Szwajcarski dwugłos #1 Hip hop czy jodłowanie

DIGI5x7templateHORIZ

„Szwajcarski dwugłos” to seria pytań i odpowiedzi, w której autorzy blogów I’m Not Swiss – Agnieszka Kamińska i Swiss Tales – Lambert Król wypowiadają się na różne tematy związane ze szwajcarską rzeczywistością. Na początek pięć trudnych wyborów.

Poniżej przeczytacie moje odpowiedzi na pytania, a jeśli jesteście ciekawi, co myśli Lambert, zapraszam na jego bloga (link na końcu tekstu). Kolejny odcinek serii już wkrótce.

Szwajcarska muzyka: jodłowanie czy hip hop?

Odkąd odkryłam radio SRF Virus, niemal codziennie pracuję przy dźwiękach szwajcarskiej muzyki i to nie tej najbardziej popularnej. Na początku rapowe i hip hopowe numery wykonywane w dialekcie (zwłaszcza tym z Berna) były dla mnie bełkotem i w najlepszym wypadku powodowały niekontrolowane ataki śmiechu. Im cześciej jednak ich słuchałam, tym bardziej zaczęłam się przekonywać do ich specyfiki. To ciekawy sposób na zapoznanie się z różnymi odsłonami języka mówionego. Zainteresowanym polecam m.in. Gleis Zwei z Zurychu, Sektion Kuchikäschtli z Gryzonii, Greis z Lozanny czy młodego i bardziej popowego NEMO z Berna. Poza oczywiście najbardziej znanym i lubianym Bliggiem. Co zaś do jodłowania.. Od dawna odgrażam się mężowi, że zapiszę się do Jodelklub i zostanę prawdopodobnie pierwszą jodłującą Polką w historii Szwajcarii ;) Kiedyś dotrzymam słowa.

Szwajcarska kuchnia: fondue czy raclette?

Któregoś razu odwiedzili nas przyjaciele z Polski i w planach obowiązkowo było fondue. Polacy postanowili jednak urozmaicić tradycyjną (!) szwajcarską (!) potrawę, maczając w serze oprócz chleba także – o zgrozo! – ziemniaki, paprykę, kalafior i inne wynalazki. Z przerażeniem obserwowałam coraz bardziej blednącą twarz mojego męża. Na koniec wyżerki goście zgodnie stwierdzili, że z chlebem jednak smakuje najlepiej. Triumf w oczach Szwajcara – bezcenny. Choć lubię fondue, jestem w stanie jeść je góra raz, dwa razy do roku (popite dużą ilością wina) i zazwyczaj po kilku chlebkach mam dosyć. Raclette, z racji tego, że jest to danie bardziej urozmaicone (ziemniaki, ogóreczki i inne piklowane warzywa) bardziej odpowiada moim smakom.

Niemiecki: wysoki czy szwajcarski?

Zdecydowanie niemiecki. Kiedy przyjechałam do Szwajcarii, musiałam nauczyć się języka od zera, co kosztowało mnie dużo czasu, energii i pieniędzy. Pewnie dlatego teraz tak cenię sobie jego znajomość i nie za bardzo chciałabym deformować wymowy dialektowymi łamańcami. Zresztą bawią mnie przyjezdni pocący się nad tymi wszystkimi „üüä”, „tschtsch”, „chäsch”, „üet”, „isch”, „hää”.. Hure Schiissdräck! Tylko przekleństwa wydają mi się godne uwagi ;) W Szwajcarii przecież wystarczy tylko rozumieć język mówiony, aby z powodzeniem funkcjonować zarówno w pracy ze Szwajcarami, jaki i sytuacjach prywatnych. Wcale nie trzeba się silić na udawanie Heidi. Choć dialekty są dla mnie fascynujące, często zabawne, czasem absurdalne (np. moje ulubione słowo „bö”, które oznacza „nie wiem” – koniecznie wypowiadane ze wzruszeniem ramionami), to pozostaną raczej lokalnym folklorem, niż językową ambicją.

Szwajcarskie miasta: Zurych czy Bazylea?

Zurych, Zurych, Zurych. Kompaktowy, ale z wielkomiejską atmosferą. Bogaty, ale miejscami brudnawy i alternatywny. Z tradycjami, ale wielokulturowy i nowoczesny. Choć to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, to odkryłam swoje miejsca i teraz zawsze chętnie tam bywam. Jezioro jest oczywiście centrum wszelakich aktywności, jednak ja znacznie bardziej wolę np. okolice Hardbrücke i ich pofabryczny klimat czy Langstrasse, gdzie w azjatyckich budach krawaciarze siedzą obok bezdomnych. Kiedyś marzyłam o tym, żeby zamieszkać w Zurychu. Teraz mi przeszło i doceniam moje skromniejsze, ale też bardzo ciekawe Winterthur. W Bazylei byłam póki co raz, więc nie zdążyłyśmy jeszcze zbudować silniejszej relacji.

Szwajcarski sport: Federer czy Amann?

Roger Federer – niekwestionowany król Szwajcarii i moja platoniczna miłość. Na koncie 20 wygranych Grand Slamów, 8 Wimbledonów, 6 Australian Open i 5 US Open. W wieku 37 lat, po dwudziestu latach kariery, wciąż numer 3 w światowym tenisie. Choć wiem, że to w dużej mierze jego medialny wizerunek, to pomijając jego wielkość, Federer wydaje się po prostu sympatycznym gościem. Świadczy o tym choćby fakt, że co roku na zakończenie turnieju tenisowego w Bazylei (tam Federer zaczynał jako ball boy) funduje pizzę łapaczom piłek i spędza z nimi czas. Chociaż nie gram w tenisa ani zbyt dobrze się na nim nie znam, to mecze Rogera oglądam z ciekawością. Chciałabym go kiedyś poznać! Przy okazji polecam Wam film dokumentalny „Strokes of Genius” o rywalizacji Federera z Rafaelem Nadalem.

