Prezydent glamour

IMG_4730

Źródło: Keystone

Jeździ Volkswagenem i zawsze ma przy sobie scyzoryk. Socjaldemokrata Alain Berset robi wiele, aby pokazać, że jest człowiekiem, jak każdy inny. Umiejętnie pielęgnowany wizerunek chłopaka z podwórka nie przeszkadza mu jednak brylować na salonach. Nie bez powodu szwajcarscy dziennikarze nazywają go prezydentem glamour. 

Polityk z krwi i kości 

Kiedy jako 39-latek wszedł w skład Szwajcarskiej Rady Federacyjnej (organu pełniącego funkcję rządu i kolegialnej głowy państwa) jako jeden z najmłodszych członków w jej historii, media rozpływały się w pochwałach nad jego błyskotliwą karierą. Rzeczywiście, Berset bardzo wcześnie postawił wszystko na jedną kartę, zaangażował się w politykę i skutecznie dążył do celu. A tym było wejście na sam szczyt.

Studiował nauki polityczne na Uniwersytecie w Neuenburgu, gdzie następnie pracował naukowo, żeby w 2005 roku obronić doktorat z ekonomii. W międzyczasie zaczynał już działać w polityce, najpierw jako radny w rodzinnym Belfaux, liczącej 2,5 tys. mieszkańców wiosce w kantonie Fryburg. Wejście do Rady Kantonów (Ständerat) w wieku zaledwie 31 lat, a następnie jej przewodnictwo, ugruntowały pozycję Berseta na szwajcarskiej scenie politycznej. Jako wiceszef parlamentarnej frakcji socjaldemokratów odegrał znaczącą rolę w odwołaniu z rządu przewodniczącego partii SVP Christopha Blochera w grudniu 2007 roku. Pisał historię, ponieważ taka sytuacja zdarzyła się dopiero po raz czwarty w dziejach Konfederacji. 

W 2012 roku, wchodząc do siedmioosobowej Rady Federacyjnej i obejmując Departament Spraw Wewnętrznych, Berset stanął na szczycie szwajcarskiego systemu politycznego. W tym roku (prezydentura w Szwajcarii jest rotacyjna) pełni funkcję głowy państwa. 

topelement-5

Prezydent i biegacz. Źródło: lematin.ch

Po prostu Alain 

Jest politykiem z powołania. Lubi podkreślać, że w sektorze prywatnym nie zarobił ani rappena. A pomyśleć, że mógł zostać zawodowym sportowcem.

Rodzina Berseta to biegacze. On sam, jako 17-latek zdobył tutuł mistrza juniorów zachodniej Szwajcarii w biegu na 800 metrów. Sport do dzisiaj pełni ważną rolę w jego życiu. Lubi jeździć na nartach i chodzić po górach. Choć na co dzień urzęduje w Bernie, co roku 1 sierpnia w Narodowe Święto Szwajcarii, wraca w rodzinne strony, aby razem z rodziną i przypadkowo napotkanymi miłośnikami natury, wędrować w okolicach Schwarzsee, a potem zjeść Zmittag w lokalnej restauracji.

web-nr-6448.jpg

Wizyta w rodzinnych stronach. Źródło: Schweizer Illustrierte

Berset jest blisko ludzi, nie boi się z nimi rozmawiać, nie uznaje sztucznych podziałów. – Röstigraben (symboliczna granica językowa i kulturowa pomiędzy Szwajcarią niemiecką a francuską – przyp. red.) nie istnieje – to jedno z jego słynnych zdań. – Szwajcaria należy do wszystkich, którzy tu mieszkają – odpowiada, pytany o to, jak pojmuje patriotyzm. 

Ludzie cenią jego otwartość i szczere zainteresowanie ich problemami. Od jedenastu lat, w grudniu, przed świętami, jeździ do Fryburga gotować zupę w jadłodajni dla biednych i bezdomnych. – Znam tu wszystkich. Dla nich jestem po prostu Alain – mówi. Po skończonym obiedzie pomaga zamiatać podłogę. 

To, że polityków, nawet tych wysoko postawionych, można spotkać bez ochrony w pociągu czy kawiarni w centrum miasta, nikogo w Szwajcarii nie dziwi. Berset natomiast wyjątkowo chętnie daje się „przyłapać” w sytuacjach prywatnych. Na przykład, kiedy podczas wizyty w Lichtensteinie, przed uroczystą kolacją w pałacu książęcym, przyszywa sobie guzik w marynarce. Prezydent, co igły i nitki się nie boi. 

web-il50_reportage_berset02.jpg

Berset gotuje zupę dla bezdomnych. Źródło: Schweizer Illustrierte

Lew salonowy 

Właśnie wylądowałem w Nowym Jorku – informuje Berset ponad 7 tys. osób obserwujących go na Instagramie. Prezydent poleciał akurat reprezentować Szwajcarię podczas 73. sesji ONZ. W rozjazdach jest często, bo tego wymaga jego funkcja. W tym roku był już z wizytą m.in. w Bangladeszu (gdzie przyjęto go jak króla), Japonii (skąd wrzucił selfie z zawodnikami sumo), Nairobi, Kenii i Bejrucie. 

Odwiedził też sportowców podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Seulu, a na mundialu w Rosji kibicował reprezentacji w grupowym meczu z Brazylią. Chętnie wizytuje też festiwale filmowe. W maju był w Cannes, a w sierpniu otwierał Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Locarno, gdzie spotkał się też z amerykańską aktorką Meg Ryan, odbierającą w Szwajcarii nagrodę honorową.

Berset lubi bywać i wie, jak się zachować na salonach. W nienagannie skrojonym smokingu witał niemieckiego prezydenta Franka-Waltera Steinmeiera podczas jego wizyty w Szwajcarii. W czasie swojego urzędowania miał już okazję spotkać się z prezydentem USA Donaldem Trumpem i papieżem Franciszkiem. Z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem jest w dobrych relacjach oficjalnych i prywatnych, a na narty jeździ razem z księciem Lichtensteinu. 

Wieczorami grywa na pianinie. Podczas obchodów 125-lecia Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii dał koncert na cztery ręce z koleżanką z rządu Simonettą Sommarugą. 

Berset-zu-Treffen-mit-Trump-Es-war-ein-Gespraech-auf-Augenhoehe_article_full

Z Donalden Trumpem w Davos. Źródło: Keystone

„Afera obrączkowa” 

Berset często podkreśla, jak ważna jest dla niego rodzina (ma trójkę dzieci) i jak wielkie znaczenie dla niego i jego kariery politycznej ma żona Muriel, artystka i znawczyni literatury. 

Jakiś czas temu szukający sensacji tabloid zauważył jednak, że prezydent nie zawsze nosi na palcu małżeński symbol miłości i wierności. – Są dni, kiedy pan Berset obrączkę nosi i takie, kiedy nie – tłumaczyła wtedy lakonicznie szefowa biura komunikacji prezydenta. To chyba jedyny, choć ewidentnie nakręcony przez nudzących się dziennikarzy, obyczajowy incydent związany z Bersetem. Przez mijające właśnie dziewięć miesięcy prezydentury udało mu się uniknąć skandali.

