trzecim miejscu (za Andorą i Islandią) pod względem dostępności i jakości opieki zdrowotnej. Jak szwajcarska służba zdrowia wygląda z naszego punktu widzenia – pacjenta, który po prostu jest chory, idzie do lekarza, gdzie chce otrzymać trafną diagnozę oraz leki, które mu pomogą? O to zapytałam Was – czytelniczki i czytelników bloga.

Planowałam zacząć ten tekst zdaniem „Przychodzi Polak/Polka do lekarza”, ale w Szwajcarii tak to nie działa. Trzeba najpierw zadzwonić. W zależności od modelu ubezpieczenia zdrowotnego – albo bezpośrednio do asystentki lekarza rodzinnego (w droższej opcji), albo najpierw na infolinię ubezpieczyciela (tzw. telmed, opcja tańsza i stąd też częściej wybierana przez obcokrajowców). Wyobraźcie sobie sytuację, że coś Wam dolega i musicie przez telefon obcej osobie, której kompetencji nie jesteście w stanie zweryfikować, zwierzać się w obcym języku ze swoich problemów zdrowotnych. Dla mnie koszmar! Są też tacy, którzy zamiast do lekarza, udają się najpierw do apteki, gdzie miła pani farmaceutka (rzadziej pan farmaceuta) udziela pierwszej pomocy, próbując rozszyfrować mowę ciała.

Niezależnie od typu ubezpieczenia, żeby dostąpić zaszczytu spotkania ze szwajcarskim lekarzem, należy najpierw przejść przez sito, które odsiewa naprawdę chorych od tych, którzy lepiej, żeby nie tworzyli sztucznego tłumu. Z jednej strony, jest to niewątpliwie szwajcarski sposób na brak kolejek w gabinetach lekarskich, z drugiej oznacza, że jeśli naprawdę szybko potrzebujesz pomocy, a internista akurat nie ma wolnych terminów, lądujesz w szpitalu, gdzie możesz liczyć na najszybszą „obsługę”, zazwyczaj jednak za wyższą cenę. W przypadku specjalistów, zdarza się, że lekarze domowi sami doradzają oddział szpitalny, ponieważ wiedzą, że znalezienie dermatologa czy ortopedy z otwartą listą pacjentów graniczy z cudem.

„Do lekarzy trzeba chodzić po prośbie – trochę jak w Polsce, ale tam mówią ci, że nie ma numerków i zapraszamy za pół roku/ rok/ 5 lat. Tutaj lekarze prowadzą swoją własną praktykę, ale czasami trzeba obdzwonić pół miasta, żeby ktoś zgodził się cię przyjąć, bo ma już swoich pacjentów i więcej nie przyjmuje. Tak samo się czeka miesiąc na wizytę u specjalisty, mimo że za to płacisz i to całkiem nie mało” *.

Załóżmy jednak, że do lekarza się dostajemy. Idziemy wyznaczonego dnia, na konkretną godzinę. Wizyta przebiega niezwykle profesonalnie – lekarz jest punktualny, uprzejmy, komunikuje się z nami po angielsku, jeśli nie znamy lokalnego języka, gabinet jest świetnie wyposażony, a my gruntownie przebadani, otrzymujemy diagnozę i leki, po których na pewno poczujemy się lepiej. Takich pozytywnych doświadczeń macie całkiem sporo.

„Szybko zdiagnozowana i wyleczona (przynajmniej tak się do tej pory wydaje) borelioza. Podejrzenie złamania kości nadgarsta: na rentgenie zrobionym od razu nic nie widać, więc zlecony zostaje rezonans w szpitalu, jeszcze tego samego dnia. Wyniki od razu. Grypa, angina – wizyta tego samego/następnego dnia, antybiotyki oraz zwolnienie z pracy. Chyba dobrze przepisane, bo za każdym razem pomagało. Na wizytę póki co nie zdarzyło mi się jeszcze czekać dłużej niż jeden dzień. W sumie mam same pozytywne doświadczenia – dużo się tu płaci, ale jakość usług też bardzo wysoka”.