Odpowiedzi Lamberta przeczytacie tutaj:

http://swisstales.pl/szwajcarski-dwuglos-1-hip-hop-czy-jodlowanie/

Anielica stróżka

Nana Zürich HB

Fot. Zürich Tourismus

Choć nie ma twarzy, wygląda jakby się uśmiechała. Patrzy z góry – na robiących jej zdjęcia turystów, podróżnych czekających na pociąg, ludzi goniących do pracy i tych, którym się nigdzie nie spieszy. Jej dom to hala główna dworca. Ponad pięć tysięcy metrów kwadratowych – nieźle, nawet jak na Zurych.

Ci, co ją znają, już się przyzwyczaili. Wiedzą, że tam jest, ze swoim wydatnym biustem i zalotnie podkurczoną nogą, ale rzadko posyłają jej dłuższe spojrzenie. Wtopiła się w halę, w dworzec, wreszcie – w miasto. Cicha świadkowa codzienności.

Ma na imię Nana i jest imigrantką. Przyjechała z daleka, bo aż z Nowego Jorku. Właściwie to została stamtąd przywieziona, w trzech częściach. Najpierw statkiem do Rotterdamu, później dużą ciężarówką do Bazylei, wreszcie trafiła do swojego nowego domu – Zurychu. Długa droga.

Nie było łatwo, w końcu waży ponad tonę, co przy jedenastu metrach wzrostu stanowi sporą nadwagę. Szwajcarzy nie od razu ją polubili, krytykowali szerokie biodra, nazywali grubaską. Mówili, że nie pasuje, bo jest zbyt kolorowa. Nana się tym nie przejmuje, w końcu ma być symbolem wyzwolonej i pewnej siebie kobiecości.

Tak w ogóle to jest prezentem urodzinowym. Jej twórczyni, Niki de Saint Phalle, podarowała ją zuryskiemu dworcowi na 150. jubileusz otwarcia. Niki, artystka malarka, Francuzka wychowana w Ameryce, miała męża Szwajcara (też artysta, Jean Tinguely, może znacie), stąd ten sentyment do kraju.

I tak Nana mieszka w Szwajcarii już od ponad 20 lat. Jest jej dobrze, czuje się zadbana. Co trzy miesiące przecierają kurz z jej kolorowej sukienki i złotych skrzydeł. Lubią porządek. Mimo to zauważa pierwsze oznaki starzenia się. Najgorszy jest tłuszcz. Cała się od niego lepi. Czy oni naprawdę muszą jeść tyle tego sera i kiełbasy?

Ostatnio zrobili jej lifting. W dzisiejszych czasach trzeba wcześnie zacząć. Jedyne, czego się boi, to że kiedyś wstawią ją pod wodę i wtedy straci wszystkie kolory. Taka wyblakła nie byłaby już sobą.

Czy chciałaby zostać tu na zawsze? W sumie to nawet jej się podoba. Na dworcu cały czas coś się dzieje, nie ma nudy. Tylko ta tęsknota za siostrami. Są rozsiane po całym świecie: Paryż, Hamburg, Nowy Jork. Jedna niedaleko, bo w Chur, godzinę piętnaście pociągiem, ale rzadko się odwiedzają.

Decyzja i tak będzie należała do nich, miejscowych. Sprowadzili ją tu, żeby strzegła podróżnych. Pół miliona ludzi dziennie to kupa roboty. Czasem jest już tym wszystkim bardzo zmęczona, ale przecież nie będzie się mazać. Anioły nie płaczą.

Prezydent glamour

IMG_4730

Źródło: Keystone

Jeździ Volkswagenem i zawsze ma przy sobie scyzoryk. Socjaldemokrata Alain Berset robi wiele, aby pokazać, że jest człowiekiem, jak każdy inny. Umiejętnie pielęgnowany wizerunek chłopaka z podwórka nie przeszkadza mu jednak brylować na salonach. Nie bez powodu szwajcarscy dziennikarze nazywają go prezydentem glamour. 

Polityk z krwi i kości 

Kiedy jako 39-latek wszedł w skład Szwajcarskiej Rady Federacyjnej (organu pełniącego funkcję rządu i kolegialnej głowy państwa) jako jeden z najmłodszych członków w jej historii, media rozpływały się w pochwałach nad jego błyskotliwą karierą. Rzeczywiście, Berset bardzo wcześnie postawił wszystko na jedną kartę, zaangażował się w politykę i skutecznie dążył do celu. A tym było wejście na sam szczyt.

Studiował nauki polityczne na Uniwersytecie w Neuenburgu, gdzie następnie pracował naukowo, żeby w 2005 roku obronić doktorat z ekonomii. W międzyczasie zaczynał już działać w polityce, najpierw jako radny w rodzinnym Belfaux, liczącej 2,5 tys. mieszkańców wiosce w kantonie Fryburg. Wejście do Rady Kantonów (Ständerat) w wieku zaledwie 31 lat, a następnie jej przewodnictwo, ugruntowały pozycję Berseta na szwajcarskiej scenie politycznej. Jako wiceszef parlamentarnej frakcji socjaldemokratów odegrał znaczącą rolę w odwołaniu z rządu przewodniczącego partii SVP Christopha Blochera w grudniu 2007 roku. Pisał historię, ponieważ taka sytuacja zdarzyła się dopiero po raz czwarty w dziejach Konfederacji. 