Choć jego sposób bycia wzbudza w Szwajcarach sympatię, nie wszyscy akceptują jego działania polityczne, bo chce np. podwyższać podatki i ciąć pensje najlepiej zarabiającym lekarzom. W zamian zaś proponuje dodatek emerytalny dla kobiet, walkę z rosnącymi premiami ubezpieczycieli i regulację rynku leków. Choć społeczną wrażliwość wyssał z mlekiem matki (też była działaczką polityczną), często brakuje mu odwagi, aby odnieść się do budzących kontrowersje spraw, jak obecność kobiet w parlamencie czy legalizacja marihuany.

Krytycy zarzucają mu skłonność do uników i operowania okrągłymi zdaniami. Być może dlatego nie potrafił przekonać obywateli do swojego wielkiego projektu, jakim jest reforma systemu emerytalnego, co uważa się za jego największą polityczną porażkę. 

SCHWEIZER FILMPREIS QUARZ, VERLEIHUNG, PREISVERLEIHUNG,

Z żoną Muriel Zeender Berset. Źródło: Keystone/Martial Trezzini

Alain Berset za trzy miesiące pożegna się ze swoją funkcją. Zostanie po nim dobre wrażenie i dużo fajnych zdjęć. Fakt, że lubi się „lansować”, ale czy nie na tym właśnie polega rola prezydenta Szwajcarii? Berset jest doskonałym przykładem profesjonalizacji szwajcarskiej polityki. Dobrze wykształcony i oddany służbie publicznej. Do tego przystojny i medialny – regularnie pojawia się rankingach najpiękniejszych i najlepiej ubranych. Potrafi się ładnie wypowiedzieć – swoją mowę inauguracyjną wygłosił w czterech oficjalnych językach kraju. Lepszego prezydenta Szwajcaria nie mogła sobie wymarzyć.

IMG_4731

Źródło: tagesanzeiger.ch


Źródła:

Schweizer Illustrierte

Handelszeitung

NZZ

Tagesanzeiger

Blick

20 Minuten

Jak chorować, to tylko w Szwajcarii (?)

topelement-4

Fot. tagesanzeiger.ch

W tym kraju medycyna jest na światowym poziomie, a lekarze potrafią działać cuda. To dlatego przyjeżdżają się tutaj leczyć milionerzy i gwiazdy. Płacić trzeba słono, ale możemy być pewni, że jesteśmy w najlepszych możliwych rękach.

Zapomnijmy na chwilę o Czerwonym Krzyżu, osiągnięciach noblistów w dziedzinie medycyny i globalnym indeksie HAQ, lokującym Szwajcarię na trzecim miejscu (za Andorą i Islandią) pod względem dostępności i jakości opieki zdrowotnej. Jak szwajcarska służba zdrowia wygląda z naszego punktu widzenia – pacjenta, który po prostu jest chory, idzie do lekarza, gdzie chce otrzymać trafną diagnozę oraz leki, które mu pomogą? O to zapytałam Was – czytelniczki i czytelników bloga.

Planowałam zacząć ten tekst zdaniem „Przychodzi Polak/Polka do lekarza”, ale w Szwajcarii tak to nie działa. Trzeba najpierw zadzwonić. W zależności od modelu ubezpieczenia zdrowotnego – albo bezpośrednio do asystentki lekarza rodzinnego (w droższej opcji), albo najpierw na infolinię ubezpieczyciela (tzw. telmed, opcja tańsza i stąd też częściej wybierana przez obcokrajowców). Wyobraźcie sobie sytuację, że coś Wam dolega i musicie przez telefon obcej osobie, której kompetencji nie jesteście w stanie zweryfikować, zwierzać się w obcym języku ze swoich problemów zdrowotnych. Dla mnie koszmar! Są też tacy, którzy zamiast do lekarza, udają się najpierw do apteki, gdzie miła pani farmaceutka (rzadziej pan farmaceuta) udziela pierwszej pomocy, próbując rozszyfrować mowę ciała.

Niezależnie od typu ubezpieczenia, żeby dostąpić zaszczytu spotkania ze szwajcarskim lekarzem, należy najpierw przejść przez sito, które odsiewa naprawdę chorych od tych, którzy lepiej, żeby nie tworzyli sztucznego tłumu. Z jednej strony, jest to niewątpliwie szwajcarski sposób na brak kolejek w gabinetach lekarskich, z drugiej oznacza, że jeśli naprawdę szybko potrzebujesz pomocy, a internista akurat nie ma wolnych terminów, lądujesz w szpitalu, gdzie możesz liczyć na najszybszą „obsługę”, zazwyczaj jednak za wyższą cenę. W przypadku specjalistów, zdarza się, że lekarze domowi sami doradzają oddział szpitalny, ponieważ wiedzą, że znalezienie dermatologa czy ortopedy z otwartą listą pacjentów graniczy z cudem.

„Do lekarzy trzeba chodzić po prośbie – trochę jak w Polsce, ale tam mówią ci, że nie ma numerków i zapraszamy za pół roku/ rok/ 5 lat. Tutaj lekarze prowadzą swoją własną praktykę, ale czasami trzeba obdzwonić pół miasta, żeby ktoś zgodził się cię przyjąć, bo ma już swoich pacjentów i więcej nie przyjmuje. Tak samo się czeka miesiąc na wizytę u specjalisty, mimo że za to płacisz i to całkiem nie mało” *.

Załóżmy jednak, że do lekarza się dostajemy. Idziemy wyznaczonego dnia, na konkretną godzinę. Wizyta przebiega niezwykle profesonalnie – lekarz jest punktualny, uprzejmy, komunikuje się z nami po angielsku, jeśli nie znamy lokalnego języka, gabinet jest świetnie wyposażony, a my gruntownie przebadani, otrzymujemy diagnozę i leki, po których na pewno poczujemy się lepiej. Takich pozytywnych doświadczeń macie całkiem sporo.

„Szybko zdiagnozowana i wyleczona (przynajmniej tak się do tej pory wydaje) borelioza. Podejrzenie złamania kości nadgarsta: na rentgenie zrobionym od razu nic nie widać, więc zlecony zostaje rezonans w szpitalu, jeszcze tego samego dnia. Wyniki od razu. Grypa, angina – wizyta tego samego/następnego dnia, antybiotyki oraz zwolnienie z pracy. Chyba dobrze przepisane, bo za każdym razem pomagało. Na wizytę póki co nie zdarzyło mi się jeszcze czekać dłużej niż jeden dzień. W sumie mam same pozytywne doświadczenia – dużo się tu płaci, ale jakość usług też bardzo wysoka”.