„Idąc pierwszy raz do przypadkowej szwajcarskiej przychodni nie miałam absolutnie żadnych problemów z przyjęciem, karta ubezpieczenia, ankieta, proszę chwilę zaczekać, lekarz bardzo uprzejmy i pomocny (dostosował się do mojego słabego niemieckiego i nawet znalazł tłumaczenie na Google Translate, żebym dobrze zrozumiała), zrobił te badania które chciałam – ogólnie obsługa prima sort, przynajmniej w tej przychodni”.

„Jeśli miało się w Polsce ubezpieczenie prywatne, to całość jest w 100% identyczna i bezproblemowa, z tą różnicą, że od razu dostałem leki oraz instrukcję, jak i kiedy je brać – dla mnie bomba”.

Kontakt ze szwajcarskimi lekarzami nie dla wszystkich był jednak tak przyjemny. Niektórzy z Was zrazili się na tyle, że jeżdżą się leczyć za granicę.

„Dwa razy byłam z dziećmi u lekarki Szwajcarki. Jedna była…brudna… miała brudne ubranie i stopy, bo zdejmowała buty i było widać. Druga mimo ubezpieczenia nie chciała dziecku zrobić badania krwi, bo twierdziła, że to kosztuje, a moje uzasadnienie nie jest wystarczające. Ja sama byłam raz, gdy byłam przeziębiona przez 3 tygodnie, a pani leczyła mnie syropem ziołowym. Teraz mamy pediatrę Niemkę – jesteśmy zachwyceni! Mamy również cudowną dentystkę dziecięcą i ortodontę dziecięcego. Fantastyczna obsługa i, co ważne, nie czujemy się naciągani. Wszystko z myślą o pieniądzach i długoterminowych celach”.

Niechęć tutejszych medyków do zlecania badań również mnie kilka razy zaskoczyła. Nie licząc szczepień, które powtarza się co 10 lat, to mam wrażenie, że profilaktyka jest traktowana po macoszemu. Weźmy choćby pracowników szwajcarskich firm, którzy nie przechodzą regularnych badań kontrolnych (poza niektórymi zawodami, np. w branży chemicznej) i nikogo to nie dziwi. Na sugestie pacjenta, że może chciałby jednak zrobić jakieś testy, lekarze reagują zdziwieniem: ale czy coś Pana/Panią boli? Nie? No to badania niepotrzebne.

„Mam historie nowotworowe w rodzinie, dlatego muszę się częściej kontrolować. A tutaj usłyszałam: Po co Pani USG ginekologiczne, jakby się coś działo, jakieś bóle, to dopiero wtedy zrobimy. To samo dotyczy badań krwi”.

W wielu Waszych opowieściach pojawiają się problemy z diagnostyką. Doświadczył jej rownież mój mąż, który pewnego razu wyszedł z gabinetu „weekendowego” (przychodnie, do których nie trzeba się umawiać, wystarczy przyjść i poczekać w kolejce, czynne rownież w dni wolne od pracy) ze zdiagnozowaną świnką. Po konsultacji z innym lekarzem okazało się, że to.. żuchwa wyskoczyła mu z zawiasów. Podobnych opowieści dostałam od Was sporo.

„Półpaśca leczyli u mnie lekami na alergię. Jak się zorientowali po trzech dniach, że to jednak nie alergia, na leki przeciwwirusowe było już za późno. Nie to, że byłam jakimś ciężkim przypadkiem. Inny lekarz postawił diagnozę po opisie objawów przez telefon”.

Kolejna historia brzmi jeszcze straszniej.

„Choruję przewlekle od 8 lat, a jakieś 3 lata temu pojawiły się u mnie nowe problemy zdrowotne. Jeden lekarz odsyłał mnie do drugiego, wizyty w specjalistycznych klinikach, rezonanse, tomografie, szpitale, czasem nawet lądowanie na ostrym dyżurze i nic. Nowe leki, zalecenia i dalej nic. Każdy widzi, że wyniki są złe, nikt nie potrafi powiedzieć dlaczego. Trafiłam w końcu do „lokalnego doktora House’a”, który najpierw próbował szukać przyczyny badaniami, a teraz robi na mnie doświadczenia. Wciąż zmienia diety, lekarstwa, oczywiście z umiarem, tak myślę. Przyczyny nadal nie znalazł. Te doświadczenia sprawiły, że o tutejszej służbie zdrowia mam zdanie takie, że jest świetna, jeśli wiadomo na co chorujesz”.