W 2012 roku, wchodząc do siedmioosobowej Rady Federacyjnej i obejmując Departament Spraw Wewnętrznych, Berset stanął na szczycie szwajcarskiego systemu politycznego. W tym roku (prezydentura w Szwajcarii jest rotacyjna) pełni funkcję głowy państwa. 

topelement-5

Prezydent i biegacz. Źródło: lematin.ch

Po prostu Alain 

Jest politykiem z powołania. Lubi podkreślać, że w sektorze prywatnym nie zarobił ani rappena. A pomyśleć, że mógł zostać zawodowym sportowcem.

Rodzina Berseta to biegacze. On sam, jako 17-latek zdobył tutuł mistrza juniorów zachodniej Szwajcarii w biegu na 800 metrów. Sport do dzisiaj pełni ważną rolę w jego życiu. Lubi jeździć na nartach i chodzić po górach. Choć na co dzień urzęduje w Bernie, co roku 1 sierpnia w Narodowe Święto Szwajcarii, wraca w rodzinne strony, aby razem z rodziną i przypadkowo napotkanymi miłośnikami natury, wędrować w okolicach Schwarzsee, a potem zjeść Zmittag w lokalnej restauracji.

web-nr-6448.jpg

Wizyta w rodzinnych stronach. Źródło: Schweizer Illustrierte

Berset jest blisko ludzi, nie boi się z nimi rozmawiać, nie uznaje sztucznych podziałów. – Röstigraben (symboliczna granica językowa i kulturowa pomiędzy Szwajcarią niemiecką a francuską – przyp. red.) nie istnieje – to jedno z jego słynnych zdań. – Szwajcaria należy do wszystkich, którzy tu mieszkają – odpowiada, pytany o to, jak pojmuje patriotyzm. 

Ludzie cenią jego otwartość i szczere zainteresowanie ich problemami. Od jedenastu lat, w grudniu, przed świętami, jeździ do Fryburga gotować zupę w jadłodajni dla biednych i bezdomnych. – Znam tu wszystkich. Dla nich jestem po prostu Alain – mówi. Po skończonym obiedzie pomaga zamiatać podłogę. 

To, że polityków, nawet tych wysoko postawionych, można spotkać bez ochrony w pociągu czy kawiarni w centrum miasta, nikogo w Szwajcarii nie dziwi. Berset natomiast wyjątkowo chętnie daje się „przyłapać” w sytuacjach prywatnych. Na przykład, kiedy podczas wizyty w Lichtensteinie, przed uroczystą kolacją w pałacu książęcym, przyszywa sobie guzik w marynarce. Prezydent, co igły i nitki się nie boi. 

web-il50_reportage_berset02.jpg

Berset gotuje zupę dla bezdomnych. Źródło: Schweizer Illustrierte

Lew salonowy 

Właśnie wylądowałem w Nowym Jorku – informuje Berset ponad 7 tys. osób obserwujących go na Instagramie. Prezydent poleciał akurat reprezentować Szwajcarię podczas 73. sesji ONZ. W rozjazdach jest często, bo tego wymaga jego funkcja. W tym roku był już z wizytą m.in. w Bangladeszu (gdzie przyjęto go jak króla), Japonii (skąd wrzucił selfie z zawodnikami sumo), Nairobi, Kenii i Bejrucie. 

Odwiedził też sportowców podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Seulu, a na mundialu w Rosji kibicował reprezentacji w grupowym meczu z Brazylią. Chętnie wizytuje też festiwale filmowe. W maju był w Cannes, a w sierpniu otwierał Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Locarno, gdzie spotkał się też z amerykańską aktorką Meg Ryan, odbierającą w Szwajcarii nagrodę honorową.

Berset lubi bywać i wie, jak się zachować na salonach. W nienagannie skrojonym smokingu witał niemieckiego prezydenta Franka-Waltera Steinmeiera podczas jego wizyty w Szwajcarii. W czasie swojego urzędowania miał już okazję spotkać się z prezydentem USA Donaldem Trumpem i papieżem Franciszkiem. Z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem jest w dobrych relacjach oficjalnych i prywatnych, a na narty jeździ razem z księciem Lichtensteinu. 

Wieczorami grywa na pianinie. Podczas obchodów 125-lecia Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii dał koncert na cztery ręce z koleżanką z rządu Simonettą Sommarugą. 

Berset-zu-Treffen-mit-Trump-Es-war-ein-Gespraech-auf-Augenhoehe_article_full

Z Donalden Trumpem w Davos. Źródło: Keystone

„Afera obrączkowa” 

Berset często podkreśla, jak ważna jest dla niego rodzina (ma trójkę dzieci) i jak wielkie znaczenie dla niego i jego kariery politycznej ma żona Muriel, artystka i znawczyni literatury. 

Jakiś czas temu szukający sensacji tabloid zauważył jednak, że prezydent nie zawsze nosi na palcu małżeński symbol miłości i wierności. – Są dni, kiedy pan Berset obrączkę nosi i takie, kiedy nie – tłumaczyła wtedy lakonicznie szefowa biura komunikacji prezydenta. To chyba jedyny, choć ewidentnie nakręcony przez nudzących się dziennikarzy, obyczajowy incydent związany z Bersetem. Przez mijające właśnie dziewięć miesięcy prezydentury udało mu się uniknąć skandali.