„Idąc pierwszy raz do przypadkowej szwajcarskiej przychodni nie miałam absolutnie żadnych problemów z przyjęciem, karta ubezpieczenia, ankieta, proszę chwilę zaczekać, lekarz bardzo uprzejmy i pomocny (dostosował się do mojego słabego niemieckiego i nawet znalazł tłumaczenie na Google Translate, żebym dobrze zrozumiała), zrobił te badania które chciałam – ogólnie obsługa prima sort, przynajmniej w tej przychodni”.

„Jeśli miało się w Polsce ubezpieczenie prywatne, to całość jest w 100% identyczna i bezproblemowa, z tą różnicą, że od razu dostałem leki oraz instrukcję, jak i kiedy je brać – dla mnie bomba”.

Kontakt ze szwajcarskimi lekarzami nie dla wszystkich był jednak tak przyjemny. Niektórzy z Was zrazili się na tyle, że jeżdżą się leczyć za granicę.

„Dwa razy byłam z dziećmi u lekarki Szwajcarki. Jedna była…brudna… miała brudne ubranie i stopy, bo zdejmowała buty i było widać. Druga mimo ubezpieczenia nie chciała dziecku zrobić badania krwi, bo twierdziła, że to kosztuje, a moje uzasadnienie nie jest wystarczające. Ja sama byłam raz, gdy byłam przeziębiona przez 3 tygodnie, a pani leczyła mnie syropem ziołowym. Teraz mamy pediatrę Niemkę – jesteśmy zachwyceni! Mamy również cudowną dentystkę dziecięcą i ortodontę dziecięcego. Fantastyczna obsługa i, co ważne, nie czujemy się naciągani. Wszystko z myślą o pieniądzach i długoterminowych celach”.

Niechęć tutejszych medyków do zlecania badań również mnie kilka razy zaskoczyła. Nie licząc szczepień, które powtarza się co 10 lat, to mam wrażenie, że profilaktyka jest traktowana po macoszemu. Weźmy choćby pracowników szwajcarskich firm, którzy nie przechodzą regularnych badań kontrolnych (poza niektórymi zawodami, np. w branży chemicznej) i nikogo to nie dziwi. Na sugestie pacjenta, że może chciałby jednak zrobić jakieś testy, lekarze reagują zdziwieniem: ale czy coś Pana/Panią boli? Nie? No to badania niepotrzebne.

„Mam historie nowotworowe w rodzinie, dlatego muszę się częściej kontrolować. A tutaj usłyszałam: Po co Pani USG ginekologiczne, jakby się coś działo, jakieś bóle, to dopiero wtedy zrobimy. To samo dotyczy badań krwi”.

W wielu Waszych opowieściach pojawiają się problemy z diagnostyką. Doświadczył jej rownież mój mąż, który pewnego razu wyszedł z gabinetu „weekendowego” (przychodnie, do których nie trzeba się umawiać, wystarczy przyjść i poczekać w kolejce, czynne rownież w dni wolne od pracy) ze zdiagnozowaną świnką. Po konsultacji z innym lekarzem okazało się, że to.. żuchwa wyskoczyła mu z zawiasów. Podobnych opowieści dostałam od Was sporo.

„Półpaśca leczyli u mnie lekami na alergię. Jak się zorientowali po trzech dniach, że to jednak nie alergia, na leki przeciwwirusowe było już za późno. Nie to, że byłam jakimś ciężkim przypadkiem. Inny lekarz postawił diagnozę po opisie objawów przez telefon”.

Kolejna historia brzmi jeszcze straszniej.

„Choruję przewlekle od 8 lat, a jakieś 3 lata temu pojawiły się u mnie nowe problemy zdrowotne. Jeden lekarz odsyłał mnie do drugiego, wizyty w specjalistycznych klinikach, rezonanse, tomografie, szpitale, czasem nawet lądowanie na ostrym dyżurze i nic. Nowe leki, zalecenia i dalej nic. Każdy widzi, że wyniki są złe, nikt nie potrafi powiedzieć dlaczego. Trafiłam w końcu do „lokalnego doktora House’a”, który najpierw próbował szukać przyczyny badaniami, a teraz robi na mnie doświadczenia. Wciąż zmienia diety, lekarstwa, oczywiście z umiarem, tak myślę. Przyczyny nadal nie znalazł. Te doświadczenia sprawiły, że o tutejszej służbie zdrowia mam zdanie takie, że jest świetna, jeśli wiadomo na co chorujesz”.

Jedna z czytelniczek trafiła do szpitala po wypadku na rowerze. Pech chciał, że była sobota.

„W weekend nie ma co liczyć na przyzwoitego lekarza. Zajmowało się mną dwóch lekarzy asystujących, z czego pierwszy powiedzial, że standardowo robi się diagnostykę z tomografią komputerową i dokładnym badaniem narządów, ale mnie nie zrobią, ponieważ mój stan nie jest taki zły. Następnie próbował nastawić złamanie cztery razy, bez efektu, w końcu zapakował rękę w szynę (niewłaściwą, jak okazało się po wizycie u chirurga). Drugi lekarz, ortopeda w trakcie specjalizacji, w szpitalu zajrzał do rany na ręce i stwierdził, że on nie wie, czy tam widzi tkankę tłuszczową czy torebkę stawową, ale wyczyści i da antybiotyk. Wypuszczono mnie na drugi dzień, a na liście diagnoz było sześć pozycji, łącznie z otwarciem kaletki maziowej (gdzie lekarz sam mówił, że nie wie, co widzi) oraz wstrząśnieniem mózgu – gdzie odmówiono mi standardowej diagnostyki i wprost mnie o tym poinformowano..”.

Z Waszych doświadczeń wynika również, że Szwajcarscy lekarze nie dość, że diagnostykę traktują, jak strzelanie do celu, to są też dość mocno „wyluzowani”, jeśli chodzi o reakcję na objawy, które nie muszą, ale mogą świadczyć o poważnej chorobie. Do miary legendy urosły już historie o leczeniu bólu głowy leżeniem w łóżku i piciem dużej ilości wody.

„Przyszedłem do lekarza, bo miałem kłucia w sercu. Kazał mi 1. Jeść trzy razy dziennie 2. Unikać cukru 3. Pić wodę. Potem dostałem rachunek na 260 franków”.

Podobna historia przytrafiła się również mnie. Mam bóle kręgosłupa, do których już się przyzwyczaiłam, ale któregoś dnia były na tyle silne, że postanowiłam zgłosić się po pomoc do mojego lekarza. O święta naiwności! Fakt, po kilku wizytach zrobił wreszcie prześwietlenie, ale tylko po to, żeby stwierdzić, że wszystko jest ok, więc on nie wie, skąd te bóle. Po czym delikatnie zasugerował wizytę u psychiatry (autentyk!).