Jedna z czytelniczek trafiła do szpitala po wypadku na rowerze. Pech chciał, że była sobota.

„W weekend nie ma co liczyć na przyzwoitego lekarza. Zajmowało się mną dwóch lekarzy asystujących, z czego pierwszy powiedzial, że standardowo robi się diagnostykę z tomografią komputerową i dokładnym badaniem narządów, ale mnie nie zrobią, ponieważ mój stan nie jest taki zły. Następnie próbował nastawić złamanie cztery razy, bez efektu, w końcu zapakował rękę w szynę (niewłaściwą, jak okazało się po wizycie u chirurga). Drugi lekarz, ortopeda w trakcie specjalizacji, w szpitalu zajrzał do rany na ręce i stwierdził, że on nie wie, czy tam widzi tkankę tłuszczową czy torebkę stawową, ale wyczyści i da antybiotyk. Wypuszczono mnie na drugi dzień, a na liście diagnoz było sześć pozycji, łącznie z otwarciem kaletki maziowej (gdzie lekarz sam mówił, że nie wie, co widzi) oraz wstrząśnieniem mózgu – gdzie odmówiono mi standardowej diagnostyki i wprost mnie o tym poinformowano..”.

Z Waszych doświadczeń wynika również, że Szwajcarscy lekarze nie dość, że diagnostykę traktują, jak strzelanie do celu, to są też dość mocno „wyluzowani”, jeśli chodzi o reakcję na objawy, które nie muszą, ale mogą świadczyć o poważnej chorobie. Do miary legendy urosły już historie o leczeniu bólu głowy leżeniem w łóżku i piciem dużej ilości wody.

„Przyszedłem do lekarza, bo miałem kłucia w sercu. Kazał mi 1. Jeść trzy razy dziennie 2. Unikać cukru 3. Pić wodę. Potem dostałem rachunek na 260 franków”.

Podobna historia przytrafiła się również mnie. Mam bóle kręgosłupa, do których już się przyzwyczaiłam, ale któregoś dnia były na tyle silne, że postanowiłam zgłosić się po pomoc do mojego lekarza. O święta naiwności! Fakt, po kilku wizytach zrobił wreszcie prześwietlenie, ale tylko po to, żeby stwierdzić, że wszystko jest ok, więc on nie wie, skąd te bóle. Po czym delikatnie zasugerował wizytę u psychiatry (autentyk!).

„Przyzwyczaiłam się już do szwajcarskiego systemu pediatrii, według którego jestem totalną hipochondryczką, bo z chorym dzieckiem biegam do lekarza. Tu się dowiedziałam, że a) dobrze że dziecko ma kaszel, bo czyści oskrzela, b) dobrze, że ma katar, bo czyści nos, c) jeżeli nie ma temperatury, a od dwóch miesięcy jest chore, to znaczy, że co tydzień łapie nowego wirusa – trzeba przeczekać. Na ból ucha psika się do nosa sól morską, na ból gardła – płucze roztworem soli albo szałwią. Nawet w aptece ciężko wyprosić coś „lekopodobnego”, nawet jak się prycha i kicha.”

Szeroko pojęta medycyna naturalna, która obejmuje zarówno ziołolecznictwo, jak i bardziej dyskusyjne metody np. homeopatię, ma w tutejszym systemie opieki zdrowotnej status niemalże równy konwencjonalnemu leczeniu. Do tego stopnia, że ubezpieczyciele pokrywają koszty wizyt u rozmaitych „uzdrowicieli”.

„Widziałam tutaj nawet gabinet weterynaryjny, który się reklamował stosowaniem homeopatii. Nie wiem jak efekt placebo ma zadziałać na zwierzę. Może na właściciela, spokojny właściciel = spokojniejsze/zdrowsze zwierzę?”

Być może Szwajcarzy zbyt mocno do serca wzięli sobie słowa Voltaire’a, że „sztuka medyczna polega na zabawianiu pacjenta, podczas gdy natura leczy chorobę”..

Skutek leczenia bólu wodą lub pestkami dyni (sic!) jest dla pacjenta często taki, że jeśli jest chory/a, na dłuższe zwolnienie z pracy nie ma co liczyć. Bo kto to widział wylegiwać się w łóżku z jakąś tam fanaberią typu gorączka, podczas gdy inni w pocie czoła zarabiają franki?