Choć jego sposób bycia wzbudza w Szwajcarach sympatię, nie wszyscy akceptują jego działania polityczne, bo chce np. podwyższać podatki i ciąć pensje najlepiej zarabiającym lekarzom. W zamian zaś proponuje dodatek emerytalny dla kobiet, walkę z rosnącymi premiami ubezpieczycieli i regulację rynku leków. Choć społeczną wrażliwość wyssał z mlekiem matki (też była działaczką polityczną), często brakuje mu odwagi, aby odnieść się do budzących kontrowersje spraw, jak obecność kobiet w parlamencie czy legalizacja marihuany.

Krytycy zarzucają mu skłonność do uników i operowania okrągłymi zdaniami. Być może dlatego nie potrafił przekonać obywateli do swojego wielkiego projektu, jakim jest reforma systemu emerytalnego, co uważa się za jego największą polityczną porażkę. 

SCHWEIZER FILMPREIS QUARZ, VERLEIHUNG, PREISVERLEIHUNG,

Z żoną Muriel Zeender Berset. Źródło: Keystone/Martial Trezzini

Alain Berset za trzy miesiące pożegna się ze swoją funkcją. Zostanie po nim dobre wrażenie i dużo fajnych zdjęć. Fakt, że lubi się „lansować”, ale czy nie na tym właśnie polega rola prezydenta Szwajcarii? Berset jest doskonałym przykładem profesjonalizacji szwajcarskiej polityki. Dobrze wykształcony i oddany służbie publicznej. Do tego przystojny i medialny – regularnie pojawia się rankingach najpiękniejszych i najlepiej ubranych. Potrafi się ładnie wypowiedzieć – swoją mowę inauguracyjną wygłosił w czterech oficjalnych językach kraju. Lepszego prezydenta Szwajcaria nie mogła sobie wymarzyć.

IMG_4731

Źródło: tagesanzeiger.ch


Źródła:

Schweizer Illustrierte

Handelszeitung

NZZ

Tagesanzeiger

Blick

20 Minuten

Jak chorować, to tylko w Szwajcarii (?)

topelement-4

Fot. tagesanzeiger.ch

W tym kraju medycyna jest na światowym poziomie, a lekarze potrafią działać cuda. To dlatego przyjeżdżają się tutaj leczyć milionerzy i gwiazdy. Płacić trzeba słono, ale możemy być pewni, że jesteśmy w najlepszych możliwych rękach.

Zapomnijmy na chwilę o Czerwonym Krzyżu, osiągnięciach noblistów w dziedzinie medycyny i globalnym indeksie HAQ, lokującym Szwajcarię na trzecim miejscu (za Andorą i Islandią) pod względem dostępności i jakości opieki zdrowotnej. Jak szwajcarska służba zdrowia wygląda z naszego punktu widzenia – pacjenta, który po prostu jest chory, idzie do lekarza, gdzie chce otrzymać trafną diagnozę oraz leki, które mu pomogą? O to zapytałam Was – czytelniczki i czytelników bloga.

Planowałam zacząć ten tekst zdaniem „Przychodzi Polak/Polka do lekarza”, ale w Szwajcarii tak to nie działa. Trzeba najpierw zadzwonić. W zależności od modelu ubezpieczenia zdrowotnego – albo bezpośrednio do asystentki lekarza rodzinnego (w droższej opcji), albo najpierw na infolinię ubezpieczyciela (tzw. telmed, opcja tańsza i stąd też częściej wybierana przez obcokrajowców). Wyobraźcie sobie sytuację, że coś Wam dolega i musicie przez telefon obcej osobie, której kompetencji nie jesteście w stanie zweryfikować, zwierzać się w obcym języku ze swoich problemów zdrowotnych. Dla mnie koszmar! Są też tacy, którzy zamiast do lekarza, udają się najpierw do apteki, gdzie miła pani farmaceutka (rzadziej pan farmaceuta) udziela pierwszej pomocy, próbując rozszyfrować mowę ciała.

Niezależnie od typu ubezpieczenia, żeby dostąpić zaszczytu spotkania ze szwajcarskim lekarzem, należy najpierw przejść przez sito, które odsiewa naprawdę chorych od tych, którzy lepiej, żeby nie tworzyli sztucznego tłumu. Z jednej strony, jest to niewątpliwie szwajcarski sposób na brak kolejek w gabinetach lekarskich, z drugiej oznacza, że jeśli naprawdę szybko potrzebujesz pomocy, a internista akurat nie ma wolnych terminów, lądujesz w szpitalu, gdzie możesz liczyć na najszybszą „obsługę”, zazwyczaj jednak za wyższą cenę. W przypadku specjalistów, zdarza się, że lekarze domowi sami doradzają oddział szpitalny, ponieważ wiedzą, że znalezienie dermatologa czy ortopedy z otwartą listą pacjentów graniczy z cudem.

„Do lekarzy trzeba chodzić po prośbie – trochę jak w Polsce, ale tam mówią ci, że nie ma numerków i zapraszamy za pół roku/ rok/ 5 lat. Tutaj lekarze prowadzą swoją własną praktykę, ale czasami trzeba obdzwonić pół miasta, żeby ktoś zgodził się cię przyjąć, bo ma już swoich pacjentów i więcej nie przyjmuje. Tak samo się czeka miesiąc na wizytę u specjalisty, mimo że za to płacisz i to całkiem nie mało” *.

Załóżmy jednak, że do lekarza się dostajemy. Idziemy wyznaczonego dnia, na konkretną godzinę. Wizyta przebiega niezwykle profesonalnie – lekarz jest punktualny, uprzejmy, komunikuje się z nami po angielsku, jeśli nie znamy lokalnego języka, gabinet jest świetnie wyposażony, a my gruntownie przebadani, otrzymujemy diagnozę i leki, po których na pewno poczujemy się lepiej. Takich pozytywnych doświadczeń macie całkiem sporo.