„Przyzwyczaiłam się już do szwajcarskiego systemu pediatrii, według którego jestem totalną hipochondryczką, bo z chorym dzieckiem biegam do lekarza. Tu się dowiedziałam, że a) dobrze że dziecko ma kaszel, bo czyści oskrzela, b) dobrze, że ma katar, bo czyści nos, c) jeżeli nie ma temperatury, a od dwóch miesięcy jest chore, to znaczy, że co tydzień łapie nowego wirusa – trzeba przeczekać. Na ból ucha psika się do nosa sól morską, na ból gardła – płucze roztworem soli albo szałwią. Nawet w aptece ciężko wyprosić coś „lekopodobnego”, nawet jak się prycha i kicha.”

Szeroko pojęta medycyna naturalna, która obejmuje zarówno ziołolecznictwo, jak i bardziej dyskusyjne metody np. homeopatię, ma w tutejszym systemie opieki zdrowotnej status niemalże równy konwencjonalnemu leczeniu. Do tego stopnia, że ubezpieczyciele pokrywają koszty wizyt u rozmaitych „uzdrowicieli”.

„Widziałam tutaj nawet gabinet weterynaryjny, który się reklamował stosowaniem homeopatii. Nie wiem jak efekt placebo ma zadziałać na zwierzę. Może na właściciela, spokojny właściciel = spokojniejsze/zdrowsze zwierzę?”

Być może Szwajcarzy zbyt mocno do serca wzięli sobie słowa Voltaire’a, że „sztuka medyczna polega na zabawianiu pacjenta, podczas gdy natura leczy chorobę”..

Skutek leczenia bólu wodą lub pestkami dyni (sic!) jest dla pacjenta często taki, że jeśli jest chory/a, na dłuższe zwolnienie z pracy nie ma co liczyć. Bo kto to widział wylegiwać się w łóżku z jakąś tam fanaberią typu gorączka, podczas gdy inni w pocie czoła zarabiają franki?

„Trzy dni to było maksymalne zwolnienie, jakie kiedykolwiek dostałam, nawet w przypadku stwierdzonego wstrząsu mózgu. Nie jestem z tych, co biorą zwolnienia przy każdej okazji, ale kiedyś przez trzy tygodnie miałam ciągły kaszel i się dusiłam, a oni uparcie dawali mi zwolnienie na 1-2 dni. Potem wracałam do pracy na jeden dzień, miałam kolejny atak kaszlu, więc znowu leczyłam się paracetamolem i kroplami do gardła. Dopiero kiedy pokazałam wyniki z Polski (testy na astmę pozytywne) i dwa inhalatorki (przepisane przez lekarza w Polsce), to stwierdzili, żebym stosowała je przez miesiąc, a potem przyszła do kontroli. Poprawiło się i wszyscy byli zadowoleni”.

Jeszcze słowo o opłatach za te wszystkie medyczne „przyjemności”. Tak naprawdę idąc do lekarza nigdy nie wiemy do końca, ile za wizytę przyjdzie nam zapłacić. Koszt zależy bowiem m.in. od tego, ile czasu spędzimy w gabinecie. To coś w stylu naliczania minutowego. Rachunek otrzymujemy pocztą (wyjątkiem jest weterynarz, u którego płaci się na miejscu), czasem nawet po kilku tygodniach od odwiedzin u doktora. Kasa chorych pokrywa zazwyczaj ok. 80-90 proc. wartości usługi medycznej.

„W Polsce idąc do lekarza prywatnie wiedziałam przez wizytą, ile ona będzie kosztować, jeśli w trakcie wynikła konieczność zrobienia dodatkowych badań, też mi podawano koszt i mogłam zdecydować, czy to chcę, czy nie. W Szwajcarii jestem krótko i nie mam dużo doświadczeń, ale z tym już się starłam: pytam w recepcji o orientacyjny koszt tego i tego, mówią „około 100 franków”, akceptuję, a po wizycie dostaję rachunek na dwa razy tyle. (…) Chciałam z grubsza zorientować się w cennikach badań i usług lekarskich – takie cenniki praktycznie nie są dostępne publicznie. Pytałam ludzi – nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, ile kosztuje konsultacja lekarska. Dziwne to i niewygodne”.

„Mam wrażenie, że internista tutaj to raczej rodzaj kaznodziei, którego zadaniem jest porozmawiać z pacjentem. Im dłużej, tym lepiej, bo za każdą minutę płacisz.”

Na koniec zostawiam Was z historią ku pokrzepieniu serc, która pokazuje, że szwajcarscy lekarze potrafią działać zarówno szybko, jak i skutecznie.

„Ma pan kamienie nerkowe, nie ma wyjścia, trzeba operować – słyszę chwilę po wejściu do gabinetu kantonalnego szpitala. To jak, za tydzień? – pyta lekarz. Za tydzień nie mogę… – trochę jestem zszokowany faktem operacji i próbuję grać na zwłokę. Czy można by tak za miesiąc?  Sprawdzimy – lekarz sprawdza kalendarz i dostępne terminy. Tak, nie ma sprawy. Wszystkie dokumenty i informacje odnośnie przygotowania do operacji dostanie pan pocztą. Teraz jeszcze wytłumaczę panu pokrótce na czym operacja będzie polegać. I tak oto w ciągu niecałych 30 minut wizyty lekarskiej dostałem termin swojej pierwszej operacji pod pełnym znieczuleniem. Byłem nieco zaskoczony szybkością, z jaką lekarz ustalił termin operacji, zaraz potem jego elastycznością w kwestii zmiany terminu. Parę tygodni później jechałem już łóżkiem szpitalnym na salę operacyjną. Po drodze podając rękę każdemu lekarzowi, asystentom, asystentkom, anestezjologowi, który żartował ze mną tuż przed podaniem mi maski z gazem usypiającym. Gdy się wybudziłem, pani pielęgniarka popatrzyła mna mnie i powiedziała – dzień dobry ! – po czym dodała – coś pan krzyczał przez sen, ale nie potrafiłam zrozumieć co.”

Dużo zdrowia Wam życzę!

* Wszystkie cytaty pochodzą z historii nadesłanych przez czytelniczki i czytelników bloga I’m not Swiss oraz komentarzy na FP. W niektórych przypadkach dokonałam skrótów i/lub edycji stylistycznej. Z uwagi na specyfikę tematu, wszystkie wypowiedzi przytaczam anonimowo.

Rewolucji nie będzie. Szwajcarzy odrzucili Vollgeld

csm_Vollgeldinitiative-Nein-Logo-822-435_06fcf75cd1

Fot. https://vollgeldinitiative-nein.ch

Tekst został opublikowany na portalu Business Insider Polska.

Mały alpejski kraj miał okazję wywrócić do góry nogami cały świat finansów, głosując w niedzielę 10 czerwca nad wprowadzeniem tzw. pieniądza suwerennego. Do rewolucji jednak nie dojdzie, bo większość głosujących odrzuciła kontrowersyjny projekt. Przeciwko było ponad 75 proc. głosujących. Jednogłośnie na „nie” były wszystkie kantony, co jest w Szwajcarii rzadkością. Największą liczbę zwolenników (ponad 40 proc.) inicjatywa miała w Genewie.