„Trzy dni to było maksymalne zwolnienie, jakie kiedykolwiek dostałam, nawet w przypadku stwierdzonego wstrząsu mózgu. Nie jestem z tych, co biorą zwolnienia przy każdej okazji, ale kiedyś przez trzy tygodnie miałam ciągły kaszel i się dusiłam, a oni uparcie dawali mi zwolnienie na 1-2 dni. Potem wracałam do pracy na jeden dzień, miałam kolejny atak kaszlu, więc znowu leczyłam się paracetamolem i kroplami do gardła. Dopiero kiedy pokazałam wyniki z Polski (testy na astmę pozytywne) i dwa inhalatorki (przepisane przez lekarza w Polsce), to stwierdzili, żebym stosowała je przez miesiąc, a potem przyszła do kontroli. Poprawiło się i wszyscy byli zadowoleni”.

Jeszcze słowo o opłatach za te wszystkie medyczne „przyjemności”. Tak naprawdę idąc do lekarza nigdy nie wiemy do końca, ile za wizytę przyjdzie nam zapłacić. Koszt zależy bowiem m.in. od tego, ile czasu spędzimy w gabinecie. To coś w stylu naliczania minutowego. Rachunek otrzymujemy pocztą (wyjątkiem jest weterynarz, u którego płaci się na miejscu), czasem nawet po kilku tygodniach od odwiedzin u doktora. Kasa chorych pokrywa zazwyczaj ok. 80-90 proc. wartości usługi medycznej.

„W Polsce idąc do lekarza prywatnie wiedziałam przez wizytą, ile ona będzie kosztować, jeśli w trakcie wynikła konieczność zrobienia dodatkowych badań, też mi podawano koszt i mogłam zdecydować, czy to chcę, czy nie. W Szwajcarii jestem krótko i nie mam dużo doświadczeń, ale z tym już się starłam: pytam w recepcji o orientacyjny koszt tego i tego, mówią „około 100 franków”, akceptuję, a po wizycie dostaję rachunek na dwa razy tyle. (…) Chciałam z grubsza zorientować się w cennikach badań i usług lekarskich – takie cenniki praktycznie nie są dostępne publicznie. Pytałam ludzi – nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, ile kosztuje konsultacja lekarska. Dziwne to i niewygodne”.

„Mam wrażenie, że internista tutaj to raczej rodzaj kaznodziei, którego zadaniem jest porozmawiać z pacjentem. Im dłużej, tym lepiej, bo za każdą minutę płacisz.”

Na koniec zostawiam Was z historią ku pokrzepieniu serc, która pokazuje, że szwajcarscy lekarze potrafią działać zarówno szybko, jak i skutecznie.

„Ma pan kamienie nerkowe, nie ma wyjścia, trzeba operować – słyszę chwilę po wejściu do gabinetu kantonalnego szpitala. To jak, za tydzień? – pyta lekarz. Za tydzień nie mogę… – trochę jestem zszokowany faktem operacji i próbuję grać na zwłokę. Czy można by tak za miesiąc?  Sprawdzimy – lekarz sprawdza kalendarz i dostępne terminy. Tak, nie ma sprawy. Wszystkie dokumenty i informacje odnośnie przygotowania do operacji dostanie pan pocztą. Teraz jeszcze wytłumaczę panu pokrótce na czym operacja będzie polegać. I tak oto w ciągu niecałych 30 minut wizyty lekarskiej dostałem termin swojej pierwszej operacji pod pełnym znieczuleniem. Byłem nieco zaskoczony szybkością, z jaką lekarz ustalił termin operacji, zaraz potem jego elastycznością w kwestii zmiany terminu. Parę tygodni później jechałem już łóżkiem szpitalnym na salę operacyjną. Po drodze podając rękę każdemu lekarzowi, asystentom, asystentkom, anestezjologowi, który żartował ze mną tuż przed podaniem mi maski z gazem usypiającym. Gdy się wybudziłem, pani pielęgniarka popatrzyła mna mnie i powiedziała – dzień dobry ! – po czym dodała – coś pan krzyczał przez sen, ale nie potrafiłam zrozumieć co.”