„Szybko zdiagnozowana i wyleczona (przynajmniej tak się do tej pory wydaje) borelioza. Podejrzenie złamania kości nadgarsta: na rentgenie zrobionym od razu nic nie widać, więc zlecony zostaje rezonans w szpitalu, jeszcze tego samego dnia. Wyniki od razu. Grypa, angina – wizyta tego samego/następnego dnia, antybiotyki oraz zwolnienie z pracy. Chyba dobrze przepisane, bo za każdym razem pomagało. Na wizytę póki co nie zdarzyło mi się jeszcze czekać dłużej niż jeden dzień. W sumie mam same pozytywne doświadczenia – dużo się tu płaci, ale jakość usług też bardzo wysoka”.

„Idąc pierwszy raz do przypadkowej szwajcarskiej przychodni nie miałam absolutnie żadnych problemów z przyjęciem, karta ubezpieczenia, ankieta, proszę chwilę zaczekać, lekarz bardzo uprzejmy i pomocny (dostosował się do mojego słabego niemieckiego i nawet znalazł tłumaczenie na Google Translate, żebym dobrze zrozumiała), zrobił te badania które chciałam – ogólnie obsługa prima sort, przynajmniej w tej przychodni”.

„Jeśli miało się w Polsce ubezpieczenie prywatne, to całość jest w 100% identyczna i bezproblemowa, z tą różnicą, że od razu dostałem leki oraz instrukcję, jak i kiedy je brać – dla mnie bomba”.

Kontakt ze szwajcarskimi lekarzami nie dla wszystkich był jednak tak przyjemny. Niektórzy z Was zrazili się na tyle, że jeżdżą się leczyć za granicę.

„Dwa razy byłam z dziećmi u lekarki Szwajcarki. Jedna była…brudna… miała brudne ubranie i stopy, bo zdejmowała buty i było widać. Druga mimo ubezpieczenia nie chciała dziecku zrobić badania krwi, bo twierdziła, że to kosztuje, a moje uzasadnienie nie jest wystarczające. Ja sama byłam raz, gdy byłam przeziębiona przez 3 tygodnie, a pani leczyła mnie syropem ziołowym. Teraz mamy pediatrę Niemkę – jesteśmy zachwyceni! Mamy również cudowną dentystkę dziecięcą i ortodontę dziecięcego. Fantastyczna obsługa i, co ważne, nie czujemy się naciągani. Wszystko z myślą o pieniądzach i długoterminowych celach”.

Niechęć tutejszych medyków do zlecania badań również mnie kilka razy zaskoczyła. Nie licząc szczepień, które powtarza się co 10 lat, to mam wrażenie, że profilaktyka jest traktowana po macoszemu. Weźmy choćby pracowników szwajcarskich firm, którzy nie przechodzą regularnych badań kontrolnych (poza niektórymi zawodami, np. w branży chemicznej) i nikogo to nie dziwi. Na sugestie pacjenta, że może chciałby jednak zrobić jakieś testy, lekarze reagują zdziwieniem: ale czy coś Pana/Panią boli? Nie? No to badania niepotrzebne.

„Mam historie nowotworowe w rodzinie, dlatego muszę się częściej kontrolować. A tutaj usłyszałam: Po co Pani USG ginekologiczne, jakby się coś działo, jakieś bóle, to dopiero wtedy zrobimy. To samo dotyczy badań krwi”.

W wielu Waszych opowieściach pojawiają się problemy z diagnostyką. Doświadczył jej rownież mój mąż, który pewnego razu wyszedł z gabinetu „weekendowego” (przychodnie, do których nie trzeba się umawiać, wystarczy przyjść i poczekać w kolejce, czynne rownież w dni wolne od pracy) ze zdiagnozowaną świnką. Po konsultacji z innym lekarzem okazało się, że to.. żuchwa wyskoczyła mu z zawiasów. Podobnych opowieści dostałam od Was sporo.

„Półpaśca leczyli u mnie lekami na alergię. Jak się zorientowali po trzech dniach, że to jednak nie alergia, na leki przeciwwirusowe było już za późno. Nie to, że byłam jakimś ciężkim przypadkiem. Inny lekarz postawił diagnozę po opisie objawów przez telefon”.

Kolejna historia brzmi jeszcze straszniej.

„Choruję przewlekle od 8 lat, a jakieś 3 lata temu pojawiły się u mnie nowe problemy zdrowotne. Jeden lekarz odsyłał mnie do drugiego, wizyty w specjalistycznych klinikach, rezonanse, tomografie, szpitale, czasem nawet lądowanie na ostrym dyżurze i nic. Nowe leki, zalecenia i dalej nic. Każdy widzi, że wyniki są złe, nikt nie potrafi powiedzieć dlaczego. Trafiłam w końcu do „lokalnego doktora House’a”, który najpierw próbował szukać przyczyny badaniami, a teraz robi na mnie doświadczenia. Wciąż zmienia diety, lekarstwa, oczywiście z umiarem, tak myślę. Przyczyny nadal nie znalazł. Te doświadczenia sprawiły, że o tutejszej służbie zdrowia mam zdanie takie, że jest świetna, jeśli wiadomo na co chorujesz”.

Jedna z czytelniczek trafiła do szpitala po wypadku na rowerze. Pech chciał, że była sobota.