Postulaty Vollgeld

Banki tworzą pieniądz elektroniczny z niczego, udzielając kredytów i zarabiając na ryzykownych operacjach na rynku finansowym. Nie podoba nam się to. Chcemy, aby pełną kontrolę nad kreacją pieniądza miał bank centralny – tak w kilku zdaniach można streścić postulaty inicjatywy Vollgeld (w dosłownym tłumaczeniu „pieniądz pełny, całkowity”), w której sprawie referendum trwa w Szwajcarii. Szalony, zdaniem wielu, pomysł grupy Helwetów, wcielony w życie, byłby wyzwaniem nie tylko dla sektora bankowego, ale i dla polityki pieniężnej prowadzonej przez bank centralny.

Na straży depozytów

Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) emituje, głównie w postaci gotówki, jedynie niewielki ułamek pieniądza krążącego w gospodarce. Reszta to tzw. pieniądz depozytowy, czyli tworzony w wyniku akcji kredytowej banków. Załóżmy, że przynosimy do banku 10 tys. franków (ok. 37 tys. złotych). Cała kwota zapisywana jest na rachunku i jest do naszej dyspozycji. Jednak tylko niewielką jej część (w Szwajcarii to 2,5 proc., w Polsce 3,5 proc.) bank odkłada w postaci rezerwy, czyli zabezpieczenia naszego depozytu, w banku centralnym. Resztą obraca na rynku, pomnażając pieniądze m.in. poprzez udzielanie oprocentowanych kredytów. Operacja powtarzana jest wielokrotnie i nazywamy to kreacją pieniądza.

Pomysłodawcy inicjatywy Vollgeld uważają, że w takim układzie pieniądze obywateli nie są bezpieczne. I zaproponowali, aby wszystkie zgromadzone na rachunkach bankowych środki (tzw. depozyty na żądanie, których wartość to ok. 300 mld franków) przeszły pod kontrolę SNB. Bank centralny byłby gwarantem depozytów i decydował o wielkości akcji kredytowej, udzielając pożyczek bankom, a te następnie przekazywałyby je osobom prywatnym i firmom. Dzięki temu każdy pożyczony frank miałby podbudowę w – jak twierdzą zwolennicy Vollgeld – realnym pieniądzu. Główną ideą, przyświecającą zwolennikom Vollgeld jest bezpieczeństwo oszczędności obywateli i zapobieganie kryzysom finansowym, wywołanym przez nietrafione inwestycje banków i bańki finansowe.

Większa władza? Nie, dziękuję

Prezes banku centralnego, choć docenia pokładane w SNB zaufanie, nie jest jednak zainteresowany rozszerzeniem swoich kompetencji o udzielanie kredytów. W obszernym wywiadzie, który pojawił się niedawno na łamach zuryskiego dziennika „Tagesanzeiger”, Thomas Jordan wyjaśnia, że takie rozwiązanie utrudniłoby bankowi centralnemu prowadzenie polityki pieniężnej i zagroziłoby jego niezależności.

– Banki centralne mają pieniądz krążący w gospodarce pod bardzo dobrą kontrolą, nawet jeśli nie mają monopolu na jego kreację. Tę kontrolę osiąga się choćby poprzez ustalanie stóp procentowych – tłumaczy Jordan. Obecnie stopy procentowe w Szwajcarii są ujemne i wynoszą -0,75 proc. Szef SBN przestrzega przed potencjalnymi konsekwencjami przyjęcia przez Szwajcarów pieniądza suwerennego. – To byłoby jak piasek w skrzyni biegów (systemu bankowego – red.), znacznie utrudniając przyznawanie kredytów. Wzrosłyby stopy procentowe. (…) Bank centralny natomiast musiałby darować kredyty bez odsetek – mówi Jordan. Zwraca też uwagę na to, że przejście do systemu pieniądza suwerennego mogłoby ograniczyć bankowi centralnego interwencje na rynku walutowym, a tym samym kontrolę nad wartością franka szwajcarskiego. Działalność banku centralnego zostałaby więc mocno zaburzona, a waluta narażona na znaczne wahania wartości (zła wiadomość dla polskich frankowiczów).

„Financial Times” jest na tak

Sama idea pieniądza suwerennego, nad którym kontrolę sprawują obywatele poprzez bank centralny, nie jest nowa i była już dyskutowana w wielu krajach, m.in. w Wielkiej Brytanii czy Islandii po globalnym kryzysie finansowym w 2008 roku. Jednak to Szwajcaria jako pierwsza zrobiła krok dalej i wykorzystując możliwości, jakie daje demokracja bezpośrednia, doprowadziła do referendum w tej sprawie.

Dużym zaskoczeniem dla opinii publicznej jest aprobata kontrowersyjnego pomysłu Szwajcarów ze strony głównego ekonomisty brytyjskiego dziennika „Financial Times”. Martin Wolf obliczył, że w latach 1970-2011 aż 147 banków na całym świecie potrzebowało ratunku z programów pomocowych Międzynarodowego Funduszu Walutowego.Jego zdaniem, branża finansowa produkuje jeden chaos za drugim i jest systemem stworzonym, aby upaść („designed to fail”). Dlatego też szwajcarska inicjatywa wydaje mu się godna zaufania, ponieważ oddziela bezpieczeństwo, które należy się pieniądzom obywateli od ryzyka, które jest wpisane w działalność banków.

Eksperyment szkodliwy dla gospodarki

Ekonomiści w większości są jednak Vollgeld przeciwni. Pomysł jest nazywany „trzęsieniem ziemi”, radykalnym i szkodliwym eksperymentem. Cała operacja wyprowadzania depozytów do SNB oznaczałaby dla banków koszty, a dla gospodarki – silne ograniczenie akcji kredytowej. – Przejście do systemu Vollgeld osłabiłoby finansową stabilność Szwajcarii i nadwerężyło zaufanie do systemu monetarnego – ostrzega Philippe Bacchetta, profesor Swiss Finance Institute z Uniwersytetu w Lozannie. Do odrzucenia inicjatywy nawoływali też szwajcarski rząd i parlament.

Referendum w tej sprawie jest precedensem na skalę światową i może zachęcić zwolenników suwerennego pieniądza w innych krajach do większej aktywności na tym polu. Gdyby Szwajcarzy powiedzieli „tak”, rząd musiałby zaakceptować wolę obywateli i znaleźć sposób na wdrożenie projektu. Banki komercyjne i bank centralny dostałyby z pewnością sporo czasu na dostosowanie się do nowej rzeczywistości.

Vollgeld to nie pierwszy kontrowersyjny pomysł gospodarczy, na którego temat Szwajcarzy wypowiadają się w referendum. W czerwcu 2016 roku głosowano nad wprowadzeniembezwarunkowego dochodu gwarantowanego dla każdego obywatela w wysokości 2,5 tys. franków miesięcznie (równowartość ok. 10 tys. zł). Helweci, większością ponad 76 proc., powiedzieli wówczas stanowcze „nie”. Wcześniej, w grudniu 2014 r., Szwajcarzy równie dobitnie (przeciwnych było ponad 77 proc.) wypowiedzieli się przeciwko zwiększeniu przez bank centralny rezerw złota i obowiązkowi składowania go wyłącznie w Szwajcarii.