Dużo zdrowia Wam życzę!

* Wszystkie cytaty pochodzą z historii nadesłanych przez czytelniczki i czytelników bloga I’m not Swiss oraz komentarzy na FP. W niektórych przypadkach dokonałam skrótów i/lub edycji stylistycznej. Z uwagi na specyfikę tematu, wszystkie wypowiedzi przytaczam anonimowo.

Neutralni, ale z giwerą – o broni w Szwajcarii

286049-b23cff48ac1cc2d12faf66050ded3c29

Fot. news.ch/EQ Images

Na hasło „armia Szwajcarii” przeciętnemu Europejczykowi w głowie pojawiają się przeważnie dwie odpowiedzi: „karabin maszynowy w każdym domu” i „scyzoryki Victorinox”.

Na początku spróbujmy odnieść się do kwestii karabinu w każdym domu – Szwajcaria posiada zakorzenioną kulturę posiadania broni przez obywateli. Związane jest to z faktem, że przez długi czas armia Szwajcarii bazowała na oddziałach typu milicyjnego (skojarzenia z ZOMO są tu nieuprawione – nie chodzi o pałowanie opozycjonistów w swetrach, tylko o budowę obrony na zasadzie pospolitego ruszenia). Wystarczy wspomnieć, że w dzisiejszej Szwajcarii ciągle obowiązuje powszechny pobór do wojska (przypomnijmy – w Polsce zlikwidowany faktycznie w 2009). Stąd też każdy szwajcarski rezerwista bądź rezerwistka ma prawo posiadać w domu karabin szturmowy (obecnie jest ich w kraju ok. 900 tys. sztuk). Widok uzbrojonych rezerwistów w pociągach czy autobusach jest normalny i na nikim nie robi specjalnego wrażenia. Co ciekawe, każdego roku ok. 80 karabinów gnie w niewyjaśnionych okolicznościach. 

Jeszcze do niedawna razem z bronią otrzymywało się zaplombowaną puszkę z amunicją, którą można było odbezpieczyć jedynie w przypadku wybuchu konfliktu zbrojnego. Wysoka liczba śmiertelnych wypadków z użyciem broni (głównie smobójstw) spowodowała jednak, że od 2007 roku trzymanie razem z bronią amunicji jest zabronione (ponad tysiąc puszek do tej pory nie wróciło do arsenału). 

Oprócz tego łatwe jest uzyskanie pozwolenia na broń prywatną, ale uwaga – wyłącznie do przechowywania w domu. Aby spokojnie przechadzać się z giwerą po ulicach Zurychu czy Genewy wymagane jest już tzw. Waffentragbewilligung, wydawane przeważnie pracownikom ochrony. O pozwolenie na broń mogą starać się również mieszkający w Szwajcarii obcokrajowcy, z wyjątkiem  pochodzących z krajów będących na szwajcarskiej „czarnej liście”, m.in. Albanii, Serbii, Turcji i Kosowa. 

Szwajcaria należy do światowej czołówki krajów o największej liczbie broni w odniesieniu do liczby mieszkańców. Szacuje się, że obecnie zarejestrowanych jest ok. 2 milionów sztuk broni (wojskowej i prywatnej). Wypadki należą jednak do rzadkości. W 2015 roku w wyniku użycia broni zginęło 231 osób, z czego ponad 90 proc. to samobójstwa. W Stanach Zjednoczonych liczba wypadków z użyciem broni na milion mieszkańców wynosi 29,7, w Szwajcarii tylko 7,7.

Szwajcarzy są mocno przywiązani do swojej tradycji – na terenie kraju prężnie działa organizacja Schweizer Schiesssportverband, zrzeszająca miłośników broni oraz, działająca bardziej na niwie prawnej i lobbystycznej, ProTell, mająca za cel podtrzymanie liberalnego prawa do posiadania broni. Działania tej organizacji są w kontrze do inicjatyw mających na celu ograniczenie uzbrojenia Szwajcarów, inicjowanych przez Szwajcarską lewicę.