„W weekend nie ma co liczyć na przyzwoitego lekarza. Zajmowało się mną dwóch lekarzy asystujących, z czego pierwszy powiedzial, że standardowo robi się diagnostykę z tomografią komputerową i dokładnym badaniem narządów, ale mnie nie zrobią, ponieważ mój stan nie jest taki zły. Następnie próbował nastawić złamanie cztery razy, bez efektu, w końcu zapakował rękę w szynę (niewłaściwą, jak okazało się po wizycie u chirurga). Drugi lekarz, ortopeda w trakcie specjalizacji, w szpitalu zajrzał do rany na ręce i stwierdził, że on nie wie, czy tam widzi tkankę tłuszczową czy torebkę stawową, ale wyczyści i da antybiotyk. Wypuszczono mnie na drugi dzień, a na liście diagnoz było sześć pozycji, łącznie z otwarciem kaletki maziowej (gdzie lekarz sam mówił, że nie wie, co widzi) oraz wstrząśnieniem mózgu – gdzie odmówiono mi standardowej diagnostyki i wprost mnie o tym poinformowano..”.

Z Waszych doświadczeń wynika również, że Szwajcarscy lekarze nie dość, że diagnostykę traktują, jak strzelanie do celu, to są też dość mocno „wyluzowani”, jeśli chodzi o reakcję na objawy, które nie muszą, ale mogą świadczyć o poważnej chorobie. Do miary legendy urosły już historie o leczeniu bólu głowy leżeniem w łóżku i piciem dużej ilości wody.

„Przyszedłem do lekarza, bo miałem kłucia w sercu. Kazał mi 1. Jeść trzy razy dziennie 2. Unikać cukru 3. Pić wodę. Potem dostałem rachunek na 260 franków”.

Podobna historia przytrafiła się również mnie. Mam bóle kręgosłupa, do których już się przyzwyczaiłam, ale któregoś dnia były na tyle silne, że postanowiłam zgłosić się po pomoc do mojego lekarza. O święta naiwności! Fakt, po kilku wizytach zrobił wreszcie prześwietlenie, ale tylko po to, żeby stwierdzić, że wszystko jest ok, więc on nie wie, skąd te bóle. Po czym delikatnie zasugerował wizytę u psychiatry (autentyk!).

„Przyzwyczaiłam się już do szwajcarskiego systemu pediatrii, według którego jestem totalną hipochondryczką, bo z chorym dzieckiem biegam do lekarza. Tu się dowiedziałam, że a) dobrze że dziecko ma kaszel, bo czyści oskrzela, b) dobrze, że ma katar, bo czyści nos, c) jeżeli nie ma temperatury, a od dwóch miesięcy jest chore, to znaczy, że co tydzień łapie nowego wirusa – trzeba przeczekać. Na ból ucha psika się do nosa sól morską, na ból gardła – płucze roztworem soli albo szałwią. Nawet w aptece ciężko wyprosić coś „lekopodobnego”, nawet jak się prycha i kicha.”

Szeroko pojęta medycyna naturalna, która obejmuje zarówno ziołolecznictwo, jak i bardziej dyskusyjne metody np. homeopatię, ma w tutejszym systemie opieki zdrowotnej status niemalże równy konwencjonalnemu leczeniu. Do tego stopnia, że ubezpieczyciele pokrywają koszty wizyt u rozmaitych „uzdrowicieli”.

„Widziałam tutaj nawet gabinet weterynaryjny, który się reklamował stosowaniem homeopatii. Nie wiem jak efekt placebo ma zadziałać na zwierzę. Może na właściciela, spokojny właściciel = spokojniejsze/zdrowsze zwierzę?”

Być może Szwajcarzy zbyt mocno do serca wzięli sobie słowa Voltaire’a, że „sztuka medyczna polega na zabawianiu pacjenta, podczas gdy natura leczy chorobę”..

Skutek leczenia bólu wodą lub pestkami dyni (sic!) jest dla pacjenta często taki, że jeśli jest chory/a, na dłuższe zwolnienie z pracy nie ma co liczyć. Bo kto to widział wylegiwać się w łóżku z jakąś tam fanaberią typu gorączka, podczas gdy inni w pocie czoła zarabiają franki?

„Trzy dni to było maksymalne zwolnienie, jakie kiedykolwiek dostałam, nawet w przypadku stwierdzonego wstrząsu mózgu. Nie jestem z tych, co biorą zwolnienia przy każdej okazji, ale kiedyś przez trzy tygodnie miałam ciągły kaszel i się dusiłam, a oni uparcie dawali mi zwolnienie na 1-2 dni. Potem wracałam do pracy na jeden dzień, miałam kolejny atak kaszlu, więc znowu leczyłam się paracetamolem i kroplami do gardła. Dopiero kiedy pokazałam wyniki z Polski (testy na astmę pozytywne) i dwa inhalatorki (przepisane przez lekarza w Polsce), to stwierdzili, żebym stosowała je przez miesiąc, a potem przyszła do kontroli. Poprawiło się i wszyscy byli zadowoleni”.

Jeszcze słowo o opłatach za te wszystkie medyczne „przyjemności”. Tak naprawdę idąc do lekarza nigdy nie wiemy do końca, ile za wizytę przyjdzie nam zapłacić. Koszt zależy bowiem m.in. od tego, ile czasu spędzimy w gabinecie. To coś w stylu naliczania minutowego. Rachunek otrzymujemy pocztą (wyjątkiem jest weterynarz, u którego płaci się na miejscu), czasem nawet po kilku tygodniach od odwiedzin u doktora. Kasa chorych pokrywa zazwyczaj ok. 80-90 proc. wartości usługi medycznej.