Link do oryginału: https://businessinsider.com.pl/finanse/makroekonomia/referendum-w-szwajcarii-inicjatywa-vollgeld-ws-pieniadza-suwerennego/vpt1gdn

Wschodni zapaszek a Zurych odrealniony

8f1beca330b82530ffff8049ffffffe7

Heini Andermatt „Girls in der Bahnhofstrasse” heiniandermatt.ch

Fragment opowiadania Stefana Chwina „Szwajcaria” ze zbioru ”Dieser Mont Blanc verdeckt doch die ganze Aussicht!” : Der literarische Blick auf Alpen, Tatra und Kaukasus. („Ten Mont Blanc zasłania cały widok!”: Literackie spojrzenie na Alpy, Tatry i Kaukaz”). Redakcja: Gianna Frölicher, Małgorzata Gerber, Sylvia Sasse, Nina Seiler. Edition Schublade. Zürich 2016.

Na publikację trafiłam przypadkiem, buszując w książkach w jednym z zuryskich second handów. Nie wiem, kiedy Chwin był w Zurychu i napisał te słowa, ale urzekła mnie trafność jego spostrzeżeń. Fragment nieco przydługi, ale myślę, że warto.

„Ulice Zurychu były pełne ludzi, a wyglądały na zupełnie puste. Ludzie szli zamknięci w szklanych kulach swoich spraw, na dnie oczu spokój, rezygnacja i bezwzględny błysk stanowczości, żadnych głośniejszych rozmów. Jakież to wszystko było niepodobne do polskich ulic i patrząc na twarze, sklepy i światła, nie wiedzieliśmy, czy to dobrze, czy źle, że ta różnica stała się tak jawna. Tu wszyscy szli tak, jakby nie chcieli zadrasnąć nikogo swoją obecnością, toczyli się ulicami jak kule sprawnie toczące się po zielonym suknie bilardowego pola, zręcznie wymijając przechodniów, żeby nikogo nie potrącić, nie dotknąć, nie popchnąć, szybkie spokojne kroki, prawie nikt nie szedł, wszyscy gdzieś dążyli, a każdy osobno, w swoją stronę. Przy stolikach w kawiarnianych ogródkach siedziały eleganckie damy trzymające na wodzy każdy swój gest, rozmawiające o swoich domowych i romansowych sprawach tak, jak się mówi o sprawach handlowych, nie widziałem nigdzie żywszej gestykulacji, uniesionych rąk, uniesionych brwi, nie słyszałem wybuchów śmiechu, ta elegancja wszystko pokrywała leciutkim, srebrnym nalotem, uciszając głosy i wygładzając skórę na policzkach i dłoniach.

A u nas, w Polsce? Na naszych ulicach unosił się zapaszek z lekka łobuzerski, ruch był bardziej chaotyczny, na przystanku czy chodniku pojawiały się niespodziewane zawirowania, ludzie nie wytrzymywali czekania na zmianę świateł z czerwonych na zielone, wchodzili przed samochodami na jezdnię, psychicznie mocując się z kierowcami, kto kogo, dziewczyny wstrząsały włosami, szły z lekka bezczelnie, młodzi mężczyźni w dresach, w kurtkach z kapturem, w luźnych portkach, szli po chodniku rozkołysani, z tatuażami na rękach, z mocno wygolonym karkiem, odgrywając rolę króla ulicy, nie ustępowali nikomu z drogi, kto kogo, ludzie się sobie przyglądali, każdy miał zdanie o każdym, które mogło w każdej chwili wybuchnąć ordynarnym bluzgiem. Na ulicy w Zurychu nikt z idących nie przyglądał się nikomu, nikt nie interesował się tym, kto jak jest ubrany, uczesany, umalowany. U nas nad ulicą unosiła się atmosfera zaczepki, nieprzyzwoitego gestu, każdy oceniał każdego, każdy wyrażał obojętność, która wcale nie była obojętnością, na twarzach malowała się aprobata i dezaprobata.

Kiedy gdańską ulicą szła ze mną K. w jednym ze swoich zwariowanych kapeluszy, choćby w tym toczku kremowym z jasną kokardą na czubku, czuliśmy, że jesteśmy widziani, że zaczepiają nas cudze spojrzenia, że komuś zależy na tym, żebyśmy nie wyglądali tak, jak wyglądamy, albo żebyśmy wyglądali, tak jak wyglądamy. A tu, na ulicy w Zurychu, nikt nie zwracał uwagi na fantazyjny kapelusz K., szliśmy ulicą, której było zupełnie obojętne, czy wyglądamy tak, czy siak, żadnego odzewu, piłka rzucona i nieodbita, zresztą mijały nas postacie równie fantazyjne, jacyś mężczyźni z włosami ufarbowanymi na różowo, na których nikt nie zwracał żadnej uwagi, jakieś kobiety z szyjami wytatuowanymi na  oletowo, z nosami przebi- tymi srebrnym gwoździem, na które nikt nawet nie rzucił okiem. Cały ten uliczny teatr rozmaitości grał do pustej widowni, chociaż ulica była pełna, był wyzwaniem rzuconym w powietrze, gestem nie trafiającym na żaden opór, powietrze rozrzedzone, nad jezdnią chmurka świateł, a w niej płynące złote rybki w metropolitalnym akwarium Zurychu, geje w rurkowatych spodniach, lesbijki w kolorowych ciuszkach z Orientu. Każdy grał tu przedstawienie nawet nie dla samego siebie, tylko dla drzew i domów.

Szliśmy ulicą Zurychu wyczyszczeni z istnienia, higieniczni, odrealnieni i brakowało, och, jak brakło nam tego łobuzerskiego, wschodniego zapaszku, w którym się wychowaliśmy, tych spojrzeń ironiczno-karcących w autobusie, w tramwaju, na przystanku, na dworcu, tej atmosfery zaczepki, wyzwania, chociaż chwilami marzyliśmy o zupełnie obojętnym tłumie, w którym można by zatonąć, o gnieździe świętego spokoju, o zupełnej niewidzialności, ale teraz brakowało nam tych spojrzeń, tych drobnych nakłuć naskórka twarzy taksującymi spojrzeniami, tych drobnych oparzeń na skórze, które nas tak drażniły i cieszyły, gdyśmy wychodzili na ulice Gdańska – K. w swoich fantazyjnych kapeluszach, w papieskich narzutkach, z torebkami z pchlego targu, jakich nikt nie nosił, ja – w czarnym kapeluszu, w czarnym płaszczu z białą brodą, a wiadomo, kto chodzi w czarnym kapeluszu, w czarnym płaszczu, z białą brodą.