W 2011 większość kantonów opowiedziała się przeciwko wprowadzeniu większych restrykcji w dostępie do broni (postulowano m.in. weryfikację, czy osoba ubiegająca się o pozwolenie na broń rzeczywiście jej potrzebuje oraz przechowywanie broni rezerwistów poza domem). Kolejne zakusy na szwajcarską wolność przyszły ze strony Unii Europejskiej, z racji przynależności do strefy Schengen. Restrykcyjna dyrektywa, znana jako „EU gun ban”. Tym razem to ProTell wysunął propozycję referendum dotyczącego przyjęcia dyrektywy (notabene której zapisy są i tak złagodzone w stosunku do innych krajów Europy) , licząc na powtórkę wyników z 2011.

Odnośnie zaś drugiego skojarzenia – myliłby się ten, kto kojarzyłby neutralność Szwajcarii z bezbronnością. Ten mały kraj posiada świetnie rozwinięty przemysł zbrojeniowy. W światowej czołówce, jeśli chodzi o produkcję broni małokalibrowej pozostaje szwajcarsko-niemiecki SigSauer, mający w swojej ofercie zarówno pistolety, jak i typowo wojskowe karabiny szturmowe. Te ostatnie produkowane są również przez producenta o nazwie (a jakżeby inaczej!) Swiss Arms.

Grubszy kaliber to produkcja czołgów. Obecnie Szwajcaria odeszła od projektowania swoich czołgów, choć jeszcze w latach 60-tych wprowadzono do służby liniowej czołg Pz. 68, będący udaną konstrukcją i jednocześnie równorzędnym konkurentem dla amerykańskich M-60, niemieckich Leopardów 1 i radzieckich T-55. Obecnie zaś w szwajcarskiej armii najpopularniejszym czołgiem jest Pz. 87. Pod tą nazwą kryje się produkowany na licencji niemiecki Leopard 2A4, znany i u nas ze służby w świętoszowskiej i żagańskiej brygadzie. Jeszcze tylko małe porównanie liczbowe – Szwajcaria posiada tych czołgów w sumie 380 (część w rezerwie), a Polska 249. Wszystko to sprawia, że w statystykach Global Fire Power za 2018 Szwajcaria zajmuje 34 miejsce na 136 możliwych.

Jak widać, Szwajcarom do pełni szczęścia brakuje jedynie okrętów podwodnych..

Autor (gościnnie): Karol Szupryczyński, socjolog, absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych im. gen. Tadeusza Kościuszki, miłośnik lotnictwa, autor opowiadań kryminalnych, mieszka na Islandii

Ciąża, poród i rodzicielstwo w Szwajcarii – poradnik

csm_Vornamen-mit-Icon_135c0e70c1

Fot. swissmom.ch

Jakie usługi medyczne dla przyszłych mam zawiera szwajcarskie ubezpieczenie zdrowotne? Czy trzeba ubezpieczyć się dodatkowo? Kiedy wybrać świadczenia dla dziecka? Co warto wiedzieć przed porodem? Ile urlopu przysługuje matce i ojcu w Szwajcarii? Razem z Polskie doradztwo w Szwajcarii – Lawrenz Consulting stworzyłam kompendium wiedzy o rodzicielstwie.

1. Ubezpieczenie zdrowotne – co zawiera? 

Obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne (podstawowe) obejmuje wszystkie niezbędne świadczenia w czasie ciąży, porodu i okresu połogu.

Warto wiedzieć: od trzynastego tygodnia ciąży do ośmiu tygodni po urodzeniu dziecka, kobiety nie muszą ponosić kosztów franczyzy i kosztów własnych (selbsbehalt), nawet podczas badań i terapii, które nie są zależne od ciąży. Wyjątkiem są środki prewencyjne, wypadki i koszty leczenia dentystycznego.