„W Polsce idąc do lekarza prywatnie wiedziałam przez wizytą, ile ona będzie kosztować, jeśli w trakcie wynikła konieczność zrobienia dodatkowych badań, też mi podawano koszt i mogłam zdecydować, czy to chcę, czy nie. W Szwajcarii jestem krótko i nie mam dużo doświadczeń, ale z tym już się starłam: pytam w recepcji o orientacyjny koszt tego i tego, mówią „około 100 franków”, akceptuję, a po wizycie dostaję rachunek na dwa razy tyle. (…) Chciałam z grubsza zorientować się w cennikach badań i usług lekarskich – takie cenniki praktycznie nie są dostępne publicznie. Pytałam ludzi – nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, ile kosztuje konsultacja lekarska. Dziwne to i niewygodne”.

„Mam wrażenie, że internista tutaj to raczej rodzaj kaznodziei, którego zadaniem jest porozmawiać z pacjentem. Im dłużej, tym lepiej, bo za każdą minutę płacisz.”

Na koniec zostawiam Was z historią ku pokrzepieniu serc, która pokazuje, że szwajcarscy lekarze potrafią działać zarówno szybko, jak i skutecznie.

„Ma pan kamienie nerkowe, nie ma wyjścia, trzeba operować – słyszę chwilę po wejściu do gabinetu kantonalnego szpitala. To jak, za tydzień? – pyta lekarz. Za tydzień nie mogę… – trochę jestem zszokowany faktem operacji i próbuję grać na zwłokę. Czy można by tak za miesiąc?  Sprawdzimy – lekarz sprawdza kalendarz i dostępne terminy. Tak, nie ma sprawy. Wszystkie dokumenty i informacje odnośnie przygotowania do operacji dostanie pan pocztą. Teraz jeszcze wytłumaczę panu pokrótce na czym operacja będzie polegać. I tak oto w ciągu niecałych 30 minut wizyty lekarskiej dostałem termin swojej pierwszej operacji pod pełnym znieczuleniem. Byłem nieco zaskoczony szybkością, z jaką lekarz ustalił termin operacji, zaraz potem jego elastycznością w kwestii zmiany terminu. Parę tygodni później jechałem już łóżkiem szpitalnym na salę operacyjną. Po drodze podając rękę każdemu lekarzowi, asystentom, asystentkom, anestezjologowi, który żartował ze mną tuż przed podaniem mi maski z gazem usypiającym. Gdy się wybudziłem, pani pielęgniarka popatrzyła mna mnie i powiedziała – dzień dobry ! – po czym dodała – coś pan krzyczał przez sen, ale nie potrafiłam zrozumieć co.”

Dużo zdrowia Wam życzę!

* Wszystkie cytaty pochodzą z historii nadesłanych przez czytelniczki i czytelników bloga I’m not Swiss oraz komentarzy na FP. W niektórych przypadkach dokonałam skrótów i/lub edycji stylistycznej. Z uwagi na specyfikę tematu, wszystkie wypowiedzi przytaczam anonimowo.

Rewolucji nie będzie. Szwajcarzy odrzucili Vollgeld

csm_Vollgeldinitiative-Nein-Logo-822-435_06fcf75cd1

Fot. https://vollgeldinitiative-nein.ch

Tekst został opublikowany na portalu Business Insider Polska.

Mały alpejski kraj miał okazję wywrócić do góry nogami cały świat finansów, głosując w niedzielę 10 czerwca nad wprowadzeniem tzw. pieniądza suwerennego. Do rewolucji jednak nie dojdzie, bo większość głosujących odrzuciła kontrowersyjny projekt. Przeciwko było ponad 75 proc. głosujących. Jednogłośnie na „nie” były wszystkie kantony, co jest w Szwajcarii rzadkością. Największą liczbę zwolenników (ponad 40 proc.) inicjatywa miała w Genewie.

Postulaty Vollgeld

Banki tworzą pieniądz elektroniczny z niczego, udzielając kredytów i zarabiając na ryzykownych operacjach na rynku finansowym. Nie podoba nam się to. Chcemy, aby pełną kontrolę nad kreacją pieniądza miał bank centralny – tak w kilku zdaniach można streścić postulaty inicjatywy Vollgeld (w dosłownym tłumaczeniu „pieniądz pełny, całkowity”), w której sprawie referendum trwa w Szwajcarii. Szalony, zdaniem wielu, pomysł grupy Helwetów, wcielony w życie, byłby wyzwaniem nie tylko dla sektora bankowego, ale i dla polityki pieniężnej prowadzonej przez bank centralny.

Na straży depozytów

Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) emituje, głównie w postaci gotówki, jedynie niewielki ułamek pieniądza krążącego w gospodarce. Reszta to tzw. pieniądz depozytowy, czyli tworzony w wyniku akcji kredytowej banków. Załóżmy, że przynosimy do banku 10 tys. franków (ok. 37 tys. złotych). Cała kwota zapisywana jest na rachunku i jest do naszej dyspozycji. Jednak tylko niewielką jej część (w Szwajcarii to 2,5 proc., w Polsce 3,5 proc.) bank odkłada w postaci rezerwy, czyli zabezpieczenia naszego depozytu, w banku centralnym. Resztą obraca na rynku, pomnażając pieniądze m.in. poprzez udzielanie oprocentowanych kredytów. Operacja powtarzana jest wielokrotnie i nazywamy to kreacją pieniądza.