Istoty wędrujące ulicami Zurychu przepływały obok nas równym rytmem, a my nie zostawialiśmy nawet śladu w ich spokojnych źrenicach, zajętych czym innym niż obserwacja wyglądu przechodniów. A tam, w Gdańsku, o żadnej niewidzialności nie mogliśmy nawet marzyć. Tak, odstawaliśmy od reszty, która była wyczulona na każdą odmienność, na każde drgnienie obcości, więc wychodząc na ulicę czuliśmy lekki dreszczyk, że jesteśmy wystawieni na cios, ale było się od czego odbić, uliczny teatr był gorący, kto wystawiał się na widok, mógł oberwać, ulica mówiła: nie lubimy obcych, ale lubimy drażnić się z obcymi, czuła ich jak drzazgę pod paznokciem. Tu, w Zurychu, płynęliśmy metropolitalną ulicą w jasnym nurcie wieczornego powietrza, pośród mnogich dziwadeł, elegantów, korporacyjnych bubków z roleksem na przegubie, pań o siwych włosach uczesanych w falę nad czołem, śniadych Arabów w białych koszulach, Murzynów w skórzanych kurtkach i jaskrawych swetrach.”

Szwajcarski niezbędnik – Ubezpieczenie zdrowotne

IMG_0394

W Szwajcarii działa ponad 50 kas chorych, ubezpieczając ok. 8,1 mln osób w całym kraju.  Foto: Keystone

Kto musi się ubezpieczyć

Każda osoba, która ma pozwolenie na pobyt w Szwajcarii, ma też obowiązek samodzielnie zadbać o ubezpieczenie zdrowotne dla siebie i bliskich. Ponieważ przez pierwsze trzy miesiące od przyjazdu możemy przebywać w kraju bez pozwolenia, istnieje też przekonanie, że jest to czas, w którym jesteśmy zwolnieni z obowiązku ubezpieczenia. To błąd, który może nas sporo kosztować. Koszty leczenia w Szwajcarii są bardzo wysokie, dlatego najlepiej od razu po przyjeździe zabezpieczyć się na wypadek, gdybyśmy  wylądowali w szpitalu czy potrzebowali porady specjalisty.

Od momentu przekroczenia szwajcarskiej granicy, po otrzymaniu dokumentu zezwalającego nam na pobyt, mamy trzy miesiące na wybranie kasy chorych. Nie warto z tym zwlekać, ponieważ ubezpieczyciel i tak zobowiąże nas do zapłacenia składek za każdy miesiąc, licząc od daty przyjazdu do kraju, która widnieje na pozwoleniu na pobyt. Niektóre firmy mogą też nałożyć karę, przykładowo o wartości 50 proc. miesięcznej składki doliczanej dodatkowo do ubezpieczenia przez kilka kolejnych miesięcy.

W Szwajcarii obowiązek sprawdzenia, czy dana osoba jest ubezpieczona, ma każda gmina, ale z kontrolą bywa różnie, więc zdarzają się przypadki, że ktoś nie płaci ubezpieczenia miesiącami, a nawet latami. Lepiej jednak nie ryzykować i od razu uwzględnić składki w comiesięcznym budżecie. O zwolnienie z obowiązku ubezpieczenia w Szwajcarii mogą ubiegać się m.in. studenci, którzy nie podjęli żadnej pracy zarobkowej i są tu tylko na czas trwania studiów; osoby, które mieszkają w Szwajcarii, ale są ubezpieczeni razem z rodzicami w kraju EU/EFTA oraz renciści mieszkający w Szwajcarii, ale pobierający rentę z innego kraju, a także osoby pobierające zasiłek dla bezrobotnych w kraju EU/EFTA.

Co jest obowiązkowe

Obowiązkowe w Szwajcarii jest podstawowe ubezpiecznie zdrowotne (Grundversicherung), które obejmuje m.in. wizyty u lekarza pierwszego kontaktu i specjalistów. Dodatkowo, osoby, którym pracodawca nie opłaca ubezpieczenia od wypadków (niepracujące lub pracujące przez mniej niż 8 godzin tygodniowo u jednego pracodawcy) muszą opłacać je samodzielnie w kasie chorych. Warto wiedzieć, że szwajcarskie ubezpieczenie wypadkowe działa także poza godzinami pracy oraz w przypadku niektórych ubezpieczycieli (jeśli jesteśmy ubezpieczeni poprzez kasę chorych) jest częścią tzw. franczyzy, czyli wkładu własnego, od którego zależy wysokość comiesięcznych składek.

Wybierając obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne, musimy zdecydować się na jeden z modeli, od którego zależeć będzie sposób postępowania w przypadku choroby.

Modele ubezpieczeń

  • wolny wybór lekarza – nie mamy przypisanego jednego lekarza domowego, możemy umówić się na wizytę do lekarza pierwszego kontaktu lub specjalisty bezpośrednio, do jakiej przychodni chcemy i do kogo chcemy (dotyczy to całej Szwajcarii, ale bez dodatkowego ubezpieczenia zostaną pokryte koszty leczenia wg. taryfy, jaka obowiązuje w kantonie, który zamieszkujemy lub w którym pracujemy) – jest to najdroższa opcja ubezpieczenia
  • lekarz domowy – z listy przygotowanej przez naszą kasę chorych wybieramy lekarza, który od tej pory jest naszym lekarzem pierwszego kontaktu i w razie potrzeby kieruje do specjalistów
  • model kontaktu telefonicznego – przed każdą wizytą u lekarza mamy obowiązek zadzwonić do tzw. Medgate – centrum medycznego, skonsultować się i ustalić dalsze kroki leczenia.  Nie trzeba konsultować się z Medgate w przypadku planowanej wizyty u lekarza okulisty, ginekologa i dentysty. (obsługa telefoniczna w czterech językach)
  • praktyka lekarska HMO – nie mamy przypisanego jednego lekarza, idziemy do przychodni, w której przyjmuje kilku lekarzy i jesteśmy przyjmowani przez jednego z nich
  • pharmed – pierwszą instytucją, z którą się kontaktujemy, jest apteka – tam otrzymujemy podstawową pomoc medyczną i ewentualne skierowanie do lekarza – jest to często najtańsza opcja, oferowana przez nieliczne kasy chorych

Ile to kosztuje

W zależności od wysokości franczyzy, miejsca zamieszkania, wieku i modelu ubezpieczenia, miesięczne koszty składek na ubezpieczenie zdrowotne wynoszą od 200-250 franków w górę (plus 15-20 franków za ubezpieczenie wypadkowe).

WAŻNE! Co roku do końca listopada możemy zmienić kasę chorych, w której jesteśmy ubezpieczeni (tylko ubezpieczenie podstawowe) bądź warunki ubezpieczenia.