W ubezpieczeniu podstawowym zawarte są:

–       Badania rutynowe  w trakcie i po ciąży – 7 wizyt kontrolnych w czasie ciąży i 1 wizyta kontrolna po porodzie (tutaj wiele zależy od lekarza i od tego, jak zostanie wypisany rachunek, kasa chorych może też pokryć większą liczbę wizyt i badań USG)

–       2 badania USG – pomiędzy 11 a 14 tyg. ciąży oraz pomiędzy 20 a 23 tyg. ciąży – w przypadku ciąży zagrożonej ubezpieczyciel pokrywa koszty każdego kolejnego niezbędnego USG, niezależnie od liczby badań

–       Badania prenatalne – test 1 trymestru – ubezpieczenie pokrywa koszty badań oceny ryzyka trisomii 21, 18 i 13, w oparciu o pomiar karku przezierności w kontroli ultradźwiękowej i oznaczania niektórych czynników w krwi matki oraz innych czynników matczynych i płodowych (między 12 a 14 tyg.). W przypadku zwiększonego ryzyka choroby płodu, refundowane są też kolejne testy. Należy zawsze indywidualnie uzgadniać z lekarzem kolejne testy i pytać o refundację.

–  Leki niezbędne w trakcie ciąży, wpisane na listę leków refundowanych SL (Späzialitätenliste), w tym m.in. magnez – tu koszty pokrywa ubezpieczenie podstawowe. Koszty witamin i innych suplementów diety, w wielu kasach chorych pokrywa tylko ubezpieczenie dodatkowe.

–       Kurs przygotowujący do porodu: do maks. 150 CHF

–       Poród w domu, w szpitalu, w domu porodowym (Geburtshaus) w kantonie zamieszkania

–       Kontrola poporodowa pomiędzy 6 a 10 tygodniem po narodzinach dziecka, przeprowadzona przez lekarza lub położną. Uwaga: niektóre kasy chorych pokrywają tylko koszty kontroli do 8 tyg. życia dziecka

–       Porady dotyczące karmienia piersią: trzy konsultacje dotyczące karmienia piersią, prowadzone przez położne lub specjalnie przeszkolone pielęgniarki

–       Opieka po porodzie: koszty opieki w połogu w ciągu 56 dni po urodzeniu dziecka, w ramach odwiedzin położnej w domu – pielęgnacja i monitorowanie stanu zdrowia matki i dziecka. W przypadku przedwczesnego porodu, bliźniąt, pierwszego dziecka i po cesarskim cięciu jest to maks. 16 wizyt domowych położnej, we wszystkich innych sytuacjach, nie więcej niż 10 wizyt domowych

–       W ciągu pierwszych 10 dni po urodzeniu dziecka, położna może dodatkowo odbyć drugą wizytę tego samego dnia przez maksymalnie 5 dni. W przypadku dalszych wizyt domowych konieczna jest recepta lekarska.

–       Istnieje możliwość zakupu lub wynajęcia laktatora z apteki, gdzie część kosztów zostanie pokryta przez naszą kasę chorych (na receptę) 

–    Kasa chorych pokrywa też większą część kosztów rajstop uciskowych (na receptę)

–   Koszty szpitala dla noworodków: koszty pobytu w szpitalu zdrowych niemowląt z matką należą do świadczeń macierzyńskich, tj. odbywają się kosztem ubezpieczenia matki (bez podziału kosztów). Jeśli noworodek jest chory, koszty ponosi ubezpieczyciel noworodka (wraz z franczyzą i kosztami własnymi)

2. Ubezpieczenie dodatkowe w ciąży – czy warto?

W zależności od potrzeb przyszłej matki, dodatkowe ubezpieczenie macierzyńskie może mieć sens. Podstawowe ubezpieczenie obejmuje wszystkie niezbędne świadczenia macierzyńskie, jednak jeśli chcemy dodatkowych usług lub większego komfortu, warto zabezpieczyć się dodatkowym ubezpieczeniem zdrowotnym, które obejmuje:

–       Poród w prywatnym szpitalu (np. Hirslanden) lub w szpitalu poza kantonem zamieszkania

–       Wolny wybór lekarza podczas porodu

–       Dodatkowe badania USG

–       Większą kwotę doplaty do kursu przygotowawczego do porodu

–       Część kosztów gimnastyki w ciąży (Schwangerschaftgymnastik) 

–       Część kosztów gimnastyki po porodzie (Rückbildungsgymnastik) 

–       Niektóre witaminy

–       Opiekę w domu

–       Koszt pobytu partnera podczas porodu i po porodzie w szpitalu

Każdy zainteresowany ubezpieczeniami dodatkowymi z dodatkiem macierzyńskim powinien najpierw porównać oferty poszczególnych usługodawców. Ubezpieczyciele mogą swobodnie wybierać usługi w zakresie ofert, stąd mogą występować pomiędzy nimi duże różnice. 