Pomysłodawcy inicjatywy Vollgeld uważają, że w takim układzie pieniądze obywateli nie są bezpieczne. I zaproponowali, aby wszystkie zgromadzone na rachunkach bankowych środki (tzw. depozyty na żądanie, których wartość to ok. 300 mld franków) przeszły pod kontrolę SNB. Bank centralny byłby gwarantem depozytów i decydował o wielkości akcji kredytowej, udzielając pożyczek bankom, a te następnie przekazywałyby je osobom prywatnym i firmom. Dzięki temu każdy pożyczony frank miałby podbudowę w – jak twierdzą zwolennicy Vollgeld – realnym pieniądzu. Główną ideą, przyświecającą zwolennikom Vollgeld jest bezpieczeństwo oszczędności obywateli i zapobieganie kryzysom finansowym, wywołanym przez nietrafione inwestycje banków i bańki finansowe.

Większa władza? Nie, dziękuję

Prezes banku centralnego, choć docenia pokładane w SNB zaufanie, nie jest jednak zainteresowany rozszerzeniem swoich kompetencji o udzielanie kredytów. W obszernym wywiadzie, który pojawił się niedawno na łamach zuryskiego dziennika „Tagesanzeiger”, Thomas Jordan wyjaśnia, że takie rozwiązanie utrudniłoby bankowi centralnemu prowadzenie polityki pieniężnej i zagroziłoby jego niezależności.

– Banki centralne mają pieniądz krążący w gospodarce pod bardzo dobrą kontrolą, nawet jeśli nie mają monopolu na jego kreację. Tę kontrolę osiąga się choćby poprzez ustalanie stóp procentowych – tłumaczy Jordan. Obecnie stopy procentowe w Szwajcarii są ujemne i wynoszą -0,75 proc. Szef SBN przestrzega przed potencjalnymi konsekwencjami przyjęcia przez Szwajcarów pieniądza suwerennego. – To byłoby jak piasek w skrzyni biegów (systemu bankowego – red.), znacznie utrudniając przyznawanie kredytów. Wzrosłyby stopy procentowe. (…) Bank centralny natomiast musiałby darować kredyty bez odsetek – mówi Jordan. Zwraca też uwagę na to, że przejście do systemu pieniądza suwerennego mogłoby ograniczyć bankowi centralnego interwencje na rynku walutowym, a tym samym kontrolę nad wartością franka szwajcarskiego. Działalność banku centralnego zostałaby więc mocno zaburzona, a waluta narażona na znaczne wahania wartości (zła wiadomość dla polskich frankowiczów).

„Financial Times” jest na tak

Sama idea pieniądza suwerennego, nad którym kontrolę sprawują obywatele poprzez bank centralny, nie jest nowa i była już dyskutowana w wielu krajach, m.in. w Wielkiej Brytanii czy Islandii po globalnym kryzysie finansowym w 2008 roku. Jednak to Szwajcaria jako pierwsza zrobiła krok dalej i wykorzystując możliwości, jakie daje demokracja bezpośrednia, doprowadziła do referendum w tej sprawie.

Dużym zaskoczeniem dla opinii publicznej jest aprobata kontrowersyjnego pomysłu Szwajcarów ze strony głównego ekonomisty brytyjskiego dziennika „Financial Times”. Martin Wolf obliczył, że w latach 1970-2011 aż 147 banków na całym świecie potrzebowało ratunku z programów pomocowych Międzynarodowego Funduszu Walutowego.Jego zdaniem, branża finansowa produkuje jeden chaos za drugim i jest systemem stworzonym, aby upaść („designed to fail”). Dlatego też szwajcarska inicjatywa wydaje mu się godna zaufania, ponieważ oddziela bezpieczeństwo, które należy się pieniądzom obywateli od ryzyka, które jest wpisane w działalność banków.

Eksperyment szkodliwy dla gospodarki

Ekonomiści w większości są jednak Vollgeld przeciwni. Pomysł jest nazywany „trzęsieniem ziemi”, radykalnym i szkodliwym eksperymentem. Cała operacja wyprowadzania depozytów do SNB oznaczałaby dla banków koszty, a dla gospodarki – silne ograniczenie akcji kredytowej. – Przejście do systemu Vollgeld osłabiłoby finansową stabilność Szwajcarii i nadwerężyło zaufanie do systemu monetarnego – ostrzega Philippe Bacchetta, profesor Swiss Finance Institute z Uniwersytetu w Lozannie. Do odrzucenia inicjatywy nawoływali też szwajcarski rząd i parlament.

Referendum w tej sprawie jest precedensem na skalę światową i może zachęcić zwolenników suwerennego pieniądza w innych krajach do większej aktywności na tym polu. Gdyby Szwajcarzy powiedzieli „tak”, rząd musiałby zaakceptować wolę obywateli i znaleźć sposób na wdrożenie projektu. Banki komercyjne i bank centralny dostałyby z pewnością sporo czasu na dostosowanie się do nowej rzeczywistości.

Vollgeld to nie pierwszy kontrowersyjny pomysł gospodarczy, na którego temat Szwajcarzy wypowiadają się w referendum. W czerwcu 2016 roku głosowano nad wprowadzeniembezwarunkowego dochodu gwarantowanego dla każdego obywatela w wysokości 2,5 tys. franków miesięcznie (równowartość ok. 10 tys. zł). Helweci, większością ponad 76 proc., powiedzieli wówczas stanowcze „nie”. Wcześniej, w grudniu 2014 r., Szwajcarzy równie dobitnie (przeciwnych było ponad 77 proc.) wypowiedzieli się przeciwko zwiększeniu przez bank centralny rezerw złota i obowiązkowi składowania go wyłącznie w Szwajcarii.

Link do oryginału: https://businessinsider.com.pl/finanse/makroekonomia/referendum-w-szwajcarii-inicjatywa-vollgeld-ws-pieniadza-suwerennego/vpt1gdn