Ubezpieczenie dodatkowe

Usługi zawarte w ubezpieczeniu podstawowym z reguły nie pokrywają wszystkich najważniejszych potrzeb, związanych z opieką medyczną w Szwajcarii. Dlatego większość mieszkających tu osób decyduje się na uzupełnienie go dobrowolnymi dodatkami (Zusatzversicherung). Można je wykupić zarówno w kasie chorych, w której jesteśmy już ubezpieczeni, jak i w innej firmie. W ofercie ubezpieczycieli znajdziemy szereg pakietów, obejmujących różne usługi, z których najważniejsze to pokrycie kosztów transportu karetką oraz kosztów leczenia i pobytu w szpitalu poza kantonem, w którym jesteśmy zameldowani (jeśli trafimy do placówki szpitalnej w innym kantonie, ubezpieczenie podstawowe pokrywa różnice w cenie tylko do wartości taryfy miejsca zamieszkania, resztę musimy zapłacić sami). Inne popularne pakiety zawierają np. ubezpieczenie za granicą, a także ubezpieczenie dentystyczne dla dzieci. Pamiętajmy, że kasa chorych pokrywa koszty do pewnej kwoty, zazwyczaj jest to 80-90 proc. wartości usługi medycznej. W zależności od pakietu, miesięczny koszt ubezpieczenia dodatkowego wynosi od 20 do 50 franków.

Inaczej niż w przypadku ubezpieczenia podstawowego, kasa chorych ma prawo odmówić nam objęcia ubezpieczeniem dodatkowym w przypadku, kiedy jesteśmy np. przewlekle chorzy, w trakcie terapii czy planujemy operację. Aby zweryfikować naszą sytuację, ubezpieczyciel wymaga wypełnienia szczegółowej ankiety na temat naszego stanu zdrowia. W niektórych sytuacjach, np. kiedy chcemy założyć dziecku aparat na zęby, musimy opłacać składkę na ubezpieczenie dodatkowe przez okres 6 bądź 12 miesięcy (w zależności od ubezpieczenia), zanim zyskamy prawo do zwrotu kosztów tej usługi.

Kolejna ważna rzecz to czas trwania umowy ubezpieczenia dodatkowego. O ile ubezpieczenie podstawowe możemy zmienić co roku, dodatki są podpisywane na rok, trzy, a nawet pięć lat. Jeśli mamy umowę wieloletnią, ale w trakcie trwania umowy otrzymamy informację o podwyżce cen na kolejny rok, mamy prawo z niej zrezygnować. (kasa chorych ma czas na wysłanie informacji z nowymi cenami do listopada)

Jeśli chcemy zrezygnować z ubezpieczenia dodatkowego lub decydujemy się na inną kasę chorych, składamy wypowiedzenie w formie pisemnej, które musi trafić do ubezpieczyciela najpóźniej do 30 września danego roku. (Wyjątek – dodatkowe ubezpieczenie w firmach Assura i Group Mutuel – wypowiedzenie do 30 czerwca).

Przykładowy formularz wypowiedzenia można znaleźć tutaj: http://www.kkstoffel.ch/pdfs/Kuendigungsform.pdf.

Jak wybrać kasę chorych 

Wybór ubezpieczenia zdrowotnego jest kwestią bardzo indywidualną – zależy od sytuacji życiowej, zdrowotnej, zawodowej, a także miejsca zamieszkania i specyficznych potrzeb. Ogólna zasada jest taka, że jeśli chorujemy przewlekle bądź często i regularnie korzystamy z usług medycznych, decydujemy się na niski wkład własny (franczyzę), co oznacza wyższe koszty składek miesięcznych. Jeśli chorujemy rzadko, możemy pozwolić sobie na samodzielne pokrycie wyższych kosztów leczenia, a w zamian płacimy niższe składki miesięczne.

Jeśli chcemy wybrać kasę chorych samodzielnie, warto przedtem przeanalizować oferty różnych ubezpieczycieli, np. na stronie internetowej priminfo.ch (tylko ubezpieczenie podstawowe). Dobrym rozwiązaniem, zwłaszcza dla osób nie znających lokalnego języka, jest skorzystanie z pomocy doradcy, która jest zazwyczaj bezpłatna. Wybierając doradcę zwróćmy uwagę na jego kwalifikacje zawodowe i doświadczenie na szwajcarskim rynku. Osoba taka powinna przedstawić nam kilka ofert różnych kas chorych do porównania i pozwolić samodzielnie wybrać pasujące nam ubezpieczenie.

WAŻNE! Podpisujac jakiekolwiek dokumenty podczas spotkania z doradcą, upewnijmy się, co to jest. Zazwyczaj nie jest to tylko oferta ubezpieczeniowa, a wniosek o ubezpieczenie zdrowotne, który w kasie chorych po zaakceptowaniu zostanie zamieniony w umowę, z której nie będziemy się mogli wycofać. Nie musimy niczego podpisywać od razu, dajmy sobie czas do namysłu.

Na co zwrócić uwagę, wybierając ubezpieczenie

  • długość trwania umowy dodatkowego ubezpieczenia – jeśli podpisujemy umowę wieloletnią, nie mamy możliwości zrezygnowania z niej lub zmiany jej warunków każdego roku
  • okresy karencji w przypadku niektórych usług zawartych w ubezpieczeniu dodatkowym (np. usługi dentystyczne czy dodatkowe usługi w czasie ciąży) – często prawo do pokrycia kosztów zyskujemy dopiero po pewnym czasie
  • ciąża bez franczyzy – warto pamiętać, że wszystkie usługi związane z opieką nad ciężarną nie są objęte franczyzą, tzn. że ich koszty pokrywa kasa chorych. Jest to m.in. 7 wizyt kontrolnych, 2 badania USG i badania laboratoryjne przed porodem, 3 porady laktacyjne, część kosztów szkoły rodzenia, a także poród w kantonalnym szpitalu i 1 wizyta kontrolna po porodzie pomiędzy 6 a 10 tygodniem życia dziecka, bez dodatkowych kosztów
  • ubezpieczenie dziecka – kobiety w ciąży powinny wybrać kasę chorych dla dziecka przed jego urodzeniem (składki płaci się dopiero po porodzie)
  • ubezpieczenia rodzinne – jeśli co najmniej jeden rodzic i dziecko są ubezpieczeni w tej samej kasie chorych, można liczyć na zniżki w składkach
  • możliwość dofinansowania składek – jeśli dochody gospodarstwa domowego nie przekraczają pewnej kwoty, która jest ustalana w danych kantonach (przykładowo w kantonie Zurych dla osob samotnych, rozliczających się normalnie z podatku kwota do opadatkowania nieprzekraczająca 29`900.00 rocznie) możemy ubiegać się o wsparcie finansowe gminy (składamy wniosek pisemny w miejscu zamieszkania)

 

Skontaktuj się z ekspertką: 

Angelika Lawrenz

Versicherungsvermittler VBV

FB: Polskie Doradztwo w Szwajcarii 

Tel: +41 79 193 29 15

Email: info@lawrenz.ch