Uwaga: w wielu przypadkach ma zastosowanie okres karencji, który wynosi zazwyczaj 9 lub 12 miesięcy. Dlatego warto już wcześniej wykupić dodatkowego ubezpieczenie szpitalne i ambulatoryjne. Jeśli ciąża przypadnie na okres karencji, ubezpieczyciel nie płaci dodatkowych świadczeń macierzyńskich. Kiedy dowiadujemy się, że jesteśmy w ciąży, należy bezzwłocznie zglosić się do naszej kasy lub doradcy i dopytać, jakie uslugi dokładnie oferuje nam nasza kasa chorych.

3. Ubezpieczenie dziecka 

Dziecko należy zgłosić do kasy chorych jeszcze przed porodem. Za jego ubezpieczenie płacimy dopiero od momentu narodzin. W ten sposób mamy pewność, że gdy dziecko urodzi się przedwcześnie lub będzie chore, będzie miało prawo do dodatkowych usług medycznych. Meldując dziecko przed porodem, nie jest potrzebna deklaracja zdrowia. Potem, do 30 dni po porodzie, możemy podnieść poziom usług w danej kasie chorych. 

Co należy zrobić przed porodem?

–       Znaleźć lekarza prowadzącego

–       Znaleźć położną 

–       Znaleźć lekarza dziecięcego 

–       Zameldować się w szpitalu, w którym ma nastąpić poród 

4. Świadczenia rodzicielskie po porodzie

W Szwajcarii istnieją punkty doradztwa rodzicielskiego (Mütter- und Väterberatung). Zazwyczaj, kiedy zameldujemy dziecko w gminie, doradcy sami zgłaszają się i proponują wsparcie w postaci doradztwa laktacyjnego, żywieniowego, pomiarów dziecka i monitorowania jego rozwoju. Usługi są bezpłatne. 

Kobietom aktywnym zawodowo w Szwajcarii przysługuje tylko 14 tygodni płatnego urlopu macierzyńskiego (80 proc. średniego wynagrodzenia, maks. do 196 CHF dziennie). Wiecej informacji: https://www.ahv-iv.ch/p/6.02.d. W Szwajcarii nie istnieje prawnie uregulowany płatny urlop ojcowski. W zależności od miejsca pracy i kantonu, pracownikowi, któremu urodziło się dziecko, przysługuje zazwyczaj co najmniej jeden dzień wolny.

Jeśli matce przysługuje urlop macierzyński (poźniej również wychowawczy) w Polsce, a przyjeżdża do partnera i zostaje w Szwajcarii, może ubiegać się o zwolnienie z obowiązku płacenia podstawowego ubezpieczenia zdrowotnego na czas trwania urlopu. W tym wypadku, należy pobrać z polskiego NFZ  formularz S1 i zgłosić się z nim do Gemeinsame Einrichtung KVG. Tam trzeba wypełnić kolejny dokument, a następnie czekać na decyzję. Jeśli jest pozytywna, otrzymujemy kartę ubezpieczonego i mamy prawo do wyboru lekarza oraz franczyzy 300 CHF (z reguły). Rachunki zazwyczaj są wysyłane do domu, należy je zaplacić i wysłać do GE KVG, aby otrzymać zwrot kosztów korzystania z usług medycznych. 

Warto wiedzieć: otrzymując zwolnienie z obligatoryjnego ubezpieczenia zdrowotnego, podlegamy wszystkim usługom objętym w ubezpieczeniu obowiązkowym podstawowym, czyli np. koszty transportu karetką są pokryte w 50% do kwoty 500 CHF. Jeśli chcemy więcej, musimy wykupić ubezpieczenie dodatkowe. 

Zwolenienie z obowiązku ubezpieczenia obligatoryjnego nie ma wpływu na proces przyznawania pozwolenia na pobyt w Szwajcarii.

Więcej informacji: https://www.kvg.org.

Skontaktuj się z ekspertką:

Angelika Lawrenz-Meurer

Versicherungsvermittler VBV

FB: Polskie doradztwo w Szwajcarii – Lawrenz Consulting

Tel. +41 79 193 29 15

Email: info@lawrenz.ch